S20. Ku chwale Ojczyzny!

S20. Ku chwale Ojczyzny!

 

W WKS Wawel szybko dogadaliśmy warunki naszej współpracy. Dla mnie i Jarka szczególnie ważne było odwalenie zasadniczej służby wojskowej, bo wtedy drogie dzieci do wojska się szło marszem, jeśli się studiować nie chciało. A i nawet po studiach armia brała w kamasze. Nie było przeproś ani zmiłuj. Było za to „Przyjedź mamo na przysięgę”, fala, ludzie koty, bicie pasami i kaprale monstra.

Od wojska można było się wywinąć na kilka sposobów.

  1. Za kasę.
  2. Odsłużyć w szpitalu/policji po znajomości.
  3. Na wariata chorego zdrowo psychicznie.
  4. Z powodów religijnych.
  5. Odsiedzieć w więzieniu za odmowę służby ojczyźnie.

Pierwsze cztery sposoby zamykały się w jednym słowie: znajomości. Jak miałeś znajomości to sobie mogłeś wojsko ogarniać i zapomnieć o defilowaniu i gonieniu po zielonych stepach poligonu. Zanim opowiem o naszym odrabianiu zasadniczej, to przytoczę kilka historii z życia wziętych, żeby zobrazować literami jakie wtedy jaja były.

Jeden znajomy, powiedzmy Rumcajs , poszedł w sposób nr 1, za kasę. Zarabiał w zakładach tytoniowych, mimo że był pracownikiem sezonowym, bardzo godnie. Jak przyszła na niego pora to zapłacił i czekał. Jednak ciągle coś nie mogło się zgrać uzyskaniem kategorii co najmniej D, czas mijał, a żandarmeria z policją wytrzymać nie mogła tej gry w kotka i myszkę i postanowiła znajomka siłą doprowadzić przed oblicze morowej komisji. Akurat tak się dziwnie i szczęśliwie złożyło, że kolo wyskoczył na jeden dzień do Zakopanego ze znajomymi. A w godzinach późno popołudniowych do drzwi mieszkania jego rodziców zapukało dwóch, smutnych jak zwiędły goździk mundurowych. Żandarm i policjant.

Mama kolegi otworzyła mało zdziwiona, bo coś w powietrzu i tak wisiało od dawna.

– Dzień dobry. Czy jest pan taki a taki czyli Rumcajs? – Zasalutowali pytaniem.

– Nie ma syna. Wyjechał za granicę. Nie wiem gdzie jest, od roku nie mam z nim kontaktu – Niczym aktor na deskach Teatru Ludowego mama wydeklamowała swój tekst.

– Aha. Bo my go mamy doprowadzić przed komisję wojskową.

– Ale syna nie ma.

– Musimy sprawdzić mieszkanie. Taki mamy obowiązek – Smutni panowie byli stanowczy jak wojsko rosyjskie w czasie II wojny światowej. – Proszę wpuścić nas do środka.

– Ale syna nie ma! – mama zaczynała się wściekać.

– Przepraszam. – Żandarm wziął stery w soje ręce, odepchnął panią lekko i ruszył na ich kwadrat.

Brat ziomka, o pięknym imieniu Cypis, czytał coś, może książkę, może gazetę „Tempo”, w ich wspólnym małym pokoju. Bo pomimo tego, że to już stare chuje były, pokój mieli wspólny, Cypis z Rumcajsem, trzy na trzy metry. Drzwi na przedpokój były zamknięte, muzyczka leniwie sączyła się z głośników, bo Cypis, starszy brat kochał muzykę. A może nawet jego ukochany wokalista Kazik nucił:

 

”Szczęk broni w imię boże, jeszcze jedno słowo

 zapamiętaj na zawsze, pierdol służbę wojskową…”

 

 kiedy do pokoju wparowali niechciani goście.

– Kim pan jest? – kultura najwyższych lotów zagościła w domu znajomych.

– Dzień dobry. A o co chodzi? –  poziom konwersacji podskoczył o kolejny szczebel dzięki starszemu z braci.

– Szukamy pana takiego a takiego czyli Rumcajsa. To pan?

– Nie. Brata nie ma. Wyjechał za granicę. Nie wiem gdzie jest. Od roku nie mam z nim kontaktu – deklamował Cypis jak na akademii w podstawówce – Możecie panowie już wyjść? Zajęty jestem trochę.

– Dowód! – teraz policjant przejął pałeczkę dowodzenia swoje dłonie.

– Jaki dowód?! Pan jest głuchy?! BRATA NIE MA!!! – Ciśnienie, a Cypis przed kawą był, skoczyło mu pod sufit.

– Bo pan pójdzie z nami! DOWÓD! – władza była nieubłagana, nieugięta i twarda jak mosiężna pała.

– Sam se pan pójdzie. Proszę stąd wyjść! Już!!! – powiedział napastowany niesłusznie, bo w myśl zasady:” Mój pokój to moja twierdza, w twierdzy tej jem i…” kolega miał ochotę w samotności sobie siarczyście pierdnąć.

– To mój starszy syn. Cypisek. Niech go panowie zostawią! – pani mama już zaczynała płakać.

– Panowie to mnie mogą w pe pocałować! Proszę stąd wyjść! – cedził ziom przez zaciśnięte zęby.

Wyszli.

Bez pożegnania.

Mama zamknęła drzwi.

– Co teraz będzie? Co z Rumcajsem? – płakała.

– Nic. Za tydzień ma mieć komisję. Przestań już. Nic się nie dzieje – starszy syn był wyluzowany i pewny, że będzie dobrze, pomimo tego że chwilowo było chujowo. W końcu jego brat był obłożnie chory, więc jak mógł służyć w Wojsku Polskim?

– Poszli do sąsiadki! – mama chłopców przykleiła się do judasza bo akcja jeszcze się nie zakończyła.

–  Dzień dobry. Szukamy pana takiego a takiego, czyli Rumcajsa. Kiedy go pani widziała ostatnio?  – smutny duecik najechał sąsiadkę blitzkregem.

– Aaaaa z rok temu. Wyjechał chyba za granicę  –wyszeptała sąsiadka, niby że w wielkiej tajemnicy to wie, ale role były obsadzone perfekcyjnie od miesięcy.

– Aha. Na pewno! – zaczęli się mundurowi wściekać – proszę mówić prawdę!

– Mama, a ja go widziałam wczoraj – córeczka sąsiadki wyszła poza scenariusz albo nie nauczyła się swojej roli i smród jął się unosić z lekka po klatce.

– Cooo? Kiedy? – psy podjęły trop.

– A nie, nie, gdzie tam. Pewnie pomyliła z Cypisem. Oni tacy podobni. Do widzenia – I prasnęła drzwiami przed nosami reprezentantom służby narodu.

 

Kolejny raz szczęście dopisało i uratowało młodego chłopaka przed wcieleniem. Przecież nawet Ela nie chciała się wcielać pomimo oczu w kolorze munduru. Za kilkanaście dni kumpla przeniesiono do rezerwy. Jako niezdolnego do odbycia służby wojskowej ze względu na stan zdrowia, nawet w czasach pokoju. Do dzisiaj choroba się go trzyma przewlekle. I nic mu za bardzo nie jest.

Maciek, przyjaciel innego znajomego z siatkówki i życia codziennego, kasy nie miał ale miał pomysł na siebie. Wojska oczywiście nie lubił jak każdy z nas w tamtych czasach. Topór kata wisiał nad głową, żeby odciąć pępowinę pomiędzy życiem w cywilu a wojskiem. Maciek myślał, myślał i wymyślił sobie że wykona sposobem więziennym tatuaż. Na lewej dłoni, na jej części górnej wytatułować kazał sobie, znienawidzoną przez normalnych ludzi,  hitlerowską swastykę i poszedł grać psychola przed wojskową komisją uzupełnień.

Teraz drogi czytelniku wyobraź sobie chłopa, ponad dwa metry od ziemi, łysego, ze sto kilo żywej wagi, jak z niewinna miną siada przed komisją i wywala łapy na blat. Nie było dyskusji. Kategoria E. Kto tam faszystę do Polskiej Armii przygarnie? Po całej akcji nadszedł czas usuwania dziadostwa. Wódka, żyletka i ogromne samozaparcie pomogły. Skażona skóra wylądowała w kiblu.

Od wojska ratowałem też ja. Jaśka na przykład, kolegę z technikum. Załatwiłem mu jakieś zdjęcie z pękniętym kręgosłupem. Bo tak mi coś Jaro złamaniem śmierdział.  Ale je  zgubił i na komisję jechaliśmy na wariata. Jaśko trzymał się wersji uszkodzenia kręgów w odcinku lędźwiowym.  Szanowna komisja do tematu podeszła poważnie i wysłała go, dla świętego spokoju na prześwietlenie. Prześwietlenie odbyło się u zaprzyjaźnionej lekarki. Jakież było zdziwienie i radość nasza kiedy okazało się niespodziewanie, że Jaś ma faktycznie jakieś pęknięcie w odcinku lędźwiowym! Był to efekt upadku na budowie podczas pracy z dużej wysokości. A ponieważ bólu kolega nie czuł jakiegoś wielkiego, i w niczym mu to nie przeszkadzało, był niezwykle zdziwiony, że kontuzja ta nie pozwala mu pójść do wojska. Cieszyliśmy się bardzo a zaoszczędzone pieniądze przepijaliśmy chyba cztery dni.

Z Opciachem, jako kasta sportowa mieliśmy mieć wszystko załatwione. Na cacuś glancuś. Nasz wkład w odroczenie służby miał być malutki. Mieliśmy pojechać na osiedle Zgody, do Wojskowej Komisji Uzupełnień i złożyć podanie o zamianę służby wojskowej na zastępczą służbę wojskową w szpitalu. Szedłem jako waleczny anarchista, Jarek udawał potulnego pacyfistę. Czyli prawie wszystko w zgodzie z naszym światopoglądem, w którym miejsca na przemoc i broń nie było.

Pięknego, letniego, nowohuckiego poranka zajechaliśmy Jarkowym fiatem 125 p, koloru czerwonego, pod budynek mieszczący wojskową komisję uzupełnień, czyli w wielkim  skrócie WKU, na osiedlu Zgody.  Kroki nasze skierowaliśmy do pokoju szefa nad szefami w tym budynku, sierżanta Balona. Przechodząc obok dyżurki czułem, że coś tu nie gra, bo na moje pełne uśmiechu i życzliwości „dzień dobry”, dyżurny odpowiedział niemym spojrzeniem spode łba. Jak byśmy byli mięsem armatnim a nie szanowanymi petentami. Na piętrze odnaleźliśmy drzwi za którymi mieliśmy załatwić naszą sprawę.

Puk, puk.

– Wejść! – po uchyleniu drzwi zapachniało wojskowym drylem i chemią albo onucami.

– Dzień dobry, my do pana Balona – savoir vivre ceniliśmy ponad wszystko.

– Jakiego pana?! Sierżanta!!! – skończył się savoir a zaczął pisuaoir.

– Dzień dobry, my do pana sierżanta od pana pułkownika! Byliśmy podobno umówieni – Może szarża go ocuci, pomyślałem odważnie.

– Po co przyszli?

– Żeby złożyć podanie o zastępczą służbę wojskową. My z Wawelu Kraków. Siatkarze!

– Nazwiska!

– Gomółka i Opach.

Dobre dwie minuty trwało wertowanie czegoś w kupie papierków.

– Aaaaa! Uczyć wam się nie chce co? – niczym ojciec surowy zaczął nas pouczać pan sierżant – studiowanie się znudziło! I do wojska się nie chce? Ładnie to tak? Co wy sobie myślicie? Do jednostki was zaraz wyślę to wam głupoty z głowy wybijemy.

Wojsko rządziło się swoistym poczuciem humoru, więc parsknąłem śmiechem na ten żartobliwy monolog.

– Coś ci się nie podoba?! Wracać na studia albo na poligon!!!- ubodłem Balona do żywego. Aż oblał się purpurą i kipiał prosto na nas.

– Ależ proszę pana sierżanta, my jesteśmy od pana pułkownika takiego a takiego. Gramy w siatkówkę w Wawelu i byliśmy umówieni.

– Wynocha! Przemyślcie to co robicie! Nie chce się wam uczyć? To do wojska marsz! – jechał nam po pagonach.

Spojrzeliśmy po sobie prawdziwie zdziwieni, a wyraz naszych twarzy podobny był do wybuchu termojądrowego w Kłobucku w czasie bliżej nieokreślonym.

– Ale panie sierżancie, my … – walczyłem do końca.

– Żegnam! Ja wam dam służbę zastępczą! Wynocha! – zakończył spotkanie.

Nie tak wyobrażaliśmy sobie zbrojne ojcowskie ramię naszego nowego klubu. Przecież nasi koledzy, co prawda w wojsku byli, ale tylko do przysięgi. Przez trzy miechy mieli przejebane jak wszyscy a potem był już luz. My mieliśmy mieć jeszcze lepiej, a tutaj taki klops. Janku, Szariku i Święci Pancerni, ratunku!

Opuściliśmy niegościnnej progi mocno zmieszani. Szeregowy na dyżurce tryumfował, jego wzrok i niechlujne splunięcie pod nasze nogi to zdradziły. Po papierosie zajaraliśmy, bo palić się musiałem nauczyć, żeby w czasach jazdy do Brzeska nie umrzeć jako bierny palacz, i wsiedliśmy do naszej limuzyny. Ledwie wyjechaliśmy na główną arterię dzielnicy, kiedy za nami rozległo się głośne darcie ryja.

– Stop!!! Zatrzymajcie się! – dyżurny zapierdalał jakby wojna właśnie się rozpoczęła. Bez nas.

Jarek zatrzymał auto, otworzył okno i zaniemówił na słowa szeregowego.

– Yy,yy – dyszał żołnierz, bo pewnie kondycji od siedzenia na dupie nie miał za wiele – sierżant Balon zaprasza do siebie.

– Co?! Dlaczego? Co się stało?

– Nie wiem, yy, yyy, zaprasza bardzo.

Kolejny raz spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem. Co tu jest grane? Coś za miło się robi, więc chyba nas tu i teraz nie wcielą.

– Wracamy – powiedzieliśmy niemal jednocześnie.

Sierżant stał już na korytarzu, przy otwartych na oścież drzwiach. W pozycji, bez mała, na baczność.

– Zapraszam panów, zapraszam do środeczka!

Co się kurwa dzieje, demobilizacja jakaś czy co. Wojsko Polskie rozwiązali?

– Kawy, herbaty? Haha. Mam nadzieję, że się panowie nie gniewają na wcześniejsze żarty, haha.

Uśmiechnęliśmy się do siebie jak dzieciaki na widok kobiecych piersi.

– No nie. Jasne że nie. Ale…. co się stało?

– No właśnie, no właśnie. Szeregowy, dwie kawy! Albo trzy!– czytał w naszych myślach.  – Szybko mi tu dwie kawy dla panów! A wracając do rozmowy, właśnie dzwonił pułkownik Granat i oczywiście wszystko wiem. Napijemy się kawy i ja panom wszystko powiem co i jak. Wszystko powiem co trzeba zrobić. Haha.

Jeden telefon potrafił zmienić stosunek do petenta o 180 stopni. W końcu to było wojsko. Zaczynaliśmy się tego uczyć.

– O, kawusia idzie. – krępujące milczenie przerwał szeregowy zdecydowanym, kelnerskim wejściem, teraz ze wzrokiem pełnym szacunku. – No, chłopaki, proszę! Cukier. Pijcie chłopaki. Więc no tak. Napiszecie teraz pisma i ja już je złożę, tutaj u nas na dzienniku podawczy. Za około miesiąc będzie komisja, nie ma się co bać naszych, ale cywile… No nie wiem. Nie wiem, ale damy radę. No pijcie, pijcie. Mocna kawa! Dobra, żołnierska.

Pomiędzy łykami czarnej mocnej żołnierskiej, napisaliśmy podania, nawet humory wróciły, a sierżant okazał się spoko Balonem. Od teraz zawsze pierwszy mówił „dzień dobry” jak przychodziłem na piwko do Drewniaka. Spoko gość.

Przed oblicze komisji szliśmy spokojni. Tylko z lekka niepokoili nas cywile w jej składzie. W końcu wojsko gra na rozkaz a cywil za łapówkę. My graliśmy w rozkazy. Jarek poszedł pierwszy i z maślanymi oczkami opowiadał jaki to jest pacyfista i jak to na widok krwi mdleje. Piękna opowieść, donoszono podobno chusteczki, żeby wszyscy mogli się wypłakać. Ja poszedłem wystąpić w roli walecznego anarchisty. Na szczęście miałem kolegę w technikum, Wojtasa, który działał w tych kręgach. Nawet gazety o ich wyczynach pisywały a i telewizja pokazywała co lepsze akcje, które przeprowadzali. Protesty przed ambasadą rosyjską czy blokada walk byków na Stadionie Śląskim. Więc się pod to podpiąłem całym sobą. Kupili moje bajki z minami mówiącymi wszystko. Co za zjeb.

Przydział dostaliśmy do szpitala wojskowego na ulicy Wrocławskiej. Pięknie tam było, nie ma co.  Optycznie bardziej to przypominało szpital na wojnie a nie w centrum miasta w czasie pokoju. No nic. Nas to miało nie dotyczyć na co dzień. My tylko przyszliśmy się zgłosić, zameldować i zbiurokratyzować.

– My w sprawie służby wojskowej zastępczej! – zameldowaliśmy na bramie dyżurnemu od szlabanu.

– Zapraszam. Idźcie do końca tą drogą. Za budynkiem są baraki, tam są wasi przełożeni .

Poszliśmy tam gdzie nas skierowano. Na tyłach szpitala, stały skąpane w zieleni baraki brudno żółte, jakby na pustynną bazę robione.

– Dzień dobry, my do kierownika od zastępczej służby.

– Witam, to ja – Szpakowaty jegomość spojrzał znad biurka umęczonym życiem wzrokiem.

– My przyszliśmy się zameldować, złożyć papiery i odmeldować.

– A co tak późno, po dziesiątej już, a my od ósmej pracujemy – Chłop chyba udawał Greka. Przecież mieli nas anonsować to raz a dwa sen dla sportowca to świetość. O ósmej sportowiec to może co najwyżej po balandze wracać.

– No tak, ale my z Wawelu, siatkarze – Jarek starał się pobudzić pamięć szpakowatego bo wierzył, że mu o nas mówiono.

– No i co z tego? Do magazynu teraz marsz i ciuchy robocze pobrać – Wojsko nawet ustami cywilnego pracownika zaskakiwało bardzo – Przebrać się i wracać z powrotem.

– Ale my jesteśmy z Wawelu. Siatkarze. – machałem ręką udając plasowanie dla wzmocnienia efektu  – Zaraz mamy trening na Bronowicach.

– Panowie! Co wy kurwa. Jaja sobie robici? Jaka siatkówka? Do roboty!

– Panie, zadzwoń pan do szefa szpitala, on wszystko wie. My naprawdę nie mamy czasu.

– Do kogo? Powaliło was kompletnie? Do pułkownika doktora? Panowie. Będzie krótko: albo idziecie po ubrania albo won! – wyszło z dialogu, że jednak nie dotarła do niego zapowiedź naszej wizyty.

Wybraliśmy opcję won. Mocno wkurzeni bo zaraz miał być trening a na rozgrzewkę mecz w piłkę nożną. Szkoda było stracić kopanej.

– Chodź poszukamy pułkownika doktora – Jarek chciał mieć temat zamknięty od razu.

Poszliśmy, znaleźliśmy, dobiliśmy się, pomimo ogromu pracy komendanta doktora wojskowego. Jeden telefon który on wykonał, poustawiał wszystko na właściwe tory. Szybko i sprawnie.

– My jeszcze raz do pana. Dokumenty chcemy zostawić – grzecznie daliśmy jeszcze jedną szansę kierownikowi na wzorowe załatwienie sprawy.

– Zapraszam. O rany, ale mi głupio, siadajcie. Nic nie wiedziałem, że mi tu siatkarzy skierują  – Kierownik służb technicznych stał się wreszcie miły – Skąd wy macie takie znajomości?

– Z nikąd. Gramy se trochę w siatkę – zgodnie z prawdą opowiedziałem.

– O rany! U samego pułkownika lekarza macie znajomości! Nieźle! A co trzeba zrobić żeby tak mieć? No, z tą zastępczą służbą. Bo syna mam w waszym wieku, do wojska chłopak nie chce. Co robić?

– Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć! – odpowiedzieliśmy zgodnie i poszliśmy na trening. A może na piwo? Tego już nie ustalimy za dokładnie.

 

M17. Ocin-dur

M17. Ocin-dur

 

Drugi dzień festiwalu przywitał nas wspaniałym słońcem i niekończącą się balangą na polu namiotowym. Sąsiedzi obok opylili swoje wejściówki za wódkę, bo stwierdzili jednogłośnie, że na polu namiotowym też dobrze słychać, no i do spania bliżej. W ogóle wódka czy wino to była waluta nie do zastąpienia. W końcu prohibicja ustanawiała to, co ma mieć wartość najwyższą. Alkohol był złotem, pieniądze gównem.

Przed południem poszliśmy w miasto. Było kolorowo od irokezów, katan, glanów. Obiad postanowiliśmy skonsumować gdzieś przy rynku. Knajpy były pełne po brzegi. Trochę to dziwnie wyglądało, bo większość klientów czekała na pozostałości żarcia pozostawione na talerzu, a płacenie za jedzenie było ostatnią rzeczą jaka mogła by im przyjść do głowy. Po trzydziestu minutach czekania i my dostaliśmy stolik. Budżet nasz nie był zbyt duży, więc ziemniaki z ziemniakami i pierogi najtańsze, czyli ruskie, postanowiliśmy skonsumować. Rozsądek portfela dyktował nam czym wypełnić żołądek. Wypadło więc mocno wegetariańsko i tanio nie było, ale co tam. W końcu był to rynek miasta w niemalże sercu Europy i do tego ceny w czasie festiwalu wywindowano na zachodnio europejski poziom.

Obok nas, w restauracyjnej Sali, konsumpcję kończył jakiś kasiasty gość z rodziną. Wyglądał troszkę jak kosmita na tle naszym i nam podobnych młodzieżowców. Kasiasty był musowo, poznałem od razu, bo i mięso na talerzu było dla każdego członka rodziny, a obiad był pełny, dwudaniowy. Z kompotem! Ostatnie kęsy okraszali wzajemną rozmową dotyczącą zapewne zastanego w lokalu otoczenia. Ślimaczyli się strasznie, jakby już nie mogli, ale koniecznie musieli pozamiatać wszystko z talerzy. Tego było już za dużo dla wielkiego, brudnego festiwalem i niekąpaniem, oryginalnego w każdym calu panka. Podbiegł on w pewnym momencie, delikatnie, z zaskoczenia do rodzinnego stolika i zaczął wyjadać rękami zarobasowi resztki jedzenia z talerza. Pchał do gęby wszystko. Wyglądało na to, że wegetarianinem nie był a i resztki jakiejś sałatki też mu pasowały.  Jak już sobie gębę napchał po brzegi spękanych warg, zawinął się jak baletmistrz i zaczął wiać. Jednocześnie próbował gryźć, przełykać i smakować. A że napchał jadła po same usta to i policzki wydęło mu niczym trębaczowi z kościoła Mariackiego, to sprawa się poważnie skomplikowała. Papu ulewało mu się jak jakiejś świni bryja w trakcie karmienia.

Przy stole rodzinny szczęki zatrzymały się na blacie, gały wyszły wszystkim na sam wierzch. Niezręczną ciszę przerwał przepotężny ryk wystraszonych dzieciaków. Wyły jak bieszczadzkie wilki do księżyca.

– Prze Państwa, proszę uspokoić dzieci, jeść się nie da! – huknął jakiś festiwalowicz znad bigosu, konsumujący dwa stoły dalej – Kultury trochę!

Po obiedzie zrobiliśmy obowiązkowy spacer po skąpanym słońcem Jarocinie. Było miło ale szybko się skończyło. Zauważyliśmy bowiem, że u wylotu bocznej uliczki, załogantki z miasta Królów Polskich, które znałem z widzenia, tego nie opodal Nowej Huty, napastowały załogantki dużo młodsze z nie wiem skąd. Ot, taki urok, pomyślałem i nie miałem zamiaru mieszać się w babskie sprawy. Do pewnego czasu, gdy największa wywłoka ściągnęła dzieciako-dziewczynce okulary i trzepnęła nimi o glebę. Wtedy to zstąpił we mnie Archanioł Gabryjel i kazał ruszyć dupę i wyjaśnić sprawę. Biegłem lekko i zgrabnie, jednocześnie obmyślając atak. Zaskoczyłem agresorki znienacka, i przywaliłem pytaniem ciężkim jak strzał z otwartej, o co im kurwa chodzi.

– O co wam kurwa chodzi? Czemu je bijecie?

Niepotrzebnie pytałem bo ruszyły na mnie. Tego już było za dużo. Wykonałem obronę przez atak. Plask, plask z otwartej i kop w dupę, bo próba dyskusji spełzła na niczym. Nasz język polski różnił się bardzo. Kompletnie nie szło pogadać. Tępe gówniary, klasycznie chciały skroić słabszego. A przecież tak nie wolno.

Po spacerze znajomi poszli na relaks, a ja poszedłem na Punka. Prawdziwego, oryginalnego w każdej nucie Punka prze duże, jak widać w pisowni, P. To miała być przystawka przed wieczornym Kultem. No i była. Przypalona co prawda mocno, ale za to prawdziwym młodzieńczym ogniem.

Mała scena to było coś a la amfiteatr. Miejsca siedzące w dupę gniotące i fosa która stała się betonowym parkietem do tańca. Boki amfiteatru stroiły flagi Marlboro. W końcu fest był pod patronatem koncernu tytoniowego. To już niejednego estetę antysystemowego raziło. Wtedy raziło bardzo mocno. Nowe szło a my nie byliśmy na to gotowi. Flagi symbolizowały system który mieliśmy przecież olewać, a tu następował jakiś dil.

Sprzedaliśmy nasz festiwal handlarzom i prostytutkom” zanuciłem i rozparłem się wygodnie na ławeczce, w górnej części trybun. Trafiłem akurat na Smar SW. Była to gwiazda prawdziwa na punkowym firmamencie. Nic nie stroiło, wokal siadł po trzecim kawałku i wokalista charczał jak zarzynana świnia. Chłopaków chyba nie było w programie, ale lud zadecydował, że jeśli są na miejscu to i zagrać mają. W czwartym kawałku wokalista już tylko poruszał ustami. Nikomu to nie przeszkadzało. Lud znał teksty jak ja „Ojcze nasz” i śpiewał. Szepczący lider zaproponował śpiewanie fanom, fani zaczęli sobie wyrywać mikrofon, a organizator miał obsuwę i postanowił kończyć balety.

I wtedy TO się zaczęło. Nie po to ludzie NIE płacili za bilety, żeby ulec dyktatowi organizatora. Wleźli więc na scenę. Najlepiej była zorganizowana grupa krakowska. W sensie takim, że byli najbitniej najebani. Kolesi rozpoznałem, bo obok chuliganki i punkowania, byli też „artystami” u Jerzego Fedorowicza, dyrektora Teatru Ludowego w Nowej Hucie, gdzie pan Jerzy poprzez sztukę próbował wyprowadzić ich na ludzi. Tego dnia efekty wychowawcze jego pracy były mierne. Za to przygotowanie fizyczne i alkofantazja podopiecznych dyra były ich atutem.

Pierwszy ochroniarz otrzymał niespodziewanego podbródkowego i fiknął. Kolejni próbowali podjąć walkę, ale ilościowo nic się im nie zgadzało. Tłum opanował scenę i przeważał służby ochroniarskie kilkukrotnie liczebnością i pomysłowością.  Spokojniejsza część publik miała niezły ubaw, ale systematycznie, w ilości znacznej przyłączała się nie tyle do walki, co do demolowania otoczenia. Mnie wystarczało miejsce na koronie amfiteatru ze wspaniałą widocznością na całą scenę i okolicę. Po kilku minutach, napastnicy flagi potargali, ochronę wyparli i zaczęli taniec na zgliszczach.

A ponieważ kultura była na poziomie takim se, to backline pozostał nie tknięty podobno. Tak przez lata słyszałem. Bo w 2014 roku podczas Jarocińskiego festiwalu, Tomek Ghoes żalił mi się, że mu kasy nie zwrócono za zdemolowany zestaw perkusyjny, a to co chciano zaproponować w zamian, jako rekompensatę sprzętową, nadawało się tylko na śmietnik. Więc co jest prawdą? Może kiedyś jakaś komisja sejmowa to wyjaśni.

Drugi dzień na małej scenie zakończyła zgrabnym akcentem. Milicja spałowała z lekkością i swobodą wszystkich obecnych, którzy nie zdążyli zwiać. Odpowiednio uzbrojeni, niczym husaria Sobieskiego pod Wiedniem, zaprowadzili prawo pałki w okolicy amfiteatru. Wycofałem się spokojnie i boczkiem oddaliłem na dużą scenę, unikając zbędnego pałowania i niosąc swoje spostrzeżenia na temat incydentu w głowie. Jedno było pewne i niezmienne.

Punk’s not dead!

 

Duża scena była w zgodzie z nazwą duża i piękna. Flagi papierosów Marlboro łopotały na zefirku w jakby w rytm muzyki. Czekały tylko na wicher, żeby zapogować. Pierwszych zespołów nie pamiętam za dobrze, bo mi flaki marsza grały i oddaliłem się w okolice stoisk gastronomicznych, w celu dokonania rekonesansu przed posiłkowego. Wiele wysiłku kosztował mnie ten spacer. Nie mogłem przekładać zasobów portfela na potrzeby organizmu. A dookoła kiełbaska skwierczała na ogieńku, iskry wesoło furczały w powietrzu, a zapach smażonego rozsadzał zmysły. I trzymaj tu klasę i udawaj, że nie jesteś głodny. A organizm sportowca potrzebował paliwa. Po dwóch niby spacerach, wybrałem stoisko na uboczu, oferujące jedzenie najtaniej. Kurcząc się w sobie, żeby oszukać potrzeby energetyczne organizmu, który nie chciał się łatwo zwieść byle czym, podszedłem nieśmiało.

Czy to byli jacyś  buddyści, hinduiści czy jazydyźmici? Czort wie. Mieli tanie żarcie, byli czyści i sanepidu się obawiać nie musieli. A że ich potrawy opierały się na warzywie polskim klasycznym? Jako katolik, byłem na to przygotowany. W domu co piątek, leciałem na makaronie z serem białym na słodko, chudej zupie, a jak taty huta za bardzo nie wyeksploatowała na koniec tygodnia, to i placki ziemniaczane się zdarzały. Lepsze zimnioki niż nic – pomyślałem i zamówiłem solidną porcję. Okrasili czymś cebulo podobnym i można było jeść, pić i czekać na swoich bogów estrady.

Miałem jeszcze sporo czasu na swoje muzyczne spełnienie, bo Kult zamykał dzień, za to Michał oddał się we władanie New Model Army, zespołu którego był i jest wielkim fanem. Jako wykształcony rusycysta, wył pod barierkami na całego. Gdyby nie to, że miał wszystkie zęby, gotów byłbym pomylić go z wokalistą Nowego Modelu Wojska. Jak już wysłuchał wszystkiego, wyszalał się i wykrzyczał, zająłem miejsce obok niego. Po dłuższej chwili potrzebnej na przepinkę, na scenę weszli ONI. Kult. Moje ukochane chłopaki. Szczota, Jeżyk, Gruda, Morawiec, Banan i Kazik. Oczy podeszły mi łzami wzruszenia po raz pierwszy już na samym początku. Szczęśliwie nie płakałem z głodu. Nawet nie wiem co zagrali dokładnie, bo mózg nie był w stanie precyzyjnie rejestrować set listy utworów płynących z estrady, a i sześć 0,5 jasnych pełnych rozrzedzanych wodą w plastiku robiło swoje i delikatnie tłumiło rzeczywistość.

Był taniec, było śpiewanie, klaskanie, było wszystko. Kult, ja, Jarocin. Ja, Kult, my.

Magicznym wydarzeniem, nie wiem czy dla zgromadzonych ale na pewno dla mnie, był apel Kazika, żeby przed „Lipcowym Porankiem” złapać za ręce osoby stojące obok, w hołdzie spałowanym biedakom na małej scenie i w okolicach.

Jak ja wtedy żałowałem że milicyjna pała nie sięgnęła moich pleców albo chociaż dupy! Że nie mogłem kroczyć z dumnie wypiętymi pośladami przed scenę, wśród rozstępującego się tłumu. Jak Jezus wjeżdżający do Jerozolimy w Niedzielę Palmową bym kroczył. Może i osiołek by się znalazł żeby leżąc na nim brzuchem i wpinając pośladki, dawać świadectwo prawdy? Rozmarzyłem się całkowicie:

I dojeżdżam, a tłum wydaje pomruk satysfakcji z obcowania z bohaterem. Kazik milknie, Jeżyk odkłada bas, Gruda popija ukradkiem, korzystając z chwilowego zamieszania i czekają. Pragną mnie gościć na scenie, dać mikrofon żebym przemówił, może nawet poprosić o poprowadzenie powstanie na oddziały ZOMO, które paręnaście chwil temu tak zuchwale rozprawiły się z bogu ducha winną młodzieżą?  Potem strzelimy sobie wspólne fotki, jarocinianie zrobią mnie burmistrzem a potem kto wie? Kto wie? Niestety. Wszystko posypało się jak domek z kart. Ktoś obok pierdnął po wegetariańskim żarciu, osioł się spłoszył i wyjebał mnie pod barierkami gdzie ochroniarze zrobili mi z dupy jesień średniowiecza, mszcząc się za Kazikowe: „ koncerty popołudniowe pełne bezmózgów w służbie porządkowej.”  

Zimny pot mnie oblał, nieprzyjemny smród obleciał i natychmiast wróciłem do reala. Rozczarowany niespełnieniem z marzeń, po złości nie podałem nikomu ręki. A niech sobie Kabura prosi, ja jestem w nastroju niepodawalnym. Nie wiem czy Kazik solo wystąpił w końcu czy nie, (bo miał tego dnia wystąpić), ale kac i ból w okolicy dolnej części pleców kazał mi brać azymut na pole namiotowe. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie przeszkoda zainstalowana samoistnie na stadionie jarocińskim.

W połowie boiska krocząc w  ciemności, jak to miałem w zwyczaju niezwykle zgrabnie, wyjebałem się na jakimś człowieku, zahaczając butem centralnie o jego twarz. Ten zerwał się na równe nogi błyskawicznie jak ja. Wielki był jak nie wiem co, złapał mnie mocno za ramię i ze łzami w oczach zapytał basem:

– Kiedy będzie Kult?

– Właśnie skończył. Pięć minut temu – wydukałem wystraszony.

– Jak to? Już? – wolno kontaktował teraźniejszość – O kurwa, co oni mi dali, pięć godzin byłem bez filmu. Ty, co oni mi dali?

Uciekłem w popłochu bo krew zaczęła mu się z nosa sączyć, a brak konkretnej odpowiedzi z mojej strony mógł skutkować atakiem agresji. A tej miałem na cały dzień wystarczająco dość.

 

 

Poranek dnia ostatniego był przepiękny. Słońce wyszło na pełnej mocy i już skoro świt, w okolicach godziny dziesiątej, trzeba było opuścić namiotowy lokal bo robiło się piekło pod tropikiem. Upał dookoła i swędzenie od brudu były już nie do wytrzymania. No tak, przecież ciało bez poważniejszego kontaktu z wodą przez dwa dni, przyjęło zdrową dawkę kurzu i pyłu i dawało znać o tym, mocnym, wnerwiającym swędzeniem: wody, kurwa, wody.

Zgodnie z chrześcijańską doktryną, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, polazłem szukać jakiegokolwiek strumienia wody, która zmyje cały podróżno koncertowy syf. Udało się. Prysznice były, nie powiem że zawodowe, ale były. Kiedyś widziałem na wsi u bogatego gospodarza, co to wyprzedził epokę swoją o potężny rzut widłami, że to co teraz w Jarocinie było luksusem , u jego krów było codziennością. Obmyłem bezkolejkowo nogi i co bardziej swędzące miejsca ciała. Poszorowałem zęby i spełniwszy podstawowy higieniczny obowiązek zacząłem zastanawiać się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Sytuacja wyjaśniła się szybko. Ledwo dolazłem do bazy, Wojtek wychylił pełną pomysłów głowę ze swojego namiotu i powiedział:

– Jarocin bez wina to nie Jarocin.

– Eche – odparłem zdecydowanie i po pięciu minutach siedzieliśmy na gorącej glebie i zaczęliśmy knuć.

–  Jest wybitnie gorąco, na bilety powrotne mamy odłożone, zainwestujmy zatem w sedno wyjazdu, niech się spełni jakiś poważny alkohol. Jabol?

– Nie inaczej – Wojtek ucieszył się z propozycji.

Zanim zaczęliśmy realizować sprytny plan, poleżeliśmy przed namiotami, określając strategię na późne popołudnie.

Dwie godziny przed uruchomieniem dużej sceny, ruszyliśmy na łów, szukając tych , dla których prohibicja była spełnieniem marzeń o fortunie. Długo nie szukaliśmy, na nasze szemrane:

-Wino, kupie wino!

Zareagował nerwowo kierowca poloneza.

– Co się tak drzecie cymbały! Zróbcie kółeczko i wróćcie. Pogadamy.

Pić się chciało, to kółeczko zrobiliśmy w 15 sekund, co rozochociło naszego dostawcę do połajanek.

– Co was pojebało? Chcecie żeby mnie rozpracowali? – zapytał grzecznie.

– No nie, ale my musimy, bardzo musimy się napić wina. – wydukałem.

– Ile?

– A jaka cena?

Dzisiaj nie pamiętam, ale jakby nie zasoby Wojtka, to do domu bym bez butów poszedł. Cena wydawała się godna ryzyka. Tuląc do piersi po udanej transakcji butelczynę, niczym matka dziecko, jak mistrz piłkarski ważny puchar, w amoku lekkim, dotarliśmy na jakąś budowę, której pierwsze piętro, jeszcze bez ścian, stało się miejscem naszej wymarzonej konsumpcji. Jak dostaliśmy się w czeluście buteleczki pełnej marzeń i rozkoszy niedoznanej do tej pory? Czy to ważne? Absolutnie nie, bo korków wtedy nie dawano żeby nie utrudniać spożycia. Najważniejszy był pierwszy, zdrowy, męski łyk.

„Zapachniały zefiry brzękły potrójne liry.”

Upał i procenty zatrzepały mózgiem. Ale jaja! Jabol w Jarocinie. Podwójne, klasyczne JJ. Ciszę i rozmyślania nad jakością trunku, przerwały wzmocnione dźwięki z dużej sceny.

– O rany, chłopaki, chciałem zobaczyć Closterkeller –  powiedział Wojtek.

– No –  przytaknąłem, myśląc jednocześnie o wartości doznań smakowych, cenie wina i całej tej akcji, tak pieczołowicie ogarnianej a chyba jednak chuja wartej.

Stwierdzenie Wojtka o potrzebie muzycznych doznań pod sceną, zaowocowało dopiciem wina na szybkie trzy. I popędziliśmy, niesieni jabcokowym paliwem na koncert. Oczywiście na Closterkeller nie zdążyliśmy. Nie zdążyliśmy też na kolejny zespół. Po prawdzie też, to trzeci dzień już nie miał tego napięcia muzycznego we mnie. Zespoły bliskie ciału wyssały ze mnie energię, a i myśli o powrocie w wymiar szarej codzienności zbliżały się nieubłaganie. Byli tego dnia Chłopcy z Placu Broni, nasz lokalny krakowski zespół, ale dopiero Kobranockę i T. Love gdzieś tam przypominam sobie w zakamarkach swojej świadomości. Kasy już nie było, to i zabawa bez browarowo kręciła się nijak. Finał dupy nie urywał, Wilki i Ira. Pierwszych jeszcze słuchałem bo miałem jakieś tam przyjemne skojarzenia towarzyskie, ale drugiego to nie lubiłem mocno.

Jakoś tak nie siadło mi kompletnie to ich na siłę amerykańskie granie. No nie siadło i już. I wiedziała o tym moja koleżanka, z którą przez jakiś czas, jak to się wtedy mówiło, chodziłem. Tu i tam chodziłem i nic nie wychodziłem. Za to ona przywaliła gwoździa do trumny naszej znajomości i na jakąś okazję zakupiła mi całą kasetotekę Iry. No myślałem, że jebnę na zawał. To tak jakby narkomanowi kompotu z gruszek podać pompką rowerową w dupę. To było przeze mnie nie do zaakceptowania. Skad jej ten pomysł wpadł do głowy? Przecież wiedziała, że akurat i szczególnie TO mi muzycznie nie siedzi wybitnie. I co z tego, że zasłuchiwałem się w wielu rodzajach muzyki? Od cudności muzycznych  na filmowych ścieżkach po hardcorowe łojenie. Wybór był wielki jak jułesej. Ale IRA nie mieściła się w mojej muzycznej Ameryce. Szlak mnie trafił i nawet nie próbowałem udawać, że się cieszę. Udawałem za to że posłucham jak będę sam. Kłamałem bardzo. Po jej wyjściu kasety poszły natychmiast do śmieci.

 

Jabol obalony, Jarocin zaliczony” pomyślałem pakując się w poniedziałkowy poranek. Mogłem być z siebie i kompani dumny. Powrót odbył się o dziwo w atmosferze nijakiej bo i nic z niego nie zapamiętałem. Było więc, jak to w życiu często bywa, zupełnie bezbarwnie. Jedynym akcentem jaki zaliczyłem w dniu wyjazdu, było otarcie się w monopolowym o Muńka. Nie zagadałem nawet, o dziwo jak nie ja, ale to pewnie przez to, że on na alko miał a ja nie. Więc zazdrość nie pozwoliła mi z nim porozmawiać. I strach, że mogę go nie zrozumieć. Lozumiecie mnie choć tloske?

Powrót w domowe pielesze nastąpił około północy. Cisza pustego domu kłuła w uszy. Jednak dobra jarocińska karma trwała. Włączyłem radio a tam na kanale stacji, po której obecnie nie można spodziewać niczego dobrego, poleciał koncert Kultu sprzed dwóch dni. Strasznie miłe uczucie mnie opanowało. Siedziałem wygodnie w fotelu i przeżywałem festiwal po raz kolejny. Po odtworzonym nagraniu, zaaranżowano audycję o tragicznych wydarzeniach w Jarocinie. Jak zwykle najwięcej do powiedzenia mieli ci, których tam nie było. Zadzwoniłem i zacząłem tłumaczyć słuchaczom i redaktorom, że to nie jest tak jak opisują media, i że poza tym jedynym incydentem na małej scenie, w pozostałe dni było bardzo ok. Wręcz wzorowo. Rozłączyli mnie szybciutko. Media pokazały swoją moc. Bo prawda jest tylko ich i nie koniecznie ta prawdziwa.

Pa pa Jarocinie. Za niedługo umrzesz, ale po latach się podniesiesz. Do zobaczenia zatem za kilkanaście lat. Sentyment mnie do ciebie przygna z powrotem. I młodzieńcza fantazja dziada w średnim wieku. Przecież to co piękne trzeba pielęgnować, wspominać i wspierać. Zatem do zoo w XXI wieku!

S19. Piwna przygoda.

S19. Piwna przygoda.

 

Granie na poważnie rozpoczęło się tak naprawdę od półfinałowej rozgrywki w Rzeszowie. Trener Józef bał się trochę, że mu wyniku nie zrobimy w naszym zestawieniu personalnym i dokoptował do drużyny sławy nowohuckiej siatkówki, Wacława i Jurka Pawełka. Legendy polskiej siatkówki miały nam dać jakość i doświadczenie. I przytrzymać nas z daleka od używek płynnych.

O mój Boże, odpowiadało mi to bardzo. Jednym ruchem zdjęto ze mnie i Jarka presję jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Teraz cały ciężar zobowiązań był na karku zbliżających się do emerytury moich sławniejszych kolegów. Los jednak chciał inaczej. Podczas meczu w Rzeszowie, Wacek tak nieszczęśliwie skręcił nogę, że był to bodaj jego ostatni mecz w karierze. Szeregi więc z lekka się nam przerzedziły, ale dalej mieliśmy pakę na awans z palcem w dupie. Został Jerzyk i nawet to, że nie trenował z nami za często, nie miało wielkiego znaczenia. Jedliśmy z hutniczego pieca siatkarski chleb i rozumieliśmy się bez słów. Siatkówka na poziomie trzecie ligi była prosta. Rutyniarz był tam Bogiem a my jego aniołkami.

Finał finałów graliśmy w Opolu, z którego awansować do II ligi miały dwa zespoły. W zabawie uczestniczyliśmy my, gospodarz AZS Opole, nasi koledzy z Wawelu Kraków i ktoś tam jeszcze. W drugim dniu turnieju nadszedł czas derbów. Obydwie drużyny po zwycięstwach piątkowych były już w ogródku i witały się z gąską. Zwycięzca derbowego meczu zdobywał awans bez względu na niedzielne wyniki. Najlepszym rozwiązaniem dla małopolskich drużyn, miał być ich wspólny awans. Tego chcieliśmy i tak by się zapewne stało, gdybyśmy grali mecz przeciw sobie w ostatniej kolejce. Po prostu poustawialibyśmy się jak ta lala. Ale w przedostatniej kolejce takiej możliwości nie było a w siatkówce ktoś musi wygrać, bo ktoś kto ustalał przepisy zapomniał o remisach.

Zawody były szalenie emocjonujące i wyrównane. Cios za cios,  punkt za punkt, set za set. Znaliśmy się doskonale, wiec nikogo nie dziwiło, że po dwóch godzinach wynik brzmiał: 2-2 w setach.

W tie breaku, w jego środkowej części, źle stanąłem i podkręciłem solidnie staw skokowy. Padłem na deski i oczy zaszkliły mi się łzami. Nawet nie z bólu co z bezsilności. Teraz? Dlaczego właśnie teraz?

– Wstawaj Tomek! Wstawaj ! – Jurek Pawełek mobilizował mnie – wstawaj! Z tobą to wygramy!

– Nie dam rady. Ciągnie mnie kostka strasznie i już puchnie! – nie miałem zbyt dużej wiary w szybkie ozdrowienie.

– Wstawaj! Dasz radę! Wszystko jest załatwione! – patrzył mi w oczy głęboko.

Zahipnotyzowany wstałem, nie zdając sobie sprawy o co chodzi. A chodziło tylko o wykrzesanie resztek sił na końcówkę. Musieliśmy wygrać ten bratobójczy pojedynek. Nie było wyjścia. Mrożenie stawu chlorkiem pomogło, adrenalina buzowała i wróciłem błyskawicznie do walki.

12, 13, 14 i 15!

Jest! Mamy to!

Okocimski Brzesko w II lidze!

Nasi hutniczy a teraz wojskowi bracia byli podłamani, ale jeszcze nie wszystko było stracone. Wystarczyło im tylko wygrać w niedzielę i liczyć na nasze zwycięstwo . Wszystko wydawało się takie proste. W niedzielę, grając w pierwszej parze,  zrobiliśmy to co do nas należało, ale Wawel nie dał rady nakręconym gospodarzom z Opola. Co zrobić, sport bywa czasami bardzo okrutny. Okocimski szalał, my z Jarkiem też, ale trochę byliśmy przygaszeni po ostatnim meczu niedzielnym.

W drodze powrotnej do Krakowa poznałem uroki zwycięstwa na które tak długo w Brzesku czekano. Radość był ogromna. Wódka i piwo lały się strumieniami. Zmęczenie było straszne, ale adrenalina buzowała jak lawa w wulkanie i świętowaliśmy długo i solidnie. Zrobiliśmy coś wielkiego dla Brzeska, Okocimia, okolic i czułem to całym sobą. Był to mój pierwszy awans i jak się wkrótce okaże nie ostatni. Gomółka, specjalista od awansów z niższych lig. Tak po latach mogę o sobie powiedzieć.

Sukces sportowy wiązał się z ekstra gratyfikacją finansową oraz wyższymi apanażami w II lidze. Taki awans w pracy z solidnym bonusem. Wracałem po roku gry na przyzwoity poziom siatkarskiej zabawy. Rozliczenie finansowej gratyfikacji nastąpiło po hucznej zabawie w mieście piwa. Sponsor podjechał pod hotel przyzakładowy wczesnym rankiem.  Dał znać klaksonem ze trzy razy, a my znieśliśmy nasze skacowane ciała do jego BMW, model nowoczesny wtedy bardzo.

– No to ile chłopaki zarobiliście? – Padło pytanie z serii nie pamiętam ile obiecałem.

– No po tyle i tyle. Tak się umawialiśmy, nie? – nasza pamięć mimo kaca była niezawodna.

– Oczywiście. A to jeszcze to na dokładkę, za wspaniałą robotę! – wyciągnął bardzo gruby plik banknotów z którego niewiele ubyło po wypłaceniu premii.

– Dziękujemy i polecamy się! – było nam niezwykle miło.

– No. To biorę was na swoje utrzymanie w drugiej lidze też. Zostaniecie?  – Sponsor nas chciał utrzymywać a my niemieliśmy prawie nic na przeciw – Wawel nie wszedł to po co wracać do Krakowa?

– No tak ale studia przerwaliśmy, wojsko nas ścigać będzie – Trzeźwieliśmy szybko wizualizując zielone mundury na naszych ciałach.

– E tam. Kto by się wojskiem przejmował? Załatwi się wam coś na rolniczej. Chcecie studiować na rolniczej? – chlebodawca starał się nas ratować przed wojskiem dla dobra brzeskiej siatkówki – Aha. I piękny Marek tu przychodzi! Już jesteśmy dogadani!

Mareczek? Siekierka? Czwarty do brydża? Wspaniale.

– Fajnie, to załatwiajcie tę rolniczą. – Byliśmy zdecydowani i chętni, ale wiedzieliśmy też, że jak to w życiu bywa, nie wszystko zależy od nas.

Daliśmy losowi szansę i sprawy ruszyły z kopyta. Pierwsze spotkanie na Akademii  Rolniczej było jednocześnie przedostatnim przed egzaminami. Przyszliśmy ukierunkowani, przez naszych mocodawców, na konkretny wydział. Zootechnika. Nazwa kierunku dla absolwentów Technikum Budowlanego brzmiała tajemniczo. Ale do zoo lubiłem chodzić więc mi to nawet pasowało.

– Panowie witajcie!  Zgodnie z ustaleniami macie tuta pytania na wasz egzamin, ten, no. Powodzenia!- naukowa persona która nas ugościła zaczęła sprawy tłumaczyć szybko, żeby mieć to już za sobą.

Ale nie ze mną te numery Bruner.

– A odpowiedzi? – nie lubiłem marnować czasu swojego, a naukowców to już w szczególności.

– Odpowiedzi? – zatkało komuś kakało – Jakie odpowiedzi?

– Odpowiedzi na pytania egzaminacyjne psze pana.

– No ale jak to tak? I tak robię coś czego nigdy nie robiłem. A pan coś jeszcze insynuuje?  – Naukowiec nie   mógł uwierzyć w zaistniałą rzeczywistość.

– Gdzież bym śmiał! Zna pan pewnie odpowiedzi na te pytania? Prosimy! Da radę na jutro? Bo egzamin za tydzień a my mamy zgrupowanie. Ściągi trzeba by porobić, połapać to wszystko i w ogóle – błagałem niemal klęcząc na niby.

– Na jutro? – naukowiec był w szoku i bełkotał. – Odpowiedzi… Na jutro….

–  Tak! To będziemy o jedenastej! Do widzenia! – Załatwiliśmy sprawę pozytywnie i wycofaliśmy się sprintem.

– Do widzenia! – krzyczałem już w połowie korytarza – dzię ku je my!

– Ale pan … – drzwi i odległość wygłuszyły dobrze dalsze wywody profesora może i habilitowanego.

Odpowiedzi były przygotowane. Teraz tylko wystarczyło nie zaspać na egzamin. I nie pomylić się! Rany bomba, jakie to wszystko było skomplikowane.

Przed wejściem na salę egzaminacyjną miałem małe moralne zachwianie. Czy aby droga obrana jest słuszną drogą? Czy nie krzywdzę tych wszystkich którzy chcą być bardzo, bardzo weterynarzami i zapładniać krówki pchając im ręce w odbyt, leczyć pieski, kastrować kotki, obijać pieczęciami mięso ze świni i dzika, szczepić knury i pracować w Zoo? A może nawet być dziennikarzami, politykami, sprzedawcami, tancerkami w klubach gogo? Ściskało mnie w żołądku strasznie. Nie zasłużyłem na ten kierunek, nie mogę odbierać przecież chleba fanatykom zwierzyny w każdej postaci.

– I wiesz, jest jeden na jeden. Może dostaniemy się wszyscy – z głębokich myślenic wyrwał mnie szczebiot jakiegoś młodego kandydata na zwierzo-lekarza bez granic.

Boże jedyny, Panie Na Morzu i w Oborzu ! Wysłuchałeś modlitwy pokornego serca sługi swojego. Nie dasz nikogo skrzywdzić. Skoro Ty nie dasz, to i ja im pomogę, niewiernym. Egzamin miał trwać godzinę. Najlepsi z najlepszych czyli ja i Jaro, już po trzydziestu minutach byliśmy gotowi do opuszczenia gościnnych progów Akademii Rolniczej. Ale zostało jeszcze jedno ALE do wypełnienia. Kto Panu swemu obiecuje, ten nie może okazać się chu, huncwotem, o! I puściłem pomocną ściągę a umysły rozstąpiły się niczym Morze Czerwone przed inwazją wiedzy. Wszyscy napisali egzamin zadowalająco i wszyscy się dostali. Byłem chwilowo spełniony a Okocimski zadowolony. Wojskowy wyrok został odroczony.

Przygotowania do drugoligowego sezonu rozpoczęliśmy z początkiem sierpnia odwiedzinami Siekierki, który przyjechał negocjować swoje apanaże. Negocjację zakończył z sukcesami i mogliśmy w godzinach wczesno popołudniowych udać się na zasłużone oblewanie. Siedziało nam się miło do momentu kiedy nie trzeba było wstać i odprowadzić Marka na pekaes. Zadanie utrudniały nam jakieś błędy w grawitacji ziemskiej. Coś było nie tak, bo im więcej lat miał któryś z nasze trójki, tym trudniej było mu utrzymać kontakt z podłożem. Dziwnym trafem miejscowi trzymali się prosto.  Widać byli przyzwyczajeni albo nie pili od południa jak my. Dotarliśmy na dworzec po kilku wywrotkach i kiedy ja z Jarkiem zaczęliśmy łapać pion i wyglądać jak tubylcy, Siekierka popadał w coraz większą grawi dziurę. Zaczęliśmy go więc holować do autobusu. Jednego i drugiego, ale kierowcy na widok trzech słaniających muszkieterów zamykali drzwi i dawali w długą.

Halo, halo! To my! Zawodnicy drugoligowi. Miejscowi!

Halo! Słyszy nas ktoś, coś? – nadawaliśmy w podświadomości bo tylko tak się rozumieliśmy.

– Cześć panowie. A gdzie wy się tak nawaliliście? – Andrzej, nasz miejscowy rozgrywający wyrósł z podziemi jak pęd z ziemniaka.

– Nigdzieee, ee ! – odparłem ufając mu, że mi zaufa.

– Marek jeedziee, do doomuuuu. Będzie ee z naami grauł ! – przekazałem wiadomość dnia licząc na zrozumienie.

– Wiem, fajnie. Ale stańcie gdzieś z boku. Wszyscy na was patrzą, to małe miasto – Odkrywał przed nami gorzką prawdę o małych miastach.

– Doobrzee, yyee. Marek jedzieeeii ! – błagaliśmy o ratunek i szukaliśmy boku w którym moglibyśmy się skryć.

Marek nie błagał. Marek nie szukał. Marek nie żył. Dzięki Andrzejowi udało się oszukać kierowcę sposobem na chorego człowieka. Endrju upchnął zwłoki i kupił bilet z sutym napiwkiem. Kierowca uśmiechnął się pod nosem i obiecał dostarczyć ciało i duszę do Krakowa. A nas kolega odwiózł do hotelu. Spacer nie wchodził w rachubę. Na pewno tak było. Trzeba wierzyć.

 

Nasi koledzy spoza Brzeska byli dziwni. O ile Krzychu w trzeciej lidze łykał z nami browary chętnie i nie trzeba go było o to prosić, o tyle Wojtek nie łykał nic. U Krzycha raz nawet w Dębicy wylądowaliśmy i nas poniosło na bogato. Żona jego się nie cieszyła specjalnie mocno, jak wyliśmy późną nocą, że „ Oprócz błękitnego nieba nic nam w życiu nie potrzeba” i chcieliśmy wyrzucać nasz sprzęt sportowy przez okno. Na szczęście szła rano do pracy i modliła się o szczęśliwy powrót do pustego domu. No może nie do końca pustego, bo męża należało ustawić do pionu i kazać mu wybierać: koledzy i picie albo szczęśliwy związek i w nim gnicie.

Wojtek skrywał w sobie wielka tajemnicę. Tatulo jego był chory na alkoholizm i Wojtek postanowił, że nigdy prze nigdy nie weźmie alkoholu do ust. Człowiek obcując z chorym sam najlepiej zna problem.

Rok wytrzymał przy nas w celibacie alkoholowym. To znaczy w celibacie był on, bo my broń Boże nie znaliśmy takiego pojęcia. Jednak w drugiej lidze się złamał i bił rekordy konsumpcji. Jeden balecik kręciliśmy na hotelu i w miejscowych knajpach. Po sześciu piwach przychodził czas na wodę ognistą. Wszyscy jechali równo. Siekierka i ja straciliśmy z przemęczenia czucie w nogach I nie mogliśmy wrócić do hotelu, ale co to było dla Wojtka? Pestka. Złapał nas za ręce na wysokości bicepsów i odprowadził grzecznie do domu. Rano wstaliśmy otumanieni wrażeniami dnia poprzedniego i z wielkimi siniakami na rękach. Marek na lewej a ja na prawej. Miasto było małe, ale jakoś nikt nie donosił na nas trenerowi. Ale za to my byliśmy tylko ludźmi i sami sobie potrafiliśmy robić pod górę.

– Panowie a Wojtek gdzie? – Trener na porannym treningu przeszywał nas rentgenowskim wzrokiem.

– Nie wiemy. Pożegnaliśmy się w hotelu i poszliśmy spać. Wcześniej niż zwykle – to była nasza wersja poranna.

– Spać? Wcześniej? Tak? Cieeeekawe. A wy co tacy zmęczeni. Spaniem?

– E tam, wcale nie. Ale spało się źle, bo gorąco i coś stukało na browarze – łgaliśmy jak z nut.

– To dobrze. Jak nie jesteście zmęczeni to zrobimy dzisiaj wytrzymałość.

Na rany drzewa sandałowego. Jak tak można? Kto to widział. Panie, myśmy się popili, jeszcze w kiszkach larum grają a pan nas na poligon ślesz? Tak nie można. Robienie treningu wytrzymałościowego samo w sobie było niczym Męka Pańska, a opcja takiego treningu po balu to już prawdziwe piekło. Na nic zdały się płacze. Trener Józef  był twardy jak skała. Dobry trener, prawdziwy ojciec brzeskiej siatkówki, także dla nas chciał być tatą sprawiedliwym. Przesadziłeś wieczorem? To teraz wypacaj, bohaterze kuflowy.

Trening wlekł się okrutnie, żołądek nie raz i nie dwa podchodził do gardła. Nie ma co kryć, odstawaliśmy wyraźnie. Pewnie z powodu gorąca panującego na hali. Wojtek nie wiedzieć czemu nie dołączył do zabawy. Z czasem okazało się, że tego dnia nie miał prawa dołączyć. Pomyliły mu się, niebożęciu,  noclegownie i wylądował na progu piłkarskiego budynku przy stadionie, zamiast w naszym hotelu. Pomyłka lokalizacyjna wynosiła około jeden kilometr. Mieszkająca tam pani, ze strachu przed olbrzymem wezwał policję. Ci szczęśliwie rozpoznali w nim swojego siatkarskiego reprezentanta i nie zamknęli go na wytrzeźwiałce albo w areszcie, tylko oddali trenerowi. A ten zamknął go gdzieś w szatni na hali, żeby ten doszedł do siebie.  A tak się kolega zastrzegał, że jak nas zaprowadzi to już na miasto nie wraca. Widocznie nie dotrzymał obietnicy.

Do sezonu byliśmy przygotowanie solidnie. Drugiej ligi nie znaliśmy wcale, ale liczyliśmy na spokojne utrzymanie się w niej. Postanowiliśmy też poważnie podejść do rozgrywek ligowych i na przekór naszym rozrywkowym charakterom, postanowiliśmy nie łykać w weekendy ligowe. Weekendy były zarezerwowane do grania. Nie zawsze się to co prawda udawało, ale sytuacje takie bardzo ekstremalne pamiętam raptem dwie. A nie. Trzy.

No dobra, cztery.

Pierwsza wypadła podczas wesela mojego kolegi z technikum, Rafała. Fajnie się poskładało bo z Brzeska na miejsce ślubu miałem rzut piłką lekarską. Jakieś trzydzieści kilometrów. I do tego działka moich rodziców była w pobliżu domu weselnego, więc nocleg miałem opanowany. Wszystko było na miejscu niemalże. Po sobotnich zawodach zameldowałem się na imprezie. Weseliliśmy się jak trzeba. Co prawda ja troszkę słabiej, bo mecz mnie rano w niedzielę czekał, ale reszta znajomych nie miała takich problemów. Cieszyłem się, że nie uległem pokusie i namowom na ostrzejsze świętowanie i niespecjalnie zmęczony, a nawet wyspany wróciłem na miejsce sportowej pracy. Jak zobaczyłem kolegów to się przeraziłem. Kto tu był na weselu? Ja czy hotelowy alko-gang? Na szczęście wygraliśmy i się wszystkim upiekło i mogłem z czystym sumieniem wracać na poprawiny.

Druga sytuacja też miała miejsce podczas zawodów na okocimskiej ziemi. Trener już nie wiedział jak nas upilnować i na nasz pomysł nocowania w domu w Krakowie, bo coś tam coś tam, zareagował entuzjastycznie . Liczył na to, że matki, żony i kochanki nas przypilnują. Prawie wszystko się zgadzało, tylko zapomnieliśmy mu przekazać, że Anioł wpada do miasta Kraka na weekend i raczej w miasto ruszymy.  I w Krakowie ruszyliśmy na bingo. Nawet coś tam wygraliśmy i przez to tak mocno świętowaliśmy, że nas z bingo usunięto metodą siłową. Kilku ochroniarzy doprowadzało nas do pionu, bo sami nie dawaliśmy sobie rady. Ani z nimi ani z nami samymi.

Za to na mecz przybyliśmy zgodnie z zapewnieniami, prawie w formie i pewnie też zwyciężyliśmy.

Albo i nie?

Trzecia akcja była mega. Pojechaliśmy na zawody do Jaworzna. Jaworzno to był zespół chimeryczny. Co roku na sinusoidzie. Albo spadał bo był za słaby na I ligę, albo awansował bo był za silny na ligę II. A lał w tej naszej lidze wszystkich niemiłosiernie. Ale nas się, nie wiem czemu, obawiał.

Wyjazd był z kategorii wyjazdów niedalekich. Krakowska część zespołu dołączała się do reszty u siebie, na trasie. Sobotni mecz był jak na II ligę wspaniały. Wojtuś tłukł z lewego skrzydła, z drugiej linii, ile tylko fabryka dała. Jarek widział co na parkiecie piszczy i posyłał mu piękne wystawy na skrzydła. Po morderczej walce przegraliśmy . Wszyscy byli zdziwieni, że beniaminek jest taki silny i chwalili nas, poklepywali po placach, jak nigdy. W szatni okazało się że ktoś szczęśliwie ma urodziny, ewentualnie imieniny czy cokolwiek innego, co pozwoliło by strzelić tego biednego litra, co to komuś w torbie sportowej zalegał. W dodatku po takim meczu? Kierownictwu nie wypadało zabraniać nam wypić po łyku czystej.

Chętnych jednak wielu nie było, ale bohaterowie wieczoru, zasłużenie trzepnęli pod prysznicem po łyku i to nie jednym. Ktoś im pomagał, żeby nie popłynęli za daleko, ale oni nie mogli przestać . W Krakowie grupa krakowska wysiadała i grzecznie, jak nigdy, poszła spać. Rano czekała nas zbiórka znowu i wyjazd na rewanż. Na miejscu z którego mieliśmy odjechać, spotkaliśmy się przed czasem. Minuty mijały szybko, a autobusu z naszym zespołem nie było. Kolejna minuta, pięć, kwadrans, trzydzieści minut.

Jest! Uff. Kamień z serca.

W autobusie nastroje były minorowe a trener emitował bliżej nieokreślony wkurw na świat cały. Zawodnicy brzescy stroili dziwne miny. Na szczęście nastrój w autokarze się szybko polepszał, bo my krakowiacy wyglądaliśmy trzeźwo i dobrze jak nigdy. Na końcu autobusu drzemał Wojtek. Niech śpi konisko, niech śpi. Luli luli, chciałoby się mu śpiewać za wczoraj, luli luli la.

Mecz niedzielny też rozegraliśmy dobry. Nie chcieliśmy psuć wrażenia z soboty. Wojtek był  co prawda jakiś nieobecny, ale naparzał tak, że aż drwa z parkietu leciały. Jeszcze silniej niż dzień wcześniej. „Forma pierwszoligowa” napiszą gazety w poniedziałek. „Brzeski atakujący wyprzedził drugą ligę swoimi umiejętnościami”. Dla mnie był też gladiatorem takim jak znani mi z opowieści zawodnicy uprawiający siatkówkę we wcześniejszych latach. Ci którzy panowali nad swoimi organizmami podczas zawodów wbrew prawdziwym faktom i zdrowemu rozsądkowi. Zanim jednak to poczytaliśmy nazajutrz, w drodze powrotnej cała prawda wyszła z wora, niczym Wojats z szafy. Okazało się bowiem, że naszego najlepszego atakującego gdzieś w Brzesku poniosło. I to całkiem poważnie, bo aż do utraty tchu. Do tego stopnia stracił przyjaciel serdeczny głowę, że w godzinie odjazdu na Śląsk, spał sobie słodko. W szafie w hotelu. I trochę czasu zajęło jego odnalezienie i zapakowanie do pojazdu. Ale miał w sobie to coś, co mają tylko najwięksi. I powstał jak nikt. A Feniks i jego popiół mu do dzisiaj zazdroszczą.

Ostatnia akcja miała miejsce pod koniec sezonu, była już dla wszystkich ostrzeżeniem z serii: przeginacie, to raz ostatni. Więcej tolerancji nie będzie.

Miejscem akcji był Ozorków. Kolejna sobota i kolejna ligowa młócka. Po meczu zalegliśmy w hotelu kategorii czwartej. Do spania postanowiliśmy sobie pozwolić tylko po małym piwku, bo rano czekała nas druga część zawodów z Bzurą. Niestety nie wszystko poszło gładko i jednego kolegę rano nie mogło to małe piwo opuścić. Za nic nie chciało mu wyparować z czaszki, trzewia grały na inną melodię i robił się ogólny kocioł w jego organizmie. Stan zespołu wyglądał na drużyna minus jeden.

Pod halą gospodarzy kolega szukał rozpaczliwie ratunku w opróżnianiu organizmu z resztek dnia wczorajszego. Nie pomagało. Może ostra rozgrzewka? Nie pomagało. Może czas zagra dla niego? Nie zagrał.

Podczas rozgrzewki, trafienie w piłkę nad siatką okazało się niemożliwe. Nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy. Kapitan Nemo zagościł w naszych szeregach i był tak chory , że nawet rutyna nie mogła mu już pomóc.

– Trenerze chciałem zgłosić ,że jestem dzisiaj nieprzygotowany do gry – niedyspozycja pchnęła kolegę w akt daleko posuniętej desperacji.

– Jakie nieprzygotowany?! Chłopie co ty mi pier…….. – Kołcz Józef się wściekł nie na żarty.

– No nie przygotowany do zawodów – ostatkiem sił kolega wypalił się przed trenerem – Nie dam dzisiaj rady zagrać.

Mógł być to jeden z nas. Członek grupy krakowskiej. Studia porzuciliśmy z Jarkiem po miesiącu od rozpoczęcia, zootechnika nam najwyraźniej nie siadła. Obserwacje po mikroskopem nasienia byka czy nauka wzorów matematycznych kwiatów nie wciągnęła nas na tyle, żebyśmy mogli kontynuować edukację z pełną pasją. Młody dawał po dupie w trakcie sezonu i czas nasz mijał nieubłaganie. Wiedzieliśmy, że wyżej tego co zrobiliśmy do tej pory w Okocimiu, nie przeskoczymy.

Mimo walki niemrawej, jaką starał się stoczyć o nas, na kolejny sezon KS Okocimski, to Wawel miał teraz wszystkie lejce w swoich rękach. Bo nie dość, że awansował do drugiej ligi, to jeszcze był w stanie w miarę bezboleśnie rozwiązać nasz problem z zasadniczą służbą wojskową. A Okocimskiego zostawiliśmy po sezonie, na bezpiecznym miejscu w II lidze. Utrzymanego i zaadoptowanego w ligowym towarzystwie. Uznaliśmy swoją dwuletnią misję za zakończoną. Raczej z sukcesem.

Czas było wracać na stare krakowskie śmieci i tam budować coś nowego. Tym bardziej, że wojsko ścigało nieubłaganie a koledzy na nas czekali.

No to chlup! Zmieniamy klub!

M16. Jar-dur.

M16. Jar-dur.

 

Już nie pamiętam czy przepuściłem całą kasę nad Bałtykiem, czy powód był bardziej prozaiczny i rodzice mnie po prostu nie puścili. A może nie miałem z kim jechać? Nie wiem. Wiem za to, że Jarocin ‘92 ogarniałem w gazetach i za pośrednictwem radia. Powróciwszy z nadbałtyckich wakacji, drugą połowę lipca trzeźwiałem na wsi, jeśli można używać tak górnolotnych sformułowań, mając  „Bar pod Jabłonką” pięćdziesiąt metrów od domu.

Leszczyna. Rodzinna miejscowość mojej mamy. Kocham ją całym sobą. Wszystko. Harówkę w polu, kolegów, dziadków i ich kolegów i koleżanki. I świniobicie też. Sad „za granicami”, pole w Królówce, Gackach i na Brzegach. Ursus C-330 na którym zjeździłem kilka tysięcy godzin po polu, sadzie, lesie.

Spędzałem tam każde wakacje i ferie odkąd pamiętam. Jako dzieciak zabawowo, jako młodzieniec do zabawy doszło zarobkowanie u dziadka i wujka. Wujek Staszek jeździł za granicę pracować na budowach, a ja w okresie letniej kanikuły ogarniałem z dziadkiem ze trzy hektary pola i sad. Robiłem wszystko co robić musi rolnik na wsi. Traktor z osprzętem wszelakim obsługiwałem. Koniem orałem, kosiłem kosą, kosiarką i Bóg wie czym jeszcze. Gnój, siano, żniwa, opryskiwanie? Jaki problem? Jabłka, pomidory, ogórki obrobić? Bez problemu. Świniobicie? Czemu nie, skoro trzeba? Patrząc na to po latach, to cóż to za problem był dla chłopaka z miasta? Z miasta Nowa Huta.

Żaden.

Było mi więc w tej Leszczynie  prze zajebiście jak zawsze i nawet ten stracony Jarocin średnio bolał. Zwycięzcę festiwalu objawiła mi Gazeta Wyborcza. Do kiosku po świeżą prasę jeździłem maluchem 125 p. z ujebanym ogranicznikiem fotela. Długi byłem, więc auto które dostałem we władanie, musiałem lekko zmodyfikować. Trzy kilometry do Trzciany albo sześć do Żegociny, tam gdzie były ulokowane najbliższe kioski z prasą pokonywałem popierdując radośnie z fiacika. Startowałem wcześnie rano, bo i sportowe na wskroś „Tempo” i „Gazeta Wyborcza” szły wtedy jak ciepłe bułki.

To, że Jarocin wygrał Defekt Muzgó było dla mnie sporym zaskoczeniem. A prawdziwym szokiem to, że:

 

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku

  od strachu uratuje nas tylko defekt mózgu.”*

*(Defekt Muzgó, fragment utworu „Defekt muzgó”)

 

Jak to wszyscy? I to w tym samym kierunku? Defekt mózgu wyczuwałem u siebie od jakiegoś czasu, a to co przeczytałem, utwierdzało mnie  w przekonaniu, że za normalny to ja chyba nie jestem. Koleś z miasta pomagający ogarniać kilkuhektarowe gospodarstwo rolne? Jak to tak? Nienormalny jakiś…

 

„Nie słucham nikogo

I nie wierzę w nic

Żyję z dnia na dzień

Żeby jeść i pić

Wasze ideały nie obchodzą mnie

Wiec dlatego wszyscy nienawidzicie mnie”*

Defekt Muzgó, fragment utworu „A ja żyję”)

 

 

Nuciłem sobie pod nosem i w polu mi się lepiej robiło. Nie przejmowałem się wtedy niczym. NICZYM. W końcu miałem defekt, a Leszczyna była lekiem na całe świata zło!

 

1993 rok rozpocząłem z mocnym postanowieniem poprawy. Nie jest punkiem  ten, co Jarocina choć raz nie liznął. Raczej daleki byłem od wepchnięcia się w sztywne ramy załoganta, czy jakiegoś ortodoksa albo co gorsza obszczypanka. Ale Jarocin to Jarocin i trzeba być. A że miał być też mój zespół ukochany Kult, to lepszego czasu nie mogłem sobie wymarzyć na wyprawę.

Załogę festiwalową zorganizował Michał. Górale z Naprawy i okolic stanowili wspaniałą kompanię, żeby festiwal przeżyć po bożemu i pankowemu.

Michała poznałem na koncercie Ziyo, w okolicznościach co najmniej dziwnych. Koncert odbył się w sali AWF, a dokładniej w auli raczej, z miejscami siedzącymi i małą przestrzenią taneczną, która oddzielała scenę i pierwszy rząd foteli. Przestrzeń taneczna  została przestrzenią taneczną, zaraz po tym, jak Ziyo grać zaczęło i teren ten, gibając się w rytm muzyki, zagospodarowało dwóch kolesi. Ja i on. W końcu usiedzieć w tak młodym wieku nie potrafiliśmy, kiedy z głośników płynęły rockowe dźwięki.

Jurek Durał cudownie zawodził, a ja pląsałem z zamkniętymi oczami, czując tekst swoją młodzieńczą duszą.

 

alkoholowe ilustracje są blisko mnie
otwierają usta wtedy słowa jak rzeka
to dotyka mnie bardzo i sprawia że czuję
ile błędów dzieciństwa popełniłem na ulicy

a potem głową w dół
spadam głową w dół
a potem głową w dół
ulica na pół – głowa na pół

alkoholowe sytuacje są blisko mnie
rozwiązują ręce wtedy wszystko jest takie proste
to dotyka mnie bardzo i sprawia że myślę
jak niewiele trzeba żeby przejrzeć na oczy

a potem głową w dół …*

*(Ziyo, „Alkoholowe ilustracje)

 

I tak sobie gibaliśmy z nogi na nogę przed Jurkiem i jego kolegami, w samotnym męskim gronie. Chcąc nie chcąc, jeden drugiego zagadał, drugi zażartował i nie wiem czym się wymieniliśmy, bo komórek przecież wtedy nie było, komputerów też, więc pewnie dałem mu stacjonarny numer na Kościuszkowskie z instrukcją: a zadzwoń. Pewnego dnia zadzwonił, zaprosiłem go więc grzecznie na herbatę, przyszedł i tak rozpoczęła się nasz przyjaźń. Łączyło nas wiele. Armia, Dezerter, Kult, Proletariat, Piersi (zespół muzyczny!) i dziesiątki innych kapel. Priorytety mieliśmy poustawiane lekko inaczej, ale zbiór wspólny był ten sam.

Muzyka nas połączyła i muzyka kazała nam ruszyć w Polskę, żeby ją przeżywać jak najgłębiej. Kult jak wspomniałem wcześniej, miał w Jarocinie grać, więc reszta już była dla mnie mniej istotna, ale także niezwykle intrygująca. Zwłaszcza te zespoły z kręgów podziemia, undegrandu, Punk Rocka z biednych dzielnic i zapadłych dziur. I tylko metal dla mnie nie istniał, bo do metalu to ja nigdy nie dorosłem.

Spotkanie wyjazdowe naszej jarocińskiej ekipy miało miejsce na Dworcu Głównym w Krakowie. Załoga jechała z Płaszowa, a ja miałem dołączyć do nich w pociągu relacji Kraków Płaszów – Poznań. Na Dworcu Głównym stawiłem się odpowiednio wcześniej wyposażony w plecak, namiot, czarne półbuciki ze świńskiej skórki, nawiązujące bezbłędnie do subkultury, ale dające jasny przekaz, że właściciel dba o stopy nie katując ich zakładaniem glanów czy wojskowych buciorów z demobilu, bo jest lato. Gorące sierpniowe lato. Jak to mówi jeden kolega, punk rock to nie rurki z kremem, więc pewnie już wtedy tej zasady się trzymałem, nie znając jej nawet.

Wygląd mój, wśród dworcowego towarzystwa, musiał być charakterystyczny dla osobników jadących na festiwal muzyczny. Nawet myślałem, że mam to na czole wypisane, bo przy kasie podeszła do mnie dziewczyna i  grzecznie zapytała:

– Cześć, jedziesz może do Jarocina? Bo ja jestem sama i szukam towarzystwa.

Kurde, jak ona mnie wyczaiła? Rozejrzałem się dookoła i większego ciecia niż ja sam nie zauważyłem.

– Tak jadę. Ze znajomymi – odpowiedziałem mocno zaskoczony, ale po pierwszym oblukaniu, stwierdziłem chłodno – możesz się przyłączyć.

Jakiś kochliwy specjalnie nie byłem, przygodne relacje damsko męskie mnie nie kręciły, dziewczę jakiejś wybitnej urody nie było, komarów w brzuchu nie poczułem, więc „jebał to pies, jebała cała wieś” pomyślałem, można się balastem dociążyć. W końcu być dobrym jak chleb chciałem zawsze. Kiedy nasz czas nadszedł, a raczej nadjechał, wsiedliśmy z koleżanką do wagonu. Rezerwacja przedziałów była zachowana. Michał, Ania ( teraz żona jego), Wojtek, Łysy i jakaś młoda pankóweczka. Do tego nas dwoje, czyli siedem osób. Plus jakieś punkowe barachło, sztuki ze trzy. Normy przedziałowej przyzwoitości już w Krakowie zostały mocno przekroczone. Podróż zapowiadała się miło jak diabli.

W Katowicach nastąpiła masakracja dantejska i pociąg potężnie dobiło. Po korek, można by rzec. Punkowa stonka wlewała się drzwiami i oknami. Punkogedon szalał na całego. W naszym przedziale zakotwiczyło razem szesnaście osób. W przedziałach sąsiednich, z jednej i z drugiej strony, po osiemnaście. Piekło, tak wyobrażałem sobie piekło. Brud, smród i upał. Nie wiem nawet czy o jakiegoś kaca się tego dnia nie ocierałem, bo odbiór wycieczki miałem mocno traumatyczny. Korytarz zapchany był od kibla do kibla. Głowa przy głowie, korpus przy korpusie a glan przy glanie. A  w WC nadkomplet.

Oddanie moczu wiązało się z wyprawą porównywalną do eskapady w jakiejś dżungli amazońskiej. Ponieważ w domu byłem prowadzony poprawnie, jak na nowohuckie standardy przystało, pierwszy poważny wkurw złapałem na gnojków nawąchanych i napitych po czubek czaszki, okupujących korytarz i śpiewających jakieś swoje przeboje o Żydach, gazie i innych podmiotach. Ciśnienie mi skoczyło, oczy bielmem zaszły, więc zjebałem od faszystów, debili a może i skurwysynów i lekko się po krzyczanym monologu przeraziłem, bo ich były ze dwie dziesiątki najmniej. Klej z wora i jabcoki miały jednak panowanie nad ich ciałami, byli obezwładnieni i dzięki temu nawet próby bójki nie było. Uciszyli się mocno zaskoczeni, ja się szybko wypróżniłem i jeszcze dobrze nie doszedłem do swojego miejsca, a pieśni o Żydach, gazie i innych podmiotach wybuchły na nowo i ze zdwojoną energią. Olali mnie równo, tak jak ja olałem wcześniej pomieszczenie wc. Od góry do dołu.

Towarzystwo  w przedziale mieliśmy niezwykle ciekawe. Poza moją załogą nie zapamiętałem nikogo, tacy byli charakterystyczni i interesujący. Sprostuję teraz to nikogo, bo był jednak jeden koleś, który mnie zaskoczył i to bardzo.

Jechał ci on do Jarocina z dziwną jak na odbiorcę muzyki przypadłością. Był głuchoniemy! Zwariowałem niemalże, jak tylko to wyszło na światło dzienne. Koleś jechał z kumplem, który tłumaczył mi jak jakiemuś kosmicie, cel jego wyprawy.  Był on identyczny jak mój. Posłuchać muzyki, może też pochlać, czyli krótko mówiąc, dobrze się bawić. Kolega głuchego jak pień punka wytłumaczył mi najpełniej jak można, że on jednak słyszy muzykę, tylko trochę inaczej i punk rock mu najlepiej wchodzi bo to i tamto. Chodziło o jakieś wewnętrzne drgania czy coś. Nie drążyłem tematu za mocno, bo go nie mogłem w tym zaskoczeniu ogarnąć. Podróż w bydłowozie była sama w sobie ponad moje siły i mam nadzieję, że jednak kaca nie miałem, bo pewnie bym wysiadł w locie.

Droga zaczęła przebiegać niezwykle sympatycznie od Wrocławia, bo okazało się, że w sąsiednim przedziale są dwie osoby więcej i na dodatek ostro się porzygały. Smród musiał być potężny a nasza radość, że to nie u nas, wielka. Sierpień, nadkomplet, upał i rzygi.  W klasyfikacji komfortu byliśmy więc elitą w stosunku do sąsiadów. Znaleźliśmy więc jasną stronę tej części wyprawy. Zawsze tak jest, kiedy tylko można sobie zanucić pod nosem:

 

Hej, hej, hej!

Inni mają jeszcze gorzej!”*

*(Kazik, fragment”Nie mam nogi”)

 

Do końca podróży za ćwierć uśmiechu już nic szczególnego się nie wydarzyło, nie licząc gościa który się wychylił kilka kilometrów przed Jarocinem i palnął łbem w słup trakcyjny. To był najebany sąsiad z przedziału sąsiadującego z nami z drugiej strony. Nie z pierwszej tylko z drugiej. I to zderzenie spowodowało, że jako jeden z nielicznych uderzył na Poznań zamiast wysiąść w Jarocinie. Kompanię miał zacną wielce, bo go zakrwawionego, z sikającą z głowy posoką, nieprzytomnego do dna, ułożyli niczym lorda jakiegoś, na siedzeniu, w pozycji bardzo wygodnej, leżącej oczywiście i dopiero po odjeździe pociągu zgłosili niedyspozycję i awarię kolegi.

Po powrocie z festiwalu coś grzebnąłem w prasie, szukając jakiejś wzmianki o nim.

„W Poznaniu, w pociągu relacji Kraków Płaszów  – Poznań Główny znaleziono młodego mężczyznę z pękniętą podstawą czaszki. Prawdopodobna przyczyna wypadku: nieuwaga i niezachowanie odpowiedniej ostrożności podczas wychylania się przez okno”.

Z krótkiego, lakonicznego opisu, wypisz, wymaluj, sąsiad.

Z dworca w Jarocinie tłum pociągnął nas na pole namiotowe. Wielkie to było pole. Jak to wielkie bywały pola Pegeeru.  Nowopoznana koleżanka z krakowskiego dworca, bidula jedna, nie miała namiotu i w ten sposób została moim współlokatorem. Byłem pankiem z anarchią w swojej głowie, mózg starał się pracować niezależnie, więc amory nie były mi w głowie. I dobrze. Bo trzeba było chłonąć klimat a nie zawracać se dupy babami.

Na polu namiotowym rozbiliśmy się sprawnie, jak nie punki. Zapewniwszy sobie dach nad głową, ruszyliśmy sprawnie na stadion, gdzie na dużej scenie trwał w najlepsze festiwal. Podobno największy do tej pory, zgromadził dwadzieścia pięć tysięcy głodnych muzyki, młodych ludzi. Nie przeczę, było nas w chuj. Z pierwszego dnia zapamiętałem doskonale GaGę Zielone Żabki. Z grubsza rzecz biorąc kazali olewać system więc łykałem to chętnie. Smalec ze sceny mocno improwizował tekst i coś tam nawijał na bardzo poważnie, jak to Smalec. Dla większości gówniarzy, liczyło się jednak tylko jedno. Olewaj system. Fajny, prosty, punkowy przekaz. Było też o mieście Gagowych chłopaków:

 

W moim mieście dzieci
Na ulicy grają w badmintona
Starsi i młodsi piją wino
W bramach albo w swoich domach

A kultura tu podobno jest
Świadczy o tym nasz wspaniały dom kultury
Nawet z jego okien płynie nieraz jazz
To dlaczego jest jak jest – nie rozumiem

Knajpy pełne są młodzieńców
Może twórczych może zdolnych
Ich ambicje giną w kuflach
Bo za dużo tu chwil wolnych*

*(Zielone Żabki, fragment utworu „Kultura”)

 

Antysytemowe jarocińskie pany. Prosto i skutecznie. Potem zagrali The Bill i Strajk. Zapamiętałem i uzupełniłem po powrocie kasetotekę. Zespoły zrobiły na scenie to co zrobić chciały. Znalazły we mnie oddanego kibica.

Apteka i Lech Janerka zakręciły mnie średnio. Czas pokazał, że do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć. Za to jak dorosłem, to znalazłem tam to czego mi było potrzeba. Tego czegoś na murawie Jarocińskiego stadionu nie poczułem bo byłem jeszcze za głupi na taki przekaz i te zespoły. Ta zabawa nie była dla dziewczynek. Potem poszła Brygada Kryzys. Znana, szanowana, słuchana przeze mnie dużo wcześniej, potwierdziła swoją klasę wspaniałym koncertem.

Piersi odjebały za to jakiś show, ze stołami, kiełbasą i wódką na scenie. Kukiz wciągnął gawiedź do zabawy, mnie wciągnęło pogo, a but półbut , jeden z dwóch braci jedynej pary jaką miałem na tym wyjeździe, zaginął w tańcu. Nie mogło to dziwić, bo pogo było potężne, o średnicy kilkunastu metrów. Zapierdalało się w koło i niczym bizon na prerii, i wzbijało wszędzie tumany kurzu, bo sucho było jak na pustyni. Biegnąc przed siebie w amoku, rytualnie popychaliśmy, ocieraliśmy, nacieraliśmy, kopaliśmy, wyliśmy. Się, siebie, się.

I ci co mniej ogarnięci gubili czasem buty. Mój też zaginął. Matko moja Boska Glanowska! Jak przeżyć festiwal bez buta? Wizja stąpania boso po Jarocińskiej ziemi nie jawiła mi się jako spełnienie moich marzeń. Nawet Jezus, dwa tysiące lat temu miał sandały i z nich korzystał, dopóki mu ich nie zabrano przed ukrzyżowaniem. A teraz mieliśmy koniec dwudziestego wieku i zanosiło się na nie lada dramat. Myśli kołatały mi we łbie jedna za drugą. Rozważałem kilka wariantów co zrobić w zaistniałej sytuacji. Wygrała opcja najrozsądniejsza, nie ta z cyklu: a tam, zajebię komuś buty na polu namiotowym, tylko ta bardziej elegancka: szukaj Tomuś buta tam gdzie ci zaginął.

I zanurkowałem w młyn. Na czworaka będąc w centrum oszalałego tłumu, wykonałem ze dwa pełne kółka. Popierdalałem jak jakiś dzik w ziemniaczysku. Spowodowałem też niechcąco kilka wywrotek pędzącej maszyny, zaliczyłem moc kopniaków, raz nawet, kilkanaście osób przebiegło po mnie tanecznym krokiem, ale cel osiągnąłem. Znalazłem mojego towarzysza buta. Tańce wojenne między punkowcami odłożyłem na inne czasy.

Dosyć przeżyć jak na pierwszy raz, pomyślałem. Przygotowanie do pogo oceniłem na niezadowalające pod względem sprzętowym i wycofałem się do sektora, gdzie trzepanie łbem było najostrzejszą formą przeżywania sztuki. Ale pech ciągnący się za mną od rana, niczym smród po gaciach, sprawił, że do sektora ludzi w miarę spokojnych, przyciągnęło też element wywrotowy. Nie, nie. To za duże słowo, za patetyczne. To były zwykłe kurwy i złodzieje. Spokojni słuchacze jawili się niektórym jak baranki na rzeź przyprowadzone. Element  bandycki postanowił więc golić.

Stałem sobie jak słup soli na boisku Jaroty Jarocin ,wtedy może nazwa klubu była inna, nie wiem, gdy nagle poczułem, że osoba stojąca za mną zabiera się bez gracji za moją tylną kieszeń. Pierwsza myśl, która zakołatała mi w głowie, związana była z próbą poderwania mnie poprzez macanie po dupie. Wszedłem w to myślenie cały. Wyobraziłem  sobie, przymykając z lekka powieki, śliczniutką blond pankóweczkę, pachnącą i wykąpaną w mydełku Fa, która jest zbyt nieśmiała żeby zagadać do mnie i tylko dotyka, niby niechcący, żeby zwrócić na siebie uwagę. I że zastąpię nią w moim wigwamie koleżankę z dworca.

Druga myśl poszła już od mózgu i kazała przeanalizować to nie od dupy strony, bo co będzie począć jeśli robi to chłopak? Do dziś nie jestem jeszcze gotowy oddać się w silne, męskie ręce. Trzecia myśl, ja pierdolę! Kroją mnie! I czwarta, ostatnia. Krótka i konkretna. Napierdalaj samoobroną. Nie ważne jak i kogo. Broń się dzieciaku bo będziesz żarł korę z drzew i wracał przez pół Polski na piechotę.

Zebrałem błyskawicznie w sobie maksimum energii i koncentracji. Ustawiłem stopy odpowiednio, nogi dałem w delikatnym rozkroku, z lekkim wypadem na nogę lewą. Potem niby tańcząc, wykonałem szybki obrót, i pięknym sierpem położyłem rywala. Nakrył się kopytami a z mordy pociekła mu jucha. Moja siostra garda wróciła na miejsce, nogi drobiły ciągle taniec śmierci, lewy prosty ciał powietrze, a wzrok mordercy przeszył stojących obok. Ktoś uciekł, ktoś splunął, ktoś gratulował.

Po minucie z ziemi podniosła się ofiara. Dziewczyna!!! Noż kurwa mać, ale bohater ze mnie, nie ma co. Babę najebałem. Rany Julek, ale obciach, wstyd i grzech ciężki niechybnie. Ale co było zrobić, skoro naćpana niunia szukała łatwej kasy? Chłopak kazał jej szyć publikę, bo za coś butapren kupić trzeba było. Więc próbowała kraść. Po moim blitzkriegu nawet nie zapłakała, wybełkotała tylko coś o okolicznościach jakie zmusiły ją do podjęcia tego desperackiego kroku, po czym rozpłynęła się sprytnie w tłumie. No cóż, miała pecha i jak się jutro okaże nie została jedyną niewiastą którą stłukłem.

Przedostatni na scenę wkroczyli muzycy Proletaryatu . Ja wskoczyłem do piątego rzędu i poszło z całej pety:

 

 

„To my ziemi naszej sól

Z brudnych dzielnic i zapadłych dziur

To hołota, mówią o nas tak

Kto z nas przegrał, to pokaże czas

 

Hej my nie damy nigdy się

Hej nie złapiecie nas za łep

Hej nie zniszczycie marzeń nie

Hej chcemy żyć jak nam się chce”*

*(Proletaryat „Ziemi naszej sól”)

 

Mój czas tego dnia właśnie mijał. Zaczynało mnie odcinać od otoczenia, pomimo tłoku, hałasu i emocji. Od życia chciałem tylko snu. Pół dnia w pociągu, pogo, but, boks. Tego było za dużo jak na jeden, letni, festiwalowy dzień. Przy trzecim kawałku usnąłem na stojąco, przy piątym obudziłem się i odnalazłem swoich załogantów, poczym wróciliśmy do namiotów spać. Sierpniowa, nocna cisza niosła głośno i wyraźnie głos kolejnego artysty, który zainstalował się na scenie. Ryśka Riedla. Przepraszam Ryszard, że wtedy nie wytrzymałem. Przepraszam  bardzo i do zobaczenia. Już w niebie.

S18. Ostatnia nadzieja piwoszy.

S18. Ostatnia nadzieja piwoszy.

 

Moja kilkuletnia przygoda w siatkarskiej ekipie Hutnika Kraków, od juniora młodszego do seniora zakończyła się definitywnie. Z potężnego klubu wielosekcyjnego pozostała tylko piłka nożna. Trzeba było zacząć pisać nowy rozdział swojej bajki. Koledzy w większości zdecydowanej przeszli do Wawelu Kraków, a właściwie to zostali przekazani wojskowym dzięki porozumieniu międzyklubowemu. I nie byłoby to złe, gdyby nie fakt kontynuacji zabawy w trzeciej lidze. Wawel miał jednak jeden wielki atut, o czym przekonam się za dwa lata, a mianowicie był klubem wojskowy. A czym było wojsko i służba wojskowa w wieku dwudziestym, wie niejeden, co przed poborem pół życia uciekał.

Ponieważ zdałem na studia, na AWF, wojsko się mnie nie imało. Trzeba było tylko zastanowić się gdzie kontynuować grę. I wtedy odezwał się sąsiad. Za juniora wróg mój numer jeden, sportowy oczywiście, Okocimski Brzesko. Piwosze strasznie marzyli o grze w drugiej lidze, ale nie mogli się do niej dostać bo umiejętności i szczęścia im nie starczało. Sponsora mieli na awans gotowego i zaproponowali mnie i Jarkowi comiesięczne stypendia i gratyfikacje finansowe za pomoc w spełnieniu marzeń. Trochę żal było się rozstawać z hutniczą ekipą, z kolegami serdecznymi, ale życie to życie i każdy sobie rzepkę skrobie. Koledzy liczyli na bezbolesne odpracowanie obowiązkowej służby wojskowej a my z Jarkiem, dzieci kwiaty, jako studenci, mieliśmy na wojsko wyjebane po całości. Dograliśmy więc sprawy techniczne, dojazdy, rozliczenia i zameldowaliśmy się w Okocimiu z początkiem września.

No i się zaczęło. Jeśli można to jakoś ująć najkrócej, to okres ten mogę bez przesady nazwać Woodstockiem mojej siatkarskiej przygody.

Ekipa piwoszy była bardzo fajna. W końcu większość zawodników znaliśmy z młodzieżowych potyczek. Poza tym reprezentowałem Okocimskiego na Mistrzostwach Polski juniorów, a Brzesko było najczęściej odwiedzanym miejscem na mojej siatkarskiej mapie.

Poza miejscowymi grajkami, klub ściągną Krzyśka z Dębicy, małego, niezwykle dynamicznego siatkarza i Wojtka, mega siłacza siatkarskiego, diament prawdziwy do oszlifowania, z miasta Tarnowa. Miejscowi sroce spod ogona też nie wyskoczyli i mogliśmy myśleć o grze o awans. Rutyniarz Andrzej – pracownik browaru, intelektualista nauczania fizycznego Wiesiek i młodzież: Tomek, Robert i inni. Sprawa wydawała się prosta jak zagrywka z wyskoku na „Wulkanie”.  Tym bardzie, że był jeszcze Micek, człowiek dynamit, skoczny, energiczny, z nieprawdopodobnym nadgarstkiem, co w siatkówce ma, uwierzcie mi, wielkie znaczenie. Co prawda chłopak był z Krakowa, ale to Brzesko było jego prawdziwym domem, który zadbał o nasze wprowadzenie pozasportowe i często nas dowoził na treningi i zawody.

Pierwsze kilka dni treningów spędziliśmy w Brzesku Okocimiu, w hotelu przy browarze. Hotel charakteryzował się średnim standardem lokali mieszkalnych ale miał coś czego inne hotele nie miały. W odległości stu może metrów od naszej miejscówki, stało coś, co w tych czasach było zjawiskiem z innej planety. Sklep firmowy Browaru Okocim!

Już nie tylko nie trzeba było zastanawiać się gdzie browar kupić i czy w ogóle się uda, tylko jaki i ile. Uzupełnianie płynów po treningach i zawodach miało być teraz łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Poza tym w Brzesku były knajpy w których beczkowego piwa i innych alkoholi nie brakowało. W jednym z takich lokali byliśmy stołowani. Jedzenia i picia dostawaliśmy do oporu. Tak wielka była miłość okocimian do siatkówki, że nie raz i nie dwa wychodziliśmy mocno umęczeni konsumpcją miejscowego dobra.

Po pierwszym treningu Micek zabrał nas na miasto. Nie doszliśmy daleko, bo po drodze był sklep spożywczy i postanowiliśmy pokosztować, dzięki Markowej namowie, win lokalnie występujących na sklepowej półce. Lambady, Byki, Jelenie i Patykiem Pisane poszły w ruch. Zmęczenie po treningu plus mieszanie trunków winnych rozłożyły nas na łopatki w wysokiej trawie, pod blokami u wylotu drogi na Nowy Sącz.

Teraz już wiem, że był to znak. Znak, że zaczyna się coś nowego. Nowego i jak na sport bardzo ale to bardzo rokendrolowego.

Przeskok, a raczej zeskok do III ligi był potężny. Tutaj rządziło prawo rodzaju: udo się nie udo, byle mocno. Taktyka kulała, technika jeszcze bardziej. Po przyjściu do OKS odstawaliśmy wyraźnie. Nasz blok podwójny, który stawialiśmy z Jarkiem, był nie do przejścia. Tempo odpowiednie, kierunki pięknie pozastawiane i atakujący byli uziemiani po całości.

Za to siłę ataku  miejscowi mieli pierońską. Nie zapomnę nigdy jednego ataku Krzyśka z krótkiej. Piłka, a grało się wtedy kamieniami bez mała, bo tak piłki były napompowane i twarde ze starości, minęła blok i minęła by pewnie wszystko, bo Krzychu nie zamknął nadgarstka, ale trafiła mnie prosto w kichawę, powalając na parkiet jak kłodę. Ciało poleciało bezwładnie w górę, upadło nieprzytomnie na plecy, a z nosa buchnęła fontanna krwi.

To był cios! Prawdziwy nokaut.

Zawody ligowe przeleciały tak bezboleśnie, że nawet ich nie pamiętam. Nie wiem nawet gdzie jeździliśmy, ale zapewne był to Tarnów, Nowy Sącz i pomniejsze ośrodki jak choćby Bobowa. Chyba tam sala była tak mała, że kibice którzy nie pomieścili się na ławeczkach wokół boiska, wisieli na kratach osłaniających szyby, bo chcieli zobaczyć lidera i kandydata do awansu klasę wyżej. Prawdziwy folklor.

Nasza hala byłą za to burżuazyjną budowlą w czasach dawnych i tych, w których przyszło nam grać. Nadawała się do wszystkiego, tylko nie do grania w siatkę. W starej ujeżdżalni koni, przy pałacu Goetzów, mieściło się nasze bojo. Trybunami były balkony, wiszące na trzech ścianach nad boiskiem. Wysoka ta nasza sala była jak jasny Giewont. Miejsca na zagrywkę mieliśmy nie więcej jak półtorej metra od ściany. Do tego, żeby dojść na parkiet trzeba było pokonać labirynt korytarzy. Miało to może niewiele wspólnego z profesjonalną siatkówką, ale posiadało jednocześnie swój niepowtarzalny klimat i urok. Było słodko i historycznie.

Żeby nie było jednak za dobrze, prawdziwa męka rozpoczęła się w momencie startu roku akademickiego na uczelni AWF Kraków, która przygarnęła mnie, chcąc nie chcąc, w swoje progi. Rozpoczęła się dla mnie prawdziwa masakra fizyczno-psychiczna. Prawdziwy gułag życia w wersji lajt. Na treningi popierdalaliśmy trzy, cztery razy w tygodniu. Fiatami 125 p. Taty mojego lub Jarkowym, własnym. Na zmianę. Wygoda, szyk i kanciata elegancja to były nasze znaki rozpoznawcze.  Czasami zabierał nas Micek. Micek to był gość i posiadał auto Opel z klasowym odtwarzaczem muzyki. Robiliśmy tam odsłuchy nowości Kazikowych i Kultowych ze strony mojej i katowaliśmy do zwariowania TSA. To była propozycja ze strony Marka.

Przejazdy furą Opciacha stanowiły nie lada przygodę. Jego fiat miał dziwną przypadłość. Po osiągnięciu jakiejś tam temperatury gasł i ni chuja nie dało się go odpalić. Trzeba było czekać aż wystygnie i można było gnać dalej. Z tego powodu trasę do Brzeska braliśmy nierzadko na dwa razy, z postojem około trzydziestominutowym.

Raz zdarzyło się, że padliśmy w środku Puszczy Niepołomickiej, tak około północy. Brat mój podjechał nas zabrać na hol, bo JaroFiat umarł na dobre tego dnia. Podpięcie pojazdów w takich okolicznościach przyrody było nie lada wyzwaniem. Każde wyjście z pojazdu uruchamiało dziwne ruchy w otaczającym nas borze i wydawało się, że coś zaraz wyskoczy i nas zje na amen.

Dni mijały mi jak w kopalni na przodku. Rano mieliśmy zajęcia na uczelni. Na przykład basen zaczynał się o godzinie 7,15. Mateczko Wszystkich Pływających, za jakie grzechy mnie tak karałaś? Dla mnie była to nadmakabra. Nie dość, że słabo pływałem, co poskutkowało przesunięciem do grupy tak zwanej olimpijskiej, to jeszcze o takich porach zdarzało mi się czuć w organach imprezy pite bogato z dnia wcześniejszego. Raz nawet musiałem ewakuować się do toalety, żeby wyrzucić całe zło w przepastne rury ściekowe. Widocznie za dużo musiałem wody z basenu wypić. Grupa olimpijska składała się z mistrzów prawdziwych, których jedyną umiejętnością było nie zawsze skuteczne utrzymywanie się na wodzi. A Akademia nie miała litości. Musiałeś być kurwa He Menem. Pływakiem gimnastykiem, tancerzem, hokeistą i chuj wie czym jeszcze, żeby potem uczyć wuefu za osiemset złotych miesięcznie. Zaczynało mnie to lekko frustrować i co gorsza wkurwiać.

Zajęcia z tańców, na ten przykład. No ja jebie. Chłop z chłopem mazura cisnął dookoła sali gimnastycznej. Zaraz po tym walc, oberek i inne chuje muje. Może jakby z paniami było to bym zrozumiał sens, a tak?

Kolejna dyscyplina z której kazali nam się doktoryzować to była gimnastyka. Mało tego, że świat stał na głowie, to jeszcze ja musiałem tak stać. Wymyk, odmyk, gównomyk, salto mortadele, skok przez kunia, kozła i skrzynię. Fiflaki, gwiazdy i inne. Sorry, ale nie byłem do tego przygotowany. Byłem dnem nad dnami. Nawet jakbym miał do końca życia ćwiczyć te układy po dziesięć godzin dziennie to i tak bym się na ścieżce czy przyrządach obsrał po całości. Bo do tego byłem strachliwy jak mało kto. Już przed lotem przez skrzynię widziałem siebie ze skręconym karkiem. Z tego powodu na gimnastykę przychodziłem zawsze trzeźwy. Minimalizowałem ryzyko jak tylko umiałem najlepiej. Żeby żyć.

Jaro za to hulał jak ta lala. On był wszechstronny bardzo. I dalej jest. Człowiek sportu uzdolniony wielce. W sumie za co by się nie zabrał, poza piłką nożną chyba, to byłby wybitny. Niestety postanowił uprawiać w tandemie ze mną siatkówkę i zamiast kariery polazł drogą przygody.

Zajęcia dla ducha i umysłu szły mi już lepiej pomimo wyraźnych braków w przygotowaniu biologiczno chemicznym. Ale wszystko zesrało się jak gołąb w locie nad Krakowskim Rynkiem podczas pierwszej sesji. A języczkiem u wagi i kamieniem na mojej szyi okazała się Historia Kultury Fizycznej. Coś tam w temacie sportowych zabaw greków i innych starożytnych miałem zdawać u jakiegoś doktora. Zgreda, pierdziela, dziada starego. Gość miał ponad osiemdziesiąt lat chyba, a umysł jego zatrzymał się w czasach barona Pierda de Cubertejna lub Włodka Lenina.

– Następny – wycharczał po dwóch godzinach czekania, geniusz HKS, prawdziwa skamielina umysłowa.

Wlazłem wiec ostrożnie i z szacunkiem jeszcze.

– Nazwisko?

– Gomółka Tomasz.

– A to pan.

– My się znamy?

– Ja pana znam. Pan nie chciał reprezentować uczelni w piłce siatkowej .

Co? Gdzie? Jak? Przecież AWF nie miał ani kasy, ani ambicji, żeby coś zrobić w trzeciej lidze. Więc co miałem zrobić? Odmówić Okocimskiemu żeby sobie pykać za damski chuj w AZS, bo tutaj studiuję?

– Zgadza się. Uczelnia nie ma ambicji sportowych, a ja chcę się rozwijać. W końcu grałem w pierwszej lidze. Panie psorze.

– Rozwijać? W Brzesku? W tej samej klasie rozgrywkowej? Ciekawe ma pan teorie – charczał stary piernik.

– No tak. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ale oni zrobili drużynę którą stać na awans do drugiej ligi i ja mam im w tym pomóc.

– Nie prawda! Dla pieniędzy pan tam poszedł, dla kasy!

– Dla pieniędzy też. To jasne. Ale głównym powodem były moje sportowe ambicje.

– Na pewno! – rozmowa się skończyła i zaczęło się przepytywanie.

Przygotowany byłem solidnie więc dałem sobie nieźle radę.

– Trzy panu daję. Trzy! Ale powiem panu jedno! Pan i tak tej uczelni nie skończy. I zrobię wszystko, żeby tak się stało!

– Ale dlaczego? – zaczynałem się denerwować mocno – Nie rozumiem pana psora.

– Bo ja panu tak mówię! Nie pozwolę na to! – darł mordę na mnie jakby szatan go opętał.

Nauczyciel młodzieży. Autorytet, kurwa, moralny, zaczął mnie straszyć jak juniora.

– Ale pan przesadza! Co ma wspólnego moja gra w Brzesku z nauką? – nie mogłem uwierzyć.

– Nie skończysz pan, nie skończysz. Obiecuję!

Tego było za dużo. Mimo jego mocno czerwonej twarzy nie zanosiło się na wylew krwi do starego mózgu.

Miałem wszystkiego dość. Układy, układy, układy. Basta!

– To studiuj se pan sam! Pana mać! – nie utrzymałem nerwów na wodzy i zakończyłem rozmowę rzucając indeksem w pana doktora.

Obróciłem się na pięcie i wybiegłem z uczelni. Nie spodziewałem się takiego zakończenia. Nie tak to miało wyglądać.

Swój pierwszy kontakt z uczelnią wyższą skończyłem na tarczy, ale za to w zgodzie ze swoim sumieniem. Mamuś i Tatuś nie byli zadowoleni kiedy wyszło szydło z wora. Mnie też było głupio, że zawiodłem strasznie. Ale co zrobić ? Dupy dawać nie potrafię. Patrząc jednak z perspektywy czasu trochę żałuję, że finał był taki szybki. Może należało walczyć pomimo przeciwnością losu i nie poddać się tak łatwo na pierwszej przeszkodzie? Kto wie?

Akcję z zakończeniem studiowania rozmyślałem w samotności w kinie Kijów podczas samotnej wyprawy na Listę Schindlera. Ja, wina dwa i Schindler ze swoimi Żydami. Smutne to było wyjście.

Przynajmniej dla mnie. Ale nie dla nowych znajomych Schindlera.

 

S17. Epoka wczesnego fryzjerstwa

S17. Epoka wczesnego fryzjerstwa.

 

Hutnik lat 90-tych stawał się klubem jednosekcyjnym. Pomalutku, krok po kroku, kop po kopie na zielonej murawie, niszczono sekcje halowe kosztem piłkarskie potęgi. W sekcji piłkarskiej finansowego dna nie było.

Zrobiono więc, tak zwany, wspólny kocioł. Zasada jego działania była prosta jak jazda na rowerze. Wszystkie sekcje wypracowane pieniądze, zazwyczaj z transferów,  wrzucały do jego środka. A kocioł ten miał spust skierowany głównie na sekcję piłkarską. I tam się wylewało. Halowcy łatali dziury, grali za damski chuj często, bo na piłkarzy, kupowanie meczy i pompowanie sztucznego balonu być musiało. Samo życie.

Piłkę nożną lubiłem, ba, kochałem nawet, więc wtedy jeszcze gotów byłem do poświęceń względem swojego portfela. Ot, dziecięce myślenie, samemu nie zeżreć, żeby inny nażarty jak mops chodził. Zresztą do dzisiaj mnie to prześladuje. Za dobry bywam, za dobry.

Tak więc wypluwał ten wspólny kocioł jednym lejem. Na zieloną część hutniczej planety. Skoro wypluwał to i futboliści zabierali, przeżerali i mieli jak u Pana Boga za hutniczym piecem. Ale też kopali się w I lidze, z Legiami, Wisłami, Zawiszami, Giekaesami i innymi. Lubiłem więc tam chodzić, bo i stadion był pięknie położony, rodzinna atmosfera panowała i wejściówkę jako zawodnik i członek klubu miałem gratisową.

Rodzinna atmosfera o której wspomniałem przejawiała się w wielu sytuacjach. Większość ludzi chodzących na stadion się znała, a to z osiedla, a to z pracy, a to z samego przyłażenia na mecze. Podczas zawodów piłkarskich na koronie stadionu organizowano spotkania różnorakie, a nawet imieniny czy urodziny odprawiano. Na wnoszoną wódeczkę patrzono na bramce wejściowej z przymrużeniem oka. Napierdalanek było stosunkowo mało, a i wybryki z wbieganiem na murawę nie pojawiały się zbyt często. Żeby ktoś wbiegł na murawę, to już musiało się kilka czynników złożyć do porządnej kupy. Alkohol, sędziowskie błędy, częste w tych fryzjerskich czasach, które jak potem pokazał czas i udowodniła prokuratura,  nie brały się z kosmosu. Do tego sprawność fizyczna wbiegającego musiała być na wysokim poziomie, bo murawa zielona była grodzona płotem dość wysokim.

Podczas jednego z meczów, dwa rzędy poniżej mojej miejscówki, kręciła się taka właśnie imieninowa imprezka. Co raz to nowi goście dochodzili. Goździki solenizant dostał, buteleczka wódki, jedna, druga, trzecia się znalazła, ogóreczki na zakąskę były. Było i sto lat i sędzia chuj i inne, piękne w treści samej przyśpiewki. W tym czasie, na boisku sędzia robił co tylko mógł, żeby goście nie przegrali, kibice robili co mogli żeby jego wielbłądy przetrawić i za bardzo nie oszaleć. Ci trzeźwiejsi kończyli na wyzwiskach, trzeźwi na przekleństwach pod nosem a co poniektórzy już spali.

Ale u jednego z imieninowiczów, który większą część meczu spędził dupą do zawodów, bo był polewającym, nerwy zagrały siadanego na koń i poszedł na murawę zieloną niczym ułan na czołgi. Nawet nie widząc za bardzo meczowej żenady, doznał przestawienia klepek w mózgu i postanowił udać się na murawę i wyjaśnić u sędziego, dlaczego ma on taki słaby dzień. Odpowiednio uzbrojony, w reklamówkę ogórków kiszonych, zaatakował płot dzielący świat kibiców od świata zawodników. Jak on to zrobił będąc w stanie nieważkości tak wielkiej, że już samo stanie na nogach było dla niego nie lada wyzwaniem? Nie wiem i pewnie niewielu z obecnych tam wtedy wiedziało.

Szybko więc, jak na stopień posiadanego upojenia, wdrapał się na ogrodzenie i jeszcze szybciej z niego spadł, na swoje szczęście na właściwą, miękką stronę boiska, a nie na beton od strony trybun. Otrzepał się niezdarnie, złapał za siatę z ogórkami, którą zabrał na wyprawę boiskową i poszedł cwałem wprost na sędziego. Ten stał tyłem do atakującego i zanim zorientował się co się święci, przyjął na głowę jednego z serii ogórków, które wyskoczyły niczym kule z kałacha z dziurawej reklamówki. A było tych kul, znaczy ogórków, z dziesięć. Po ataku mózg atakującego zarządził odwrót, ale energii na drogę powrotną do nóg już nie miało co dostarczać, alkohol w żyłach odcinał prąd z członków i położyło chłopa jak zboże po wichurze, gdzieś w okolicach pola karnego gospodarzy.

Na koronie stadionu śmiech mieszał się ze łzami radości, przekleństwami na sędziego, na służby które ujarzmiały agresora, z hymnami pochwalnymi dla fantazji i odwagi ludzkiej.  Zabawa była na sto dwa. Imieniny z cyklu tych niezapomnianych się odbyły. Dla wszystkich obecnych na stadionie też.

 

Konsumpcja alkoholowa była mocnym punktem większości zawodów na naszych nowohuckich arenach, szczególnie tych na polu, czy jak ktoś chce, na dworze, w ostatnich dekadach dwudziestego wieku. Dzięki tolerowaniu wnoszenia napojów wyskokowych przez organizatorów, frekwencja była zadowalająca a i publika w podzięce trzymała fason i wysoką kulturę spożycia. Widok którego nie mogę zapomnieć dotyczył zawodów żużlowych, świeżo reaktywowanej drużyny krakowskiej Wandy. Po latach posuchy, w roku 1993, po 28 latach, na ulicę Bulwarową powrócił warkot motocykli a w powietrzu unosił się zapach palonego etanolu. Stadion, którego zdecydowaną większość stanowiły trawiaste wały, wspaniale nadawał się do kibicowania w pozycji nawet leżącej. Po każdych zawodach trzy czwarte publiczności wstawały i szły do domu a pozostały ułamek leżał i czekał. A to na przebudzenie, a to na uzyskanie pełnej sprawności w nogach. Żużel wciągał. Mnie też.

 

Ze spotkań piłkarskich tego okresu pamiętam kilka meczy, które zapadły mi w pamięci z różnych względów.

Jeden z nich, to mecz Hutnika na wyjeździe, na Wiśle. Bramkę strzelił tam późniejszy gwiazdor ligi polskiej, niemieckiej i reprezentacji Orła Białego, wtedy kolega prawie, Tomasz Hajto. Tomek przyszedł do Hutnika z Makowa Podhalańskiego. W sumie mógł być też siatkarzem, bo wysoki był nieboże odpowiednio. Ale do piłki nadawał się lepiej bo był taki, jak by to powiedzieć, toporny w ruchach. Za to waleczny był strasznie i do tego silny. Piłkarze go za dobrze nie przyjęli, zawsze to jakieś zagrożenie dla starej gwardii było, a i Tomasz pyskaty był, jak to góral, wiec nie ma się co dziwić.  W hotelach klubowych na starej Hucie mieszkając, trzymał się z halowcami bardziej. Zawsze grzecznie cześć powiedział, co słychać zapytał. Prawie jak nie piłkarz.

Oczywiście przesadzam, bo wtedy w Hutniku kopali i to z sukcesami : Waligóra, Koźmiński, Bukalski. Fajne i miłe chłopaki. Bardzo dobrzy piłkarze ( vice mistrzowie Olimpijscy z Barcelony przecież ) i grzeczni ludzie. Szkoda tylko, że pierwsza reprezentacja ich nie wykorzystała odpowiednio, bo nie musielibyśmy czekać na udziały polskiej reprezentacji w mistrzostwach świata tylu dekad.

A wracając do Hajty, nasz Tomasz na Wiśle oddał strzał rozpaczy w środek bramki, ale z siłą potężną. Niczym Kazio Putek w latach osiemdziesiątych. Putek miał taką siłę w nodze, że strzelał bramki z rzutów wolnych z połowy boiska. A nie daj Boże jak stojący w murze zawodnik przyjął strzał na ciało. Nie raz kończyło się to utratą przytomności trafionego, a nawet wizytą w szpitalu.

Po strzale Hajty bramkarz ani pierdnął, a Tomasz stał się posiadaczem butów piłkarskich ufundowanych przez dobroczyńcę i kibica Hutnika, niejakiego pana Mączkę. Po dwóch tygodniach wpadliśmy na siebie i gadaliśmy sobie o tym meczu i wspomniałem Tomkowi o nagrodzie. Nawet nie wiedział, że taki zaszczyt go spotkał i bardzo się ucieszył, że ktoś mu doniósł o tym na czas. Bo nagroda była nie byle jaka i żal by było jakby przepadła ze względu na mierną komunikację i kiepski przepływ informacji wśród zainteresowanych.

Ale wróćmy do ligowej szarzyzny.

Część meczy na hutniczych obiektach bywała bardzo przewidywalna. Dla mnie bardziej niż dla innych, bo jeden ze znanych mi notabli zdradzał swoją mową ciała i rozmowami przedmeczowymi emocje lub ich brak, w mających się właśnie rozegrać zawodach piłkarskich. Jak było wiadomo, że coś jest grane nie tylko na murawie to przed meczem mówił mi:

– A po co żeś przyszedł?

– No na mecz, nie?

– Eeee, na mecz. Jaki mecz? Będzie remis.

– Jak remis? No co ty?

– No remis, mówię.

I był remis. Zainteresowani jedni sprzedali zawodnika zainteresowanym drugim, drudzy jednym dali, poza kasą punkt i wszyscy byli szczęśliwi. A my na trybunach zrobieni zostaliśmy na szaro.

Innym razem to ja zaczepiłem znajomego który na zewnątrz wyraźnie się gotował:

– Coś taki wnerwiony ?

– Coś śmierdzi. Mówię ci, coś śmierdzi.

– E tam, przesadzasz. Pogoda fajna, drużyny w formie, będą fajne zawody.

– Nie będą. Śmierdzi. Mówię ci.

Powietrze było czyste i przejrzyste. Kombinat dymi jakby mniej, więc skąd to przeczucie u znajomego? Liga przecież ustawiona była już dawno, wyczuwało się więc kto poleci a kto nie. Nic tylko grać ,wygrywać i premie z murawy zgarniać.  Mecz był typowy jak na standardy polskiej piłki ligowej. Typowa łupanka bez ładu, składu, pomysłu i chęci.

I nagle w drugiej połowie, ni z tego ni z owego, po wyrzucie piłki z autu, na wysokości pola karnego, bramkarz Hutnika dokonał wpiąstkowania tejże do… swojej bramki! Aha! Wyszło szydło z worka. Ktoś chciał dorobić kosztem kolegów i dorobił. To dlatego takie napięcie było w powietrzu. Z drugiej strony trzeba było mieć nie lada odwagę decydując się w pojedynkę na taki ruch, co jednak w tamtych czasach nie było takie trudne. W końcu fryzjer wszystko trzymał za grzywkę.

Przecież niejeden z nas pamięta ostatnią kolejkę ligową sezonu 92/93. To co wtedy wyprawiały drużyny Legii i ŁKS oraz ich przeciwnicy Wisła i Olimpia, przeszło do annałów światowego futbolu. Wyniki 6-0 i 7-1, żeby tylko mieć lepszy bilans bramkowy śmierdziały na odległość. Co prawda PZPN zareagował na ten wyczyn dość szybko i pozmieniał kolejność w tabeli ale niesmak pozostał i wszyscy wiedzieliśmy , że to tylko czubek góry lodowej.

Ryba psuje się od głowy ktoś mądrze zauważył i cuchnie okropnie. I w takim to smrodzie przyszło mi być świadkiem i uczestnikiem sportowego życia w tamtych latach. A że smród lubi się przyczepić i ciągnąć za człowiekiem zrozumiałem po latach. Ale o tym jeszcze będzie.

M15. TH C-dur

M15. TH C-dur

 

W sumie to miałem jednak cholerne szczęście. Raz, że bawiłem się w sport, a dwa, że jednak zostałem alkoholikiem. Dzięki temu obszedłem szerokim łukiem temat pod nazwą narkotyki. O Mateczko Bosko Konopno i Wciągano Nosem. Za Twoim wstawiennictwem, byłem w tym temacie prawdziwym laikiem. Ba, głupolem do kwadratu. Kiedy lat kilkadziesiąt później dowiem się jak kopcili starsi koledzy w stolicy, to aż uwierzyć nie mogę w nasze, nowohuckie wyizolowanie. Nawet słuchając Oddziału Zamkniętego miałem w głowie fajną laskę a nie szczyptę siana. Niewiarygodne.

 

„Przyszła do mnie, nie wiem skąd,
zawróciła w głowie tak dokładnie;
teraz rozumiem, to jest to.
Jedna z nią noc i już przepadłem

Andzia!… o Andzia!

Patrzę wokoło i jest mi źle,
coraz więcej widzę i jeszcze więcej.
Muszę więc szybko z nią spotkać się,
z Andzią życie będzie łatwiejsze.

Andzia!…

Teraz już bez niej nie mogę żyć.
Wszystko, poza nią, jest nieważne;
świat w kolorach daje mi,
ja i ona już na zawsze..”*

*(Oddział Zamknięty, fragment piosenki ”Andzia” )

 

Andzia. Nie żadna Gandzia. Nie bardzo się orientowałem dlaczego niektórzy wyją Gandzia śpiewając refren. Ja takiego imienia nawet żadnej świętej nie słyszałem, więc nie wyłem. Taki byłem mistrz. Pamiętam też, że gdzieś w podświadomości, strach przed narkotykami był u mnie wielki. Czasem słyszało się o heroinie i morderczych skutkach jej działania. W pewnym czasie mówiło się heroina, myślało Maleńczuk. Tak było. O innych Andziach poza heroiną, chwała Panu Na Chmurze Obłoku, nie słyszałem.

Na temat zagrożenia spowodowanego nadużywaniem alkoholu już tak dużo się nie krakało. Więc poniekąd czuliśmy się rozgrzeszeni i oddawaliśmy się konsumpcji tego środka bez skrępowania. Ale w końcu musiał przyjść ten dzień, dzień prawdy. Dzień zmierzenia się sam na sam z narkotykiem i skutkami jego działania.

To była druga albo trzecia klasa technikum. Jako osoba o szanowanych preferencjach muzycznych miałem poważanie u kolegi Wojtka, wzorcowego przedstawiciela krakowskiej grupy anarchistycznej. Nie jakiegoś obsrajmurka, tylko poważnego, zaangażowanego  całym sobą bojownika o wolność naszą i zwierząt. Wojtas uczestniczył w poważnych akcjach przeciwko systemowi. Walił kamieniami w ambasadę ZSRR jak się protestowało przeciwko wojnie gdzieś na wschodnich rubieżach świata na przykład. Jak trzeba było zaprotestować przeciw corridzie na Stadionie Śląskim, skakał na wybieg, prosto pod bycze rogi i kopyta. Miał gość jaja, jak mało kto. Może jeszcze Siemion, kibic, piłkarz, fanatyk Cracovii, był równie dzielny, bo jako rodzynek żył w środowisku wiślacko-hutniczym Nowej Huty, troszkę jak Twardowski na księżycu. Taki osamotniony, a na zawsze wierny white and red colors off.

No i ten Wojtek mi nawet imponował swoją odwagą. Może nie do końca poglądami, ale kiedy przyszła godzina próby powiedziałem sobie: Ufam Ci Ziomie.

Któregoś dnia rano dopadł mnie przy wejściu do szkoły i zakomunikował mi:

– Mam. Mam prosto z Indii!

– Co masz?

– Hasz!

– A co to?

– No nie wiesz? – odciągnął mnie na bok mocno zdziwiony i pokazał mi grudkę jakiejś kupy.

– Aha. No. Niezłe – udałem znawcę, ale grudka kupy, poza zwykłą grudką kupy krasnoludka, nic mi innego nie przypominała.

– Spalimy się?

O Matko? Jak to spalimy? Kogo? Ja chcę żyć, pomyślałem i już na głos zdecydowanie i stanowczo powiedziałem:

– Jasne!

Ustaliliśmy spotkanie degustacyjne na długiej przerwie, przy wejściu do budy. Zaraz po dzwonku odnaleźliśmy się i ochoczo wyskoczyliśmy w pobliskie krzaki, zachowując przy tym pełną konspirę. Dzisiaj nie pamiętam jaka była technika palenia, ale chyba Wojtas miał jakąś taką specjalną fifkę do pomocy. Oczywiście poszedłem na całość. Nie wiedziałem, że dopiero po jakimś czasie może narkotyk mną wstrząsnąć, więc wciągałem dym łapczywie jakby mi miało zabraknąć. Po akcji w krzakach wróciliśmy rozdyskutowani do swoich klas. Pamiętam jak dzisiaj, że u mnie powrót po paleniu wypadł na przedmiot pod tytułem dokumentacja budowlana. I chwała Bogu Na Haszności. Pani nauczycielka była lajtowa jak zefiry. Młoda sztuka, która zaraz po studiach zaczęła uczyć w technikum, po czym poderwała ucznia albo on ją poderwał, stuk puk, dziecko i te sprawy i powrót do bazy czyli do szkoły nauczać. Miała na nas mocno wyje.., znaczy byliśmy jej obojętni. Poza Sławusiem, na widok którego może i wilgoć ją oblatywała po karku a może i dreszcz rozkoszy przechodził łydkami?

Po dziesięciu minutach od powrotu się zaczęło na bogato. Najpierw mnie zemdliło, potem zakręciło mi się w głowie i wbiłem łeb w stół. Zamknąłem oczy, złapałem się ławki i zacząłem latać po klasie. Wszystko było znośne do momentu, kiedy moje biurko zaczęło wirować. Nie! Nienawidzę karuzeli. Zaraz się porzygam. Stop! Zawziąłem się w sobie mocno i zatrzymałem wirującą ławkę, po czym spokojnie wylądowałem w swoim sektorze. Podniosłem głowę, pot spływał mi po czole i policzkach, ławka na szczęście stała na swoim miejscu. „Haroszaja posadka, kamandir Gomolka”, pomyślałem z dumą.

Rozejrzałem się dookoła zamglonym wzrokiem i nawet się ucieszyłem, że nikt moich lotów po klasie i wirowania nie zauważył. Wszyscy, łącznie z nauczycielką mieli mnie w dupie. To był dobry znak. Wstałem i szybkim krokiem ruszyłem do drzwi. Już łapałem za klamkę gdy usłyszałem:

– Gomółka! A ty gdzie? – pani psor się ocknęła i zareagowała zgodnie z procedurą.

– Duo tuoalety. – dziwnie artykułowałem wyrazy.

– A idź se.

Pobiegłem, szurając pantofelkami po parkiecie (pantofelki były obowiązkowe jako zamiennik buciorów, którymi deptaliśmy ziemię poza szkołą) wprost do kibla. Strzeliłem kilka solidnych łyków kranówy, obmyłem spoconą twarz i poczułem sakramencki, ale taki niesamowicie sakramencki głód. Ssało mnie jak przeokrutnie. Szczęściem na parterze działał sklepik szkolny. Zszurałem się piętro niżej, zamówiłem sobie dwa hot dogi z parówą leszczyńską i dwie oranżady. Jadłem jakbym tydzień nie jadł. Konia z kopytami mógł wtedy wciągnąć. Po dwudziestu minutach, z lekka ogarnięty, wróciłem do klasy taszcząc jedną butelką ze sobą.

– A z tobą wszystko w porządku, Gomółka? Ładną chwilę cię nie było.

– W porządku – wybełkotałem i znowu poczułem mega głód.

Kanapka. Na szczęście miałem jeszcze kanapkę ze sobą. Z powodów finansowych w latach naszej młodości nosiło się kanapeczki, żeby z głodu nie poumierać. I teraz była jak znalazł. Jako antidotum na niespodziewany atak głodu. Żarłem łapczywie a świadomość powoli wracała na właściwe tory. Świat co prawda dalej wirował jakbym był na statku dalekomorskim, ale umysł działał już jako tako i przywracał do codziennej szarości komórki w mózgu. Pobudzał go też strach przed najbliższą przyszłością. Następny miał być język polski, potem instalacje sanitarne i coś jeszcze. Nie wiedziałem co ale wiedziałem jedno. Trzeba wiać i to prędko. W końcu ktoś się zorientuje że ze mną mocno nie halo i będzie afera jak diabli. Tylko kto z uczących wtedy nauczycieli mógłby stwierdzić co mi jest?

Tak czy inaczej, nie chciałem tego sprawdzać i równo z dzwonkiem na kolejną lekcję, zwiałem ze szkoły w podskokach. Z wielkim trudem dojechałem do domu. Mdliło mnie w autobusie okropnie i czułem się bardzo źle. Na szczęście. Wiedziałem już, że jednego uzależnienia będzie w moim życiu mniej. Psychoaktywne oddziaływanie środków spalanych na mój umysł nie dostarczało mi obiecywanej radości. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że stałem się w tym czasie wrogiem używek z tej i innych szufladek.  Popijając z kolegami zarzekaliśmy się na wyścigi, że my to nigdy i w ogóle, a ci co używają narkotyki to są głupi jak but.

Jednak jaka magia kryje się w powiedzeniu: „nigdy nie mów nigdy”, wie chyba każdy. Zapewne kur jeszcze trzy razy nie zapiał i nie zapierdział, a rok dobrze nie minął, jak usłyszałem, będąc z kolegami na piwie w kazamatach kina Świt, szept w lewym uchu:

– Góma, zapalisz?

Koleżanka licealistka, kusicielka, szeptała mi w lewe ucho z odległości trzech milimetrów. Uśmiechnąłem się szyderczo do lustra na barze. Przypomniałem sobie błyskawicznie swoje mocne postanowienie na całe życie, po czym wykonałem szybki obrót na barmańskim krześle, spojrzałem jej prosto w oczy i pewny jak zawsze swojej mocnej woli, wyszeptałem jej prosto w twarz:

– No jasne!

Ach te baby. Szlak by je trafił. Najpierw Adam w raju, potem reszta i w końcu ja. Wiedziony na pokuszenie. Silna wola poszła w pizdjec. Podprogowo musiała też działać sącząca się z głośników muzyka. Do tego w knajpianej piwnicy było ciemno i jednak nastrojowo. Brylu śpiewał monotonnie:

 „I feel, I feel, I feel, I feel your
velvet touch
when you come, when you come, when you come, when you come to
to my brain
and you take, and you take, you take, you take me
to my heart
so I want, I want, I want, I want to
sing again
ganja, ganja, ganja, ganja
so good for everybody
ganja, ganja, ganja, ganja
so good
ganja, ganja, ganja, ganja
so good for everybody
ganja, ganja, ganja, ganja
so good
some people say it’s far away
I say it’s here
it’s so clear
when you”*

*(Brygada Kryzys „Ganja”)

 

Zapach Marii kusił, a wspomnienia i rozum mówiły, żeby jednak dać se dupie siana. Walczyłem ze sobą dzielnie do końca. Koniec nadszedł w chwili nadejścia mojej kolejki.

– Twoooje. – ktoś podał fifkę i wyszeptał to dziwnym głosem , bo był jeszcze na wdechu.

Pyknąłem, potrzymałem, zakaszlałem. Już miałem odejść, uciec do pozostawionego na barze samotnego kufla, ale mi się nie udało, bo kolejna moja kolejka nadeszła szybciej niż bym chciał. No to buch para w ruch.  Delta9 tetrahydrokannabinol z pierwszego ściągnięcia już dopływał do komórek tworzących tkankę nerwową w mózgu i zaczął przekłamywać z lekka rzeczywistość. Skinieniem głowy podziękowałem za ucztę, kciukiem uniesionym do góry potwierdziłem, nie wiem na jakiej podstawie, klasę towaru i przemieściłem się z pełnymi płucami do baru. Po trzech minutach byłem głodny jak nigdy, a po pięciu kolejnych usłyszałem w głowie szepty dwóch typów z końca sali, którzy postanowili mi spuścić mały wpierdol. Pewnie nawet o tym nie za bardzo wiedzieli, ale za to ja wiedziałem i już. Tak panowie, na pewno wam się uda. Słyszę was wyraźnie. Chociaż muzyka grała głośno, a ludzie żeby pogadać przekrzykiwali ją, ja słyszałem bardzo wyraźnie, oddalonych o kilkanaście metrów kolesi, jakbyśmy byli sami w lokalu. Postanowiłem nie dać im satysfakcji. Bałem się, że otumaniony przyjętym THC nie dam rady w bitce dwa na jeden. Na znajomych nie miałem co liczyć, bo tak mi umysł podpowiadał.

Postanowiłem więc zadziałać błyskawicznie i kiedy jeden z kolesi poszedł do kibla a drugi odwrócił się do mnie plecami, porwałem katanę i wybiegłem przed kino. Stanąłem w lekkim rozkroku, w podcieniu kiosku Ruchu i obserwowałem czy goście za mną już ruszyli. I stałem tak dobry kwadrans czekając niewiadomo na co. Na szczęście przypomniałem sobie jaki jestem głodny i pobiegłem do domu, obiecując sobie w myślach, że ja tego świństwa to już nigdy a nigdy nie tchnę. Chociażby skały srały, nigdy!

 

 

*

 

 

Tego gorącego lipca, Jastrzębscy przyjaciele przywlekli ze sobą jakieś przedziwne towarzystwo. Takie troszkę lumpiarsko-złodziejskie. Ile się ich kolegom trzeba było natłumaczyć, że kradzież czyichś wędek z pomostu nie jest wyczynem a zwykłym kurestwem, wiem nie tylko ja. Ale byli i trzeba było z nimi jakoś wytrzymać. Ponieważ w każdym człowieku staram się odnajdywać jasną stronę duszy, dawałem szansę im i sobie. Jak tylko mogłem najlepiej. Jeden z nich, koleś średnio raczej rozgarnięty, bez brwi, bo te mu po mocno zakrapianym wieczorze koledzy zgolili, zauważył moje muzyczne pasje.

Okazało się , że i on kocha muzykę. Zabierał mnie więc do swojej skody w kolorze kości słoniowej, którą przyjechali z dalekiego Jastrzębia i katował mnie, tak, wtedy katował, czeskim rockiem. Śmieszyło mnie to jak diabli, bo jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że za kilkanaście lat sam odpłynę dla kilku czeskich i słowackich zespołów. Dzisiaj nie wiem co mi koleś wtedy puszczał, ale pamiętam jego powagę przy słuchaniu i nawet łzy w kącikach oczu się szklące były, przy co rzewniejszych utworach.

Chyba dzień przed swoim wyjazdem jeden z nieogarów zaprosił mnie na wódkę. Powiedziałem nie, nie obywatelu nieogarze, z nieogarami nie piję. Wtenczas on wyczuwając u mnie rock and rolla z wyższej półki, zaproponował mi konsumpcję maryjnego dymu podanego z wodnej fajki.

– Słuchaj tata. Mam małe co nieco. Nierozgarnięta ma ochotę, chodź z nami! – zaproponował.

Nierozgarnięta też była z miasta węgla i biwakowała wśród nas ze swoim bratem. Ciągnął swój do swego więc się szybko się pokumali i czas wolny lubili spędzać razem.

Skąd ja to znałem. Retrospekcja zadziałała prędko. Uśmiechnąłem się szyderczo do drzewa za płotem. Przypomniałem sobie swoje mocne postanowienie na całe życie, po czym wykonałem szybki obrót na materacu na którym leżałem, spojrzałem nieogarowi twardo w oczy i pewny swojej silnej woli, wygarnąłem mu prosto w twarz:

– No jasne!

Wleźliśmy wiec do namiotu nierozgarniętej, bo był największy i brata jej nie było, bo plażował. W końcu było samo południe. Nieogar sprawnie zrobił jakieś naczynie które nazwał fajką wodną, podsypał na złotko zieleniny, coś podgrzał, woda zabulgotała i poszło naczynie w nasze magiczne, trzyosobowe koło. Po kilku chwilach leżeliśmy jak mopsy w nagrzanym niczym piekarnik namiocie i zastanawialiśmy się na jakiej planecie jesteśmy. Pierwsi ocknęli się oni i zaczęli mieć się ku sobie. Chciałem na nich spojrzeć, podglądnąć, może za pierś sobie złapać nawet, ale nie mogłem. Nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu.

Za to mój umysł funkcjonował perfekcyjnie. Wysyłał on zmysł słuchu do poszczególnych namiotów  i dzięki temu mogłem słuchać co biwakowicze mają ciekawego do powiedzenia. Najbardziej rozczarowali mnie moi znajomi, którzy toczyli debatę na temat mojego wyłamania się z przysięgi i przyjęcia narkotyku do organizmu. Przecież zarzekałem się, mówili oni, na wszystkie świętości świata, że nigdy narkotyka nie dotknę. Nawet nogą. Skad oni wiedzieli, że ja ćpie?

Przecież nikt a nikt, poza naszą trójką, miał nie wiedzieć co ja robię, a tu taka niemiła niespodzianka, myślałem. Po raz kolejny mi nie wyszło z przysiegami. Miałem straszny żal do siebie leżąc bez ruchu w piekarnianym namiocie. Ale znowu nie czułem się za dobrze, świat wirował za mgłą białą i jeszcze ktoś na tropiku jajka smażył. Co? No nie, bez jaj. Z głodu moja wyobraźnia oszalała.

Ale te jaja głośno skwierczały.  Zastanawiałem się czy tropik w miejscu smażenia podlano tłuszczem? Masło. Masło byłoby najlepsze. Ale mi się chciało jeść! Niestety nie mogłem się ruszyć na milimetr. Para pchała się na mnie i kończyła spółkowanie, a ja byłem spięty i głodny po całości. I nieruchomy.

– Idziemy na plażę. – nieogar zakomunikował mi po chwili i poszli, zostawiając mnie samego.

Zostawili mnie na pastwę mego odurzonego umysłu. Jak tak można? Rozmowy na polu namiotowym zaczęły mi się zlewać w jeden wielki niezrozumiały hałas. Na szczęście mogłem już ruszać stopą lewą, a po chwili przetoczyłem się na bok i władza zaczęła powracać do poszczególnych mięśni. Wytoczyłem się niezgrabnie przed namiot, skulony i ze spuszczoną głową, bo bałem się szydery tego tłumu, który miał na mnie czekać, żeby wyśmiać brak mojej silnej woli.

Nikt jednak nie czekał. W ogóle pole namiotowe było opustoszałe. Jaj też nikt na tropiku nie sadził. Wszyscy poszli sobie precz, a ja stałem oślepiony słońcem i czułem się źle.

– Hej tata! – ktoś krzyknął radośnie spod sklepu – jesteśmy na plaży, chodź do nas.

– Idę. Gniewacie się bardzo?

– A o co?

– No… nie wiem…

– To chodź, nie marudź.

– Idę, idę. Tylko zjem coś bo umieram głodu.

Dochodziła czternasta. Na polu namiotowym było pusto, cicho i strasznie gorąco. I tylko szydząca z wystawy konserwa turystyczna przypominała mi o sile mojej woli, w której mogłem pokładać pełne zaufanie. Przynajmniej do następnego wieku.  A z tyłu głowy obudziła się i smutno przypomniała o pogubieniu w życiu piosenka Pudelsów.

 

„Coraz wolniej bije tętno światła
Ostatni oddech ginącego życia
W krainie ciemności rodzi się mrok
Za mną czai się demon nocy – Lęk
Duchy wciągają mnie w wir tajemnicy
W myślach twoich ciemność śmierci
W oczach twoich czerwień krwi
Pęka w rękach szklanka z wódką
Rozpierdala myśli ci
Zwierasz pięść z radością dziką
Krew i wódkę spijasz z niej
Dziwisz się że to smakuje
Krwawą Mary z dłoni chlej
Świat wiruje za mgłą białą
Pulsującej ciszy snem
Rozpierdolę wszystko wkoło
Potem sam powieszę się”*

*(Pudelsi,

 

 

Może to wtedy właśnie zaczęła się budzić we mnie choroba następnego wieku, zwana depresją? Być może to był ten czas. Ale do pełnego wybuchu zostało jeszcze kilkanaście lat, które wypadało przeżyć godnie i z przytupem. Co też codziennie starałem się czynić.

Na pełnej prędkości.

M14. Po D-dur że za jeden uśmiech.

M14. Po D-dur że za jeden uśmiech.

Wyjazdy nad morze pod patronatem PKP trzeba było odpowiednio przygotować logistycznie. W końcu przejazd trwał bez mała 14 godzin i tylko miejsca w przedziale gwarantowały jako taki komfort. Leniwsi i mniej rozgarnięci podróżni wsiadali zazwyczaj na Dworcu Głównym w Krakowie i liczyli jeszcze, że coś wolnego znajdą. My startowaliśmy na dworzec w Płaszowie, z którego ruszał skład, na kilka godzin przed jego odjazdem i zajmowaliśmy przedział, a czasem i przedziały, jeszcze na bocznicy. Dzięki temu w pięć, sześć osób w przedziale mogliśmy wygodnie podróżować przez Polskę. I byliśmy gotowi, zwarci, niejednokrotnie podlani niezachęcająco dla ewentualnych dosiadkowiczów. Ustawialiśmy też magnetofon na full i dawaj, na ten przykład, Raga Protiw Maszynie. I tak co stacja. Znasz, lubisz, chcesz słuchać bardzo głośno? Zapraszamy! Nie lubisz?  Nie podchodź. Nikt nie polubił. Nigdy. Dziwne. Może wiedzieli, o czym krzyczą RATM i im nie pasowało?

Nad morzem muzyczny kodeks honorowy przestawał z czasem obowiązywać. W końcu każdy chciał się zakochać albo chociaż podkochać na wakacyjną chwilę. Trzeba było wtedy oddalić się lekko od swoich muzycznych upodobań i poudawać, że także to, co grają tu i teraz, też pasuje. W końcu na letnich dyskotekach gra się dla mas, a nie dla kilkunastu osób. A ponieważ to właśnie tam były ONE, dziewczęta, które chcieliśmy  poznawać na kopy, to musieliśmy podrygiwać przy Scatmanach, Didżejach Bobo, Scyzorykach Liroyach. A potem wywijaliśmy Orła Cień i krokiem Koko Dżambo udawaliśmy się do namiotu spać. A jak ktoś miał farta i gadane, to nie udawał się sam, najczęściej na romantyczny spacer na plażę w poszukiwaniu wschodu słońca.

Równie ważny jak muzyka był wakacyjny sport. Służył rozrywce, wypacaniu toksyn, wyrzucaniu testosteronu i oczywiście, a jakże, podrywowi. Często i gęsto organizowaliśmy się w zespoły i uprawialiśmy – a to piłeczka nożna, a to koszykówka, a to siatkówka. Nad morzem liznąłem też siatkówki plażowej, która w czasach mojej sportowej przygody dopiero kiełkowała. Nie powiem, liznąłem z sukcesami. A że razu jednego, na ten przykład, patronem rozgrywek byli papierosiarze z Westami, takimi fajkami, to sukces miał smak tytoniu wypalanego na kopy. Wspaniała promocja zdrowego stylu życia – no ale przecież nie ma co zwalać niesportowego trybu życia na nagrody. Nikt nic nie musiał, a co najwyżej mógł jeśli był miękkim czymś tam robiony.

Lato było także czasem mistrzostw świata w piłkę i podobnych imprez. Najmocniej zapadły mi w pamięć igrzyska z roku 1996 – nałożyły się w znakomitej większości na nasz urlopowy pobyt. Nasi coroczni towarzysze wakacyjnej niedoli z Jastrzębia-Zdroju dysponowali wtedy grubszą gotówką, a i nam też powodziło się nienajgorzej, więc postanowiliśmy uwić sobie olimpijskie gniazdko w lokalu o wdzięcznej nazwie Oaza, nieopodal naszego pola namiotowego. Ponieważ było nas kadrowo dwie drużyny piłkarskie, to koledzy postanowili, że lokal podczas transmisji igrzysk wynajmiemy w godzinach wieczorno-nocnych na wyłączność.

Gospodarze knajpy byli zadowoleni, bo gwarantowaliśmy pełną salę, a przy tym na niczym nie oszczędzaliśmy, więc zapewnialiśmy spory obrót na barze. Wacław, mecenas naszych knajpianych zabaw, kiedy tylko się budził i łapał tymczasowy kontakt z rzeczywistością, natychmiast uzupełniał stany zaopatrzenia:

– Kierowniczko! Sześć piw, sześć kiełbas i sześć pizz – i ponownie schodził do pozycji półpoziomej w celu jako takiego przetrzeźwienia.

I tak do rana zbierało się tego wszystkiego na stołach w ilościach hurtowych. Ale kto tam zwracał na to uwagę? Ważni byli nasi judocy, zapaśnicy, lekkoatleci i wszyscy ci, którzy rozsławiali ojczyznę Orła Białego w dalekich Stanach Ameryki. Korzeniowski (wkrótce miał zostać moim kolegą z klubu WKS Wawel), Kusznierewicz, Mauer, Wolny czy Wroński mogli liczyć na to, że wypijemy ich zdrowie. Niejedno. Z igrzysk wszyscy byli zadowoleni. My – bo były sukcesy wielkie i aż tak niespodziewane naszych mistrzów. Sportowcy – bo mieli wyniki ponad miarę. Właściciele Oazy – bo po Atlancie zarobili na klimatyzację.

Wieczorami wakacyjnymi oddawaliśmy się konsumpcji relaksacyjnej. Najczęściej i najchętniej podczas zachodów słońca. Często relaksacja przeciągała się do późna, a niektórzy byli tak zrelaksowani, że nie mogli już żyć albo żyli tak, jakby nie mogli już się zrelaksować.

I przychodziły nam do głowy głupie pomysły, jak choćby wodowanie jachtu, który właściciel zacumował był na stałe na betonowym cokole przy swoim lokalu. Koledzy doszli do wniosku, że męczy się tam okrutnie, ten statek, jak pies na łańcuchu przy budzie i postanowili, że sobie i jemu dadzą zakosztować swobody. Któregoś ranka, kiedy jutrzenka grała pierwsze nuty, jednostkę oderwano od postumentu. Kilkunastu chłopa, mozoląc się okrutnie, bo statek ważył ponad sto kilko, w ciągu godzinki z okładem pokonało ponad dwieście metrów piachem i zaczęło się sposobić do morskiej przygody. Konstrukcja okrętu nie pozwalała jednak na pokonanie pewnych barier i z żeglowania nic nie wyszło, bo i wyjść nie mogło. Za to policja odnalazła mistrzów żeglugi po piachu i kazała im odholować okręt pod lokal, szczęśliwie nie wyciągając większych konsekwencji.

Przewijało się pod namiotami towarzystwo przeróżne. Obok naszego stałego składu nowohucko-jastrzębskiego przewijała się masa znajomych. Ludzie nas lubili, lubili z nami przebywać i chętnie dołączali do wspólnych wypadów. Był na przykład kolega Denis, młodzieniec o ciemnej karnacji raczej, bo jeden z jego rodziców miał afrykańskie korzenie. A do tego chłopak był fizyczną kopią Gołoty, wagowo i wzrostowo, co w czasach ciężkiej sławy i piórkowej chwały Endrju, stanowiło nie lada atut. Robiło to wrażenie nie tylko na nas, ale przede wszystkim na dziewczętach. U najstarszych natomiast plażowiczów Denis wywoływał zdziwienie, bo przecież oni, codziennie smażąc się na słońcu, nie mogli się tak pięknie opalić. A przecież każdy chciał być pięknie opalonym. Więc czemu jemu się udawało, a im nie?

Byli też raz koledzy z Krakowa, a wśród nich Paweł Drzyzga, brat tej siostry od RMF a potem od TVN. Ci mieli lekki niefart, bo ich okradziono. Namiot ogołocono im z kosmetyków, co bolało mało, ale również z kuchenki gazowej turystycznej, co jej właściciela doprowadziło do szewskiej pasji; bo czuł do niej wyjątkowy sentyment. Z tego powodu przystąpił do własnego, zakrojonego na wielką skalę śledztwa. Pytał, podpytywał, podsłuchiwał, śledził i w końcu zdołał zidentyfikować sprawcę. Kiedy miał już dwieście procent pewności, zamówił policjantów pod dyskotekę, bo tam się złoczyńca bawił.

Właściciel kuchenki chciał sprawę zakończyć zgodnie z prawem, jak na krakowskiego inteligenta i człowieka dobrze wychowanego przystało. Jednak oczekiwanie na policję przedłużało się w nieskończoność. Czekający na patrol młodzieniec, zdegustowany zachowaniem gliniarzy, podlewał się mocno piwem i doprowadził się tym sposobem do stanu wstępnej nieważkości. Stróżowie prawa, kiedy w końcu dotarli na miejsce, nie bardzo mieli ochotę na interwencję, z braku zaufania do zgłaszającego primo, jego stanu secundo, oraz powodu niewielkiej wartości przedmiotu, który skradziono – terzio.

– Jeśli władza nie pomoże, to sam wymierzę sprawiedliwość! – pomyślał na głos i poprosił nas o wsparcie. – Pomożecie?

– Nie, towarzyszu Edwardzie, nie pomożemy – odparliśmy zgodnie, bo nikt nie chciał stawać do walki na piąchy za kuchenkę gazową turystyczną, i do tego czyjąś.

Nieborak pozostawiony sam sobie podlewał się dalej i nie przerywał przy tym obserwacji złoczyńcy. Było grubo po północy, kiedy poderwał się i ruszył w ciemność – jak dwa plus dwa po to, by dokonać męskiego rozliczenia rachunków za krzywdy którego go dopadły. Plan miał prosty: dopaść kradzieja i obić mu ryj, a może i pozbawić go gotówki w kwocie, która mogłaby być rekompensatą za kuchenkę. Szedł więc za podejrzanym cierpliwie, unikając latarnianego światła. Morze szumiało w oddali, rozbawione głosy biwakowiczów zagłuszały kroki, a zapach sosnowego lasu koił pijane ciało. Czyż nie były to bajkowe okoliczności przyrody stworzone dla takiej pomsty?

Po przejściu kilkuset metrów podejrzany skręcił w dróżkę prowadzącą nad morze, lekko w prawo, w okolice wydm. Może spowodowała to potrzeba opróżnienia się, a może tylko chęć pobycia w ciszy i zadumie. Do dzisiaj tego nie wiem. Atak podobno był błyskawiczny, niespodziewany i honorowy, czyli od tyłu. Ofiara otrzymała kilka solidnych cepów w głowę, została powalona na plecy i unieruchomiona żelaznym uściskiem chudych nóg i rąk.

– A masz ty! A masz chuju-złodzieju! Za kuchenkę, kurwa, gazową! A masz, a masz! – rytm nadawały ręce zwinięte w piąstki, które okładały domniemanego złodzieja.

I piachem mu w twarz. Garściami. W oczy i do ryja.

– Ne wem ofo odzi! – bełkotał zaatakowany, próbując wydalić paszczą jakiś konkretny przekaz. – Jafa fu fenka!? Tfu? Ze fo? Ne bij!

– Za kuchenkę chuju! – ciosy stały się wolniejsze, bo i kolega głupi bardzo nie był i zaczął myśleć, że może by najpierw wypadało udowodnić czyn podejrzanemu a dopiero po tym mu dopierdolić. – Trzy dni temu namiot nam okradłeś, kutasie jeden!

– Ja? Oszalałeś, ja dzisiaj przyjechałem. Rano, mam świadków! – mowa wracała obijanemu w miarę jak pozbywał się piasku z ust.

– No jak? Niemożliwe! – mimo ciemności panującej dookoła słychać było w tym głosie coś jakby lekkie olśnienie. – Wstawaj. Pod lampę!

Stanęli pod lampą, jak brat z bratem. I wtedy wyszło szydło z wora i okazało się , że to pomyłka okrutna, a bity to nie ten co na to zasłużył! O rany. O ups. O kurwa.

– No tak. Przepraszam. Jezu. Sorry. To nie ty, przepraszam. Ale jak to? Przepra… Nie wier…

I odszedł w ciemność, pozostawiając obitego, niewinnego chłopaka samemu sobie.

Wakacje!

*

Powroty znad morza miały czasami słony smak Bałtyku. Najgorzej było, kiedy się całe pieniądze wpompowało w machinę gospodarki nadmorskiej. Powrót na głodnego i z wodą z kranu w dużej butelce bywał słaby. Szczęściem od drugiego wyjazdu planowaliśmy wydatki na poziomie przyzwoitym, a od trzeciego byliśmy znani i lubiani, więc mogliśmy w razie katastrofy pożyczyć szmalec od właścicieli pola namiotowego. Byliśmy młodzi, radośni, spokojni jak aniołki – i wiecznie pijani. Kochali nas prawie wszyscy.

Któregoś razu Wacek miał wrócić znad morza kilka dni wcześniej niż reszta naszej bandy. Postanowiliśmy pożegnać go godnie. W końcu jako jeden z nielicznych pośród nas, pracował ciężko i owocami swojej pracy oraz pożyczek dzielił się z nami obficie. Chłopak wyuczył się w zawodzie spawacza i zaczął szybko zarabiać dobre pieniądze, co wywindowało go pośród nas na średni poziom elity finansowej. Ponieważ miał też gest nie lada i bał się żeby nasze wakacje nie były za biedne, przed wyjazdem, nie raz i nie dwa, brał wraz z Esem pożyczki w banku. Po powrocie z wakacji chłopaki spłacali jeden kredyt drugim i tak to się do czasu nawet kręciło. Aż w końcu przyszedł prawie ostateczny krach systemu i się urwało. Ktoś w banku się zorientował, że chłopaki nakręcili piramidę, która nie miała prawa zakończyć się pomyślnie i postanowił to ukrócić zgłaszając sprawę do odpowiednich służb.

Pożegnanie trwało dwa dni. Śpiewaliśmy przeboje z „Taty Kazika” do upadłego i tak nam ten Kazik zaszumiał w głowach że Wacek postanowił się obciąć na jak nasz idol. A idol miał wtedy łysą głowę i tylko z przodu pozostawioną samą sobie, niczym samotna wyspa na Atlantyku, kępę włosów.

– Tata, tata, ja chcę mieć fryzurę na Kazika! – Wacław błagał, a ja jako największy fan muzyka miałem pomysł urzeczywistnić.

– Daj spokój. Jak się w pracy pokażesz? – temperowałem jego zapędy, przypominając o nadchodzącej milowymi krokami prozie dnia codziennego.

– No jak? Normalnie. Przecież my w kaskach chodzimy. Tata, no weź!

„Tata”. Może i byłem jak tata – czasem surowy, a czasem za dobry –, do tego byłem opiekuńczy jak niejeden ojciec i stąd się ta ksywa musiała wziąć. Posłuch jako taki miałem, więc podejmowałem również strategiczne decyzje.

– Mamy nożyczki? – postanowiłem dać dzieciakowi radość i jednocześnie poeksperymentować, czy inni będą wyglądać z fryzurą Kazika tak dobrze jak Kazik. Nożyczki znalazły się błyskawicznie, ale zanim przystąpiłem do dzieła, musieliśmy spożyć śniadanie. Okazało się bardziej obfite niż zwykle.

Pierwszy na zakupy ruszył Kura gdzieś koło dziesiątej. Wrócił z bułką, małą konserwą i kratą piwa. O dziesiątej dwadzieścia Ogon poszedł z Talentem po pieczywo i przynieśli przy tej okazji kolejne dwie kraty. W samo południe byliśmy już co najmniej po kilku piwach i mogłem strzyc. Przedsięwzięcie podzieliłem na kilka etapów. Pierwszy: klasyka, czyli ścięcie kudłów z całego łba, ale z pozostawieniem rzeczonej wyspy nad czołem. Etap drugi: rytualna zmyłka fryzjera. Zrobiłem oto Wackowi na głowie szachownicę.

– Tata, no co ty! Na Kazika kcem – dzieło było klasowe, ale Wacławowi nie przypadło do gustu.

– Wacek. To jest dobre! Zostawże se takie! – Bocian ze śmiechu zalewał się rzewnymi łzami.

– Nie. Tata, no! Na Kazika!

Strzeliłem zatem w przerwie piwko dla podtrzymania kurażu i rozpocząłem etap trzeci: golenie czaszki delikwenta do gołej skóry, oczywiście poza wyspą. Po kilkudziesięciu minutach Wacek- Kazik był gotowy. Patrzyłem na efekt i nie wierzyłem w swoje zdolności fryzjerskie i fantazję. A sam Wacław, tak wystylizowany był gotów do wieczornego odjazdu. Spakowany, obcięty i mocno pijany (ech ta szara rzeczywistość!) został przez nas odholowany do autobusu linii Unieście-Koszalin.

– Tylko się nie zgub! I zadzwoń koniecznie jak dojedziesz! – ktoś gadał bez sensu.

Tylko gdzie miał zadzwonić?… Chyba jednak to my w końcu zadzwoniliśmy do niego. Po dwóch dniach. I w sumie dobrze, że dopiero wtedy, bo Wacek, jak to Wacek, podróżował po naszej pięknej ojczyźnie z przygodami.

Pierwsza czekała go już na dworcu. Wsiadł biedaczysko nie w ten pociąg co trzeba i zamiast jechać do Gdyni, poleciał na Szczecin. To nieco skomplikowało dalszą drogę i przez to spóźnił się Wacek do pracy o jeden dzień. Kolejna przygoda czekała go już w domu, kiedy ściągnął czapkę. A ni on ani jego rodzice nie mogli uwierzyć w to, co miał chłopak na głowie, ani w to, że w takim stanie zdoła się wytłumaczyć w pracy ze spóźnienia. Jedyne rozwiązanie było takie,  że resztę upalnego  lata w pracy Wacław spędził z przyklejonym do głowy kaskiem.

*

Jeden z moich powrotów był jak z filmu „Podróż za jeden uśmiech”. Przedostać się tamtego roku miałem z Unieścia nad Jezioro Chańcza w kieleckie, obok Staszowa. Pierwszy uśmiech wykonałem do poznanych na nadmorskim polu namiotowym żołnierzy służby zasadniczej, którzy zrobili sobie wypadzik na przepustkę, żeby się nawdychać jodu.

Zaszczytną służbę wojskową odbywali gdzieś w Łodzi czy pod Łodzią, a wracali w okolice Końskich, do domu jednego z nich. Dysponowali pojazdem mocno takim sobie, jeśli brać pod uwagę cztery osoby plus namioty i plecaki. Pojazd zwał się Polonez. Nie przypominam sobie, jaką miał ksywę, Atu czy Caro, ale pamiętam, że bagażnik miał jak mały fiat. I pamiętam też, jak bardzo chciałem zaoszczędzić pieniądze na podróży, a przy okazji dać szansę przygodzie.

Tak więc któregoś niedzielnego przedpołudnia wyruszyliśmy. Jechaliśmy – dziwnym nie jest – w dół mapy. Pierwszy popas był planowany w jednostce wojskowej moich dobroczyńców gdzieś w Łodzi czy pod Łodzią. Jak się okazało, chłopaki byli już falowcami i odcinali z metra, więc do wyjścia wiele dni im nie zostało i na jednostce z tego powodu rządzili. A skoro rządzili, to mieli także dojście do paliwa wojskowego za psi chuj albo i za darmo. Wtedy również zrozumiałem, dlaczego taki mały bagażnik mają w tym polonezie – bak był powiększony o jakieś 40 litrów i dzięki temu jak się już wlało po korek, to można było Polskę przejechać wzdłuż i wszerz bez oglądania się na stacje benzynowe.

Jednostka była, o ile pamiętam, pancerna. Stał tam nawet na postumencie czołg, który grał „Rudego 102” w serialu „Czterej Pancerni”. Znaczy się: jeden z kilku czołgów-aktorów, bo podobno parę tychże utonęło albo ucierpiało w inny sposób na planie filmowym.

Po zalaniu do pełna pojechaliśmy do jakiejś podłódzkiej wsi. Z radioodbiornika rżało wczesne disco polo. Klasa musiała być pokazana: okna otwarte, łokcie na zewnątrz, po jednym na osobę, poza moimi. Bo ja miałem miejscówkę z tyłu, na środku. Siedziałem na plecakach, pod nogami miałem namiot, głowę i plecy w suficie. Zgrabiałem i zastałem się strasznie. Wysiadanie zabierało mi dobrych pięć minut, zanim pobudziłem krążenie krwi w członkach. Ale, pamiętajmy, było za darmo, więc nie mogłem narzekać.

Na wsi zrobiliśmy mały piknik. Była kiełbasa swojska, krwista kiszka, ogórki ze swojego ogródka, herbata z Indii albo Chin, po kielichu polskiej wódki i zakaz wchodzenia do chlewu. To po to, żeby uroku na świnie nie rzucić. A legenda głosiła, że „jak łobcy do łobory zajrzy, to urok na trzode rzuci, pomór się zalegnie i się świnie pomrą”. Z tej prostej przyczyny skoncentrowaliśmy się na konsumpcji dóbr. Ze wsi już były tylko dwie godziny i w Końskich nastąpiło pożegnanie i zmiana mojego środka komunikacji.

Chwilę po ich odjeździe zrobiło mi się i smutno, i straszno. W środku nocy żołnierze zostawili mnie na opuszczonym i mocno zdezelowanym dworcu, gdzieś w zapomnianej przez Boga Polsce środkowej. Od razu zacząłem nucić dla odwagi jedyne, co mogło mi przyjść do głowy:

 

„Czy byłeś kiedyś w Końskiem

Na dworcu w nocy

Jest tak brzydko i brudno

Że pękają oczy, oczy

 

Polska, mieszkam w Polsce

Mieszkam w Polsce

Mieszkam tu, tu, tu, tu”*

*(lekko przerobiona wersja prze zemnie „Polska” zespołu Kult)

 

Ciekawe, jak się w tamtym czasie miał do tej parafrazy oryginał, czyli piosenkowe Kutno? Tutaj była pustka, ruina i jednak strach. A ja byłem umęczony, jakbym z wojny wracał. Organizm odreagowywał wakacyjny wypoczyn, alkohol i podróż na embriona. Nie miałem siły czuwać, nie było najmniejszych szans. Miejscówkę do spania zrobiłem sobie na parapecie ogromnego okna, w kącie wielkiej dworcowej sali. Powiązałem się z plecakiem i namiotem w jeden kokon, w rękę chwyciłem nóż i zanim zdążyłem rozpocząć „Ojcze Nasz”, twardo spałem. Pierwszy i jedyny poranny pociąg do Kielc startował przed piątą z minutami. Nie mogłem zaspać.

Po czwartej obudził mnie ruch w budynku. Mało sam się nożem nie dźgnąłem ze strachu. A strach miał oczy wielkie i urealniał się pod postacią staruszek, które z tobołkami i koszami udawały się tam gdzie ja: do świata najbliższego, czyli do Kielc. Obserwowały mnie z uśmiechem, widać nieczęsto takie dziwadła się tam pojawiały.

Pociąg przyjechał punktualnie i zaczął swoją przedziwną trasę do Kielc. Przedziwną – bo pasażerowie mocno odstawali od ludzi z którymi do tej pory podróżowałem przez Polskę. Były jaja, kury, koza chyba, widły, grabie i inne akcesoria typowo wiejskie – pełen przekrój wsi polskiej. Kolorytu dopełniały lokalne przystanki: wszystkiego jedna tabliczka z nazwą stacji, ścieżka wydeptana gdzieś koło torów, w trawie i tyle. Myślałem nawet, że może jeszcze śnię, ale utwierdziwszy się w przekonaniu, że jednak to już jawa, zacząłem się bać, że wylądowałem gdzieś za wschodnią granicą Polski, a nie w jej centralnej części.

Do Kielc dotarłem jednak szczęśliwie i spokój powrócił. Stamtąd kolejny etap podróży miałem odbyć pekaesem. Po dwóch godzinach czekania znalazłem się, ledwie żywy, w przepełnionym autobusie. Zmęczenie potęgował niesamowity ukrop, jaki w tym blaszanym pudle panował. Upał, tłok, smród – klasyczny hat-trick. Organizm w końcu się poddał – zasnąłem na stojąco.

– Koniec! Wysiadamy! – obudziły mnie, po godzinie podróży na śpiąco-stojaco, pokrzykiwania zza kierownicy.

Kierowca zrobił swoje i czekał tylko, aż wysiądę.

– Już, już. A gdzie my jesteśmy? Chańcza?

– Jaka Chańcza? Do Chańczy to jeszcze z dziesięć kilometrów.

– A skąd odjeżdża autobus?

– Już odjechał. Jest jeden rano. I tyle.

Nie może być – myślę. Obładowany byłem jak osioł, wykończony jak maratończyk, rozbity jak Krzyżacy pod Grunwaldem. Jak więc miałem się tam dostać? JAK?

Ale kierowca popatrzył w moje przerażone oczęta i uśmiechając się, powiedział:

– Się nie martwi. Mam godzinę do odjazdu. Zawiezę.

– Naprawdę? – nie mogłem uwierzyć w tak wielką bezinteresowność na krańcu świata. – Naprawdę? Bardzo, bardzo dziękuję!

– Nie ma za co. Jak można pomóc, to czemu nie?

Odpalił więc maszynę i pojechaliśmy ku Chańczy. Ku kolejnej wakacyjnej przygodzie.

S16. Ostatni gasi światło.

S16. Ostatni gasi światło.

 

I nadszedł czas prawdy.

Walka o utrzymanie w Seri B była niczym Hamletowskie „być albo nie być”. Znaleźliśmy się w drugiej czwórce, dzisiaj zwanej play out, czyli mówiąc po ludzku, kto przegrywa ten wypada z ligi. Los i wyniki z sezonu zasadniczego skojarzyły nas, w pierwszej części tego pleja, ze świdnicką Avią. Dobrze się w sumie złożyło, bo umieliśmy z nimi grać i mieliśmy wypracowaną nad nimi przewagę psychologiczną.

Każdy zespół miał swoje atuty. My mieliśmy lepsze koniska w osobach Archanioła Marka i Młodego Marka Siekierki, wielką jak na te czasy halę i tradycję klubową, za którą dalibyśmy się pokroić żywcem. I obiecano nam na dokładkę, że jak się utrzymamy w lidze, to drużyna przetrwa i zostanie zgłoszona do rozgrywek na kolejny sezon. To nam wystarczyło żebyśmy stali się bulterierami parkietu. Avianie mieli skład równy, bez wybijających się szczególnie koni, stosunkowo małą salę i tabuny wiernych kibiców, którzy żywiołowo zdzierali gardła za swoimi. Typowa małomiasteczkowa miłość po grób. Imponowało mi to okrutnie. Ale sentymenty i podziw zeszły na plan dalszy. Nadchodziła decydująca bitwa w ligowej wojnie.

Pierwsze mecze wypadło nam grać u nich. Dwa u nich, za tydzień dwa u nas i ewentualnie decydujący piąty znowu u nich. Takie rozdanie wyszło na podstawie miejsc w tabeli po zakończeniu rozgrywek przed play off. Jechaliśmy z jasnym zadaniem. Przynajmniej raz trzepnąć rywala na jego ziemi. Rywal też nie próżnował i próbował nas podejść. Plotki o rozwiązaniu sekcji siatkarskiej Hutnika docierały do wszystkich głośniej niż do nas. I te plotki postanowili nasi rywale podeprzeć suwenirem, żebyśmy za bardzo nie walczyli.

– Co wam zależy. I tak was rozwiążą. No, koledzy, macie. Czym chata bogata! – kusili nas przed zawodami.

– Co kurwa macie? Pogięło was? Nas nie rozwiążą. Nigdy! Spadajcie – honor nowohuckiego fanatyko- zawodnika nie przyjmował rozwiązań pozasportowych.

Za to takimi zagrywkami podnieśli nam rywale ciśnienie. Oj podnieśli.

Mobilizację rozpoczęliśmy w pokoju hotelowym.  Hotel był przylepiony do hali sportowej i można było z łóżka iść na wojnę.

– Kurwa, wiecie o co walczycie! O życie! Żeby nikt mi nie dał dupy – Anioł mobilizował nas zdecydowanie – Nikt! Walczymy! Raz trzeba u nich wygrać! Przynajmniej raz. Walczymy jeden za drugiego! Dawać kurwa! Do boju!

Nawet kibice wroga  nas musieli pod halą słyszeć, taki raban był u nas. Na mnie podziałała ta mobilizacja niezwykle mocno. Na parkiet wpadłem jak w amoku.

– Gdzie kurwa biegniesz, nasze boisko jest tutaj – Marek złapał mnie za rękę.

– Aha. No tak. Przecież. – powoli  łapałem kontakt z rzeczywistością.

Porozglądałem się po terenie. Łał! Ale ludzi. Telewizje ze dwie, radia ze trzy. I pełno ludzi. Napchani po sufit. Czuć było w powietrzu fajnymi zawodami. Od pierwszego seta sędziowie starali się kontrolować sytuację i oddać gospodarzowi co gospodarza. Razem z miedzą. Tylko dlaczego z naszą?

– Jaki kurwa aut!!! – nie wytrzymałem po akcji, kiedy liniowy podniósł patyk do góry, a ja zaplasowałem akurat w same widły boiska – ty kutasie!!!

I ruszyłem na drugą stronę wydrzeć mu sprawiedliwość z wnętrza jego gospodarskiego łba.

– Co ty kurwa pokazujesz? Pojebało cię?! – darłem się żeby przekrzyczeć kibiców, prosto w twarz sędziego liniowego niesprawiedliwego.

I dawaj go za mankiet. Główny zareagował z wyraźnym opóźnieniem. Widocznie jeszcze nie miał takiego nerwusa podczas zawodów.

– Fjuuuu !!! – gwizdek sprowadził mnie na ziemię i udałem się prosto pod słupek sędziego głównego.

– Czy pan zwariował panie Gomółka? To jest siatkówka! Nie jest pan na podwórku!

– Panie sędzio ale on kanci! – przyłożyłem w liniowego z całej siły.

– Ale co ja pokazałem? – zadał pytanie mając na  myśli swoją decyzję, która mi całkiem umknęła w ferworze walki. – Co ja pokazałem? Po co leci go pan bić?! Zwariował pan?

– No nie. Nie chciałem nikogo bić, wyjaśnić tylko chciałem – dukałem wystraszony.

– Pokazałem piłkę w boisku! Wracaj pan na parkiet! I bez takich mi tu, bo wywalę. A teraz żółta kartka!

Skończyło się bardzo spokojnie jak na taką sytuację w trakcie zawodów, napiętą do granic zdrowego rozsądku. Cały mecz był nerwowy. Każda sytuacja, każdy punkt, nawet przerwy dla trenerów.

– Czas! – Trener Marian chciał nas uspokoić i pokazał sędziemu, że kolejne trzydzieści sekund spędzimy przy ławce rezerwowych.

Zazwyczaj w takich sytuacjach zespół koncentruje się wokół trenera, a ten podpowiada, opieprza, ustala taktykę. U nas tak nie było. Jak trzeba było coś przekazać, robiły to Marki, w krótkich, wojskowych słowach. Trener tylko czasami coś taktycznie podpowiadał młodzieży. Na boisku Avii wszyscy byli tak nakręceni , że w przerwach każdy lazł w swoją stronę, żeby się uspokoić i nie wylecieć z emocjami w powietrze.

Jeden kibic chciał zabłysnąć przed swoją dziewczyną i tuląc ją do swojego boku, dogryzał mi nieustannie:

– Do trenera! Do trenera młody! Haha. Idź posłuchaj swojego trenerka. Hehe. –  nawijał mi prosto w twarz.

Raz i drugi nie zwracałem na to uwagi. Ale za trzecim razem nie wytrzymałem i wskoczyłem na poręcz oddzielającą mnie od miłego pana i wykrzyczałem mu prosto w oczy:

– Gówno cie obchodzi dla kogo jest przerwa gnoju! Zejdź tutaj to ci pokażę.

Chłopa zamurowało aż do bladości i dał mi spokój.

Ta sobota była nasza. Wygraliśmy! Może mecz nie był piękny, ale był zwycięski. Teraz to my będziemy mieć atut własnego boiska. Jest dobrze, a jutro może być jeszcze lepiej. W pokoju wygrzebałem dwa litry swojskiego winka, starszyzna pozwoliła uszczknąć po szklaneczce na lepsze spanie. Naprawdę było co świętować, byle z umiarem wielkim jak nigdy.

Ranek powitał nas wcześnie. Nie mogliśmy spać a zmęczenie i buzująca ciągle adrenalina dawały się mocno we znaki. Dla lepszego samopoczucia, część ekipy poszła rano na małe rozbieganie, żeby pobudzić ciało i umysł.

Pobudzenie nie wystarczyło, nie weszliśmy na stan wkurwu z soboty, a i zwycięska zaliczka nas chyba uśpiła, co skutkowało porażką w niedzielnych zawodach.

Nikt jednak nie lamentował, zrobiliśmy 50% planu i teraz spokojnie mogliśmy czekać na świdniczan na naszych hutniczych śmieciach, które dawały nam handicap wielki. Zgodnie z przypuszczeniami i znakami na niebie, ziemi, wodzie i w powietrzu, bez historii i zbędnych emocji pogoniliśmy Avię na swojej ziemi i utrzymaliśmy się w pierwszej lidze serii B.

Sobota na naszej hali pokazała, że u nas nie ma żartów. Na rozgrzewkę zmontowałem swoje ukochane kawałki muzyczne w zgrabnego secika. Proletaryat, Kult, puszczone przed meczem wprawiły nas w stan euforycznego zakręcenia. „Pasażer”, „ Młodzi wioślarze” wersja z „Mojego Wydafcy” i „Ziemi naszej  sól” dawały nam siłę i mobilizowały. Poziomy wszystkiego co odpowiadało za siłę, skoczność, koncentrację, zostały wywindowane na maksimum naszego talentu. Tak naładowani wznieśliśmy się na wyżyny naszych umiejętności i rozbiliśmy rywala w puch. Niedziela była już tylko dorzynaniem gości i można było świętować sukces i chuchać na zaczyn, który pozwalał patrzeć na siatkówkę w Krakowie z wielką nadzieją.

Po zakończeniu ligowej zabawy mieliśmy okres tak zwanego roztrenowania. Polegało to na zmniejszeniu obciążeń i jednostek treningowych. Pasowało mi to bardzo bo matura zbliżała się wielkimi krokami i trzeba było się z lekka ogarnąć i powrócić na szkolną ziemię.

Koledzy mieli więcej czasu i szukali sposobu na jego zagospodarowanie. Premie za mecze były już przebrzmiałą melodią i powstawała spora wyrwa w domowych budżetach. Jarek z Siekierką znaleźli sposób na dorobienie sobie i zostali pracownikami kortów tenisowych przy Hutniku. Chałtura fajna i przyjemna. Trzeba było przygotować korty do gry, rozliczyć graczy, wypić piwko w klubowej kawiarence, drugie piwo wypić, znowu przygotować i rozliczyć. Ja i koledzy z zespołu płacić nie musieliśmy za kort, więc często wpadaliśmy liznąć tenisa ziemnego. No i wypić zimne piwo oczywiście.

Okres roztrenowania przebiegał miło i luzacko. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy z tego, że za naszymi plecami los jest już przesądzony. Specjalnie też nie zawracaliśmy sobie tym głowy, bo trudno nam było uwierzyć w plotki że nas nie zgłoszą do kolejnego sezonu rozgrywkowego. Hutnika, sekcję siatkówki grającą w serii B?

Wydawało się to niemożliwe.

Zakończenie uroczyste sezonu odbyło się jakoś pod koniec czerwca. Zaproszono trenerów sekcji juniorskich, całą naszą kapelę, nawet jakiś prezes się przewinął niechcący. Zakończenia sezonów były zawsze bogato podlewane. Tak nakazywała stara świecka sportowa tradycja. I nasza młodzież, ze mną na czele uczestniczyła w obchodach prężnie i z klasą. Ponieważ byliśmy jeszcze młodzi i grzeczni, to w klubie postanowiliśmy trzymać fason i po wygrzmoceniu po flaszce na głowę, takiej nie za dużej, półlitrowej, żeby móc ruszyć w miasto z animuszem, opuściliśmy gościnne progi klubu. Obraz zaczynał się lekko zacierać więc nie pamiętam gdzie wylądowaliśmy. Zbieraliśmy się gdzieś na dzielni. I grupami dopijaliśmy sezon.

Za to pewnego razu, w sezonie jeszcze, zimową porą, pewnie gdzieś w okolicach świąt albo raczej po ostatnich meczach pierwszej rundy sezonu zasadniczego, jak już dopiliśmy co mieliśmy dopić, postanowiliśmy ruszyć odważnie w miasto. Ale był w śród nas człowiek wielkiego serca i rozsądku, który postanowił jeszcze, a jakże, odwiedzić trenera. Dość mocno podlani poszliśmy do kołcza do jego mieszkania. Mieszkał on koło obiektów AWF w bloku zwieńczonym wieżyczkami. I jedna z tych wieżyczek należała tylko do niego. Musieliśmy ją zobaczyć od środka. Ekipa była zacna, sami miłośnicy zwiedzania mieszkań z wieżą. Trenerowi, naukowcowi z tytułem doktora, szczęka z lekka opadła na nasz widok. Ale robienie przez nas rodzinnej atmosfery w zespole nie pozwalało mu nas wyrzucić precz za drzwi. W końcu co klasa to klasa.

I oczywiście nie mogło zabraknąć tradycyjnego jak zawsze czym chata bogata. Wszystko było klasowe poza stanami alkoholu w barku. Trener widząc, że nie przyszliśmy rozmawiać o taktyce czy poezji o zabarwieniu sportowym, zaproponował po kieliszeczku. O tak!

Po kieliszeczku tak.

I wyciągnął z lodówki ……. spirytus! Prawdziwie „Gość w dom, Bóg w dom”. No kurde, gruby gracz pomyślałem. A taki niepozorny się wydawał. Jak pokonaliśmy pierwszą kolejkę, to zobaczyłem wszystkie gwiazdy sportowe końca lat osiemdziesiątych. Przed oczami zamajaczył Boniek, Fijas, Golec i cała złota drużyna siatkarska Hutnika Kraków. Kręciło mi się w głowie od sław, a w gardle paliło. Pod pozorem oddania moczu, obrałem azymut na kibel, gdzie podłączyłem się do kranu i zalewałem ogień w kiszkach. Największy kolega z naszej kompani postanowił zwiedzić doktorskie gniazdko. Udał się po drewnianych schodach na pięterko krokiem tańczącego niedźwiedzia z przesuniętym punktem ciężkości.

– Eee, złaźże! Gdzie leziesz? – poskramialiśmy kolegę bo kołcz się ze strachu nie śmiał.

– Co? Ja nie dam rady? Ja nie dam rady? – ryczał misio tańcząc na schodach i prąc na trzeszczącą barierkę z lakierowanej na wysoki połysk dębiny.

Wyjście po schodach stanowiło dla niego nie lada wyzwanie. Czując jednak, że zaczyna mnie łamać sen, bo jego wyjście strasznie się dłużyło, zacząłem zarządzać odwrót. Tym bardziej, że trener nie dysponował już niczym co mogło posiadać jakiekolwiek procenty i wizytę uważałem za zakończoną. Postanowiliśmy więc wyjść  i w tym momencie, kiedy już mieliśmy opuścić gościnne progi gospodarza Mariana, zorientowaliśmy się, że nasz największy towarzysz zaginął na kwadracie.

– Dziadu! Idziemy! – puściliśmy sygnał po mieszkaniu drąc się w niebogłosy.

– Idę! Zaraz idę. Poczekajcie na mnie!– coś tłukło się na pięterku i wrzeszczało wystraszone.

I to coś w końcu dotarło do schodów. Teraz zaczął się problem, bo nogi zaczęły odmawiać cosiowi posłuszeństwa. Sprawiały wręcz wrażenie jakby nie należały do korpusu właściciela. Ale od czego ma się przyjaciół? Pomogliśmy solidarnie. Schodzenie kilku schodków trwało wieczność. Wąsko było, ślisko było, a my nie byliśmy mali, więc co raz i dwa gubiliśmy klasyczną pozycję schodzenia z obciążeniem. Na szczęście poręcz był solidna bo dębowa, więc wytrzymała nasze parcie na siebie. Już w progu czuć było wielką ulgę jaka zapanowała u pana Mariana na kwadracie. Kamień spadł mu z serca po zamknięciu za nami drzwi.

Tylko dlaczego pierdyknął z wielkim hukiem o podłogę? Dziwne to było wrażenie, ale po chwili doszło do nas, że to jednak nie kamień z kołczowskiej piersi. To któryś z nas stracił kontakt z podłożem i wyłożył się jak długi. Spiritus movens zaczął działać z pełną mocą. W windzie największy z nas poszedł w stojącą kimę, co nikogo nie zdziwiło. Ale stało się dla nas małym obciążeniem a nawet dużym ciężarem. Nie mieliśmy jednak wyboru. Przyjaciela w biedzie nie można było zostawić. Na szczęście frend mieszkał stosunkowo niedaleko i to była chyba jedyna wartość dodatnia. I na szczęście nie jedyna.  Na polu było ślisko! Poranne opady śniegu zamarzły i dzięki temu, mogliśmy wziąć go pod pachy i wlec po lodzie. Chwała Panu Lodowemu na wysokościaciach.

Chyba inaczej nie dalibyśmy rady. Śpiący rycerz i jego zachwiani giermkowie musieli wyglądać prze komicznie. Upadki były, i walka była, i śmiech przez zamarzające łzy. Ale daliśmy radę. Pod drzwiami oparliśmy śpiocha, wykonaliśmy szybkie ding dong i zaczęliśmy uciekać.

– Jezusie Nazareński! Jak ty wyglądasz? – usłyszeliśmy tylko w oddali.

– Mama? Co mama tu robi? Bo ja idę z kolegami na miasto, a mama? Skond tu mama… – rozbudzony kolega nie czuł zbyt dokładnie swojego położenia na mapie miasta.

– Gdzie?! A ty gdzie?! Do domu! – Po klatce gonił nas głos zatroskanej pani mamy. – Do domu pijaku!!!

Wszystko się udało. W końcu nie ma to jak u mamy. Mama dostała syna a my zrzuciliśmy z siebie ciężar odpowiedzialności.

 

Ostatnia rzecz którą ugrałem sobie na nowohuckim parkiecie, była pierwsza klasa sportowa. Dzięki temu uczestniczyłem w walce o przyjęcie na Akademię Wychowania Fizycznego bez konieczności zdawania części egzaminów. Dokładnie części fizycznej. Oczywiście nie chodzi tutaj o fizykę jako fizykę , tylko o sprawdziany sportowe. Fikołki, biegania, i inne pierdoły z naciskiem na lekką atletykę. Tak więc słuszna to była dla mnie linia, bo przy tych fizycznych egzaminach można było kombinować z ocenami do woli. Mówiąc w skrócie robiono egzaminowanych w ciula po całości. Doświadczył tego mój kolega z technikum, Krzywy, który wziął sobie za kasę nie małą, lekcje z lekkiej atletyki u nauczycieli z AWF. A oni go w godzinie prawdy bez skrępowania oblali z tego, czego go kilka tygodni uczyli. Wcześniej był wspaniałym i pojętnym, jak młot do rzutu, uczniem, a na egzaminie okazał się słaby jak spadająca tyczka. Ale widocznie nas, klasy sportowej było w nadmiarze i tych bez sportowego cv trzeba było poodsiewać niczym ziarno od plew. Taka karma.

Dlaczego mi ten AWF przylazł do głowy? Widocznie miałem zamiar zostać wuefistą albo jakimś trenerem. Codzienny kontakt ze sportem roztaczał przede mną całkiem spory wachlarz możliwości. Poza tym Jarek Opach czekał na mnie, zawalając rok, bo stwierdził, że razem będzie nam raźniej. On zdał rok wcześniej, ale liga rządziła codziennością, więc nie pogodził tego ze studiami. W duecie mieliśmy przebrnąć przez ocean nauki i sportu i się zmagistrzyć na koniec.

Jeśli wspomniałem o części fizycznej to muszę też zaakcentować część umysłową. Składała się ona z testu, sześćdziesiąt pytań z chemii, biologii i fizyki. Pierwszych dwóch przedmiotów nie miałem od lat pięciu, więc byłem kompletnym zerem. Jak bohater kawałka Lady Pank,. Byłem nawet mniej niż zero. Z fizyki byłem dnem jeszcze większym, bo to co uczyło nas w technikum, wołało o pomstę do nieba. Ale przecież nikt mi nie kazał dopisywać sobie ocen do dziennika, więc pretensję mogę mieć tylko do siebie i Pani Fizyczki która olała nas, część tumańską klasy cieplutkim, newtonowskim moczem, z domieszką uryny kwantowej.

Ale wiara czyni cuda, przenosi góry i głupiemu zawsze lżej. Przynajmniej tak mi się wydawało. Na jakiejś sali czy auli, zebrał się kwiat usportowionej młodzieży, najsprawniejsi z najsprawniejszych. Piękni, młodzi, wysportowani, pachnący i uśmiechnięci.

I ja.

Z samego Hutnika było nas kilku zawodników. Moryciak koszykarz, Chrabota Krzysiek i inne ręczniki. Kto był po liceum ten miał spokój w czaszce. Kto był po technikum nie mógł czuć się bezpiecznie.

Rozdali testy. Nic specjalnego. A, B, C i D.  Jedno z czterech do zakreślenia. Ale na Boga ostoję naukowców, które?

Próbowałem udawać, że jestem nauczony, po tym jak okazało się, że nikt mi pomocnej dłoni, a raczej zestawu odpowiedzi nie poda na tacy. Trzeba było robić wrażenie i liczyć na cud. Ze wszystkich sześćdziesięciu pytań, dziesięć byłem w stanie poprawnie odznaczyć. W kolejnych dziesięciu coś mi świtało w głowie, ale mniej niż bardziej. Reszta to już była jakaś magia nie pojęta. Skoro nawet nie mogłem przeczytać poprawnie niektórych słów, to nie pozostawało mi nic innego jak tylko dokonać strzelania na oślep. I poszło jak z płatka, A, A, B, C, A, D, A, C, B, D.

Ha! Sekcja strzelecka czeka!

Podobnie działali koledzy moi, ci nie biologiczno, ani chemiczno-fizyczni. I wiecie co? Nie było to najmądrzejsze może, ale za to kurewsko skuteczne posunięcie. Siadło wszystkim. Akademio drżyj ! We wrześniu cię napocznę.

W połowie wakacji nadszedł czas powrotu do treningów. Tylko okazało się, że sekcji siatkówki w Hutniku Kraków już nie było. Nie było kasy, nie było chęci ze strony zarządu klubu do utrzymania sekcji piłki siatkowej. Postanowiono więc przekazać sekcję siatkarską Wawelowi Kraków, klubowi wojskowemu i zacząć zabawę w trzeciej lidze. Nie do wiary. A tyle nam obiecywano. No trudno. Pies was szmaciarze jebał.

Przekazywać to sobie mogliście, tłuki jebane, worek ziemniaków, pomyślałem gniewnie i zacząłem zastanawiać się co dalej z moją przygodą. Upadek na trzecioligowe dno i to w wojskowym klubie? Ja? Pacyfista anarchista, pijak i nie narkoman, miałem tam iść?

Raczej nie tak to widziałem. A przynajmniej nie wtedy. Bo przecież nigdy nie wolno mówić nigdy. A pan podchorąży zawsze zdąży! W swoim czasie.

S15. Liga nie taka znów szara.

S15. Liga nie taka znów szara.

 

Do Katowic to już było tak blisko, że na upartego można by było pójść na nogach. My jednak pojechaliśmy, a i tak klub oszczędzał jak mógł. Na noclegach. Jakby prezesi wiedzieli, że sekcja siatkówki ma w drużynie rozprowadzacza, nigdy by do tego nie dopuścili.  Dzięki powrotowi do Krakowa, nie musiałem tracić rozrywkowej nocy na Hucie, a i kolegom spać też się nie chciało. Skoro Gomóła zapraszał? Damy radę.

Beldon Katowice czekał i kusił punktami do wyszarpania.  Odległość była naprawdę niedaleka, co prawda autostrady jeszcze nie było, ale te osiemdziesiąt kilometrów nawijało się na autokarowe koła szybko i sprawnie. Ciężko mi się było skoncentrować na przygotowaniu mentalnym do zawodów, bo we łbie kołatało jedno. Impreza u Filipa. U niego zawsze było grubo i kroił się balet pierwsza klasa. A skoro po meczu wracaliśmy spać na swoje, to nie wypadało nie podejść na chwileczkę. Hotelu klub nie zaproponował tylko tułaczkę po bożym świecie. Wyjazd, powrót, wyjazd, powrót. Co zrobić? Może zawitać na imprezę? I tak mi to po pustym łbie się tłukło, że koledzy, frakcje młodsza, usłyszeli to stukanie i prosili o zabranie ich na ten niewątpliwy relaks pomeczowy.

Sobotni mecz był przeleciał bez historii. Ktoś wygrał, ktoś tam przegrał i na pewno przegranymi byliśmy jednak my. Po zawodach ważne było szybkie i sprawne przetransportowanie nas z hal i parkietów do Nowej Huty w celu dokonania regeneracji i spokojnego przespania przedmeczowej nocy. Stare dziady jednak coś przeczuwały, twierdzili że jestem nienaturalnie pobudzony po przegranych zawodach, ale od samego czucia to się jeszcze życia nie wygrywa i prawdy całej nie zna. Młodzież wysiadła razem, a ponieważ mieszkaliśmy prawie w jednej okolicy, więc podejrzeń to specjalnych nie budziło. Poza Czornym, który też wysiadł z nami, a mieszkał po drugiej stronie miasta. Ale coś tam zabajerował, że z Huty ma dobry transport, szybko, sprawnie i w ogóle jest mu dobrze tu wysiadać. Unikaliśmy wzroku starszyzny, bo baliśmy się, że wyczytają z naszych oczu radość tego co za chwil parę stanie się naszym udziałem. Już za chwileczkę, już za momencik…

Balanga!

U Filipa biby były zawsze udane. Donieśliśmy alko i zaczęły się dyskusje, rozmowy, tańce. No i damsko męskie zaloty. Czas niestety pędził nieubłaganie. Pierwsza, druga, w pół do trzeciej. Świat się kręcił, świat wirował, a my w nim. Nagle, niczym grom z jasnego nieba nadeszło otrzeźwienie.

– Panowie, kończymy, o ósmej wyjazd do Katowic. Trzeba się zbierać.

– Gomółek, weź nie pierdol, przynieś wódeczki!

Minęła czwarta, zbliżyła się piąta, wychodziliśmy ociągając się potężnie.

– Jeszcze po kieliszeczku! Za siostry! Za braci! – Dupcia miał toasty na każdy moment imprezy.

– Ja bym jeszcze śledzika! – ktoś błagał. – Rybka lubi pływać.

Zbierałem towarzystwo przez pół godziny. Ciągle kogoś jednak brakowało. I tak w koło Macieju. W końcu bladym świtem miałem drużynę zebraną w windzie.

– Tylko niech nikt się nie spóźni. Musimy być punktualnie! – mobilizowałem przyjaciół z parkietu.

Rozstaliśmy się śpiewająco i każdy poszedł prawie w swoją stronę. Od Adama miałem dziesięć minut do domu. Nawet się nie kładłem, ale sen mnie składał jak diabli. W końcu zagrałem mecz, zarwałem noc i jeszcze miałem za kilka godzin grać ponownie. Ratunku! Może kawa? Mocna, sypana, fumiasta. Cztery, nie pięć, sześć łyżeczek do półlitrowego kubka nasypałem. Nie mogłem usnąć, żeby nie spóźnić się i mimo wszystko wsiąść do autobusu. Wiedziałem że jak usnę w domu to nikt mnie nie będzie w stanie dobudzić. Jako główny rozprowadzający nie mogłem zawieść ekipy. Co prawda dużo nie wypiliśmy, ale myślenice typu: rany bomba, czy organizm się zregeneruje na tyle żeby podjąć walkę z wrogiem? – były.  Oraz najważniejsze: czy koledzy żyją i też dojdą do siebie albo chociaż do autobusu?

Jak wychodziliśmy to nastroje były szampańskie. Tylko czy aby nie za bardzo? Pilnowaliśmy się przecież. Na spotkanie pod Wandą, czy pod Pewexem na Strusia dotarli szczęśliwie wszyscy. Jednak czar szampańskich nastrojów pryskał wraz z unoszącym się coraz wyżej słońcem. Oczy bolały niemiłosiernie od światła dnia powszedniego. A nawet bardziej, bo to niedziela była. Ludzie spali po imprezach a my ruszaliśmy do roboty. Więc i ból był makabryczny. Do tego głowa, bebechy i inne członki dawały we znaki.

Kontuzja! Kontuzja! Chciało się zawyć nie jednemu. Ale, ale. Nie my, nie ma szans. Wódka nas nie pokona. I nie pokona Beldon z Katowic!

– Gomóła, co wy tacy zmęczeni? – czujne oko Marka Anioła wypatrzyło nasze średnie, delikatnie rzecz, biorąc, samopoczucie.

– To po meczu wczorajszym, ciężko było. Chyba jestem do tego chory – przytomnie się maskowałem i do tego kłamałem jak z siatkarskich nut.

– Taaaa. Na pewno – nie odpuszczał próbując uchwycić ze mną kontakt wzrokowy. W końcu razem, znaczy się ja, on i piękny Marek, balowaliśmy co tydzień bez mała. Może był zazdrosny,  że tym razem piłem z kim innym?

Uciekłem szybko na tył, i zanim autobus ruszył na dobre, spałem.

Na parkiecie katowickiego Beldonu, po raz pierwszy w sportowym życiu, doświadczyłem niebywałej męki na rozgrzewce. Skumulowało się wszystko. Wczorajszy mecz, impreza, alkohol i brak snu. Katusze piekielne mnie dopadły już na widok hali przeciwnika, dobrze że na miejscu wody było pod dostatkiem, bo suszyło mnie przeokrutnie. I nie tylko mnie. Wodę na szczęście donoszono już przed zawodami o punkty. I dobrze. Bo moglibyśmy umrzeć z pragnienia i dopiero byłby wstyd. Próbowaliśmy, walczyliśmy, krzyczeliśmy, serce żeśmy wkładali w te zawody. Ale nie szło nam. I jeszcze ta hala jakaś taka dziwna, i to słońce tego dnia piekielne, rażące okrutnie przez wielkie szyby z ekspozycji południowej. Podsumowaniem naszej słabości było czyjeś minięcie się z piłką na środku siatki, w akcji nazywanej atakiem z krótkiej . Kolega wylądował w sieci, niczym ryba, nie dotykając nawet piłki. Starszaków na takie zachowanie szlak trafił. Wyszło szydło z worka, cała nasza tajemnicza akcja nocna wypłynęła z wódczanym potem z ciał.

I smród niósł się mocnym echem po hali katowickiego Beldonu. Echem kurew rzucanych przez Marków. Niestety nie udało się powalczyć. Głupio wyszło.

Mea culpa bęc.

 

Do Warszawy miło się jechało. Rywal był w zasięgu naszych umiejętności, a do tego Legia była przez cały sportowy kraj znienawidzona, a Warszawa nielubiana za bardzo przez resztę społeczeństwa. Adrenalina nakręcała się więc sama. Ale u nas nie z powodu CWKS-u czy stolicy. W nas takie prymitywne podkłady się nie zawiązały. Kasa była do wyszarpania z desek warszawskiego klubu to primo. A sekundo, najważniejsze sekundo wtedy, to co nas tak pchało do stolicy, to był pierwszy w Polsce Mc Donalds! Taki prosto z Ameryki. Cudo światowej gastronomii, po której wyrobach koszykarze czarni jak czarna smoła i biali jak biała mąka, wznosili się na wyżyny niebiańskiego baskjetboła. Przenosili się w inny wymiar dzięki zasobom energii ukrytej w hamburgerach czy big mackach. Tak wtedy mogliśmy myśleć. Więc i my też tak chcieliśmy. Chcieliśmy się najeść do bólu, żeby skakać wyżej, biegać szybciej i atakować mocniej. Ale zanim nam to umożliwiono musieliśmy rozegrać mecz. Mecz może i był piękny. Może i wyrównany. Ale kto to dzisiaj pamięta? Pewnie niewielu. Ale sali do trenowania gimnastyki, jaki był na obiektach stołecznego klubu, z wielkim dołem wypełniony gąbkami, nie zapomnę nigdy. Wariowaliśmy jak dzieci które zobaczyły kosmiczny plac zabaw po raz pierwszy, i być może ostatni  w swym życiu. Taką, wydłużoną do granic możliwości zrobiliśmy sobie rozgrzewkę. Dobrze, że się nie pozabijaliśmy.

Po zawodach, na pytanie gdzie jedziemy na kolację, wszyscy zawyli, jak zgłodniałe wilki:

– Do Makdonalda!!!

Na szczęście o zdrowym żywieniu, w czasach przejściowych, nikt nie mówił. Kogo to obchodziło, skoro jeszcze kilka lat wcześniej zdarzało się, że nie zawsze szło co do gara włożyć. Dostępność jedzenia poprawiła się znacznie, ale cała zabawa polegała na tym, żeby się wreszcie nażreć do syta, nie zwracając uwagi na zdrowotne walory posiłków. A nażreć w Macu to wtedy była prawdziwa rozpusta. Było mega drogo, ale my sportowcy, kupowaliśmy po cztery zestawy. Opychaliśmy się chemią jak krowa sianem. Jak dizel ropą. Doznawaliśmy kulinarnego orgazmu.

 

Pierwszą poważną rzecz którą wyszarpałem, poza grą w pierwszej szóstce, była podwyżka. Spora podwyżka, bo moje apanaże wzrosły razy trzy. Zapylałem na treningach do ostatniego tchu, na boisku słupków nie podpierałem to i wypłaty chciałem mieć zbliżone do średniej zespołowej. Nie wdawałem się w zbędne dyskusje, tylko postawiłem swoją siatkarską przygodę na ostrzu noża. W końcu ktoś tam już się wykruszył przez pierwsze miesiące i ręce do grania były potrzebne. Nawet tak chude jak moje. Po treningu polazłem więc do pokoju trenersko-kierowniczego.

– Trenerze, nie będę już grał bo mam maturę. Muszę się zabrać za naukę – dyplomacja zawsze była moją mocną stroną, więc dyplomatycznie kłamałem jak z nut.

– Jak to? Przecież dajesz radę, grasz często w szóstce, nieźle zarabiasz. Tomek, naprawdę? – trener nie wierzył w to co usłyszał- Przemyśl to.

– Co ty gadasz? – Kazik kierownik był czujny. – Przyjdź jutro do mnie a tera spadaj na odnowę.

Z samego rana, zamiast do szkoły, polazłem do klubu rozmawiać o swojej finansowej przyszłości.

– Ile? – Kaziu wiedział dobrze, że nie ma co się certolić, jak można sprawnie i szybko temat załatwić.

– A ile mogę mieć? – graliśmy w expres pokera.

– 900 000 zł. Do ręki.

– To będę popołudniu. Do widzenia.

Nigdy już tak szybko nie ugrałem takiej podwyżki. Ale też potem startowało się z innego pułapu i co kolejne kartki wspomnień pokażą, był to pułap nie raz i nie dwa wirtualny.

Tymczasem tak uposażony czułem się już pełnoprawnym zawodnikiem seniorskiej drużyny siatkarskiej Hutnika Kraków. I fajnie mi z tym było. Mogłem skoncentrować się na pracy dla chwały swojego nowohuckiego klubu jeszcze mocniej.