M14. Po D-dur że za jeden uśmiech.

M15. Po D-dur że za jeden uśmiech.

 

Wyjazdy nad morze pod patronatem PKP trzeba było odpowiednio przygotować logistycznie. W końcu przejazd trwał bez mała 14 godzin i tylko miejsca w przedziale gwarantowały jako taki komfort. Leniwsi i mniej rozgarnięci podróżni wsiadali zazwyczaj na Dworcu Głównym w Krakowie i liczyli jeszcze, że coś wolnego znajdą. My startowaliśmy na dworzec w Płaszowie, z którego ruszał skład, na kilka godzin przed jego odjazdem i zajmowaliśmy przedział, a czasem i przedziały, jeszcze na bocznicy. Dzięki temu w pięć, sześć osób w przedziale mogliśmy wygodnie podróżować przez Polskę. I byliśmy gotowi, zwarci, niejednokrotnie podlani niezachęcająco dla ewentualnych dosiadkowiczów. Ustawialiśmy też magnetofon na full i dawaj, na ten przykład, Raga Protiw Maszynie. I tak co stacja. Znasz, lubisz, chcesz słuchać bardzo głośno? Zapraszamy! Nie lubisz?  Nie podchodź. Nikt nie polubił. Nigdy. Dziwne. Może wiedzieli, o czym krzyczą RATM i im nie pasowało?

Nad morzem muzyczny kodeks honorowy przestawał z czasem obowiązywać. W końcu każdy chciał się zakochać albo chociaż podkochać na wakacyjną chwilę. Trzeba było wtedy oddalić się lekko od swoich muzycznych upodobań i poudawać, że także to, co grają tu i teraz, też pasuje. W końcu na letnich dyskotekach gra się dla mas, a nie dla kilkunastu osób. A ponieważ to właśnie tam były ONE, dziewczęta, które chcieliśmy  poznawać na kopy, to musieliśmy podrygiwać przy Scatmanach, Didżejach Bobo, Scyzorykach Liroyach. A potem wywijaliśmy Orła Cień i krokiem Koko Dżambo udawaliśmy się do namiotu spać. A jak ktoś miał farta i gadane, to nie udawał się sam, najczęściej na romantyczny spacer na plażę w poszukiwaniu wschodu słońca.

Równie ważny jak muzyka był wakacyjny sport. Służył rozrywce, wypacaniu toksyn, wyrzucaniu testosteronu i oczywiście, a jakże, podrywowi. Często i gęsto organizowaliśmy się w zespoły i uprawialiśmy – a to piłeczka nożna, a to koszykówka, a to siatkówka. Nad morzem liznąłem też siatkówki plażowej, która w czasach mojej sportowej przygody dopiero kiełkowała. Nie powiem, liznąłem z sukcesami. A że razu jednego, na ten przykład, patronem rozgrywek byli papierosiarze z Westami, takimi fajkami, to sukces miał smak tytoniu wypalanego na kopy. Wspaniała promocja zdrowego stylu życia – no ale przecież nie ma co zwalać niesportowego trybu życia na nagrody. Nikt nic nie musiał, a co najwyżej mógł jeśli był miękkim czymś tam robiony.

Lato było także czasem mistrzostw świata w piłkę i podobnych imprez. Najmocniej zapadły mi w pamięć igrzyska z roku 1996 – nałożyły się w znakomitej większości na nasz urlopowy pobyt. Nasi coroczni towarzysze wakacyjnej niedoli z Jastrzębia-Zdroju dysponowali wtedy grubszą gotówką, a i nam też powodziło się nienajgorzej, więc postanowiliśmy uwić sobie olimpijskie gniazdko w lokalu o wdzięcznej nazwie Oaza, nieopodal naszego pola namiotowego. Ponieważ było nas kadrowo dwie drużyny piłkarskie, to koledzy postanowili, że lokal podczas transmisji igrzysk wynajmiemy w godzinach wieczorno-nocnych na wyłączność.

Gospodarze knajpy byli zadowoleni, bo gwarantowaliśmy pełną salę, a przy tym na niczym nie oszczędzaliśmy, więc zapewnialiśmy spory obrót na barze. Wacław, mecenas naszych knajpianych zabaw, kiedy tylko się budził i łapał tymczasowy kontakt z rzeczywistością, natychmiast uzupełniał stany zaopatrzenia:

– Kierowniczko! Sześć piw, sześć kiełbas i sześć pizz – i ponownie schodził do pozycji półpoziomej w celu jako takiego przetrzeźwienia.

I tak do rana zbierało się tego wszystkiego na stołach w ilościach hurtowych. Ale kto tam zwracał na to uwagę? Ważni byli nasi judocy, zapaśnicy, lekkoatleci i wszyscy ci, którzy rozsławiali ojczyznę Orła Białego w dalekich Stanach Ameryki. Korzeniowski (wkrótce miał zostać moim kolegą z klubu WKS Wawel), Kusznierewicz, Mauer, Wolny czy Wroński mogli liczyć na to, że wypijemy ich zdrowie. Niejedno. Z igrzysk wszyscy byli zadowoleni. My – bo były sukcesy wielkie i aż tak niespodziewane naszych mistrzów. Sportowcy – bo mieli wyniki ponad miarę. Właściciele Oazy – bo po Atlancie zarobili na klimatyzację.

Wieczorami wakacyjnymi oddawaliśmy się konsumpcji relaksacyjnej. Najczęściej i najchętniej podczas zachodów słońca. Często relaksacja przeciągała się do późna, a niektórzy byli tak zrelaksowani, że nie mogli już żyć albo żyli tak, jakby nie mogli już się zrelaksować.

I przychodziły nam do głowy głupie pomysły, jak choćby wodowanie jachtu, który właściciel zacumował był na stałe na betonowym cokole przy swoim lokalu. Koledzy doszli do wniosku, że męczy się tam okrutnie, ten statek, jak pies na łańcuchu przy budzie i postanowili, że sobie i jemu dadzą zakosztować swobody. Któregoś ranka, kiedy jutrzenka grała pierwsze nuty, jednostkę oderwano od postumentu. Kilkunastu chłopa, mozoląc się okrutnie, bo statek ważył ponad sto kilko, w ciągu godzinki z okładem pokonało ponad dwieście metrów piachem i zaczęło się sposobić do morskiej przygody. Konstrukcja okrętu nie pozwalała jednak na pokonanie pewnych barier i z żeglowania nic nie wyszło, bo i wyjść nie mogło. Za to policja odnalazła mistrzów żeglugi po piachu i kazała im odholować okręt pod lokal, szczęśliwie nie wyciągając większych konsekwencji.

Przewijało się pod namiotami towarzystwo przeróżne. Obok naszego stałego składu nowohucko-jastrzębskiego przewijała się masa znajomych. Ludzie nas lubili, lubili z nami przebywać i chętnie dołączali do wspólnych wypadów. Był na przykład kolega Denis, młodzieniec o ciemnej karnacji raczej, bo jeden z jego rodziców miał afrykańskie korzenie. A do tego chłopak był fizyczną kopią Gołoty, wagowo i wzrostowo, co w czasach ciężkiej sławy i piórkowej chwały Endrju, stanowiło nie lada atut. Robiło to wrażenie nie tylko na nas, ale przede wszystkim na dziewczętach. U najstarszych natomiast plażowiczów Denis wywoływał zdziwienie, bo przecież oni, codziennie smażąc się na słońcu, nie mogli się tak pięknie opalić. A przecież każdy chciał być pięknie opalonym. Więc czemu jemu się udawało, a im nie?

Byli też raz koledzy z Krakowa, a wśród nich Paweł Drzyzga, brat tej siostry od RMF a potem od TVN. Ci mieli lekki niefart, bo ich okradziono. Namiot ogołocono im z kosmetyków, co bolało mało, ale również z kuchenki gazowej turystycznej, co jej właściciela doprowadziło do szewskiej pasji; bo czuł do niej wyjątkowy sentyment. Z tego powodu przystąpił do własnego, zakrojonego na wielką skalę śledztwa. Pytał, podpytywał, podsłuchiwał, śledził i w końcu zdołał zidentyfikować sprawcę. Kiedy miał już dwieście procent pewności, zamówił policjantów pod dyskotekę, bo tam się złoczyńca bawił.

Właściciel kuchenki chciał sprawę zakończyć zgodnie z prawem, jak na krakowskiego inteligenta i człowieka dobrze wychowanego przystało. Jednak oczekiwanie na policję przedłużało się w nieskończoność. Czekający na patrol młodzieniec, zdegustowany zachowaniem gliniarzy, podlewał się mocno piwem i doprowadził się tym sposobem do stanu wstępnej nieważkości. Stróżowie prawa, kiedy w końcu dotarli na miejsce, nie bardzo mieli ochotę na interwencję, z braku zaufania do zgłaszającego primo, jego stanu secundo, oraz powodu niewielkiej wartości przedmiotu, który skradziono – terzio.

– Jeśli władza nie pomoże, to sam wymierzę sprawiedliwość! – pomyślał na głos i poprosił nas o wsparcie. – Pomożecie?

– Nie, towarzyszu Edwardzie, nie pomożemy – odparliśmy zgodnie, bo nikt nie chciał stawać do walki na piąchy za kuchenkę gazową turystyczną, i do tego czyjąś.

Nieborak pozostawiony sam sobie podlewał się dalej i nie przerywał przy tym obserwacji złoczyńcy. Było grubo po północy, kiedy poderwał się i ruszył w ciemność – jak dwa plus dwa po to, by dokonać męskiego rozliczenia rachunków za krzywdy którego go dopadły. Plan miał prosty: dopaść kradzieja i obić mu ryj, a może i pozbawić go gotówki w kwocie, która mogłaby być rekompensatą za kuchenkę. Szedł więc za podejrzanym cierpliwie, unikając latarnianego światła. Morze szumiało w oddali, rozbawione głosy biwakowiczów zagłuszały kroki, a zapach sosnowego lasu koił pijane ciało. Czyż nie były to bajkowe okoliczności przyrody stworzone dla takiej pomsty?

Po przejściu kilkuset metrów podejrzany skręcił w dróżkę prowadzącą nad morze, lekko w prawo, w okolice wydm. Może spowodowała to potrzeba opróżnienia się, a może tylko chęć pobycia w ciszy i zadumie. Do dzisiaj tego nie wiem. Atak podobno był błyskawiczny, niespodziewany i honorowy, czyli od tyłu. Ofiara otrzymała kilka solidnych cepów w głowę, została powalona na plecy i unieruchomiona żelaznym uściskiem chudych nóg i rąk.

– A masz ty! A masz chuju-złodzieju! Za kuchenkę, kurwa, gazową! A masz, a masz! – rytm nadawały ręce zwinięte w piąstki, które okładały domniemanego złodzieja.

I piachem mu w twarz. Garściami. W oczy i do ryja.

– Ne wem ofo odzi! – bełkotał zaatakowany, próbując wydalić paszczą jakiś konkretny przekaz. – Jafa fu fenka!? Tfu? Ze fo? Ne bij!

– Za kuchenkę chuju! – ciosy stały się wolniejsze, bo i kolega głupi bardzo nie był i zaczął myśleć, że może by najpierw wypadało udowodnić czyn podejrzanemu a dopiero po tym mu dopierdolić. – Trzy dni temu namiot nam okradłeś, kutasie jeden!

– Ja? Oszalałeś, ja dzisiaj przyjechałem. Rano, mam świadków! – mowa wracała obijanemu w miarę jak pozbywał się piasku z ust.

– No jak? Niemożliwe! – mimo ciemności panującej dookoła słychać było w tym głosie coś jakby lekkie olśnienie. – Wstawaj. Pod lampę!

Stanęli pod lampą, jak brat z bratem. I wtedy wyszło szydło z wora i okazało się , że to pomyłka okrutna, a bity to nie ten co na to zasłużył! O rany. O ups. O kurwa.

– No tak. Przepraszam. Jezu. Sorry. To nie ty, przepraszam. Ale jak to? Przepra… Nie wier…

I odszedł w ciemność, pozostawiając obitego, niewinnego chłopaka samemu sobie.

Wakacje!

 

 

*

 

Powroty znad morza miały czasami słony smak Bałtyku. Najgorzej było, kiedy się całe pieniądze wpompowało w machinę gospodarki nadmorskiej. Powrót na głodnego i z wodą z kranu w dużej butelce bywał słaby. Szczęściem od drugiego wyjazdu planowaliśmy wydatki na poziomie przyzwoitym, a od trzeciego byliśmy znani i lubiani, więc mogliśmy w razie katastrofy pożyczyć szmalec od właścicieli pola namiotowego. Byliśmy młodzi, radośni, spokojni jak aniołki – i wiecznie pijani. Kochali nas prawie wszyscy.

Któregoś razu Wacek miał wrócić znad morza kilka dni wcześniej niż reszta naszej bandy. Postanowiliśmy pożegnać go godnie. W końcu jako jeden z nielicznych pośród nas, pracował ciężko i owocami swojej pracy oraz pożyczek dzielił się z nami obficie. Chłopak wyuczył się w zawodzie spawacza i zaczął szybko zarabiać dobre pieniądze, co wywindowało go pośród nas na średni poziom elity finansowej. Ponieważ miał też gest nie lada i bał się żeby nasze wakacje nie były za biedne, przed wyjazdem, nie raz i nie dwa, brał wraz z Esem pożyczki w banku. Po powrocie z wakacji chłopaki spłacali jeden kredyt drugim i tak to się do czasu nawet kręciło. Aż w końcu przyszedł prawie ostateczny krach systemu i się urwało. Ktoś w banku się zorientował, że chłopaki nakręcili piramidę, która nie miała prawa zakończyć się pomyślnie i postanowił to ukrócić zgłaszając sprawę do odpowiednich służb.

Pożegnanie trwało dwa dni. Śpiewaliśmy przeboje z „Taty Kazika” do upadłego i tak nam ten Kazik zaszumiał w głowach że Wacek postanowił się obciąć na jak nasz idol. A idol miał wtedy łysą głowę i tylko z przodu pozostawioną samą sobie, niczym samotna wyspa na Atlantyku, kępę włosów.

– Tata, tata, ja chcę mieć fryzurę na Kazika! – Wacław błagał, a ja jako największy fan muzyka miałem pomysł urzeczywistnić.

– Daj spokój. Jak się w pracy pokażesz? – temperowałem jego zapędy, przypominając o nadchodzącej milowymi krokami prozie dnia codziennego.

– No jak? Normalnie. Przecież my w kaskach chodzimy. Tata, no weź!

„Tata”. Może i byłem jak tata – czasem surowy, a czasem za dobry –, do tego byłem opiekuńczy jak niejeden ojciec i stąd się ta ksywa musiała wziąć. Posłuch jako taki miałem, więc podejmowałem również strategiczne decyzje.

– Mamy nożyczki? – postanowiłem dać dzieciakowi radość i jednocześnie poeksperymentować, czy inni będą wyglądać z fryzurą Kazika tak dobrze jak Kazik. Nożyczki znalazły się błyskawicznie, ale zanim przystąpiłem do dzieła, musieliśmy spożyć śniadanie. Okazało się bardziej obfite niż zwykle.

Pierwszy na zakupy ruszył Kura gdzieś koło dziesiątej. Wrócił z bułką, małą konserwą i kratą piwa. O dziesiątej dwadzieścia Ogon poszedł z Talentem po pieczywo i przynieśli przy tej okazji kolejne dwie kraty. W samo południe byliśmy już co najmniej po kilku piwach i mogłem strzyc. Przedsięwzięcie podzieliłem na kilka etapów. Pierwszy: klasyka, czyli ścięcie kudłów z całego łba, ale z pozostawieniem rzeczonej wyspy nad czołem. Etap drugi: rytualna zmyłka fryzjera. Zrobiłem oto Wackowi na głowie szachownicę.

– Tata, no co ty! Na Kazika kcem – dzieło było klasowe, ale Wacławowi nie przypadło do gustu.

– Wacek. To jest dobre! Zostawże se takie! – Bocian ze śmiechu zalewał się rzewnymi łzami.

– Nie. Tata, no! Na Kazika!

Strzeliłem zatem w przerwie piwko dla podtrzymania kurażu i rozpocząłem etap trzeci: golenie czaszki delikwenta do gołej skóry, oczywiście poza wyspą. Po kilkudziesięciu minutach Wacek- Kazik był gotowy. Patrzyłem na efekt i nie wierzyłem w swoje zdolności fryzjerskie i fantazję. A sam Wacław, tak wystylizowany był gotów do wieczornego odjazdu. Spakowany, obcięty i mocno pijany (ech ta szara rzeczywistość!) został przez nas odholowany do autobusu linii Unieście-Koszalin.

– Tylko się nie zgub! I zadzwoń koniecznie jak dojedziesz! – ktoś gadał bez sensu.

Tylko gdzie miał zadzwonić?… Chyba jednak to my w końcu zadzwoniliśmy do niego. Po dwóch dniach. I w sumie dobrze, że dopiero wtedy, bo Wacek, jak to Wacek, podróżował po naszej pięknej ojczyźnie z przygodami.

Pierwsza czekała go już na dworcu. Wsiadł biedaczysko nie w ten pociąg co trzeba i zamiast jechać do Gdyni, poleciał na Szczecin. To nieco skomplikowało dalszą drogę i przez to spóźnił się Wacek do pracy o jeden dzień. Kolejna przygoda czekała go już w domu, kiedy ściągnął czapkę. A ni on ani jego rodzice nie mogli uwierzyć w to, co miał chłopak na głowie, ani w to, że w takim stanie zdoła się wytłumaczyć w pracy ze spóźnienia. Jedyne rozwiązanie było takie,  że resztę upalnego  lata w pracy Wacław spędził z przyklejonym do głowy kaskiem.

 

 

*

 

 

Jeden z moich powrotów był jak z filmu „Podróż za jeden uśmiech”. Przedostać się tamtego roku miałem z Unieścia nad Jezioro Chańcza w kieleckie, obok Staszowa. Pierwszy uśmiech wykonałem do poznanych na nadmorskim polu namiotowym żołnierzy służby zasadniczej, którzy zrobili sobie wypadzik na przepustkę, żeby się nawdychać jodu.

Zaszczytną służbę wojskową odbywali gdzieś w Łodzi czy pod Łodzią, a wracali w okolice Końskich, do domu jednego z nich. Dysponowali pojazdem mocno takim sobie, jeśli brać pod uwagę cztery osoby plus namioty i plecaki. Pojazd zwał się Polonez. Nie przypominam sobie, jaką miał ksywę, Atu czy Caro, ale pamiętam, że bagażnik miał jak mały fiat. I pamiętam też, jak bardzo chciałem zaoszczędzić pieniądze na podróży, a przy okazji dać szansę przygodzie.

Tak więc któregoś niedzielnego przedpołudnia wyruszyliśmy. Jechaliśmy – dziwnym nie jest – w dół mapy. Pierwszy popas był planowany w jednostce wojskowej moich dobroczyńców gdzieś w Łodzi czy pod Łodzią. Jak się okazało, chłopaki byli już falowcami i odcinali z metra, więc do wyjścia wiele dni im nie zostało i na jednostce z tego powodu rządzili. A skoro rządzili, to mieli także dojście do paliwa wojskowego za psi chuj albo i za darmo. Wtedy również zrozumiałem, dlaczego taki mały bagażnik mają w tym polonezie – bak był powiększony o jakieś 40 litrów i dzięki temu jak się już wlało po korek, to można było Polskę przejechać wzdłuż i wszerz bez oglądania się na stacje benzynowe.

Jednostka była, o ile pamiętam, pancerna. Stał tam nawet na postumencie czołg, który grał „Rudego 102” w serialu „Czterej Pancerni”. Znaczy się: jeden z kilku czołgów-aktorów, bo podobno parę tychże utonęło albo ucierpiało w inny sposób na planie filmowym.

Po zalaniu do pełna pojechaliśmy do jakiejś podłódzkiej wsi. Z radioodbiornika rżało wczesne disco polo. Klasa musiała być pokazana: okna otwarte, łokcie na zewnątrz, po jednym na osobę, poza moimi. Bo ja miałem miejscówkę z tyłu, na środku. Siedziałem na plecakach, pod nogami miałem namiot, głowę i plecy w suficie. Zgrabiałem i zastałem się strasznie. Wysiadanie zabierało mi dobrych pięć minut, zanim pobudziłem krążenie krwi w członkach. Ale, pamiętajmy, było za darmo, więc nie mogłem narzekać.

Na wsi zrobiliśmy mały piknik. Była kiełbasa swojska, krwista kiszka, ogórki ze swojego ogródka, herbata z Indii albo Chin, po kielichu polskiej wódki i zakaz wchodzenia do chlewu. To po to, żeby uroku na świnie nie rzucić. A legenda głosiła, że „jak łobcy do łobory zajrzy, to urok na trzode rzuci, pomór się zalegnie i się świnie pomrą”. Z tej prostej przyczyny skoncentrowaliśmy się na konsumpcji dóbr. Ze wsi już były tylko dwie godziny i w Końskich nastąpiło pożegnanie i zmiana mojego środka komunikacji.

Chwilę po ich odjeździe zrobiło mi się i smutno, i straszno. W środku nocy żołnierze zostawili mnie na opuszczonym i mocno zdezelowanym dworcu, gdzieś w zapomnianej przez Boga Polsce środkowej. Od razu zacząłem nucić dla odwagi jedyne, co mogło mi przyjść do głowy:

 

„Czy byłeś kiedyś w Końskiem

Na dworcu w nocy

Jest tak brzydko i brudno

Że pękają oczy, oczy

 

Polska, mieszkam w Polsce

Mieszkam w Polsce

Mieszkam tu, tu, tu, tu”*

*(lekko przerobiona wersja prze zemnie „Polska” zespołu Kult)

 

Ciekawe, jak się w tamtym czasie miał do tej parafrazy oryginał, czyli piosenkowe Kutno? Tutaj była pustka, ruina i jednak strach. A ja byłem umęczony, jakbym z wojny wracał. Organizm odreagowywał wakacyjny wypoczyn, alkohol i podróż na embriona. Nie miałem siły czuwać, nie było najmniejszych szans. Miejscówkę do spania zrobiłem sobie na parapecie ogromnego okna, w kącie wielkiej dworcowej sali. Powiązałem się z plecakiem i namiotem w jeden kokon, w rękę chwyciłem nóż i zanim zdążyłem rozpocząć „Ojcze Nasz”, twardo spałem. Pierwszy i jedyny poranny pociąg do Kielc startował przed piątą z minutami. Nie mogłem zaspać.

Po czwartej obudził mnie ruch w budynku. Mało sam się nożem nie dźgnąłem ze strachu. A strach miał oczy wielkie i urealniał się pod postacią staruszek, które z tobołkami i koszami udawały się tam gdzie ja: do świata najbliższego, czyli do Kielc. Obserwowały mnie z uśmiechem, widać nieczęsto takie dziwadła się tam pojawiały.

Pociąg przyjechał punktualnie i zaczął swoją przedziwną trasę do Kielc. Przedziwną – bo pasażerowie mocno odstawali od ludzi z którymi do tej pory podróżowałem przez Polskę. Były jaja, kury, koza chyba, widły, grabie i inne akcesoria typowo wiejskie – pełen przekrój wsi polskiej. Kolorytu dopełniały lokalne przystanki: wszystkiego jedna tabliczka z nazwą stacji, ścieżka wydeptana gdzieś koło torów, w trawie i tyle. Myślałem nawet, że może jeszcze śnię, ale utwierdziwszy się w przekonaniu, że jednak to już jawa, zacząłem się bać, że wylądowałem gdzieś za wschodnią granicą Polski, a nie w jej centralnej części.

Do Kielc dotarłem jednak szczęśliwie i spokój powrócił. Stamtąd kolejny etap podróży miałem odbyć pekaesem. Po dwóch godzinach czekania znalazłem się, ledwie żywy, w przepełnionym autobusie. Zmęczenie potęgował niesamowity ukrop, jaki w tym blaszanym pudle panował. Upał, tłok, smród – klasyczny hat-trick. Organizm w końcu się poddał – zasnąłem na stojąco.

– Koniec! Wysiadamy! – obudziły mnie, po godzinie podróży na śpiąco-stojaco, pokrzykiwania zza kierownicy.

Kierowca zrobił swoje i czekał tylko, aż wysiądę.

– Już, już. A gdzie my jesteśmy? Chańcza?

– Jaka Chańcza? Do Chańczy to jeszcze z dziesięć kilometrów.

– A skąd odjeżdża autobus?

– Już odjechał. Jest jeden rano. I tyle.

Nie może być – myślę. Obładowany byłem jak osioł, wykończony jak maratończyk, rozbity jak Krzyżacy pod Grunwaldem. Jak więc miałem się tam dostać? JAK?

Ale kierowca popatrzył w moje przerażone oczęta i uśmiechając się, powiedział:

– Się nie martwi. Mam godzinę do odjazdu. Zawiezę.

– Naprawdę? – nie mogłem uwierzyć w tak wielką bezinteresowność na krańcu świata. – Naprawdę? Bardzo, bardzo dziękuję!

– Nie ma za co. Jak można pomóc, to czemu nie?

Odpalił więc maszynę i pojechaliśmy ku Chańczy. Ku kolejnej wakacyjnej przygodzie.

Jedna odpowiedź do “M14. Po D-dur że za jeden uśmiech.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *