28. Taki dobry Didi. Część druga – Pęknięte serce. Ostatnia.

To jak Cię porzuciłem przed dworcem w Tarnowie, siedziało we mnie przez lata. Nawet telefon, który wykonałem do Mistrza kilka dni po tej akcji i jego zapewnienie, że żyjesz, że dojechałeś, i że wszystko jest w porządku, średnio mnie uspokoił. Ale ten sam Mistrz prawie dwadzieścia lat później napisze, że czas leczy rany i trzeba dalej być. Więc byłem.

Przez kilka lat przewijałeś się w około koncertowych opowieściach, byłeś z każdą historią coraz bardziej „kultowy”. Zaakceptowany i lubiany przez zespół. I to nie jeden. Bardzo. Mistrz napisał o Tobie piosenkę, bo żyłeś niebanalnie. Chyba niekoniecznie – bo tak chciałeś, może częściej – bo tak wyszło.  A Twoja wyprawa za Kultem po zachodniej Europie, bez kasy, bez biletów, obrosła legendą, której nie podejmuję się opisywać, bo trzeba by to zrobić rzetelnie i starannie. Może kiedyś spiszę wspomnienia tych co pamiętają najlepiej, bo byli tam wtedy.

Nasze kolejne spotkanie miało miejsce w trakcie kręcenia koncertu El Dupy, w roku 2010. Nawet nie pamiętam czy coś pogadaliśmy, bo i zamieszanie było ogromne, jak to przy Dupie, no i to Ty podkradłeś część występu swoimi tańcami na scenie, które zostały uwiecznione na koncertowym DVD El Dupy, a ponieważ czerpałeś wtedy garściami zabawę, a ja, zaraz po sztuce, wracałem z synem do Krakowa, i to będąc niestety kierowcą. Nasz odbiór rzeczywistości, tego wieczora, były na przeciwstawnych biegunach, więc nawet nie próbowałem nawiązywać kontaktu. Ważne, że byłeś i miałeś się tego dnia znakomicie.

Potem stało się tak, że na nowe miejsce na ziemi wybrałeś Teneryfę i przy pomocy Mistrza i swoim zdolnością – pracowitości i solidności, sam zostałeś Mistrzem w swoim fachu. A kiedy Mistrzu zakupił lokal mieszkalny na wyspie, i przy każdym spotkaniu chwalił, jak tam jest zajebiście, zebrałem się w sobie i postanowiłem, wraz z rodziną, na własne oczy przekonać się o prawdziwości jego słów.

Dolecieliśmy akurat jak była kalima. Z nieba padał piach, a ocean był szary jak Polska w bezśnieżną zimę, i pierwszy efekt nie powalił. Ale potem było już tylko najlepiej. I wreszcie nasze spotkanie i rozmowy u Mistrza na tarasie. Trochę się wąchaliśmy, bo było to nasze drugie, takie prawdziwe, spotkanie w życiu. Ja ciągle ze wstydem wspominałem Tarnów, o którym Ty już zapomniałeś, i tylko powiedziałeś mi wtedy, że jednak nie skończyło się to tak dobrze jak mi opowiadano, ale i wizyta na tarnowskiej izbie nie była dla ciebie jakimś strasznym przeżyciem. Mimo wszystko było mi strasznie głupio, choć szmat czasu już minął. Ale mieliśmy wspólne tematy, które z każdym zdaniem nas zbliżały do siebie: Kult, Kazik i piłka nożna. Do tego Mistrz nakreślił mnie jako spoko gościa, więc lody zostały przełamane i zaczęło się kolegowanie.

Kolejny był film, a Ty jako osoba mająca w nim dużą robotę do zrobienia, przyleciałeś na część Trasy Pomarańczowej. Byłeś w Krakowie, gdzie zaprosiłeś rodzinę, i tak się cieszyłeś jak Ci poogarniałem taksówki i mogłeś mamie i siostrze pokazać od środka, jak pracują Twoi znajomi, ba już przyjaciele. Potem był Wrocław, Katowice i Poznań. We Wrocławiu, po koncercie siedzieliśmy w jakimś pokoju i robiliśmy przy butelce, pewnie niejednej, małą regenerację pokoncertową, wtedy Mistrzu z taką stanowczością w mowie i wzroku, kazał mi pilnować naszej grupy, żeby Tobie ani grama alko nie podać, bo masz na niego bana. Obiecałem i pilnowałem jak syna. Ale też zadanie trudne nie było, bo Ty sam stałeś na wysokości zadania i nie tylko Wrocław, ale i Katowice, a tam nie przyłączyć się do zabawy mogą tylko najwięksi kozacy albo chorzy, przeszedłeś bez krzty promila. I Poznań prawie też, tylko, że tam był ostatni koncert trasy. Kolejnej udanej i wyjątkowej trasy, w której towarzyszyła zespołowi kamera.

A pamiętasz jak wtedy, ze sceny Kazik zaprosił wszystkich do Kultowej? Że my tam jedziemy wszyscy, i że będzie zabawa. Sala zareagowała euforycznie, a mnie zmroziło, jak wyobraziłem sobie, nawet połowę, uczestników koncertu w zaprzyjaźnionym pubie. Po sztuce doszło do przejęcia busa zespołowego przez Szefa Kazimierza, co lekko zdziwiło członków zespołu, kiedy trasa hala – hotel, została zmieniona na tę: hala – Kultowa. Kto żyw przesiadał się do busa techniki, i tylko my, Mistrzu i Morawka, który na taką akcję, powiedział tylko:

– Phi. Mnie się nie chce wysiadać, jadę z wami.

pojechaliśmy prosto ze sceny na małe co nieco. Przy stoliku doszło do zawieszenia wszystkich wprowadzonych wcześniej obostrzeń. Próbowałem tłumaczyć, że powrót do palenia – po jakiejś tam przerwie, przez kolegę-wokalistę, czy powrót do konsumpcji alko Twojej osoby, która miała mieć rano przelot do roboty na Tenerkę z Berlina, nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. I że jakie byłoby to piękne jakbyście wytrzymali w swoich postanowieniach jak najdłużej, bo to taki piękny przykład dla wszystkich i w ogóle. Tylko jeśli mówiłem to znad kufla z piwem, dmuchając dymem z łapczywie wypalanego papierosa, to mogłem się jawić jako osoba niekompetentna do składania takich propozycji. Sam nie potrafi wytrwać w czystości, a innych poucza – pewnie ktoś pomyślał, i na stole wylądowały takie ładne kieliszki z zimną Żołądkową Gorzką. Wbrew temu, co by się nie działo, miałeś silne postanowienie, że jakby się sprawy nie potoczyły tej nocy, to Ty musisz wsiąść do samolotu linii Berlin – Teneryfa Południe.

Kiedy my z Mistrzem mieliśmy już dosyć i chcieliśmy zabrać Ciebie do hotelu, żeby Cię nie kusiło, Ty nie mogłeś z nami pojechać, bo czekałeś na kolegów, którzy mieli dla Ciebie, pachnącą zawodami o Mistrzostwo Polskiej Ekstraklasy, koszulkę piłkarza Legii. No i chcieli się spotkać z Tobą. Pośmiać, pogadać i pobyć. Kiedy rano zszedłem na śniadanie i spotkałem Morawkę, który dopiero co wrócił, a było już koło ósmej rano, nie mogłem uwierzyć w to co opowiada. O kierowcy autobusu który nie chciał Cię zabrać na pokład i ostatecznie uciekł, o poszukiwaniach alternatywnej formy transportu do stolicy Niemiec, bo musiałeś, bo obowiązki. W końcu dzięki wsparciu Olgi i reszty ekipy, która Cię żegnała, wszystko się udało i doleciałeś, bo obowiązki były najważniejsze i nie mogłeś inaczej. Zadowolony z zakończenia wyprawy, zameldowałeś się z wyspy.

Nasza znajomość zaczęła rozkwitać z tygodnia na tydzień. Telefonicznie przekazywaliśmy sobie najświeższe informacje, co w naszym otoczeniu się dzieje. Czasem robiłeś sobie przerwy na odreagowanie pracy i codzienności. Wtedy dzwoniłeś o każdej porze dnia i nocy, przy czym w nocy najczęściej. Aż razu pewnego przez kilka dni nie odbierałeś telefonu. Jak się kogoś lubi, to się człowiek o tego drugiego martwi. Zdzwoniłem się z Mistrzem raz, po kolejnych dwóch dniach drugi. Kontaktu z Tobą nie było. Nie było też na podorędziu, tam na miejscu, nikogo, kogo moglibyśmy wysłać na poszukiwanie za Tobą. Wtedy przypomniałem sobie, że mamy wspólne miejsce, w tej polskiej knajpie, tam na dole Adeje, niedaleko Oceanu. Przypomniałem się, że ja to ja, i że Ty to Ty, no i że ja Ciebie poszukuję, no i żeby kogoś wysłać, bo z Huty dzwonię i mi chwilowo na Teneryfę nie po drodze. Szybko zostałeś odnaleziony i to Twoje zdziwienie, połączone z przerażeniem, że jak to tak można kogoś na takim dystansie odnaleźć, skoro zagubiony człowiek nawet telefonu nie ma, bo ten się gdzieś w balecie zapodział.

W 2018 nad wakacjami długo w domu nie myśleliśmy. Poza Mistrzem na wyspie mieliśmy tez Ciebie. Więc wyprawa wakacyjna nie mogła się odbyć w inne miejsce. W końcu mieliśmy jeszcze tyle do zobaczenia, że nikt z naszej komórki rodzinnej nie wyobrażał sobie innej miejscówki na wywczasy. Zalogowaliśmy się pomiędzy Mistrzem a Tobą, żeby się łapać jak najwięcej. Trafiliśmy też na Karola z rodziną, którzy odkryli przed nami wyspę, jakiej nie znajdziesz w żadnych przewodnikach. Ekipa wakacyjna była wyborowa. Oczywiście Ty miałeś roboty od groma, ale zawsze przed pracą, po pracy, czy w każdej wolnej chwili, którą mogłeś poświęcić na odpoczynek, spotykałeś się z nami. Oezil i Notoryczna polubili Cię szybko i bardzo mocno. Ze wzajemnością. Pamiętam pierwszy dzień, po naszym przylocie, i blamaż Legii w eliminacjach do Ligi Mistrzów, kiedy wspólnie nie mogliśmy uwierzyć, na co my patrzymy. Legia odpadała wtedy z jakimś Dudelange, po porażce u siebie 1-2, a tego dnia – 16.08.2018 – remisując szczęśliwie 2:2 i niestety odpadając. Siedzieliśmy u Słowaka i przeżywaliśmy piłkarskie emocje, przy wodzie i piwie.  Potem były kozy, i inne, z grilla w tej „fabryce mięsnej” – jak nazwaliśmy z synem ten lokal w Rancho De Nino,  Sanatorio de Abona – niedokończona wioska i szpital dla trędowatych, poranne kawy i wieczorne posiadówki, albo mecze tenisa, które tak lubiłeś oglądać, kiedy walczyłem z Mistrzem. To były cudowne wakacje i wiedzieliśmy już, że za rok inna opcja nie wejdzie w rachubę, tym bardziej, że ja uwielbiam szczególnie te miejsca, które znam.

W połowie października, dostaliśmy propozycję od Mistrza, żeby sobie ten komunikator taki w telefonie założyć. Mnie to już wcześniej Notoryczna Narzeczona namawiała, ale ona to se może. Za to jak Mistrz proponuje, to mus mieć i koniec. I 17października, w godzinach porannych napisałeś:

 „Brachu w koncu mam to gowno”

„Nooo.  Ja też od dziś” – odpisałem.

„Ja od wczoraj”

„Kurwa, zdjęcia, filmy z Huty będziesz miał:))). Zaraz ci Wawel jebne” – napisałem i wysłałem zdjęcie zamku na Wawelu, bo akurat jadąc do pracy, koło niego przejeżdżałem.

„A ja ocean”

I takim to sposobem wessało nas na dobre. Komunikator się sprawdził, i od tej pory niemal codziennie przekazywaliśmy sobie informacje z naszych żyć. W jedną stronę szedł Kraków, Huta, polskie ligi piłkarskie oraz wszelkie wyjazdy, a zwrotnie miałem Ocean Atlantycki, roboty wykończeniowe, jedzenie, czasem jakiś żarcik, gołą babę ( tu przyznam Ci się, że raczej szybko kasowałem), Mandelę w różnych odsłonach. No i wszystkie oprawy na Legii, niema na żywo. Dużo potem: życie Sisi, kocicy, która okazała się kotem. No i mieliśmy rozmowy live, najczęściej w weekendy, albo w przerwach w naszych pracach. Ciężko było sobie wyobrazić, że się dłużej niż dwa, trzy dni nie odzywamy. Poznawaliśmy się coraz lepiej i coraz więcej nas łączyło. Najbardziej piłka kopana. Ja ci dałem konto na Canale +, a Ty mnie z młodym zaraziłeś Copa Libertadores. Pamiętasz to zamieszanie z którymś z finałów, jak Ozil Tobie jakieś linki wysyłał, żebyś sobie mógł obejrzeć. Nawet Ci nie przypomnę co mu naobiecywałeś za to, że się udało, bo jestem zazdrosny. Do teraz. No i przywróciłeś mnie do zakładów piłkarskich. Nasze codzienne meldunki były obowiązkowe. Czekaliśmy tylko na „kupon życia”, dzięki któremu nie będziemy musieli pracować, tylko zrobimy sobie wieczne wakacje.

Wyjazd w kolejnym, dziewiętnastym roku na wyspę stał pod znakiem zapytania. Tata zaczął mieć duże kłopoty zdrowotne i do ostatniego dnia wylotu, wahałem się, czy nie odpuścić, tym bardziej, że tata jeździł już ze szpitala do szpitala i zaczęliśmy czuć strach o niego. Ale ten sam tata nas wygonił i obiecał, że będzie dobrze. Skoro tak, to polecieliśmy i znowu mieliśmy wakacje życia. I jak w życiu, radości przeplatały się z prozą życia codziennego. U nas z tatą, u znajomego z dzieckiem. Ale byłeś Ty, Mistrzu z rodziną, Karole, Giemza z córką, Olga z  Arkiem, oraz Ania, osoba która odmieniła Twój świat, tam, na wyspie. Wtedy zobaczyłem innego Rafała. Rafała spełnionego, pełnego nadziei i życia. Twój wagonik wskoczył na tory, które prowadzą nas do spokoju i stabilizacji. A wiesz, że z tym to u nas różnie bywało. Co sam nakręcałeś wpadając rano, albo ustawiając poranną kawę w kawiarence.

– Co tam? Juz nelwówka? – witałeś mnie z uśmiechem, jak kręciłem się od świtu, bo nie chciałem tracić czasu.


A potem Ciebie „nelwówka” brała, bo trzeba było robotę zaplanować, ludzi poustawiać. No i zakłady w tym całym zamieszaniu puścić. Razem z moim synusiem, którego uczyłeś maszynę do piłkarskich zakładów obsługiwać. I siedzieliście sobie i dyskutowaliście, w co najlepiej zagrać danego dnia. A ja patrzyłem na Was z radością i ogrywałem ruletkę, albo ona mnie. Co jakiś czas odwiedzaliśmy z Tobą miejscowe markety budowlane i składy, w których czułeś się jak u siebie. I znowu bywała „nelwuwka” bo południowcy to trochę inaczej do życia podchodzą.

No i niezapomniana wyprawa na zawody Segunda Division, na CD Tenerife, kiedy tłumaczyłeś Ozilowi, żeby się nie martwił porażkami, kiedy taki fajny kupon mu Niezgoda popsuł, strzelając na 2:2 w meczu z ŁKS. Ależ to były piękne chwile. Mieliśmy je co jakiś czas powtarzać. Ale zanim, po raz kolejny, na wyspie, to już planowaliśmy Ani i Twoją wizytę u nas, w Krakowie. Przy okazji promocji „Kult Filmu” i Trasy Pomarańczowej.

Po naszym powrocie z wyspy, wszystko się popsuło. Dla mnie. Tata odszedł. Dla mnie strasznie niespodziewanie. Wspierałeś mnie wtedy jak mogłeś, pomimo dużego dystansu, jaki nas dzielił. Nigdy Ci tego nie zapomnę, Blachu. Sam rzuciłem się wtedy żyć, jakby nie było jutra. Tylko rzucenie się w wir życia, rodzina i przyjaciele, trzymali mnie na powierzchni jako takości. Dzięki temu przetrwałem ból rozłąki, chociaż wiem, że nigdy go nie ujarzmię do końca.

W Warszawie błyszczałeś na premierze, później współorganizowałeś balet u Morawki, a następnie spotkaliśmy się we Wrocławiu, skąd mieliśmy pojechać do nas i stamtąd zrobić kultowe Katowice i Kraków. Ale Mistrzu troszkę nam plany skorygował, i o ile Wrocław przetrwałeś na zero z tyłu, o tyle Katowic się nie udało, co przy ilości znajomych, którzy się tam z całego świata zjechali, dziwić nie powinno. Ale i tak, bez większych problemów, dałeś się zabrać na obrzeża Nowej Huty. Do matecznika Judegangu. Trochę się martwiłem, żebyś nocą ciemną nie zaczął sławić swojej drużyny u mnie na osiedlu, ale też, na szczęście, nie czułeś takiej potrzeby. Najwyżej musielibyśmy się bić albo pertraktować łagodny wymiar kary. Skończyło się dobrze, bo po skonsumowaniu połowy lodówki i kilku podejściach do spania, oddałeś się regeneracji i postanowiłeś powiedzieć rozrywkom basta, bo plany mieliście z Anią bogate.

Hutę pokazałem Ci tylko z pokładu samochodu, ale co miałeś widzieć, widziałeś. Stadion Hutnika, na który wpadałeś za swoją stołeczną drużyną, czy miejsca potyczek na pięści, w drodze na Suche Stawy, z łobuzami krakowskich drużyn. Rzuciliśmy okiem na Wawel, Kazimierz, pokręciliśmy się pod stadionem Cracovii, zobaczyłeś stadion Wisły, obiekty dla kibica futbolu obowiązkowe.

W poniedziałek wieczorem odstawiłem Was na pociąg do Wiednia, z którego to miasta wysłałeś mi taką ilość zdjęć, że można by album wydać. W ten poniedziałek, widzieliśmy się, dalej w to nie mogę uwierzyć, po raz ostatni za żywo. Ale w świecie wirtualnym znowu codziennie meldowaliśmy co się wokoło kręci. Ze dwa razy opowiadałeś mi o akcji malowania stadionu Kolejorza, niestety nieudanej, którą przeprowadzałeś z załogą warszawskich legionistów, zaraz po przylocie na premierę. Z Trasy Pomarańczowej 2019 pisałem relacje, które jako pierwszemu słałem do poczytania, a Ty jeszcze naciskałeś o zdjęcia Morawki i Grudzianki z każdej sztuki.

Potem przyszedł najdziwniejszy chyba rok naszego życia. Pandemik 2020. Wiele spraw zwariowało. I tych najbliższych, jak praca, koncerty, życie codzienne, po te odleglejsze, jak podróże. Z tych powodów i strachu przed kwarantannami i innymi pierdołami, zamiast na wyspie, wakacje spędziliśmy z rodziną bliżej domu, na Węgrzech. Gdybym wiedział, to co wiem, pewnie zaryzykowalibyśmy kolejnym pobytem na Tenerce, ale po co ryzykować, skoro tyle życia jeszcze przed nami… Nie dziś, to jutro. Tak odkładamy wszystko w czasie, jakbyśmy byli nieśmiertelni, a czas tutaj, na tym łez padole nie pędził jak szalony.

Ale nie wszystko odkładaliśmy, bo były też plany sięgające dalej, na kolejne lata. Nasze wesele, na które tak się cieszyłeś i meldowałeś w wiadomości:

„Goomi zastanawiałem się dziś jaki wam prezent ślubny sprawić i wymyśliłem będzie państwo zadowolone”

Potem planowaliśmy pierwszą zimową wizytę na wyspie. Wspominałeś coś o jakiejś wyprawie z Mistrzem w góry. Ja namawiałem Cię na częstsze odwiedziny w Polsce, z uwzględnieniem Krakowa. Albo na spotkanie w Barcelonie, w połowie drogi, albo w Madrycie, który tak wychwalałeś.

Rok się zaczynał kończyć, jak Twój dowód, czy paszport, i pisałeś, zadowolony, że musisz na dniach do Madrytu lecieć po nowy dokument. I poleciałeś. Pustym samolotem do pustego Madrytu.

„Rób zdjęcia, będzie co wspominać” „ Rób grafy Legii” „Kasuj szaliki!” – pisałem Ci, a Ty bombardowałeś mnie zdjęciami Madrytu, dodając: „Zajebiste miasto. Kocham” „Ja w Madrycie jedna krew” – na co wysłałem Ci łapkę, taką jak lubiłeś.

Szesnastego października, jedenaści minut po dwunastej dostałem wiadomość od Mistrza. I wtedy pękło mi serce. I chociaż Ciebie nie ma, tu na ziemi, to dla mnie jesteś. Aż po kres moich dni. Blachu.

10. Tomaszów Mazowiecki – Lodowy Sylwester ze szczepionką. 31.12.20 – 1.01.21

O tym, że robota przy koncercie sylwestrowym będzie, wiedziałem już po sztuce w Krakowie. Bez  żadnych szczegółów, ale też niczego specjalnego się nie spodziewałem, bo i zespół w jakieś kontrowersyjne czy dziwaczne przedsięwzięcia by nie wszedł.  Już samo stwierdzenie: Sylwester z Kultem, czy: Kultowy Sylwester – brzmiało dziwnie i raczej śmiesznie, ale że czasy są jakie są, a jeść trzeba mieć za co, tedy nie było co wybrzydzać i za odpowiednią stawkę nawet w Sylwestra się spiąć. Co ustaliliśmy już, a precyzyjniej zespół, w Krakowie, że wchodzimy w sylwestrowe granie, kończąc Trasę Pomarańczową.

Charakterystyczny sygnał esemaesa – „Zaprawdę powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta”, dopadł moich uszu podczas wigilijnej kolacji, dokładnie w momencie kiedy przeoczyłem ość, ukrytą w połykanej części karpiowego dzwonka i zacząłem charczeć żeby jej nie przemieścić dalej w bezkresie swojego przełyku.

– A tobie co znowu? – zapytała ludzkim głosem Notoryczna Narzeczona, choć było grubo przed północą.

– Chryy, chrryy, chryba osc.

– Jaki gość?

– Osc chrryba pknąłem. Chryy, churwa, chryy.

– Mamusia coś rozumie z tego charczenia?

– Nie znam świńskiego. A fuj! – powiedziała teściowa dokładając sobie kapusty z grochem i patrząc na mnie bez politowania.

– Tata się dusi! Chyba. – zauważył Oezil, mój jedyny pierworodny, bo zaczynałem sinieć.

– Po czym? – zastanowił się stojąc za mną szwagier i bez ostrzeżenia jebnął mnie w plecy z całej pety – Lepiej?

– Taaaaa. – odparłem załzawiony, trzymając w dłoni kulkę jedzenia, w skład której wchodził karp, ziemniak, surówka i spora rybia ość. – Jezusie Nazareński! Mało się nie udławiłem.

– Ale ubezpieczony jesteś? – zapytała Notoryczna i wszyscy spojrzeli na mnie podejrzliwie.

– Od śmierci przez ość to chyba nie. Raczej. Gdzie mój telefon? Chyba es od Wietechy przyszedł.

– Teraz? W wigilię? No bez żartów – westchnęła druga, a licząc Matkę Boską to i trzecia mamusia.

– Pewnie z życzeniami – skłamałem, bo Piotrek jako chrześcijański odszczepieniec by się do życzeń nie zniżył, więc w grę wchodziły tylko robocze historie  i odczytałem wiadomość z ukrycia.

„Sylwester 31.12.20 – 1.01.21 potwierdzam. Zbiórka w Tomaszowie Mazowieckim do godziny 11.00. Skontaktuj się jutro z numerem XXX XXX XXX i ustal trening łyżwiarski. PeWu.”

Wigilijna wieczerza zbliżała się leniwie ku końcowi, a we mnie testosteron zaczął buzować jak nigdy w tym miesiącu. Szykowało się coś wielkiego i ja to czułem całym sobą.

Spać za bardzo nie mogłem, raz, z powodu zwierzyny którą mam w domu, bo liczyłem na to, że kocica i ryby przemówią w końcu ludzkim głosem, a dwa chciałem szybko uzyskać pełniejszą informację odnośnie koncertu sylwestrowego. Po drugiej w nocy odpuściłem zwierzakom, które jak  co roku ani me, ani be z siebie nie wydobyły i padłem, żeby zaraz po siódmej wstać i wykonać telefon. Tak jak myślałem, nikt tak wcześnie w pierwszy dzień Świąt Bożego narodzenia nie wstaje, bez względu czy wierzy, czy udaje, czy jest po apostazji, więc po dziesięciu sygnałach usłyszałem tylko: „ Tu poczta Karolaoli, Jungmenedżera Tefałenu. Zostaw wiadomość. Oddzwonię”. No to się nagrałem: „Z tej strony Tomasz Goomi Gomółka – Kult Ochrona, proszę o kontakt w sprawie Sylwestra”

Po czternastej telefon zagrał Leonardem Cohenem, więc lekko podniecony odebrałem:

– Hallo! Tu Tomasz Gomółka, Kult Ochrona.

– Siemanejro. KarolOla mówi. Jutro o dziewiątej widzę cię na lodowisku pod Parkiem Wodnym. Damy radę?

– Jeśli trzeba to damy. Ale dlaczego na lodowisku?

– Bo jutro robimy sobie przypomnienia z jazdy na łyżwach. „Lodowy Sylwester ze szczepionką” nas czeka! Reszta jutro. Ubierz się luźno. Pa! – głos, raczej męski, szybko zakończył, a ja zacząłem składać pierwsze informacje do kupy.

Wiedziałem już, że koncert będzie na żywca nadawany w TVN, i że ma być największym koncertem tegorocznego przełomu roków. I że ma odbyć się na lodowisku w Tomaszowie Mazowieckim, oraz że poza Kultem mają być jacyś goście. Miałem nadzieję dowiedzieć się wszystkiego na lodowisku, więc wstałem wcześnie, żeby poszukać odpowiedniego stroju i rozgrzać już w chałupie skostniałe muskuły, ze szczególnym uwzględnieniem tych od nóg, bo ostatni raz na lodowisku byłem w roku dziewięćdziesiątym trzecim, kiedy zaliczyłem na ocenę dobrą łyżwiarstwo ogólne na krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Łącznie z regułami lodowych sportów.

Ponieważ na lodowisko daleko nie miałem, wybiegłem z domu na kwadrans przed za pięć dziewiąta, żeby być kilka minut przed czasem. Do budko-przebieralni wpadłem zdyszany i z lekkimi zawrotami głowy, ale to chyba przez to, że biegłem w maseczce, no i smog miał wszystkie normy poprzekraczane o ponad tysiąc dziewięćset procent. W rogu pomieszczenia, tyłem do wejścia stała jedna osoba, raczej dziewczyna, o czym świadczyła sukieneczka mini, białe legginsy na masywnych nogach i amethystowe łyżwy do jazdy figurowej. A ponieważ szukałem raczej chłopaka, którego jeszcze raczej nie było, postanowiłem sobie zajarać na polu. Kiedy łapałem za klamkę, dobiegł mnie zdecydowanie męski głos:

– Pan Gómi?

Obróciłem się możliwie najdynamiczniej jak potrafiłem i okazało się, że w dziewczęcym przebraniu jest jednak młody chłopak, o czym stanowił kilku dniowy zarost na twarzy.

– Taaa. Karol?

– KarolOla. Niebinarnyna. Miło mi. Chodź po łyżwy.

– Yyybyynyy. Aha. Po łyżwy. – odparłem zmieszany lekko, bo niebinarniaka widziałem na żywca po raz pierwszy w życiu.

– Zdziwiony jakiś pan jest.

– Mów mi Gómi. No ta sukienka średnio z brodą koreluje. – odpowiedziałem jakbym nie był prostym chłopakiem z Huty tylko absolwentem psychologii z Woli w mieście Warszawa.

– Sukienka? A nie. To koszulka, znowu nie włożyłemłam jej do dresów.

– No i łyżwy takie nie chłopięce.

– A to przez rozmiar, stopę mam małą i tak wyszło. Ze mną wszystko spoko, poza kłopotem z rozpoznaniem płci. Serio.

– Spoko, spoko – odparłem – Ale co my tu robimy?

– Próbujemy stać na łyżwach. To wymóg reżysera. Część publiczności będzie oglądać koncert z lodowiska, a że wasz zespół ma ochronę, to i wy musicie mieć łyżwy. Dzisiaj każdy z was ma próby, żeby jaj nie było. Dawaj popróbujemy, musze ci wystawić zaświadczenie.

I ćwiczyliśmy. W moim rozmiarze były tylko panczeny, wiec kulawiłem z lekka, ale utrzymać się bez spektakularnych wywrotek udawało i zostałem zaakceptowany. W Tomaszowie miało być lepiej pod względem sprzętowym i nadzieja na udana robotę rosła wprost proporcjonalnie do zadania. Po wszystkim zapytałem kolegiżanki, czy zna już skład koncertu.

– Oczywiście. Jeszcze dziś wieczorem ruszamy z wielką promocją. Z dużych graczy będzie Kult, Krzysztof Krawczyk i Shakin Stevens i podróbka Hose Karerasa.

Zamurowało mnie, bo takiej obsady nie spodziewał bym się nawet we śnie.

– Szejkin, serio? Ten Szejkin?

– Serio, serio.

– Ale jak on dotrze? Pandemia, loty zawieszone, nie ma jak przylecieć.

– Mamy swoje sposoby. Wysyłamy po niego Batorego!

– Tego rycerza?

– Nie. Statek. Ma od dwóch lat zamontowany napęd atomowy, to obróci raz i dwa i Szejkina przywieziemy.

– Nie żartuj. To mój pierwszy idol. Potem to już tylko Kazik. No a Krawczyk to jeszcze da radę wystąpić? Ostatnio jak przy jego sztuce pracowałem, dwa lata temu, to już ledwo dawał radę.

– Kontrakt podpisany, to chyba da. A zresztą on i tak leci z pełnego plejbeku, więc wystarczy, żeby wysiedział przed mikrofonem. Aha. I nie kupuj biletu, w Sylwestra rano polecisz do Łodzi samolotem. Na koszt firmy!

Test łyżwiarski zdałem pomyślnie, ale ponieważ jeszcze trochę czasu było, wykupiłem sobie na koszt telewizji jeszcze cztery godziny jazdy, żeby doszlifować umiejętności, i po wszystkim wyglądało to już naprawdę nieźle, bo nawet nauczyłem się skręcać – choć tylko w lewo, hamować i rozwijać jaką taką prędkość.

Te kilka dni, które ciągnęły się jak guma w majtkach, zeszły mi na pracy w pracy i wymianie doświadczeń ze szkoleń, które odbywali koledzy. Najpoważniejszą fuchę złapał Esu, który poza umiejętnością jako takiego poruszania się na łyżwach, potrafił jeździć rolbą – taką maszyną do równania lodu, i z tej okazji jemu przypadło transportowanie zespołu Kult na scenę, tą właśnie maszyną, do której przymocowane miały być specjalne rockendrolowe sanie, którymi grupa miała wjechać na występ. Kozi donosił z Warszawy, że nauka idzie ciężko, że jest za ślisko, za zimno, a Wafel, który pierwszą lekcję przypłacił rozciętą brodą, obiecał, że on im kurwa wszystkim jeszcze pokaże i że nie wybaczy tego upokorzenia, jakim było według niego jeżdżenie na łyżwach i wspólny koncert z Krawczykiem, do którego czuł wyjątkową, nie wiedzieć czemu, niechęć. I tylko Guma był przeszczęśliwy, bo w dzieciństwie uprawiał wszystkie możliwe rodzaje łyżwiarstwa. Był w dzieciństwie panczenistom, łyżwiarzem figurkowym i pewnie byłby też hokeistom, ale sekcja łyżwiarska „Syrenka Podwójnego Rittbergera”, ulokowana w Pałacu Kultury i Nauki, sekcji takiej nie posiadała. Ale nic to. Umiejętności nabyte za szkraba owocowały w życiu zawodowym spektakularnymi sukcesami, jak chociażby słynna pogoń za złodziejami z Sopotu, którzy zawinęli Jezuska Bursztynowego z szopki z Arcykatedry Oliwskiej, kiedy to kradzieje, wykorzystując zamarznięty Bałtyk, pieszo uciekali do Szwecji. Grześ był akurat na szkoleniu w Słupsku i kiedy tylko zobaczył w telewizyjnej Panoramie co się odjaniepawliło, zgłosił się do najbliższego komisariatu, żeby służyć swoimi umiejętnościami. I złapał ich w odległości stu trzydziestu mil morskich w linii prostej od Westerplatte. Albo jak ratował tonące karpie, w zalewie Zegrzyńskim, do którego wpuszczano wodę z oczyszczalni Przyczajka. Byłem najdumniejszym ochroniarzem Kultu na świecie, że mam takich mistrzów obok siebie, jak Guma i Esu. Lody świata nie mogły być nam straszne!

Dzień przed Sylwestrem, kiedy wracałem umęczony po pracy dostałem esemesa:

„A jakbyś lotnią poleciał z Łodzi do Tomaszowa? Da radę? KarolOla”.

„Ale, że co jak kurwa lotnią?” – odpisałem, bo lotnię uważałem za słaby środek lokomocji, od kiedy mój kuzyn mało się na takim sprzęcie nie zabił. „To nasza odpowiedź na lot Golców balonem z Zakopanego do Ostródy. Zgódź się, plizz. Polecisz z Ireneuszem Wereńskim i sobowtórem Shakina. Płacimy ekstra”.

„ Ale ubezpieczenie na życie na wypadek katastrof lotniarskich musi być.”

„Załatwimy”

„Niech stracę”

„ Jutro o szóstej bądź na Balicach. Polecisz międzymiastowym Rzeszów-Kraków-Katowice-Łódź. Do zoo w Tomaszowie!”

Takich jaj to się nie spodziewałem. Ale raz kobyle śmierć – pomyślałem i byłem gotowy na wszystko.

Na lotnisko podrzuciła mnie Notoryczna, całkiem niespodziewania, bo mało kiedy, albo wcale mnie nie podwoziła na kultową robotę.

– I pamiętaj! Uczesz się! Wciągaj brzuch! Nie rób tych swoich min! Zachowuj się! Patrz w kamerę! Nie przeklinaj! Ludzie umieją czytać z ust! Aha. I do ubezpieczenia podaj moje konto. Masz tu kartkę z numerem.

– Ale po co?

– Po co? Ty się mnie pytasz po co? A jak ta lotnia się rozwali? Czy ty w końcu zaczniesz myśleć o przyszłości. O nas?

– No dobra, dobra. Zrobię jak chcesz. I jeszcze na złość tobie przeżyję! Zobaczysz! – obiecałem jej, sobie i synkowi.

Na lotniskowym terminalu numer jeden stał człowiek z tabliczką: „Lot do Tomaszowa”, więc udałem się w jego kierunku i po pokazaniu dowodu osobistego dostałem krótką informację:

– Pan siądzie i pan czeka.

Po kwadransie doszlusował Cytrynowy, który łyżwy trenował gdzieś pod Kielcami, bo tam miał robotę w święta i po świętach, i ze trzy kompletnie nieznane mi osoby. Dwadzieścia pięć po szóstej staliśmy już na płycie lotniska, a nasz samolot, jeśli starego AN-2 można nazwać samolotem, właśnie lądował. Jak się zatrzymał, ruszyliśmy zając miejsca. Na drzwiach wisiała jeszcze kartka: „Loty międzymiastowe osobowe. Przemyśl – Kijów – Charków – Kiszyniów”, z czego wywnioskowałem, że maszyna został wyczarterowana gdzieś na wschodzie.

W Pychowicach byliśmy po niecałej godzinie. Dołączyły kolejne dwie osoby i Bartek, który najpierw miał opory przed wsiadaniem, ale kiedy pilot pokazał mu litrową butelkę Smirnoffa, bełkocząc: „Nie bojsia, u mienia toże strach jest”, Bartka lęk został przełamany. Z Katowic do Łodzi zeszło ponad półtorej godziny, bo trochę błądziliśmy, a raz nawet silniki stanęły, kiedy pilot usnął. Ale skończyło się szczęśliwie i blado-zieloni opuściliśmy pokład maszyny. Ekipę zapakowano do dwóch Żuków, bo jak nam wytłumaczono, z powodu akcji z paralotnią trzeba było dramatycznie ciąć koszty. Mnie zabrano do poczekalni lotniska, gdzie czekał na mnie Jeżyk i zupełnie niepodobny do oryginału sobowtór Szejkiego. Mało tego, że był niepodobny do oryginału, to jeszcze sprawiał wrażenie napitego w sztok, co powodowało niemałe zamieszanie. Ale postanowiono, że do kamery przemówi Jeżyk, ja stanę jako jego ochroniarz, z boku, a podróbę przywiążemy pasami do jednego z czterech miejsc paralotni, z ręką uniesioną do góry, że niby Szejkin pozdrawia telewidzów stacji.

Po krótkim wywiadzie, podpisaliśmy kwity ubezpieczeniowe, założyliśmy ciepłe kurtki, hełmofony i zajęliśmy miejsca w lotni, obok sobowtóra, który akurat się zbudził i zaczął drzeć japę, że on to ma w dupie i wysiada. Ale jak wysiąść, kiedy jest się skutym pasami? Sobek zaczął się szarpać i nawet dobrze, bo wyglądało to jakby sam Szejkin szczęśliwy machał do kamery. Kiedy lotnia oderwała się od ziemi, spojrzałam na Jeżynę, który sprawiał, tak jak i ja, wrażenie mocno zestresowanego. Złapałem go za rękę, zamknąłem oczy i zacząłem się modlić o spokojną śmierć. Niepotrzebnie, bo dolecieliśmy do Tomaszowa sprawnie i szybko. Lądowanie mieliśmy na Międzygalaktycznym Lotnisku im. Adama Grabowskiego, które nie powalało infrastrukturą, raptem jeden pas z kostki brukowej i dwa pasy trawiaste, ale za to nazwą to jak najbardziej, podobno  była przyszłościowa. Sobowtóra odniesiono do kontenera, który robił za poczekalnię, bo nie można go było dobudzić, a nas przewieziono na lodową Arenę, miejsce koncertu. Kiedy dojechaliśmy rozpoczynała się próba Kultu, próba rolby i rozjeżdżanie ekipy ochroniarskiej grupy na K. Wszystko funkcjonowało więc jak w zegarku. Zespół się próbował, Esu wywijał rolbą do której podpięto sanie, a my, czyli: Wafel, Daro, Kozi, Cytryn, pan Pancerny i ja, próbowaliśmy utrzymywać się na lodzie. I szło nam to całkiem nieźle. A wszystko dzięki wskazówkom Gumy, który w pięknie skrojonym smokingu łyżwiarza figurowego, z wszytym napisem Kult Ochrona, wyczyniał takie cuda, że pewnie oglądający to Grzegorz Filipowski, nasz najsłynniejszy łyżwiarz figurowy, z zazdrości nabawił się Covida.

W okolicach godziny szesnastej zameldowaliśmy się w ośmiogwiazdkowym, jedynym w Europie, hotelu „Pałac Królowej Lodu Bambino”. Było tam wszystko: pokoje – jedynie apartamenty, basen, mini lodowisko, Manufaktura Lodów na Patyku, zamiast klatki schodowej – tor bobslejowy z wyciągiem krzesełkowym, skocznia narciarska dla dzieci: Mini Mamut im. Adama Małysza, piwniczny tor narciarstwa biegowego „Justysia”, restauracje : „Eskimoska” – dla mięsiarzy, oraz „Pod patroszonym Niedźwiedziem Polarnym” dla wegan. Apartamenty były pełne kostkarek do lodu, a w wielkich lodówkach mroziła się wódka „Lodowa” – sponsora imprezy. Obok prysznica był przerębel, a woda w kiblu była lekko skuta lodem, przez który przebijał się każdy stolec. Jak widzicie, byliśmy w zimowej odmianie raju.  

Esemesem dostałem info od naszego menadżmentu, że na kanale zero mam rozpiskę imprezy, że jedziemy o dwudziestej pierwszej siedem, i najważniejsze, że zostałem wskazany z Waflem do telewizyjnego szczepienia gwiazd, wśród których znaleźli się Krzycho Krawczyk i Shakin Stevens, obydwoje oczywiście z powodu wieku. Ja i Bartek mieliśmy pilnować gwiazd, żeby się nie rozmyśliły, a jeśli by im coś się w mózgach poprzestawiało, mieliśmy je przytrzymać. Moja radość była przeogromna. Jak to mówią w metalowym: pierwsza miłość nie rdzewieje, i w stosunku do Shakina i mnie było to stwierdzenie bezbłędne. Liczyłem na zdjęcie, autograf i błogosławieństwo. Plan był taki:

19.00 szczepienie Gwiazd – Live w TVN 24, TVN i na kanale internetowym: „W żyłę”. Zbiórka dla osób uczestniczących 18.45   

20.28 start koncertu. Prowadząca Monika „Wolne Media” Olejnik.

20.32 – 21.03 Joko Ono Baba Fest – disco – folklor z Murzasichla

21.07 – 21.52 zwycięzca „Mam Talent” Janek Szczepiona „Trio na dwa tłoki”

22.10 – 22.30 pierwsze wejście Shakin Stevens

22.45 – 23.40 Kult – koncert wraz z wjazdem rolbą

23.50 – 23.58 Krzysztof Krawczyk – pierwsze wejście

23.59 – 00.03 odliczanie i życzenia

00.05 – 00.12 Hose Karjeras feat. Syntetic vel Człowiek Widmo – aria Noworoczna.

00.15 – 00.30 Krzysztof Krawczyk – drugie wejście

00.37 – 01.12 Shakin Stevens – drugie wejście

01.17 – 01.55 Lej Mi Pół – Show „Krążkiem po jajach” – cenzurowane

01.57 – Hymn Unii Europejskiej po Niemiecku i zakończenie.

Wyglądało to wszystko wspaniale, a prawdziwą „pchełką na mosznie” byli dla mnie chłopcy z grupy Lej mi pół, których dobrano wręcz idealnie, żeby przepędzić publiczność po północy. Nadawali się do tego znakomicie. Kupa którą grali, była nie do strawienia dla ludzi nie głuchych. Podobno nawet miało ich nie być na wizji, bo wtedy planowano wielki blok reklamowy. O Synteticu nawet nie wspomnę, żeby z wielbicielami opery nie przepychać się o to, kto jest większym talentem – Widmo czy Karjeras, którego kompletnie nie znałem.

Z podjary nie mogłem się uspokoić, więc wyszedłem się poszwędać po hotelu. Ze względów bezpieczeństwa wszyscy mieli jedynki i przykazane zostało nie spotykanie się przed koncertem. Mnie jednak nosiło i kiedy zobaczyłem, że jedne z drzwi są uchylone, postanowiłem zerknąć kto za nimi jest. Trafiłem na Wafla, który nerwowo potrząsał jakąś buteleczką i na mój widok syknął tylko:

– Górnik, kurwa twoja mać! Chcesz żebym zawału dostał?

– Nigdy! Nie mogę się doczekać szczepienia i spotkania z Szejkinem. A ty co robisz?

– Ja? A nic. Szczepionek pilnuję. Taka fucha. Tylko morda mi o tym. Tajemnica. Kumasz?

– Się wie. Nic nie widziałem. Do zobaczenia na sczepieniu.  

Na za kwadrans przed dziewiętnastą byłem przed aulą hotelową „ Polarne koło Janka Meli”, nazwaną tak od imienia mojego przyjaciela, który zdobył koło polarne na luziku, a teraz przerobioną na punkt szczepień. Chciałem jak najszybciej otrzeć się o Szejkina, mojego idola z czasów dzieciństwa, a nawet wczesnej młodości. Zbliżała się godzina „SZ”, a małego Walijczyka nie było. Za to o mnie otarł się wózek na którym dostarczono Krisa Krawczyka. Ukłoniłem się nawet, zaraz po tym jak wózek przejechał mi po stopie, ale Krzysztof się nie odkłonił, bo jakby drzemał. Kiedy stanął obok zaimprowizowanego gabinetu lekarskiego, dostałem sygnał, żeby stanąć, razem z Waflem, obok stolika ze strzykawkami i ampułkami ze szczepionką, które leżały sobie w lodowej otulinie, niczym Szapańskoje Igrskoje na sylwestrowym stole w latach osiemdziesiątych. I o równej dziewiętnastej zaczęło się szoł. Błysnęły flesze, kamery zaszumiały cichutko i pielęgniarka postury Pudzianowskiego podniosła jedną ręką Krawczyka z wózka i unosząc go kilka centymetrów nad ziemią, przetransportowała go na fotel dla pacjentów. Imprezę prowadził król Tefałenu – Kuba Wojewódzki, przebrany za strzykawkę. Chyba był już podlany przedsylwestrowo, bo opowiadał jakieś kocopoły i wszyscy byli lekko zażenowani.

– Tylko u nas! Pierwsze wstrzepienie Krzysztofa! Precz z pandemią. Po raz pierwszy w telewizji, na żywo, przed państwem gotowy na przyjęcie zastrzyku: Krzyyyyyyyyyyyyyyyyyysztof Krawczyyyyyyyyyyyyyyyyyyk! – pociągnął jakby zapowiadał walkę bokserską.

Pielęgniarka posadziła Krzysztofa, który ani drgnął i dalej wyglądał jakby spał, albo co gorsza nie żył. Ale chyba światła go raziły bo jedno oko otworzył i łypał na wszystko zrezygnowany. Lekko drgnął dopiero w momencie, kiedy z półmroku wylazł chłop, który jak żyw przypominał doktora Wilczura z takiego starego polskiego filmu. Tylko był pół raza większy od oryginału i wglądał przez to bardzo groźnie. Takiemu to nikt nie ulegnie, pomyślałem a za mną usłyszałem ciche:

– O kurwa, sorry.

Po czym ktoś wpadł na stolik. Ktoś! To była sama Krystyna Janda, która liczyła, że i dla niej coś zostanie i się zaszczepi. Stolik zadrżał, lodowy puchar ze szczepionkami się przewrócił, ale szybko połapał go Wafel, który notabene, razem z Jandą w niego wpadł, i wykonując jakieś dziwne ruchy postawił wszystko do pionu. W telewizji tego nie widzieliście, bo realizator przytomnie czuwał nad przekazem, ale ja czułem, że coś śmierdzi. I nie była to broda Wilczura, którego wystylizowano perfekcyjnie, żeby wyglądał i woniał jak człowiek z lasu. Spojrzałem na Wafla, ale ten unikał mojego wzroku. Pudzianowska podeszła do stolika, zapakowała pierwszą szczepionkę do strzykawy, po czym podała serum lekarzowi. Ten wyćwiczonym ruchem, przed kamerą numer dwa, spojrzał na koniec igły, strzelił dwoma kroplami, a pielęgniarka w tym czasie odsłoniła ramię artysty, który cos przeczuwał, bo zaczęła mu lewa noga chodzić. Po minucie, przeciągniętej do nieskończoności było po wszystkim. Szczepionego lekko wyszpanowało, czyli uniosło, w odcinku lędźwiowym, głowa odskoczyła mu do tyłu, po czym opadła na klatkę piersiową.

– A teraz zapraszamy na blok reklamowy. – wyszeptał blady Wojewódzki i zemdlał, bo pewnie wyobraził sobie, jak większość z nas, że dokonaliśmy morderstwa.

Reszta zastygła w bezruchu. Nawet żona artysty stała jak wryta, bo zapewniano ją od tygodnia, że wszystko będzie dobrze. Zimnej krwi, na szczęście, nie zabrakło pielęgniarce. Podeszła do szczepionego, uniosła mu głowę i odpaliła takiego plaskacza w lewy policzek, że aż nas zmroziło. I wtedy nastąpił wielki zwrot akcji.

– Ała! – krzyknął Krzysztof, po czym otworzył oczy tak szeroko jak nigdy dotąd i stanął mocno na nogach. – A co tutaj się dzieje?

– Krzysztof! Ty żyjesz! Kochany. – powiedziała przez łzy małżonka i rzuciła się mężowi na szyję, moim zdaniem, dosyć ryzykownie, biorąc pod uwagę jego stan przed szczepieniem.

– A co mam nie żyć? Czuję się doskonale. Ba! Dawno się tak nie czułem! Napijmy się!

Salę zalała burza oklasków, pielęgniarka zbierała gratulacje, Wilczur dłubał w nosie, bo nic nie kumał skoro nie miał tego w scenariuszu, a był tylko sztucznym Wilczurem, jednak ze sprawnością medyka, zdobytą na obozie harcerskim za późnego Gomółki. A Wojewódzkiego stawiano na nogi, bo jako człowiek – strzykawka miał problemy zrobić to samodzielnie. Zaskoczona dawno nie widzianym stanem fizycznym Krzysztofa ekipa, wraz z muzykiem i małżonką, wyszła z sali.     

  – Wchodzimy za półtorej minuty! Dawać Stevensa! Gotowość! – nad wszystkim czuwał gospodarz programu, który już czuł, że dzieje się coś wielkiego. Coś jak lądowanie pierwszego człowieka na księżycu.

– Pięć, cztery, trzy… Wchodzimy!

– Wracamy do państwa po bloku reklamowym. Co to jest za dzień. Szkoda, że państwo tego nie widzieli jak na szczepionkę zareagował cesarz polskiej muzyki, jedyny, nieśmiertelny Krzyyyyyyyyyysztof Krawczyyyyyyyyyyk. A teraz zaszczepimy naszego gościa Shakina Segala! – palnął wyrzucając ręce i tłok do góry i stał tak chwilę w kompletnej ciszy.

– Stiwensa. Szejkina Stiwensa! – zakrzyknąłem, a wszystkie kamery skierowały się na mnie.

Stałem tak przez dłuższą chwilę, kiedy poczułem przyjacielskie klepnięcie w okolice nerki i usłyszałem radosne:

– Cenkju maj frend!

Spojrzałem w bok i zdębiałem zaskoczony niczym skoczek Żyła, kiedy kończy mu się najazd na próg. Mówił do mnie ON. Mój król rockendrolla z końca lat osiemdziesiątych.

– Maj majster. – powiedziałem oszołomiony, choć oczywiście chodziło mi o master, tylko że język mi się plątał i bełkotałem byle co, byle nie po Polsku – Plis giw mi maj pensil. Ju gołing tam der. Wilkomen gracias amigo. Plis plis.

Mały Walijczyk tylko się uśmiechnął, pogłaskał mnie serdecznie po przedramieniu i żwawo ruszył się zaszczepić. I wtedy przypomniałem sobie, co stało się po szczepieniu Krawczyka. Wafel musiał podmienić fiolki. To dlatego zachowywał się tak dziwnie w pokoju, to dlatego wywrócił szczepionki i najprawdopodobniej je zamienił na coś, co trzymał w pokoju. Dopadłem go zanim zdołał zrobić cokolwiek, złapałem za grdykę i patrząc głęboko w oczy wysyczałem:

– Widziałem co stało się z Krawczykiem. Spróbuj coś zrobić Szejkinowi, a obiecuję ci, że nie wybaczę i zemszczę się.

– Górnik. Spokojnie. Ja już swoje zrobiłem. Pobudziłem Krzyśka dla zabawy. I z zemsty. Zemsty na TVN za rozbitą brodę i zemsty na Krawczyku, który jak był w Stanach, uwiódł moją matkę i potem porzucił. Spójrz na mnie! No! No kurwa i kogo ci przypominam leszczu?

– Bo ja wiem? Parostatek? – zgadywałem dość szybko, bo komórka wibrowała mi w kieszeni spodni i drażniła jądra, co nie było zbyt miłe.

– Ty debilu. Krawczyk to mój ojciec, nie widzisz podobieństwa?

Szczerze? Nie było najmniejszego podobieństwa zewnętrznego i założę się o każde pieniądze, że jakby kody genetyczne porównać, to też  by się Wafel zdziwił. Ale nie miałem czasu na dyskusję, ból był zbyt duży. Mój ból. Wygrzebałem telefon i zobaczyłem kilka nieodebranych rozmów z nieznanego mi numeru i kilkanaście wiadomości na różnych platformach komunikacyjnych, że widziano mnie w telewizorze, że fajnie wypadłem, że Shakin o mnie wspominał w wywiadzie po szczepieniu. Oraz ta jedna, najważniejsza, od Notorycznej Narzeczonej: „Weź się uczesz i nie próbuj mówić po angielsku bo robisz z siebie debila. Wciągaj brzuch!”

Zanim to wszystko połapałem, było już po wszystkim. Ekipa się zbierała, Wilczur próbował odkleić sztuczną brodę, Król szklanego ekranu kończył dopijać drugą szklankę Lodowej, pochlipując z powodu skandalu z pomyleniem nazwisk, a Wafel pociągnął mnie za sobą. W pokoju wyjaśnił mi, że podmiana szczepionki była konieczna, i że dzięki niej jego potencjalny ojciec zrobi dziś szoł jakiego od lat nie zrobił. Kiedy zapytałem co mu wstrzyknięto, dostałem w odpowiedzi taki zestaw chemikaliów, syropów i witamin, że ło Matko Boska Maetaamfetaminowsko-Tusipekowsko-Witaminowska. Wyglądało na to, że Turbo Krawczyk rozbije dziś bank. Zadzwoniłem do domu, żeby Notoryczna to nagrywała, bo chciałem wszystko przeanalizować na spokojnie. Kiedy opuszczałem pokój Wafla, minąłem się przed drzwiami z kimś bardzo przypominającym aktorkę Jandę, którą już wcześniej widziałem. Kiedy wsiadałem na wyciąg, żeby pojechać na swoje piętro, Krystyna wchodziła do Wafla.

Wyjazd na Arenę szefostwo przesunęło na godzinę trzydzieści minut po dwudziestej pierwszej, bo Kazik chciał zobaczyć Stevensa w akcji. Byliśmy prawie w komplecie, bo Esu został na miejscu, żeby jakieś ustawienia w rolbie poprawić. Wszyscy byli w fajnych nastrojach, bo raz – odwołano badanie alkomatem, a dwa zmrożona Lodowa smakowana z umiarem potrafiła poprawić samopoczucie i dodać odwagi przed telewizyjnym występem. Zespół usiadł z przodu autobusu i omawiał ostateczny kształt setlisty, a ochrona siedząca z tyłu wymieniała uwagi dotyczące łyżew, w które nas wyposażono.  Dotarliśmy przed czasem, więc jeszcze rzuciliśmy okiem na szoł Jana Szczepiony, odkrycia stacji.

– Idę pod scenę. Zaraz Szejkin – zameldowałem grupie i ruszyłem.

– Poczekaj. Idę z tobą. Muszę rozgrzać saksofon. – powiedział Mario Godzina i poszliśmy razem, patrząc jednocześnie jak radzi sobie z prowadzeniem imprezy, znana z jedynych wolnych mediów w Polsce – Monika Olejnik, przebrana, nie wiedzieć czemu za stokrotkę, ale było jej w tym nawet ładnie.

Kiedy stanęliśmy z boku sceny, Szejkin już leciał z pół plejbeku „Lipstick Powder and Paint”. Nogi zaczęły mi chodzić same, jak przed laty, kiedy z plakatu idola uczyłem się tańczyć rockendrolla. Teraz mogłem go naśladować, czerpiąc na żywo i próbując powtarzać ruchy mistrza, który jak zawsze, był w białych butach. Potem poszły kolejne przeboje, których większość znałem na pamięć z płyt Greates Hits vol.1. Tak z płyt. Bo jedną kupiłem pod koniec lat osiemdziesiątych w Krakowie, a drugą, z lekką korektą utworów, bo wydaną na rynek hiszpański, dokupiłem latem dwa tysiące dziewiętnastego roku na Teneryfie.

Zabawa zabawą, ale występ Kultu zbliżał się wielkimi krokami, zespół stał już obok sceny i czekał na sygnał, kiedy wsiąść do sań, Bartek grzał rolbę, a nasza ochrona zakładała łyżwy. Założyłem i ja, kiedy ze sceny poleciało „Cry Just a Little Bit”. Włosy stanęły mi na przedramionach, oczy zaszły łzawą mgiełką, bo był to jeden z pierwszych utworów, po wysłuchaniu którego oddałem serduszko Szejkinowi. Odurzony muzyką wylazłem na kraj sceny i wtedy ON mnie zauważył, po czym podszedł tanecznym krokiem, podał mi rękę i wciągnął mnie na scenę. Na ten widok w sektorze Kult Turystów zapanowała prawdziwa euforia. Jedni klaskali, drudzy machali zawieszonymi na hokejowych kijach flagami Kult Turystycznymi, a jeszcze inni zalewali się łzami nie mogąc powstrzymać śmiechu, obserwując mój taniec na scenie. A ja przecież miałem na nogach łyżwy! Więc chwiałem się jak łodyga na wietrze, próbując utrzymać równowagę, co nadało moim ruchom magicznego realizmu, i udowodniło, że rock end rolla mam we krwi od zawsze. Koledzy z Kultu trzęśli się ze śmiechu na moje wygibasy, Wojtek wszystko nagrywał, a Wietecha pukał w zegarek, pokazując mi, że na nas czas. Zacząłem więc stańcowywać się ku zejściu ze sceny, w momencie kiedy leciało już „Oh Julie”, Shakin do mnie machał ciągle tańcząc i pokazywał publice, żeby mi podziękowała owacjami. Tak też się stało i dostałem nawet kawałkiem lodu w łeb, pewnie z zazdrości.

– Panowie do sań! Ruszamy! Ochrona! Jeździmy z boku sań, z groźnymi minami. Panie Guma, pan poprawi kamerkę na kasku, będziemy robić przebitki. Gotowi? Panie Esu! Ruszaj pan! – prowadzący nas reżyser wypuścił Kultową maszynę, zaraz po ostatnich dźwiękach występu Szejkina. – Gazu! Gazu panie Esu! Dynamicznie!

Objechaliśmy scenę z lewa na prawo, torem dla panczenistów, pośrodku wiwatującego tłumu. Największy rumor robili nasi, Kult Turyści, którzy na swoje legitymacje członkowskie mieli prawo pierwokupu biletów na Sylwestra z TVN. I wypełnili potężny sektor, wraz z przysługującą im częścią lodu, szczelnie. Kiedy przejeżdżaliśmy obok nich czuliśmy prawdziwą dumę, a Kozi nawet podjechał na małą banię, bo już go suszyło, czego nie przegapił realizator i toast poszedł w świat. Po chwili byliśmy z prawej strony sceny, zespół wyskoczył zgrabnie, a my, ochroniarze rozjechaliśmy się na przedsceniu, ślizgając się dość dynamicznie. I poleciało! Same przeboje, z których wymienię tylko „Barana”, „ Dzieci na wakcjach”, „Arachię”, „Prosto”, „Leve low” i „Polskę” – przy której Hala Lodowa eksplodowała i publika musiała dośpiewać końcówkę, bo lekko przeciągnęliśmy występ i odcięto nam prąd. Z ochroniarskiej strony nie mieliśmy zbyt wiele roboty, więc Cytryn z Pancernym próbowali kręcić axle i fokstroty, ku uciesze telewidzów i publiczności zgromadzonej na miejscu, bo ich próby w zdecydowanej większości były nieudane i kończyły się spektakularnymi upadkami, co powodowało euforię w ich sektorze. Kozi z Waflem i Esem robili show rozdając publice bodiczki, Guma z Darkiem, ustawieni na skraju sceny, na wszelki wypadek wszystko kontrolowali, a ja oglądałem z ukrycia koncert Świetlickiego z Warszawy, bo Marcin z pożyczonej komórki puszczał mi liva z tajemniczej sztuki, która miała miejsce w stolicy.  Za dużo nie widziałem bo koncert był w piwnicy i było ciemno, a połączenie się notorycznie wieszało.

Przyczajenie Gumy było uzasadnione. To on wypatrzył jak jeden z widzów wyrwał siedemdziesięcioletniej fance flagę Szejkina, napluł na nią i markerem w miejsce słowa Love pod twarzą artysty, napisał CHUJ. Na takie zachowania w koncercie transmitowanym nie mogło być naszej zgody.

– Patrz tam! – podjechał do mnie energicznie i wybił mnie z próby dostrzeżenia Świetlickiego z koncertu w piwnicy warszawskiej. – Chuligan! Interweniujemy!

– Ja cież nie pierd pierd dolę. Łapmy go! – zasyczałem wkurzony, bo koleś przekroczył jakiekolwiek bariery kultury osobistej i pachniało skandalem międzynarodowym na cały Tomaszów.

Wystartowałem pierwszy, ale ponieważ trzeba było za łobuzem skręcić w prawo, a ja umiałem tylko w lewo, to na pierwszej przeszkodzie, a była to wielka kamera stacjonarna, wpadłem na nią z impetem. A że sygnał z niej szedł na świat, wszyscy zobaczyli jak moja morda rozbija się o obiektyw kamery. Po zderzeniu traciłem przytomność, ale upadając kontem oka widziałem pędzącego Grzesia, który mknąc przez sektor Kult Turystów, wyrwał komuś, chyba Szporniakowi, kij hokejowy z flagą Kult Turyści Tomaszów – miłość aż po lód, z którym pędził i pędził, a jak zrównał się ze złodziejem, zrobił axla, tulupa podwójnego i przy ritbergerze, tak zajebał uciekinierowi z backendu, że aż kij się złamał. Chłopa pozwijało w embrion, i toczył się jak ten kamienny czajnik w tej takiej dyscyplinie co nie pamiętałem jak się nazywa, chociaż był to przecież carling, na co Guma wyprzedził embriono-czajnik i miotełką, którą nie wiem skąd skombinował, grzał lód do czerwoności, aż łobuz dojechał na koniec sali i został wypluty na takie lodowe gnojowisko, czyli inaczej na lodowe pozostałości. Teraz wystarczyło tylko Grzeniowi wrócić w glorii pod scenę i spijać śmietankę z sukcesu.

Po ostatniej piosence, czyli „Polsce” mieliśmy szybko zjechać z przedscenia, bo w trakcie zapowiedzi, kolejny artysta, czyli Krzysio Krawczyk już podjeżdżał imitacją parostatku, z którego wyskoczył na scenę, jakby miał dwadzieścia lat. Szczepionka od Wafla działała cuda. Dla nas występy się zakończyły i byliśmy wolni. Mogliśmy pojechać do hotelu albo zostać i oglądać koncert na miejscu. Chciałem zostać i próbować przebić się do garderoby Szejkina, ale szanse na to były niewielkie, bo był wzorowo pilnowany, poza tym grupy muzyczne były proszone o przebywanie w swoich podgrupach z powodu ciągle panującej zarazy, no i Morawka na koniec zarządził:

– Jedziemy do hotelu. Zrobimy sobie zawody!

– W picu „Lodowej”? – zapytał Kozi, który złapał smaki.

– To za proste. Wynajmiemy sobie skocznię! – zarządził Piotrek i ruszyliśmy do hotelu.

Niestety, skoczni nam nie udostępniono. Regulamin nie dopuszczał ludzi, w których organizmach mieszkały promile, do korzystania z obiektu.

– Ale jak to tak? Przecież skoczkowie latają napromilowani. Ja to zaraz pani udowodnię! – nie odpuszczał Jarek Ważniak, który wymachiwał telefon przed twarzą pani menager od Mini Mamuta.

Ta pozostała jednak nieugięta, nawet po odczycie wyznań Jane Ahonena, który po zakończeniu kariery, przyznał się do skakaniu po pijaku. Ponieważ wszystko trochę trwało, towarzystwo porozchodziło się po pokojach, oddając się świętowaniu w podgrupach. Wpadłem więc na chwilę do Wafla, gdzie siedziała większa grupa i oglądała szalejącego na scenie Krawczyka.

– A opowiadałeś, że on już ledwo dycha – pokazał na ekran Zdunas – a tu popatrz, ósma młodość.

– To pewnie po szczepionce – odparłem patrząc na Wafla, który sam był w szoku, oglądając transmisję – wkrótce cały świat będzie taki dynamiczny i wstanie z kolan.

– To da się chyba zrobić – uśmiechnął się Wafel i wzniósł toast za pomyślność.

Posiedzieliśmy tak do rana, przewidując co nas czeka w nowym roku. Kazik puszczał, tym co pozostal, nowe nagrania, bo w nadchodzącym roku Kult chciał wydać płytę, Esu z Cytrynowym popsuli tor bobslejowy, Guma z Jeżykiem i Kozim ruszyli z Kult Turystami na miasto, a Ważniak do rana próbował wywalczyć otwarcie Mini Mamuta, co mu się nie udało i ostatecznie wylądował z Wojtkiem na „Justysi”. No nie, to nie tak jak myślicie. Tu chodzi o tor do narciarstwa biegowego w piwnicach, gdzie chłopaki wypacali procenty i szlifowali kondycję przed nieznanym 2021 rokiem.

Dla mnie koniec nastąpił w moim apartamencie, kiedy poszedłem donieść „Lodowej”. Bawiąc się w przebijanie kry strumieniem mocznika w kiblu, poślizgnąłem się podczas ekwilibrystycznego prowadzenia strumienia i wylądowałem w przeręblu, w którym ostatecznie przysnąłem, bo nie mogłem się samodzielnie wydostać. Teraz czekam na sygnał od Bartka, który próbuje znaleźć jakieś połączenie z południem Polski, bo w czasach Narodowej Kwarantanny lekko z transportem nie ma. I tylko szkoda, że wszystkie filmy z występem Szejkina z tego Sylwestra usunięto z sieci, bo było by się czym pochwalić. A tak? A tak to trzeba się męczyć i wszystko wymyślać. Więc może w tym roku coś fajnego uda się przeżyć w realu? Czego sobie i wszystkim wam życzę!

Do zobaczenia na muzycznym szlaku!

Pa.

10. 28.11.20 Kraków Trasa Pomarańczowa Covid 10

Kraków, jako miejsce ostatniego koncertu to ja lubię. Po tułaczce jaką odbywam po całym kraju , przychodzi tak zwane zmęczenie materiału i człowiek docenia moment, kiedy miejsce pracy jest blisko domu. Zwłaszcza w tym zwariowanym „kowidowym” roku. Nie trzeba gonić jak z piórem w dupie, myśleć i kombinować, tracić czas. Można też się wykorzystać w innych formach, a taką było zaproszenie, jakie dostałem od Ziomków z klubu B7, którzy zaproponowali mi nagranie krótkiego materiału dla Kroniki Nowohuckiej, która następnie jest pokazywana w lokalnym kanale Telewizji Kraków. A ponieważ jestem zwierzęciem medialnym, tylko nikt tego jeszcze nie wie, zgodziłem się z nieukrywaną radością. Tym bardziej, że materiał miał być emitowany przed koncertem Kultu w krakowskim klubie Studio.

Na nagranie podjechałem jakoś w tygodniu, po pracy. Miało być krótko i skutecznie, ale ja krótko nie potrafię, więc się rozgadałem ponad normę i zostawiłem montaż materiału, z wybraniem samych najtłustszych kąsków Łukaszowi Lendzie i Asi Urbaniec, którzy także mnie rejestrowali. Po wszystkim pozostało tylko czekanie na transmisję i spijanie śmietanki z tortu życia w obecności moich idoli.

Ostatnie koncerty trasy mają też to do siebie, że aktywuje się na nie mocno środowisko Kult Turystów, którzy chcą się napawać muzyką ukochanego zespołu na kolejne tygodnie posuchy. Zapowiedziała się ich potężna hałastra, a miał tez przelotem wpaść Didula, który akurat wpadł do Polszy, żeby pozałatwiać swoje budowlane interesy na Wybrzeżu. Poza tym już w piątek zjeżdżał do miasta królów Jeżyna, który chciał się zrelaksować przy małym alko ze mną i poetą Marcinem. Liczyliśmy też na Jarka Ważniaka, ale ten miał jakiś wywiad przedśmiertny z Urbanem, którego zaatakował kowid666 i chciał porzygać się ze światem swoimi wypocinami. I wybrał do tego celu, jako ostateczne narzędzie Jarosława, człowieka lotnego, inteligentnego i mocno pochylonego na lewo.

Zbiórkę zrobiliśmy zaraz po siedemnastej, u mnie w robocie. Jeżyna, Poeta i ja. Ponieważ lokale były pozamykane, na miejsce malutkiej libacjo-dyskusji wybraliśmy nowe mieszkanie kolegi Łysego, który pomimo ksywy, ma więcej włosów niż niejeden wiedźmin, i do teraz nie wiem dlaczego ma taką ksywę, a nie na przykład Dżerald z Kazika? To by dopiero było trafione zatopione. Posiedzieliśmy chwilę przy świecach i muzyce z analogów, czytając wiersze Wencla i encykliki Papieża piusa XXI, popijając to wszystko chłodną łyski. Opuściłem spotkanie po dwudziestej trzeciej, bo chciałem złapać ostatni tramwaj do domu, a do tego to poezji Wencla kompletnie nie zakumałem i ogólnie poczułem zmęczenie swojego intelektu.   

W sobotę wstałem dumny jak paw, że koncert „u siebie” – choć po kilkunastu latach nie przeze mnie i Galicję realizowany, ale od razu zostałem sprowadzony brutalnie na ziemię.

– Gary byś umył, już ze zlewu wypadają! Znowu się gdzieś włóczysz i zaraz znowu cię nie będzie. Dywan trzeba wytrzepać. Święta niedługo!

– Kochanie, święta w tym roku odwołane! – chciałem błysnąć, bo gdzieś słyszałem, że wirus storpedował narodziny dzieciątka i żadnych imprez władza nie dopuszcza.

– Chyba u ciebie. Do roboty! Bo na żaden koncert nie pójdziesz. – zaordynowała Notoryczna i magię zaczął trafiać szlag.

Tym sposobem, po raz kolejny, zostałem sprowadzony na ziemię codziennością zaserwowaną mi przez Notoryczną Narzeczoną. Żeby się dopełniło, jak powiedział kiedyś Jezus odchodząc z tego łez padołu, musiałem jeszcze zrobić obiad dwudaniowy dla rodziny. Późnym popołudniem, zjebany jak mop po umyciu podłogi, ostatnie na co miałem ochotę, to łapanie ludzi w hałasie. Moje pierwsze zdania z tego rozdziału zdewaluowały się więc błyskawicznie. Przy życiu trzymało mnie jedynie oglądanie siebie w telewizorze.

– I na listę mnie nie zapomnij wpisać. Rok temu wstydu się przez ciebie najadłam. I żeby było siedzące! – pożegnała mnie czule Notoryczna i kiedy zamykałem drzwi, krzyknęła na całą klatkę – A śmieci?!!!

– Biorę, biorę. No i będzie siedzące. W celi z Trynkiewiczem raczej – powiedziałem, ale ostatnie zdanie cichutko, pod nosem, sam do siebie.

– Z kim? Co ty tam bełkoczesz? – czujna Notoryczna wyłapywała moje błędy i zrezygnowanie życiem sprawnie.

– Że siedzące będzie! W tym roku na bank! – i uciekłem, bo miałem za pięć minut autobus.

W klubie panowała już atmosfera ostatniego koncertu. Alkomat gdzieś specjalnie się zawieruszył, płyn z Orlenu tydzień temu skończył, a bramka jadąc na Kraków nic nie podwędziła, to mogliśmy popijać łyski, piwo i czystą wódeczkę. Ale tak w ilościach mocno ograniczonych, bo czekała nas jeszcze robota, ale za to po robocie, mieliśmy zielone światło, żeby pójść na całość. Po szesnastej zespół się próbował, ochrona drzemała, a ja szukałem na komputerze programu Telewizji Kraków. Znalazłem po dłuższej chwili i czekałem na kronikę Krakowską, po której miałem być pod własną postacią w TV. Wolume podkręciłem znacznie, żeby wszyscy słyszeli, że jest oglądane.

– Jakiś mecz? – zapytał Kabura.

– Nie, nie. Czekam na program taki. Mam być w nim.

– Eee, a myślałem, że mecz. No nic, obudź jak będziesz.

– A towarzysz co tak reżimową telewizję patrzy? – Jarek też nie przeszedł obojętnie.

– A tak se. Mam być!

– W telewizji? No towarzyszu! Brawo, brawo od towarzyszy ze stolicy!

– Górnik, to o której masz być? – Jeżyna już wiedział, bo wczoraj mu powiedziałem.

– Koło pół do siódmej.

– Zawołaj!

I takim to sposobem, o czasie, przed laptopem zrobiło się czarno. Koledzy się uciszali, bo każdy chciał usłyszeć co za pierdoły wygaduję na szklanym monitorze. Najpierw, po tablicy Nowohucka Kronika Filmowa pokazał się materiał z MC Robakiem, od niedawna moim kolegom, fajnym nowohuckim ziomkiem, który zgrywał moje opowiadania do projektu „Tuman z Nowej Huty – czyli jak być sto razy gorszym od Tuwima” w swoim studio. Robak nawijał o dzielnicy i rapie i swoich projektach. Po nim jakaś pani opowiadała o książkach dla trudnej młodzieży i program się skończył.

– Te, Gumiak a ty to kiedy? Jak przejdą Szwedy? – wypalił Guma i wszyscy zaczęli się śmiać.

Trzasnąłem laptopem i z załzawionymi oczętami zamknąłem się w kiblu, żeby zadzwonić do Łukasza z reklamacją. Po dwóch sygnałach odebrał.

– Łuki! Nie było mnie w kronice. Wszyscy czekali, a tu nic. Taki wstyd.

– No właśnie miałem dzwonić. Zablokowali cię!

– Jak to zablokowali?

– No wiesz, że ten Kult. I Kazik. A Kazik coś złego na rząd powiedział i telewizja zakazała pokazywania Kazika i wszystkiego co z nim związane.

– Serio? Czyli, że ja…

– Tak Goomi! Tak! Znaczy się jesteś ofiarą systemu! Fajnie co?

Pewnie i fajnie, tylko kto w to uwierzy? Próbowałem wytłumaczyć kolegom, ale trafiłem na mur niezrozumienia. I znowu zamiast gwiazdą i bohaterem zostałem mniej niż zerem.

Krakowski koncert pandemiczny był dziwny. Zresztą jak wszystkie koncerty tej trasy. Nasze zraszacze na wejściu szwankowały, więc publiczność była zamaseczkowana i nie rozpoznawałem nawet osób które mi machały, czy przybijały ze mną piątki. Ale jego nie szło nie poznać. Piotr Hulist to olbrzym. Jeśli ja jestem duży, to on jest duższy ode mnie. Nie na wysokość, ale na szerokość i ciężkość. I ma jedną, straszną wadę: uwielbia na koncertach latać, i na moje nieszczęście w moim sektorze. Tym razem miał jednak problem, bo zagęszczenie pod sceną było mizerne i lot w starym wydaniu był niemożliwy do wykonania. Zebrał więc wokół siebie kilkanaście osób, kazał im się ściaśnić, wziął krzesło, na które wylazł zgrabnie, po czym skoczył w tę zebrana własnoręcznie gromadę, żeby na ich głowach, ramionach i rękach dotrzeć pod barierki i zostać złapanym. Niestety, zagęszczenie było za małe i Piotr złożył wybrańców swoją postacią, jak huragan las. Spod niego wystawała tylko plątanina ludzkich rąk, nóg i odwłoków. Na takie wyzwanie tylko czekaliśmy i szybko oddelegowałem dwójkę krakowską, ba!, nowohucką:  Cytryna i Boćka na ratunek zagniecionym. Zespół grał akurat „Po co wolność” i wszystko wyglądało niezwykle wiarygodnie, kiedy spod wielkiego Piotra ochroniarze wyciągali kolejne osoby, drąc się w niebogłosy: Wolność? Po co wam wolność?

Po tej akcji wszystko się uspokoiło i publika zluzowała. Co prawda jeszcze pojedyncze, na szczęście niezbyt udane próby lotów, podejmowali, a jakże, Kult Turyści, ale i im się szybko znudziło, a do tego Ptaszek przy barze stawiał browary, bo po raz drugi w życiu zaliczył trasę od deski do deski. A precyzyjniej napiszę, że był wszędzie: od pierwszego koncertu do ostatniego. Było więc co świętować i do tego nie za swoje, tylko za Pawła. I kiedy koncert zbliżał się do szczęśliwego finału, ni z tego ni z owego, przypałętał się on. Wielki pan fotograf. Na koncertach obowiązują zasady. Różne. W zależności, jaką na koncercie masz rolę, podpadasz pod paragrafy. Fotografowie i fotografki nie mogą podczas pracy używać lamp błyskowych. A ta sierota stanęła przede mną, i z uśmiechem na twarzy zaczęła strzelać fleszem na prawo i na lewo. Esu złapał go za rękę i darł się do ucha:

– Tylko nie z lampą! Nie rób zdjęć z lampą? Dobrze?

– A bo co? Przecież nikogo nie zabiję! – odparł przemądrzałek, po czym, chcąc sfotografować Wojtka, wypalił mi lampą prosto w oczy.

To wystarczyło, żebym dostał ataku migreny. Straciłem częściowo wzrok, zacząłem coś bełkotać i ledwo dolazłem do szatni. Na szczęście w garderobie siedziała Notoryczna, która zamiast słuchać muzyki i podziwiać mnie jak pracuję na szynkę do chleba, urządziła sobie pogawędki z Piotrkiem Wieteską.

– A ty czemu nie pod sceną? – zapytała czule.

– Boze u nie ma ataka, bzydo mi psyk oki. Omocy mi na ca. Blenki! – powiedziałem jak umiałem, bo przy silnym ataku migreny, zaatakowanemu odbiera, obok wzroku – mowę.

– Tomuś? Co z tobą? Za dużo wypiłeś? Znowu? – Piotr nie wiedział o mojej chorobie, bo ona nigdy jeszcze na trasie nie wystąpiła z tak wielkim hukiem jak dziś.

– Bzemie ien nei łem.

– Atak ma. – zauważyła Notoryczna – Atak migreny. Siadaj ofiaro.

 Na szczęście Noto Na miała przy sobie migra-stop, który przyjąłem w dawce potrójnej, chwilę poleżałem z zamkniętymi oczami, i kiedy tylko tabletka zaczęła działać, wróciłem na stanowisko. Koleś dalej błyskał, więc przeskoczyłem efektownie, a przynajmniej tak to czułem, przez barierki i złapałem go z całej siły za wiotki biceps i poprosiłem o opuszczenie klubu pokojowo.

– W przeciwnym razie będę musiał dokonać agresji na pana ciało – powiedziałem.

Chłop zrozumiał swój błąd, przeprosił i natychmiast poprosił o najniższy wymiar kary. Złapałem go jak przyjaciela, za ramiona, i odprowadziłem do drzwi wręczając na pożegnanie lisi bilet.

Przy drzwiach wejściowo-wyjściowych, na zewnętrzu klubu, stali z piwem w ręce, paląc papierosy: Didi, Doris i Igor. Zażartowałem sobie z nich:

– A wy co tutaj robicie dziady?

– Czekamy na ciebie! Już po robocie?

– Nieee. Jeszcze mam tu coś do połapania. A wy co? Koniec? Naprawdę?

– Tak blachu. Koniec. Zbieramy się. – powiedział Diduś.

– Kres podróży – uśmiechnął się Igor.

– Pa Goomi! Będziemy czekali. Ale nie spiesz się! Pilnuj tutaj wszystkiego, jak zwykle. – pomachała mi Doris –  A teraz panowie odjeżdżamy, taksówki czekają  według kolejności: Igor, ja i Rafał. Pozdrów od nas wszystkich. Nie zapomnij!

I poszli, radośni, rozgadani, w gęstą mgłę, którą zasnuty był Kraków, zostawiając mnie samego.

Uśmiechnąłem się tylko w pustkę po nich i uciekłem do pracy, machając w stronę, w którą odeszli, na wieczne pożegnanie.

– Zobaczymy się po wszystkim! Obiecuję! – wykrzyczałem smutnej mgle i pobiegłem robić swoje.

A roboty już wiele nie było. Pozostała prezentacja trasowej załogi, zgrabnie przeprowadzona przez Kazimierza, poleciały dynamicznie bisy, które zabrzmiały jakoś szczególnie dobrze i donośnie, i nastąpił koniec ostatniego koncertu. W garderobie jakoś szczególnie nie świętowaliśmy, bo nastroje były raczej minorowe, że wszystko to w tym roku tak szybko minęło. I chociaż przygód nie brakowało, a szalejący wirus dawał się wszystkim we znaki, dociągnęliśmy nasz wózek w zdrowiu i całkiem niezłej kondycji psycho-fizycznej. A na pożegnanie obiecaliśmy sobie, całą kultową ekipą, że za rok, za równy rok, to my wam wszystkim jeszcze pokażemy!

– Panowie! Może i szybciej. Jest taka propozycja, żeby zagrać specjalny koncert na lodowisku. W Sylwestra! Gdzie, to jeszcze tajemnica, ale zdradzę, że będzie to w centralnej Polsce. Podobno wkrótce ma zostać dopuszczona szczepionka na Kowida, i trzeba wesprzeć program szczepień, a Sylwester jest do tego znakomitą okazją. Koncert pokażą trzy największe telewizje. Ja wiem, że nie wszystkim nam po drodze z obecną władzą, ale tydzień temu tekę wiceministra kultury, objął, tu nie zgadniecie, więc zagadki nie będzie, Janusz Xsiąże Warszawki Grudziński! Co? Zatkało kakało, co? No i Xsiąże wymyślił taki projekt, i na pierwszy koncert zaproponował nas. A ponieważ płacą bardzo dobrze no i Janek to w końcu nasz człowiek, postanowiłem propozycję przyjąć. Zadowoleni?

Po garderobie rozległ się szmer zdziwienia, trochę radości, a nawet dużego zaskoczenia, o ile szmery mogą być duże.

– A czemu koncert będzie na lodowisku? – zapytał Kazimnierz.

– Bo to największy obiekt w tym mieście. Innego tak dużego tam nie mają.

– Zemsta Grudy! – wypalił Jeżyna i pomieszczenie wypełnił śmiech przez łzy.

– To co? Zadowoleni? Więcej informacji dostaniecie mejlem w tygodniu. Aha. I najważniejsze: poćwiczcie jazdę na łyżwach, bo to chyba jest konieczne.

– A rolba będzie? Bo ja byłem rolbowym! – wypalił Esu – Dla mnie lodowisko to jak drugi dom!

– Znakomicie! W takim razie wjedziemy na scenę rolbą, czym ona by nie była, bo skoro mamy takie umiejętności, to zaskoczymy tym świat. Wywalczę to w scenariuszu. To co? Widzimy się wkrótce.

– Hurrrra! Napijmy się! – wypalił szczęśliwy Guma – Coś się kończy coś się zaczyna! I widzisz Gumiaku – zwrócił się do mnie – Będziesz miał tę swoją telewizję. Nie lokalnie a globalnie!

– To się rozumie – wyszeptałem sam do siebie i rozpocząłem wizualizować sobie to wielkie wydarzenie.

W takim razie do zobaczenia kochani! Śledźcie strony w internetach, bo nie może was tam zabraknąć. Zbierajmy siły i pomysły. Żeby było co wspominać i czytać po latach. I widzimy się w Sylwestra!

pa   

9. 21.11.20 Świebodzice Trasa Pomarańczowa Covid 9

Oczywiście mógłbym zrzucić wszystko na to, że świat zwariował, że to czy tamto, ale tak po ludzku, to mnie się lekko pomyliło, i zamiast Świebodzice, wpisałem w nawigację Świebodzin. Ale po kolei.

Na przedostatni koncert Trasy Pomarańczowej wyruszyłem swoim autem już w piątek. Przez Wichrowe Wzgórze. A dlaczego? A dla tego, że kupiłem na allegro zwrotnic do kolejki wąskotorowej Jarkowi i pojechałem mu zawieźć. Oczywiście Notoryczna Narzeczona kręciła noskiem, ale obiecałem jej, że nakupię Jezusów Świebodzińskich stojących na telewizorze, dla całej jej i mojej rodziny,. Jak widzicie, już wtedy mi się te Świebocośtam mieszały. Coś jak Lublin i Lubin, jak Radom i Sosnowiec. Kumacie ten stan? A może to ja jestem taki głupi? Nie wykluczam i nie zaprzeczam.

To napakowałem tych zwrotnic cały bagażnik i pojechałem do Jarka. Tam rozpakowaliśmy kolejowe dobro i po lekkiej kolacji w stylu świńskie wege, zalane winem bezalkoholowym z winogron sandomierskiej Toskanii poszedłem wcześnie spać, bo chciałem ruszyć zanim kur pierwszy raz zapieje, mając ochotę na spenetrowanie Jezusa, łącznie z wizytą na głowie, gdzie spodziewałem się zastać platformy widokowej. Jarek też zamówił kilka koron cierniowych, bicze nazareńskie, sztuk sześć i świecące figurki świętych do ogródka. Czyli, jak czytacie, nawet on się nie kapnął z miejscem koncertu!

Ruszyłem przed trzecią rano, budząc sąsiadowi kury i doprowadzając do kurskiej pasji sąsiadowego koguta, który mnie zapiał i nasrał mi na maskę, bo to nie on we wsi wstał pierwszy. Mam nadzieję, że przy kolejnej wizycie nie będzie mi tego wypominał. A może do tej pory go zjedzą w rosole? Kogucie losy chodzą różnymi daniami, co wiem, bo w domu sam gotuję. Przed dziesiątą chciałem być na miejscu, żeby mieć czas na zwiedzanie i zakupy. Ruszyłem więc ostro na zachód. 

 Pod Chrystusa dojechałem zaraz po dziesiątej. Najpierw zrobiłem zakupy dewocjonaliów i tym podobnych, a następnie kupiłem bilet na penetrację wnętrza pomnika kolosa. Ponieważ winda na taras nie działała, zgodziłem się ruszyć pieszo. Schodkami. Po chwili zadzwonił telefon.

– Cześć, tu Piotr. Nie odebrałbyś mi koszulek? Miałeś być wcześniej. Gdzie jesteś? – menager rozmawiał ze mną, bo była sprawa do załatwienia.

Rozejrzałem się dookoła i po ustaleniu gdzie jestem. Odparłem:

– Jestem w kolanie Jezusowym.

Po czym zapadła krępująca cisza.

– No, znaczy w pomniku Jezusa, obecnie w kolanie. No w Świebodzinie.

– Aha. – znowu cisza zapanowała, ale już krótsza – Ale na koncert zdążysz, co?

– Jasne. Pozwiedzam i pędzę.

– Dobra. To koszulki odbierze ktoś inny, a ja ci jeszcze raz wyślę dokładny adres sali. Dobrze?

– Si senior! – odparłem i ruszyłem w górę pana.

W okolicach bioder odebrałem wiadomość, przeczytałem, wyłączyłem telefon, ale na wysokości klatki piersiowej Jozuły, coś mnie tchnęło, więc jeszcze raz odpaliłem smartfona i będąc w szyi Pana, zorientowałem się, że raczej to ja pomyliłem miejscowości. Wybiegłem więc szybko na platformę, która mieściła się w koronie takiej królewsko-cierniowej, odpaliłem papierosa i zacząłem myśleć, co wyszło nie tak. Pomogła mi w tym mapa na goglach, bo o ile miejscowości były z grubsza podobne, a ja nigdy szczególarzem nie byłem, to Świebodzin i Świebodzice dzieliło lekko ponad 200 kilometrów, a czasowo to dwie godziny. Czyli jednak Jezus miał mnie w opiece i pozwolił upiec dwie wieczerze przy jednym ognisku. Dramatu więc nie było i postanowiłem się zrelaksować pięknymi widokami, jakie miałem z czubka Pana, Króla Polski.

Zbiórkę miałem wyznaczoną na godzinę osiemnastą czterdzieści pięć, więc czasowo wszystko było pod pełną kontrolą. Skoro zwiedzanie rozpoczęło się od pomyłki, a pomimo tego czas był moim sprzymierzeńcem, to postanowiłem z niego korzystać w pełni i zaplanowałem jeszcze popas nad jeziorem Dobromierskim, gdzie chciałem zjeść sandacza w sosie z drewna sandałowego oraz trochę się ustatkować, w czym miał mi pomóc krótki rejs lokalnym stateczkiem Potiomkinem, prezentem narodu rosyjskiego dla miejscowych, który przekazano w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, a wykonanym w skali jeden do pięćdziesięciu, napędzanego węglem brutalnym, co dawało płynącym dreszczyk emocji oraz podniesienie poziomu adrenaliny i metaefedrynalinykokainowej.

Kiedy pływałem po bezkresnym jeziorku bezgłośnom makietką Potiomkina, zadzwonił Bartek.

– Tata, a ty gdzie? Mamy tu jak w raju. Basen, sauna, siłownia. Nawet joga się za chwilę zaczyna dla całej ekipy.

– Jestem niedaleko, zaraz kończę rejs i się zbieram. A jutro tez można skorzystać z dobrodziejstw OSIRU? – zapytałem, bo chciałem i ja coś uszczknąć z dobrodziejstw organizatora.

– Chyba tak. Mamy dostęp całodobowy, do południa następnego dnia. Zapisać cię na jogę na szóstą rano?

– A zapisz, i tak mam kłopoty ze spaniem. To się widzimy za chwilę. Nara!

Pod ośrodkiem byłem około osiemnastej i od razu wjechałem na miejsce dla obsługi. Pokręciłem się po ośrodku, pomachałem członkom zespołu, którzy wybrali zajęcia na basenie, Jarkowi powiedziałem cześć na siłowni akurat w momencie kiedy pobijał rekord w wyciskaniu na klatę, więc żeby go nie peszyć udałem się do garderoby. Jeść nie musiałem, bo jeszcze odbijało mi się sandaczem na sandale, więc ruszyłem w okolice wejścia. Przywitałem obsługę pod postacią Ani, tym razem bez męża i kota Gromitosława, bo i tak na niego po Gliwicach mówiono. Kiedy podziwiałem stoisko, przed wejściem zaczęły migać koguty karetki i zrobiło się jakieś zamieszanie. Poszedłem oblekać o co kaman i zobaczyłem, że pogotowie pakuje na nosze Pawła Ptaka, który drugi raz z rzędu kompletował Trasę Pomarańczową.

– Co się dzieje? Dlaczego go zabierają? – zapytałem Pancernego, który dzisiaj był słuchaczem, ponieważ organizator wystąpił jedynie o sześcioosobowe wsparcie Kult Ochrony.

– Ptaku przeszedł na dietę i coś go poskładało.

– Na jaką dietę? – byłem ciekaw, bo i ja chętnie zrzuciłbym ze trzy kilo przed weselem.

– No właśnie tu jest problem, bo miał mieć taką jak ja. Ketogeniczną. Ale zapisał sobie na kartce z pomyłką i wszystko mu się pomieszało.

– Jak pomieszało?

– No zapisał ketaniczną i myślał, że wystarczy żreć ketanol. Po tygodniu nie było efektu, to do tabletek dołożył maści, które wyciskał sobie na kolację no i dzisiaj to wszystko się skumulowało i coś z grubsza zwariował. Nie chudł za bardzo ale i nie czuł bólu. Myślał, że tak ma być. Godzinę temu wpadł pod samochód na przejściu i nic. Wstał i się otrzepał, jakby nic się nie stało. Potem wybijał cegły w wiacie śmietnikowej aż kości mu strzelały i dalej nic. No to się wystraszyliśmy i wezwaliśmy pogotowie. Przy okazji sprawdziłem mu plecak, a tam same ketanole. W maściach, tabletkach i syropach. Połowa wyżarta. Straszna pomyłka. Teraz biorą go na detox i może na koniec koncertu dotrze. Szkoda byłoby przerywać taką passę.

– Ktoś z nim pojedzie?

– Tak, kogoś z nim wyślemy, żeby wrócił powrotem.

– To dobrze, idę się przebierać. Do zoo na sali!

Przebierałem się jak żółw. Ociężale. Ciągle myślałem o Ptaszysku, o sobie, o pomyłkach wynikających z podobnej pisownie, czy podobnego zasłyszenia. Świebodzin – Świebodzice, ketanolowa – ketogeniczna, Mariusz Godzina – Mariusz Godzilla, Lublin-Lubin. Jakie to wszystko było przerażające i straszne. Obiecałem sobie, że poczytam w jakichś tajnikach psychologicznych, jak popracować nad mózgiem, żeby zapamiętywać poprawne nazwy, czy co tam zrobić, żeby było dobrze.

Z zamyślenia wyrwał mnie Guma.

– Dawaj bracie! Idziemy na łów! – i przyłożył mi piekące karczycho, czyli z plaskacza jebnął mnie w kark, aż podskoczyłem.

Niewiele to pomogło, bo jak tylko rozpoczął się koncert, myślami dalej uciekałem gdzieś w dal. Byłem jakby w bańce i żadne bodźce zewnętrzne do mnie nie docierały. Nic. Łapania nie było w ogóle, bo miejscowi i przyjezdni stali w takim dystansie, że nawet jakby ktoś miał lecieć, to daleko by nie doleciał, a już na pewno nie do barierek, żebyśmy mogli go bezpiecznie złapać. W pewnym momencie wypatrzyłem na głośniku obok mnie, takim do podbicia basu, chińską biedronkę i zatopiłem się w jej ciele i umyśle jakby. Próbowałem być nią i odgadnąć to co się dzieje z jej perspektywy. Co i jak widzi, co i jak słyszy, czy nie jest jej za głośno, albo za zimno, czy urodziła się w Świebodzinie, czy może dotarła na koncert z transportem ryżu z Chin? Ponieważ muzyka mi trochę przeszkadzała, to wepchnąłem stopery do uszu tak mocno, że przestałem, poza dudnieniem słyszeć cokolwiek. Czy podobnie mogła odczuwać rzeczywistość koncertową biedronka? No i czy też miała stopery? Tak się w tym wszystkim zatopiłem, że zapomniałem, że mam śpiewać Polskę za Darka, bo ten miał zapalenie migdałków i mówił jakby mu jądra cegłami przygniotło. Tylko, że ja wcisnąłem sobie stopery z wosku tak głęboko, że nic nie słyszałem. Guma machał do mnie rękami i coś chyba krzyczał, Esu klaskał mi przed oczyma, a zespół stał na scenie i patrzył na mnie jak na kosmitę. W końcu Kazik rozpoczął samodzielnie wykon, a ja pobiegłem szukać służb medycznych. I szybko znalazłem. Akurat Ptaka przywieźli, żeby zaliczył choć fragment i mógł podbić sobie legitymację uczestnika Trasy Pomarańczowej 2020.

Coś do mnie mówił, żywo gestykulując, ale nie słyszałem go nic a nic. Teraz to ja zacząłem szarpać medyka czy ratownika i gestami pokazywać, że muszę coś napisać. Ktoś w końcu zakumał bazę, podał mi kartkę na której wykrzyczałem: „Wepchnąłem sobie w uszy stopery!!! Ratunku!!! Nic a nic nie słyszę”. Ratownik wciągnął mnie do środka, położył na noszach i zaczął grzebać jakąś igłą, najpierw w lewym, a potem w prawym uchu. Interwencja przebiegła bezboleśnie i szybko i znowu zacząłem słyszeć co się dookoła mnie dzieje.

– A coś ty kolego wymyślił? Pierwszy raz ze stoperami pracujesz? – zapytał jeden koleś z obsługi medycznej.

– Nie. Nie pierwszy. A skąd. Zawsze mam stopery, tylko dzisiaj się zapomniałem, bo chciałem jakoś szczególnie się wygłuszyć i tak je powpychałem, że nie było szans samemu ich wyciągnąć. Mogę wracać do pracy?

– Możesz, tylko uważaj na niskie tony.

Uważać już jakoś szczególnie nie musiałem, bo koncert się skończył. Postanowiłem więc szybko się zwinąć do pokoju, przebrać i wykorzystać to, co jeszcze było dostępne: saunę, siłownię a może i basen. Kiedy byłem już w samych kąpielówkach do pokoju wpadł Esu.

– Tata, za pięć minut zbiórka w pokoju u Gumy. Będziemy oglądać jakąś transmisję lajf z Wichrowego Wzgórza. Jakieś dziady borowe czy coś.

– Ale ja chciałem na …

– Obecność obowiązkowa! Kazik będzie sprawdzał kto nie przyszedł.

Postanowiłem być. Już wystarczającą ilość wpadek zaliczyłem na trasie.

Guma pokój miał duży jak na jedynkę, dlatego to u niego zrobiono oglądanie. Przekaz miał tytuł Dziady Listopadowe, a nie borowe, co w sumie miało sens, biorąc pod uwagę, że właśnie listopad był za oknem. Grzesio zrobił nastrój, pogasił światło, zapalił świece, które chyba były zwędzone z pobliskiego cmentarza, bo czuć z nich było, że są na etapie używania, następnie podłączył się komórką do telewizora za pomocą jakiegoś magicznego kabelka i mieliśmy wszystko na ekranie. Ostatni przyszedł Kazo, odczytał listę, pozaznaczał kto przyszedł a kto nie. Poza technikom, która miała jeszcze demontaż, był komplet. Zarówno członków zespołu jak i ich kutasków z ochrony. O godzinie transmisji w pokoju zapanował cisza jak makiem posiał i na telewizorze zobaczyliśmy siedzącą w mroku, przy kominku, grupę jakichś ogórków w kapturach. W tle leciała muzyka gotycka raczej i nagle rozpoczęło się szoł. Przed ekran na kucąco podszedł jakiś koleś z taką jak do filmów deską, zrobił klaps i wypalił:

– Listopadziady częsć pierwsza!

Dziady w kapturach parsknęły śmiechem psując tym nieco nastrój, kucający się zawrócił, zrobił drugi klaps i próbował się poprawić:

– Listopadziady, a tam kurwa, poszło!

Tym razem to my parsknęliśmy śmiechem, ale nasz szef syknął : „Cisza dziady!” i na ekranie pojawił się ktoś do nikogo nie podobny, ale wyglądający jak Jarek Paczkowski, który rozsiadł się w fotelu i odczytał jakiś protest niby song.

– Piękne! – rozczulił się Kozi i zaczął chlipać, a za nim jeszcze kilka osób, chyba tych co słyszeli i widzieli dobrze cały przekaz.

Mnie się nie udało usłyszeć, bo słuch mi jeszcze nie wrócił taki perfekt, ani zobaczyć dobrze widowiska, bo przede mną siedział Jeżyk i mi zasłaniał wszystko. Ale czułem całym sobą, że uczestniczyłem w czymś szczególnym, zwłaszcza kiedy usłyszałem:

– A teraz trzeba to przepić, najmłodszy wio na stację! – Morawka spojrzał na mnie, ja na Esa, bo najmłodszy to na pewno nie byłem.

Esu parsknął i spojrzał na Ważnego.

– Ale co? Mario, no weź! – powiedział Jarek w stronę Maria Mechagodzilli saksofonu.

– Ale Konrad… – Mario spojrzał na Konrada.

– A ja zapomniałem legitymacji i chyba najmłodszy nie jestem, co?

I zaczęła się licytacja, szukanie na Wikipedii kto z którego roku, miesiąca i dnia. I może trwało to i do rana, bo ja chyłkiem uciekłem, żeby sauna się nie wyziębiła do cna. Przy śniadaniu okazało się, że najmłodszym zrobiono Maria i to on kursował ze trzy razy, bo ciągle brakowało, a ponieważ koncert był przedostatni a do następnego, na moim terenie w Krakowie, został tydzień, to lejce przyzwoitości zostały lekko popuszczone. Pewnie niejeden z was zapyta dlaczego i ja nie skorzystałem z uczestnictwa w imprezie w tak zacnym gronie i czy mi nie szkoda tych chwil ulotnych jak ulotka, ulotnych jak fotowoltanika? Odpowiem, że z przyczyn prozaicznych, jak zwykle to u mnie bywa, bo coś się wydarzyło takiego, co nie pozwoliło mi zgodnie z planem powrócić do grona. Ot po wejściu do sauny urwała się klamka i musiałem do rana czekać na obsługę. Na szczęście piec już nie działał i dzięki temu się nie upiekłem. Bo pewnie dziś już nic byście nie przeczytali o Świebodzinie, Świebodzicach czy przyszłotygodniowym Krakowie. A czy coś i tam się wydarzy godnego opisania, tego i ja nie jestem w stanie wymyślić. Pożyjemy, zobaczymy!

Pa   

8. 14.11.20 Gliwice Trasa Pomarańczowa Covid 8

Krasnale we Wrocławiu ustawialiśmy do drugiej w nocy. Wróciłem tak umęczony, że nawet nie miałem ochoty na szklaneczkę płynu Orlen. Sen był nerwowy, rwany. Koledzy na podłodze chrapali okrutnie, bo im płyn wszedł jak nóż w margarynę. Po szóstej wstałem, bo skoro spać nie mogłem, to postanowiłem zjeść wcześniej śniadanie. Na stołówce wpadłem na Kazimnierza, który lubi jadać wcześniej, oraz na Jarka Ważniaka, który w ramach porannego dżogingu miał sprawdzić, czy krasnale są zwrócone na swoje miejsca.

– Piękne świadectwo daliście wczoraj. – powiedział znad talerza dżemu i musztardy szef i Mistrz w jednej osobie.

– Przepraszam, nie tak to miało być, ale Wafel… – nie dokończyłem.

– A jakby Wafel kazał ci pracować w Golec Orkiestra Ochronie, to też byś go posłuchał?

– No nie. Chociaż góralską muzykę lubię, ale nie pracowałbym. Stanowczo nie.

– No widzisz. Będzie zebranie zarządu Kultu, musimy postanowić co z wami zrobić. O wszystkim dowiecie się potem. A teraz jem.

– Jasne. Smacznego. Czekam zatem na wyrok z pokorą. Jeszcze raz przepraszam. – i poszedłem wziąć sobie mięso z dodatkiem kości, bo byłem strasznie głodny.

Dosiadłem się do Ważniaka i mięso z dodatkiem kości, przyprawiło mnie o mdłości, tak mi było głupio.

– Oj towarzyszu Gomółka. Ale żeście nawywijali! Wstyd! Wstyd!

– A daj pan spokój. Poniosło nas w złą stronę.

– Nie martwcie się tak towarzyszu. Jak wszystko będzie na miejscu, wystosuję pismo do naszego gremium o minimalny wymiar kary. Bo my, towarzysze musimy się trzymać razem!

– Dziękuję. To już nigdy się nie powtórzy. Nawet w Gliwicach! – zapewniłem kolegę, będąc jednocześnie pewnym, że w Gliwicach krasnali nie ma.

Wyjazd mieliśmy przewidziany na godzinę jedenastą, wiec wybiegłem potruchtać po mieście, zaraz przed dziewiątą. Na pobliskim boisku młodzież już kopała bezdomnego. Wróć. Młodzież już kopała piłkę.

– Zagra pan z nami? Brakuje nam jednego.

– Chętnie. Ale tylko na ataku, jestem urodzonym łowcą.

– Naprawdę? A wygląda pan jak bramkarz – powiedział jeden i wszyscy wybuchli zdrowym, młodzieńczym śmiechem.

Graliśmy dwa razy po dwadzieścia minut. Szło mi paskudnie. Przez cały mecz oddałem jeden niecelny strzał w kosmos, na szczęście piłka nie zginęła. Kompletnie nie czułem piłki i już zacząłem się obawiać, że mam koronę, bo przecież jest to jeden z objawów choroby wśród futbolistów – brak czucia.  Rozczarowany, ale zmęczony pozytywnie i naładowany chyba endorfinami , bo śmierdziałem jak skunks w trakcie rui, wróciłem się okąpać i zapakować.

– Tata. Jedziesz z Piotrkiem. Guma, Darek i Kozi z zespołem, a ja i Cytryn z technikom – zakomunikował mi Bartek, a ja zrozumiałem, że kara się rozpoczęła.

Mój pojazd ruszył punk dwunasta. Pewu za kierownicą, obok ja, za mną Ania uhahana, bo do pomocy w Gliwicach jechał jej ukochany Przemysław z kotem Gromitkiem, za Pewusem Jan Zdun, a na kanapie z tyłu już drzemał Kazimnierz.

– Znacie zasady, ale Goomi dawno z nami nie jechał. Raczej milczymy w trasie. Nie przeszkadzamy kierowcy. Wszystko ma się odbywać w naszych głowach. Wszyscy przytaknęli, tylko ja odpowiedziałem.

– Super, znakomicie fajnie. Ale na sikanie stajemy? A piwko w aucie pijemy? A to prawda, że alkomat się przepalił? A posłuchamy Lej mi pół? A ta hala w Gliwicach to duża jest? A czy… – z każdym pytaniem Piotrek miał coraz większe oczy, aż w końcu nie zdzierżył i wysyczał:

– Silencjum Gomółka! Silencjum! Plizzz!

I już do samych Gliwic się nie odezwałem, nawet pytany. Cały byłem w strachu.

Najpierw podjechaliśmy pod hotel, kiedy wszyscy się zameldowali, podlazłem i ja, zgłuszony pies, do recepcji.

– Name end siur name. – powiedziała coś recepcjonistka a mnie zamurowało.

– Gzyyy. Bzyyy. Młyyy – bełkotałem, bo zapomniałem języka w gębie. Nawet jak śpię to gadam, a w aucie przez dwie godziny nie powiedziałem słowa.

– Niemowa?

– Gzyyy.

– Pan da dowód.

Podałem i usłyszałem.

– Aha. Pan Gomółka. Pokój zawieszony. Do godziny dziewiętnastej.

– Cmmu? – zaczynałem się odblokowywać.

– Czemu? Bo nie wiadomo czy pan zostaje, czy jedzie do domu. Temu.

Aha – pomyślałem, kara trwa i nie wiadomo czy dziś popracujemy. Rozsiadłem się więc na kanapie koło recepcji i postanowiłem popracować nad głosem, próbując czytać na głos drugi tom „Chłopów”, który woziłem ze sobą. I wtedy dostałem z zaskoczenia plaskacza w karczycho.

– Kuuuurwa! – zasyczałem, a pani przy ladzie się wzdrygnęła.

– Pan jednak mówi!

– A co ma nie mówić? Wczoraj nabroił, to teraz udaje niemowę.

– Wafel, ćwoku jeden. To boli.

– Poboli i przestanie. Przed dwudziestą ma być decyzja, czy pracujemy dziś i do końca trasy.

– Skąd wiesz?

– Dostałem esemesa od Wietechy. Musimy sobie pomóc. Weź te twoje fejsbóki uruchom, niech nasz powrót ludzie poprą. Jak będzie dużo, pójdziemy do szefostwa i może się uda. Pisz i chodźmy się napić. Tu zaraz jest sklep. A alkomat i tak nie działa.

Wstawiłem szybko post i ruszyłem z  Waflem na małe co nieco. Trzeba było rozgonić smutek i żal za grzechy. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Ponieważ mieliśmy trochę czasu, poszwędaliśmy się po mieście. Poszliśmy zobaczyć stadion miejscowego Piasta, pod którego bramą wypiliśmy po piwie, odcedziliśmy kartofle, po czym ruszyliśmy na rynek.  Niestety, ten był kwadratowy i nawet ratusz go nie uratował. Ulice od niego były staromiejskie i tworzyły szachownicową sieć zabudowy kamieniczek. Wafel się wściekł, bo wolał warcaby.

– Idziemy Górnik do palarni. Zajaramy.

I poszliśmy, tylko jak próbowaliśmy zapalić w środku, zrobiła się wielka awantura, bo palarnia okazał się Palmiarnią i na terenie całego obiektu obowiązywał zakaz palenia. Mieliśmy nawet dostać jakieś mandaty, ale udawaliśmy Ormian z Madagaskaru i nikt nie mógł się z nami dogadać, więc w końcu dostaliśmy po kopie w dupę i ruszyliśmy na halę. Dochodziła dziewiętnasta i chcieliśmy wiedzieć, czy mamy iść na stopa i ruszyć do domu, czy popracujemy. Na metry przed halą, Wafel dostał esemesa: „Pracujecie. Zbiórka Kult Ochrony w garderobie o 19:30. Kierownik ochrony: Maciej Kazana”

– Wracamy do gry Górnik! Wracamy do gry! Kazan szefem, ale damy radę. Będziemy dziś najlepsi. Odkujemy się za krasnale!

Dobrze, że przyszliśmy wcześniej, bo hala była ogromna. Samego wejścia szukaliśmy dobry kwadrans. Urządzenia antyCov były już pomontowane na wejściu, Guma za drugim razem doszedł do perfekcji. Żeby nas nie kusiło, zraszacz nie działał, więc szybko ruszyliśmy za wejściem w lewo, i za drugim słupem wpadliśmy na sklepik. Inny od tego co znaliśmy do tej pory, bo przy sklepiku warował, przywiązany długą smyczą do krzesła, wielki jak tygrys, kiciu.

– Ożesz kurła! A cóż to za stwór? – Wafel się zdziwił nie mniej niż ja sam.

– Kot! Nasz Gromitek. Cześć chłopaki! – przywitał nas Przemek, wsparcie dla Ani na gliwicką sztukę.

– Lubi zjeść, co? – zapytałem, bo sam jestem posiadaczem wielkiego, ale nie aż tak, kota.

– O tak. Najbardziej lubi konia z kopytkami na pikantno. – dodała Ania – Fajnie, że wracacie. Bez was to nie to samo.

– A jak dojść do garderoby?

– Prosto. Prosto tym korytarzem, czternaste drzwi w prawo, mogą się zacinać, to trzeba je kopnąć. Schodami w dół, trzy piętra, potem drzwi środkowe. Korytarzem do końca. Tam jest winda. Winda dwa piętra do góry. Jak wysiądziecie, to w lewo. Na końcu będą schody, nimi do góry, na półpiętro, za drzwiami na półpiętrze w lewo, do końca korytarzem, jakieś dwieście metrów, potem schodami do góry, na końcu schodów, za drzwiami w prawo, przejdziecie przez małą salę, na końcu której są drzwi, a za nimi korytarz, na końcu którego jest winda. Nią na poziom jeden plus, i już jesteście prawie na miejscu. Korytarzem prosto, na rozwidleniu prawo skos, po stu metrach jest hol, w holu środkowe drzwi z napisem „Szatnie”. Wchodzicie i szukacie napisu „Kult Ochrona”. Jak się pospieszycie, za dwadzieścia trzy minuty będziecie na miejscu.

– O ja cię nie pitolę maleńka. Weź mi to narysuj, bo ja już mam dość. A miało być tak pięknie – westchnął Wafel, usiadł na dupie i czekał na szkic trasy.  

Ania rysowała mapkę, Wafel postękiwał, Przemo układał koszulki, a mnie zachciało się pogłaskać Gromitka. Myślałem, że do kotów mam rękę, ale okazało się, że do Gromitków to chyba raczej nie. Ledwo zdążyłem wyciągnąć dłoń z międzynarodowym „kici kici” na ustach, a już mega kot wpił się zębami w moje przedramię.

– Ratunku! Kuuuuurwa! On mnie zjada! Ratunku! – oczy wyszły mi z orbit, choć ręka wcale nie bolała.

– Gromi! Zostaw Goomiego! Zły kotek. Zły! Masz tu smaczka. – kot zastrzygł uszami na głos pańci, ale mnie nie puszczał.

Dopiero na widok wielkiej krowiej kości udowej, mokrej od krwi, z resztkami ścięgien i mięśni, zwolnił ugryz, popatrzył mi w oczy, obrócił się tyłem, podniósł ogon i cichutko fuknął mi w twarz niezbyt pachnąco, po czym dostojnie poszedł do prezentu i zaczął go lizać. Klęczałem zaskoczony, kiedy nadszedł Jasio Staszewski.

– Goomi, wszystko dobrze?

– Tak Jasiula, dobrze. Nawet nieźle.

– To daj zajarać.

– Masz – wyjąłem mu dwa papierosy, z czego jeden na zapas.

– Chodź na dwór.

– Nie mogę, czekamy z Waflem na mapkę, bo musimy znaleźć szatnię. Za trzydzieści minut zbiórka.

– Mapkę? A po co? To nie daleko.

– Taaaa. A pamiętasz drogę? – Wafel patrzył na to co rysowała Ania i cierpiał bardzo.

– Pamiętam. Przed głównym wejściem w prawo i pierwsze drzwi są do nas. No chodź Goomi, zajaramy.

– O rany, zapomniałam o skrócie. No tak. Jasio ma rację. Z zewnątrz bliżej.

Po tych słowach coś jebło. Ale tak straszliwie. To załamany Wafel przybił przysłowiowego wkręta w stole czołem. Po blacie rozlała się dostojnie stróżka krwi. Z Waflowej głowy. Podobno na trzeźwo to pierwszy raz mu się zdarzyło, w jego dość długim życiu.

Dzięki Jasiuli, w garderobie byliśmy po pięciu minutach. W szatni panowała wyjątkowa mobilizacja. Maciek robił odprawę połączoną z rozgrzewką, sekcja dęta grzała trąby, Tomek Ghoes rozgrzewał nadgarstki, Kazik rozśpiewywał wokal, a Irek i Morawka drzemali, bo byli takimi rutyniarzami, że mogli by grać nawet bez strun. Nagle w tę sielskość i anielskość wkroczył Pewu z organizatorem.

– Proszę o uwagę. Wszystko musi odbyć się punktualnie. O dwudziestej czwartej musimy zwolnić arenę. Kazik damy radę?

– Jak trzeba, to trzeba. A czemu?

– Jutro jest Galaktyczna Gala Disco Polo pod dyrekcją grupy Bayern Full – wyjaśniał organizator – Będzie transmisja na cały świat, a materiały z tego wydarzenia zostaną wyniesione na orbitę kosmiczną przez Samuela Elona Maska, którego babka była pierwszą czarnoskórą pieśniarką nurtu disko polo na plantacjach bawełny w Arizonie.

– O kurwa! – wyrwało się Gumie.

– Kulwa! A kto zna takie gówno jak Bayern Full? – zaskoczył wszystkich Daro.

Spojrzeliśmy po sobie i na trzy wybuchnęliśmy takim śmiechem, że organizator pobladł. Nikt, ale to nikt nie słyszał nigdy o takim zespole. Prawie nikt, bo nagle na stole stanął Kozi i nieśmiało zaintonował:

– Majteczki w kropeczki, ło ho ho ho…

Na to obudził się Jeżyk, złapał za bas i ściął Koziego przy kostkach zgrabnym ruchem gitary, coś jakby ścinał wielkim mieczem głowy niewiernych w Ogniem i mieczem. Zamurowało nas, a Irek już stał nad Kozim wściekły:

– To miała być tajemnica Kozi! Ta je mni ca kurde! Wszyscy muszą wiedzieć jak się noszę pod spodniami? Coooo?!

Kozi, leżący pod stołem, spojrzał tylko smutnym wzrokiem ściętego psa i wymamrotał:

– Kurwa. Wy nic nie rozumiecie. Ho ho ho. Ho.

Wyszliśmy pięć minut przed czasem, żeby się wyrobić w przewidzianym czasie, a i tak Kazik błagał Ghoesa, żeby ciut szybciej nabijał.

– Tomek, przyspiesz, zwiększ tempo tak o piętnaście procent. Wtedy nie będziemy musieli nic ciąć, a wiesz, że to szczególny koncert, bo największa sala i te sprawy.

– Damy radę. Szybciej nabiję, szybciej będę w hotelu. Mnie nie musisz tłumaczyć. Im powiedz – i wskazał na Morawkę i Jeżynę, którzy przebierali paluchami w powietrzu i co chwilę, stękali coś jak: kurwa, no nie kurwa, o kurwa. – A ty jak zaśpiewasz szybką wersję „Młodych wioślarzy”? To, to chyba zagramy po staremu.

– Przyspiesz! Dam z przepony jednym ciągiem. To pierwszy kawałek. Przyspiesz.

Kiedy stanąłem pod sceną, nogi mi zmiękły. Arena wyglądała jak wnętrze potężnego statku kosmicznego, jak jakieś jebane nju fjuczer, którego nie widziałem nawet w filmach fantastycznych. A kiedy na sekundy przed wejściem na scenę zespołu, z góry zjechała platforma foto, wypełniona naszymi znajomymi, Kasią, Magdą, Przemkiem oraz innymi, mało nie popuściłem w spodenki. Platforma była wielkim dronem, który cichuteńko i z wielką gracją unosił się a to po lewej, a to po prawej, a to na środku sceny. Niżej, wyżej, pod skosem.  Obsługujący aparaty byli dodatkowo przypięci pasami do platformy, bo jakby ktoś wypadł, to miał się nie zabić. Aparaty przyspawano im do dłoni, żeby ludziom łbów nie porozwalały. Kazana ustawił nas według wzrostu i przypomniał co mamy robić:

– Jeśli! Jeśli ktoś poleci, łapać. Nie macać! Tylko łapać. I żeby mi nikt, ale to nikt nie spadł na glebę, bo wtedy nawet nie chcę mówić co mu zrobię. – mówiąc to patrzył mi w pępek, bo wzrostu to nie jest kolega słusznego.

Jak odszedł, oparłem się o scenę i nagle poczułem na swoim ramieniu but. Nawet przez maskę poczułem czyj to but, ale dla pewności popatrzyłem do góry, w lewo i zobaczyłem, że sam Mistrz oparł się na mnie i wyszeptał:

– A teraz słuchaj jak to się robi!

I polecieli. Najszybszą wersję „Piosenki młodych wioślarzy” jaką kiedykolwiek słyszałem:

–   OjjojjojjojjojjojjojjojojjojjojjojjojjojjojojjojjojjojjojjojjojjojojjojjojjojjojjojjojJawidziałemtak wielutrzymałosięzaręcemówiąjeślisięzgodzimytymożeszzostaćtutylkojedenznasmożetuzostatoniebędzieszTyAjaniechcęstądodchodzićniechcęsmucićsięIwidziałemtakwielustałowokółdrzewaKtórektórektórektórektórewysokiejakpalAjabardzotaktakbardzobardzochciałbymwierzywsiebieCzymuszęstądodchodzićczymuszęsmucićsię …

Wszystko poszło na jednym wdechu i jednym wydechu. Publika ochujała jak i my wszyscy. Mistrz zrobił szoł o jakim świat nie słyszał, a wszystko to odbyło się z butem na moim ramieniu.

W ogóle, to publika była rozmieszczona bardzo rzadko. Każdy stał w kwadracie dwa na dwa metry, a ci na trybunach siedzieli co trzecie miejsce. A tak było narodu kilka koła. Latania nie było, więc nasze zainteresowanie wzbudził pogujący Shreku. Biegał pomiędzy stojącymi w swoich sektorach ludźmi jak goniec po szachownicy. Takiego Shreka nie znałem, ale Guma mi szepnął, że kolega miał sześć litrów wiśniówki dla nas, a ponieważ go z nią nie wpuszczono, wypił wszystko duszkiem i oszalał. Na wiśniowo! Próbował nawet przelecieć na naszą stronę, ale Maciek puścił prąd w barierki i Shreka solidnie pokopało. Wziął więc kurs na trybuny i poszybował w pijacko-prądowym widzie przed siebie.

W połowie koncertu na przysceniu zapanowało zamieszanie, raz, że Kajetanowi nie podobało się brzmienie Ghoesowej centrali, a dwa, że obok sceny stała zapłakana Ania i wymachiwała rękami.

– Stop orkiestra! – zatrzymał maszynę Kazik i ruszył do zapłakanej koleżanki, po czym jej wysłuchał, obtarł jej łzy i zaprosił ją do mikrofonu.

– Ludzie! Bo Gromitek zginął. To kotek! – „kotek” pomyślałem, bo w głowie miałem świeżo jak Gromi miał całe moje przedramię w pysku – popatrzcie dookoła, może kręci się gdzieś koło was. Błagam!

Ktoś zapiszczał, ktoś krzyknął „kici kici” i ogólnie zrobiło się spore zamieszanie. Każdy szukał kota. Nawet Kult Ochrona, bo Kozi latał pomiędzy nami i zaglądał nam w majtki. Minuty mijały, kiedy nagle ze sceny usłyszeliśmy przerażające:

– Matkoboskoojacieniepierdole! Tygrs!

Popatrzyłem się za siebie i zobaczyłem bladego jak dupa murzyna Kajetana Aronia, kultowego realizatora dźwięku. Wskoczyłem na scenę, odpaliłem latarkę w telefonie i oświetliłem centralę. Prawie całą wypełniał zwinięty w kłębek kot.

– Ania! Gromnik tu jest! Ania! – krzyczałem z podniecenia.

– Jezusie Nazarejski. On mi koc zjadł. Mój koc do wypełniania bębna. – przeraził się Tomek, bo centralę, dla uzyskania lepszego efektu, wypełniał kocem z owczej wełny – wyciągnijcie go!

Gromitek pomimo próśb i gróźb wylezie nie chciał. A może się zaklinował?

– Posuńcie się, ja mam rękę do zwierząt! – Bartek przepchnął się przed wszystkich – Bociek, trzymaj bęben!

Klęknął przed centralą, włożył łapę do środka, żeby kota złapać za kark, ale kot się wywinął i ręka Esa utkwiła w paszczy kota.

– O ty jebaniutki! Tak do ludzi? – powiedział, po czym ryknął jak lew, kot wybałuszył gały, zwolnił ucisk na ręce, która po łokieć była w jego trzewiach, wtedy Bartek szarpnął i wyszarpał nadtrawiony, oślizgły od soków trawiennych zwierza koc.

Koc odrzucił Ghoesowi na kolana, i widząc, że kot jest skołowany jak pies w ruinach, złapał go za kark i wywlekł na zewnątrz. Ania odebrała zgubę i na mocno ugiętych nogach wyniosła go ze sceny. Mogliśmy dalej grać, choć przez to całe zamieszanie, dwie piosenki musiały odpaść. Z tego też powodu przerwy pomiędzy bisami nie było i wszystko poleciało ciągiem.

Po wszystkim utkwiliśmy w garderobie, bo raz, że wrażenia z koncertu nas przygniotły, a dwa, Tomek musiał się obmyć ze śliny kociej, którą pokrył się trzymając chwilę koc na kolanach. I znowu do garderoby wparował organizator.

– Ja na sekundkę. Panie Kazimierzu, chciałem przedstawić gościa: oto pan Sławomir „Kropek” Świerzyński, włala! Siedemnaście milionów sprzedanych płyt, najbardziej rozpoznawalny Polak w prowincji Szantung, kreator mody, który wylansował bieliznę kropkowaną, artysta którego piosenki grają tabory cygańskie na górnej części Bugu i baby na targach od Białegostoku po Suwałki! Kojarzy pan, panie Kaziku?

– Nieeee. Kompletnie nieee – odpowiadał Mistrz regulując głośność w aparacie słuchowym, kiedy zza organizatorskich pleców wylazł on, cały na biało, Kropek.

– Znakomity koncert! Znakomity! Pierwszy raz na żywca widziałem, bo my tu jutro robimy wielkie szoł, panowie pewnie słyszeli, taki tam koncert międzygalaktyczny, czy jakoś tak, no tom przy okazji zajrzał, bo znam, śledzę pański zespół i w sumie to ja z propozycją. – nawijał Sławomir, a Kozi w tym czasie z wrażenia zemdlał, bo jako jedyny z nas kojarzył i do tego szanował Kropka. – Bo ja z propozycją wychodzę. Podczas koncertu wymyśliłem utwór, który moglibyśmy wykonać w duecie. Taki świąteczny, patriotyczny, Jacek Kurski by pieniądz wyłożył, ja bym Chińczyka namówił, żeby rynek skośnych podbić, no to co? Wchodzisz pan panie Staszczyk w to?

– Staszewski – poprawił Kazo, a Kropek się zaczerwienił – a co to za piosenka?

– Piękna! Ponadczasowa, szłoby to tak: „ Bo wszyscy muzycy to jedna rodzina. Basista, gitarzysta, śpiewająca dziewczyna!”. Zaiks by to kupił jako hymn branżowy. I co pan powie? Robimy biznes?

– No nie wiem. Musze pomyśleć. Po trasie dam znać. Proszę napisać do mojego menagera.

– Znakomicie! To ja nie przeszkadzam, jutro i my do roboty, choć dzień boży. Do widzenia! – i wyszedł, żeby po sekundzie wrócić, rozejrzeć się po wszystkich, i wskazując na Wojtka wypalił:

 – A ty sobie te bałałajkę byś nastroił, bo uszy pękają.

Po godzinie, zaszokowani przygodami z całego dnia rozeszliśmy się do pokoi i obyło się nawet bez ekscesów, jeśli nie liczyć wyrzuconego telewizora, na którego ekranie leciała reklama Bayern NaFull, tego niemieckiego zespołu metalowego z Robertem Lewandowskim na wokalu, zalanego piętra, bo woda była za słona w Koziego pokoju i kilku pomniejszych historii. To by było na tyle, jeśli idzie o Gliwice. Teraz lecę do domu, bo mam jakieś nagranie dla Kroniki Nowohuckiej zrobić, więc pora zejść na ziemię. Czego wam i piszącemu życzę z całej wątroby! No i do zobaczenia w Świebodzicach i Krakowie!

7. 12.11.20 Wrocław Trasa Pomarańczowa Covid 7

Koncert we Wrocławiu przeniesiono do Hali Ludowej, ze względów gabarytowych. Po prostu można było wpuścić więcej osób niż na A2, oraz tak ich porozstawiać, żeby były odległości zachowane jak najdokładniej. A i nasze aktualne antycowidowe ustrojstwa łatwiej było pomontować na hali większej. Publiczność, jak to publiczność – połowa jęczała, że chujowo, a połowa, że fajowo. Żeby tych pierwszych udobruchać, Kazik nagrał zapowiedź, i poinformował, że na tym koncercie, zespół wykona po raz pierwszy płytę z Polanrocku. I to płytę CD! Granie płyt analogowych okazało się orką na ugorze, bo jak Pierdziawa, szef SP Records, sprawdził – na każdym kolorze utwory są takie same, no i to co czułem w Poznaniu, nabrało innego sensu. Że też nikt się nie kapnął. Chyba to dlatego, że ciągle szybko i szybko. A szybko to Kubica może wypadek zrobić. W sztuce tak się nie da.

Do hotelu już nie jechałem, bo ochraniaczom Kultu, doszło montowanie ustrojst na wirusa. Cieszyłem się, bo była szansa postać przed zraszaczem, ale oczywiście ktoś czuwał nad wszystkim, i płyn z Orlenu miał być podłączony dopiero w ostatniej chwili. Jak szeptano w kuluarach, żebyśmy my, niepijący, abstynenci bez mała z Kult Ochrony nie wypili. Chwilę nam to wszystko zeszło, bo najpierw wszystko zamontowaliśmy, ale Guma, który kierował montażem, już po wszystkim, kapnął się, że ma plany instalacji do góry nogami, więc musieliśmy wszystko rozmontować, Guma obrócił mapy, i zamontowaliśmy jeszcze raz. Już dobrze.  Z doświadczenia wiem, że jakbyśmy po kubku płynu strzelili, to do takich wpadek by nie doszło.

Sam koncert był, ze strony zespołu znakomity. Odgrywanie płyty CD szło im lepiej niż analogów, szczególnie niebieskiego. Kazik zabawiał publiczność opowieściami z życia mieszkańców Republiki Południowej Afryki, dzięki czemu Mariusz MechaGodzinna miał czas na poukładanie sobie nut, które mu w szatni, dla zabawy pozmieniał Jasiu Zdun, po którym nikt by się takich zgrywów nie spodziewał.

– Cicha woda nuty rwie – zanucił mi Guma do ucha.

– Ucha cha! – odparłem, po czym złapałem Gumę pod łokieć i zatańczyliśmy krzesanego, ku uciesze gawiedzi. Z tym, że ci niezadowoleni z przenosin obrzucili nas kubkami z piwem. Hołota.

To podniosło nam ciśnienie, a tym co mieli, to nawet adrenalinę. A kiedy zobaczyliśmy jak pani panu zdziera maskę z twarzy i ucieka, to zaświeciły nam się oczka jak wilkom, kiedy poczują krew. Pierwszy ruszył Daro, za nim wywrócił się Kozi, Bartek chciał przez barierki ruszyć, ale zaczepił się o jakiś element i wisiał głową w dół, Cytryn nic nie widział, bo mu okulary zaparowały, a ja z Gumą wylewaliśmy sobie piwo z butów. Darek nie miał szans w pojedynkę, wiec tylko szedł i groził wszystkim surowymi konsekwencjami, na co ktoś zareagował śmiechem i został wyproszony, choć próbował udowodnić, że się nie śmiał, a nawet jeśli, to miał maseczkę i kto mu to udowodni. Wtedy stanął przed nim Wafel i odpalił termowizor, na którym ciepło w okolicach głowy przypominało coś jakby śmiech przez łzy. Wyrzuconego zamurowało i tylko coś odbąknął o prawniku, wolnych sądach i pozwie, za co dostał jeszcze kopa w pupę od miejscowej bramki.

Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że byli Kult Turyści. Widziałem Ptaka cień, Pancernego, Igora, byli Woźni, a Pan Woźny to chyba lekko już świecił, bo mu termos z uranem podobno przepuszcza. Byli silni poznańscy pielgrzymi: Kazio, Marek, Wujo Artur, był Hubert, Piotrek, Ania, Pati, Państwo Ciesielscy oraz, ze starego forum był też Chodi, który wystąpił w pięknym szalu z szynszyla, który kupił za bezcen, bo szynszyle, z powodów cowidowych w Dani wybili i cena poleciała na łeb, na szyję.

Po wszystkim, a zespół bisował trzy razy, bo płyta się raz zacięła, jak zażartował Wojtek, a to tylko klawisz Konradowi się zblokował, ten od G, popakowaliśmy urządzenia, za co pozwolono nam dopić resztki płynu ze zraszacza. Zawsze to coś, po tak ciężkiej robocie. Aha i jeszcze sklepik. Stoisko było za blisko tych antykowidowych nagrzewnic i Morawiec ze Zdunkiem zaczęli spływać z gorąca, Kazik się zlał z Irkiem, A Ghoesowi wyparował odwłok. Przed Gliwicami mieliśmy nauczkę, żeby się bardziej starać i dbać też o sklepik , a nie tylko o Anię.

W hotelu dostałem pokój z Cytrynem i Esem, tak zwany trójkątowy, jednołóżkowy. Nigdy w takim nie byłem, i nawet takiego nie znałem. Okazało się, że był to super hiper ekstrawagancki pokój dla par, którym nadeszła ochota na doczepkę, czyli trzeciego do tysiąca, jak wytłumaczył mrugając okiem wydawacz kluczy. Poskładałem wszystko do kupy już w pokoju. Łóżko było wielkie i miało jedną wielką kołdrę. Dlatego miętkiej gry być nie mogło, i Bartek z Arkiem poszli spać na podłogę, bo zastosowałem zjawisko fali, znane z jednostek wojskowych w czasach późnej komuny. Coś jak w wojsku. Wicie – rozumicie. I to było tego dnia na tyle.    

Dzień przerwy pomiędzy koncertem wrocławskim a gliwickim postanowiliśmy spędzić we Wrocławiu. Nikomu nie opłacało, i za bardzo nie chciało się wracać do domu. W końcu trasa w tym roku była tak krótka, że chcieliśmy nacieszyć się swoją obecnością. Zespół wynajął sobie w hotelu salę, bo Irek Wereński i Morawka nie byli zadowoleni z tego jak zabrzmiały kawałki z niebieskiego analogu na poznańskim koncercie i chcieli je doćwiczyć, żeby były takie jak na czarnym. Technika i ochrona miały więc dzień tylko dla siebie. A Kajetan miał plan, który przedstawił na śniadaniu.

– Słuchajcie koledzy. Zamiast leżeć moszną i do góry, zagrajmy w grę. Wrocław pełen jest krasnali, i zawsze marzyłem o tym, żeby zobaczyć ich jak najwięcej. Podzielimy się na dwie grupy. Technika i ochrona, i zobaczymy kto znajdzie więcej krasnali.

– Ale nie będzie trzeba łazić kanałami? – zapytał przytomnie Seba, który pomimo tego, że wylał na siebie od wczoraj litr Brutala, dalej nie pachniał fiołkami.

– Wszystkie chwyty dozwolone! Ale jak nie chcesz, to nie musisz.

– To ja też kanały odpuszczę! – dopowiedział Piękny Roman.

– To co ochroniarskie sieroty? Wchodzicie w to?

Wafel aż pompki, które zawsze robi przed śniadaniem na jadalni, przestał robić, i w pół pompce zatrzymany odpowiedział:

– Proste. Już po was. Kto przegrywa stawia. Odnalezione krasnale będziemy fotografować i oznaczać sprejem. Wy będziecie malować dwie błyskawice a my znak KOW?

– A co to KOW? – zapytał przeżuwając jajo na twardo Guma.

– Kult Ochrona Walcząca.- odszyfrował skrót Wafel i odsłonił klatkę piersiową, na której lśnił nowy tatuaż, małego powstańca z twarzą Wafla.

Zamurowało nas, a Ania Kulpińska zemdlała, bo zamarzyło jej się stoisko koszulek z takim wzorem.

Wyjście ustaliliśmy na godzinę jedenastą, a na dziesiątą Wafel ustalił zebranie u nas w pokoju, czyli u mnie Esa i Cytryna.

– Górniak, masz kluczyki od busa? Wczoraj jeździłeś furmanką Romana.

– Mam. Aboco? – odpowiedziałem Waflowi.

– Abojajco. Zabierz ze sobą. O jedenastej zbiórka na dole. Kajetan wymyślił, ze jedziemy w dwie różne strony i walczymy w poszukiwanie tych karłów.

– Jakich karłów? – zapytał Esu.

– Srakich. Nie wiesz co to są krasnoludki?

– Takie karły z kosmosu? Takie Ufolódki.

– Trzymajcie mnie, bo mu jebnę. – Wafel się wściekł nie nażarty, bo śniadanie mu nie podeszło.

– Bartek, takie! – próbowałem temat poprostować i pokazałem mu zdjęcie Jeżyka.

– Jeżyk ma swoje pomniki? – kolega nic nie zakumał.

– Wynocha. Daro i Kozi zostają. Reszta won. Wyjaśnij temu przerośniętemu górnikowi o co chodzi Górnik.

– Dobra, dobra. Idziemy.

I poszliśmy do pokoju. Nawet Cytryn Esowi tłumaczył co i jak, i to też nie pomagało. Bartek nie znał bajek w których występowały krasnoludki. W ogóle to od dziecka rodzice czytali mu tylko „Przerwaną dekadę Edwarda Gierka”. Była to jego jedyna i najulubieńsza lektura, na bazie której uczył się czytać, myśleć i żyć. Krasnoludków nie było tam wcale. Zaczęliśmy więc od podstaw i na laptopie odpaliliśmy „ Królewnę i siedmiu krasnoludków”  w wersji pornograficznej. I wtedy bramy umysłu się otwarły i coś zaczęło do mojego przyjaciela docierać.

O jedenastej spotkaliśmy się dwoma grupami. Ochrona i technika, w składzie: Esu, Cytryn, Daro, Wafel, Kozi – czyli my, i oni – Kajetan, Seba, Jasio, Przystojny Roman oraz Krzyś. Guma został, bo liczył ,że coś zagra na próbie a potem na koncercie, a Dżolo powiedział, że krasnoludki to mu mogą i te sprawy, i poszedł na miasto zakochać się Wrocławiem.

– Zasady znacie. Jedziecie na wschód, my na zachód. Pięć przystanków. I szukamy krasnali. – powiedział Kajetan, bo to on znał przepisy tej gry.

– Zaraz. A czemu my na wschód? Pewnie tam mniej krasnali, co? – zapytał Wafel.

– Nie wiem. Nie znam rozkładu.

– Skoro nie znasz, to my jedziemy na zachód, panie akustyczny.

– To może rzucimy monetą? – Kajetan coś blefował, jak w pokerze.

– Nie. My na zachód albo nie gramy.

– No dobra. Papier, nożyce, kamień?

– A lunąć ci? My zachód, wy wschód, Putiny ze wsi.

– No, no. Tylko bez takich mi tu. – Seba się zjeżył. – Chodźmy Kajtek.

I poszli. Mieszkaliśmy w centrum, blisko dworca. Pierwszy przyjechał tramwaj ich. Wsiedli i pojechali, nawet nam nie machając na pożegnanie.

– Krasnal ich jebał brodą – westchnął Kozi i się uśmiechnął do Darka.

– Chłopaki. Nigdzie nie jedziemy. – odpowiedział uśmiechem Wafel.

– Ale jak to? A reguły? – zdziwił się Cytryn.

– Leguły są dla słabych, powiedz im Wafel.

– Dokładnie. Najwięcej krasnali jest tutaj, w okolicy. Więc po co jechać? Mało tego. Weźmiemy busa i je pozbieramy! I zwieziemy do mojego pokoju. Będę królem Wrocławskich Krasnali!

„Geniusz” pomyślałem. Prawdziwie genialny geniusz. Miał chłop łeb. Nie ma co. Ale ja miałem kluczyki.

– To niesprawiedliwe. Tak się nie robi. To nasi przyjaciele. No i jak tak kraść te małe stworki. Serca nie masz. Nie dam kluczy!

– Zamknij się Górnik. To zabawa. Ale z tych, które trzeba wygrać. Rano krasnale oddamy. 

Uległem. Pierwsze cztery wyrwaliśmy z okolic hotelu i zanieśliśmy pod busa. Jak je pakowaliśmy, to Bartek z Cytrynem przywlekli te postaci, które stały przy Świdnickiej. Na szczęście tylko siedem, bo reszta była po drugiej stronie. Wafel wybuchnął jak bomba jądrowo – neutronowa.

– Co wy tu debile wleczecie? To są kurwa krasnoludki?

– Chyba – zaskoczony Esu nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył.

– To jest ewolucja. Od człowieka do krasnala. – Cytryn zaczął tłumaczyć coś mętnie – Stąd postanowiliśmy i to zabrać, a także zaliczyć punktowo każdą rzeźbę razy sześć. Legenda mówi…

– Gówno mnie obchodzą legendy. To są krasnale. Malutkie. Lekkie. Brodate. Kochane. A to to. To to nawet brody nie ma! – pokazał na nasze figury i na te, które chłopcy przywlekli.

– Ale w tym filmie co mi tata pokazał…

– Nie komplikuj. Zanieście to z powrotem – zakończyłem temat.

Cytryn zrobił „phi”, poczym złapał rzeźbę kobiety w kroku i demonstracyjnie ruszył oddać ludzi i pół ludzi na miejsce.

Koło godziny szesnastej mieliśmy w pokoju Wafla siedemdziesiąt krasnali, dwadzieścia u Gumy i Darka i dwa na moim trzyosobowym łóżku, bo z krasnalami spać mogę, ale z żywymi chłopakami to już nie bardzo. Kiedy drzemałem przed ogłoszeniem wyników, do naszego pokoju wpadł Kajetan.

– Goomi. Co to jest?

– Gdzie? A to! – popatrzyłem w lewo i wprawo, na wystające spod kołdy łepki krasnali – Bartuś i Aruś. Moi współspacze!

– Skąd to masz? Nie tak się umawialiśmy.

– Wiem. Wiem. Wiem. Ale nasz dowódca Wafel zmienił lekko zasady i nie miałem nic a nic do powiedzenia. Zrozum. A wy ile znaleźliście?

– Dwa mniej niż wy. Ale my te pięć przystanków przejechaliśmy. Szkoda słów. Idę z tym oszustem porozmawiać.

Daleko nie miał, bo Wafel mieszkał po lewej naprzeciw nas. Nie minęła minuta, kiedy z korytarza rozległ się wrzask, potem krzyk, potem o kurwa, a potem zbiegli się wszyscy którzy na naszym piętrze mieszkali, a byli akurat w pokojach. Wstałem więc i ja. Widok był dziwny. Z pokoju Wafla wylewały się krasnale, aż pomiędzy nimi ukazał się Wafel ze sztuczną czarną brodą.

– Już otwieram – powiedział i wtedy nas zobaczył. – No i co? Jestem królem wrocławskich krasnali. Zawsze nim byłem.

Nikt nic już nie powiedział. Tylko Wieteska kazał nam wszystko zanieść na miejsce zanim ktoś zgłosi kradzież. I że porozmawiamy jak Kazik wróci, bo jest obecnie na tajemnym koncercie Marcina Świetlickiego, w miejscu nikomu nie znanym.

– I lepiej, żebyście to zrobili zanim mistrz wróci, bo nawet nie chce myśleć, co może się stać. Taki wstyd.

Do północy posprzątaliśmy wszystko. Może nie wszystkie krasnale wróciły na swoje  miejsce, ale czy to ma znaczenie? W końcu sztuka jest sztuka, a te się zgadzały!

Przed Gliwicami formacja Kult Ochrony nie została rozwiązana, ani nawet zawieszona. Chyba za duży koncert nadchodził, żeby nas likwidować. A poza tym wszystko odbyło się poza godzinami pracy i to zadecydowało o karze. Ale jaka ona miała być, dyrekcja postanowiła nam ogłosić przed wyjazdem. No to do jutra. Pożyjemy, zobaczymy.

6. 11.11.20 Poznań Trasa Pomarańczowa Covid 6

Poznania o mały włos nie przegapiłem. Po prostu, jak to u mnie bywa, poprzekręcałem sobie dni, daty i wydarzenia. Datę koncertu Kultu w Poznaniu wyryłem sobie w resztkach mózgu na dzień dwunasty listopada, bo dzień wcześniej miało być Polish Independence Day i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pracował w ten dzień przy koncercie. Ale czasy są jakie są, więc zrozumiałem, że trzeba, skoro kultowizna wzywa. Ale zanim ruszyłem, musiałem się wydostać z Przybysławic. Bo kto czytał ostatni odcinek, ten wie, że po odebraniu wiadomości od Grudzianki i Diduchny usnąłem ponownie. Najbliżsi mi towarzysze: technika i Esu pojechali rano, a pozostali pewnie pomyśleli, że ja też pojechałem, jak zwykle bez pożegnania, kiedy ja zapadłem w sen prawie zimowy. Obudziłem się jak już było ciemno, bo właśnie pies mi mordę lizał. Dobrze, że Borys – pies gospodarza Jarosława mnie odnalazł, bo do Poznania bym nie dotarł za Chiny Lutowe.

Spojrzałem na zegarek i wskazówki stanęły mi dęba, albo może włosy? Nie ważne. Było późno a ja nie miałem planu jak dostać się do domu, żeby się oprać, przepakować i uzyskać błogosławieństwo od Notorycznej Narzeczonej na kolejne, tym razem cztery dni trasy. Spałem ubrany, to jedno mi odpadło. Poza tym śniadanie zjadłem na kolację, obiad mi się śnił, a naszybszy transport to teraz ma mleko. I kolej wąskotorowa. Zbiegłem po schodach jak ekspres na Koluszki prosto do sali barowej.

– Jarosław! Gómiego zbaw! Ja muszę do domu. Po jutrze Poznań, robota wzywa!

– Chyba jutro. Kazik mówił, że jedenastego.

– Nie możliwe. – mówiłem odpalając internet w komórce. Jarek miał rację a ja miałem coraz mniej czasu – Gospodarzu, poratujcie! Jak mi Bóg miły, dni mi się poplątały, jestem zatem w białej dupie. Muszę do dom!

– A drezyną kiedyś jechałeś? Bo tak sobie myślę, że jak bym cię drezyną podrzucił do Klimontowa, to zabierzesz się z organistą, co na mszy gra o osiemnastej, do Tarnobrzega, a stamtąd masz busa po dwudziestej pierwszej. Prosto do Krakowa. Pasuje?

– Królu złoty! Zróbmy to.

I zrobiliśmy. Ale co ja się na tej drezynie namęczyłem, żeby te kilka kilometrów zrobić, to moje. Ale udało się. Jarosławie! Nigdy ci tego nie zapomnę, bo jakby ciebie nie było, w gruzy by wszystko runęło. Następnie przez Tarnobrzeg gnałem na Hutę, na Oświecenia. W domu byłem po północy.

– A ciebie to już do reszty powaliło? Telefonów nie odbierasz, znaku życia nie dajesz. Tylko Kazik i Kazik, A weź się ożeń z tym Kazikiem. W domu byś coś zrobił. Instalację solarną byś na balkonie zrobił. Sąsiad na dole to nawet dżakuzję ma. A my co? Tylko koncerty i koncerty. Nawet na zmywarkę cię nie stać. Gary to już w wannie ci składam, bo ze zlewu wypadają. A mogłam se wziąć geologa. Tylu kawalerów do mnie zachodziło, a ja się na takiego głupka nabrałam.

– No już. Przestań. Gary zaraz pomyję. Pranie muszę zrobić. Jutro Poznań.

– Jaki znowu Poznań? Jutro miałeś na dupie siedzieć. Rodziców zaprosiłam.

– Daty mi się pomieszały. Wszystko o jeden dzień dałem do tyłu. A jest do przodu. Muszę jechać. Wiesz jak teraz trudno dostać się do Kult Ochrony? Nie mogę tego zaprzepaścić.

– To se jedź. Tylko mi gary pomyj. I się nie tłucz po całej klatce. Sąsiadów pobudzisz.

Znowu się udało. Po raz kolejny moja pasja została oceniona pozytywnie. Jeszcze tylko gary, pranie i chyba nawet się spać nie położę, bo pociąg mam po szóstej – ogarnąłem plan z grubsza i ruszyłem z robotą. Po czwartej wyciągałem to co wcześniej uprałem, z piekarnika, bo nie mamy w domu suszarki, a mokrego nie mogłem zabrać, żeby mi w torbie nie zgniło. Na dworcu byłem na dwa kwadranse przed godziną odjazdu składu na Poznań. A tam sodomia i gomoria. Pociągi miały jakieś kolosalne opóźnienia. Tory w całej Polsce były poblokowane przez Strajk Kobiet. I tak miało być przez cały dzień, na złość tym, którzy chcieli pojechać na zabroniony, z powodu kowida, Marsz Niepodległości. Akcja, której przedziwną, acz intrygującą nazwę, uroczyście nadała Marta Lampart, „Maciory na tory” trwała w najlepsze. Tym samym mogłem zapomnieć o koncercie. Jakby wszystkich nieszczęść było za mało, padła mi komórka. I ta w mózgu i ta do dzwonienia.

„Los się musi odmienić” zanuciłem pod nosem i stało się. Wpadłem na budkę z preclami.

– A łobuz to co taki nieokrzesany? – zapytała starowinka prowadząca tę franczyzę.

– A przepraszam. Do Poznania miałem jechać, a tu strajki, blokady, Polska płonie, chyba stanę na balkonie, popatrzeć, jak polska płonie… – znowu wrzucił i się podprogowo tekst mistrza.

– A co łon taki gupi? Samolotem trzeba. Nieba nikt nie zablokuje! Łon chce wyżej i wyżej? Łon ma wielkie ambicje? – zapytała starowinka tekstem jakby mi znanym, a minie wmurowało – Co się dziwisz jak kardynał? Leć chłopaku. Leć!

– A polecę! – odparłem – Dziękować! Tak zrobię! Samolotem. Przecież.

Po trzydziestu minutach byłem już na lotnisku. Prawie pustym, bo z powodu kowida, lotnisko działało na pół gwizdka. Szybko zlokalizowałem punkt informacyjny, żeby dowiedzieć się kiedy odchodzi najbliższy naddźwiękowy do Poznania.

– A najbliższy to  w ostatni czwartek miesiąca, a to będzie… – powiedziała pani w budce, która trochę przypominała dziób Boeinga 707.

– Za późno, ja muszę być dziś o siedemnastej, najpóźniej, na Ławnicy – chciałem błysnąć znajomością lotnisk w kraju.

– Nie ma. Mówiłam. Chyba, że z przesiadką. Może być? Z godzinę startuje Berlin, opóźniony z wczoraj, bo musieli dezynfekować. Wirusy to były na nim jak chomiki. W Berlinie złapiesz pan ten południowy na Gdańsk, z lądowaniem na żądanie w Poznaniu. Tylko nacisnąć, że będzie wysiadał, bo inaczej poleci na Gdańsk.

– Pasuje! Kochana pasuje i przez Berlin. Byle ku słońcu, ku niebu, na zachód na wschód, pierwszy dzień ku poznania wrót! – zakwiliłem i poleciałem kupować bilety.

W Berlinie miałem godzinę z okładem, postanowiłem więc, zapewne nieco ryzykownie i mało odpowiedzialnie, naładować sobie telefon niemieckim prądem. Nigdy w Niemczech nie byłem, więc mogłem spodziewać się najgorszego, ale niestety, nawet telefon się naładował jak trzeba. Na minuty przed startem zadzwonił Marek, czy ja już na miejscu.

– A gdzie tam. Berlin zaraz będę mijał.

– Berlin? A to ty nie z Krakowa jedziesz?

– Jakie jedziesz. Lecę. Kolej stoi poblokowana. To lecę.

– To może cię odebrać? Ławica?

– A nie. Ławicy żadnej nie widzę. W sumie to w kiblu jestem. – odpowiedziałem szczerze jak na spowiedzi w krakowskiej kurii.

– Czy odebrać cię na lotnisku w Poznaniu pytam? – Marek mi ułatwiał jak umiał najlepiej.

– Jak możesz, to chętnie. I kup mi kaczora na wynos, bez krwawicy tym razem i marsjańskie rogale.

– A Marcińskie mogą być?

– W ostateczności tak. Niech stracę.

Zanim wystartowałem, zakupiłem znajomej z Warszawy, miłej Hellenium romansidło po niemiecku, i taki mały zestaw: płaszcz i szpadę, żeby można było zrobić sobie teatrzyk domowy o miłości, pojedynkach w warunkach domowych. W Polsce takich nie ma, więc prezent będzie jak znalazł. Nawet po starcie próbowałem coś poczytać, ale po początkowym: heine hoch maj libe Katia, reszta już nie była dla mnie zrozumiała. No to drzemnąłem się, korzystając z tego, że miałem do dyspozycji trzy fotele, bo Niemiec z kulawą nogą nie leciał na jedenastego jedenastego do kraju sąsiada, żeby nie prowokować w dniu święta niepodległości niezbyt lubianym językiem. Chociaż czy w Gdańsku to komuś przeszkadza? Nie wiem.

– Przepraszam, kiedy będziemy na poznańskiej mgławicy? – zapytałem po przebudzeniu uroczej stewardesy.

– Was is das poznanska mglawica? Nicht ferszejent. – odparła z uroczym uśmiechem, odsłaniając przy okazji piękne zęby, oraz wielki biust, który wyglądał jak dwa potężne arbuzy, a na jednym z nich, dam sobie mosznę przyciąć, widziałem dwa czerwone pioruny.

– Du ju spik inglese? – nie dawałem za wygraną, bo na kwadrans przed miałem nacisnąć lądowanie na żądanie.

– Niet. Mejby pogawarim w ruskom jazykie?

– Da. Ja chaciu znat, skolka minut do Poznań. Ja chaciu prosit o posadku.

– Dwadcat minut. Dawaj paznakomimsja. Maja familia Helga, maj zawód Kloss.

– Tomasz Gomolka. Ty zdiełasz dla mienia posadku? Na mgławicy?

– Dla tebia wsio Tomas. Ty takij haroszyj i priekrasnyj mużcina.

Zaczerwieniłem się z lekka. Odparłem, że i ona jest krasiwaja krasawica i żeby mi to lądowanie połapała, i że jak kiedyś będzie w Krakowie, to niech pisze mesengera, to ją na kiełbaski z niebieskiej nyski pod halę zaproszę. I poszła do budki pilota, który po dwóch minutach wypadł z niej jak oparzony.

– A kto będzie lądował w Poznaniu? – zapytał zdenerwowany.

Jako jedyny podniosłem rękę i dumnie odpowiedziałem:

– Ja kapitanie Bomba! – bo tak kapitana przedstawiła stewardesa przed startem.

– To naucz się pan, zanim posadzę maszynę, że poznańskie lotnisko nie nazywa się mgławica, tylko ŁAWICA!  – wrzasnął ostatnie słowo dużymi literami –Ferteszegen? Paniał? Zakumał? Ehhh, ignoranci.

– Paniał. Co pan gienerał taki spięty? Pan z Lao?

– Cham!

– Szynka! A wurst? – zapytałem, bo myślałem, ze to taka gra.

Ale wyglądający trochę jak Konczita kapitan Bomba już nie odpowiedział, za to po pięciu minutach z głośników poszedł sygnał, że będziemy zaraz lądować na Ławicy. Dreszcz emocji postawił mi z wrażenia włosy na przedramionach. Udało się! To co wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Zaraz też pomyślałem o innych, jak oni dotrą. Esu, Cytryn i inni, którzy korzystali z innych środków lokomocji.

Krążyliśmy dobrych kilka minut, bo podobno mgła nad Poznaniem była obfita i Bomba nie mógł trafić w pas. Jak się później okazało, to nie była mgła, tylko kapitanowi zaparowały okulary, co się zdarza, jak lata się w maseczce na paszczy. Na szczęście skapnął się po dłuższej chwili i mogłem, jako jedyny wysiadać. A w sumie to wyskakiwać, bo na przystankach na lądowanie nie podstawia się schodów, a jedynie materace podkłada się pod drzwi. Ale co to dla ochraniacza Kultu? Betka!

W lotniskowym fuaje czekali na mnie miejscowi Kult Turyści, którzy obserwowali moją relację na fejsbuku, dzięki czemu sprawdzili kiedy ląduję i ruszyli z odbiorem. Były Krząściki, Wuja Artur i Marek. Wzruszyłem się bardzo, że tak mnie doceniają i żeby zakryć łzy wzruszenia zaciągnąłem maseczkę na oczy, co spowodowało, że potknąłem się o potykacz „Kocham Lech” i żeby ukryć wypadek, zagrałem sobą, leżąc na glebie, że pocałunkiem witam poznańską ziemię. Teraz to oni się wzruszyli i zaczęli jak na komendę robić relację live na FB. Po przedstawieniu ustaliliśmy, że pojadę z Markiem, bo nawiózł mi kaczora na gorąco i rogali.

– Maro, jeśli było by przy drodze, to chciałbym zatrzymać się na chwilę pod stadionem miejscowego kolejorza. Damy radę?

– Damy. Mamy czas. Marsze i demonstrację krążą wokół rynku, więc miasto jest puste.

I pojechaliśmy. Pod stadionem wysiadłem sam, i zrobiłem to, o co prosił mnie Didi. Wysmarowałem wielkie L  w trójkącie, po czym zrobiłem zdjęcie i wysłałem Blacholowi na wyspę. Teraz mogłem skoncentrować się wyłącznie na sztuce. Z tym, że odpowiedź przyszła na wykonane zadanie szybko: „Brachu, ale czemu trójkąt?”, „A co miało być?”, „Koło. L w kole, okręgu. Ale trójkąt?”. Na tak zadane pytanie nie znałem odpowiedzi. W końcu figura, to figura, a pobazgranie to pobazgranie. Jeśli do tego weźmiemy, że był to trójkąt równoboczny, dwa i pół metra boki mający, to raczej był to wyczyn. Co nie?

Marek wysadził mnie pod halą i pojechał odstawić auto, a ja wlazłem od tej strony gdzie włazi publika. Z trudami, bo nie miałem opaski, ale pokazałem tatuaż Kultu, koszulkę Kult Ochrony i dostałem pięć minut na zorganizowanie opaski, bo na bramie szefował Tomasz z Akwinionu, takiej wsi pod Poznaniem, i nie uwierzył dopóki nie zobaczył. Teraz powinno paść zasadnicze pytanie: ale jak to koncert mógł się odbyć, skoro pandemia, lokdaun i takie tam? Ano kochani. Organizator na polecenie Pewusa zastosował nowoczesną metodę odkażania. I od tego koncertu ta technologia miała jeździć z nami zamiast wizualizacji, bo te, pomimo starań kolegi od nich, chuja robiły wirusowi.

 Primo: temperatura, sekundo: maseczki, tertio: spryskiwacz „AntyCov 4” na wejściu (taki zraszacz na wszystkich zasponsorowany przez Orlen) voto: na sali zawieszone były wielkie grille, które zabijały wszelkie bakterie jakie świat widział. Małe i duże. Podobno jak wysłano projekt Morawieckiemu, to i kota Jarosława zamurowało, jak naród sobie radzi. Zaczęto nawet zastanawiać się, czy zespołu i całej bandy nie odznaczyć medalem Orła Burego, za postępowość kulturalną w tych ciężkich czasach. A kierownictwo nawet Białego Orła, bo kilka medali miano odebrać w kręgach kościelnych, i szkoda żeby się zmarnowały, ktoś rezolutnie pomyślał. Wszystko miało się rozstrzygnąć do koncertu w Gliwicach, największego i najefektowniejszego, bo żeby Cowida dobić, w Gliwicach miały też być pożyczone ognie od Ramstaina, które napędzić miała ropa nierektyfikowana z Orlenu. Nadzieja ludzkości miała kolor pomarańczowy, a my byliśmy w jego jądrze.

Do garderoby wpadłem na miękkich nogach, akurat w chwili alkotestu. Alkomat wskazywał wszystkim pod pół promila, a mnie wyskoczyło półtorej.

– No to mamy problem. Hjuston! Mamy problem – powiedział Morawka – bo ja nic od wczoraj nie piłem.

– Ani ja, ja i ja. – powiedzieli inni i tylko technika milczała, czekając na rozwój sytuacji.

– Dobra. Wszyscy mają to samo, ale Goomi przekroczył zdecydowanie, w takim razie nie robi dziś przy koncercie – powiedział dyrektor generalny Kazimnierz.

– Ale jak to, skoro ja dziś tylko darmowego drinka na trasie Berlin – Gdańsk z lądowaniem na żądanie w Poznaniu wypiłem. To niemożliwe. Ja znakomicie trawię alko! – broniłem swojego horroru, bo wiedziałem co przyjąłem.

I wtedy przypomniałem sobie, że pod zraszaczem Orlenu, zamiast sekundy, stałem ponad minutę, bo mi się torba zblokowała, i zanim mi pomogli, to lało się po mnie, jak  mokrym kurczaku. Postanowiłem działać.

– Mistrzu! Chyba wiem czemu mi wywaliło ponad normę. To zraszacz na wejściu. Misztrz podejdzie ze mną.

Ale mistrz akurat leżał, więc oddelegował miejscowego. Perkusistę Tomka Ghoesa. I poszliśmy razem z menago. Przed wejściem pod zraszacz Tomasz dmuchnął i miał minus zero siedemdziesiąt dwa promila.

– Teraz wejdź proszę – powiedział menago.

– Ale tam jest alkohol! – Tom zaooponował.

– Ale on morduje wirusy. Wejdź proszę. Musimy sprawdzić prawdomówność Goomiego.

– Jestem przeciwko mordowaniu czegokolwiek.

– Albo ty albo wirus albo Goomi! – powiedział zrezygnowany Pewu i perkusista wszedł.

Stał minutę i aż go trzepało, bo alkohol to dla niego największy wróg. Jak wyszedł i go przedmuchaliśmy, miał zero pół na plusie. Pewu spojrzał na mnie, na Ghoesa, który zaczął się uśmiechać jak ja po dobrej bombie, i powiedział patrząc mi w oczy:

– Pracujesz!

Dostałem takiej radości, że tanecznym krokiem pobiegłem się przebierać.

– Pracuję! To zraszacz! Seba! Zraszacz! – wpadłem na Sebę, który w poznaniu robił odsłuchy i jego żonę Kasię, którą wyściskałem i już brałem się do całowania, kiedy coś mnie potężnie odciągnęło od niej.

– Młody, czy ty aby nie przesadzasz? Ściskanie wystarczy łobuzie. – uporządkował mnie Seba.

Do fosy wylazłem jako pierwszy. Radosny i szczęśliwy, w końcu już dwie sztuki mi przepadły. Stanęliśmy jak zawsze, od lewej strony publiki patrząc: Guma, ja, Bartek, Cytryn, Kozi, Daro a po sali kręcił się jako tajny agent Wafel, który miał ewentualne  negatywne emocje gasić w zarodniku, oraz osobą podejrzanym mierzyć temperaturę i robić wymazy z uszu. Chcieliśmy mieć dane odnośnie skuteczności podjętych działań.

Po wejściu na scenę wśród publiki zapanowała dzika euforia, co zapewne było też wynikiem przechodzenia przez zraszacz, w którym większość się specjalnie blokowała, bo piwo sprzedawane było chrzczone i trzeba je było pić przez specjalne rurki, które wyłapywały ewentualne wirusy. Zespół stanął wzruszony owacją i Mistrz przemówił.

– Witaj ukochany Poznaniu! W podzięce za trzy punkty zostawione na Łazienkowskiej i w ramach premiery trzech płyt analogowych z Polandrocka, zagramy wam wszystkie trzy płyty! Zaczynamy od czarnej!

I poszło jak tajfun falą przecudnych dźwięków ze sceny. Było bombastycznie, tylko pod koniec koncertu miałem wrażenie, jakby niektóre kawałki się dublowały, albo nawet troiły mi w uszach. Ale ja to się nie znam i mogłem coś pomieszać. Publika zafascynowana wydarzeniem latała mało, głównie koncentrując się na przeżywaniu w pozycji ziemi ziemia. Kult Turyści dopisali bardzo, ale zauważyłem, że częściej latali pod zraszacz, niż pod scenę. Poza Hubertem Szperną, który podczas ósmego przelotu wziął i zginął. Naprawdę! Leciał ósmy raz, prosto na Esa, kiedy pięć rzędów przed sceną powstała dziura, Hubert zapikował, Esu i Cytryn wskoczyli na stopnie barierek, żeby pokazać, że czuwają i nic. Zaczęli krzyczeć do ludzi, żeby Hubcia szukali, a Hubcia nie było. Przepadł jak kamień w trójkąt bermudzki. I nie ma od niego do teraz, a jest czwartek, koło południa, żadnego kontaktu. Tylko komórka odzywa się po niemiecku, że coś tam coś tam. Ciekawe!

Przed bisami, na życzenie zespołu wlazłem na scenę i ogłosiłem promocję płyty na mieście:

– Towarzysze! Obywatelki! Ludu mój ludu Poznania! To nie wszystko na dziś! Zaraz po koncercie będzie można zobaczyć przez szybę w Kultowej, Arcy Premierę najnowszej płyty! Zapraszamy bardzo, a ciebie Jeżu proszę o rozpoczęcie bisów!

Publiczność wyła z zachwytu i zaskoczenia propozycją zespołu.

Po sztuce pojechaliśmy do Kultowej, w której miała odbyć się promocja płyty z wyżej wymienionego festiwalu. Zespół posadzono w witrynie, a na półce nad ich głowami stał Rysio i żonglował płytami analogowymi. Rysio był kiedyś cyrkowcem, więc żonglował jak ta lala, stojąc raz na prawej, a raz na lewej nodze. Wyglądało to niezwykle efektownie.

Kto był w Kultowej, ten wie, że posiada ona piwnice, a piwnice okien nie mają, i tam to zrobiono potajemną imprezę dla Kult Turystów i zaprzyjaźnionych z nimi ludzi. Żeby dostać się na taką imprezę, trzeba było wiedzieć, który właz kanalizacyjny trzeba podnieść, żeby wyleźć w toalecie klubu. Oczywiście włazu pilnował przebrany za żula bramkarz, który na hasło: „Powstanie Poznańskie” odpowiadał „ A imię jego czterdzieści i cztery” i wpuszczał swoich. Podobno przyszło ponad pięćdziesiąt osób, ale ja już tego nie widziałem. Patrząc na żonglującego Ricardo, zostałem  zahipnotyzowany i zwaliłem się jak kłoda podczas zmiany przyzb Rycha lewej nogi na prawą. Dziwne zjawisko ale nie niemożliwe, o czym dowiedziałem się już rano przy śniadaniu. Teraz jadę z technikom na Wrocław, już jesteśmy spóźnieni, bo Sebastian z Romanem weszli nie do tego kanału i trzeba było ich rano odbierać z Piły. Dobrze, że mogłem prowadzić, bo oni się do niczego nie nadają jeszcze. I do tego coś strasznie cuchnie, coś jakby się  pies w truchle wytarzał. Obiecałem im już, że im witaminy C na miejscu urobię jak coś, wtedy będą chodzić jak Terminator w zegarku!

Pa!   

5. Wichrowe Wzgórze 9.11.2020, Kazik, sztuka pozapomarańczowa Covid 5

Ekipa na Wichrowe Wzgórze ruszyła z miasta Łodzi chwilkę po godzinie 9 rano. Z menadżerem zabrali się Kazimnierz, Wojtek i Konrad. W busie techniki byłem ja, Przystojny Roman, Krzysio „Częstosięchowa”, Kajetan, Esu i Ania Ania.

– Goomi, bo ty to wiesz najwszystko. Jak nam w lokdaunie udaje się grać te sztuki? No weź powiedz – zaczepił mnie Kajetan na pierwszych światłach.

– To banalnie proste jak drut na wieszak. W Łodzi nie wiadomo kto jest organizatorem, choć ja wiem, że to Paris, no i pisma z urzędu, sanepidu i ministerstwa trafiły w próżnię. Nikt się nie ustosunkował, z tak zwanych organizatorów, to co mieli zrobić? Z kim rozmawiać. Odpuścili. Teraz, jak są protesty, wystrzał kowida i ogólnie wielkie zamieszanie, to nawet nie ma kto przypilnować tego burdelu. Roman jedź, zielone mamy.

– Aaa. Zasłuchałem się, tak mądrze mówisz. – powiedział Roman, ruszył, autem szarpnęło i stanęliśmy, bo zgasło. – Kurwa mać. Nie ten bieg. No mów dalej, a Wichrowe?

– A Wichrowe? To skomplikowane. – zamyśliłem się, żeby coś wymyślić bo jak zwykle chuja tam wiedziałem – Z Wichrowym to temat leci dwutorowo. Raz, że Jaro kumpluje się z Kosiniakiem, i ten go kryje, a dwa, koncert nazywa się „AGRO TVP 1 – GRA” i patronuje mu sam Kurski. Oczywiście nikt nic nigdzie nie pokaże, ale wiesz, kto kurwa Kurskiemu odmówi? Nawet jakby wojna atomowa trwała, to koncert by był. Bo im gorzej, tym w telewizji ma być lepiej. Proste?

– Proste!

– Się tera wie!

– Genialne!

Sam się zaskoczyłem poziomem swojej wyobraźni, bo o niczym podobnym nie słyszałem. Ale coś ludziom trzeba mówić, żeby im było lżej w życiu. Po tych informacjach w aucie zrobiło się cicho i rozwalony na ostatnich trzech fotelach, z basówką od Irka pod nogami, odleciałem w sen. Do pierwszego postoju. Za Sulejowem. A obudził mnie krzyk i płacz.

– Zabiłeś kurę! Roman! Jak mogłeś, zabiłeś kurę!

– To nie ja. Ania! To ten przed nami, a truchło wpadło pod mój wóz.

– Przepuśćcie mnie. Z drogi. Miałem kurs drugiej pomocy! Z drogi! – Bartek wysiadł, na bosaka, bo w panice zapomniał ubrać buty.

Wlazł do fosy, w której, a to podskakiwała, a to kręciła się w kółko, kura wiejska wiekowa. Nakrył ją ciałem, żeby ogrzać, jak potem opowie, a ja myślę, że chciał ją po prostu udusić, żeby się nie męczyła. Jak kura przestała działać, wziął ją do rąk, obejrzał, po czym zdjął jej reklamówkę, która oplątała kurze głowę. Jak go kura zobaczyła, na swoje żywe oczy, ze strachu podskoczyła, załomotała skrzydłami niczym orzeł, odbiła się od jego klatki piersiowej, potem głowy i zdupcyła w pole. Z szybkością geparda.

– Haha. Uratowałem ją, tata! Widziałeś? Mam moc! Musimy to opić.

W sumie mogliśmy, bo skoro była okazja, to i dlaczego nie. W końcu jechaliśmy nie do roboty, ja i on, tylko na relaks. Więc nikt nie mógł powstrzymać naszych potrzeb, marzeń i planów, które rodziło życie. I do tego wszystko nam sprzyjało, bo z niedaleka majaczył sklep. Taki zwykły, prosty, wiejski sklepik z artykułami pierwszej potrzeby.

– Poproszę litr wódki, sok pomarańczowy, pięć piw i paluszki. – zaordynował Bartosz kiedy wlazł do środka.

– A maskę ma? – zapytała pani sprzedawczyni.

– A ma! Jaką sobie pani życzy? Tę, tę czy może tę? – i wyjął z kieszeni maskę spawacza, samochodową i taką zwykłą.

– Gbur. Albo niech będzie spawacza. Mój stary takom mo i zdrowy jak ryba rydz.

– Ciekawe – zainteresowałem się – a jak to jest być zdrowym jak ryba rydz?

– Normalnie. Wypić umi, poli jak smok, do roboty chodzi, a i w polu i sklepie pomoże. I nie choruje. Na nic. Nawet na zbowid.

– Kowid?

– A kto go tam wi. Coś jeszcze?

– Wszystko.

W busie dostaliśmy rozkaz: tylko mi tu mi narozlewać, bo będzie śmierdziało. Wiec piliśmy we dwójkę z gwinta, wcześniej robiąc Ani Ani drinka w butelce po piwie, która się walała po busie. Dżentelmenizm to nasze drugie imię. Tacy byliśmy jak poznaliśmy się nad Bałtykiem i tacy, tylko doskonalsi wobec kobiet, pozostaliśmy do dziś. Ania Ania to doceniła waląc hejnała w try miga, po czym opadła się na Krzysia i usnęła. Zresztą ja, po kolejnym łyku też. I spałem aż do Kielc, a precyzyjnie to do zaraz Zakielc. Bo tam usytuowany był przystanek Dworsko-Paczkowskiej Kolei Wąskotorowej, na południowo wschodnich rubieżach miasta scyzoryków. Dworzec w stylu wczesnego rokokoko ozdobiony był malunkami ludowymi, ze zdecydowaną przewagą koko, czyli kur niosek. Wszystko było na złoto pociągnięte farbą odporną na warunki atmosferyczne.

– Złote, a skromne – rzekł Kajetan kręcąc z podziwem głową, po czym podszedł do tablicy informacyjnej i odczytał – W dni koncertowe, kolej kursuje do Przybysławic o godzinie 9:22, oraz raz w tygodniu, w piątek o tej samej godzinie. Czyli już odjechali. O! Podano ile się jedzie: cztery godziny z minutami. Stacje na trasie: Kranów, Koziel, Stara Zbelutka, Wygiełzów, Klimontów, Przybysławice. Ale jaja, ale jaja.

– Jaja nie jaja, pomysł genialny – dopowiedział Kris – podobno Kult Turyści jadą tym kursem.

– To my też ruszamy! – powiedział otwierając okno w busie Roman, bo korzystając z okazji pustego pojazdu i śpiącej jak mumia Ani, urobiłem potajemnie trochę witaminy C, którą przyjmowałem z niektórymi kolegami w celu podniesienia morale i samopoczucia. – Kończyć toaletę, palenie i ruszamy. Kolejny postój na Wichrowym!

Spać już nie mogłem i trochę zazdrościłem Ani Ani, która obłożona reklamówkami, na wypadek jakiegoś nagłego zwrotu, pochrapywała słodko. Ale piękne okoliczności przyrody rekompensowały wszystko. W końcu zbliżaliśmy się do sandomierskiej Toskanii, bo i tak nazywano rejon Sandomierza. Co ciekawe, pogoda, jak na tę porę roku była dziwna, bo nadeszła nigdy nie widziana w tym rejonie kalima. Jest to zjawisko, które występuje na Wyspach Kanaryjskich, ale czasy są jakie są, i tym razem masy ciepłego powietrza z piachem z Sahary przywiało nad południowo wschodnią Polskę. Po raz pierwszy w historii świata i galaktyki. Na szczęście byliśmy już na granicy tego zjawiska pogodowego, i piach, który z kapuśniaczkiem spadał z nieba, nie był tak uprzykrzający jak na Kanarach. Za to temperatura była wiosenna, lekko nad dwadzieścia stopni, co mogło pozwolić chętnym na spanie w namiotach. Taką jesień to ja lubię. Ciepłą i kolorową. Ale są tacy, którzy twierdzą, że przez te zawirowania pogodowe niedługo morze będzie pod Płockiem, a Małopolska i Podkarpacie będą mieć klimat śródziemnomorski. Ale może tak nie będzie? Nowy prezydent z USA, Joe Baiden, ma w programie ochronę środowiska i wszystko powinno wrócić do stanu, jaki do tej pory mieliśmy. Pożyjemy, zobaczymy.

Zaraz po dwunastej, jako najpierwsi wylądowaliśmy u Jarka.

– Witamy, witamy! Staropolskim Ło Cie Florek!

– Hau hau! – dodał olbrzymi wilczur gospodarza i zaczął się łasić do Kajetana, który z twarzy lekko się wystraszył.

– Jaro! Kluczem przybijam piątki! – powiedziałem i wyjąłem zestaw kluczy od mieszkania!

– Nie mam na nic czasu, bo od rana jestem drwalem! – odbił Jarosław.

– Gratulujemy kolei wąskotorowej! Mistrzu! – Przystojny Roman już grzebał w telefonie, żeby pochwalić się zdjęciami głównego dworczyka pod Kielcami.

– A tam. Z nudów to wszystko, z pandemii. Coś trzeba robić, koncertów jak pies naszczekał mało. A tak to zawsze jakiś grosz będzie. A i dofinansowania są z europejskiego funduszu ludzi wąskich w torach. Zapraszamy! Zapraszamy do środka, bo piachem po oczach sypie!

Kto był w dworze, ten wie, że jest jak u szlachcica za piecem. Zza lady wybiegła Edytka, która bardzo lubiła to koncertowe zamieszanie.

– Jak miło! A Jasiu Mela będzie?

– Ma być! Z całą rodziną! – odparłem, bo Jaśko był niedaleko, u teściowej, w staszowskich lasach.

– To cudownie. Siadajcie i zamawiajcie obiad. Piwo już się leje. Czy coś mocniejszego może?

– Wystarczy piwo. Jest jeszcze robota do zrobienia. Na mocniejsze przyjdzie czas po pracy. O tutaj są efekty mocniejszego – powiedział Roman wskazując na Bartka, który niósł Anię Anię i jej bagaż do Kult Turystycznej izby wielkości mojego mieszkania z dwoma balkonami.

To tam nocowali fani zespołu. Za pierwszym razem w ilości kilkudziesięciu sztuk, a z każdym koncertem, pomimo tego, że była ich ta sama ilość, w wielkiej izbie spało coraz mniej osób. Podobno nie każdy mógł się tak naprać, żeby znieść upiorne chrapanie co poniektórych kolegów. Ale to mogą być tylko plotki. Choć z drugiej strony, jeśli ktoś jesienią decyduje się spać w namiocie albo aucie, to jakaś szczypta prawdy może w tym być. Ja spałem albo na korytarzu, na sofie przy schodach, albo gościnnie, u kolegów z zespołu, na podłodze, a tam żadne chrapanie nie dochodziło. Chyba, że moje własne.

Na obiad skonsumowaliśmy ćwiartkę wieprza ekologicznego wegetariańskiego.

– Ale jak to wegetariański? Wieprz? – Kajetan był zdziwiony.

– A tak! Bo karmiony tylko pokrzywami, trawą i ziemniakami. Przed śmiercią nie dostał ani grama mięsa. – wytłumaczyła nam Edytka i to nas zadowoliło. O ekologiczność więc już nie pytaliśmy.  

Po wszystkim każdy odchrumknął, odbeknął i pochwalił.

– Jaro, a kiedy ciuchcia przyjedzie? Już nie powinna być? – zapytał Krzyś, wielki miłośnik kolejek elektrycznych dla dzieci.

– Jest spóźnienie, na którymś przystanku turyści pobiegli po wódkę i Guma się zgubił, szukają go.

– O kurde. A mógł z nami jechać, to wolał kolejką. Znowu koncertu nie posłucha – roześmiałem się, bo Grzegorz na Wichrowym wpada w jakąś żyłę pijacką i do koncertu jest już popakowany alkoholowo na twardo.

Pojedzeni poszliśmy rozpakować beklajn. Dużo tego nie było i ogarnęliśmy temat szybko i sprawnie. Akurat przyjechał Kazik z Pewusem i resztą załogi. Więc próba mogła zrobić się wcześniej. Wiec zespół się próbował, a my z Bartkiem ruszyliśmy dopić resztki z podróży i podrzemać trochę.

Obudził nas gwizd kolejki, która z dwugodzinnym opóźnieniem dotarła na miejsce. Na jej masce, trzymając się komina niczym Dicaprio burty Titanica, stał Grzenio, z opróżnioną niemal do końca litrową butelczyną Jaśka Wędrowniczka i coś krzyczał. Z wagoników wychylali się Turyści Kultu, a wagoniki były całe we flagach z nazwami miejscowości.

– Jedzie pociąg z daleka… – intonował Guma.

– Na turystów poczeka! – odpowiadali pasażerowie, którzy wylali się tłumnie na Wichrowej stacji, która była usytuowana w sadzie.

Zamieszanie zrobiło się niesamowite. Nie wszyscy mogli chodzić, więc część pasażerów miała wleczone do izby noclegowej. Chyba Kazio, Marek i jeszcze ze dwie osoby dotarły w ten sposób, dzięki Jastrzębiowi, który dźwigał umarłych na przedkoncertowy wypoczyn. Zjechało się na tę sztukę wiele znakomitości, od lat związanych z twórczością Kazimierza Staszewskiego. Wpadła pofocić sztukę Kasia Zaremba, która zabrała tez ze sobą Shreka, bo on właśnie wygrywał walkę z chorobą i mógł już powrócić do koncertów. Wpadł Arturo Wiśliński, ze świeżą teneryfską opalenizną, bo jesień lubi spędzać na Kanarach. Dojechała rodzina Woźnych, Jasiu Mela z małżonką i dzieckiem, ekipa Jamali z Dorotką na czele, Dorek z małżonką i znajomymi, oraz wielu innych agregatów i agregatek. Okołokazikowcy stanowili ponad pięćdziesiąt procent publiki, która z powodu wirusa została okrojona do dwudziestu siedmiu procent osób, które mogłyby wypełnić namiot w czasach bezkowidowych.

Na godzinę przed sztuką zapłonęło ognisko przed wejściem na salę, a tłumek pomału zaczął wypełniać miejsce koncertu. W godzinie koncertu ruszyli. Gospodarz zapowiedział krótko: „ Bardzo się cieszę, bo to dopiero drugi koncert. Dla was teraz: Kazik solo”. Rozpoczęli od długiego pochodu basowego, który Przystojny Roman odegrał z nut, bo kiedyś chodził na ognisko muzyczne przy Żerańskiej Fabryce Samochodów Małolitrażowych. Tłum naparł na scenę, więc z Esem musieliśmy ich odegnać i rozciągnąć linę dystansową antykowidową, żeby odległość od sceny miała te dwa dwajścia i pinć metra. Miał nam tez pomagać Guma, który był widziany przed koncertem w stanie bardzo dobrym, pomimo tego, że wypił jadąc na ciufci ponad miarę. Ale picie na świeżym powietrzu ma swoje plusy i większość organizmów się szybciej regeneruje. Do piątego kawałka zaproszono espeszial guest – Jarka Hrabiego Paczkowskiego, który na akordeonie miał wesprzeć zespół w „Moim bólu”. I kiedy zespół ruszył, a Kazik doszedł do refrenu, z okolic wejścia usłyszeliśmy straszny wrzask. Zespół przestał grać, a do pomieszczenia wpadł Guma, a za nim Jacek Szelest, Wojtek Schab i ktoś jeszcze. Gumie płonęły portki na dupie, a raczej ogon, który zrobił sobie z piór miejscowego ptactwa i przypiął do zadu.

– Płonę! Kaaaazooooo! Ja płonę. Mój ból jest … – i nie dokończył, bo potknął się o wystającą deskę. – Aaaaa!

Wtedy dopadł go Schabiszczak i ugasił ogon zgrabnym sikiem, bo jako członek ochotniczej straży pożarnej w swojej wsi, miał sik opanowany do perfekcji. Podbiegłem wartko, chcąc dowiedzieć się czy to czasem nie był zamach, ale Wojtek mi wyjaśnił, że ktoś tam przeskoczył przez ognisko, Guma go wyśmiał, dołożył drew, ściągnął soczystego gula whiskey, i po okrzyku: „ Ja Nosik!” wziął rozbieg, ale nie zauważył psa gospodarza, potknął się o niego i wpadł zadem za ognisko. I pewnie nic by nie było, gdyby nie pióropusz-ogon, który zrobiła mu córka sąsiadów, jak tylko dowiedziała się, że Grześ jest ze stolicy, a ona jeszcze nigdy nikogo ze stolicy na żywo nie widziała.

– Guma można? – zapytał ze sceny Kabura wokalista, ludzie jebli śmiechem, a Grześ popatrzył bykiem i rzekł:

– A idź. To nie jest śmieszne. – po czym zebrał się z podłogi i ruszył do baru z Wojciechem – zmoczyłeś mi portki Schabu. Stawiasz.

Do końca nie wydarzyło się już nic ciekawego. Aha. Po wykonie „Bólu” Jarek, niczym Hendrix akordeonu, przebił głową miech i tak chodził do końca koncertu, kiedy to zaciął się w drzwiach do toalety, tych z lewej strony sceny, patrząc od publiki, i to ja, jako praktykujący za gnojka akordeonista, musiałem go z akordeonu uwalniać. Może ktoś filmował? Bo zabawy było co nie miara.

Po sztuce część ludzi poszła polować na autografy, a te były do połapania w systemie windowym. Po prostu wkładało się płytę, bilet, czy co tam, do takiej windy kuchennej, która po zamknięciu się psikała wszystko płynem dezynfekującym i podwoziła to co podpisane być miało do pokoju Kazika. Wszystko było przemyślane tak, żeby lider nie uległ zakażeniu koronką i nie musiał się z nikim stykać. Reszta zespołu odkażała się śliwowicą i nie unikała fanów, ale wiekowo to oni mogą Kazikowi łóżko ścielić, a nawet mogliby być jego dziećmi.

Druga grupa, równie liczna, złożona głównie z Kult Turystów, w tym Jacka „kiedyś byłem nawet motorniczym” ze żoną, Państwa Pancernych i innych , przy ognisku, w świetle którego inni państwo – Ciesielscy, odnowili śluby małżeńskie, których dwudziesta rocznica przypadła im na dzień koncertu Kazika na Wichrowym Wzgórzu. Było magicznie i nie jeden pochlipywał przy tym ukradkiem, a najbardziej chlipały Pati i Natalia, bo było naprawdę romantycznie. Księżyc świecił, pies sąsiada wył, iskry wesoło strzelały z ogniska. Bajka!

Trzecia, zwana Męską Grupą Turystyczną, oglądała nowinki w kamperze Pana Woźnego. Za pięć złotych można było sobie nawet zrobić zdjęcie za kierownicą, z czego skwapliwie skorzystałem. Od ostatniego pobytu na Wichrowym, Woźny udoskonalił maszynę o kilka mega gadżetów. Najważniejsze to: miniaturowy reaktor atomowy, dzięki któremu można było zasilać pojazd przez sześć dni, non stop. Wszystko! Napęd, i każdą elektryczną pierdołę. Jedyny problem był z uranem, którym trzeba było uzupełniać reaktor, ale Woźny miał go w zapasie, bo ostatnie lato spędził w byłych republikach rosyjskich, i na bazarach kupował uran razem z arbuzami. Kolejną nowinką była antena satelitarna, pozwalająca na ściąganie rozmów telefonicznych i wszystkich sygnałów w okolicy pięciu najbliższych naszej galaktyce galaktyk. To był konik Pani Woźnej, która, kiedy znudziła się widokami za szybą, poszukiwała odgłosów obcych. Inne, jak odssysarka dla kierowcy chcącego sikać bez wysiadania, ze zmiennymi damsko lub męskimi końcówkami, nokto i termo wizja ósmej generacji wmontowana w kamerę na dachu, czy samochodowy kompostownik do zużytego oleju, to już są historie na inne opowiadanie. I pewnie stalibyśmy z rozdziawionymi gębami do rana, jakby nie spanikowany ktoś, kto biegał i wszystkich zaczepiał, bo:

Jacek Szelest zaginął!

– Ale jak to zaginął?

– No chyba wypił o siedem piw za dużo i go nie ma. A zawsze był. Nawet jak ginął, to w okolicy do pięciu metrów. To obszedłem dwadzieścia i go nie ma!

– Spokojnie! Zobaczymy co maszyna potrafi. – Pan Woźny uśmiechnął się przekornie – Gosiu! Gosieńko! Pozwól. Będziemy szukać zaginionego człowieka. Zajmij miejsce przy odbiorniku sygnałów dźwiękowych. A ja odpalam nokto-termo wizję ósmej generacji.

Staliśmy jak wryci wokół pojazdu i słuchaliśmy rozmów małżeństwa Woźnych, które jakby zamienił się w sprawnie działającą dwuosobową drużynę SijajEj czy GieeRU.

– Przemku, mam jakiś szum na 6-2-9-2.

– Gosieńko, przeszukuję 6-2-9-2.

– Sprawdź też 10-6-0-7.

– Sprawdzam.

I staliśmy tak ze trzydzieści minut, kiedy Guma odpalił:

– Nowoczesność, phi. Idę odcedzić kartofle. – i polazł, jak na moje oko na 16-4-7-9.

– Ciszej, ciszej proszę. Przeszukujemy sad, i nie możemy mieć zakłóceń – Pan Woźny nas ustawiał, a my staraliśmy się milczeć a nawet nie oddychać.

Sekundy mijały a efektów nie było. Nagle od strony zachodniej, ktoś ryknął na dwa głosy:

– Kluczem przyciskaj windęęęęę! Kluczem przyciskaj windęęęęę!

– Guma?! Masz go?

–  A mam! Poszedłem się wylać w pole kukurydzy, i jak już kończyłem usłyszałem jakiś szelest. No to idę, a tam zaplątany w korzeniei chwasty leży człowiek. Pomyślałem: może dostał? A potem zapytałem: Jacek? A człowiek na to: Nawet Szelest! I jest. Jest panie Przemysławie!

– No tak, za pole kukurydzy mieliśmy się zabrać po przeszukaniu sadu. Ale jak już wszystkich mamy, to przyoszczędzimy uranu! Chodźmy do dworu się napić. Zaoszczędziłem dwieście tysięcy, to stawiam po piwie!

I poszliśmy, mijając z lewej kilka namiotów, tych co to im w listopadzie przy kalimie nic nie wadzi, po czym skręciliśmy w prawo, i przez takie przeszklone pomieszczenie dostaliśmy się do baru. Na dzień dobry, gospodarz uraczył nas Kowidzianką, czyli nalewką z aroni, na bazie płynu dezynfekującego z Orlenu, która po wypiciu wyrywa we wnętrzu człowieka wirusowi te takie kolce, i do świtu mogliśmy śpiewać, tańczyć i być. Nawet w tak ciężkich patologicznych czasach. Bo jak nie my, to kto?

Przed południem obudził mnie potężny ból głowy, chyba stałem za blisko mini reaktora kampera PWoźnych i powiadomienie mesendżera rozłupało mi głowę na sześć części. To pan Janek wysłał zdjęcie z okolic Madrytu. Stał na tle jakiejś stodoły. Obok niego Didi w koszulce Książęca Ochrona i plakatem w ręce: Principe Gruda Espania Tour 2020. Do tego podpis: za rok ciebie i Gumę zabieram. Kochają mnie tutaj. Janusz Xsiążę Warszawski i Baron von Didi. Z ucałowaniami moje giermki!

A więc wszystko przed nami! Zdobędziemy jeszcze świat, pomyślałem spinając głowę paskiem i poszedłem dalej spać. W końcu wąskotorówka mi uciekła i nie miałem czym wracać. Jak się wyśpię, to coś się pewnie wymyśli. Jak zawsze!

4. Łódź 8.11.2020 Trasa Pomarańczowa Covid 4

Z Łodzią bywało różnie. Kiedyś lubiłem tam jeździć bo ludzie byli cudowni, ale warunki takie sobie. Teraz to zależy z kim jechałem. Ze Świetlikami, czy Zgniłością – powyższy wariant się zachował, czemu upust dałem w jednym z opowiadań, za co wpisano mnie na listę „Łódzki nienawistnik” i obiecano, że odznaczki „ Wielki Przyjaciel Miasta Łodzi” to nawet z psiej kupy nie dostanę. A przecież chciałem tylko oddać realia tego co widziałem. Broniła mnie jak lwica Żaneta z klubu „TU”, oraz część jej znajomych, i pewnie temu wycofano zlecenie na obicie mi ryja, jak będę następnym razem na Piotrkowskiej. Ale ponieważ ten raz miał nastąpić teraz, w niedzielę ósmego listopada, to dopiero miałem doświadczyć tego, co się ma wydarzyć. Na wszelki wypadek ogłosiłem na fejsbuku, że nigdzie nie jadę bo nie, żeby ewentualnych antagonistów oszukać.

I się zaczęło. Najpierw zadzwonił Pewu, bo mu moja osoba dopinała skład ochroniarski, a mój brak powodował wyłom w strukturze organizacyjnej kult ochroniarskiej ekipy. Potem dostałem wiadomości, tak zwane priwy na mesendżera, od kolegów z bramki, Kult Turystów i młodych dziewic z miasta Łodzi, które śledziły moje strony od kiedy skończyłem czterdzieści siedem lat, bo od tego dnia, według ich widzimisię, wchodziłem w wiek osoby „kultowej”. Tym pierwszym odpowiedziałem, że to tylko taki wybieg w celu oszukania wroga, a ostatnim, że mam od dwóch lat straszne problemy z własną binarnością i raz jestem Mister Men, a raz Misis Łomen. Status „kultowy” został mi więc, na utajnionym zebraniu dziewic z Łodzi, odebrany jednogłośnie i zostałem wciągnięty na międzynarodową listę „Zjebów nie do odzysku”. Może to i dobrze?

Wyprawy z Kultem, który został od kilku lat ulokowany w hotelu Paris Hilton, zmienił sytuację o sto trzydzieści sześć stopni. Warunki lokalowo koncertowe były światowe, wiadomo Paris umi, ale ludzi, w tym przypadku organizatorów, nigdy nie widziałem. Zakładam, że to sama panna Hiltonówna organizuje, telefonicznie albo li tylko przez mejla. Może kiedyś się dowiem, jak jest naprawdę i oczywiście to opiszę kwieciście i soczyście oraz obrazkowo.

Innym czynnikiem niezwykle istotnym w ostatnich latach, był czynnik kolejowy, który połączył Kraków oraz Łódź cudowną drogą torową, dzięki której w obydwie strony przemieszczałem się niczym błyskawica, jeśli mogę tego sformułowania użyć, bo nie chciałbym kłopotów. Wiecie. Marsze, błyskawice i prawo do znaku. Aż tyle kasy nie mam, żeby z lampartem się kopać. Ruszyć miałem rano, bo Ania Ania chciała się spotkać przed koncertem i obgadać temat pojechania na Kazika do Wichrowego Wzgórza. A ponieważ wspominałem, że może być miejsce koło mnie w busie techniki, koleżanka postanowiła złapać się z przygodą za barki. W czym, z nieukrywaną radością mogłem jej pomóc.  

Żeby wyssać z Hiltona wszystko co tylko się uda, pojechałem pociągiem o dziewiątej trzynaście rano. Ponieważ była to niedziela, skład był niemal pusty, więc postanowiłem sobie pospać. Po dziesiątej obudził mnie pierwszy dźwięk z komórki, a nadał go Whats App. Didula pisał: „ Co tam brachu? Kupony poszły? U mnie już szesnaście w koszu”. Odpisałem: „ Poszło. A jak?! Też kiszka. Ale na dziś mam pewniaki! Jak zawsze! Przegrywające J” i dodałem „ Lecę na Uć”. „Czekam na foty, jak zawsze!” „Będą! I może fragment koncertu? Madryt?” „ Brachu! Czekam”. Jeszcze głowy nie zdążyłem oprzeć o oparcie fotela pociągowego, kiedy zagrał fragment utworu Lao Che „ Dżin”, z którego zrobiłem powiadomienie dla esemesów. „Odbiór jak zwykle? Jeżyk też będzie o tej godzinie” – pisał Marcin Jach vel Small 77, mój serdeczny łódzki przyjaciel z czasów Kult Forum. „ A jak najchętniej” – odpisałem, bo to oznaczało przycięcie kosztów, ewentualnie skrócenie tułaczki miejscowymi środkami komunikacji miejskiej.

Na stacji Widzew Łódź byłem punktualnie dwie minuty przed czasem, czyli dziewięć minut przed dwunastą. Koledzy już czekali przed dworcem. Jeżyka nie poznałem, bo Barber przerobił mu brodę jakoś tak dziwnie, inaczej, nie do opisania dla posiadacza tak ubogiego warsztatu jak ja. Ale kto był ten wie o co kaman. Ruszyliśmy sprawnie i po kilu chwilach, na wysokości stadionu Widzewa, stanęliśmy w dużym korku.

– Pewnie znowu protesty – zawyrokował basista zespołu Kult.

– Dziwne, bo  były planowane, ale na późne popołudnie – odpowiedział Marcin.

– Spokojnie. Mamy raczej czas – odparłem trochę nerwowo, bo już widziałem się w basenie na dwunastym piętrze Hiltona.

Wlekliśmy się trzy na godzinę, i kiedy dojechaliśmy do przeszkody – ocipiałem, jeśli tak można o mnie, facecie, powiedzieć.

– Przeciez to Esu! Stań! – zażądałem i wypadłem z auta jak pocisk z kałasznikowa, czyli bardzo szybko.

– Esu! Wariacie, a co ty kurwa odpierdalasz? – powiedziałem piękną polszczyzną, stojąc obok kolegi, który szedł ulicą na kolanach. – Czy cię popierdoliło dokumentnie?

Bartek się zdziwił, popatrzył na mnie jak na kosmitę i zapytał:

– A ty tu skąd?

– No właśnie przyjechałem i kolega Small nas zabiera, znaczy mnie i Jeżyka do hotelu. Ale co ty tu odstawiasz?

– A dobra. Już może być. – wstał, otrzepał kolana i zapytał – Zabiorę się z wami? W aucie ci wszystko wyjaśnię.

Takiego Bartka nie znałem. Żeby w Łodzi na kolanach po ulicy? Nawet jakbym pisał zmyślone opowiadania, to bym takiego czegoś nie wymyślił.

W aucie zapanowała cisza. Marcin patrzył na Jeżyka wielkimi jak koła młyńskie oczyma. Jeżykowi ze zdziwienia broda podniosła się w poprzek.

– Chłopaki! Kurwa, spokojnie. Spełniam tylko swoją obietnicę.

– Jaką kurwa obietnicę? Leziesz na kolanach przez miasto, robisz korki i mówisz o jakiejś obietnicy?! Robisz wstyd Kult Ochronie. A jak cię ktoś rozpozna i Kultem połączy?

– Tata. Zrozum. Jak byłem w tym szpitalu w Płucku…

– Pucku! Kurwa w Pucku! – nie wytrzymałem, bo dla Esa Niepołomice to Połomia, Szarów to coś tam, ale żeby Puck był Płuckiem?

– No mówię , że w Pułtucku. To właśnie wtedy sobie obiecałem, że jak nie złamię nogi w koncertach nad morzem, to do Łodzi pójdę na kolanach. Ale jak sobie na spokoju pomyślałem ile musiałbym iść, to skróciłem postanowienie, i obiecałem sobie, że polezę od dworca do hotelu! Tata, patrz! – i podwinął nogawki, a na kolanach miał siatkarskie nakolanniki podrasowane grubą blachą.

– Ja pierdolę. Jedźmy. Musze się napić. – odparłem zrezygnowany kosmosem w którym się znalazłem.

– Napić? Tata to pij! – powiedział Esu i wyjął litrowego Jaśka Wędrowniczka, czym pokonał mój wkurw ostatecznie.

– To ja też chcę – powiedzieli równocześnie Ireneusz i Marcin, który też musiał strzelić malutką krztynkę napoju, żeby nas dowieźć.

Pod hotelem było pusto i cicho, do momentu kiedy zza przed hotelowej rzeźby wychyliła się Ania Ania a Small 77 odjechał z piskiem opon, bo mu w głowie z wrażenia już szumiało mocno.

– Dzień dobry panom!

– Dzień dobry! Dzłeń dobły! – każdy odpowiedział tak jak umiał po upiciu z butelki, więc ja już lekko bełkotałem. – Chołdź z nami na pokoje!

– Nie, mam coś do załatwienia na mieście. Musze odwiedzić siostrę cioteczną brata siostry z czwartego małżeństwa babci mojej mamy ze strony wujka Janusza spod Szczecina. Przyszłam tylko się przypomnieć Goomi, w sprawie przejazdu jutro do Wichrowego Wzgórza.

– Wszystko załatwię! Nic się nie martw. Pojedziesz z nami na bank. Instrukcje podam po koncercie.

– Świetnie, to do zobaczenia. Wszystkim. – pożegnała nas Ania Ania i zniknęła jak konfitura.

W wejściu do hotelu stał chłop w uniformie boja hotelowego i mierzył wchodzącym temperaturę. Oczywiście jeśli mieli wcześniej zarezerwowany pokój. A my mieliśmy, więc weszliśmy jak do siebie. Zza kontuaru przywitała nas odpowiednio zamaseczkowana pani, która nawet zza maseczki wyglądała ładnie, co spowodowało u Jeżyka przyspieszona reakcję, i pomimo tego, że wchodził ostatni, bo mu bas utknął w drzwiach obrotowych, wyprzedził mnie i Bartka, stanął u lady i się przedstawił:

– Dzień dobry. Jestem Jeżyna. Jeżyna ze Szczecina – po czym zaśmiał się zza przyłbicy i spojrzał na nas.

– Daria. Rejon Warmia! – wypaliła w rewanżu dziewczyna, po czym wstała i okazała się wyższa od kolegi basisty o dwie głowy. Albo i trzy, bo Jeżyk stał na palcach.

– A to ja żartowałem – odpowiedział zaskoczony kolega – Wereński, Gumułka i ten, no, Bartek. Jesteśmy z zespołu Kult i mamy tu rezerwację.

– A tak. Dowodziki poproszę. Zespół już się zameldował. Została dla panów jedna jedynka i dwójka.

– To ja poproszę jedynkę – dokonał podziału Irek a Bartek kaszlnął, w tym dokładnie momencie, tak siarczyście, że wiszący na ścianie portret Joe Bidena obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, zakołysał, a walczący o stołek prezydenta USA człowiek, czy raczej jego głowa, zawisł lub zawisła do góry nogami.  

– A ja w jedynce widziałabym tego pana kaszlącego. Wygląda niewyraźnie. Powinien dokonać samooizolacyjności.

– No nie wiem, to ja jestem muzykiem w tej trójce.

– Naprawdę? Nigdy bym nie zgadła – powiedziała i popatrzyła głęboko w oczy. Moje.

– Dobra, pani da. Mogę spać z Górnim.

– Proszę. Pokój z łożem małżeńskim i przykrótką kołdrą. – Jeżyk zbaraniał, a mnie wryło, bo nie lubiłem jak mi stopy spod kołdry wystawały – Ale nie dla pana ta przykrótkość, panie Ireneuszu.

Po czym obróciła się, pochyliła po kartę, a przykrótka bluzeczka odsłoniła tatuaż w tali na części pleców, które zaraz, na granicy męskiej wyobraźni przechodzą w pupę: „Hip Hop ulicy. Warmia Gang”. Wcięło mi maseczkę w usta i zabełkotałem:

– Lape kwile ulotne jak uflotka, lape kwile ulotne jak focka… – z repertuaru tych takich jedynych hiphopowców co znam, ale właśnie ich nazwy zapomniałem.

Dziewczę obróciło się energicznie na obcasie i nad głową Jeżyka podało mi kartę do pokoju.

– Pański pokój, panie Górnik. Lubi pan fedrować? Może jak tatuś uśnie…

Jeżykowi pudło z basem wypadło z rąk, przyłbica zaparowała złością, a instrument lecąc niczym pocisk u Tarantino, w spowolnieniu, na sam koniec przygniótł mi stopę dokładnie w miejscu, gdzie paznokieć wrasta mi w paluch.

– O kulwa! A ła! – wyrwało mi się z bólu, pannie recepcjonistce zaczerwieniły się lica i mi pomachała współczująco, a Irek dał mi kuksańca i rozkazał:

– Bierz graty i do pokoju! Już!

Jechaliśmy windą milcząc i nie czekając nawet na Esa, który pokasływał pewnie po tym chodzeniu na kolanach. W końcu nakolanniki mu zmokły jak szmata do mycia podłogi. Na szóstym piętrze odnaleźliśmy swój pokój, na którego drzwiach wejściowych ktoś wulgarnie przylepił wielką kartkę, na której napisano: „ Trzekamy na Swiming Polu – Kult ekipa”

– Pa, któryś się języków obcych uczy – Jeżynie już przechodziło i wracał na swój najlepszy poziom.

– Nieźle. Pisownia kiepska, ale przekaz jasny! Rozumiem, idziemy?

– Oczywiście. Powinieneś się wykąpać, bo wiesz, troszkę cię czuć.

– Pewnie feromony – zablefowałem, nie chcąc się przyznawać się, że ostatni raz kąpałem się w Koszalinie, w morzu, tydzień temu. Jak się odkopałem w sobotni poranek na plaży, zakopany po szyję.

Szybko się ogarnęliśmy, wskoczyliśmy w szlafroki hotelowe, założyliśmy kąpielówki, jednorazowe paputki, wziąłem oponę od ursusa C 330 i ręczną pompkę. Jeż założył fajne motylki na bicepsy i ruszyliśmy na basen, który w czasach pandemii nie działał, ale został nam tym razem otwarty, w ramach przeprosin za zeszłoroczne zamknięcie. Na dwunastym piętrze nas zamurowało. Po korytarzu niósł się smród przypalonej kaszanki, a im bliżej byliśmy basenu, tym bardzie piekły nas oczy od dymu.

– A co tu się odjanie… – wrzasnąłem po otwarciu drzwi i stanąłem jak wryty.

Na sali basenowej trwał regularny piknik. Darek zalewał grilla wodą z basenu, bo Wafel podlał za dużo ropy na rozpałkę, Ważniak z Wojtkiem nanieśli żelastwa z siłowni i na drewnianej ławeczce pobijali swoje osiągi, pozostali leżeli, pływali, spali, porozrzucani na całej powierzchni pomieszczenia.

– Goomi! – ryknął subtelnie Przystojny Roman na mój widok – jutro, rozumiem, mnie słyszysz na Wichrowym?

– Się rozumuje men! Miejsce będzie w busiku, dla mnie i koleżanki, jak sygnalizowałem?

– Będzie, będzie! U mnie na kolanach! – powiedział Roman i spojrzał na mnie wielkimi oczyma, aż mnie zmroziło – Żartuję byku! Kiszki? Ochrona grilluje. Najlepsza kiszka od papy Franciszka!

– Z radością! – krzyknąłem już w trakcie skoku do basenu w wielką dętką od traktora, którą napompowałem szybko w windzie.

Zabawa była przednia. Relaks odbywał się pełną gębą i nawet spore zadymienie nam za bardzo nie przeszkadzało. Jedynie wybijające jakimiś fekaliami dżakuzi psuło trochę nastrój, ale ktoś, chyba Kajetan, obłożył je ręcznikami, a że nie przelewało do basenu, to nie zwracaliśmy na to uwagi. W tej rozkoszy zapomnieliśmy o bożym świecie. Dopiero na stanowcze:

– Panowie! A próba? – menadżera, który wtargnął w pełnym antykowidowym rynsztunku na basen, przypomniała nam po co tu jesteśmy, a szczególnie zespół i technika.

– Kiszki? – próbował załagodzić sprawę Guma.

– Nie. Jadłem potrawkę krabowoośmiorniczą. Po kiszce mnie mdli. Krew… Fuj – Piotrka aż skręciło – Macie dziesięć minut. W tym czasie technika i muzycy meldują się na sali. Kazik już jest i sobie z wami porozmawia.

Na te słowa towarzystwo ruszyło jak na wyścigi. Morawka założył opaskę nie na to oko co trzeba i wpadł z grillem do basenu. I z kiszką. Mariusz, który pół godziny wcześniej sprawdzał czas i mówił:

– Jeszcze godzina.

poślizgnął się tuptając z saksofonem i saksofon wpadł mu do zbiornika. Na szczęście Morawka wychodząc, wyjął saksofon w którym jedna kiszka straciła osłonkę i zapaskudziła wnętrze. Pozostali bez przygód biegli przed siebie. Poza ochroną, która została po minucie samotna niczym bezbronny zuczek pośrodku przygnębiającej ciszy.

– Jebać. – rzucił Wafel – spadamy odpoczywać.

I tak zrobiliśmy, opuszczając basen tuż przed uruchomieniem się zraszaczy przeciwpożarowych.

Nakaszankowany i napływany spałem do samego koncertu, którego start przewidziano na godzinę dziewiętnastą. Pół przed, ubrałem się w drelich Kult Ochroniarza i ruszyłem do garderoby. Publika już wchodziła, migali mi kolejni Kult Turyści: Ptaku – który zastrzegał się, że ma dość pomarańczowej i odpuszcza Łódź, Polski przybyły z Wielkiej Brytanii tydzień wcześniej, żeby zorganizować Koszalin, rodzina doktora Przemysława, która rozpoczęła przejazd na Wichrowe z zahaczeniem o Łódź, rodzina Smalli w komplecie, i inni. Byłem pierwszy, nie licząc techniki. Zdążyłem jeszcze wysłać wiadomość do Ani Ani, że startujemy o dziewiątej rano i poszedłem się pokręcić po sali, sprawdzić stan barierek i takie tam techniczne sprawy . Na kwadrans przed sztuką zawołał mnie Piękny Roman.

– Goomi, brachu, weź no mi ten basik na jutrzejszą sztukę przez Jeżyka przywieziony zawlec do wozu. Masz tu kluczyki. Połóż na ostatnich siedzeniach i przykryj kocem. Da się?

– Się wie! Co by nie dało! – odpowiedziałem pewnie – a busik to gdzie stoi przyjacielu?

– Jak wyjdziesz przed hotel, w lewo, potem do końca, tą ciemną uliczką, i tam stoi przyczajony tygrys i ukryty smok!

– To pędzę bo zaraz robota! Krzysiu nie śpimy! – krzyknąłem budząc Krisa co się częstochowa, bo lubi podrzemać.

Przebiłem się przez nieliczny tłum, bo tak koncerty pandemiczne mają. Wpadłem na hotelowy hol, do głównego wejścia, potem według wskazówek chłopaków. Zamek otworzyłem z pilota za dwunastym razem, dopiero przed samym pojazdem. Wlazłem do środka, a że było chłodno postanowiłem zamknąć drzwi, żeby mnie nie przewiało. I w tym samym momencie, jak zatrzaskiwałem drzwi z ręki wyleciały mi kluczyki i pilot, a drzwi po zatrzaśnięciu uzbroiły zamek. Zachowałem spokój w pierwszej fazie dramatu i umościłem gitarę na wskazanym przez Romka miejscu, po czym próbowałem się wydostać z pojazdu, tylko, że nic nie działało. Wszystko było martwe, a kluczyki pilot leżały obok auta, tak zaparkowanego, że nie było szans na to, żeby ktoś koło niego przeszedł wcześniej niż na wiosnę. Chciałem złapać za telefon, ale nigdzie go nie było, bo być nie mogło. Został we flejersie, w szatni. Pozostało mi czekać na tej pastwie losu, do momentu, aż zaczną mnie szukać. I odnajdą. Byle szybko, bo zaczynałem w tych swoich galotkach do kolan i samej koszulce lekko marznąć.

Czas leciał nieubłaganie, a pomocy z nikąd nie było. Z zimna ukradłem gitarze koc i trzęsąc się jak galareta wieprzowa z kurcząt, wystarszony usnąłem. A w prognozach zapowiadano tej listopadowej jesieni kalimę. I była, tylko od Radomia na południe. A Łodź to Łódź i leży na północy Radomia. Sen miałem nerwowy i rwany. Ludzie spadali koło mnie, pomimo moich najszczerszych chęci ich złapania. To chyba powodowały błyskawice, które rzucał mi prosto w oczy nasz świetlik. Kiedy zobaczyłem lecący w moją stronę kluczem, szwadron Kult Turystów, zacząłem się drzeć najgłośniej jak umiałem, a w mózgu usłyszałem coś jakby walenie. Ale nie te wodne stworki, tylko takie walenie w coś. Poderwałem się obudzony na baczność, łbem przywaliłem w sufit, bo w busie takie jak ja wielkoludy prosto nie staną, zobaczyłem gwiazdy, gromadę gwiazd, a w niej, w centralnym punkcie twarz Janka Staszewskiego.

– Ratunku! Jasiu! Ratunku, pomocy! Jasiula! Tam leżą kluczyki, otwórz mnie! Uwolnij! Błagam.

Jasiu chwilę przetwarzał mój krzyk, po czym schylił się, podniósł kluczyki i otworzył zamek jednym płynnym kliknięciem w pilot.

– Goomi. Masz fajki? – zapytał jakby nic się nie stało.

– Mam. Masz, musze lecieć, koncert…

– Spoko ziom. Już się skończył, będziemy się pakować na jutro. Podjedziesz pod salę?

Wryło mnie w łódzki grunt po kostki. Przepadła mi druga sztuka na trasie. Co za rok, co za sezon pomarańczowy przeklęty. Odpaliłem busa i ostrożnie podjechałem pod bramę załadunkową, przy której technika gromadziła sprzęt.

– O! Goomi! Jakiś ty błyskawiczny! – powiedział Krzyś i jakby nic się nie stało, otwarł tylne wrota pojazdu.

– Brachu! Gitara umoszczona? – uśmiechnięty jak zwykle od ucha do ucha Roman też nic się do mnie nie sapał – Po robocie coś przyjmiemy, po małym piwerku, jak zwykle?

– Umoszczona jak ta lala! Piwko tak, ale małe! Oczywiście, że tak! Tradycja musi być podtrzymywana. – odparłem lekko zdziwiony, bo i kolejny kolega kompletnie nie przejął się moją nieobecnością podczas sztuki.

Pobiegłem więc migusiem do szatni, po kurtkę i telefon.

– A ty co? – Kazik spojrzał na mnie krótko, bo był zajęty wygrzebywanie resztek jedzenia z podgrzewacza.

– A nic. Po kurtkę przyszedłem.

– A koncert udany? Co?

– Mistrzu! Jak zawsze.

– A dlaczego na stabilizację nie przyszedłeś? Guma sam też fajnie, ale w duecie lepiej.

– Aaaa. Bo mnie coś brzuch rozbolał i musiałem do toalety. – zablefowałem, bo i szef zdawał się nie widzieć mojego braku.

– Aha. Jakby coś się działo w kwestii spożywania, to jestem chętny na maluszka. Daj znać! – zakończył i zabrał się do jedzenia wygrzebanych resztek.

Zabrałem kurtkę i odpaliłem telefon. Nikt nie dzwonił i nikt nic nie napisał. Ale jaja. Na schodach z garderoby do sali wpadłem na Wieteskę.

– O! Tomuś. Ty jutro z technikom się zabierasz?

– Tak. I może Bartek i Ania ze Szczecina Ania.

– Aha. To dobrze.

– Musze o coś spytać, na koncercie wszystko ok.? – chciałem uspokoić sumienie.

– Tak. Może za dużo tych błyskawic, ale wiesz, świetlik ma swoją jazdę. No, to idę, do jutra!

– Pa.

Wysłałem esemesa do Barta: „ w którym pokoju pijecie?” „ na schodach, ty masz kartę od pokoju”. Aha. Se znaleźli pakamerę – pomyślałem, kiedy przyszedł kolejny esemes: „ idź dokup wódki bo się kończy”. Poszedłem prosto na schody.

– E, a czemu u nas mamy pić?

– Bo macie dwójkę, a wszyscy jedynki. – powiedział Guma.

– Ale jedynki są tej samej wielkości co dwójki.

– No to bo dwa to więcej niż jeden! – powiedział Wafel – otwieraj pokój Górniku.

W pokoju ustaliliśmy kto jest najmłodszy i znowu Cytryn musiał biec po płyny. W pokoju z minuty na minutę było coraz gwarniej. Morawka, Wojtek, Ważniak, Guma, Daro, Kozi, Wafel, Esu, Kajetan, Krzysio, Roman, Kazik, Cytryn – który biegał trzy razy na stację i donosił napoje, a za trzecim razem też jedzenie. Oraz gospodarze: Ireneusz i japan Tomasz. Z domu zabrałem głośnik, wiec słuchaliśmy sobie muzyki na żądanie. Co komu przyszło na myśl, to puszczałem, całkiem za darmo, a jak wiemy urządzenia się zużywają, wiadomix. Wszystko co dobre zaczęło wygasać około trzeciej nad ranem. Co mieliśmy wypić, wypiliśmy, a zajechany Cytryn uciekł spać po trzecim kursie, w okolicy godziny drugiej. Kiedy wszyscy wyszli, Jeżyna skoczył do toalety, a ja ogarniałem posłanie.

– Jeżynka! Słyszysz? Mamy kurde jedną kołdrę. I to nie za dużą.

– I szostego? – powiedział Irek myjąc zęby – kto sztarszy ten lepszy i kołdra yego. Poszukaj se kosa. Tfu. A coś ty mi za pastę dał? Z piaskiem?

– A taka specjalna. Nowoczesna. Dobra, szukam koca.

Znalazłem. Nawet dwa. Tylko po co? Skoro rano obudziłem się z Jeżynom przyklejonym do moich pleców plecami, pod wspólną acz przykrótką kołdrą.

Teraz czekam na busa na parkingu i przeglądam fejsa. Śniadania nie ma bo w restauracji wszyscy na kwarantannie albo zawirusowani. Jaro Paczkowski pisze, że skończył ciągnąć wąskotorówkę z Kielc na Wichrowe, i czeka od świtu na Kult Turystów, którzy na Kilce ruszyli nocą. Podobno szef Wichrowego dostał jakieś dofinansowanie z Agencji Restrukturyzacji Kolei Wąsko i Wolno Torowych Ziemi Kaliskiej, a ponieważ tory już były, napisał wniosek, z nudów zrekonstruował wagoniki a z Bieszczad ściągnął lokomotywę, no wariat. Cały Jaro! Cieszę się, że już za kilka godzin spotkamy się w Sandomierskiej Toskanii, bo wszędzie dobrze, ale tam wybitnie!

3. Trasa Pomarańczowa Covid 3 30.10.20 Koszalin

O odwołaniu koncertu w Koszalinie dowiedziałem się zaraz po porannym sikaniu, około piątej rano, bo w moim wieku to jest ta pora, żeby trzeba wstać aby nie zmoczyć posłania. Z Facebooka. A pół godziny później byłem już zaproszony przez Kult Turystów do tajemnej grupy ” Koszalin zagra na pomarańczowo”. W opisie stało, że koncert odbędzie się dla jednej czwartej ludności jaka może zmieścić się na sali, czyli dla około trzystu osób, a impreza będzie imprezą religijną pod nazwą „Krew Boga”. Ewentualne straty finansowe miał pokryć Piotrek Polski, który na wyspach znalazł sponsorów i postanowił zrobić Kult Turystyczny Zlot. Jako członek Kult Ochrony mogłem w tym wziąć udział z pięćdziesięcioprocentową zniżką na bilet i pole namiotowe.

– Ukochana! Koszalin jednak się odbędzie! – zacząłem z radości budzić Notoryczną Narzeczoną – tylko muszę dołożyć do roboty parę groszy.

– Co??? Daj mi spać. Ja dziś nie pracuję. A ciebie to już całkiem pogięło.

– To czyli mogę jechać?

– A weź spadaj. Tylko mi wirusa przywleczesz, to śpisz w garażu!

– Kocham cię! I obiecuję, że nic nie przywlekę. Nic a nic. Mamy maski, płyny…

– Taa. Po tych płynach rzygałeś żółcią do środy. Osioł.

Zgoda była, spać nie mogłem, a z emocji dostałem w bonusie rozwolnienia albo nawet rota wirusa. Tyle radości w pochmurny czwartkowy poranek mogą dostawać tylko zwycięzcy. I głupki, a za takiego uważam się z nieukrywaną dumą i radością.

Około południa zadzwonił Esu, że właśnie go wypuścili ze szpitala i nie opłaca mu się wracać do domu, oraz przekazał mi dumny, że dostał od żony zgodę na wcześniejszy pobyt w Unieściu, czyli niedaleko naszej bazy zespołowej. Chciał się poopalać i okąpać w morzu, bo warunki w Pucku były raczej rzadkie. Potrzebował relaksu jak kania dżemu i nawet kiepskie prognozy pogody nie mąciły mu myśli, w tym co sobie zaplanował.

Wieczorem miałem już kliknąć w „kupuj bilet” na stronie Polskich Kolei Państwowych, gdy niespodziewanie zadzwonił Jamal.

– Goomi, a może byś się zabrał z nami? Jedziemy w trójkę do Koszalina. Ja, Violcia i Doris. Nie daj się prosić.

– Stary, ale jajca. Już miałem kupić bilet. Dosłownie w tej sekundzie. Ale mnie wyczułeś. To znak. Jakiś ważny znak. Ale jeszcze nie wiem jaki. A wy zdrowi? – wolałem mieć trzysta procent pewności, żeby nie strzelić sobie samogona przed koncertem.

– Zdrowi! Jak kurki w cieście – Jamal zażartował, ale kompletnie nie skumałem żartu, może dlatego, że był on na poziomie Tomka Hajty, a on mi od lat nie mówi cześć.

– To fajnie. Ale że czemu w cieście? – próbowałem skumać bazę – Zresztą nieważne. Wysyłam adres mesendżerem. Napisz mi o której mam czekać.

– Zaraz ślę. Do jutra!

Ruszyliśmy o piątej trzydzieści trzy. Jamal, Violcia, Doris. No i ja. Lekarki, informatyk i jeden głupek. Pełen przekrój społeczeństwa. Doris opowiadała do samego Olkusza, jak bardzo ludzie jej pomogli wygrać z tętniakiem. Wspominaliśmy wielki koncert w Tarnowie, zbiórki, zaangażowanie różnych środowiska oraz całą, długą walkę. Dor była zrehabilitowana w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach i straszyła, że nie odpuści latania. Prosto na mnie. Udawałem radość, ale w duszy trochę się bałem, bo we Wranglerze siedzenia są trochę twarde i przy wylocie na Częstochowę już bolały mnie plecy, szyja i palec serdeczny lewej ręki. Wiem, wiem. Niejeden zapyta: dlaczego szyja? A tego nie wiem.

W Częstochowie zatrzymaliśmy się na popas w Mak Donaldzie, jak nakazuje stara świecka tradycja. Podobno ten Mak jest w miejscu, w którym przypiekano Kmicica żywym ogniem, stąd mięso w burgerach smakuje szczególnie dobrze. Między innymi dlatego zawsze tam się zatrzymuję, jak pędzę sobie po Polsce. Żelazny punkt trasy. Ale niestety, tym razem nie zaliczony w pełni.

– Jamal, muszę wyciągnąć swoją walizkę. Mogę? – zapytałem jak tylko wysiedliśmy z pojazdu.

– Oczywiście. Już otwieram – i zrobił pik pik pilotem, samochód odpowiedział łik łik, i otwarły się same z siebie tylne drzwi auta.

Niestety spodziewałem się otwarcia klasycznego, z dołu do góry, ale nastąpiła niespodzianka, drzwi otwarły się z prawa na lewo i dostałem z zaskoczenia w łeb. Czyli o tym był ten znak jak kupowałem bilet, pomyślałem, roztarłem obolałą skroń, a z walizki wyjąłem podręczną wagę młodego kulturysty. Tak wyjąłem, żeby nikt nie widział. I nikt nie widział, bo Jamale byli już w środku i tylko machali mi z lokalu, żebym się odsunął od bagażnika, bo miało być zamykane.

Po wejściu do środka odnalazłem toaletę dla inwalidów, oddałem z ogromną ulgą płyny sikająco, po czym rozebrałem się do bokserek i stanąłem na wadze. No tak czułem! Pół kilo nadwagi. Szlauch by to trafił. Mogłem więc sobie pozwolić tylko sałatkę, bo życie w trasie to nie zawsze bułka z mięsem. Po pół godzinnym popasie ruszyliśmy dalej. A im bliżej było morza, tym bardziej świdrowało mi w nosie.

Pod Łodzią już nie wytrzymałem i zakaszlałem. Serią. W końcu od Krakowa nie paliłem. Dla Jamala była to wystarczająca przesłanka, żeby powiedzieć dość. Zjechał na najbliższy parking.

-Goomi. No sorry. Pojedziesz w bagażniku, sam rozumiesz, Kowid i te sprawy. Nie możemy ryzykować.

– Rozumiem. Jasne. Nie chciałbym być przyczyną. A mogę szybko zapalić i siknąć?

– Oczywiście. Tylko, że tu nie ma toalety.

– A to nie szkodzi. Sikne se w polu.

I siknąłem. Tylko że nie wziąłem poprawki na wiatr i poszło na buty, na spodnie i oryginalną koszulkę IRY. Co za kurwa niefart.

W bagażniku było mi ciasno, zimno i mokro. O ile mokro na własne życzenie, to ciasno i zimno już przez kaszel. Żeby zmienić swój los, postanowiłem myśleć, co ze dwa razy do roku mi się udaje. I przypomniałem sobie o karcie, którą wyrobiono mi jak jechałem do Gdańska. A ponieważ na stacjach Orlenu, obok bankomatów, stały maszyny do badań na kowid, zwietrzyłem tym samym swoją szansę na powrót do kabiny. Posłałem Jamalowi esa: „błagam, stań na Orlenie”. Odpisał „OK” i po godzinie z okładem, gdzieś w okolicy Torunia dokonało się.

Maszyna do badań wyglądała jak bankomat. Najpierw trzeba było włożyć kartę, potem potwierdzić tożsamość kontrolą linii papilarnych, po czym ulepić kulkę, tzw. „kozę”, z nosa, a w przypadku kataru – nasmarkać w co bądź, i tak pozyskany preparat umieścić na maluteńkiej tacce. Następnie maszyna tackę wciągała, dostawała drgań niczym pusty termomix na maksymalnych obrotach. A wszystko to w rytmie piosenki „+ i -” ( wiecie: „Plus i minus to jedyne co widzę, plus i minus to jedyne co słyszę. Ostrzeżenie o niebezpieczeństwie”) Kalibra 44. Następnie, po około stu dwudziestu sekundach pojawiał się wynik, natychmiast zapisywany na karcie. Jeśli był ujemny, maszyna mrugała na zielono i słychać było przeróbkę „Oczu zielonych” Zenka: „Przez twój wynik ujemny, ujemny, oszalałem”, a jeśli było się na plusie, czyli kowid mieszkał w nas, maszyna świeciła nerwowo na czerwono, mrugała stroboskopami, a z jej wbudowanych głośników niosło się: ” Jesteś zerem. Covid żołnierzem. Po tym badaniu nie chcę cię znać”. To zaś była piosenka przerobiona z piosenki mega grupy Bajm, o kokainowcach, czyli z hitu „Biała armia”. Do tego człowiek-nosiciel był opryskiwany fluorescencyjną farbą w kolorze wściekłego różu, co wykluczało go natychmiast ze społeczeństwa i nakazywało szybką i bezwzględną wizytę w szpitalu jednoramienny o specjalizacji zakaźnej. Mało kto wiedział, że karta posiada chip, i chory był monitorowany zaraz po dodatnim wyniku, a służby już pędziły z najbliższej stacji sanitarno epidemiologicznej o charakterze zbrojnym.

Moja karta wysunęła się przy przerobionym tekstowo, ale w stu procentach oryginalnym muzycznie Zenku. Oszalałem więc, zgodnie ze słowami Wieszcza, z radości i mogłem wrócić do wnętrzności Wranglera. I dobrze, bo przed Koszalinem to właśnie ja zauważyłem na przystanku chłopaka z kartonem, na którym mały napis krzyczał na pomarańczowo :

„Koszalin – Kult”

– Jamal! Stój! To Igor! Igor z Kult Turystów!

Jamal nie zdążył maszyny wyhamować, wicie-rozumicie, ternówka, ale na najbliższym skrzyżowaniu zwrócił, minął przystanek, znowu zawrócił, i podjechał na przystanek radośnie trąbiąc, przysiągłbym dziś, że na melodię lakukaracza. Uchyliłem okno i zagadałem do zaskoczonego kolegi, jakoś tak:

– Ale pana, to myśmy się tutaj nie spodziewali! Prędzej Duch Święty przejdzie przez okno piekielne niźli Igor na koncert nie dotrze!

– Goomi! A niech to wszyscy święci! Jamale! Doris!

– Wskakuj! Jedziemy do raju! – krzyknęła Dorcia i ruszyliśmy.

A ponieważ było już mało czasu, ruszyliśmy prosto pod salę. I dobrze, bo to był dzień protestów. Do ich wojny przyłączyli się rolnicy, Związek Poławiaczy Dorszy Poza Sezonem, bardzo liczna na wybrzeżu grupa Koła Gospodyń Morskich „Flądra”, i kilkanaście pomniejszych, których nie zakonotowałem, bo rozgrzewałem umysł przed pracą łapacza. Taka rozgrzewka jest równie ważna jak ta mięśniowo-kostna. Ale zbyt intensywna może przynieść skutki ujemne. Mnie na ten przykład odcina od rzeczywistości.

– Jamal, coś z Goomim chyba nie tak – zauważył tuż pod klubem Igor.

– Już jesteśmy. Goomi co z tobą?

– Chyba go straciliśmy psychicznie? – zawyrokowała Doris, potrząsając moją głową i wbijając mi szpilkę z przypinki „Only Kult” którą miała we włosach. – Nie działa. O jeju. Gumi nie działa.

Pierwszą osobą, która podeszła do naszego auta był Guma

– Witamy! Witamy staropolskim na zdrowie! – po czym upił solidnego łyka z litrowej butelki „Bociana”

– Cześć Guma. Coś się z Goomim stało niedobrego. Może to przez te badania? Albo jazdę w bagażniku?

– Baaaaaaaaaartek! – zawył Guma – Baaaaartek! Mamy rannego.

Chwilę zeszło zanim Esu doszedł. Popatrzył na mnie i zapytał Jamala:

– Kolego, a on coś pił w drodze?

– Chyba tylko wodę, ale kilka godzin jechał w bagażniku, to kto wie? Ale czuć nic alkoholowego nie było. Co nie? – to pytanie skierował na pozostałych towarzyszy podróży.

– Nie.

– Nie.

– Nie wiem. Nic nie czuję! Ludzie! Ja nic nie czuję! – Violetta zaczęła blednąć i kręcić się w kółko.

– Tobą zajmiemy się potem – powiedział Esu zatrzymując koleżankę i naciągając jej trzy maseczki na twarz – Weźcie ją do Wafla. Sprawdzi czy nie chora. A ty Guma daj no flaszkę. Tata się przegrzał.

Z butelką w ręce usiadł koło mnie, zamyślił się chwilę, po czym drąc ryja niemiłosierni głośno, zaczął mi wlewać wódkę do ust.

– Bocian! Tata! Bocian! Jesteś uratowany!

I byłem. A ponieważ ratowanie trwało czterysta gram, byłem też pijany.

– Guma, zanieśmy go do garderoby. Przed koncertem powinien dojść do siebie, musi tylko wypić wiadro wody morskiej.

Jak przez mgłę pamiętam, że przechodząc koło Wafla i Koziego, którzy na wejściu zrobili kontrolę biletów i biuro kontroli antywirusowej, kątem oka dostrzegłem Violę, której Kozi coś wyciągał z nosa. Podobno były to nowoczesne filtry nosowe „CovidOuty” tak zwane, o których koleżanka zapomniała, a długo noszone nie przepuszczały żadnego zapachu z otoczenia. Pamiętajcie o tym na przyszłość.

Słaniałem się na nogach, ale silne ramiona doniosły mnie na tyły.

– A temu co? – zapytał Kazik który już skończył próbę i siedział w garderobie.

– Kazoo! A upił się! – odpowiedział uchachany Grześ.

– No to popracował. Jak go Piotrek zobaczy… Złóżcie go gdzieś z boku.

– Dojdzie do siebie. Spokojna głowa. Tata się przegrzał i zawiesił. Odkąd skończył czterdzieści lat, to tak mu się robi. I tylko wódką można go odblokować. Tylko tej potrzeba coraz więcej.

– Yhy. – zadumał się Mistrz i położył się podrzemać. 

Dziesięć minut przed robotą obudził mnie Darek. Łeb mi pękał w szwach, a obok mnie stało wiaderko wody morskiej.

– Pij! – nakazał.

I piłem. Było tego z pięć litrów, więc co dwa litry wydalałem to co przyjąłem przez otwór gębowy. I to postawiło mnie do pionu. Mogłem więc na lekko miękkich nogach ruszyć do roboty. Po wejściu na salę zająłem swoje miejsce przed Wojtkiem. Widok przede mną był uroczy. Ludzi było tyle ile było, czyli średnio, ale więcej wejść nie mogło. Większość stanowili znajomi Kult Turyści. Sala była oflagowana godnie i prawie w całości. Była flaga Rzeszowa, Krakowa, Młodzi Warszawiacy Warszawa byli, Szczekocin, Poznań, Gdańsk, Szczecin, Wrocław, Tomaszów Maz., Radom, Sosnowiec – te dwie ostatnie mniejsze, z wiadomych powodów. I inne. Zespół wszedł na scenę, a każdy z wchodzących muzyków machał do mnie, bo wcześniej mieli jedynie kontakt z moimi zwłokami, i się ze mnie chichrał. A Kazik pokręcił głową z niedowierzaniem, jakiego to pacjenta ma na pokładzie. I ruszyli! Ostro i szybko.

Pierwsza poleciała Kasia Krząścik, w końcu świętowała po raz kolejny dziewiętnaste urodziny. Wpadła w mój sektor, więc dokonałem próby złapania, niestety średnio udanej, bo noga wplątała mi się w kotarę maskującą podscenie. Ale skutecznej, bo trzymana za nogę lotnica głowę miała dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Odwróciłem ją więc, postawiłem do pionu a ona uśmiechnęła się i spłynęła w dół. Podobno świętowała trzeci dzień, stąd chwila słabości.

Potem ruszył nad głowami innych niezatapialny Marek Sarzała. Tak do trzeciego rzędu przed scenę, bo na jego widok Kozi wskoczył na barierki i machając pięścią w stronę Marka, dał mu jasno do zrozumienia co o jego lotach myśli. Marek złapał więc najbliższych ludzi za głowy, zrobił beczkę i zniknął na podłogę, zaraz przed Pawłem Ptakiem, który stał dumnie w koszulce z wielkim napisem ABS TY NENC JA, i małym na ramieniu: ABS TY bęc i JA. Fajna. Jak przestanę łoić, to sobie obiecałem, że będę taką miał. Potem był spokój.

Około trzydziestu minut nikt nie leciał, zacząłem więc z lekka przysypiać, tym bardziej, że koledzy muzycy zamulali z lekka ze sceny, bo byli w tej części programu, w której utwory były wolniejsze i miały skłaniać do refleksji , zadumy i odpoczynku. Kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie dla mnie i mojego ciała, tłum kogoś obcego wyrzucił do góry, i to na nieszczęście w okolice mojego sektora. Ruszyłem oszołomiony, kiedy niespodziewanie splątały mi się rzęsy w oczach i wpadłem na rozpórkę płotków, po czym runąłem jak długi, a zespół przestał grać. Wojtek podszedł do krawędzi sceny, a kiedy zobaczył, że się ruszam, niezgrabnie bo niezgrabnie, ale ruszam, dał kapeli znać, żeby kontynuowali.

I kontynuowali, aż do samego końca. A my, dzielne chłopaki z Kult Ochrony walczyliśmy jak lwy, bo Turyści kultowi znani są z zamiłowania do latania. I o ile rozumiałem ich bardzo dobrze kilkadziesiąt kilo wcześniej, to teraz, co niektórzy przekraczając magiczną setkę, do latania nadawali się średnio. Ale to właśnie dla nich, tych 100+ zapisałem się na siłownię i basen, żeby nie zginąć śmiercią męczeńską acz chwalebną na Trasie Pomarańczowej. W ogóle, to nasi Turyści są bardzo spoko. Wiedzą, że ja i Wafel narzekamy na ich loty, to najczęściej latają na Turystę-Ochroniarza Pana Pancernego, z szacunku dla nas starszych. I na Cytryna i Esa, bo ci uwielbiają stójkę na środku. Ich to upatrzyła sobie Emilka, która w ostatniej chwili zdążyła na Pendolino do Koszalina, i teraz fruwała jak szalona. Emilkę to sam bym łapał, bo jest młoda i lekuśka i mogłaby być nawet moją córką. No i Kazio, twarz Kultowej z Poznania. Ale Kazio to lotnik nad lotnikami. O ile Emilka jest jak Spitfire, to Kazio przypomina mi już przeładowanego Antonowa 225. Ale takiego, który potrafi beczki w powietrzu kręcić. Oj ciężko mieli ci, którym Kazio po głowie przeleciał, jak i ci, którzy pomimo szeroko zakrojonej pomocy, go lądowali.

Na sam koniec czekała nas niespodzianka. W sumie szykowała się ona od dłuższego czasu, bo namawianie Wuja Artura na lot trwało od kilku utworów. Halski z Ptakiem dopięli swojego, zebrali najsilniejszych sposób swoich, podnieśli Wuja w górę i zamiast rzucić go innym na głowę, jak każe tradycja, dostojnie donieśli go pod scenę. Kiedy się zbliżali, u nas nastąpiło przegrupowanie, komasacja w okolicy odbioru Artura. Kiedy nagle wszystko zaczęło się walić. Dosłownie.

Wuja złapać bez mała chciał każdy, bo wujo jest miły, miękki i kultowy. Ruszyliśmy więc wszyscy ku środkowi, bo tam niesiono lotnika. Niestety. Było ciasno, ciemno i na dodatek zapomnieliśmy o akredytowanej pani Magdzie fotograf, która zamiast wycofać się z fosy po drugim kawałku, wykorzystała nasze rozszczelnienie profesjonalnego podejścia do obowiązków, i cykała foty z fosy, z ukrycia i z przykucu. Myślę, że to Kozi z Darkiem przymknęli oko na Magdę, bo wszystko to działo się w ich sektorze. Ale ponieważ pamięć ochroniarska jest zawodna, a na aparacie był akurat obiektyw długi, to Kozi przemieszczając się zahaczył o niego, po czym stracił równowagę, wpadł z impetem na Pancernego i domino poszło już samoczynnie. Pancerny wywrócił się na Esa, Esu na Cytryna, Cytryn na mnie, a ja chcąc się nie potłuc, miałem wpaść na Gumę. Ale Gumy nie było na posterunku, bo właśnie grał ze sceny Lewe Lewe Low. Więc jebłem jako ostatni element o podłogę. A Wujo nadciągał. Darek, nie zastanawiając się wiele, skoczył na upadłe domino i niemalże po naszych trupach, w ostatniej chwili odebrał wuja. Ale niestety nie utrzymał go i runęli na, w Koszalinie wyjątkowo niską, scenę. Wujo chcąc się ratować złapał za statyw Kazika, ale ten był, jak to statyw – wiotki, i oczywiście Wuja masy nie utrzymał i runął Wuja ze statywem na Kazika, ten na Jerzyka, i dopiero Morawka wszystko zatrzymał, z pomocą Przystojnego Romana i Krzysia, którzy najpierw go wsparli, a potem ruszyli podnosić upadłych ku pionowi. Zespół przerwał Lewe Low wraz z upadkiem basisty, czego nie zauważył Guma i kontynuował. Sam. I wtedy wyszła cała prawda z gryfu. Grzesio niestety fałszował.

Ponieważ zespół wiedział, że po koncercie na plaży w Mielenku odbędzie się wielka Kultturystyczna Impreza, bisy poleciały zaraz po zakończeniu seta podstawowego, jak zwykle dwu i pół godzinnego. Po czym Guma skoczył do techniki z pretensją, że fałsz wynikł z nienastrojonej gitary, ci zwalili wszystko na Kajetana, że coś zamieszał, bo stroik był sprawdzany, a ja ruszyłem z kopyta do sklepiku.

Sklepik działał zgodnie z zaleceniami sanepidu albo nawet lepiej. Przed nim stały barierki w odległości dwa metry plus to co doliczyła Ania, czyli dwadzieścia centymetrów. Koszulki były podawane na długim kiju, zakończonym hakiem i koszykiem. Do koszyka wkładało się kasę, albo kartę, następnie koszyk wracał, następowało nabicie kwoty, poczym w koszyku wracał paragon i koszulka, ewentualnie reszta i wydruk z karty oraz koszulka. Zakupu dokonywało się krzykiem, a jeśli krzyczący miał słaby głos, bo go na przykład stracił na protestach, Ania pokazywała kartki A4 z wypisanymi na nich rozmiarów kami. Wszystko hulało więc zawodowo i po chwili czekania, wysunął się do mnie patyk z dwiema pięknymi koszulkami. Jedna miała być dla mnie, druga dla Piotrka Hulista.

Godzinę potem byliśmy już wszyscy w Mielenku, gdzie pod zespołowym hotelem, Turyści zorganizowali pole namiotowe. Po kolejnym kwadransie zgromadziliśmy się wszyscy na plaży, gdzie p[rzy pełni księżyca płonęło wielkie ognisko. Były kiełbaski wege z kurcząt, ziemniaczki z ogniska i wielkie ilości przeróżnych alkoholi z kultowym płynem Orlen Polska. Było wręczanie legitymacji kult turystycznych, a ci z największym stażem wręczyli sobie odznaki i nawet dyplomy. Co bardziej pijani kąpali się w Bałtyku, tak pogrzało, pomimo temperatury wody w okolicy sześciu stopni Celsjusza i trzech w skali boforta. I tyle zapamiętałem.

Rano obudziłem się w jakimś dziwnym stanie. Miałem tylko głowę na świecie, i pierwszej chwili myślałem, że miałem jakieś bliskie spotkanie trzeciego stopnia z francuskimi islamistami. Próbowałem pomyśleć i odnieść się do rzeczywistości i okazało się, że koledzy z ochrony po moim odpadnięciu z imprezy, zakopali mnie po szyję w piachu. Kochani! Jeszcze się zemszczę i pomszczę. Zobaczycie na co mnie stać, dziady jedne.

Teraz siedzę w pociągu, bo Jamal z rodziną postanowili zostać do poniedziałku i korzystać na full z pięknych okoliczności przyrody. Z moich wszystkich otworów sypie się złoty piach, jedyny taki na całym świecie. A konduktor chodzi i bucy mi za uszami, że jak tak wolno i jak taki debil może słuchać Kultu, bo w koszulce tego zespołu jechałem do domu. Nie podejmę dziś dyskusji. Mam gorączkę, katar i kaszel. Muszę odespać, bo już niedługo kolejne przygody. Tym razem w Łodzi i na Zwichrowanym Wzgórzu. U Jarka. A tam przelewek nie będzie.