S3. Siatkarskie początki.

S3. Siatkarskie początki

Na początku siódmej klasy pan Jasiu Gwardiak, nasz nauczyciel WF-u, dokonał przeglądu szkolników ( fajny zwrot wymyśliłeś mój synu, kiedy byłeś mały) pod względem parametrów fizycznych. Pierwszy raz taki przegląd, w trzeciej klasie podstawówki, przeprowadziła Szkoła Podstawowa nr 87, zwana dumnie sportową. Wybrali kilka osób, w tym mnie. Wzrostowo im się podobno zgadzało, więc chcieli żebym polazł do ich szkoły, do klasy o profilu sportowym, specjalizacja siatkówka. Miałbym się tam wyuczyć na siatkarza. Jednak według moich rodziców,  łowcy głów chuja się tam znali na mojej przyszłości, bo starzy postawili szlaban i było, jak to mówią po zawodach. Ciekawe czy rodziciele czuli pismo nosem czy nie, ale z perspektywy czasu to wyszło na jednak ich. Znaczy się racja czy przeczucie, były po ich stronie. Z mojego rocznika bowiem szkoła sportowa już żadnego diamentu nie oszlifowała. Być może diamentów nie było, a może przysłowie o gównie z którego bata nie ukręcisz, tym razem zadziałało? Nie wiem, nie znam się, nie potrafię przeanalizować tematu obiektywnie.

Za to historia o tym jak to natura pojechała po bandzie z matematycznymi, genetycznymi i biologicznymi obliczeniami, do dzisiaj wyzwala uśmiech na mojej smutnej twarzy.

A było to tak.

Taki jeden znajomy Tomek, jakiś szczególnie wysoki nie był, ale za to stopę, już jako dziecko miał słuszną, jak zresztą słuszna była, jeszcze w latach osiemdziesiątych, linia naszej/ich partii zjednoczonej i robotniczej. Tak i jego stopy, chcąc nie chcąc trzymały się tej dziwnej linii i rosły na chwałę PRL-u i jego samego. Jak to wyniuchali mistrzowie sportu, genetyki, matematyki i psychologii po AWF-ach różnych, to zaczęła się jazda po całości i zaplanowano chłopcu przyszłości pod kątem siatkówki . Przyszłość miała być świetlana. Oraz mlekiem i miodem płynąca. Pierwsze pomiary, stosunki wzrostu do jakości włosa z dupy, długości kości udowych i ich sześcianu, w stosunku do kwadratu prędkości rośnięcia paznokci u nóg, wskazywały jedno: rośnie nam monstrum. Potwór, który dwa metry i dziesięć centymetrów osiągnie bez najmniejszego problemu. Do tego będzie szybki, zwinny, silny, skoczny, zawsze trzeźwy  i da im, odkrywcom sławę i piniondze.

I zaczęło się chodzenie koło Tomasza jak koło Lenina na Placu Centralnym w Nowej Hucie. Przenosiny ze szkoły podstawowej na Kościuszkowskim do sportowego matecznika na osiedlu Teatralnym były podstawą tego planu. Szkoła sportowa nie takie przypadki znała, i już miała algorytm, jak to ludzkie cudo przetworzyć ku chwale sportowej ojczyzny i swojej. A dni, miesiące i lata leciały nieubłaganie. Dla jednych za wolno, dla innych za szybko, a teoria wzrostowa, oparta na wielkości stóp, ni cholery nie chciała się sprawdzać. Czy to wina była zastosowania złych wzorów, czy może ta awaria reaktora atomowego w osiemdziesiątym chyba czwartym w Czarnobylu swoje zrobiła i chłopak mutował wbrew wszystkiemu i wszystkim nie tak jak oni chcieliby? Diabli wiedzą. Stopy więc rosły sobie a muzom, wzrostu nie przybywało i okazało się że robienie na siłę siatkarza z młodego człowieka, po raz kolejny okazało się wielką, trafioną w dziesiątkę, pomyłką.

Obserwując to , na wielkim spokoju z boku, po latach już niestety, widziałem Tomka jako pływaka. Wizualizowałem go jako mistrza olimpijskiego. Średni wzrost, budowa raczej krępa i naturalne płetwy u podstawy nóg. Niestety, polski sport poniósł kolejną, spektakularną porażkę. A Tomek żyje sobie spokojnie i ma się wspaniale.

Mnie stety nie stety, siatkówka nie chciała za Chiny Ludowe odpuścić, no i ten Gwardiak, nauczyciel fizycznego wychowania robił wszystko żeby to udowodnić. Czemu ten facet tak się uparł na robienie w szkole siatkówki? Sam był konusowaty raczej, ale widać musiał kochać podbijaną i plasowaną ręcznie i przez siatkę piłkę, bardzo mocno. Ekipę sobie wyselekcjonował niezłą. Wspominany w części piłkarskiej Pała, który każdy sport miał w genach, o piciu nie mówiąc, Grzesiek „Żaba” , Grzesiek inny, dzisiaj król toi toi, a wtedy obiecujący atakante, Maciek Cygi, Dario Kempes, kolejny prze talent o cygańskiej proweniencji, czy  Maro. Tych zapamiętałem mocno. Talenciaki jak diabli. Miałem uzupełnić to towarzystwo, chociaż nie widziałem się z siatką ani piłką do niej, na jednym wspólnym placu, ale ktoś widział we mnie nadzieję białych na plasowanie.

– Tomek jutro trening w szkole – zakomunikował mi któregoś pięknego poranka Jan nauczyciel.

– Jutro to nie mogę, psze pana, bo mam trening na Krakusie – burknąłem, bo kopana to kopana i wtedy inna odmiana piłki dla mnie nie istniała.

– Świetnie. To tym bardziej jutro na naszej sali cię widzę. Nie chcesz mieć chyba problemów z nauką? – Jan był nieugięty i zaczął strzelać z armaty przeciwpancernymi.

– Eeeee, że co? – osłupiałem.

Noż kurwa jego mać, geniuszem nie byłem, ale tróje mi nie groziły, a nawet na 4,5 średnio leciałem z całości, a ten fajny, było nie było nauczyciel, mi takie te wyciąga na stół.

Temat jednak przemyślałem i na drugi dzień, zamiast na boisku piłkarskim, zameldowałem się na sali sportowej naszej szkoły podstawowej.

– Panowie, rozgrzewka, podbijać, potakujemy, poustawiamy się. Pojutrze jedziemy na mecz z 87, mistrzostwa Krakowa zaczynamy! – krótko i treściwie zostałem wprowadzony w świat siatkówki.

Pobiegałem sobie chwilę, zrobiłem ze dwa skłony. Kolesie obok biegali w kółko i machali łapami jak wiatraki.

Pogięło ich? –  pomyślałem i jebnąłem z całej pety piłką w ścianę. Chciałem dogrzać sobie nogi.

– Gomółka, matole! To nie piłkarskie pastwisko! CO TY, kurrr…, ROBISZ!!! – zakomunikował, że coś jest nie tak Gwardiak.

– Grzeje się, co nie? – odparłem lekko wkurzony tym, że moje metody rozgrzewki są niemile widziane. Ale innych nie znałem.

– Zaraz ci się mózg przegrzeje, ręce rozgrzej ośla pało – ustawił mi szybko priorytety.

– Srence… – burknąłem pod nosem i zacząłem machać chudymi witkami na wzór i podobieństwo pozostałych chłopców.

Towarzystwo wylało śmiechem, bo koordynacja mojej górnej części była delikatnie mówiąc słaba. Przy okazji machania, zacząłem rozkminiać zasady wszystkich sportów, które do tego dnia uprawiałem, i nie znalazłem tam volley bal ’a. Będę zatem improwizował, pomyślałem i jakoś dotrwałem do końca treningu, wśród drwin i uśmieszków kolegów siatkarzy.

Mecz w sportowej szkole przeleciał jak mecz w sportowej szkole.. Szybko, sprawnie i do tyłu, czyli zakończył się porażką 0-2, w jakieś 25 minut. Podobno był to jeden z najlepszych wyników, jeśli chodzi o szybkość i pogrom przeciwnika. Mnie minęło nawet miło i bezboleśnie. Unikałem piłki jak ognia i chyba nawet nie za często jej dotykałem tego dnia. A ponieważ jeszcze kolo z przeciwnej drużyny, napompowany jak buchaj, mocno i regularnie serwował, orżnęli nas w trymiga. Do 2 i do 4, czyli 2-15, 4-15, w setach 0-2. W nieoficjalnym głosowaniu zostałem uznany za największą łajzę zawodów i mogłem skupić się nad powrotem do futbolowego zajęcia, na zielone pastwiska krakowskich klubów, gdzie marzyłem od roku o zdobyciu wreszcie gola, w jakikolwiek sposób, nawet dupą.

Rano, niespecjalnie umęczony przestaniem zawodów w dniu wcześniejszym, już w wejściu natchnąłem się na Jana Gwardiaka, miłośnika i pasjonata siatkówki.

– Kto Cię trenuje młody, w Krakusie? – zaskoczył mnie sprytnie.

– Malinowski! – odparłem jak na przesłuchaniu, krztusząc się gumą Turbo.

– Znam, przynieś jutro sprzęt to mu oddam. – powiedział i odwrócił się na pięcie, zostawiając mnie z rozdziawioną gębą i pustką w mózgu.

Jaki kurwa sprzęt? Jaki sprzęt? Moją piłkarską zbroję, moje trzewiczki uzbrojone w gumowe, wytarte koreczki? Za jakie grzechy?

Nieeeeeeeeeeee!!!!

Oczy mi się zeszklił i odpłynąłem w niebyt. Nie zostawiono mi furtki, a myśl o kontynuowaniu nauki w prestiżowym technikum budowlanym, nie pozostawiała wyboru. Strach przed kłodami rzucanymi na lekcjach rozszarpał marzenia na strzępy.

Żegnaj piłeczko, żegnajcie łąki, murawy, klepiska zielone. Żegnajcie. Może nie na zawsze? Może.

I zaczęło się plasowanie, odbijanie, blokowanie, rzucanie, skakanie i tym podobne. W lecie duszenie i kiszenie w małej salce było niestety średnio higieniczne, ale zimą już, czy nawet późną jesienią, zaczęła się pojawiać satysfakcja. Bo ciepło było, na łeb nie padało a i czysty człowiek wychodził, jeśli tylko sprzątaczka, czy my sami, przed treningiem szmatą potraktowaliśmy parkiet.

Pierwsze treningi szły mi strasznie opornie, nic w tej siatkówce nie widziałem ciekawego, żadnego kontaktu bezpośredniego z wrogiem nie było, a to łażenie w kółko do wyrzygu? No dramat. Całe szczęście rywalizowaliśmy też, w ramach rozgrywek szkolnych, w innych dyscyplinach i mnie przydzielono do drużyny koszykarskiej, jak zresztą większość siatkarzy.

Jasiu Gwardiak mnie lubił, polubić musiał też gość od matematyki, pan Sobala. A był to był niezły agregat. Swoje, chyba średnio udane życie osobiste, w którym okazało się, że ni chuja 2+2 nie równa się 4, jak to często w życiu, prostował sobie na nas w szkole. Po latach jednak nachodzi mnie refleksja, że matematyk żył w fajnych i dla siebie i dla nas czasach, bo mógł bez skrępowania stosować niezwykłe dzisiaj metody wychowawcze. A to przywalić potężną ekierką w dupę, namalować czerwonym pisakiem ocenę na czole, czy twierdzić z uśmiechem na ustach, przy całej klasie, że ja na ten przykład mam piłkę zamiast głowy. A wszystko to bez narażania się na założenie kosza na głowę przez niepokornych uczniów, czy karczemnej awantury urząadzonej ze strony ich rodziców. On nas ustawiał do pionu a my staraliśmy się być co raz lepsi w codziennym życiu. Każdy coś na tym mógł ugrać dla siebie. Jeśli tylko chciał.

Wcześniej nie miałem żadnych problemów z matematyką, ale teraz jako sportowiec początkujący, mieć musiałem, bo taki był wzór Jana III Sobali. Na szczęście głupi nie byłem, a i Jasiu nauczyciel wyfy reagował prawidłowo na każdą moją słabszą ocenę, więc szło sobie w nauce wszystko prawidłowo.

Za to w tej nieszczęsnej siatkówce…

Jednym z elementów tej gry były pady, rzuty czy jak to tam zwał. Polegało to na tym, że broniąc piłkę, która leciała gdzieś z boku, z przodu, czy diabli wiedzą skąd i po co, trzeba było bronić jej przed dotknięciem parkietu, rzucając się na niego. Po odbiciu piłki dłonią, ręką albo nie odbiciu najczęściej, poprzez zamortyzowanie upadku rękami przechodziło się w ślizg na klatce piersiowej po parkiecie. Kolana musiały być koniecznie w górze, żeby sobie ich nie pozdzierać do krwi. To nie było fajne. Efektowne na pewno, ale nie fajne. Zwłaszcza na początku bo:

1) kolana poobijane i do krwi poobdzierane.

2) broda w paszczy była zagrożona, szczególnie mojej.

A do brody to ja miałem szczęście wybitne.

Pierwsze rozbicie miałem o maszynę do szycia marki Zinger, za szczyla. Drugi raz brodę rozwaliłem jak się pode mną złożyło Wigry 3, taki rower. One, te Wigry 3, miały takie mocowanie, żeby sobie można było je złożyć na pół. No i te na których jechałem się oczywiście złożyły, tyle że pode mną, w trakcie szybkiej jazdy. No i znowu broda. Tym razem już mus był do lekarza i szyć trzeba było.

Od samego zatem początku, jak tylko zapoznałem się z techniką rzutu, coś dziwnego przeczuwałem. Że może nie być kolorowo i może boleć. I przyszedł taki czas, taki rzut odwłokiem o glebę, że ręce moje mnie nie utrzymały i zajebałem brodą w parkiet. Pieczenie, szczypanie, krew. Dużo krwi. Szlak był przetarty, więc Żeromski szpital odwiedziłem po raz kolejny z tym samym. A tam szycie, szwy i plaster. Czynności i rzeczy które miałem już zakodowane.

W takich chwilach miałem dość siatkówki. Ale Gwardiak nie miał, a i psychologię liznął pewnie na studiach i szybko mnie do dyscypliny i odwagi przywracał. Po tym pierwszym, siatkarskim rozbiciu brody, akcję odczyniania zrobił podczas jakiejś wizytacji ważnych urzędników. Odwalaliśmy w jej trakcie jakieś fikołki na korytarzu, ubrani na biało jak piekarze, a on nawijał urzędasom makaron na uszy, jak to robi w szkole siatkówkę, ma diamenty i wszyscy zobaczą niedługo jak się gra. Ale zanim do tego miało dojść, postanowił zaprezentować moim ciałem pad. Ja z brodą świeżo poszytą i zaplastrowaną, jeszcze ból czującą, miałem strzelić popisowy pad siatkarski przed wizytatorami. Strach mnie paraliżował, ale na szczęście była ułożona ścieżka z miękkich materacy gimnastycznych. I w tej ścieżce miałem nadzieję, że nie będzie bardzo bolało jak zdarzy się awaria. Nie namyślając się wiele, skorzystałem z materacy i wykonałem popisowy numer. Padzik, rzucik, padzik. Jak zawodowy siatkarz.

Wizytujący wypuścili z paszcz ochy i achy.

Ja wypuściłem uf i uf, i otarłem zroszone potem i strachem czoło.

A Jasiek? Jasiek na to zrobił minę jakby mu rower zajebali i stwierdził:

– Eeeeeeeeee, Tomek… Na podłodze! Na podłodze zrób. Taki z poślizgiem!

Pięknie, kurwa, pięknie, przeleciało mi przez mózg. Jak ja z traumą na rzucanie się na twarde mam to zrobić? A jak znowu się rozbiję? Przecież broda mi się rozwali na amen i  zupa mi będzie przez dziurę wypływać a ziemniaki wypadać będą.

– Pierdolę, nie rzucam się – pomyślałem odważnie mrucząc pod nosem.

Ale co innego myśleć a co innego robić.

– Się robi, pszepana. – wykonałem polecenie w trymiga.

Rzuciłem się na płytki PCV, płynnie jak nigdy i …. I upierdoliłem sobie całą, białą jak śnieg koszulkę, przez matczyne ręce oporządzoną godnie na lekcję WF, pastą do podłogi i syfem w nią wtartym.

– Brawo, pięknie, ale rzut! – dziady, co to skłonu nie potrafią zrobić, klaskały i piały z zachwytu.

– Pięć Gomółka! Pięć! Brawo! – Jan był dumny jak paw, ale nie zapomniał ocenić negatywnie poślizgu. – trochę krótko ślizgałeś, ale to pewnie ta pasta.

No pasta, pasta. Jak raz sprzątaczka wypastowała parkiet na sali gimnastycznej, to mało żeśmy sobie zębów nie powybijali, tak się ślizgało w naszych trampkach ze Stomilu, w których nawet gumowe podeszwy nie trzymały minimum klasy na wypastowanej podłodze z drewna. Na PCV działała franca pasta inaczej niż na parkiecie. Parkiet po paście tracił przyczepność i zamieniał się w lodowisko. Po naszych błaganiach zabroniono pastować pastą do PCV parkietu. Do parkietu pasty nie było, wiadomo kryzys PRL-u, ale i tak się wnosiło na butach pastę z korytarzy na salę i trzeba było sobie jakoś radzić żeby na tym parkiecie ustać.

Rozwiązania były przynajmniej trzy:

– mokra szmata na której się stawało, przecierało podeszwy i przez chwilę była przyczepność obuwia, ale niestety ślisko się robiło dookoła szmaty od wody z niej wyciskanej.

– wycieranie spodów obuwia dłonią, ale dłonie były ujebane jak u górnika w kopalni,  ale za to na dwie trzy akcje skutecznie dawał ten sposób super przyczepność.

– plucie pod nogi i wcieranie śliny w podeszwy obuwia. Najfajniejsze. Takie cwaniackie i skuteczne. Gorzej jeśli ktoś nie wytarł plwocin dobrze, to mele zebrane przy rzucie na koszulce nie prezentowały się atrakcyjnie. A dotknąć czyjejś hary rękami? Fuj.

Do domu wróciłem szczęśliwy. Piona z wyfy, przełamany strach. Było wspaniale.

Euforyczny stan trwał do wieczora.

– Gdzieś ty się tak ubrudził tumanie?! – delikatnie zapytała mama – I jak ja to mam doprać? Pogięło cię?

Proszki musiały być wtedy marnej jakości zapewne. Jeśli w ogóle były. Stąd niepotrzebne nerwy mamusi wzięły górę. No cóż, socjalizm potrzebował ofiar i poświecenia. Tym razem padło na mnie.

2S. Czas sprawdzianu

2S. Czas sprawdzianu

 

Po osiągnięciu odpowiedniego poziomu pod blokiem, a dzisiaj levelu – jakby to powiedział mój syn,  przyszedł i na mnie czas sprawdzianu w sekcji piłkarskiej Hutnika. Ponieważ moi rodzice byli kompletnie a sportowi i widzieli moją przyszłość jako akordeonisty inżyniera, pierwszy wypad na Suche Stawy w celu zostania piłkarzem, musiałem odbyć w wielkiej tajemnicy. Miałem może dwanaście lat.

Sprawa była o tyle łatwa, że dwóch kolegów z podstawówki już tam, na obiektach Hutnika Kraków, trenowało. Podali mi numery tramwajów, godziny treningów a resztę musiałem rozkminić samodzielnie. Ponieważ człowiek był wtedy ubrany tak samo do szkoły, na boisko, do kościoła (tylko na mszę ubranie było czyste), wystarczyło rzucić teczkę w kąt, ściągnąć chałat z tarczą i wyjść jak gdyby nigdy nic na pole. Rodzice nic wiedzieć nie mogli, bo plan runąłby w przedbiegach. Tym razem mój cel wyśniony był na wschodnich obrzeżach Nowej Huty, kilka kilometrów od domu.

Rozmarzonych o karierze piłkarza, podobnych do mnie dzieciaków, było tego dnia co najmniej kilkunastu. Boiska Hutnika tętniły piłkarskim życiem. Każdy skrawek terenu zielonego, czy betonowego był wtedy boiskiem na dzielnicy, a HKS miał je prawdziwe. Jak z telewizji. Wypielęgnowane, pachnące równo przystrzyżoną trawą. Dziesiątki, ba, setki dzieci w wieku od trampkarza do juniora starszego, biegało jak w malignie za piłką. Gdzieś wśród nich Waligóra, Koźmiński, przyszli bohaterowie barcelońskiej olimpiady w 1992 roku. No i ja z rówieśnikami dwunastoletnimi. Miałem marzenia i wielkie chęci. Kopać, kopać, kopać.

Dotarłem o wyznaczonej porze pełen nadziei i radości. Czasy były fajne, selekcja nieustanna, więc i ja oraz kilkunastu podobnych desperatów, już po kilku minutach zostało zagospodarowanych. Zrobiono z nas jedenastkę i wystawiono naprzeciwko pięknie wystrojonej drużynie juniorów młodszych Hutnika Kraków. Tamci, taktycznie poukładani, wyszkoleni, a my jako pospolite ruszenie.

Do przerwy było 0-5. Gorzej niż w książce Adama Bahdaja, bo tam do przerwy było 0-1. Całe szczęście miałem w sobie zdolność przekonywania dzieciaków do moich pomysłów i druga połowa to już był nasz popis. 1,2,3 i mam hattricka zaliczonego. Czwartą bramkę po objechaniu bramkarza daję strzelić jakiemuś koledze.  Przy bocznej linii powstało nieliche zamieszanie. Kilku trenerów obserwowało nas i potakiwało z aprobatą na taki rozwój spraw. Po meczu staliśmy szczęśliwi, upoceni, z wypiekami na twarzy, w rzędzie, niczym żołnierze czekający na przepustki.

– Ty, ty i ty. Jeszcze was dwóch. Piątek godzina 16.00 – oznajmił jeden z trenerów chłopcom.

Mnie w tym gronie zabrakło. Tylko na moment.

– A ty, chodźno tu na bok. Młody, masz jutro przyjść, przynieść zdjęcie, dostaniesz sprzęt. I nie zapomnij, przyjdź z rodzicem! – padło sucho od najważniejszego trenera.

– Dobrze psze pana – potwierdziłem przeszczęśliwy.

Do domu nie pojechałem tramwajem. Kontynuowałem trening biegnąc uskrzydlony. Nawet nie dotykałem chodnika. Leciałem ponad. 20 centymetrów. Jest, jest, jest! Będę piłkarzem! Będę kiwał, strzelał bramki i zdobywał puchary!

W domu opadłem na ziemię jak ustrzelona śruciną kaczka. Zostałem obdarty z marzeń w tempie półmaratonu. Najpierw dostałem klasyczną zjebkę za samowolkę. Godzina ględzenia o tym co się stać mogło złego, a to co się stało na boisku, spuszczone zostało do kibla zapomnienia. I jeszcze mama przez łzy klarowała mi o chorobie serca, którą niby mam, i że jak będą uprawiał sport to na pewno umrę.

Oby w finale, po złotym golu, starałem się w myślach pocieszyć, ale nie wiele to dało. Pozostał potężny żal.pl

O Matko Boska Piłkarska. Świat mi się zawalił. Zielona murawa raju oddaliła się chyba na zawsze. Wtedy nie było telefonów, komórek, mejli. Utalentowane chłopaki pojawiały się jak meteoryt i spalały w niebycie dnia codziennego. 1- 0 dla rzeczywistości. Pierwsza porażka boli jak 4-0 z Brazylią, jak klaps, jak dwója z ortografii.

Ale jak przyszłość pokaże, ten fakt był niczym hartowanie stali w martenowskim piecu na kombinacie imieniem Lenina. Raz zahartowana stal nie pęka. I to sprawdziło się w moim przypadku.

Ponieważ nie mogłem uczestniczyć w zorganizowanej formie sportowej, zrobiłem sobie swoją drużynę opartą na klasie C. Rywalizacja pomiędzy klasami tego samego rocznika była wisienką na torcie naszych zajęć wf, oraz wszelakich dni sportu czy poszkolnych kopanek. Mecze na szkolnym boisku w obecności kibiców, siatki na bramkach, sędzia nie rychliwy choć podobno sprawiedliwy, to było coś. Prawie mistrzostwa świata.

Do takiej rywalizacji trzeba było się odpowiednio przygotować. Wybrać drużynę z chłopaków z klasy, poustawiać towarzystwo na boisku według predyspozycji i grać, grać sparingi. Moje taktyczne podejście do tematu owocowało dobrymi wynikami w meczach punktowanych i nie tylko. Żelazna taktyka pozwalała nam ogrywać teoretycznie mocniejszych rywali, co nie podobało się ich starszym braciom i kolegom. Ucieczki po meczach przed laniem zdarzały się często. Aby lepiej przygotować się do rywalizacji prowadziłem zeszyt, w którym notowałem składy, strzelców bramek i oceniałem zawodników swojej drużyny. Mateja, Hołówka, Karanowski, Kogut, Ostaszewski, Mania, Gebel. Ekipa solidna i najczęściej zwycięska.

Kolejnym wydarzeniem na skalę dzielnicy, były organizowane na boiskach Hutnika turnieje dzikich drużyn. Na taki turniej trzeba było zebrać minimum jedenastoosobową ekipę, dorosłego opiekuna i można było zaczynać marzyć o pucharach i podboju dzielnicy.

Naszym opiekunem został pan Mokry, ojciec Tomka, też Mokrego. Skoro pan Mokry był to i Tomka trzeba było wpleść w zespół, pomimo średnich umiejętności piłkarskich. A ponieważ newralgiczna pozycja bramkarz przyjmowała wiele, przyjęła i Mokrasa. Ekipa stworzona z naszej klasy po meczach na szkolnym, betonowym boisku, wydawała się niezwykle mocna. Z tej okazji, jako szóstoklasista, postanowiłem zakupić za uzbierane pieniądze podręcznik niejakiego Jerzego Talagi o treningach i taktyce w dyscyplinie piłka nożna. Miało to pomóc nam w tryumfie, a mnie popchnąć na wyższy poziom wtajemniczenia futbolowego.

Zielona trawa zweryfikowała nasze umiejętności błyskawicznie i nasza przygoda skończyła się na meczach grupowych. To co na niewielkim betonie udawało się nieźle – przy sześcioosobowym składzie, na bez mała pełnowymiarowej trawie, jedenastu na jedenastu, nie umieliśmy powtórzyć. Rywale byli bardziej poukładani niż my i nie pozwalali nam rozwinąć skrzydeł. Choć trafniejsze jest stwierdzenie, że my żadnych skrzydeł, korpusu czy głowy nie mieliśmy. Był za to chaos i ogólne zagubienie na dużej powierzchni.

Symbolem naszych niepowodzeń został jeden z bramkarzy, który ryczał w krzakach po tym jak piłka wyślizgnęła mu się z jego skórzanych rękawic, założonych specjalnie na tę okazję,  a bardziej pasujących do zimowego wyjścia na sanki niż do pomocy w bramkarskich paradach. Tak jak rękawice okazały się pomyłką, tak moje marzenia o wypatrzeniu pośród setek dzieciaków przez trenerów zostały niespełnionym marzeniem.

Skoro Hutnik nie był mi przeznaczony, to kolejnej szansy na grę w piłkę nożną poszukałem bliżej, w MKS Krakus Nowa Huta. Tym razem, za zgodą rodziców, udałem się na zimowe treningi halowe na pobliskie osiedle Kalinowe. Zostałem niezbyt chętnie przyjęty przez innych zawodników, kumpli z jednego osiedla, musiałem więc na boisku udowadniać swoją przydatność, starając się więcej i lepiej niż inni. W tamtym Krakusie, prym wiedli: potężny Hans, Koroz, Maciek i Andrzej Basiaga. Po killku treningach mnie zaakceptowali, a pomagały mi w tym regularnie strzelane na treningach bramki.  Co prawda tylko na salce gimnastycznej, ale dobre i to. Gol to gol, co nie?

Na wiosnę trawa się zazieleniła i rozpoczęliśmy treningi na boisku nad nowohuckim zalewem. To tam miał i ma bazę Międzyszkolny Klub Sportowy Krakus.

Do grania na trawie niezbędne były korki, a raczej korkotrampki, które jakiejś pięknej soboty wybieraliśmy z wielkiej papierowej torby. Ale to był piękny widok. Weszliśmy do szatni, a w niej, na samym środku, stał wielki, papierowy wór z butami piłkarskimi. I jeszcze piękniejszy widok, którego nigdy nie zapomnę, to gumowo-szmaciane buciki już na nogach.

Tak uzbrojeni i doposażeni w takie same stroje, może ciut za duże albo za małe, mogliśmy przystąpić do rozgrywek. Ze względu na wzrost zostałem ustawiony na pozycji forstopera. Pozycja taka nakazywała mi grać przed ostatnim obrońcą i stanowiła pierwszą zaporę formacji obronnej, jednocześnie dając szansę na udział w akcjach zaczepnych, do których nie pozwalał mi nigdy wychodzić wielki jak tur Hans, który zamiast mnie zapierdalał do przodu i siał popłoch. Miałem być jak dzisiejszy defensywny pomocnik. I trochę byłem.

Z ligowej konfrontacji zapamiętałem kilka meczów.

Ciekawy, ze względów pogodowych był mecz na Ugorku. Ulewa w Krakowie trwała w najlepsze trzy dni i w ten dzień trzeci spotkaliśmy się na boisku KS Wieczysta. O Matko Boska Ulewowska, dlaczego boisko przypominało wielki plac błotny? I jak to się stało, że sędzia zdecydował się na rozegranie zawodów? Podobno nie było wolnych terminów na przełożenie gry na inny termin.

Nieważne. Ważne było to, że mogliśmy grać. Grać w piłkę nożną. Po kilku minutach byliśmy oblepieni błotem jak nieboskie stworzenia. Grubość błota na spodenkach i koszulkach miała nawet po kilka centymetrów. Sam mecz nie przypominał jakoś szczególnie zawodów piłkarskich. Cała zabawa polegała na wykopywaniu piłki byle gdzie, byle dalej od swojej bramki. Jedyny gol padł po rzucie karnym podyktowanym za zagranie ręką w naszym polu karnym. Z naszej perspektywy wyglądało to na obronę przed śmiertelnym trafieniem wielką, ciężką kulą błotną w twarz jednego z naszych. Sędzia widział to inaczej niż my, podyktował karnego nie korzystając z przepisu o przypadkowym zagraniu ręką, który mógł jeszcze nie obowiązywać i przegraliśmy. W sumie nie dziwota, byliśmy przecież gośćmi.

Kolejne zawody zapamiętane przeze mnie odbyły się tydzień później, a rywalem naszym była Wisła Kraków. Warunki panowały tego dnia diametralnie inne niż tydzień wcześniej. Skwar, ponad 40 stopni w słońcu, ziemia twarda jak skała. Mecz zapamiętałem z powodu jedynej, jedynej okazji na strzelenie bramki, w swojej barwnej,  krakusowskiej przygodzie piłkarskiej. Jako napastnik grałem 10 minut i trafiłem w słupek! Miałem kontakt z bramką po strzale w pełnym biegu z 16 metrów. Ale to były emocje!

Inny mecz zagrałem jako prawy obrońca, przeciwko Hutnikowi Kraków na Suchych Stawach. Ich pomocnik kręcił mną jak wiatr wiatrakiem i odjeżdżał mi jak bolid formuły 1. 0-2 do przerwy po mojej katastrofalnej postawie było najmniejszym wymiarem kary na jaki zasłużyliśmy. Na szczęście z grupy starszej naszego klubu, trener pożyczył wyrośniętego Bartka Jamroza, syna pierwszego trenera Krakusa. Bartek był z naszego rocznika, grał ze starszymi juniorami a wyglądał na naszym tle jak wyrośnięty tur pośród niedożywionych szkap ( nie dotyczyło Hansa). Nasze zbawienie prezentowało się wspaniale i uratowało mi dupę strzelając dwa gole. W przyszłości Bartek został zawodowym piłkarzem i na poważnie zadomowił się w pierwszej lidze ( dzisiejszej ekstraklasie) i można powiedzieć, że nawet zrobił karierę.

Szanse na kariery przez duże K miało wtedy wielu chłopaków. Ale albo byli za leniwi albo woda sodowa szumiała im w głowach tak mocno, że zapominali o swoich sportowych obowiązkach.  I były też klasyczne układziki, czego doświadczył brat bohatera poniższej opowieści, super talent piłkarski, Robert „Kostek” Matuszczyk.

Takim chłopakiem, który mógłby zbawić polski futbol, mógł być Mariusz Matuszczyk. Ksywa, nie wiedzieć czemu „Pała”. Kolegę tego namówiłem do przyjścia na trening Krakusa. Pała trening olał, ale pokazał się na meczu z Cracovią. Pasy miały wtedy ekipę która zdobyła Mistrzostwo Polski, a my zostaliśmy im postawieni w charakterze padliny do przeżarcia i wysrania. Tak jak i większość rywali w tym czasie.

I pewnie tak by się to skończyło, gdyby padlina nie okazała się nabita szkłem, a w roli szkła targającego jelita wystąpił Pała. Znając go z wspólnego kopania gały na osiedlu, wiedziałem doskonale, że Mariusz dysponuje znakomitą techniką, wspaniałą kiwką i niesamowitym przyspieszeniem. Postanowiłem zatem poszczuć cracoviacki organizm Matuszczykiem.

Ponieważ gra nam się kompletnie nie układała, z powodu przepaści w wyszkoleniu, sile, szybkości i wszystkim co pozwala na równą grę w piłkę, 4-0 było najmniejszym wymiarem kary po 15 minutach. Podawanie sobie piłeczki przy pressingu, który rywal zastosował, można było rozbić o kant dupy.

Wtedy postanowiłem nie bawić się w coś co nam się kompletnie nie układało, tylko zacząłem wykopywać piłkę do przodu, do Pały, którego kryło tylko i aż dwóch rywali. Pała miał to w głębokim poważaniu i dwie, czy trzy osoby przy nim, nie robiły mu żadnej różnicy. Cztery gole strzelone rywalom po samodzielnych akcjach Mariusza, zrobiły większe wrażenie na obserwatorach, niż nasze dwanaście wyciągnięć piłki z sieci.

Po meczu, Pała jak to Pała, zlał temat futbolowy i olawszy wszystko ciepłym moczem, porzucił wspaniale zapowiadającą się karierę futbolową. Kres mojej piłkarskiej przygody też zbliżał się nieuchronnie. Wyrosłem ponad przeciętną, a w szkole podstawowej postawiono na siatkówkę. Jak mocno postawiono, przekonałem się po wakacjach rozpoczynając siódmą klasę.

2M. B-moll młodego wioślarza.

2M. B-moll młodego wioślarza.

Wprowadzenie w świat dźwięków szło wielotorowo. Szpulak „święty” nie był zabawką dla dzieci, nie wolno nam było na jego organizmie eksperymentować. Przecież można było jeszcze pokasować tatowe nagrania albo poniszczyć taśmy. I co by było? Klops.  Chcąc jednak dać nam coś tylko naszego, rodzice wystali w kolejce – zupełnie przypadkowo, bo poszli pewnie po trampki – magnetofon Grundig. Taki zwykły najzwyklejszy ale dla mnie kosmiczny i magiczny jak diabli.

Pamiętam, że miał nawet specjalny kabel. Ten kabel to po to, żebym mógł się wpiąć w telewizor czy radio i nagrywać dźwięki na kasety. Te kasety następnie katowałem na maksa. Leciały wtedy w telewizji jakieś krótkie programy muzyczne, może to i była jakaś lista przebojów, w każdym razie: leciały teledyski. Postanowiłem nie czekać na łaskę TVP, tylko połapać sobie grane kawałki na taśmę. Żeby je odtwarzać sobie kiedy mi się tylko zamarzy.

Pierwsze podejście miało nastąpić akurat w trakcie wizyty u cioci Ireny – siostry mamy, znaczy się. Rodzice po długim namyśle pozwolili mi zabrać do niej, a mieszkało wujostwo na pięknym osiedlu Sportowym w Nowej Hucie, kaseciaka i dzięki temu nagrałem samodzielnie na nośnik swój pierwszy kawałek. Takie rzeczy się pamięta na zawsze. Był to Lady Pank:  „Fabryka małp”.

Siadło jak złoto – dwa dni katowania utworu i jego tekst znałem na pamięć.

 

Fabryka małp.
Fabryka psów.
Rezerwat dzikich stworzeń.
Zajadłych tak.
Że nawet Bóg.
I Bóg im nie pomoże
. *

 

*( Lady Pank, fragment utworu „Fabryka małp”)

 

Magnetofon miałem, „Fabrykę małp” znałem na pamięć, ale nie miałem kasetoteki. Nadszedł wiec czas na kolekcjonowanie kaset. Jako pierwsi zaopatrywali mnie w muzę na tym nośniku koledzy wujka Staszka z Leszczyny, którzy jeździli po Wiejskich Domach Kultury oraz remizach i na tamtejszych dyskotekach odtwarzali utwory do tańca właśnie z magneciaka. Ich zasoby muzyczne liczyły się w tysiącach utworów. Tak mi się wydaje. Kilkadziesiąt z nich dostałem na dobry początek. Przegrane na moją własną kasetę. Było tam wszystko pod co dawało się tańczyć. Włoskie dicho i inne zachodnie dicho. I polski dicho rock.

Prułem do przodu z muzyczną edukacją jak torpeda.

***

W podstawówce było ich dwóch. W zależności od punktu widzenia muzycznym bogiem mógł być tylko jeden z nich, a temu drugiemu przypadała rola dupy bladej. Między nami, zwykłymi zjadaczami maminych kanapek, oznaczało to podziały na śmierć i życie. Jasna sprawa, że byłem za bogiem.

A imię jego było Shakin’. Dogmat o boskości Shakina  Stevensa (czy tam Shaky’ego, bo i tak go podobno nazywali) wyznawała większość z nas, chłopaków – nawet ci, których muzyka za bardzo nie interesowała. To była taka, wiecie, solidarność fiutów. Dziewuchy miały swojego króla. Króla ondulatora Lihmala.

Pierwszy raz miałem swojego prawdziwego idola. I pierwszy raz na punkcie swojego idola odleciałem na bogato. Plakaty Shakina? Jasne i za każde pieniądze. Zdobyłem raz taki z wielkim bożym zdjęciem na środku i miniaturkami wokół, przy czym bóg przybierał na nich różne pozy taneczne. Wpatrując się w pozy, przez tydzień uczyłem się tańczyć i mało sobie paluchów u nóg nie połamałem. Warto było, nie powiem, bo potem na dyskotekach nie musiałem podpierać ścian. A co! Rock and roll, kurwa!

W tygodniku  „Razem” napisali, że bogu to tylko w białych butach chodzi. Moja odpowiedź była błyskawiczna. Miesiąc biegałem po Nowej Hucie i nagle, gdzieś na osiedlu Szkolnym czy Zielonym, znalazłem! Buty! Były piękne, białe, na rzepy i za kostkę. Shakin tylko w białych chodził więc liźnięcie boskości dokonywało się wzorcowo.

Tyle że wiosna się zbliżała, chlapa była straszna i buty upaprało mi szybciutko. (Nie miałem kogo obwinić, więc nienawiść skupiłem na źle uczesanym fiutku, co kradł serca naszych koleżanek – jak mu tam było, Limahl?). Sytuację uratowała mama: w ruch poszło mydełko nomen omen szare i z butów szarych, zrobiły się na powrót białe. Na miesiąc może. Potem znów były szare i brzydkie jak Polska w drugiej połowie lat 80.

Buty butami, ale kolejnym sprzętem, jaki w pokoju moim (i brata) zagościł, było radio Unitra Diora. Cech zajebistych miało bez liku co najmniej kilka. Na przykład długie kable pozwalały ustawić kolumny tak, żeby stereo (tak, stereo!) brzmiało jak najlepiej, najpełniej, naj naj. Przed Grundigiem stanęła otworem cała Lista przebojów Programu III. Można już było wybierać, przebierać i szukać nowych muzycznych idoli… I nagrywać do bólu.

Ale, ale! Zanim zacząłem łapać trójkowe hity, nagrałem sobie cały album na kasecie. Padło, chyba przypadkowo na Modern Talking. A może i nie przypadkowo? Może tę płytę wyklęczałem na kolanach, czekając tydzień na audycję? Nie wiem. Wiem za to, że zespół był mocno lansowany i to bzdurne „Cherry Cherry Lady” wpadło mi w ucho. Cała płyta, którą mogłem odtwarzać sobie w domu dowolnej chwili, pokazywała też nowe oblicze wykonawców. Trzeba było wysłuchać ze czterdzieści parę minut muzyki  i nie zawsze było to cherry.

Pierwszy adapter jeszcze był w tym czasie. Kuzyn Wiesiek mi go lunął. Znaczy sprzedał (tak, ten kuzyn, co to na akordeonie umiał grać). 300 złotych własnych, zaoszczędzonych pieniędzy poszło bez żalu. Nazajutrz rano w te pędy pobiegłem do sklepu muzycznego i pozwoliłem sobie na płytę. Za 500 złotych. Kurde, kasa wtedy nie miała praktycznie żadnego znaczenia. Żadnego.

Nie, nie w tym sensie, o jakim myślicie – ona po prostu była, tyle że dupala można sobie nią było podcierać, gdyż z kupnem czegokolwiek był już spory problem (zaraz, czy ja już pisałem o papierze toaletowym?…). Ale płyty były dostępne. Jak nie w sklepie muzycznym, to w księgarni, gdzie obok książek odbywała się sprzedaż czarnych krążków. Jak nie w księgarni, to na placu na Grzegórzeckiej – pod Halą.

Płytą za 500 złotych było Wham! Pojechałem po nią do samego Krakowa Shuty ze Sławkiem. To znaczy ze Sławkiem Shuty, a wtedy po prostu Mateją. Bo Sławek zanim został Shutym znany był jako Mateja. Sławomir. I czasami jeździliśmy do Krakowa, jakbyśmy niby w nim nie mieszkali. Nowohuckość pełna gębą.

 

Wake me up before you go go,
Don’t leave me hanging on like a yo-yo.*

* ( Wham, fragment utworu „Wake me up before go go”)

 

Radio i telewizja pruły przestrzeń tym przebojem i otumaniały nim co głupszych, więc nic dziwnego, że trafiło i na mnie. Musiałem to mieć. Połączyliśmy siły ze Sławkiem, który akurat dostał zlecenie od starszego brata na zakup płyty Shakin’ Dudiegoi ruszyliśmy na zakupy. Lałem z niego z lekka, bo co to niby miało być? – Shakin’ to rozumiem, ale Dudi? Czego to ludzie nie wymyślą.

Brat Sławka kilka dni później dał posłuchać i uświadomił mi, o co w muzyce kaman. A ja zacząłem zwracać większą uwagę na krajowe produkcje. Dokupiłem błyskawicznie Shakin’ Dudiego do kolekcji, która rozwijała się szybko – szybciej niż moja znajomość muzyki. Ziarno od plew miało przesiać się za jakiś czas.

Takie wspomnienie na ten przykład przytoczę: spacerowałem z mamą po centrum Nowej Huty,  zatrzymałem się przed księgarnią, może i Skarbnicą, a na wystawie zobaczyłem płytę. Całą jej okładkę zajmowała paszcza artysty, która się do mnie uśmiechała.

– Karel Gott – przeczytałem na głos.

– O! – mama na hasło Gott zareagowała natychmiast. – Słyszałam o nim. Kup sobie.

– Naprawdę? Ale fajnie – cieszyłem się chwilą i kolejnym artystą w kolekcjonerskiej stajni.

– Masz – mama dała mi pieniądze, a ja po chwili miałem już paszczę… to znaczy, płytę Karela w ramionach.

W domu butów nawet nie zdążyłem ściągnąć, a płyta już wylądowała na patefonie. Muzyka jeszcze dobrze nie wyruszyła z głośników na pokoje, a już coś mi nie pasowało. Igłę przeniosłem więc na utwór drugi. Potem na trzeci. I na piąty. Mein Gott – to, co odpierdalał pilzneński Sinatra z orkiestrą, nie nadawało się do słuchania. Mamo, dzięki za chęci, naprawdę. Płytę jako pamiątkę i przestrogę mam do dziś. Może wieczorem sprawdzę czy aby do niej już nie dorosłem?

 

***

 

Pierwszy cios, który mnie znokautował, nadszedł z nieoczekiwanej strony. Wyprowadził go Teleexpress, który wchodził wtedy do ramówki TVP. Ale przede wszystkim wyprowadzili go ONI. Zespół nazywa się Kult, a piosenką była po prostu „Piosenka młodych wioślarzy”.

Zaraz, czy ja napisałem: „po prostu”? Stałem i się śliniłem, wmurowało mnie, wbiło w ziemię. Ciary szły po całym ciele jakbym język włożył do kontaktu.

Zapamiętałem: zespół KULT. Nie wiem, jak szybko weszło, ale nie chciało wyjść. Obalanie pomnika Lenina w Nowej Hucie zaczęło się od kawałka buta i trwało latami. Shakin’ Stevens natomiast, choć też buty nas łączyły, spadł z mojego pomnika błyskawicznie. Od teraz był Kult. I ten Kult miał się w mojej głowie wyryć na amen.

Punk rocka, tego najprawdziwszego i najsurowszego, usłyszałem po raz pierwszy parę chwil po tym wydarzeniu. Od sąsiada Andrzeja. Andrzej sąsiad z klatki z Andrzejem z bloku „szóstki” i załogą byli starsi, mądrzejsi i chodzili już na koncerty. No żesz ja pierdolę – ja tu jakiegoś pitu-pitu dotąd słuchałem po angielsku, a ten tu Andrzej odpala mi nagrane na Kasprzaku kawałki Dezertera, co to połapali sobie na koncercie.

Trzeszczy, szumi, pierdzi – ale słychać. Coraz wyraźniej. I słychać, że nie żadne tam, kurwa, białe buty Stevensa. Żadne tam długie z tyłu, krótkie z przodu hery Limahla. Żadne tam frajerskie ondulacje Europe, za którymi stawali na piąchy gitowcy ( jak z koziej dupy trąby) z osiedla, zakochani w „Finale Countdown” na. Żadne tam takie. Ten gościu wył, że „wszystkie kurwy mają czołgi, i znad Renu, i znad Wołgi”. I że jest wredny leń i że – najogólniej – należy jebać system.

 

Musisz się cieszyć choć jesteś zmęczony
Musisz jak wszyscy stwarzać pozory
Musisz mieć żonę i dobry interes
Musisz się modlić w każdą niedzielę

Musisz być kimś

Musisz być kimś….*

*(Dezerter, fragment utworu „Musisz być kimś”)

 

Dla młodego chłopaka Dezerter to był cios prosto w ryj. Cios z kategorii tych, co otrzeźwiają i każą zmienić punkt widzenia. Dalej poszło płynnie: KSU, Moskwa, Tilt, Brygada Kryzys, Piersi, Wańka Wstańka & The Ludojades, Róże Europy, Sztywny Pal Azji, Piersi, Maanamy wszelakie… Ogólnie rzecz ujmując zanurzyłem się w polskiej muzyce punkowej i rockowej po czubek głowy.

Potem nadszedł obóz sportowy we Włoszczowie. A tam, całkiem przypadkowo, znalazłem sklep – taką ni to księgarnię, ni to papierniczy, ale poza książkami, zeszytami i szarym papierem były też płyty. Akurat kiedy wlazłem popatrzeć, co jest ciekawego, przywieźli „Spokojnie” Kultu. Z uwagi na nijakie ceny (nijak też wtedy płacono muzykom, wszystko postawione było na głowie) zakupiłem owe „Spokojnie” w ilości sztuk pięciu. Myślałem perspektywicznie i nie tylko o sobie. Znajomym odsprzedałem po powrocie trzy, sobie zostawiłem dwie. Ta druga została w rezerwie, gdyby się pierwsza zdarła.

Na obozie Listy przebojów Trójki słuchałem na kolanach – akurat pierwsze miejsce okupowała „Arahja”. Kilkanaście tygodni trzymał się też w zestawieniu „Niejeden”. Płyta, na której te numery były, od razu po powrocie z obozu trafiła na gramofon. Strona A. I strona B. I od nowa A. I od nowa B. I A-B, B-A. Nie było jak się od tego oderwać.

Nie zdążyłem jeszcze zedrzeć „Spokojnie”, kiedy przyszedł czas na „Tan”. Pochłaniałem klimat Kultowych koncertów i wówczas z wizytą przyszedł Prorok Shuty. Posłuchaliśmy płyty w milczeniu i Prorok powiedział: „«Polska» to jest przebój. Hicior. Prawda wyśpiewana”. Tak powiedział i poszedł do domu.

Słuchałem tej „Polski” chyba z dziesięć razy pod rząd, żeby uwierzyć. Tak, to jest naprawdę dobre, ale coś ze mną chyba było nie tak, bo ciągle mi ten kawałek dupy nie urywał. Jak już zrozumiałem i poczułem, o co w nim chodzi, to mi łeb rozerwało na kawałki. Gdybym wtedy umiał marzyć o wielkich sprawach i potrafił sobie wyobrazić, że za lat 18 razem z Kazikiem będę śpiewać „Polskę” w katowickim Spodku, wyszedłbym już chyba zupełnie z siebie i stanął obok. Ale o tym Spodku i o tej „Polsce” jeszcze będzie. W kolejnej części.

Z tymi cenami płyt to było tak, że były niskie aż do czasów dzikiego kapitalizmu lat 90. Dlatego analogi kupowało się na potęgę. Było tanio, ale nie zawsze było łatwo – a ja, jak już w tym Kulcie utonąłem po czubek łba, to postanowiłem sobie uzupełnić dyskografię do ostatniej pozycji.

Z pierwszym krążkiem zatytułowanym „Kult”, a kupionym pod Halą Targową na Grzegórzeckiej, problemu nie było. Za to przy „Posłuchaj, to do Ciebie” rozgorzała prawdziwa walka o winyl, bo Klub Płytowy „Razem”, pod którego szyldem płyta wyszła, wytłoczył tyle egzemplarzy, że dzisiaj nazwalibyśmy to serią limitowaną – i jeszcze wszystko było na zapisy, więc kij ci w oko, chłopaku z Nowej Huty. Skoro nawet nie wiedziałeś o istnieniu takiego klubu, miej pretensję tylko do siebie. Albo płać.

Na szczęście koledzy z podstawówki mieli starszych braci, którzy w rzeczonym klubie płytowym byli zarejestrowani. Nie wszyscy sikali po nogach, słuchając Kultu – i ci bracia też nie moczyli się przy Kultowych dźwiękach, ale kupili na wszelki wypadek. Wiedziałem, że w sytuacjach alkoholowych starsi bracia mocno już uczestniczą, co stwarzało szansę na odkupienie albumu. Był to już wtedy „biały kruk czarnego krążka”, więc nie próbowałem negocjować nawet po zobaczeniu jakichś bazgrołów uczynionych długopisem na okładce.

Płyty w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku były tanie, ale bywały też drogie. Tę kupiłem w cenie jakichś 10 sztuk płyt ze sklepowej półki. Oczywiście byłem w niebie: Kultu miałem wszystko, Kultowcem byłem pełną gębą. Na katanie Levis z czasów technikum pojawił się więc dumny, naszyty własnoręcznie a zrobiony z czerwonej wstążką napis: KULT.

Cieszyłem się tą płytą lat dwadzieścia parę. Potem dowiedziałem się, że Kazik ze swoim wydawcą Sławkiem Pietrzakiem szukają oryginalnego wydania. Nie mogłem odmówić. Płyta była potrzebna do uruchomienia zebranego wydawnictwa z okazji XXX – lecia zespołu. Dziwnym trafem z około kultowych kolegów zespołu jako jedyny miałem płytę. Przekazałem wiec koledze z nieukrywaną satysfakcją. Bo od czego ma się fanatyków?

 

***

Obok płyt winylowych (krzywych nieraz jak diabli, po których igła gramofonu skakała jak syrena na drodze do Mokrej Wsi) ważnym elementem życia były kasety.

Albo kupowało się kasety czyste, żeby je następnie nagrać, albo dostawało produkt już nagrany. Nie zaraz profesjonalnie, bo najczęściej po domowemu – nagrywało się z radia i telewizji, przegrywało od kolegów z ich płyt i kaset. Kopia oryginału, kopia kopii, kopia kopii jeszcze innej kopii… Ostatecznie jakość tego, czego się słuchało, bywała dziwna. Wyobraźcie sobie jak słuchacie swojej ulubionej płyty a w tle słyszycie przebijający się jak głos z zaświatów inny utwór muzyczny, na dodatek odtwarzany od tyłu. Albo wasza bardzo ważna taśma, którą magneciak wciągnął w swoje wnętrze i pomiął strasznie, niczym gazetę, którą trzeba sobie wytrzeć dupę z braku papieru toaletowego. Rozumiecie ten dramat? Tak bywało. Jakość bywała tragiczna, ale szał na kasety nie robił się od tego mniejszy.

Pierwsze nagrane kasety kupowałem na Karmelickiej, bodajże u Pudla. Tak, tego Pudla który kładł podwaliny pod krakowskiego i krajowego rocka zakładając Dupą, Pudelsów. Lokal mieścił się, jeśli pamięć mnie nie myli, gdzieś w okolicy ulicy Karmelickiej. Wchodziło się do niego przez długą bramę, wprost w ciemne podwórze którego mrok robił niesamowite wrażenie. Przyjeżdżając tam z przestrzennych terenów Huty, z lekkim podnieceniem nurzałem się w mroku i tajemnicy staromiejskiej kamienicy, czując się tam jak u siebie. Do tego Pudel miał to czego moje uszy potrzebowały. Spore ilości dobrego punk rocka.

Falami spływały do nas produkty z zaplutego, reakcyjnego zachodu i trzepały nam mózgi jak heroina trzewia narkomanom. Pirackość kaset nikomu specjalnie nie przeszkadzała, bo była to jedyna szansa na muzyczny krok do przodu.

W pewnym momencie życia skoncentrowałem się na polskiej scenie alternatywnej. Powód był trochę prozaiczny – nie kumałem języka angielskiego i czegoś mi brakowało. Nawet jeśli muzyka była OK, to niezrozumiały przekaz paszczą lekko ochładzał  relacje. Nie znając języka, nie czułem siły poezji. Ale z drugiej strony: chuj mnie właściwie obchodziły ich problemy? Ja miałem „anarchię w samym środku mojej głowy”, a „mój mózg pracował niezależnie”. Do tego „deszcze niespokojne” targały myśli na wszystkie strony i dzieliły ciało jak dom w Berlinie murem podzielony.

Kaset miałem najpierw dużo, potem więcej, a potem nieskończenie wiele. Chciałbym napisać, że kupowałem oryginały, kiedy się dało – ale co wtedy było oryginałem? Kto był piratem, a kto wydawał legalnie? W Polsce początku lat dziewięćdziesiątych były to dylematy nie do rozstrzygnięcia, bo kapitalizm nadwiślański wszystkie pojęcia przeżuwał, trawił i wydalał, jak chciał. Były dwa umowne czasy: kiedyś, kiedy nie było niczego, i teraz, kiedy było wszystko. Nadganialiśmy stracony czas, także w kupowaniu. I tak moje ulubione zespoły zdobywałem na kasetach, na płytach, a jak mnie było stać, to i na CD, kiedy album pojawiał się na tym nośniku.

 

***

 

Nieznajomość języka obcego przeszkadzała w słuchaniu Anglosasów, ale sprzyjała muzycznemu patriotyzmowi lokalnemu. Temu najbliższemu, namacalnemu, dostępnemu najczęściej i na wyciągniecie ręki. W Krakowie też robiono muzykę na poziomie. I to na poziomie – nie tylko według mnie – nie byle jakim.

Zaczęło się od Püdelsów. Pałętałem się po ich koncertach, nie mając jeszcze nawet pierwszej płyty zespołu. Małe kluby w Krakowie, które dawno już poznikały i których nazwy też uleciały mi z pamięci, udostępniały swoje sceny miejscowym muzykom często i chętnie. Po kilku takich kontaktach z rock’n’rollem lokalnym moją gębę zaczął kojarzyć ten czy ów artysta – trudno było w tych latach nie zapamiętać wyrośniętego gnojka, który wiecznie pałętał się pod sceną i w każdy dźwięk dobyty z gitary wsłuchiwał się jak w zjawisko nadprzyrodzone.

Owo bycie kojarzonym z gęby wiązało się z przywilejami. Najważniejszym z nich był darmowy wstęp. Kasę na bilety zawsze w kieszeni miałem – muzyk też człowiek i jeść musi – ale że działała zasada „dają, to bierz”, przywilej mile łechtał moją młodzieńczą próżność. Püdel Dupą był tutaj moim patronem – co mnie widział przed koncertem, to kazał wchodzić za darmo. Ale nie wypadało za darmo, więc i na to się znalazło dyplomatyczne rozwiązanie: przenosiłem dwie gitary z samochodu na scenę i wszyscy byli zadowoleni.

Od Püdelsów przeskoczę do Maleńczukowego Homo Twist. Maćka pamiętam jeszcze z końca lat 80., jak pogrywał na Floriańskiej. Postać to była charakterystyczna bardzo. Nie dało się przejść obok obojętnie, nie wypadało. Przyciągał swoim głosem, wyglądem, zachowaniem. Czuć było już wtedy, że dzieje się przy nim coś niezwykle interesującego.

Jeden z koncertów Homo Twist był grany gdzieś na ulicy Garncarskiej. Na miejsce akcji ludzie schodzili się tłumnie i szybko zapełnili jedno z pomieszczeń, czekając na otwarcie magicznych wrót do tego drugiego, w którym miało się odbyć wydarzenie właściwe. Czas mijał, próba się przeciągała ale próby tak mają, więc czekałem wśród współwyznawców cierpliwie.

Wtedy nagle objawiła się kobieta – tak wysoka, że strach mnie obleciał, a pot sperlił się na czole. Górowała nad wszystkimi obecnymi nie tylko wzrostem, ale i nadprzeciętną pewnością siebie. W słowach i gestach, które kojarzyły się trochę z aniołami, a trochę z wojskiem, skasowała wszystkich obecnych za udział w mającym nastąpić lada moment wydarzeniu.

Później się okazało, że akcję biletersko-partyzancką przeprowadziła sama pani Maleńczukowa, wtedy chyba sprawująca funkcję obermenedżera zespołu. Zamykam dzisiaj oczy i widzę, jak ta piękna kobieta krąży wtedy między stolikami i bez zbędnych słów, a z iście germańską precyzją kasuje za wjazd.

Bodaj w 1996 roku na Maleńczuka spłynęła nominacja do Fryderyka. Niedługo przed wyjazdem na galę, po koncercie Püdelsów w jakiejś knajpie, chyba na pewno na Szpitalnej, męczyliśmy przy barze wódkę i rozstrzygaliśmy dylemat do niedawna abstrakcyjny w takim andergrandzie.

– I co z tym Fryderykiem? Jedziesz, nie jedziesz? Odbierasz, nie odbierasz?

– No jak to? Jadę. Mam już plan nawet.

– Ale po co? Przecież to obciach.

– Obciach,  nie obciach – nażreć i nachlać za darmo się można!

I pojechał. Na salony na smyczy wprowadziła go żona – nie od razu został tam na stałe, ale dziś jest tam obecny i czuje się jak u siebie. Może pragnął tego od zawsze?

 

chce mały pokój z widokiem na auto
samotną komórkę z okienkiem na światło
nie ma nikogo i nie ma go nikt
parasol i krawat komórka i ty

chcesz założyć nowe spodnie
chcesz założyć nowy strój
myślisz że wyglądasz modnie
a wyglądasz

tak

jak

chuj

oł je
wśród krawaciarzy
oł je
garnitur na twarzy*

*(Pudelsi,fragment utworu „Szpaner”)

 

 

Kolejnym bandem stąd, który pozamiatał mnie okrutnie, były Świetliki. Dla faceta słuchającego punk rocka (czy rocka w ogóle) „Ogród koncentracyjny” to było coś z innej bajki. Za to melodeklamowane teksty Świetlickiego znałem na pamięć po czterech przesłuchaniach i ryły one mój beret straszliwie. Nic tu nie wchodziło sobie w paradę.

Słuchałem „Oplutego” i wystarczyło w miejsce „Świetlicki” wstawić „Gomółka”, aby razem z piratami zabierać się za porządki na mieście. Jasna sprawa, że ze Świetlickim obok, bo przecież ktoś tych piratów na Rynek Główny w konkretnym celu zaprosił.

 

Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie.
Na razie chodzę, patrzę. Na razie nic.
Któregoś dnia rzeką Wisłą przypłynie
statek piratów.
O pięciu masztach. Dwudziestu armatach.
I zapytają: – Który to Świetlicki?
A ja wtedy stanę na samym środku rynku – i będę wskazywać:
TEGO, TEGO, TAMTĄ, TEGO, TEGO,
WSZYSTKICH!!!!
Opluty. Opluty.
Ooooopluty.
Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą –
z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem.

Jedzie*

*(Świetliki, fragment utworu „Opluty”)

 

 

Kto nigdy nie chodził po Starym Mieście ze słuchawkami na uszach, sycząc przez zęby: „TEGO, TEGO, TAMTĄ, TEGO, TEGO, WSZYSTKICH!” – nic o życiu nie wie. Ekstatyczne i uspokajające zarazem.

Ale żywych Świetlików na scenie nie widziałem w tamtym stuleciu. Bałem się udziału w koncercie, czy może raczej: jakiegoś nieprzystawania do bardzo specyficznego (tak mi się wydawało) tłumu słuchaczy. Duchowo odległego – tak o tym myślałem. Skąd mi się takie głupoty we łbie zalęgły? A, wiem: pewnie z opowieści o tłumach adeptek polonistyki o wyglądzie czarownic, które tam przychodzą, pożerają wszystko w zasięgu wzroku i zostają tylko popiół i zgliszcza. Poza niezniszczalnym guru. Panem Marcinem Ś.

No więc: ciarki z zachwytu w obcowaniu z kasetą, ciarki ze strachu przed obcowaniem w realu. A jak już się raz czy drugi przełamałem i postanowiłem pójść, to się okazało, że bilety się wyprzedały. To pewnie tłumy adeptek mściły się za moje uprzedzenia. No ale wystarczyło przeczekać do XXI wieku, popracować w tzw. Delcie Dietla, powpadać na piwo, dwa piwa, trzy piwa do Pięknego Psa, zrobić jakiś koncert z cyklu „Mecenas sztuki prezentuje” i trafić całkiem przypadkiem na stałego bywalca. Bo to właśnie tam żeśmy się z tym Świetlickim, co się go bałem słuchać na żywo, jednak spotkali. Nie raz i nie dwa. I zanim się polubiliśmy to ja byłem na niego bardzo obrażony. Jak dziecko. Jak dziecko.

Ale o tym to innym razem.

1M. A-moll, czyli pierwsze dźwięki.

1M. A-moll, czyli pierwsze dźwięki.

Wszystko ma swój początek.

Pierwszym odtwarzaczem „swojej” a nawet swojskiej muzyki jaki kojarzę był szpulak firmy Grundig. Wy, którym dźwięków dostarczają dzisiaj empetrójki, komórki i miniwieże – wyobraźcie sobie trzyścieżkowe monstrum w kolorze stali. Niewiele mniejsze od walizki podręcznej do linii lotniczej Ryan Air i swoje kilogramy warzące. Pierwsze dźwięki, które jako tako kojarzę, pochodzą z tego szpulaka.

Szczęśliwym posiadaczem monstrum był mój tata. Było ono wyciągane tylko przy specjalnych okazjach – tata uruchamiał je, kiedy w głowach zgromadzonych na 36 metrach kwadratowych lokalu mieszkalnego na os. Kościuszkowskim szumiała już wódeczka żytnia, a muzyka była niezbędna do kontynuowania zabawy swojskiej niczym kiełbasa wiejska.

Zabawa częściej była śpiewana niż taneczna, bo na balet przez wielkie B nie pozwalało małe M. M wypełniały po sufit nagrania kapel weselnych, w których prym wiódł akordeon, wspierany trąbką, a może saksofonem, i perkusją. Ale to wszystko nie byłoby całością, gdyby nie teksty. Prawdziwa wisienka na weselno – muzycznym torcie. Teksty były sprośne, albo z życia wzięte, albo wymaglowane jedno z drugim. Na przykład tak:

 

Teraz będzie numer jeden, a mnie jest na imię Edek.
Przeleć mnie w tej koniczynie.

Przeleć mnie w tej koniczynie,
Przeleć mnie w tej koniczynie
jeszcze raz.

Teraz będzie numer drugi, rób to w rytmie woogie-boogie
Przeleć mnie w tej koniczynie…

Teraz będzie numer trzeci, ona krzyczy nie rób dzieci
Przeleć mnie w tej koniczynie. *

*(autor nieznany)

 

I tak dalej w tej koniczynie się kotłowało, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Zwrotek mogło to dzieło mieć dziesiątki. Wystarczyło, że znalazła się osoba z jakim takim drygiem do rymowanego żenienia cyfr arabskich ze sprośnościami – i szło bez końca. Płynęło nawet.

Teksty w muzyce do dziś uważam za ważne, ale z rozpracowaniem tamtych, dziecięciem będąc, nie miałem łatwo. Na wsi spędzałem dużą część dzieciństwa, więc wiedziałem przynajmniej, co to jest koniczyna. Ale – dumałem czasem nocami – po co ktoś ma po kimś przelecieć? I dlaczego w koniczynie?

 

To był początek lat 80 dwudziestego wieku . Któż z nas nie marzył wtedy o posiadaniu instrumentu? A żeby jeszcze nabyć umiejętność gry na nim! Marzyliśmy o gitarze, nieśmiało o perkusji, może jakichś klawiszach… Ale, kurwa, akordeon? Matko Boska Akordeonowska, takich na osiedlu nie znałem.

Ale nie zaczynajmy od A jak akordeon, ale od A jak akustyczna. Gitara. Czyli od gis.

Była pierwszym instrumentem, który pojawił się pod naszym dachem. Bardzo przypadkowo, ale przypadki należało bezwzględnie wykorzystywać. Tata poszedł po COŚ do sklepu – pewnie jakiś znajomy dał mu cynk, że Kryśka z trzeciego usłyszała od Heleny z dziesiątki, że GDZIEŚ tam COŚ ma być. Tak właśnie było w szalonych latach 80 tych. Czasie kryzysu i upadającej komuny.

Znałem to doskonale. Raz zostałem wysłany po papier toaletowy, ale skończył się w trakcie mojego kolejkowego stania. Były za to kostki Rubika, które przekazano do sprzedaży jak kończył się papier – o czym się dowiedziałem bliżej lady – więc bez zastanawiania wziąłem trzy. Już wtedy nie miałem złudzeń: kostki nie miały służyć do podcierania czegokolwiek. Podejrzewałem raczej, że miały nas odciągnąć od zbyt częstego korzystania z toalety, bo papier był rarytasem. Mogły też być produktem wymiennym.

Ale wróćmy do gis.

Tata chodził, węszył, wystawał i zwyciężył. Wrócił z pudłem. To znaczy: z gitarą. To znaczy: z pudłem w którym mieszkała gitara. Zapamiętałem bowiem doskonale właśnie karton, w którym instrument przybył i do którego – jak się szybko okazało – mieściłem się cały ośmio- czy dziewięcioletni ja. Karton miał kształt trumienki i został naszym – moim i młodszego brata – druhem. Leżeliśmy w nim na czas. Brat był dwa lata młodszy i dwa lata mniejszy. Na przemian przykrywaliśmy się kartonowym wiekiem i leżeliśmy w nim na czas. Zabawy z wyobrażeniami doświadczeń pośmiertnych trwały w najlepsze kilka dni, a potem się okazało, że pudło-trumienka zajmuje za dużo miejsca w malutkim pokoiku i poszło precz do śmieci.

Znajomość z trumienką była i tak dłuższa i bardziej intensywna niż z gitarą. Tej rzekliśmy z bratem do widzenia po 30 minutach znajomości, bo zdradziła jedną ze swoich ważniejszych właściwości: za czorta nie chciała grać sama. Wylądowała za karę za szafą. Dzisiaj leży na. Na szafie, na Oświecenia. Pęknięta, ale jest. Sam nie wie po co.

 

Kolejnym instrumentem który zagościł u nas był akordeon. Sprawcą całego zamieszania, które miało być spełnieniem młodzieńczych marzeń scedowanych na potomstwo był mój tata.

Biedna wtedy wieś pod Nowym Sączem, w której wychował się kochany ojciec mój Wojciech, była pobudowana na szczycie góry i nigdy nie wiedziałem, dlaczego Mokra Wieś – bo tak ją nazwano – położona w takim miejscu miała być mokra.

Wyobrażam sobie za to, że w latach 50. i 60. akordeon w rękach chłopaka miejscowego musiał być czymś magicznym, doskonałym. Posiadacz akordeonu, obcykany w wydawaniu dźwięków z harmoszki stanowił odpowiednik dzisiejszego gitarzysty. Jak dzisiaj przekochane chłopaki z Happysad czy mój uwielbiony Spięty, tak wtedy akordeonista rządził i dzielił ludzkimi duszami. Najlepiej, znając życie, na lep brały się dusze z cyckami.

Tato swoich marzeń związanych z grą na harmonii nie zrealizował. Co prawda miał akordeon guzikowy, który mu starszy brat kupił – ale niestety nie miał kto taty nauczyć grać. Akordeon więc sprzedano, żeby kasę odwirować, ale plan w głowie ojciec już miał. Plan okazał się planem rodzinnym i pierwszy zaczął go realizować Józef – najstarszy brat taty, a mój wujek.

Józef osiedlił się pod Nową Hutą i właśnie tam zaczął kultywować tradycje robotniczo-chłopskie. Kombinat Lenina był 10 kilometrów od jego domu – robota więc była, w polu rosło, a w skarpecie przybywało. Wujek miał dwóch synów i pewnego dnia kupił im akordeon. Na wsi, jak to na wsi, miejskie pierdoły nie zawracają człowiekowi dupy i chłopaki z tą niezawróconą dupą nauczyły się grać. Droga została więc wytyczona, a ja miałem stać się jej ważnym elementem.

Na osiedlu Kościuszkowskim był betonowy klocek. Mieściły się w nim nie tylko sklepy różnorakie i spółdzielnia mieszkaniowa, ale i coś na kształt osiedlowego domu kultury. Można się w nim było nauczyć tańczyć, mówić po obcemu czy grać na instrumencie. Między innymi – na akordeonie.

Akordeonistą chciał być w swojej młodości ojciec. Musiał mieć ten plan w głowie od momentu, w którym zobaczył pierwszego akordeonistę. A ponieważ, jak pisałem wyżej, wyszło jak wyszło czyli nie wyszło, plan został przesunięty w czasie. Bo jest tak, że kiedy nam, starym dziadom, nie udaje się spełnić swoich marzeń, to ciach, robimy klona i realizujemy to, co nam w życiu się nie udało. Co nie zrealizował ojciec, przerzucono na pierworodnego. A pierworodnym byłem ja.

Żeby mnie podejść i do harmoszki przekonać, snuto opowieści dziwnej treści o tym, jak cudny to instrument. Odbierałem je sprzecznie, bo lat miałem chyba 12, więc i po prawdzie koło dupy mi to ględzenie latało, ale przecież ojca słuchałem (i do dzisiaj słucham). Z jednej strony akordeon nie występował jako instrument w muzyce której zaczynałem słuchać ale zaczynał działać argument, że jako inżynier „na hucie” albo jakiś Karwowski na budowie dorobię sobie – w soboty po robocie – drugą pensję grając na weselach.

Któregoś pięknego czerwcowego wieczoru tata zabrał nas do swojego drugiego brata, Władysława, na wizytę. 20 minutowa piesza trasa na osiedle Strusia wiodła obok „naszego” DK i w drodze powrotnej wstąpiliśmy – niby całkiem przypadkowo – do instytucji kultury. Równie przypadkowo okazało się, że trwają zapisy na czeladnika akordeonisty.

Spod wielkiego sumiastego wąsa pan Jacek, nauczyciel i kierownik sekcji muzycznej, zaprosił mnie do sali z pianinem. Tam miała odbyć się moja pierwsza muzyczna weryfikacja – czy aby „słuch mam” i czy będę się mógł na akordeonistę uczyć. Spod nauczycielskich palców poleciała gama, a spod wąsa – komenda:

– Powtarzaj to, co gram.

Posłuchałem co gra i w odpowiedzi poleciałem sprawnie:

– Plum, plum, plum, plum plum…

Pan Jacek z lekka zdębiał i powiedział:

– Wystarczy używać la, la, la, la.

Po sprawdzianie odbyła się męska rozmowa Wojciecha z Wąsem, czyli taty z nauczycielem. Że głuchy nie jestem – usłyszał tata – że ziarno zasiać można i że pieron wie, co z tego wyrośnie. I że kto nie sieje, temu akordeonista nie wzejdzie. – Kup mu pan 60 basów, żeby chłopak utrzymał i żeby mu jajek nie urwało, ha ha. I od września zapraszam na zajęcia – dodał Wąs.

– No kupię, brat ma dwóch chłopoków i oni też grają na harmonii, od nich kupię – odrzekł ojciec i tak się to zaczęło.

Na Wyspach Brytyjskich punk umierał, w Polsce rozkwitał w najlepsze, a ja w piękny czerwcowy wieczór rozpocząłem przygodę z muzyką. Przygodę, która rozwaliła moje życie nieodwracalnie i to w najlepszym słowa ROZWALIĆ znaczeniu.

Nie marzyłem, by być akurat akordeonistą ale na samym początku przygody było mi wszystko jedno. Zwyciężyła ciekawość – to ona kazała mi chodzić potulnie na zajęcia. Mały byłem i chudy, więc największym problemem było noszenie harmonii ze sobą. Obowiązki tragarza spadły na tatę. Gdzie tam zresztą spadły – tata był zachwycony. Raz, że spełniało się jego marzenie, aby ktoś z najbliższego otoczenia szarpał miechem. Dwa: miał mnie na oku. Tym sposobem tata został technicznym, a moją biblią: „Szkoła na akordeon”.

Na początku biblii klawisze rozpisano osobno, guziki basowe osobno. Następnie technika przemieszczania palców i inne cuda – wystarczyło to pojąć i można było jechać na całego „Wlazł kotek na płotek” albo w „Murowanej piwnicy”. Wspomniane „hity” były już z książek typowo muzycznych jak „Melodie na akordeon”, „Melodie Świata” i diabli wiedzą z czego tam jeszcze. Utwory z nutami rozpisanymi na „mój” instrument. Niestety tutaj zaczynał się poważny problem: dobór utworów do grania.

Wszystko, co dało się znaleźć w książkach muzycznych, obracało się w klimatach, średnio mi pasujących. Także kolędy ćwiczone z mozołem nie przekonywały mnie, że akordeon może zbliżyć mnie do ogrania jakichkolwiek melodii znanych z radia czy telewizji. Do tego doszły śmichy-chichy w otoczeniu, że się grać na harmonii edukuję.

Żeby to zlać, byłem za miękki i miałem za mało samozaparcia. Zamiast codziennego piłowania instrumentu, paluchów i słuchu, zszedłem do poziomu treningu za pięć dwunasta – ćwiczyłem na godzinę przed lekcją. To coś mówiło o braku trwałych uczuć do instrumentu i ograniczało rozwój mnie jako grajka do minimalnego minimum.

Już mi się całe to granie sypało, ale tata jeszcze miał nadzieję. A nadzieja ta upadała wraz z odległością pomiędzy nim a mną, gdy w czwartkowe popołudnia chodziliśmy po naukę. Ponieważ wstydziłem się bardzo tego całego akordeonu, to wychodziłem z domu pierwszy i po osiągnięciu bezpiecznego dystansu, minimum pięćdziesiąt metrów, uzyskiwałem spokój duszy i pewność, że nawet jak ktoś mnie wypatrzy, to i tak się nie kapnie, gdzie i po co ja tak gnam. W końcu tylko szedłem. Niby sam ze sobą ale przytłoczony wielkim jak harmonia ciężarem niechęci.

Dymaliśmy więc na akordeonowe lekcje w tandemie ojciec-syn. Od września, jako szóstoklasista , dołączyłem do grona nadziei polskiej szkoły gry na cyi.

Zamieszanie trwało ze dwa lata albo i dłużej. Jako najdziwniejsze pamiętam to, że im więcej muzyki słuchałem, tym bardziej mnie akordeon uwierał. Nikt nie próbował i nie umiał mi przekazać, że nie ważne jaki instrument masz w rękach, tylko jakich nabyłeś umiejętności żeby wydobyć z niego to co chcesz.  Widocznie wszystkiego w życiu mieć nie można, ale jednak mi szkoda, że się tak łatwo poddałem.