S15. Liga nie taka znów szara.

S15. Liga nie taka znów szara.

 

Do Katowic to już było tak blisko, że na upartego można by było pójść na nogach. My jednak pojechaliśmy, a i tak klub oszczędzał jak mógł. Na noclegach. Jakby prezesi wiedzieli, że sekcja siatkówki ma w drużynie rozprowadzacza, nigdy by do tego nie dopuścili.  Dzięki powrotowi do Krakowa, nie musiałem tracić rozrywkowej nocy na Hucie, a i kolegom spać też się nie chciało. Skoro Gomóła zapraszał? Damy radę.

Beldon Katowice czekał i kusił punktami do wyszarpania.  Odległość była naprawdę niedaleka, co prawda autostrady jeszcze nie było, ale te osiemdziesiąt kilometrów nawijało się na autokarowe koła szybko i sprawnie. Ciężko mi się było skoncentrować na przygotowaniu mentalnym do zawodów, bo we łbie kołatało jedno. Impreza u Filipa. U niego zawsze było grubo i kroił się balet pierwsza klasa. A skoro po meczu wracaliśmy spać na swoje, to nie wypadało nie podejść na chwileczkę. Hotelu klub nie zaproponował tylko tułaczkę po bożym świecie. Wyjazd, powrót, wyjazd, powrót. Co zrobić? Może zawitać na imprezę? I tak mi to po pustym łbie się tłukło, że koledzy, frakcje młodsza, usłyszeli to stukanie i prosili o zabranie ich na ten niewątpliwy relaks pomeczowy.

Sobotni mecz był przeleciał bez historii. Ktoś wygrał, ktoś tam przegrał i na pewno przegranymi byliśmy jednak my. Po zawodach ważne było szybkie i sprawne przetransportowanie nas z hal i parkietów do Nowej Huty w celu dokonania regeneracji i spokojnego przespania przedmeczowej nocy. Stare dziady jednak coś przeczuwały, twierdzili że jestem nienaturalnie pobudzony po przegranych zawodach, ale od samego czucia to się jeszcze życia nie wygrywa i prawdy całej nie zna. Młodzież wysiadła razem, a ponieważ mieszkaliśmy prawie w jednej okolicy, więc podejrzeń to specjalnych nie budziło. Poza Czornym, który też wysiadł z nami, a mieszkał po drugiej stronie miasta. Ale coś tam zabajerował, że z Huty ma dobry transport, szybko, sprawnie i w ogóle jest mu dobrze tu wysiadać. Unikaliśmy wzroku starszyzny, bo baliśmy się, że wyczytają z naszych oczu radość tego co za chwil parę stanie się naszym udziałem. Już za chwileczkę, już za momencik…

Balanga!

U Filipa biby były zawsze udane. Donieśliśmy alko i zaczęły się dyskusje, rozmowy, tańce. No i damsko męskie zaloty. Czas niestety pędził nieubłaganie. Pierwsza, druga, w pół do trzeciej. Świat się kręcił, świat wirował, a my w nim. Nagle, niczym grom z jasnego nieba nadeszło otrzeźwienie.

– Panowie, kończymy, o ósmej wyjazd do Katowic. Trzeba się zbierać.

– Gomółek, weź nie pierdol, przynieś wódeczki!

Minęła czwarta, zbliżyła się piąta, wychodziliśmy ociągając się potężnie.

– Jeszcze po kieliszeczku! Za siostry! Za braci! – Dupcia miał toasty na każdy moment imprezy.

– Ja bym jeszcze śledzika! – ktoś błagał. – Rybka lubi pływać.

Zbierałem towarzystwo przez pół godziny. Ciągle kogoś jednak brakowało. I tak w koło Macieju. W końcu bladym świtem miałem drużynę zebraną w windzie.

– Tylko niech nikt się nie spóźni. Musimy być punktualnie! – mobilizowałem przyjaciół z parkietu.

Rozstaliśmy się śpiewająco i każdy poszedł prawie w swoją stronę. Od Adama miałem dziesięć minut do domu. Nawet się nie kładłem, ale sen mnie składał jak diabli. W końcu zagrałem mecz, zarwałem noc i jeszcze miałem za kilka godzin grać ponownie. Ratunku! Może kawa? Mocna, sypana, fumiasta. Cztery, nie pięć, sześć łyżeczek do półlitrowego kubka nasypałem. Nie mogłem usnąć, żeby nie spóźnić się i mimo wszystko wsiąść do autobusu. Wiedziałem że jak usnę w domu to nikt mnie nie będzie w stanie dobudzić. Jako główny rozprowadzający nie mogłem zawieść ekipy. Co prawda dużo nie wypiliśmy, ale myślenice typu: rany bomba, czy organizm się zregeneruje na tyle żeby podjąć walkę z wrogiem? – były.  Oraz najważniejsze: czy koledzy żyją i też dojdą do siebie albo chociaż do autobusu?

Jak wychodziliśmy to nastroje były szampańskie. Tylko czy aby nie za bardzo? Pilnowaliśmy się przecież. Na spotkanie pod Wandą, czy pod Pewexem na Strusia dotarli szczęśliwie wszyscy. Jednak czar szampańskich nastrojów pryskał wraz z unoszącym się coraz wyżej słońcem. Oczy bolały niemiłosiernie od światła dnia powszedniego. A nawet bardziej, bo to niedziela była. Ludzie spali po imprezach a my ruszaliśmy do roboty. Więc i ból był makabryczny. Do tego głowa, bebechy i inne członki dawały we znaki.

Kontuzja! Kontuzja! Chciało się zawyć nie jednemu. Ale, ale. Nie my, nie ma szans. Wódka nas nie pokona. I nie pokona Beldon z Katowic!

– Gomóła, co wy tacy zmęczeni? – czujne oko Marka Anioła wypatrzyło nasze średnie, delikatnie rzecz, biorąc, samopoczucie.

– To po meczu wczorajszym, ciężko było. Chyba jestem do tego chory – przytomnie się maskowałem i do tego kłamałem jak z siatkarskich nut.

– Taaaa. Na pewno – nie odpuszczał próbując uchwycić ze mną kontakt wzrokowy. W końcu razem, znaczy się ja, on i piękny Marek, balowaliśmy co tydzień bez mała. Może był zazdrosny,  że tym razem piłem z kim innym?

Uciekłem szybko na tył, i zanim autobus ruszył na dobre, spałem.

Na parkiecie katowickiego Beldonu, po raz pierwszy w sportowym życiu, doświadczyłem niebywałej męki na rozgrzewce. Skumulowało się wszystko. Wczorajszy mecz, impreza, alkohol i brak snu. Katusze piekielne mnie dopadły już na widok hali przeciwnika, dobrze że na miejscu wody było pod dostatkiem, bo suszyło mnie przeokrutnie. I nie tylko mnie. Wodę na szczęście donoszono już przed zawodami o punkty. I dobrze. Bo moglibyśmy umrzeć z pragnienia i dopiero byłby wstyd. Próbowaliśmy, walczyliśmy, krzyczeliśmy, serce żeśmy wkładali w te zawody. Ale nie szło nam. I jeszcze ta hala jakaś taka dziwna, i to słońce tego dnia piekielne, rażące okrutnie przez wielkie szyby z ekspozycji południowej. Podsumowaniem naszej słabości było czyjeś minięcie się z piłką na środku siatki, w akcji nazywanej atakiem z krótkiej . Kolega wylądował w sieci, niczym ryba, nie dotykając nawet piłki. Starszaków na takie zachowanie szlak trafił. Wyszło szydło z worka, cała nasza tajemnicza akcja nocna wypłynęła z wódczanym potem z ciał.

I smród niósł się mocnym echem po hali katowickiego Beldonu. Echem kurew rzucanych przez Marków. Niestety nie udało się powalczyć. Głupio wyszło.

Mea culpa bęc.

 

Do Warszawy miło się jechało. Rywal był w zasięgu naszych umiejętności, a do tego Legia była przez cały sportowy kraj znienawidzona, a Warszawa nielubiana za bardzo przez resztę społeczeństwa. Adrenalina nakręcała się więc sama. Ale u nas nie z powodu CWKS-u czy stolicy. W nas takie prymitywne podkłady się nie zawiązały. Kasa była do wyszarpania z desek warszawskiego klubu to primo. A sekundo, najważniejsze sekundo wtedy, to co nas tak pchało do stolicy, to był pierwszy w Polsce Mc Donalds! Taki prosto z Ameryki. Cudo światowej gastronomii, po której wyrobach koszykarze czarni jak czarna smoła i biali jak biała mąka, wznosili się na wyżyny niebiańskiego baskjetboła. Przenosili się w inny wymiar dzięki zasobom energii ukrytej w hamburgerach czy big mackach. Tak wtedy mogliśmy myśleć. Więc i my też tak chcieliśmy. Chcieliśmy się najeść do bólu, żeby skakać wyżej, biegać szybciej i atakować mocniej. Ale zanim nam to umożliwiono musieliśmy rozegrać mecz. Mecz może i był piękny. Może i wyrównany. Ale kto to dzisiaj pamięta? Pewnie niewielu. Ale sali do trenowania gimnastyki, jaki był na obiektach stołecznego klubu, z wielkim dołem wypełniony gąbkami, nie zapomnę nigdy. Wariowaliśmy jak dzieci które zobaczyły kosmiczny plac zabaw po raz pierwszy, i być może ostatni  w swym życiu. Taką, wydłużoną do granic możliwości zrobiliśmy sobie rozgrzewkę. Dobrze, że się nie pozabijaliśmy.

Po zawodach, na pytanie gdzie jedziemy na kolację, wszyscy zawyli, jak zgłodniałe wilki:

– Do Makdonalda!!!

Na szczęście o zdrowym żywieniu, w czasach przejściowych, nikt nie mówił. Kogo to obchodziło, skoro jeszcze kilka lat wcześniej zdarzało się, że nie zawsze szło co do gara włożyć. Dostępność jedzenia poprawiła się znacznie, ale cała zabawa polegała na tym, żeby się wreszcie nażreć do syta, nie zwracając uwagi na zdrowotne walory posiłków. A nażreć w Macu to wtedy była prawdziwa rozpusta. Było mega drogo, ale my sportowcy, kupowaliśmy po cztery zestawy. Opychaliśmy się chemią jak krowa sianem. Jak dizel ropą. Doznawaliśmy kulinarnego orgazmu.

 

Pierwszą poważną rzecz którą wyszarpałem, poza grą w pierwszej szóstce, była podwyżka. Spora podwyżka, bo moje apanaże wzrosły razy trzy. Zapylałem na treningach do ostatniego tchu, na boisku słupków nie podpierałem to i wypłaty chciałem mieć zbliżone do średniej zespołowej. Nie wdawałem się w zbędne dyskusje, tylko postawiłem swoją siatkarską przygodę na ostrzu noża. W końcu ktoś tam już się wykruszył przez pierwsze miesiące i ręce do grania były potrzebne. Nawet tak chude jak moje. Po treningu polazłem więc do pokoju trenersko-kierowniczego.

– Trenerze, nie będę już grał bo mam maturę. Muszę się zabrać za naukę – dyplomacja zawsze była moją mocną stroną, więc dyplomatycznie kłamałem jak z nut.

– Jak to? Przecież dajesz radę, grasz często w szóstce, nieźle zarabiasz. Tomek, naprawdę? – trener nie wierzył w to co usłyszał- Przemyśl to.

– Co ty gadasz? – Kazik kierownik był czujny. – Przyjdź jutro do mnie a tera spadaj na odnowę.

Z samego rana, zamiast do szkoły, polazłem do klubu rozmawiać o swojej finansowej przyszłości.

– Ile? – Kaziu wiedział dobrze, że nie ma co się certolić, jak można sprawnie i szybko temat załatwić.

– A ile mogę mieć? – graliśmy w expres pokera.

– 900 000 zł. Do ręki.

– To będę popołudniu. Do widzenia.

Nigdy już tak szybko nie ugrałem takiej podwyżki. Ale też potem startowało się z innego pułapu i co kolejne kartki wspomnień pokażą, był to pułap nie raz i nie dwa wirtualny.

Tymczasem tak uposażony czułem się już pełnoprawnym zawodnikiem seniorskiej drużyny siatkarskiej Hutnika Kraków. I fajnie mi z tym było. Mogłem skoncentrować się na pracy dla chwały swojego nowohuckiego klubu jeszcze mocniej.

S14. Siatkarskie składy kolejowe.

S14. Siatkarskie składy kolejowe.

 

Na mecz do Szczecina jechaliśmy pociągiem Polskich Kolei Państwowych, w wielkim skrócie PKP.

Fajna to była odmiana po turlaniu się przez kraj autobusami. Do miasta śledzia jechaliśmy tak zwanymi slipingami. Była to chyba najlepsza możliwość jeśli idzie o przemieszczanie się pociągiem. Cały wagon podzielony był na dwu osobowe kabinki z miejscami do spania. Następne w kolejności były kuszetki, potem klasa 1 i część bydlęca, zwana klasą 2. Klub zapewnił nam maksimum komfortu i ruszyliśmy na ligową wojnę.

Start z Krakowa wypadł około godziny dwudziestej i rankiem mieliśmy być u celu. Miło, wygodnie i czysto. Cały wagon był prawie nasz. Bo poza nami było raptem kilka osób. Nie wszyscy mogliśmy podróżować dwójkami i mnie wylosowało do obcego. No i dobrze, pomyślałem. Chciałem w spokoju odespać życie domowo-szkolne. Na swoje nieszczęście byłem też posiadaczem dwu litrowej buteleczki plastikowej, która kryła skarb prawdziwy. Wypełniało ją wino domowej roboty mojego taty. Nie robiłem z tego tajemnicy i to był chyba błąd. Koledzy z lekka poczuli przygodę, a i sami coś tam mieli przygotowane na wyjazd. Na lepszy sen. Ale to coś tam okazało się za mało na tak długą drogę i koło dwudziestej trzeciej zaczęli tłuc w moje drzwi budząc przerażenie u mojego współ-spacza. Grzecznie go przeprosiłem, zabrałem skarb i poszedłem żyć z zespołem.

A życie już płynęło swoim zakrapianym korytem, miło i przyjemnie. Niestety z płynącym życiem jest też tak, że nurt czasami wariuje. Nasz zwariował około północy. Zmieniliśmy się w małej części w monstra, organizm niektórych przestał sobie radzić z mieszanką dostarczaną w ilościach może nie specjalnie wielkich, ale na pewno mocno różnych. Było piwo, mała wódka i moje wino. Kierownik wagonu przyjmował skargi od innych mieszkańców naszego domku na kółkach i postanowił podjąć radykalne kroki.

– Zatrzymam pociąg! Nie wolno tak się zachowywać! – prawie płakał do nas.

– Spokojnie, kolego, spokojnie. Nic się przecież takiego nie dzieje. – odpowiadaliśmy obijając ścianki pędzącego wagonu.

– Jesteście pijani!

– My pijani? My?! Na mecz jedziemy. Nie możemy być pijani – udowadnialiśmy trzeźwość nieudolnie jemu i sobie.

– Każę zatrzymać pociąg!

– A zatrzymaj pociąg to zobaczysz! – największy z nas wykorzystał przewagę wzrostu i masy, przy okazji wpadając na konduktora i przygniatając go do okna.

–  Tak nie można. Nie jesteście sami! – skuczał konduktor czerwony na całej twarzy. I uszach.

– Dobra, dobra. Mamy coś do picia? – ktoś przypomniał sobie o uzupełnianiu płynów i liczył na cud.

– Nie! – wszystko już popłynęło i ta odpowiedź była jedyną prawdą tej nocy.

– A może Pan coś ma? – chcieliśmy się zakolegować z konduktorem na siłę.

– To już szczyt wszystkiego! – kierowniko-konduktorowi zaszkliły się oczy, uwolnił się z przygniotu i trzasnął drzwiami od swojego przedziału.

– Do spania. Idziemy do spania. Nie ma już nic. Do wypicia… – żegnaliśmy się przed snem niepocieszeni.

Rano wylądowaliśmy w szczecińskim hotelu i tam dopiero zaczęliśmy prawdziwie odsypiać ciężką podróż, którą zgotował nam dowódca wagonu. W pociągu  przez niedopicie nie udało się zasnąć. Do tego ten stukot od którego łeb pękał. Rozumiecie powagę sytuacji, co?

Staliśmy w tabeli dość dobrze. Tak niespodziewanie dobrze, że graliśmy mecze o zakotwiczenie w pierwszej czwórce.  Celem do tego miało być zwycięstwo w jednym przynajmniej meczu w Szczecinie. Wiedzieliśmy wszyscy, że cel ten jest z  rodzaju zesraj się a nie daj się. I jeszcze ta podróż. Ale premie mieliśmy fajne za mecze, więc ktoś gdzieś tam, wpadł na genialny pomysł, że możemy się naszymi premiami podzielić z chłopakami ze Stali Stocznia. A kto bogatemu zabroni się dzielić? Chcieliśmy być jak Janosik, tylko taki trochę przetransformowany, na słowacką modłę. Nasz tajny negocjator, zwany rok później w Szczecinie „kotarowym chłopcem”, ponieważ szukając bloku napierdalał w kotary za boiskiem, poszedł pogadać i szybciej wrócił niż wyszedł.

– Nie chcą. Mówią, że kasa spoko ale i tak nie chcą. No to rzeba im wpierdolić!

Plan sam się wyklarował wbrew naszym założeniom. Tylko  rywal był dla nas za silny, hala za mała a chęci same nie wystarczyły. I nie zapominajcie o podróży!

Trener robił co mógł. Nawet Darjo, niedawny junior wylądował na lewym ataku. Newralgicznej pozycji bardzo, takim miejscu przeznaczonym dla konia, czyli osoby która ma atakować wszystko co mu się wystawi. Niestety tego dnia nie mieliśmy w zespole ani konia ani nawet kucyków. Dario przyjął więc cztery swoje kolejne ataki pod nogi, a piłka spadała szybciej od niego samego. Znaczy to, że miał Darek jebnięcie w nadgarstku.

Po niedzielnych zawodach, które minęły równie szybko jak sobotnie, udaliśmy się w okolice dworca w celu dokonania przejazdu powrotnego na trasie Szczecin Główny  –  Kraków Główny. Czasu mieliśmy mnóstwo. Nasz skład miał startować późnym wieczorem. Starsi gracze zasiedli przy kartach i bidonach pełnych magii, młodsi udali się na spacery w okolice dworca i starego miasta. Z klubu przyszedł też wyraźny sygnał, że w kasie bieda aż piszczy i trzeba ciąć koszta. Czy można to zrobić lepiej, niż umieścić zespół ligowy w drugiej klasie pociągu relacji Szczecin – Przemyśl? Można. Wysyłając pieszo, ale zachodziło ryzyko, że moglibyśmy nie dojść na przyszłą sobotę na kolejne zawody.

W przedziałach podzieliliśmy się według kilku kryteriów. Lubi nie lubi, ile może przyjąć w płynie, czy gra w karty, a trener z kierownikiem zostali wysiedleni dwa wagony dalej. Tak rozlokowani zabraliśmy się za konsumpcję płynów wyskokowych, która miała nam pomóc przełknąć gorycz porażki dotkliwej. Najstarsi posadzili mnie obok siebie i zaczęła się rzeczowa dyskusja. Panowie przy kartach wyżłopali wcześniej zawartość bidonów i zaczęli gadać od rzeczy. Pozostali nasi towarzysze podróży nadrabiali poziom przesuwania umysłu w inny wymiar, kieliszek po kieliszku, żeby im jakoś dorównać. Koła turkotały, gadka się kleiła, picie się kończyło.

Co?!

Miało wystarczyć do Krakowa a tu godzinę z okładem za Szczecinem byliśmy i już w butelkach dno zaświtało. Coś było nie tak. Albo płyny nam wyparowały, albo nasze spusty były tego dnia ponadprzeciętne a planowanie zapasów skandaliczne. Trzeba było działać.

Piękny Marek rozpracował już wcześniej trasę ciufci, która mknęła do Przemyśla. Skoro był Przemyśl to i granica była niedaleko. A jak granica, to Ruscy i Ukraińcy. A skoro pociąg tam jedzie to i oni tam jadą. Wszystko stawało się proste jak atak z wysokiej piłki.

– Idziesz młody na zakupy z Markiem. – zostałem oddelegowany precz.

Więc poszliśmy. Piękny Marek pierwszy, ja za nim. Z wagonu na wagon, centymetr po centymetrze, powiększałem dystans. Młodemu, bo taką ksywę miał piękny Marek, trudno było uwierzyć w to, że nasi wschodni bracia Słowianie jadą pusto, bo to co mieli to pożenili, czyli posprzedawali dawno temu i wracali do domu z gotówką lub innymi dobrami. Podczas drugiego przemarszu, wyprowadzony z równowagi brakami w zaopatrzeniu, postanowił dokonać czegoś na wzór kontroli osobistej, żeby niczym niewierny Tomasz uwierzyć, że ruscy nic nie mają, albo zwyczajnie po ludzku, pod pozorem niedowierzania podotykać sobie. Żeby jednak na taką kontrolę sobie zasłużyć, to trzeba było być kobietą rosyjskojęzyczną, a na dodatek stosunkowo urokliwą. Obchód zakończyliśmy z niczym. Nic też nie udało się wymacać.

– Ile macie? – padło pytanie w naszym przedziale od spragnionego towarzystwa.

– Nic. Pusto. Ruscy goli. –  odparłem zmęczony łażeniem bez sensu.

– No to jak my do Krakowa dojedziemy? – przedział wypełnił strach jak z horrorów.

– Warsu nie ma, ruscy bez towaru, padaka – utyskiwali koledzy.

– A może stacja jakaś będzie? – włączyłem myślenice we łbie.

– Stacja? Stacja będzie. Poznań za godzinę – stwierdził ktoś obeznany jako tako z trasą.

– Idę wybadać ile tam postoimy – Potrzebowałem wyjść z przedziału na teren posiadający mniej skiśniętego powietrza na metr sześcienny. Przewietrzyć się i działać.

W okolicach WC nadziałem się na kolesi którzy byli z Poznania. Jakby tego było mało, mieli wspaniałą orientację w sklepach nocnych w okolicach dworca. A jak dobrze wiemy, sklep nocny posiadał to co posiadać powinien żeby żyć. Mleko, bułki, kiełbasę, browary i serum dla utrudzonego podróżnego, wódkę. Pięć razy powtarzali mi trasę do sklepu nocnego pod dworcem. U konduktora potwierdziłem czas popasu w Poznaniu.

– Dwadzieścia minut będziemy stać. Wszystko zgodnie z rozkładem. – potwierdził wielkość i sumienność PKP pracownik kolei.

Pobiegłem do przedziału z dobrą nowiną.

– Panowie, za 30 minut będziemy w Poznaniu. Tam pociąg stoi 20 minut. Nocny jest pod dworcem. Trzeba iść w prawo, potem w lewo. Wyjść zewnątrz, znowu w lewo i po 100 metrach jest nocny z paliwem.

– No to kto leci? – szukaliśmy bohatera.

– Ja! – Jarek bez zbędnego gadania wyraził chęć – składka panowie. Ile kupić?

Uskładało się na niemałą ilość płynów. Przed Poznaniem Głównym przebieraliśmy nogami, powtarzając na głos trasę. Jarek był szybki i wytrzymały. I siłę miał żeby udźwignąć wódkę, przepitkę i ciężar wielkiej odpowiedzialności. Pociąg stanął na peronie a Jarek ruszył jak błyskawica. Nasz przedział kontrolował czas. Minuta, dwie pięć. Marek Anioł zaczął się denerwować i nerwowo chodzić po przedziale.

– Idziemy na peron. Gomóła, do wyjścia! Pilnuj czy Jarek wrócił. Ja idę do motorniczego – zaordynował i wyszliśmy z wagonu.

Dziesięć, dwanaście. Czas pędził a naszego zaopatrzeniowca nie było widać. Postanowiłem zobaczyć co u Marka. Trzynaście. Gdzie ten Marek? Zerknąłem na początek składu. Był. Wisiał, podciągnięty w otwartym okienku lokomotywy i klarował maszyniście co i jak trzeba zrobić, gdyby Jaro nie zdążył.

– Przecież tłumaczę. Czekamy na kolegę! Nie możemy go zostawić. Powiem ruszamy jak wróci!

– Panie, złaź pan. Ja za pięć minut ruszam.

– Nie! Nie ruszamy bez Jarka!

– Panie złaź pan do jasnej cholery! – nasz maszynista postanowił być głuchy na prośby.

– Nie! – Marek, nasz wódz, rządzić chciał nie tylko na boisku.

– Tomek, Marek! Jaro jest! – uśmiechnięte mordy darły się pod dach peronu, wychylone do granic możliwości przez przedziałowe okienko.

– Marek, złaź. Jaro jest z powrotem! – przekazałem bardzo dobre wieści.

– Odjazd. – Marek opuścił się na peron – Odjazd! No czemu stoisz?

Maszynista tylko pokręcił głową z niedowierzaniem. Teraz już nic mu się w rozkładzie nie zgadzało i postanowił jednak trwać przy swoim, pomimo próby wybicia go z kolejowego rytmu. Uskrzydleni niesamowicie powróciliśmy do nocnych rozmów Polaków, rozświetlając przedział śmiechem, śpiewami i ogólną radością. Niezbyt świadomi zamieszania jakie powstało na dworcu Poznań Główny, nawet nie dostrzegliśmy jak do naszego przedziału z marsową mina wlazł Kazio, kierownik wycieczki, sekcji piłki siatkowej i szef wyszkolenia całego klubu.

– Yy, chłopy, yy, no tak nie można. Y, y, trener patrzy co za zamieszanie, y,y no nie można.

– Nalej Kaziowi. HKS! – padła dyrektywa jedyna słuszna w tej sytuacji.

Marsowa mina kierownika się rozpuściła jak śnieg latem.

– Na drugą nóżkę Kaziu! – lubiliśmy chłopa jak mało kogo w klubie, paliwo było, to mogliśmy go przygarnąć i poczęstować.

W końcu ile z Marianem trenerem mógł biedak o taktyce gadać? Do tego zapewne o suchym pysku.

I tak się turlaliśmy przez Polskę nocą obleczoną. Tutu, tutu. I jeszcze jeden i jeszcze raz. Tutu, tutu.

Kazio na drogę ubrał się na sportowo jak na kierownika sportowej grupy przystało. I bardzo modnie. Dres adidasa, wyciągnięty specjalnie na ten wyjazd prezentował się cudnie. Oryginał. Nie jakaś ruska podróbka. Oryginał. Trzy paski jak lampasy u oficera lśniły nam prosto w oczy. Jednak na libacjone niezbyt pasowały. Nieszczęśliwie Kazio przysiadł się pomiędzy mną a Siekierką. I ten Siekierka, zwany też Młodym i pięknym Markiem, zupełnie niechcący, lekko zagubiony ilością przyjętych napojów, pomylił popielniczkę z dresami Kazimierza. Kiepowanie na kolanie Kaziowych dresów spowodowało w nich sporą dziurę. I niemałą konsternację właściciela. Ale kto tam by się gniewał w takim momencie? Do domu pięć godzin bez mała zostało a barek mieliśmy pełny! I jeszcze jeden i jeszcze raz!

Za zwycięstwo!

Nasz po-ciąg radośnie mknął.

S13. Przygody Tomusia ligowca.

S13. Przygody Tomusia ligowca.

 

Balety, baletami ale robota robotą. Zapieprzało się wtedy mocno i solidnie.

We wtorki i czwartki były dwa treningi dziennie, z poranną, półtoragodzinną siłownią, w pozostałe dni odbywaliśmy po jednej sesji treningowej. Dla mnie chudziaka, było to nie lada wyzwanie. Popołudniowe zajęcia treningowe traktowałem w kategoriach przeżycia. Trwały dwie godziny bite i przez pierwsze dwa miesiące nie wiedziałem na nich jak się nazywam. Do tego byłem w klasie maturalnej, więc musiałem łączyć sport i szkołę i zaczęło mi się wszystko zlewać pod kopułą. A przecież były jeszcze imprezy, koledzy, koncerty i dziewczęta. Pogodzić to wszystko było prawie niemożliwością. Ale jak to mówią dla chcącego nic trudnego.

Do tego wszystkiego, jakby bym miał mało na głowie, widząc moje zamiłowanie do harówki i wyjątkową wytrzymałość, trener, doktor Marian próbował mi wszczepić miłość do… i tutaj uwaga:

KORFBALLA!

Korfball był i pewnie jest, bo nie śledzę kompletnie, sport podobny do koszykówki. A zresztą, co ja się będę pucował. Proszę, za wikipedią :

 

  Gra zespołowa, mieszana. W każdej drużynie występują cztery kobiety i czterech mężczyzn. Boisko podzielone jest na 2 strefy: ataku i obrony. Gra polega na zdobyciu większej niż przeciwny zespół liczby punktów, poprzez wrzucenie piłki do kosza umocowanego na 3,5m słupie (bez tablicy). W oficjalnych meczach drużyna ma 25 sekund na rozegranie akcji ataku (liczone od momentu wejścia w posiadanie piłki przez zawodnika w strefie ataku lub po dotknięciu piłki obręczy kosza gdy następnie przejmie ją zawodnik atakujący). Podczas gry nie wolno kozłować, przemieszczać się z piłką ani podawać piłki z rąk do rąk bez fazy lotu piłki. Nie wolno grać bezpośrednio przeciwko osobie przeciwnej płci. Bardzo ważną zasadą jest także pozycja broniona, która umożliwia utrzymanie gry bezkontaktowej.

Mecze międzynarodowe trwają 2 × 30 minut. W przypadku remisu odbywa się dogrywka trwająca aż do wrzucenia piłki do kosza przez jedną z drużyn (tzw. złoty gol). Za zwycięstwo w normalnym czasie gry przyznawane są 3 pkt., za porażkę 0, zaś w przypadku dogrywki: wygrywająca poprzez GG drużyna otrzymuje 2 pkt. a drużyna przeciwna 1 pkt.

Drużyny klubowe, reprezentacje narodowe seniorów i juniorów biorą udział w rozgrywkach międzynarodowych (Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy, Puchar Europy, Puchar Wicemistrzów).

Zajęcia koszykarzopodobnych istot odbywały się na hali AWF, w nowohuckich Czyżynach.

Najbardziej kusiły w tej zabawie: korfballistki i częste wyjazdy do Holandii. W kosza dawałem radę, rzutowo przyzwoicie wyglądałem, wytrzymały byłem i wszystko by się zgodziło, gdyby nie to, że po tygodniu zapieprzania na Hutniku, w szkole, na imprezach i meczach w soboty i niedziele, organizm dawał wyraźne sygnały z cyklu daj se chłopie siana. Wszystkiego nie ogarniesz. Nawet podlewanie się obfite płynami wysoko i nisko oktanowymi dla złapania równowagi nie pomagało. Nie szło tego wszystkiego połapać.

Pierwsze oznaki zmęczenia materiału miałem pod koniec pierwszej rundy. Byłem wyżęty jak barchanowe majtki w pralce Frani. Chodziłem tyłem, bokiem, na kolanach. We czwartki odpuściłem nawet dwie pierwsze lekcje przedmiotu pod tytułem budownictwo ogólne. Po prostu raz i drugi nie dałem rady wstać. Tak po ludzku, padaka totalna mnie dopadła. I prze, przefajna Pani nauczycielka, zamiast mnie zmobilizować krzykiem, dwójami i wyzwiskami, stwierdziła przytomnie, że wie iż gram, że się cieszy i żebym sobie lekcje pouzupełniał i na sprawdziany tylko przychodził. Mało tego, jeszcze zaproponowała mi żebym pracę dyplomową u niej pisał i że ona pomoże. Bóg Pani kochana zapłać! Bóg zapłać do dziś!

Z matmy za to się pogorszyła sytuacja bardzo. Nowa Pani franca od majcy nie miała tej klasy przekazu co jej poprzedniczka. Tłumaczyła zawile, koncentrację miała skierowaną na jebaniu wszystkich i wszystkiego, zamiast skupić się na wyciągnięciu z czterdziestu pięciu minut matematycznego konkretu. Jej teoria stanowiła : ucz się w domu tłuku bo od tego są książki, a ja swoją frustrację rozładuję na lekcji.

A ja w domu to za często nie bywałem, a jak już bywałem to po to aby paść na fotel, który był po rozłożeniu łóżkiem i spać.

Muszę też sprawiedliwie oddać, że jak już się trafiło wolne pięć minut to zamiast nadganiać matematykę, nadganiałem spotkania towarzyskie, gdzie chętnie oddawałem się konsumpcji, dyskusjom i takimi tam. Z umiarem oczywiście. Sześć piw i ewentualnie flaszka. Na więcej nie mogłem sobie pozwolić. Co profeska to profeska!

Czas do matury leciał nieubłaganie i z matmą trzeba było sobie jakoś poradzić. Polazłem więc do Leszka od wuefu pana Januszczaka, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się i Lechu z panią matmą obiecał pogadać. Jak obiecał tak i zrobił. Na drugi dzień, na długiej przerwie, jak co dzień od lat pięciu, wpadłem na salę porzucać do kosza. Wszedłem do kantorka nauczycielskiego gdzie odbywała się dyskusja nad moją matematyczną przyszłością.

– Gomółka masz papierosa? – na mój widok wielbicielka Pitagorasa i innych umysłów ścisłych rzekła spokojnie.

– Nie palę, pani psor. Ale jak trzeba to się załatwi. – człowiek-serce Gomółka odparł z uśmiechem na ryju.

– No trzeba, trzeba. Cokolwiek.

Poleciałem do najbliższej ubikacji,  bo te w technikum robiły za palarnię i po minucie miałem pięć różnych papierosów.

– Proszę. Do wyboru do koloru! Malborka? Caro czy Carmen? Wiarusik? – pokazałem z dumą zdobycz.

– Wezmę wszystkie. Dziękuję. No i co ja mam z tobą zrobić? – zapytała tendencyjnie jakbym nie wiedział.

– No nie wiem, pani psor – udawałem głupszego niż byłem – Z czasem u mnie marnie, a mama się z miernego nie cieszy i atmosfera w domu gęsta.

– To się ucz więcej!

– No ale przecież mów.. – walczyłem ostro o swoje.

– Dobra, dobra. Idź już, wszystko jasne. Tylko mi lekcji nie opuszczaj!

– DO WI DZE NIA! – wykrzyczałem radośnie i poszedłem czując, że na trójczynę ale bardzo mocną zapracuję niebawem.

Inne przedmioty były a jakby ich nie było. A ponieważ ze sportem nie kolidowały to pochylę się nad nimi być może w części technikum budowlane, jak taką część sobie napiszę. Mieliśmy nauczycieli bardzo fajnych, mniej fajnych i nijakich. Jak pewnie wszyscy i zawsze.

Cały urok sportu który uprawiałem zawzięcie, wychodził podczas rywalizacji ligowej czy też pucharowej. Turniej o puchar Polski, półfinał chyba nawet, rozegraliśmy w Bielsku Białej.

Zestaw był mocny. Bielsko – Biała, Częstochowa, ktoś tam i my. Grało się systemem każdy z każdym. Częstochowa to była czołówka serii A, a w składzie jej zakotwiczył Paweł z Okocimskiego. Co prawda na ławce, ale wchodził często, zwłaszcza na słabszego rywala. O nim można powiedzieć, że robił karierę. Ja poruszałem się w strefie przygody siatkarskiej. On miał medal Mistrza Polski seniorów a ja miałem używanie na siatkarskim boisku, bo grałem cały czas. Ale klasę niżej. Jego kolegą z parkietu był Andrzej Szewiński, siatkarza AZS Częstochowa i syn TEJ Szewińskiej. Chłopina miał w genach przekazanego takiego kica ( no skoczny był), przekazanego z matki Ireny, że Matko Boska. Jakoś tak wysoko skakał, że wydawało się wszystkim, że przeskoczy siatkę i wyląduje po drugiej strony tęczy. Znaczy boiska. Na szczęście nie miał jakiejś siły nadludzkiej, przynajmniej w meczu z nami i wszyscy szczęśliwie przeżyliśmy.

Zlokalizowani byliśmy w Brennej. Ośrodek był miły i przytulny dla sportowej braci. Po meczach był czas na karty, piwko, relaks. Niektórym ten karciany relaks się przesuwał niebezpiecznie do godzin porannych, ale ciśnienia ze strony naszego klubu  nie było specjalnego, bo nikt nam Pucharu zdobywać nie kazał. A i rywale by go nam za piękne oczy nie oddali. No to korzystaliśmy z życia ile wlezie. Sportowa młodość w latach dziewięćdziesiątych, szczególnie na ich początku rządziła się swoimi prawami.  Byliśmy jeszcze owiani wiatrem anegdot z lat osiemdziesiątych, gdzie zawodnicy byli tak mocno utalentowani, że grali mecze dwie godziny po przyniesieniu, tak przyniesieniu z baletów, na halę sportową. Brali zimny prysznic,  przyjmowali pięćdziesiąt gram albo piwo, a to zmieniało ich z powrotem w gwiazdy parkietów ligowych. Kto by pomyślał, że człowiek tak może?

Fantazja była wtedy wielka. Taka typowo nasza, Polska. Ułańska. Koledzy seniorzy na obozie w Zakopanem zabalowali ostro. W drugi dzień, poznali miłe, nie brzydkie za bardzo i nie za drogie za noc, panie. I kiedy pokończyli orkę na ugorze rano, to i młodzi mogli dosiadać klaczy i żyć pełnią życia. Tylko nikomu z młodzieży takie życie nie pasowało, bo już inne priorytety sobie stawiała w życiu. I takiego życia dosiadać nie chciała. Trener też miał cele inne. Wytrenować oraz wychować chciał, więc dwóch seniorów z obozu wyrzucił karnie. A  jeden z nich nie miał kasy już przy dupie, bo paniom popłacił i pojechał z Zakopanego do Krakowa, płacąc za usługę koszulką reprezentacyjną z autografem. Widać trafił na taksówkarza kolekcjonera i znawcę sportu wybitnego.

Inny zaś znany mi przypadek, o którym siatkarska brać po szatniach szeptała z seniora na juniora, miał miejsce, kiedy wracając do domu w laurach Mistrza Polski drużyna taka a taka, zaprosiła panią co to grzyby przy drodze zbierała i przez godzinę z dużym okładem albo i dobre sto kilometrów, biorąc pod uwagę dystans, o grzybach na tylnym siedzeniu z nimi rozprawiała.

Ale wszędzie pięknie gdzie nas nie ma. A tam gdzie jesteśmy jest szarość życia i proza dnia codziennego.

Wyjazdy ligowe były przeurocze. Co dwa tygodnie, dwa dni na wyjeździe spędzaliśmy, często w pięknych okolicznościach hotelowej przyrody. Nawijało się tę naszą Polskę na koła autobusu, kilometr po kilometrze. Z autostrad mieliśmy poniemiecką drogę na zachód. I tyle. Za to po betonowych płytach. Podczas próby spania łeb odbijał się jak piłka po ataku w trzeci metr. Ach, przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda. Kilka wyjazdów było naprawdę niezapomnianych. Część przygód sprokurowaliśmy sami, część los nam zgotował.

 

Wyjazd do Kędzierzyna był wyjazdem z kategorii niedalekich. Wystarczyło przelecieć przez plątaninę katowickich bebechów i wio dalej, kierunek Wrocław. Plątaliśmy się sprawnie, humory dopisywały. Czorny leżał na tylnym siedzeniu i dłubał w krzyżówce. Dłubał i dłubał.  Pobudzał intelekt i zwoje mózgowe przed zawodami. Nie tylko muskuły grały w siatkówce istotną rolę.

Jechaliśmy sobie spokojnie do jaskini lwa, a lew zaczynał się odnajdywać w nowym systemie, to i na godny wybieg i dobre żarcie zakłady chemiczne mu kasą sypały. My byliśmy biedni ale piękni, i mieliśmy być chłopcami do bicia. Ale takimi co to oddać potrafią, krwi napsuć chcą i każą się na długo zapamiętać.

Na wysokości Gliwic, ktoś spojrzał chłodnym okiem na tył autobusu i wypalił:

– Czorny, bo ci się z głowy dymi!

– Hahaha! – poniosło się w pojeździe gromko.

To i ja zerknąłem. Faktycznie, dymi mu się z głowy. Ale jak to tak?

– Kurwa!!! Palimy się! Stop! Palimy się! – przerwałem sielankę.

Kierowca błyskawicznie wykonał manewr zatrzymania. W autobusie, poza wyimaginowanym dymem z głowy Mariusza, pojawił się prawdziwy czarny, gryzący dym spod tylnych siedzeń. Ewakuacja była błyskawiczna, torby wyrzuciliśmy z bagażnika a kierowca z gaśnicą popędził na tył maszyny. A tam już płomienie lizały klapę silnika i buchały wściekle przez szpary. Kierowca otworzył wrota do silnika i wyskoczył z niego gęsty dym i ogień piekielny.

– Wiejemy bo wybuchnie! – ktoś krzyczał rozpaczliwie.

– Gaśnica! Gdzie jest gaśnica!– biegał w kółko ktoś bardziej rozgarnięty , nie zauważając tego, że gaśnica stała obok nas.

Kierowca próbował coś od czegoś odłączyć żeby uratować pojazd od śmierci całkowitej. Rękę miał oparzoną już po kilku sekundach, ale walka o stanowisko oraz miejsce pracy nie pozwala mu się wycofać bez ofiary. W końcu ktoś podał kierowcy gaśnicę, a ten zrobił z niej użytek. Stłumił języki ognia a dym się skurczył w sobie jak niepyszny. Udało się.

– Uffff – odetchnęliśmy jak na komendę.

Kierowca był bohatersko poparzony i jednocześnie zakręcony strasznie wydarzeniami, o czym świadczyła jego przedziwna mimika. Ale to zakręcenie było chyba przez ogromne emocje jakich doświadczył. Może nawet większe niż te których doświadczaliśmy podczas ligowych zawodów.

Zawodów ?

– Rany boskie nie zdążymy na mecz! – trener wrócił do sportowej rzeczywistości.

– Zaraz, zaraz. Myśleć, robić, myśleć – Kazio, nasz kierownik wyglądał na lekko spanikowanego, ale zaczynał szybko łapać kontakt z rzeczywistością, kręcąc się nerwowo dookoła własnej osi. – Telefon, telefon. Dzwonić, dzwonić.

– Kto ma komórkę ? – powinno paść pytanie, ale był rok 1992 i jedyne komórki jakie mieliśmy to te szare i puste. W głowach. Na Centertela jeszcze nie było nikogo z nas stać.

Zawodnicy w całości oddali się czekaniu i w cząstce uzupełnianiu dymem płuc, żeby ukryć zdenerwowanie i napięcie. Kierownik Kazimierz oddał się bieganiu, zatrzymywaniu samochodów, czyli bardzo ogólnie pojętej organizacji w czasie sytuacji kryzysowej. Po kilkudziesięciu minutach dojechały sprowadzone jakimś cudem taksówki. Z wyliczeń wynikało, że tak na styk dotrzemy na halę Chemika z Kędzierzyna Koźla. Poszedł też sygnał telefoniczny z apelem: bracia siatkarze czekajcie na nas. Od tego momentu wszystko szło już bardzo nerwowo.

Poza tym, że mieliśmy grać z o wiele silniejszymi rywalami, to jeszcze o jakimś spokojnym przygotowaniu do meczu można było zapomnieć. Krótko mówiąc rozpoczęło się trzęsienie porami. Dodatkowo jeszcze Anioł mobilizował nas i straszył mocno, bo rodzinę miał gdzieś w okolicy i nie wolno nam było dać plamy na parkiecie bo rodzina miała być obecna na meczu. Na salę podjechaliśmy w chwili rozpoczęcia rozgrzewki. Rywale wyglądali na nabuzowanych i głodnych zwycięstwa niczym dziki w ziemniakach. Szybko zmieniliśmy przebrania z codziennego na sportowe i ruszyliśmy do roboty. Żeby nie było za miło, sędziowie skrócili rozgrzewkę do minimum. Rozpoczęliśmy zawody jak śnięte ryby. Siedli na nas jak ułani na kobyłę ze spętanymi pęcinami. Walczyliśmy jednak. Wierzgaliśmy i kopaliśmy. Nikt nie odpuszczał, a z akcji na akcję wyglądaliśmy lepiej. Do jednej z piłek wystartowałem razem z Markiem Aniołem. Nie było przebacz. Zderzyliśmy się i piłka wylądowała na mojej głowie.

– Ja cię zabiję, Gomóła! – zasyczał przez zaciśnięte zęby.

– Spierdalaj! – odgryzłem się nieopatrznie, bo adrenalina odebrała mi zdrowy rozsądek.

– Co?! Coś ty powiedział? Ty gówniarzu! – i ruszył na mnie kłusem.

Zrozumiałem swój błąd i oniemiałem. Odwrót. Należy wykonać szybki odwrót. I wiać!

Goniliśmy się po boisku, koledzy obserwowani nas zdziwieni, trybuny zaniosły się śmiechem. Kilkaset osób miało niezłą zabawę za kilkanaście złotych.

Marek oprzytomniał pierwszy, mgła zeszła mu z oczu a piana z ust.

– Wracaj i się kurwa słuchaj! Moja to moja! – po raz kolejny przypomniał mi o świętych zasadach panujących w siatkówce.

– Dobrze, sorry. Sorry bardzo – uznałem swoje winy z pokorą.

Walczyliśmy jak mogliśmy najmocniej. Kąsalim, kiwalim, plasowalim i  napierdalalim z całej mocy. Ale przygody z podróży, klasa naszej drużyny i rywala nie pozwalała na podjęcie walki o pełną pulę. Mimo porażki starsi zawodnicy byli bardzo zadowoleni.

– No nic, jutro będzie lepiej. Daliśmy radę. Boruty nie było!

W niedzielę już na pełnym spokoju wyszliśmy na dłuższą rozgrzewkę i zawody rozpoczęliśmy pewni swoich umiejętności. Wyspany i wypoczęty dostałem jakiegoś nad impulsu. Kibice gospodarzy z sektora krzykaczy to zauważyli szybko i wyrazili siłą 200 gardeł jak tylko najlepiej umieli.

– Gomółka skurwysyn! Gomółka skurwysyn! – niosło się mocno z sektora szalikowców miejscowego klubu.

Adrenalina skakała mi jak kangur na rozgrzanym asfalcie. Przy każdym przejściu w okolicy ich królestwa rzucałem kurwami spod nosa i prowokowałem ich groźnym wzrokiem. Niby niechcąco spluwałem na ich ziemię. Każdą udaną akcję świętowałem w ich okolicy. Kręciło mnie to strasznie.

– Gomółka skurwysyn! Gomółka skurwysyn! – chcieli mnie rozłożyć na łopatki, licząc na moje nieobycie boiskowe i ryczeli coraz głośniej.

Coś tam pewnie pokazałem, może się uśmiechałem półgębkiem do hołoty i nastąpił atak monetami na moją skromną osobę. Ło Matko Boska Kibicowska, nie polubili mnie chyba.

– Zbieramy Gomóła, zbieramy! – Marek Fornal nie pozwalał mnie upokorzyć i zaczęliśmy razem zbierać monety i składać je pod słupkiem sędziego głównego dając mu znak, że ktoś tu wali w chuja i nie jestem to ja.

Teraz co tylko szedłem na zagrywkę, przy sektorze kiboli Chemika, padał deszcz obfitości. Deszcz monet. Cierpliwie zbierałem, sędzia kręcił nosem ale czekał. W takiej serdecznej atmosferze dograliśmy do końca. Bez zwycięstwa co prawda ale z honorem lec nam się udało. W imię zasad chemicznesyny.

– Na piwo uzbierałeś Gomóła. Twoje zasłużone –  docenił mój wysiłek Anioł, przekazując mi garść monet.

Byłem zadowolony. Dałem z siebie wszystko co miałem najlepszego.

Prasa wtedy pierwszy raz mi przysłodziła. Chyba na to zasłużyłem, pokazując swój sportowy charakter wbrew przeciwnościom losu. I tego się trzymajmy.

 

 

S12. Seniorro.

S12. Seniorro.

Ostatni Mohikanie poważnej siatkówki, Rataj i Jabko wzięli nogi za pas w 1992 roku i poszli, jeden w Polskę, drugi do Turcji. Wróciła za to nadzieja nowohuckiej klepanej, Anioł oraz talent, który nigdy nie eksplodował na miarę opowieści dziwnych treści, Mieeetek. Do tego zostali, Jaro, Dupcia, Czarny, Kobza, Piter  i doszła świeża krew, czyli Żuchol, Darek „Biometr Niekorzystny” i ja.

Ci co pouciekali, zdążyli jeszcze spuścić Hutnika do serii B. Oczywiście przesadzam mocno, bo wszystko już zaczynało być nie tak. Nie ta kasa, trener  może za miękki i  wszędzie wszystko dookoła się obsrywało, i podobnie było u nas, w Hucie.

Nowa Huta w czasie przemian ustrojowych została pozostawiona sama sobie. Można było mieć wrażenie , że stanowiła coś na kształt wrzodu na rozpadającej się socjalistycznej dupie. Wrzodu który pękł i nikt go nie miał zamiaru leczyć. Sztuczny twór socjalistycznej paranoi został wzorowo wydymany. Sypało się wszystko a już najbardziej kombinat. Chłopo – robotnicy przestali być istotnym trybem w nowej Polsce. Walczący i ginący w stanie wojennym nowohucianie zostali marginesem historii. Kochana Huta, waleczna i dumna miała być spuszczona w kiblu zapomnienia. A wszystko to było robione po to, żeby tę Hutę za bezcen sprzedać, biorąc pieniądze pod stołem. Zrobili to postkomuniści, których trzeba było jednak rozliczyć w 89 roku. Jednak byłem zajęty piciem, sportem i muzyką.

W takim to gównianym okresie startowałem do poważnego sportu. Raj z mieszkaniami i talonami na samochody zamienił się w piekło codziennej walki o utrzymanie jakiegokolwiek poziomu przyzwoitości. Na szczęście mogliśmy jeszcze grać a pieniądze nie były naszym bożkiem. Radość i duma z reprezentowania Hutnika napędzały nas wystarczająco mocno do pracy i zawodów. Troszkę się obawiałem wejścia do, było nie było, poważnej ligi. Chudy byłem jak szczapa, nie za silny, i jeszcze ta moja złamana lata wcześniej ręka, która miała odpowiadać za efektowne jebnięcie, ale bez odpowiedniej wtedy rehabilitacji nie nadawała się nawet do marszczenia… Nie ważne. Ale żeby już się tak nad sobą nie znęcać, byłem nadal pracowity, wytrzymały a grabula dziwnie układała się przy kontakcie z piłką i często posyłała ją tam gdzie nikt się tego nie spodziewał. Poza mną.

Trenerem naszym został doktor z AWF, przemiły człowiek i siła spokoju, Marian Fiedor. Marian  wprowadzał do naszej szarej treningowej codzienności nowinki, które nie raz i nie dwa przyprawiały nas o kosmiczny zawrót głowy.

Przynosił na przykład sport testery i jechaliśmy test kogoś tam. Polegał on na tym, że biegało się od linii do linii wyznaczającej boisko do siatkówki, 18 metrów, i na sygnał z magnetofonu należało tej linii dotknąć. Żeby było śmieszniej zaczynało się od marszu, chyba dziesięć dotknięć. Potem trucht i dziesięć dotknięć i coraz szybciej i szybciej. Mało kto dochodził do dziesiątej rundy. Mój rekord to było na bank dwanaście, a może i trzynaście rund. Do posrania i porzygania ten test był. Padało się po tym na ryj.  Na jakim poziomie wytrenowania była moja wytrzymałość, świadczyć mogło to, że podobne do moich wyników osiągi, miało tylko kilku piłkarzy ręcznych. A w dyscyplinie zwanej handbalem to trzeba było popierdalać jak motorek. Tam i z powrotem, tam i sram. I jeszcze do tego popychać, przepychać, tłuc i mocować.

Wyszło więc na to, że coś poza skórą i kośćmi wniosłem do teamu Hutnika. Poza tym byłem chyba lubiany, koleżeński i miałem to co bardzo podobało się najstarszym zawodnikom. Lubiłem się napić i byłem dobrym do tego kompanem. Coś na zasadzie pierwsi na boisku, pierwsi przy kieliszku.

W Hutniku podpisałem pierwszy kontrakt, a raczej stypendium sportowe. Nie                             były to jakieś wielkie pieniądze, ale za to regularne i na pierdoły wystarczały.

Najważniejszym celem jaki miałem w swoim pierwszym seniorskim sezonie, było połączenie szkoły i treningów. We wtorki i czwartki zajęcia treningowe odbywały się dwa razy dziennie i już w sezonie przygotowawczym wiedziałem, że nie będzie lekko.  Siłownia w te dwa dni wyciskała ze mnie szóste poty i wyżymała okrutnie siły z młodego organizmu. Po tym wszystkim na popołudniowych sesjach treningowych to więcej było z mojej strony szwędania się po parkiecie niż zapieprzania. Siły nie było. Chude członki nie nosiły wcale. Ale za to po treningowe sesje w „Drewniaku”, nowohuckiej pijalni piwa, koło kina „Świt”, mekkce halowców HKS-u, stawiały na nogi ciało i ducha. Doświadczając mocy regeneracyjnej w tym lokalu, z wielką przyjemnością kierowałem tam po treningach swoje kroki.

Stypendia, a dla niektórych umowy o pracę na słynnym wydziale, bodajże W-27, były stopniowane w stosunku do wieku, zasług, minut na parkiecie . Początkowo zostałem przydzielony do kasty najniższej. Ekipę mieliśmy fajną. Czterech rutyniarzy, Młody, Anioł – powrócił do Huty z odróbki wojska w Radomiu, Mietek, Mapet zwany przez kibiców Arabem , srebrni juniorzy: Czarny, Opciach, Potas, Kobza, Piter, Dupcia, i młodziaki: Żuchol, Daro i ja.

Jakoś tak, to szło, jeśli idzie o skład.

W końcu ruszyły rozgrywki ligowe. Sól naszej siatkarskiej strawy. Wisienka na treningowym torcie. Dla mnie osobiście spełnienie marzeń i wielki zaszczyt.

Pierwszy mecz ligowy graliśmy z Legią Warszawa. Tego się nie zapomina nigdy. Nie dość, że ligowy chrzest, to jeszcze z Legią. Dwa wielkie kluby, które w wyniku zawirowań ekonomicznych i transformacji ustrojowej, wylądowały na zapleczu siatkarskiej ekstraklasy. W sumie nie tylko one. Bo to zaplecze to wtedy było coś. Po osiem zespołów w Seri A i Seri B. Wystarczy tylko wymienić kto w Serii B wtedy grał: Hutnik Kraków, Legia Warszawa, Resovia Rzeszów, Chemik Kędzierzyn Koźle, Stal Stocznia Szczecin, Avia Świdnik, Beldon Katowice, Stilon Gorzów. Emocje były jak diabli.

Pierwszy mecz sezonu zaliczyłem na Hutniku, na dodatek z Legią Warszawa! Matko Boska Plasowana, bądź z nami. Dopomóż w wiktorii! – dumałem nie mogąc spać po nocach.

Guru w rozpracowaniu rywala i taktycznym podpowiadaczem miał być Mietek. Talent nad talenty, król juniorskich parkietów, nadzieja białych, którego piłka słuchała jak nikogo. Co prawda w okresie przygotowawczym jakoś tego nie zauważyłem. Nie zaobserwowałem w Mieciu ani nadczłowieka, nadsiatkarza ani niczego specjalnego w nim,  co by go wyróżniało ponad nas. A już sama sytuacja, kiedy podczas przygotowań Mietka przygniotła sztanga na siłowni, taka niezbyt ciężka( no bo skoro ja ją dźwigałem, no to sorry wszystkim), kazała się mocno zastanowić nad jego legendą. Ale za juniora kozak był z niego i basta. Czas miał pracować na jego korzyść.

I nadszedł ten mecz prawdy, a Mietek wrócił do nas z Legii, gdzie sobie służbę wojskową odrobił. No i może to wojsko go tak przerzedziło, czy co? W każdym bądź razie ni chuja nie okazywał się być zbawicielem.

Nawet przekaz przed meczem nie był zbyt wylewny w kwestii na kogo i po co zagrywać, kogo i jak blokować, kto jak atakuje, czyli krótko: jak im wpierdol spuścić zgodnie z kanonami siatkarskiej taktyki. Albo inaczej. Zamiast nas mobilizować, lekko nas rozbawił swoim nieogarnięciem. Chwała Bogu, że już sama nazwa CWKS mobilizowała wystarczająco.

Na rozgrzewce widać było pierwsze oznaki naszej nadaktywności. Kobza wykazał się tutaj mistrzostwem. Próbując wstrzelić się zagrywką z wyskoku w boisko rywala, huknął przez całą salę, w najdalszy i najwyższy punkt hali! Nikt nigdy tego nie powtórzył i nie powtórzy. Nie ma bata.

W końcu nadeszła wiekopomna dla mnie chwila. Zaczął się mecz. Trener Marian postawił na rutyniarzy. Ci gryźli parkiet jak bobry drwa nad strumieniem. My darliśmy mordy z ławki, mdlejąc, sikając po nogach, mobilizując starszych do zwycięstwa. Jak  potem się okazało, klub też motywował nas do zwycięstwa, kładąc pod przysłowiowy słupek niemało sianka. Takie sianko za granko. Zwycięskie granko.

W połowie inauguracyjnego seta na zagrywkę, po raz drugi w tej partii dotarł Mietek. Zebrał się w sobie, skupił niemiłosiernie, zwarł zwieracze i chyba przypomniał sobie o swojej rozprawce taktycznej. Sala zamarła, my na ławce już liczyliśmy punkty zdobyte bezpośrednio z zagrywki, kiedy nagle stało się coś niespotykanego na takim poziomie. Miecio podrzucił miękko balon, ale w ostatniej chwili zwolnił rękę, klasyka przy skracaniu zagrywki, i wypalił piłką w trzeci metr.

Trzeci metr, ale naszego boiska. Wszystko nagle legło w gruzach. Świat mi zawirował, rycerze stawali się giermkami, smoki zmutowanymi kozami a prawo grawitacji trwało bezwzględnie tak samo. Na pohybel nam.

Ale od czego trenejro ma zmienników? Od srania po majtkach?

– Tomek, wchodzisz – bez emocji, na zimno ustosunkował się do boiskowych sytuacji trener, doktor siatkówki Marian, który ze spokojem szachisty znosił gromy rzucane przez rutyniarzy Marków z wysokości parkietu na Suchych Stawach. Albo tylko tak mi się wydawało.

– Jaaaaa? Nooo, doobra. Gootowyy. – język mi się plątał ze strachu, łydki drżały jak galareta rzucana z dziesiątego piętra na czyjąś głowę.

– Dawaj! Sędzia! Zmiana! – rozkazywał coach – Za Mietka. Mietek, schodzisz.

Stałem drżący jak osika przy linii bocznej z tabliczką z numerem zmienianego kolegi. Zimny pot mnie oblewał. Trybuny zamarły, wkurwiony na maksa Anioł miał wszystko w dupie, a trenerowi wydawało się, że wie co robi. Mimo tremy byłem gotowy do ligowej seniorskiej inicjacji.

– Gomóła, jak to spierdolisz to ci nogi z dupy powyrywam! –  Marek młodszy powitał mnie na ligowych parkietach po ojcowsku. – Tylko kurwa nie przeszkadzaj!

– Yhy ! – było mi wszystko jedno co mi wyrwie, byle nie przy ludziach. – Rozwalmy ich!

– Cztery, pięć! – ktoś zaordynował na środku okrzyk zwycięstwa.

– Szeeeeeść! – ryknęliśmy.

Ale jest fajnie, pomyślałem i zaczęliśmy grać w prawdziwą siatkówkę.

Mecze były rozgrywane w soboty, w godzinach późno popołudniowych i w niedzielę, najczęściej o godzinie 11.00. Ponieważ drużyn w naszej lidze nie było dużo, graliśmy trybem sobota, niedziela. Dwa mecze jako gospodarz i po tygodniu dwa mecze jako gość. Hala Hutnika, jak wspominałem wcześniej, żyła cały czas, a najmocniej w soboty. W tym czasie swoje mecze rozgrywali tam, obok nas, koszykarze i piłkarze ręczni.  Często zdarzały się prawdziwe sobotnie maratony sporów halowych.

Basketboliści startowali o 13.00 lub 14.00, ręczniki o 15,00 lub 16.00 i na koniec my, wisienki na torcie, vollejbaliści. Dziesiątki sportowców, setki kibiców.

Ochrona czasami nie nadążała za tą kołomyją. Którejś sportowej soboty szliśmy sobie z Jarkiem na swój mecz. Weszliśmy na halę i zastanawialiśmy się co dalej. Iść popatrzeć na mecz ręczników? A może już koncentrować się w szatni? Postanowiliśmy jednak przejść przez halę, bo chciałem rzucić okiem na wynik zawodów piłkarzy grających rękami.

– Cześć.

– Cześć.

Powitanie standardowe, jak co dwa tygodnie, z pilnującym wejścia ochroniarzem. Wlazłem szybko pierwszy i stanąłem sobie na krawędzi parkietu i patrząc co na boisku piszczy.

– Patrz Jaro, jakie mają śmi… – odwróciłem się i zobaczyłem, że gadam do powietrza.

Spojrzałem na wejście, a tam jakaś kłótnia, ochroniarz szarpie się z Jarkiem a ten zrezygnowany zrobił w tył zwrot i poszedł przed siebie. I nie koniecznie do naszej szatni.

– Co jest do diabła? – krzyknąłem i nastąpiła szybka akcja i reakcja.

– Eeeeeeeeeee, nic. Gość chciał wejść na halę bez biletu! – ochroniarz zameldował wykonanie zadania.

– Jakiego, kurwa, biletu? TO NASZ ROZGRYWAJĄCY! – szlak mnie trafił, bo Jarek już drugi sezon wycierał parkiet na Suchych Stawach.

– Jarek!!! – wydarłem mordę i ruszyłem w pogoń za przyjacielem – Co się dzieje?

– A nic. – Jarek jak zawsze ze stoickim spokojem i mega opanowaniem odpowiedział. – Nie chcą mnie wpuścić to idę do domu.

Znałem Jarka dobrze, ale przymurowało mnie do lastrika.

– No co Ty, nie wygłupiaj się, chodź, wyjaśnię… No nie może tak być. No! – błagałem. – W końcu zaraz mecz. Nasz mecz.

Przy ochroniarzu, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, wyklarowałem mu spokojnie:

– Panie to nasz rozgrywacz, przecież torbę ma ze sprzętem. Panie no jak tak można?

– A co ja mam was wszystkich znać ? A skąd miałem wiedzieć że on u nas gra? – bez emocji jak robot wyjaśnił nam powody swojego zachowania bramkarz, po czym łaskawie rzekł – Włazić!

Po takich przygodach na swoich śmieciach adrenalina skakała bez wspomagaczy. I każdy z naszych rywali poczuł to na własnej skórze. Każdy przegrał z nami u nas przynajmniej jeden raz.

Atuty mieliśmy u siebie dwa. Tylko dwa, ale za to potężne. Pierwszy to była hala. W latach dziewięćdziesiątych jawiła się ogromną, wielką budowlą. Szczególnie w środku. Z niesamowitym przepływem powietrza, które odpowiednio uderzoną piłkę, z odpowiedniej odległości, niosło jak Pan Bóg kule na wojnie. Rotacja taka się robiła, że daj Panie Boże zdrowie. Nie raz i nie dwa, gała lądowała, w najmniej spodziewanym miejscu. Nie licząc się z prawami przyciągania ziemskiego, aerodynamiki i diabli wiedzą czym jeszcze.

Ze starych grajków, mistrzem w tym był Zdzisiek Jabłoński. Jabłko stawał obok bramki do piłki ręcznej, podrzucał gałę, i jeb. A piłka leciała i leciała. I albo spadała za siatką zaraz, albo lecąc w dół i górę, w lewo i w prawo, lądowała niespodziewanie na dziewiątym metrze.

Z młodych Piter, ze swojej lewej mańki potrafił tak przyłożyć, że robił prawdziwe szkody na stronie wroga. Czym jest zagrywka, nikomu kto siatkówki liznął tłumaczyć nie trzeba. Innym powiem tylko, że to, równając do alfabetu, litera A. B to przyjęcie, C rozegranie i tak dalej. Ale po dobrym A dalej już nic być nie musi.

Drugim atutem była nasza miłość do klubu. Złączeni z Hutą, w znakomitej większości pępowiną miejsca urodzenia, dalibyśmy się pokroić za Hutnika. A i kibiców przychodziło sporo, to mieliśmy dla kogo wylewać pot na parkiecie i poza nim. Kibice bardzo mocno nam pomagali. Nie jeden mecz wygraliśmy dzięki nim, dzięki dopingowi, wsparciu duchowemu i modlitwie. Poleciałem chyba za mocno. Ale jestem blisko tej magii jaka wtedy panowała.

Kolejnym czynnikiem mającym duży wpływ na gryzienie parkietu, było to co pod słupkiem, czyli premie za zwycięstwa. A te były niemałe, szczególnie dla tych co na boisku zdrowie zostawiali.

Za udział w zwycięskich zawodach miałem drugie stypendium. A tych zawodów trochę było, bo z osiem w miesiącu. Na wyjazdach szło nam średnio, żeby nie powiedzieć szczerze: przechujowo, ale w domu dawaliśmy radę. I po takiej pierwszej premii mogłem sobie kupić, niedostępne wcześniej ze względu na cenę, oryginalne buty adidasa. Takie piękne, że nie wiem czy w nich przez tydzień nie spałem. A ponieważ drogie były jak diabli to mogło i tak być.

Pierwsze stypendium otrzymałem na początku września. Nie była to jakaś wielka kwota. Może 25% tego co zarabiał mój tata na kombinacie metalurgicznym. Za to premie za udział w zwycięskich zawodach wywindowały moje zarobki na bardzo fajny poziom. Stypendium duże na pewno nie było, ale za to regularne i wystarczające do inwestowania w napoje wyskokowe i inne mniej ważne rzeczy. Jak przekazali mi starsi i bardziej doświadczeni życiowo grajkowie, pierwsze pieniądze należało przechlać do ostatniego grosza. Podobno taki był zwyczaj od wieków. A ponieważ ja starszym wierzyłem bardzo i bardzo ich wszystkich szanowałem, to postanowiłem zgodnie z tradycją nakupić za wypłatę napoje zawierające promile.

Bazą naszą zostało mieszkanie Dupci, które klub jemu i kilku piłkarzom ręcznym wynajmował. Dwa albo trzy pokoiki na osiedlu Tysiąclecia, piętro piąte. Czysto, schludnie i przytulnie (dopóki im nie wywaliło szamba na całe mieszkanie). Maciek mieszkał wtedy z Rafałem „Bennym” Bernackim, wielce utalentowanym bramkarzem piłki ręcznej. Człowiekiem o złotym sercu, niezwykle pracowitym, przyszłym reprezentancie Polski i wielokrotnym medalistą Mistrzostw Polski. Lubiliśmy się z ręcznikami bardzo i teraz to my młodzi podtrzymywaliśmy tę platoniczną miłość między sekcjami, tak jak robili to przed nami nasi starsi koledzy. Bywało miło, a już do kanonów anegdociarstwa przeszło nasze wspólne popijanie na Tysiacu u chłopaków.

Napatoczyłem się razu pewnego w odwiedziny. Chłopaki narobili jaj w majonezie, było to ich popisowe danie, do tego strzeliliśmy po kielonie. Jednym, trzecim, piątym. Ponieważ za zarobione pieniądze kupiłem nowe, oryginalne jeansy Levisa, nie uszło to ich uwadze i po chwili padła taka teza z ich ust:

– A czaisz Gomół, że Levisy się nie palą? Taki materiał mają super! – nie wiem czy to nie Rychu rozpoczął podpuszczanie mnie.

– Nocoty? – zakrztusiłem się z przejęcia jajcem. – Nie bujasz?

– No serio! – Rychu potwierdził i przeszedł do etapu eksperymentu. – Kto ma zapalniczkę?

Zapalniczka znalazła się szybko, płomień buchnął, nad kostką zawinąłem spodnie i na ich zagięciu ogień rozpoczął swój taniec .

– Jeden, dwa, trzy, cztery … – odliczaliśmy czas, nie wiem dzisiaj po co, bo jeansy się podobno nie jarają.

Podobno.

Na dwadzieścia dwa płomień przedarł się przez jeans. Błyskawicznie go ugasiłem, rozwinąłem spodnie i pobladłem:

– Ja pierdolę! Moje spodnie! – wpatrzony w małą, osmoloną dziwnie dziurę na moment oniemiałe.

– Chyba nie oryginały. – skwitował ktoś przerywając milczenie . – No to po jednym.

A po jednym to tak! W końcu kto tam na dole dziurę wypatrzy? A wynik był przecież znakomity!

22 sekundy dla Levisów!

Za  pierwsze swoje stypendium zakupiłem, chowając małe co nieco, żeby wszystkiego nie przepuścić, alkoholi bez liku. Poszło ze 300 000 złotych. Siedzieliśmy w gronie młodzieży, się lało, śpiewało, byłych śmichy chichy. Czuliśmy się dobrze. Bardzo dobrze. W garnku gotowała się kiełbasa na zakąskę. Żyć nie umierać!

I tak nam czas płynął przez palce. I kieliszki i puszki i butelki przez palce płynęły, kiedy nagle łomot do drzwi postawił nas na równe nogi. Wydawało się nam, że tajfun jakiś na klatce przemieszczał się i celował tylko w nasze wejściowe wrota.

– Otwierać! – padła komenda.

– Otwierać! HaKaeS! – zabełkotał tajfun po raz drugi.

Dupcia uchylił drzwi i to wystarczyło żeby tajfun się zmaterializował na podobieństwo Marka i Marka, którzy pod naporem swojej masy wtajfunili się do środka.

– Gdzie ten Gomóła?! Miał stawiać! – wyraźnie kogoś szukali.

– Jestem tutaj. – odpowiedziałem bełkotem na bełkot, bo po popołudniowym treningu rozkładało mnie wzorowo.

– No to polewaj młody. – padła komenda.

Polałem więc to co zostało, a że zostało niewiele, po trzydziestu minutach było pusto jak na Saharze w południe. A starszyzna za kołnierz nie wylewała i potrzeby miała spore.

– Jedziemy do knajpy – Anioł zaordynował.

– Czym? – Piękny Marek, zdrowo trzepnięty, zachował zdrowy rozsądek.

– Moim polonezem!

– Nie mamy kierowcy – przytomność starszego Marka zadziwiała.

– Jak to nie mamy? A ja? – młodszy Marek zgłosił gotowość tracąc w niewielkim stopniu równowagę na moment.

Młodzieży to pasowało. Jazda wypasioną furą, którą jawił się Polonez FSO, może nawet Caro, zakupiona za talon, kusiła. I nawet to, że było nas sześć osób do pięcioosobowego pojazdu nikomu nie przeszkadzało.

– Jedziemy! Ubierać kajaki! Szybciej! Posuń się – przekrzykiwaliśmy się.

Na dole, pod klatką schodową, naszła nas mała refleksja. A nawet naszła Anioła, jako właściciela pojazdu.

– Kto nie pił? – popatrzył groźnie na nas.

My popatrzyliśmy na siebie. Jeden się kiwał, drugi sikał pod żywopłotem na swoje buty, komuś tam się niebezpiecznie odbijało. Wybór był ciężki. Oj ciężki. Nikt z nas nie pasował do roli kierowcy.

– Potas już idzie do nas – zauważył Dupcia łapiąc konkretną przyczepność rzeczywistości. – A on jeszcze nie pił.

– Hura!!! Jedziemy!

– Potas, Potas! – krzyczeliśmy, bo kolega majaczył już w oddali – Dawaj tu! Gazem!

– No to wsiadamy! – zadecydował uśmiechnięty właściciel i pootwierał wszystkie drzwi na oścież.

Dzisiaj należy zadać sobie pytanie dlaczego nie poszliśmy na nogach. Pięćset metrów dla wysportowanych chłopaków w kwiecie wieku nie powinno stanowić problemu. Tym bardziej, że byliśmy świeżo po okresie przygotowawczym.

Marek młodszy, dwumetrowy kolos, zajął miejsce pasażera-pilota i wywalił fotel na maksa do tyłu, nie zostawiając nam zbyt dużo miejsca na tyłach. Potas usadowił się szczęśliwy za kółkiem a z tyłu ja, Dupcia, Młody i Jaro. Wszyscy pod albo ponad 190 cm. Jak myśmy tam wleźli?. Po usadowieniu się Poti dostojnie ruszył. Szyby były zaparowane, widoczność mocno nijaka. Po wyjeździe na główną arterię, po kilkudziesięciu metrach, padła komenda pilota:

– W prawo! Jedziemy do Tysiąclatki na dansing!

– Jak się masz? Kochanie, jak się masz! – zawyliśmy szczęśliwi na taką propozycję.

Potas przerażony zamieszaniem skręcił gwałtownie według rozkazu, a przed maską pojawili mu się uciekający ludzie.

– Co oni robią na ulicy? – ktoś pomyślał przytomnie, próbując dokonać rozpoznania terenu przez zaparowane szyby .

Prawie przytomnie, bo okazało się, że to my jechaliśmy po przejściu dla pieszych, po chodniku, bo pod samą knajpą nie było parkingu a nawet podjazdu. Przynajmniej nie od tej strony którą postanowiliśmy zaatakować lokal. Wszyscy jednak zachowali wzorową uwagę, czyli sprawcy zamieszania: Potas oraz piesi i bezboleśnie dotarliśmy pod lokal. Z trudem wygrzebaliśmy się z Poldka i zatoczyliśmy się ku przygodzie. Po naszym wejściu ludność w środku ściszyła głosy, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie dziwię się. Banda półprzytomnych wielkoludów stanowiła nie lada atrakcję, ale jeszcze większe zagrożenie. Ale my byliśmy do rany przyłóż. Bez picu. Bywalcy lokalu mogli się czuć bezpieczni. A zresztą, co to było za towarzystwo? Bumelanci, cinkciarze, stare prukwy, raszple i flądry. Oni już nie jedno widzieli i niejedno przeżyli. Byli zapewne gotowi i na nas.

A my grzecznie zajęliśmy wskazaną miejscówkę pod ścianą, a nasz dowódca i dobroczyńca Aniołek polazł do baru złożyć zamówienie.

– Sześć pięćdziesiątek wyborowej gorzkiej! – zaordynował .

– Abo nie. Dwanaście! – szybki umysł, pomimo dużego wzrostu, był jego atutem.

–  Podam do stołu. Usiąść.– burknęła zza lady miła pani i postanowiła nas, mimo wszystko, obsłużyć.

No i zaczęła się moja przygoda z żołądkową gorzką, do dzisiaj pielęgnowana podczas kultowych tras październikowych które są moją kontynuacją przygód sportowych tylko przy muzyce, gdzie udaję Kult Ochronę. Sto gram które przyjąłem wtedy zapamiętam do końca życia. Tylko wstyd przed chłopakami powstrzymał mnie przed zwróceniem wszystkiego od razu tam. Ten smak, wtedy tak dramatycznie gorzki, gryzący i palący trzewia. DRAMAT. Z wielkim bólem dosiedziałem do końca tych dziesięciu minut które tam spędziliśmy. I przestawałem myśleć. Kto, gdzie i z kim dalej ruszył? Nie wiem. Jak i gdzie auto odstawiono? Nie wiem. Nic nie wiem. Całą pamięć i alkostypendium zwymiotowałem. Jak tylko przekroczyłem próg lokalu i ludzkiego wzroku. Żenujące przedstawienie dokonało się zgodnie z niepisaną sportową tradycją.

S11. Makroregion fajny jest.

S11. Makroregion fajny jest.

 

Pomiędzy tymi wszystkimi turniejami, ligami i szkolnymi rozgrywkami, powołano twór o nazwie Kadra Juniorów Makroregionu, w naszym przypadku była to KJM Małopolska, ku chwale naszego położenia geograficznego.

Obozy i konsultacje odbywały się najczęściej  na obiektach mieleckiej Stali. Skromny, ale przytulny i zadbany hotelik gościł zawodników wielu profesji. Obok niego, na wyciągnięcie nogi, znajdował się imponujący kompleks sportowy. Podupadający co prawda, ale dla zainteresowanych historią sportu i posiadających dobry węch, z wyraźnym zapachem legendarnej drużyny Stali Mielec, Grzegorza Laty i innych bohaterów początku i przełomu lat 70/80 stadion, a obok niego stała hala i basen.

Na konsultacjach tej kadry zdecydowaną większość stanowili zawodnicy Okocimskiego, Hutnika, potem w mniejszości co lepsi grajkowie MKS Podgórze Kraków, Tarnovii oraz reprezentanci Krosna i Sanoka.

Moim partnerem pokojowym był Słoneczko albo Maciek z MKS. Maciek był umysłem ścisłym. A fizycznie był potężny i przy moim chudyźmie był olbrzymi. Mówił po węgiersku. To były jaja. Po rusku to ja rozumiałem, że można mówić. Ale po Węgiersku? Bez jaj. A on mówił i to z jajami. Jako dzieciak, do czwartego roku życia, mieszkał z rodzicami w Budapeszcie. I tam nauczył się węgierskiego dzięki przebywaniu z innymi dziećmi. Potem rodzina Maćka wróciła do Polski i Maciek zaczął zapominać mowę bratanków aż do całkowitego zapomnienia. Aż któregoś lata, jako nastolatek pojechał do Paprykowa i po tygodniu, jakby butelką Palinki dostał w łeb i przypomniał sobie jak gadać. Niezłe co? Poz tym był jeszcze inaczej dziwny. Grał w szachy namiętnie. Woził szachownicę, dwa zegary i wolny czas zamiast tracić na picie piwa, marnotrawiliśmy na szachowe mecze. Do czasu. Któregoś dnia, chciał mnie ojebać przed popołudniowym treningiem i zarządził jakieś dwu minutowe wojenki szachowe. Pyknął mnie raz, pyknął drugi i trzeci a w czwartej partii popełnił błąd kardynalny i poległ! Poległ w szachy ze mną. Chciał palić zeszyty w których zapisywał co poważniejsze pojedynki swoje i szachowych mistrzów, ale go odwiodłem od tego obiecując, że nikomu o moim zwycięstwie nie powiem. I nie powiedziałem! Tadam.

Z Krośniakami i Sanoczanami, mieliśmy co spotkanie, nieustające dyskusje nad prawidłowością polskiej wymowy i akcentem jaki w języku polskim być powinien. Dyskusja rozpoczynała się przy pierwszym spotkaniu na jadalni i przebiegała zawsze tak samo:

– Łoj kurna. Ale wy krakusy to zaciągacie strasznie. – zaczynał ktoś z Sanoka.

– Nie pieprzże? Weź i się nagraj i posłuchaj. To wy zaciongacie jak guma w majtach. – kontrowaliśmy.

– Nooo nieeeee…. Myyyyyyyy? Chyba wyyy – nie dawali za wygraną przeciągając słowa wprost nieznośnie i stawiając akcent w dziwnych miejscach . – My nieee zaciooongamyyy.

Może byli głusi albo świata nie liznęli i ukiszeni w swoim własnym sosie wydawali się sobie sami polskim wzorcem wymowy. Brakowało im też do dystansu do samego siebie, ale poczucia humoru i fajności im odmówić nie mogliśmy. W końcu to oni musieli ciągle coś komuś udowadniać.

Na basenie Stali Mielec działo się co wyjście sporo interesujących rzeczy. To już był czas relaksu i napięcie treningowe zostawało za drzwiami. Basen nie był jakiś wyjątkowy, i pewnie nie było by w nim nic godnego uwagi, gdyby nie wieża do skoków. Dwupoziomowa. Betonowa i surowa jak Mielec późną jesienią. Pierwszy poziom był na wysokości około dwóch metrów od lustra wody, drugi na pięciu lub sześciu metrach.

Ponieważ do wody raczej nigdy nie miałem jakiejś szczególnej śmiałości, odwagi, a na dodatek pływałem jak Titanic po zderzeniu z góra lodową, zawsze stałem z boku wszelkich wodnych rywalizacji. A już skakanie? Broń mnie Panie i Boże. W końcu sam siebie skaziłem do wodnych skoków. Za dzieciaka.

Pojechaliśmy z rodzicami w odwiedziny do rodziny sąsiadów, pani Lidii i pana Romana. Chyba do Kościelnik czy jakoś tak. Wraz z Pawłem i Andrzejem i bratem moim Jackiem, pomagaliśmy miejscowej dzieciarni paść krowy z całej wsi nad rzeką Nidą. Rzeka była spora, miała wysokie brzegi i znakomicie służyła krowom jako wodopój a nam jako akwen do pływania. Do tego p[osiadała wysokie brzegi które pozwalały na efektowne skoki. No i kiedy skakanie na nogi mnie znudziło, postanowiłem skoczyć na główkę. Odwagi mi nie brakowało a dodatkowo mobilizowała mnie obecność nad rzeką mojego taty. Postanowiłem się popisać przed nim. Wziąłem potężny rozbieg i biegnąć pomiędzy krowimi plackami, skoczyłem z brzegu jakbym skakał na olimpiadzie. Pozycja była stabilna, lot ładny, długi, kąt fajny. Dłonie jak w książce o skokach do wody. Tylko…

Tylko japy nie schowałem i pierdolnąłem twarzą w lustro wody z dosyć dużej wysokości. Twarz mnie piekła jakbym się pokrzywom ponacierał, ale obecność taty nie pozwalała płakać z bólu, który w sumie szybko minął. Po kilkudziesięciu minutach kręciło mi się w głowie, ledwo co widziałem i chciało mi się rzygać. Wieczorem wracaliśmy do domu. Jakoś funkcjonowałem. Na tyle stabilnie, że nikt sobie mną dupy nie zawracał. To były czasy. W drodze do domu mnie rozłożyło na tyle, że jadąc na tylnym syrenim fotelu co kilka kilometrów podrywałem się do okna i wyrzucałem treści z żołądka przez okno automobilu. A okna otwierały się tylko z przodu, wiec półleżąc na mamie, jechałem nad nią wymiocinami po całości a Syrenka przyjmowała wszystko z godnością.. W domu leżałem półptrzytomny  i niespecjalnie ktoś się mną przejął. Bo czym się mieli przejąć. Wstrząśnieniem mózgu? Po dwóch dniach wszystko minęło. Samo przyszło, samo wyszło. A dziś mam migreny.

 

Do wody zniechęcono mnie mocno na basenie międzyszkolnym na osiedlu Kolorowym, w uwielbionej Nowej Hucie. To tam jako trzecioklasista pobierałem pierwsze i obowiązkowe nauki pływania.

Już samo przeszkolenie było niezwykle emocjonujące.

– Pływamy na sygnał ratownika, słuchamy ratownika, obserwujemy ratownika, wykonujemy polecenia ratownika. Nie sikamy do basenu, bo ratownik zaraz pozna kto sika, bo wokół sikającego będzie wielka, niebieska plama. – łykaliśmy instrukcje jak pelikan cegły, ubrani w ogromne gumowe, śmierdzące czepki, ozdobione żabkami, kwiatkami i innymi elementami artystycznymi.

Zapewne i pelikan cegły przeżuje, przetrawi, wysra i zaczyna myśleć. Jeden z kolegów, na wzór pelikana po procesie cegielnym, postanowił na własną rękę poeksperymentować.  No i zlał się biedny do basenu. Ze strachu raczej niż z chęci poznania co się stanie po oddaniu moczu do basenowej niecki. Po tygodniu, kiedy jego czyn a raczej sik nie wyszedł na powierzchnię wody, strugał bohatera i wszystkim opowiadał o swoim występku, że niby specjalnie to zrobił i takie tam. Jeśli więc ktoś mu uwierzył to nie chcę myśleć w czym pływaliśmy. Jako słaby pływak, sporo tej wody wypiłem i jak ktoś jeszcze sobie przypomni, że posikiwał wtedy do wody to w ryj wale. Albo jak Kazik z laczka zakurwię i poprawię z kopyta.

Wyjścia na basen były oczekiwane, w końcu przepadały lekcje, ale jakąś nagrodą za żywot doczesny nie były. Przynajmniej nie dla wszystkich. My słabo pływający, to jest: ja, Mokry, co za straszny zbieg okoliczności z nazwiskiem,  Tomek i jakieś dziewczynki, to mieliśmy skaranie boskie z tym basenem. Mokras miał mniejsze bo mu tata sprezentował okularki do pływania i nawet jak tonął to widział, że tonie i było mu fajnie, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał. Nie wierzgał, nie krzyczał, nie płakał. Szedł na dno z godnością. Jak kłoda.

On umiał tonąć zawodowo. Skakał na nogi i stał.

Po takim skoku, pan zygał go kijem, żeby się dzieciak nie utopił i po kilkunastu sekundach, Tomasz uczepiony kurczowo kija, parskający moczo-chloro-wodą, był odholowywany do brzegu.

Z tych czasów basenowych, muszę koniecznie napisać jeszcze o końcu żywota Tomkowych okularków. Prze zemnie to się stało , więc opowiem:

Na koniec roku szkolnego i basenowego, jako podsumowanie naszej nauki, zorganizowano zawody pływackie. Słabi, nie wiedzieć czemu pływali jako tako tylko na plecach. Mój syn ma to samo, ale przy mnie jest on Motyllią pływactwa. Ustawiono nas, szóstkę geniuszy stylu grzbietowego i na trzy, poszliśmy przed siebie. Na pierwszym nawrocie zamykałem stawkę, ale zaraz po zmianie kierunku udało mi się dogonić Mokrasa, bo ten się zakrztusił wodą. Zagęściłem więc mocno ruchy nogami swymi i właśnie kończyłem wyprzedzać go, gdy poczułem, że nogi moje z impetem po czymś młócą. Ale to się wtedy nie liczyło. Liczył się wynik. Przedostatnie miejsce było niczym złoto olimpijskie. Czując nadchodzący sukces , waliłem wszystkim czym tylko mogłem.

Dzieciaki na brzegu zdążyły już obeschnąć kiedy dopłynąłem, na koniec waląc z hukiem w murek basenowy głową. Wyskoczyłem, a raczej tak mi się wydawało, bo bardziej pasuje słowo wygramoliłem się i spojrzałem do areny z wodą. Mokry płynął, ale jakoś dziwnie bo zygzakiem.

Jak już dopłynął do płytkiego miejsca to resztę doszedł. Na twarzy wisiało mu jakieś dziwne coś. Coś z czego płynęły woda i łzy. To coś było przed startem okularkami pływackimi a po nawrocie straciło całkowicie swoje właściwości. Przeze mnie. Było mi trochę głupio, ale to nie ja zapakowałem się pod obce giry. A zresztą. Sukces świętowałem i nawet sposób w jaki go odniosłem, nie mógł zakłócić radości.

Dziwnym trafem, nie zakwalifikowano mnie i Tomka do finałów szkolnych. Szkoda. Bo wydawało mi się, że byliśmy jednak rozwojowi w tym naszym pływaniu.

 

 

Po takich wspomnieniach, związanych z wodą, wieża w Mielcu kusiła, oj kusiła. Jednego wieczora wyszedłem więc po raz pierwszy na poziom jeden. I buch na głowę. Teraz już wiedziałem jak skakać. Nie tak jak do rzeki Nidy.

Po locie z poziomu jeden, wylazłem więc na samą górę. O rany bomba, basen zrobił się mały jak nocnik niemowlaka. No nie, jestem bez szans wylądowania w wodzie. Przy rechocie kolegów siatkarzy zlazłem blady na dół.

– A ty co? Ze strachu ocipiał? Ja ci pokarzę jak się skacze z wieży! – zaciągnął kolega z Sanoka i pobiegł na wieżę.

I poszedł jak rakieta. Z rozpędu. Rzucił się przed siebie by po chwili dokonać pięknego złamania ciała. W sekundzie ustabilizował pozycję w locie opadającym. I jeb. Gdzieś to jeb było nie do końca tak jak miało być. Wynurzył się, otrzepał głowę z wody i ryknął na całe gardło, oczywiście zaciągając:

– I jak było ?

– Eeeeeeeeeeeee, nooooooo, eeeeeeeee, booooooo, wiesz ….- niedowierzałem i nie potrafiłem ocenić prawidłowo lotu, lądowania i spuentować mądrze całości.

Jego głowa mi na to nie pozwalała. Z jego nosa i uszu ciekła krew. Ale jego umysł działał nawet spoko. Może na co dzień trudno to „spoko” było ocenić, ale po takim skoku zmian wielkich raczej nie było. Dalej zaciągał i duma go rozpierała. Lekko wystraszona kadra nie była jednak w stanie powstrzymać kolegi przed kolejnymi prezentacjami.

– Kolejny koleś pomylił dyscypliny… Echhh – pomyślałem i zacząłem zastanawiać się intensywnie nad swoim skokiem z drugiego poziomu. Co zrobić żeby się przełamać?

Odwaga.

Tego mi brakowało. A co najlepsze na odwagę? Szybkie cztery browary przed wejściem na basen. Jak postanowiłem tak zrobiłem. Przed kolejnym wyjściem na basen, w wielkiej tajemnicy uzupełniłem płyny, nabrałem animuszu, wylazłem na wierzę i w końcu to zrobiłem. Pierwszy raz, ale nie ostatni tego wieczoru. Co prawda na nogi skakałem, ale coś tam się jednak lekko przełamało we łbie. I kolegom to wystarczyło żeby zapomnieć o moim cykorze dzień wcześniej. Już frajerem nie byłem.

 

Innym fajnym miejscem w którym też odbywały się konsultacje była Limanowa. Fajna miejscowość, pomiędzy rodzinnymi wioskami moich rodziców, Leszczyną i Mokrą Wsią.  Czułem się tam jak u siebie. I nawet to, że Limanowa była mocnym ośrodkiem nielubianych przeze mnie z przyczyn obiektywnych Cyganów, nie przeszkadzało mi odwiedzać po treningach miejscowych mordowni w celu regeneracji organizmu, przez dostarczanie odpowiedniej ilości płynów jasnych i oczywiście pełnych. Co najwyżej pokurwowałem pod nosem na jakiegoś zaczepiającego mnie Cygana i w nagrodę za to mogłem jeszcze poćwiczyć sprinty. Kilka razy dobre przygotowanie szybkościowe uratowało mnie przed skrojeniem z kasy i pewnych plaskaczy które mogłem przyjąć na twarz. Dzisiaj się temu dziwię, bo mi notoryczna narzeczona mówi, że mam cygańską brzydotę w sobie. Ciekawa teoria.

Nienawiść taką dziwną, do niektórych Cyganów, wyssałem wraz nowohuckim powietrzem.

Najwcześniej zapamiętany zaciąg tego złego powietrza miałem, jak któregoś pięknego letniego dnia podglądaliśmy z kolegami tabor cygański, który był i se zaparkował w miejscu, gdzie dzisiaj stoi Careffour Czyżyny. Wtedy był tam lasek, drzewka owocowe i chaszcze, mnóstwo chaszczy. Cyganie nas intrygowali do momentu, kiedy jeden z nich, wyrośnięty ponad przeciętność na cygańskim wikcie i opierunku, trzepnął mnie sześcio może latka w splot słoneczny z całej pizdy, tak bez powodu, że mało się nie udusiłem.

Kolejny nieświeży wdech miał miejsce podczas powrotu przez zacyganione Cyganami osiedle XX lecia PRL. Koedukacyjnie pościągano ich i wykorzystano do budowy Nowej Huty i Kombinatu Lenina. W zamian chciano ich ujarzmić mieszkaniami i zasymilować z nowohuckim towarzystwem napływowym.

A Cygan, jak to Cygan. Podobno złodziei i kręt, i tak już zostanie, a jak mi koledzy z Figo Fagot powiedzą lat potem dwadzieścia, Pan Jezus w biblii ma to zapisane. Oczywiście w mojej bajce nie dotyczy to każdego śniadego, żeby nie było posądzania o rasizm. A to teraz modne.

Wracałem więc z koleżankami z podstawówki z kina Świt. Z takiej prawie randki, na nogach, przez osiedle XX-lecia PRL. W środku osiedla otoczyła nas grupka cygańskiej młodzieży . Nie wiedzieć czemu to ja im wybitnie przypasowałem, niczym brat jakiś. Może z urody wzięli mnie za swojaka? Dlatego też otoczyli właśnie mnie i rozpoczęli konwersację.

– Masz dziesięć złotych pożyczyć? – zaskoczyli klasą i kulturą osobistą.

– Nie. Mam tylko dwadzieścia – nie umiałem jeszcze kłamać za dobrze niestety i już na starcie się wypucowałem na całego.

– To fajnie. Wydam ci resztę – powiedział najbardziej wyrośnięty, śniado cery młodzieniec. – Dawaj!

Podałem więc banknot na wieczne nieoddanie i wyciągnąłem rękę po resztę. Liczyłem na zwrot reszty i zastanawiałem się jednocześnie, kiedy mogę umówić się na odbiór pożyczki, jeśli akurat pożyczający wydać by nie miał. Cyganiątko-wyrośniątko też wyciągnęło rękę i niespodziewanie wypłaciło mi liścia solidnie, że aż podskoczyłem. Zapiekło mocno. Łzy napłynęły mi do oczu, ale przy dziewczynkach z klasy nie wypadało się rozkleić. Próbowałem nieporadnej szarpaczki ale tabor osiedlowy był kilkuosobowy i po kolejnych kopach w dupę musiałem wiać wraz ze swoją dziewczęcą kompanią. Ale co Kinia ich z daleka wyzywała, to nasze.

Do dzisiaj na wspomnienie tej przygody trzepie mnie z nerwów. W taki oto sposób zakiełkowała we mnie nienawiść do obcej, a konkretnie tej cygańskiej nacji. I pomimo wielu lat i wielkiej tolerancji do wszystkiego, wyjść do końca nie może. Trudno.

Z uroków sportowej Limanowej korzystali też inni sportowcy, i to nawet ci z poziomu pierwszoligowego. Byli koszykarze z Katowic, wielkie chłopy, czołówka ligowa i przesympatyczne dziewczyny, piłkarki ręczne Cracovii. Z najładniejszą trójeczką, Basią i jej koleżankami zakolegowałem się na długie lata. Chodziliśmy sobie razem na wspólne kawki parzone w  klasycznych szklankach ze spodeczkami do restauracji w ośrodku, oraz na lody przepyszne w limanowskim rynku. Potem spotykaliśmy się w Krakowie, ale czas nie stał w miejscu, dziewczyny poznały pięknych chłopców sportowców i zaczęły pisać swoje bajki na nowo.

Moja makroregionalna bajka też zbliżała się ku końcowi kiedy okazało się, że dla naszych roczników 1973 i 1974 nie ma sensu organizować już żadnych rozgrywek na tym szczeblu, bo jesteśmy za starzy i nie rokujący. Starość liznęła nas siedemnasto i szesnasto letnich chłopców swym długim, okrutnym jęzorem. Pomimo tego, za jakiś czas dostałem ostatnie zaproszenie na makroregion. Jako wzór i przykład do naśladowania. I wtedy czar jaki roztaczałem swoją osobowością prysł niczym bańka mydlana.

Ostatniego bodajże wieczora mojej makroregionalnej przygody postanowiliśmy ostro zagarować z młodzieżą. Niestety słabo oceniłem swoje możliwości a pite razem, niczym piłkarskie jeże, trunki spowodowały już około 21.00 ogromne spustoszenie w moim organizmie. Tak wielkie, że nie zdążyłem do łazienki i musiałem przyspawać kolacją łóżko do ściany.  W ogóle miałem wrażenie, że nasz hotel w Mielcu odpływa w daleki rejs na wzburzonym oceanie. Coś było nie tak. Postanowiłem więc to przespać. I kiedy już usypiałem, w oparach nieprzetrawionego jedzenia i wszystkich rodzajów alkoholu, które zanim we mnie zagościły na dobre, wyrzygałem, ktoś zaczął agresywnie pukać. Oho! Pewnie statek tonie i kapitan karze się ewakuować – pomyślałem i postanowiłem, mimo tego, że poruszałem się od ściany do ściany, otworzyć drzwi. Pomimo wielkiego zmęczenia, byłem czujny. Pokój był zamknięty i nikogo poza Słoneczkiem ( bo takie pseudo na makro miał nasz Żuchol) nie miałem zamiaru wpuszczać.

– Kto tam? – zapytałem groźnie, udając wkurwienie rozbudzeniem.

– Trener – odpowiedział groźnie trener – otwórz!

Otwarłem. Nie było wyjścia.

– A co ty? Już śpisz? – szczęka mu opadła, kiedy zobaczył mnie w samych majtach.

– No śpię. Jutro ostatni trening, dziś było ciężko, muszę odpocząć.

– Niesamowite. Nikogo u ciebie nie ma?

– A skąd! Wejdzie trener?

– Nie, nie. Młodzi mi się rozleźli. Muszę ich szukać. Powinni brać z ciebie przykład! Dobrej nocy!

– Dobranoc trenerze.

 

I znowu spadłem na cztery łapy, jak pies i kot kudłaty. Od zera do bohatera. A Obsługę hotelową za zaświniony pokoju przepraszam. Po stokroć.

M13. Dziew – dur no co ty.

M13. Dziew – dur no co ty.

Wakacje, wakacje, wakacje. Słońce, morze i dziewczyny. Musiały być w naszym wakacyjnym życiu. Podrywaliśmy i … byliśmy, tak, tak, byliśmy podrywani. To pierwsze było normalne i naturalne ale to drugie? Moim zdaniem było zjawiskiem co najmniej dziwnym i na młodzieńczym etapie mojego życia rzadko spotykanym. Ale po kolei. Za kilkadziesiąt wierszy sprawa się wyjaśni.

Jakimiś lowelasami nie byliśmy. Wolelibyśmy się na całe życie zakochać niż kolekcjonować dziewczęta które mogły dzielić z nami miejsce pod tropikiem. Ale czasami sama duchowość której hołdowaliśmy nie wystarczała nijak. Nawet ci, którzy uważali się za nieprzyzwoicie brzydkich i z góry zakładali, że jeśli nie z Zanzibaru, to z nikąd żadna kobieta nigdy na nich nie spojrzy, przyjemnie potrafili się rozczarować, poznając całkiem sympatyczna koleżanki na wakacyjny czas.

Dziewczyny które lubiły z nami przebywać i nawet przez jakiś czas, może dwa, może trzy sezony dziwnym trafem kotwiczyć u naszego brzegu, przypływały nad Bałtyk z całej Polski. Warszawa, coś pod Poznaniem, (a Końskie!) te panny szczególnie nas lubiły, no i Gdańsk. Było też swojsko, małopolsko, bo Andrychów wysłał za nami swoją reprezentację pod postacią koleżanki o odmiennej preferencji płciowej, co nijak nam nie przeszkadzało a wręcz było zaletą, bo typ urody koleżanki był nie nasz zupełnie, za to charakterek i uprawianie przez koleżankę siatkówki czyniło z niej naszą, a mnie szczególnie sportowo, bliską koleżankę. A do tego, jak poleźliśmy na dicho ( ja pank i dicho. Matko Boska od Muzyki Pankowej przebacz) to mieliśmy łatwiej jeśli idzie o nawiązywanie kontaktów z płcią przeciwną, bo w końcu była z nami już dziewczyna i się nas nie bała więc mogło z tego wynikać, że nie gryziemy.

Jak to było w kolejności względem czasu?

Najpierw Andrychów. Koleżanka przylepiła się do nas i a ja do niej, i stworzyliśmy razem parę do siatkówki plażowej. To był taki czas, że organizowano sporo turniejów w okolicy i można było wygrać za zwycięstwo czy choćby udział, na przykład papierosy czy jakieś gadżety plażowe. Gdzieś ten temat rozwijam, więc czytajcie wszystko dokładnie.

Potem była Warszawa, stolica Polski i jej reprezentantki. Pocieszycielki a w sumie, to jedna z nich, która moje połamane własnoręcznie serce próbowała składać do kupy jednocześnie szukając we mnie tego na zawsze. Jak często to u mnie bywa, przesadzam, bo po prostu wpadłem jej w zezowate lekko oczy i już mnie miała. Warszawę, raczej jej przedstawicielki, polubiliśmy na tyle, że część kolegów przemieszkiwała jakiś czas w stolicy, gdy ich firmy budowlane rzuciły w wirze pracy właśnie tam. Ja też skorzystałem z okazji i spędziłem tydzień czasu u mojej wakacyjnej koleżanki, bo akurat złapałem po obozie sportowym w Zakopanem poważną kontuzję, zapalenie ścięgna Achillesa i mój pobyt w Krakowie nie był konieczny. Wystarczyło, że zabrałem ze sobą worek zastrzyków, które codziennie aplikowano mi w tyłek w stołecznej przychodni, i wolny od zajęć sportowych mogłem spokojnie rehabilitować się u nowej znajomej. Dlaczego nasza znajomość obróciła się gruzy jak Warszawa w ‘44? Czemu nie zmieniłem miejsca zamieszkania na metropolię lepszą od zapyziałego Krakowa? Przyczyn było co najmniej kilka. Ciągle tliło się we mnie uczucie do grochowej panienki, którą porzuciłem z dnia na dzień wsysając się w wakacyjny wir życia poza Krakowem, byłem jeszcze za młody na związki do końca życia, bo mój plan zakładał stabilizację w dwudziestym ósmym roku życia, no i chyba najważniejsza sprawa, okazało się w końcu ile moja znajoma ma lat.

Jak na swój wiek wyglądała dobrze, otaczała się młodszymi koleżankami, posiadała własne M i miała swój zakład pracy: kwiaciarnię. Jakbym skorzystał z jej adoracji względem mojej skromnej osoby, nie pozostało by mi nic innego jak tylko pachnieć i kibicować Legii Warszawa. Ale u mnie to jest tak, że jak planuję to tak ma być i koniec. Zwłaszcza jeśli dotyczyć to ma całego mojego życia, więc jeśli wbiłem sobie do głowy, że ta jedyna ma się objawić w dwudziestej ósmej wiośnie mojego życia, to tak ma być i koniec, a wszystko co do tego momentu się wydarzy może nie mieć żadnego znaczenia. Oczywiście życie zweryfikuje wszystko szczęśliwie i ta pierwsza okaże się jedyną i będziemy żyć długo, biednie i na pełnej życia mocy.

Wracając do warszawskiej Syrenki, języczkiem u wagi okazał się nie tyle jej wiek, w stosunku do mojego jakieś plus sześć, siedem, obowiązek kibicowania CWKS czy opuszczenie maminych skrzydeł, co po prostu brak chemii w mojej duszy, moje rozrywkowe podejście do dnia codziennego i nie umiejętność pragmatycznego patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Nie umiałem i nie umiem kalkulować. I jest mi z tym dobrze.

Dziewczyny z Końskie, Końskiego, Końska, czyli z pod Poznania zakolegowały się z moimi przyjaciółmi. Ja byłem z koniniańkami na dystans. Jakoś nie czułem ku nim jakiegokolwiek miąchu, ale cieszyłem się ich radością i wspólnie spędzanymi chwilami. Ponieważ nie uczestniczyłem w ich grach i zabawach pozwolę sobie odpuścić szczegółowo kto z kim, jak i dlaczego. Ale było grubo i Greey ze swoimi pięćdziesięcioma twarzami mógłby spakować namiot i spadać na drzewo. Tak myślę nie oglądając w/w filmu nigdy. Jednocześnie obiecuję Państwu, że jeżeli koledzy pozwolą historię owinąć w bawełnę tajemnicy, to ja dodam temu rozdziałowi pikanterii i w ramach erraty spróbuję coś dopisać. Ale ostateczne słowo niech należy do mnie, autora tych wypocin.

W wakacyjnym gąszczu było znajomości chłopacko dziewczyńskich z mojej strony kilka. Moja romantyczna dusza nie przekładała wszystkiego na fizyczność i cielesność, życie na wczesnym etapie wysłało mi sygnał ostrzegawczy, opisany w rozdziale gdzieś wcześniej, który zapalał czerwone światło częściej niż należało i żyłem sobie bez większych zmartwień i rozterek. A jednym z przykładów kiedy sygnał ostrzegawczy zawył na całego była przygoda z dziewczynami z Trójmiasta.

Patrząc teraz przez pryzmat tego co mi życie zgotowało w XXI wieku, mogę z pewną odpowiedzialnością powiedzieć, że był to mój pierwszy, na szczęście nie pełny, kontakt z wymiarem sprawiedliwości.

Wszystko zaczęło się od jednego kolegi, który miał niebywały talent do wyłapywania zamożnych znajomych. Jak się wkrótce okaże, sytuacja była całkiem odwrotna i to on a my z nim zostaliśmy złowieni, pewnego gorącego lata w sieć. Ku chwale młodzieńczej beztroski, nie wszyscy daliśmy się uwędzić w ogniu zapomnienia. A było to mniej więcej tak.

Mat przybiegł któregoś poranka wielce zaaferowany i od progu namiotu zaczął bełkotać
– Tata, poznałem takie fajne dziewczyny. Są starsze, mieszkają w domku obok naszego pola i maja kasę. Kupę kasy. Zapraszają nas na piwo.
– To kogo? – chciałem wiedzieć kogo pańskie oko sobie uwidziało do stawiania rano alko.
– Ciebie, mnie, Esa – sapał z podniecenia na darmową konsumpcję.
– Idziemy, zbiórka za dwadzieścia minut – zadecydowałem bo picie dobrego za nieswoje było zbyt kuszące żeby wybrzydzać.

I poszliśmy. Raz, drugi, trzeci i czwarty. Już samo mieszkanie dziewczyn na kwaterach było dla nas wrażeniem nie lada, bo takich bogatych znajomych nie posiadaliśmy, my dzieci pola namiotowego i spirytusu Royal. Ale zaraz, zaraz, ja napisałem dziewczyn? To natychmiast muszę sprostować bo to były dwie trzydziestoletnie kobiety , o urodzie nijakiej i bardzo nijakiej. Ale były bardzo sympatyczne, miłe i miały siano na alkohole jakie tylko sobie mogliśmy wymarzyć. Zakolegowaliśmy się więc szybko. Brygada nowohuckiego kwiatu młodzieży i dwie kobiety w wieku średnim z których jedna była….. sędziną a druga panią prokurator. Teraz już kumacie skąd wezmą się moje problemy z prawem za lat dwadzieścia? No kurwa karma zła, zaraza jakaś, skaza się wtedy przyczepić musiała.

Polubiliśmy się bardzo, spędzaliśmy z paniami sporo czasu i wszystko było z naszej oraz ich strony cacy. Nic nie zapowiadało Armagedonu który miał nadejść. Nic. A zasady, że w życiu nie ma nic za darmo, nie wiedzieć czemu nie znałem.

No bo one nas zaprosiły w sierpniu do siebie…

Wszystko pilotował Mat. Skład wykrystalizował się bojowy. On, ja, taki jeden i ten drugi. Plan był niesamowicie przepiękny. Mamy dach nad głową, jedzenie, alkohole świata w pakiecie i zwiedzanie Trójmiasta. Gdynia, Gdańsk, Sopot. Żyć nie umierać! Ahoj piękna przygodo!

Ruszyliśmy pełni nadziei na cudowny weekend. Zaczęło się wspaniale. Zostaliśmy odebranie przez nasze panie prawniczki na gdańskim dworcu i sprawnie przemieściliśmy się taksówkami (!) do jednej z nich. Mieszkanko było przytulne, takie M-2 z jasną kuchnią, pod czterdzieści metrów mogło mieć. Po szybkim rozpakowaniu i wrzuceniu coś na ząb, w towarzystwie kilku piw, udaliśmy się na zwiedzanie Gdyni. Tam leniwie snuliśmy się, podziwiając statki, morze i lokalne piwiarnie, które chyba interesowały nas najbardziej. Ale reszta też nawet bardzo.

Tak podlani, na niezłych humorach, wieczorową porą przejechaliśmy przez Gdańsk i na nieszczęście naszych starszych koleżanek wpadliśmy na chwil kilka na studencką dyskotekę. I tam to, po raz pierwszy, popełniliśmy, jak się później okaże wielki błąd. Bo zamiast adorować nasze gospodynie, rzuciliśmy się jak głodne psy na nasze rówieśniczki, które urodą przewyższały wszystko co do tej pory w życiu widzieliśmy no i były w naszym wieku. Może wyprostuję, że to co widzieliśmy do tej pory w Trójmieście, a ze byliśmy po raz pierwszy, to czegokolwiek byśmy po paru piwach nie zobaczyli, szansa na sukces była bardzo duża. Czara goryczy u naszych matron przelała się w jednej chwili. Któraś z podrywanych rówieśnic, zapytała z niesmakiem:

– A po co braliście starsze siostry ze sobą?

Nas zamurowało, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że z boku wyglądało to  aż tak źle, przedstawicielki Temidy wpadły w furię, natychmiast zamawiając taksówki dwie, i zapakowawszy nas niemal siłą, nawet słyszeć nie chciały nic o naszym pozostaniu tam albo zabraniu chociaż kilku młodych panien na chatę

Nie i koniec. Tego dnia było to wszystko. Foch.

Rano postanowiliśmy wszyscy wspólnie dać sobie szansę na kontynuowanie dnia wspólnie i z radością. My niczym nie przejęliśmy się za bardzo, ale nasze towarzyszki miały nerwy na postronkach.

Koło południa ruszyliśmy na Sopot, może Gdańsk, na pewno nie na Zakopane. Nasz sponsoring wydawał się być przygasać, ale myślałem, że to tylko złudzenie. Tak to musiało być złudzenie – pomyślałem, kiedy wieczorem robiliśmy zaopatrzenie na naszą wewnętrzną, bez żadnych gości, DOMÓWKĘ!

Było wszystko. Alkohole świata, jedzenie dla głodnej i ciągle rosnącej młodzieży, na ciepło, na zimno, do woli. Gadaliśmy o wszystkim. Szczęśliwi, najedzeni, spełnieni.

Ale, ale, ale. Im dalej w las, tym sytuacja stawała się, dla mnie pierwszego lekko krępująca. Alko zaczęło popuszczać lejce u wymiaru sprawiedliwości, ja się przestraszyłem, że będę musiał całować się z najstarszą kuzynką z Gdańska, strzeliłem szklankę wódki, udałem pijanego i zataczając się uciekłem do sypialni. Tam zaległem w kącię i czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie, ktoś, albo precyzyjniej któraś przyszły sprawdzić jak się mam. Zacząłem chrapać, sapać i udawać, że mi niedobrze. A było mi dobrze tylko byłem przerażony tym co sobie pomyślałem o młodym chłopcu i starszej, niekoniecznie ładnej koleżance. Ta szczęśliwie oceniła mnie na mniej niż zero i jako truchło zostałem porzucony precz. Tak też usnąłem i śniło mi się, że w drugim pokoju ktoś krzyczy, kłóci się i ogólnie jest niemiło.

Rano wstałem pierwszy i zastałem pobojowisko. Koledzy w jednej części, spali pijani jak Kmicic z kolegami w Rozłogach, a wymiar ściśnięty na łóżku sobie pochrapywał. Kiedy wymiar się obudził, foch był straszny. Jak poprosiłem o kasę na zakup śniadania , zostałem wyobraźcie sobie ofukany nieprzyjemnie. Któryś z kolegów wstał, coś pokurwował pod nosem i poszliśmy na zakupy za nasze. Wystarczyło na jabcoki. Po powrocie zaczęliśmy w ciszy konsumować, pakować się i opuszczać gościnne progi naszych kochanych znajomych, które do nas ani be ani me albo jeśli już cos to na chłodno bardzo. No i Gdańska albo Sopotu nie zwiedziliśmy. Mało tego, ledwie nam na bilety do Krakowa Głównego wystarczyło. Jak tak można gości potraktować.

W drodze powrotnej koledzy opowiedzieli mi co się po moim zniknięciu wydarzyło. Otóż szczebel prokuratorski zaczął rozbierać jednego z nich. A że trafił na charakternego i z zasadami chłopca, mało nie skończyło się plaskaczem.  Szczebel sądowniczy na aż takie kroki fantazji nie miał, ale też coś próbował mieszać przy młodocianych, ale już nie dzieciach. Ogólnie skończyło się wszystko lekką awanturą, szczęśliwie beze mnie!

Po jakimś czasie okazało się, że część kolegów podtrzymała znajomości i jeszcze kilka razy dokonała nalotu na nasze Wybrzeże. W końcu starszą siostrę z kasą mieć, czy to taka straszna rzecz? Oceńcie sobie sami.

M12. Wak a-kcje

M12. Wak a-kcje

 

Wakacje A.D. 1992 miałem zaplanowane doskonale. Doświadczenie, nabyte rok wcześniej na pierwszej samodzielnej letniej wyprawie, procentowało: rodzice ufali mi prawie bezgranicznie, więc pojechałem z małą klasową załogą pod namiot, nad piękne polskie morze. To miała być wyprawa dotychczasowego życia. I taką została, ciągnąc się nieprzerwanie przez kilkanaście następnych wakacyjnych lat. Co roku w tych samych okolicach.

Mielno wybieraliśmy, nie wiem dzisiaj dlaczego – ale okazał się to wybór ze wszech miar trafny i tak oto najpierw Mielno, a potem Unieście, stało się naszą wakacyjną przystanią. Najpierw moją i kolegów a potem i mojej  najbliższej komórki rodzinnej. Letnim drugim domem. Ta „pierwsza ekipa” była również żelazną ekipą klasową, która najczęściej organizowała się w roku szkolnym do wszelkich wypraw: Czesiek, Mat i Filip. No i oczywiście ja.

Przez całą Polskę przebiliśmy się tak szybko, jak na to pozwalała ówczesna sprawność PKP. Pod koniec XX wieku podróż nad morze trwała kilkanaście godzin. Jeśli nie doszło do nieplanowanych, ale często występujących niestety opóźnień. Klimatyzacja w lecie, czy w zimie ogrzewanie nie były warte jakiegoś szczególnego roztrząsania. Pierwszej nie było w naszym systemie, druga często nie działała. Albo działała, wbrew porom roku, na przykład w lecie. Ważne, że do Koszalina było bezprzesiadkowo, więc więcej wtedy nie wypadało wymagać. Nawet po drodze za bardzo nie broiliśmy, bo wyłączenia ruchomych schodów na stołecznym Centralnym o drugiej w nocy nie da się chyba zakwalifikować w kategorii złego zachowania. Ot, przypadkowy przypadek. Taki prztyczek dla stolicy od Krakowa. Po prostu jechaliśmy, piliśmy, głośno słuchaliśmy muzyki i do tego czasem wyliśmy pod to co leciało z magneciaka. Nowohuckie samo dobro.

Na koszalińskim dworcu zameldowaliśmy się – z godzinnym albo i dwu opóźnieniem, ale żaden z nas nie zwracał na to uwagi. Autobusy w okresie wakacyjnym kursowały do Mielna non stop, mniej więcej co godzinę, może i jej pół, więc przebiliśmy się na miejsce błyskawicznie. Woń morza unosiła się na kilometry od wybrzeża, a na miejscu uderzyła do młodzieńczych głów niczym nowohuckie powietrze w okolicy kombinatu metalurgicznego. Objuczeni jak wielbłądy pobiegliśmy na plażę. Radość i ukojenie, mogę nawet rzec: błogostan, jaki na mnie spłynął tamtej chwili, był nieporównywalny z niczym. Bliscy koledzy, wakacje i czająca się za rogiem przygoda wzruszyły mnie do łez, słonych jak nasz przepiękny Bałtyk.

Widok morza chyba nigdy nie trzepnął mnie tak jak wtedy. Pewnie, że za każdym razem są włosy na sztorc na przedramionach i lekkie gilgotki w żołądku – ale te pierwsze i jedyne wzruszenia odeszły precz wraz z wiekiem. Szkoda.

Miejsca na nocleg nie szukaliśmy długo. Rozbiliśmy się na polu namiotowym, porośniętym wielkimi sosnami, których zapach zmieszany z zapachem morskiej bryzy zauroczył mnie błyskawicznie i wprawił w rozanielenie. Szybko też dostrzegłem, że obok nas rozbiły namioty trzy panny. Na moje nieszczęście – jak się miało później okazać, do czego jeszcze wrócę.

Do morza mieliśmy bardzo blisko: 150 kroków bocianich i 35 tiptopków. Rozłożywszy namiot, nie myśleliśmy za wiele nad kolejnymi ruchami. Skrzynia browarów została zakupiona niczym bułki na śniadanie i rozpoczęliśmy proste, wakacyjne życie, wolne od domowych łańcuchów. Po kilku piwach nasze sąsiadki nam się spodobały, więc zaprosiliśmy je do wspólnej biesiady. Nawet ilościowo się to mniej więcej zgadzało: ich trzy, nas czterech, prawie remis. Impreza zaczęła się kręcić pomalutku. Skąd, po co, do kiedy, pierwsze grzeczności, wreszcie: ważne pytania.

– A czego słuchasz? – zapytała ona.

– A Kultu. A ty? – odparłem ja.

– A ja Ramonesów. – tak rzekła ona.

– Aha, Ramonesów. Nie znam. Ale Czesiek słucha Ganzes Rouzes? Znasz? – podtrzymywałem rozmowę.

– Jasne że znam. A ty Ramonsów nie znasz? – zdziwiła się ona.

– No nie znam. Dorsów znam i te babę co tak wyje znam, no te jak jej tam, Dżenis Dżoplin, o! – kontynuowałem ja.

I takżeśmy się licytowali, kto kogo zna, a we łbach szumiało jak w sosnowym, nadmorskim lesie przed burzą. Aż szum nagle i raczej spodziewanie zagłuszył wszystko i obudziłem się skoro świt. Nic już od tej pory nie było takie samo, niestety. Tak się czasem dzieje, kiedy budzisz się jako młody chłopiec obok nowej koleżanki, a znajomość z nią zamiesza ci w głowie na kilka kolejnych lat. Konsekwencje tej znajomości odbiły się czkawką (a nawet i zgagą) po latach, a wszystko to stało się niestety na moje zawołanie. Początek był mało obiecujący z mojej winy, ale dwa tygodnie i okoliczności przyrody spowodowały, że na ugorze mego serca zaczęło coś kiełkować. Zamiast pielęgnować róże pod blokiem szukałem kaktusów na piasku. Tak to jest z młodością, która szuka po świecie tego co ma na wyciągnięcie ręki. Matołku.

Morze, piękna pogoda, browary w ilościach hurtowych, ryby smażone, morze spienione, słońce palące i my. Chwilo trwaj! Nie brakowało nam niczego. Pogoda tego lata była wyborna. Mieliśmy prawo czuć się jak nad Morzem Śródziemnym. Przez dwa tygodnie nie spadła kropla deszczu, temperatury były tropikalne. Czy można lepiej trafić podczas tak dalekiej wyprawy krajowej? Było cudownie.

Aż tu nagle i zupełnie niespodziewanie (dla nas) kasa skończyła się już po tygodniu. Z królewskiego życia zostało nam tylko na cygańskie przetrwanie. Ale i po tych siedmiu dniach, los nam sprzyjał i szczęśliwie zazębiliśmy się z naszymi kolegami z technicznej klasy, którzy dotarli nad morze. Zarzucili oni kotwicę nieopodal, bo w Unieściu – na polu namiotowym, które mieliśmy w przyszłości ochrzcić mianem „Patelni”( brak drzew, a więc i brak możliwości skrycia się przed słońcem, stąd ta wielce wyszukana nazwa pola). Tam też właśnie mieliśmy zapuścić korzenie na najbliższe lata, zaprzyjaźniając się z miłymi właścicielami. Przyjazd kolegów przyniósł, oprócz oczywistej radości, lekkie wsparcie finansowe i znowu można było żyć jakby pełniej.

Rozpoznanie zostało poczynione, miejsce pokochane. Można było wracać.

Z pierwszego wyjazdu pozostała mi na długo choroba zwana miłością. Kilkuletnia do dziewczyny, dożywotnia do Unieścia, naszego Morza Bałtyckiego i piaszczystych, złotych plaż.

 

 

Rok później wróciłem do Unieścia z ekipą dużo słabszą, właściwie: tylko z Ogonem i jego znajomymi. Ogi był uczniem XI LO, mieszkał na Bohaterce, i poprzez moich kolegów z klasy budowlanej, został naszym dożywotnim kompanen i przyjacielem. Znajomi kolegi wakacjami za bardzo się nie przejmowali, bo dopiero co dostali się na wymarzone studia – prawo i medycynę – i właściwie od razu zaczęli się uczyć, nie zwracając uwagi na morza szum, ptaków śpiew i tym podobne pierdoły. Jako że ja się na prawo i medycynę nie dostałem, a do matury miałem jeszcze rok bez mała, to zostałem wyautowany poza nawias wypadowej ekipy. Pozostało mi więc zabijanie wszechogarniającej nudy. Było z tym ciężko. Próbowałem ze współlokatorem podnamiotowym zabić czas, ale ten pochłaniał w przeciągu trzech dni na oko dwie trzystustronicowe książki i na pewno jedno piwo, więc nie za bardzo nas ku sobie ciągnęło. Samotne włóczenie się po nadbałtyckiej krainie zaczynało mnie mocno męczyć.

Ale tylko do czasu. Któregoś popołudnia konsumowałem sobie w ciszy namiotu jakowąś lekturę wakacyjną i wtedy do moich urlopowo wyczulonych uszu napłynął, wraz z powiewem wiatru, dialog:

– Ja już mam dosyć piwa!

– No to co, jutro wódka?

– Jasne, że tak.

Akcent osobników rozmawiających za materiałową ścianką mojego namiotu pozwalał zgrubnie określić miejsce ich zamieszkania. Gdzieś na zachód od Krakowa. Zagranica, ale bliska. Bliska, ale zagranica. Lektury mi się kończyły, towarzystwo z wakacyjnych kursów naukowych było hermetyczne, wobec czego postanowiłem się z zagraniczniakami zakolegować. Wyskoczyłem czym prędzej z namiotu i w ostatniej chwili dostrzegłem wielkiego człowieka wchodzącego do telewizyjnego kontenera.

Raz kozie śmierć – pomyślałem – teraz zaatakuję albo zgnuśnieję na amen. Wkroczyłem energicznie, jak meduza na płyciznę.

– Dzień dobry! Podsłuchałem właśnie, że koledzy jutro będą konsumować. Mógłbym się przyłączyć?

– Co konsumować? Pić znaczy? – największy starał się złapać, o co mnie kaman.

– No tak. Znaczy pić. To można?

– Jasne że tak! Esu z Jastrzębia! – przedstawił się kolos.

– O. A czemu tak dziwnie, Esu?

– No bo po ojcu Kuta dajesz (e)s. No i masz. Więc  Es. Esu, nie?

– Noooo.

I tak to poznałem chłopaków z krainy węglem płynącej – Jastrzębia-Zdroju. Bartosz, Wacek i ich koledzy. Niezwykle miło było posłuchać, jak się żyje gdzie indziej. Co się czyta, czego się słucha i co i jak się pija. Chociaż to ostatnie – jak wszędzie: dużo i często. Znaczy: po polsku. Znaczy: nie taka znowu zagranica ten Śląsk.

Chłopcy interesowali się głównie sportem, muzyką i konsumpcją. To wystarczyło, żeby nawiązać bliższą znajomość. Do tego Wacek potrafił grać na gitarze – a dla mnie to było coś! Tym bardziej, że nauczył się grać samodzielnie – ot, kiedyś i gdzieś w głowie urodziła mu się myśl, żeby na gitarze grać. No i Wacek poszedł na koncert Elektrycznych Gitar, stanął w pierwszym rzędzie i popatrzył, jak Pan Doktor Sienkiewicz gra. Potem w domu zaczął po Panu Doktorze powtarzać i powtarzać – w koło Macieju (nota bene: tak miał Wacek na drugie). Wacek-Maciek. Jak chuj i koń – tak on twierdził, moim zdaniem bezpodstawnie. Prawie. Bo przecież Wackiem chłopcy penisa nazywali zdrobniale, ale o co mu z tym koniem chodziło? Nie wiem. Wiem za to, że jak nasz Wacuś popił, to składał zażalenie do rodziców o kiepskie imiona.

Ćwiczył chłopak zawzięcie to granie, że aż krew z opuszków sikała, ale jego to nie zrażało. W końcu skóra na palcach stwardniała, a Wacek nauczył się grać. Gitarzystą akustycznym stał się przednim, przynajmniej jak na moje ówczesne „znam się”. Instrument nie wypadał mu z rąk, a palce chwytów nie gubiły, nawet w stanach przechodzenia w inny wymiar. Talent to był prawdziwy. Kult mu zanuciłem i już, trach! – chwyty połapane i dajemy „Baranka”, „Arahję” i inne różności… Wacław miał chyba nawet kilka własnych utworów – ale co to było?  Nie pamiętam.

Wiem za to, że odkąd trafiłem na przedstawicieli nadmorskiej kopalni węgla kamiennego z Jastrzębia-Zdroju, każdy następny wyjazd wakacyjny był przerażająco niesamowity.

 

„Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś” – ta zasada sprawdzała się w doborze towarzystwa znakomicie, nie tylko w trakcie wakacji. Muzyka zbliżała ludzi do siebie, pozwalała nawiązać pierwszy kontakt – a potem to już leciało. Zbliżanie najmocniej odczuwałem przy „Tacie Kazika” – ależ to się śpiewało!

Kazik ze swoim tatą nie miał łatwo – kto wie, ten wie, kto nie wie, może doczytać. Na długo przed tym, jak sobie te relacje poprostował w głowie, zaczął doceniać jego piosenki i postanowił je nagrać. Zespół Kult zrozumiał zamysł i w efekcie światło dzienne ujrzała płyta „Tata Kazika”. Stanisław Staszewski tym sposobem trafił pod strzechy. Kult na dobre wszedł do obiegu masowego – płytę kupowali i zachwycali się nią ci starsi, ci młodsi oraz ci w średnim wieku. A ja zostałem PIEŚNIAŻEM pól namiotowych. Była pierwsza połowa lat 90.

Ale to się śpiewało! Na gitarze nie grałem, ale Pan Bóg głosu mi nie pożałował. Mogłem wyć na całego, klaszcząc w dłonie:

 

Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek”*

*(Kult, fragment utowu”Baranek”)

 

Do wakacji całą płytę – a wyszła chyba w kwietniu – znałem na pamięć. Na polu namiotowym wyśpiewywałem a capella większość piosenek już po kilku piwach, a po kolejnych kilku wódkach na bis leciałem repertuar z wcześniejszych płyt. No i śpiewało się i piło, piło się i śpiewało, dziewczyny były i się śpiewało i się piło. Powstał rytuał wypadów wakacyjnych: od piosenki do piosenki, od zgonu do zgonu. Od piwa w ilości kraty, poprzez wina, szampany, wódkę ze sklepu, do królewskiego Royala a nawet spirytusu lotniczego.

Spirytus lotniczy smakowaliśmy któregoś wyjazdu całkiem niespodziewanie. Tak nas zmęczyło biesiadowanie, że nie mieliśmy kompletnie siły budzić o czwartej rano pracowników sklepów alkoholowych, co nagminnie nam się zdarzało. Postanowiliśmy więc powęszyć na naszym polu i trafiliśmy na żołnierzy służby zasadniczej, jakichś lotniczych jednostek, którzy to cudo, służące do wspomagania samolotów, pili hurtowo! Wypiliśmy więc z nimi, mieszając z wodą z kranu. Zapytacie jak wrażenia? Znakomite. Po pierwszej pięćdziesiątce rzygałem jak kot, po kolejnych wchodziłem na odpowiedni poziom upojenia.

Do „Taty 2” włącznie znałem wszystkie teksty Kultu i Kazika Na Żywo, Kazika saute i Kazika gościnnego – na pamięć, na wyrywki, razem z tekstami po angielsku, nie znając angielskiego. Z piosenkami Kultu było jak z mszą świętą. Słuchane tysiące razy, zapisywały się w głowie na zawsze. Dzień w dzień, płyta po płycie, przeplatane Dezerterami, Armiami, Farben Lehrami, Defektami, Muzgami, T. Lovami, Sedesami, Kolaborantami, Heyami, Bieliznami, Aptekami, Sztywnymi Palami, Różami. I Shakim Stevensem. I Oddziałem Zamkniętym. I Lady Pankiem. Te trzy ostatnie to tylko w weekendy, gdy następowała kumulacja stężenia alko w organizmie przepotężna albo trzeba było zagrać coś do tańca. A taka „La Bamba”, królowa imprez? Też była. A tych, których nie wymieniłem, serdecznie przepraszam, nie chcę nikomu sprawiać przykrości.

Teksty Kazika, a szczególnie te pisane dla Kultu, wchodziły mi do łba jak nóż w masło. Jeszcze się wtedy nie znaliśmy, ale Kazik swoim siódmym zmysłem coś chyba poczuł i od „Salonu Recreativo” zaczął tak pisać, żeby mój mózg już nie był w stanie tego spamiętać. Oczywiście pewnie lekko przesadzam, ale przyznam, że zapamiętywanie szło mi ciężej. Bo przecież miałem jeszcze Kazika solo, KNŻ oraz setki innych tekstów polskich zespołów do zapamiętania.

A szare komórki z każdym toastem umierały nieodwracalnie, i miejsce na twardym mózgu kończyło się błyskawicznie. Ale kto wtedy na to zwracał uwagę? Ja na pewno nie.

 

M11. Kiss-moll

M11. Kiss-moll

 

„Ja wiem że czasem są upadki i wzloty

Dziewczyny to nic więcej jak tylko kłopoty”*

*(Kazik, fragment utworu „Dziewczyny”)

 

Na wysokości podstawówki hormony mocno podkręciły gałkę VOLUME, a motyle jęły się obijać się o ścianki żołądka.

W pierwszej już klasie podkochiwałem się w Edzi. Wyglądało to tak, jak podkochiwanie się w pierwszej klasie podstawówy powinno wyglądać: gonitwy po szkolnych zaułkach, wpadanie na wybraną przez siebie koleżankę niby to przypadkiem, ale tak, żeby było wiadomo, że to za nią się biega z jakiegoś powodu. Edzia w klasie czwartej przeprowadziła się na drugi koniec miasta. Niestety – bo zostawiła po sobie puste miejsce w klasie. Na szczęście – bo miałem dzięki temu chwilę spokoju od podkochiwań. Dziecięce amory zabrała ze sobą.

Kinia była następna. Bujało się w niej pół klasy, to znaczy: z całą pewnością jej męska część. Wystartowałem więc w przetargu do serca Kini bez nadmiernej spiny. Jarałem się jednak chwilami ulotnymi jak szczeniak – bo i szczeniakiem byłem – kiedy niby przypadkiem zamieniliśmy słowo gdzieś na osiedlu. Znalazło się o niej trochę w moim pamiętniku, który w tych czasach prowadziłem,  a to już stanowiło znak, że się do tematu podchodziło jednak w miarę poważnie.

Kinia chodziła na anglika do osiedlowego domu kultury – czyli tam, gdzie ja na lekcje akordeonu. Instrument nie był jednak atutem, rzecz cała tłukła się o kant dupy, nie był to żaden lep na baby. Jasna sprawa, zamienialiśmy czasem słówko ale nic poza tym. Nie odpuszczałem specjalnie nie naciskając, ale gdzieś w okolicy siódmej klasy Kinia złamała mi zmysły. Ściślej: zrobił to jej tornister. Jeszcze ściślej: chodziło o zmysł powonienia.

Było to, mniej więcej, tak: coś tam chciałem od koleżanki, która była obiektem westchnień moich, najprawdopodobniej pożyczyć długopis. Ładnie poprosiłem, na pewno robiąc maślane oczy i niemal na pewno śliniąc się lekko w kącikach ust. Księżniczka zgodziła się przepiękną polszczyzną:

– Weźże sobie z teczki i daj mi spokój.

Niczym surówka uwolniona z martenowskiego pieca, która wlewa się do formy – wlałem się do teczki bez chwili zastanowienia. Rozszarpałem drżącymi palcami zamek, wsadziłem łeb do środka i nagle… BUCH! Odrzuciło mnie na metr z okładem. Trup. Tam musi być trup – tak mi się przynajmniej wydawało. Ale skąd zapach trupa w dziewczęcym tornistrze? I to jeszcze w tornistrze uczennicy najlepszej, Kini ślicznej, mądrej i jedynej w swoim rodzaju?

Grzebnąłem ręką i prawda wyszła jak na dłoni. Dziewczę – zakładam, że w celu utrzymania odpowiedniej figury – albo nie zjadało kanapek przyrządzanych przez mamusię, albo o nich zapominało. Uskładało się tego sztuk, jak sądzę, kilka. Pewnie w środku po parę deka polędwiczki albo boczku napchane było – bo gdyby było mniej, to by tak okrutnie nie śmierdziało.

Ale śmierdziało i czar prysł. Na zawsze.

 

 

*

 

 

Jedyna wycieczka, jaką zorganizowano nam w VII klasie szkoły podstawowej, była dla mnie prawdziwą szkołą życia. Dla kurażu zabrałem na nią dwa litry wina swojskiego, wieloowocowego, utoczonego w tajemnicy z tatowego gąsiora. Tak przygotowany mogłem podjąć wyzwanie i czerpać garściami z bukłaka życia, „patrząc przy tym na chmury w kolorze białym, natomiast niebo miało być przy tym niebieskie”.

Domek w Zawoi był typowym wykwitem góralskiej myśli budowlanej: kryty gontem, trzypiętrowy, a  im wyższe piętro, tym pokoi było mniej (dach musiał być bardzo stromy, żeby śniegi się zimą zsuwały miast zalegać).

Pani wychowawczyni podzieliła nas według sobie znanego klucza.

– Na górę dwie panny i trzech chłopaków.

Podniosłem rękę i wskazałem na nie dwie i na nich dwóch. Na ostatnim piętrze zastaliśmy dwa przytulne pokoiki: dwójeczkę i trójeczkę. W trójeczce zainstalowaliśmy się my, to znaczy: ja i dwa Sławki. A obok nas – o bicie serca! – Ona i Ona. Taki układ kwaterunkowy budował aurę tajemniczości ze szczyptą podniecenia. Czując wiszące w powietrzu napięcie, wieczorkiem podlaliśmy się delikatnie, tak na odwagę. W końcu byliśmy zaproszeni do koleżanek, a nie wiedząc co taka wizyta może przynieść, luzowaliśmy napięcie winem. Nasza miejscówka odizolowała nas nieco od reszty klasy, i co najważniejsze, od wszelkiej wychowawczej opieki. Nikt nas nie nawiedzał, nie niepokoił – więc już na początku postanowiliśmy tej swobody pokosztować. Chłopacy w pokoju dziewczyn! Tego jeszcze w moim życiu nie grali.

Wieczór u nich był dziwny i elektryczny. Próbowaliśmy rozmawiać, żartować, szukać wspólnych tematów. Ciężko było się w tym odnaleźć, nawet po małym winie. Jakaś nieznana nam aura wiła się wokół. Byliśmy jeszcze na nią za krótcy i kompletnie w niej nieobyci. Nie to co one. W końcu dziewczynki, a szczególnie te dwie, były „chop do przodu” z życiowym rozpoznaniem pewnych sytuacji w stosunku do chłopaków-rówieśników. A już na pewno do nas. I to rozpoznanie, poczynione gdzieś z kimś, wcześniej, postanowiły na nas kontynuować. W mojej parze, która wyklarowała się dość świadomie, sprawy poszły do przodu zaskakująco sprawnie. Przewodniczka życia wiedziała na jakie szlaki skierować chłopięce zainteresowanie. Tym bardziej, że leżałem obok niej niczym kłoda. Niespodziewanie więc stało się to co miało się stać. Robótki ręczne w które zostałem wplątany, niczym uczeń na ZPT, przyniosły nowe doświadczenia. A nawet lekki szok, na który nie byłem do końca gotowy. Mleko się więc rozlało a ja ulotniłem się jak Dżin. Do swojego pokoju.

Kontaktów z dziewczynami miałem chwilowo dość.

To wydarzenie było pod koniec kwietnia. W drugiej połowie maja sprawy zaczęły się dziwnie plątać. We wrześniu sytuacja była już totalnie zagmatwana. Ale pierwszy fetor uniósł się zaraz po powrocie z wycieczki do domu.

Najpierw do szkoły przyszła Ona. Oko miała takie, jakby poprzedniego dnia zniesiono ją z ringu po nokaucie. Śliwa była dowodem niedawnego bliskiego spotkania z pięścią i podejrzewałem, że raczej nie chodziło o to, że zupa była za słona.

Kiedy wracałem z jakieś majówki kościelnej, w oddali pojawił się ON. On – czyli chłopak jej. Na rowerze podjechał, na dystans stu może metrów. Obserwował. ONEGO nie znałem, ale wściekłość do siebie czułem nawet z tej odległości bardzo wyraźnie.

U, u, u, u, u, u, umarłem? 

Gdyby to były Stany Ameryki Zjednoczone, to pewnikiem ON łeb by mi odstrzelił. A gdyby nasze losy splotły się 30 lat później, potraktowałby mnie małopolskim zwyczajem maczetą. Na bank. Wtedy zaś, czując zagrożenie i chcąc uniknąć kompromitacji w oczach kolegów, zacząłem dyskretnie spierdalać w kierunku domu. Długie nogi niosły mnie przyzwoicie, mimo strachu który je paraliżował. Nie biegłem co prawda, ale szedłem nienaturalnie szybko – coś jak Korzeniowski przed dyskwalifikacją na olimpiadzie za kilka lat. Jego rower unosił się prawie nad chodnikiem, tak ze 30 centymetrów, jak w piosence hip-hop, za kilkanaście lat. A że koła w rowerze miał wielkie, zajechał mi drogę na wysokości lodziarni, za moim blokiem. Lodziarnia była na uboczu, nie działał jeszcze, miejsce na atak było więc idealne. Tam też rzucił się na mnie z piąchami.

– Co ty sobie kurwa myślisz? Moją dziewczynę podrywasz? – wrzeszczał. – Ja ci pokażę, gnoju! Ty frajerze jeden, ZA-JE-BE-CIE!

Odparłem pierwszy atak swoimi chudymi kończynami i skończyło się, chwała Matce Umajonej Opiekunce Napastowanych, tylko na szarpaninie. Dokładniej, na szarpaniu mnie. Obyło się bez klasycznego „strzała w ryj”, za to jego plwociny wylądowały na mojej opryszczonej twarzy, czemu towarzyszyły słowa o potężnym ciężarze gatunkowym. Poznałem dzięki temu masę nowych przekleństw i dowiedziałem się, „co się ze mną stanie, jak on mi ufać przestanie”. I żebym jak na spowiedzi gadał, co się wydarzyło na wycieczce pomiędzy mną a nią.

Wystraszyłem się nie na żarty. Skoro dziewczyna miała podbite oko za nic, to co mogło czekać mnie? Wyobraźnia zaczęła mielić sceny z filmów i książek. Wypalanie oczu, wyrywanie języka, pozbawienie paznokci, przypalanie, krzyżowanie, biczowanie i cementowe buty – tego wszystkiego obawiałem się doświadczyć w najbliższej przyszłości. Szkoda, że nie było w okolicy konfesjonału, bo zacząłem się bezwiednie spowiadać z całej wycieczki – oczywiście dyskretnie pomijając pikantne detale, których i tak było jak na lekarstwo. Z powodu braku kratki, która normalnie zapewniałaby odrobinę dystansu od spowiednika, zacząłem się jąkać. Natomiast agresor buchał mi z odległości centymetrów w twarz dymem z carmena.

– My-my-myśmy nic nie-nie-nie robili! Naprawdę! – skuczałem, a oczka zachodziły mi strachem, kiedy zaczął mnie ściskać za tę część ciała, która w przyszłości miała być bicepsem.

– Kłamiesz! Spaliście razem! – sugerował coś, o czym nie wiedziałem.

– Nie spaliśmy, no co-co-co co ty! Ja z dziewczyną? Ni-ni-ni nigdy! Z kolegami spałem. W innym pokoju. Na serio. Mogą to po po potwierdzić – terkotałem szybko, nie zdając sobie w sumie sprawy, o co naprawdę chodzi w „spaniu z kobietą”.

Czeski film trwał w najlepsze. Na szczęście spowiedź została wysłuchana, zaakceptowana a w ramach pokuty miałem donosić ONEMU, z kim ona się spotyka i kiedy. Pierwszy raport miałem złożyć za dwa tygodnie o godzinie 19.00.

– W tym samym miejscu. A teraz zdupcaj – Typ nakazał, po czym splunął mi pod nogi i odjechał.

Skończyło się na jednym spotkaniu, chociaż ON chyba mnie polubił. Nie miałem nic ciekawego do przekazania, więc to ON sprzedał mi parę swoich bandyckich opowieści i nigdy go już nie spotkałem. Na szczęście. Ona też długo nie pochodziła do ósmej klasy. Okazało się, że będzie mamą. Dzięki takiemu „wprowadzeniu” w świat relacji damsko-męskich na następne kilka lat dałem sobie spokój z dziewczynami.

No bo po co miałem mieć  kłopoty? Dziewczyny to częściej upadki niż wzloty.

 

 

 

*

 

 

 

Przed moim osiemnastkowym party, Koleżanka z pobliskiego XI Liceum, z którą chodziłem do podstawówki i nawet się w niej podkochiwałem do czasu afery tornistrowej, dostała bojowe zadanie zorganizowania jakichś dziewcząt na imprezę. Amory do Kini przeminęły z wiatrem, ale solidne stosunki koleżeńskie pozostała forever.

W naszej klasie w technikum były same chłopaki. W całej szkole – dziewczęca posucha. Do tego mało kto wtedy miał dziewczynę na stałe, poza Sową oczywiście, a i z dziewczynami nikt na tyle blisko nie bywał, żeby skłonić damskie towarzystwo do przybycia na tę czy inną imprezę. Raz, że byliśmy wstydliwi. Dwa, że za bardzo podkochiwaliśmy się w alkoholu i przez to wychodziła nam nie raz słoma z butów i mózgów, a to w oczach dziewcząt dyskwalifikowało nas szybko. Trzeba się więc było ratować znajomościami w liceach i liczyć na szczęśliwy los.

Na mojej imprezie wszystko zagrało: Kinia przyprowadziła kilka koleżanek ze swojej klasy. Wśród nich była mała dziewczynka w sukience w grochy. Z mojej strony zaiskrzyło od razu. W końcu od czasów podstawówki założyłem sobie bana na dziewczyny i prowadziłem się niczym kleryk w klasztorze. Tego dnia jednak lody życia w celibacie zaczęły topnieć, lejce się poluzowały – i od początku imprezy myślałem, jak tę młodą damę poderwać.

Osiemnastka była obfita. Rodzice zostawili lokal do dyspozycji i jedzonko najróżniejsze mamusia przygotowała – w zamian za obietnicę, że będzie porządeczek, a jak alkohol się pokaże, to tylko symbolicznie… Tyle było kształtowania wizerunku, bo skończyło się podręcznikowo, czyli : „zastaw się a najeb się”.

Wódeczka lała się strumieniami, jak woda z Wodogrzmotów Mickiewicza. Gramofon wyrzucał z siebie piosenki jak karabin maszynowy. Było przemiło, głośno i uroczyście. Zaszczycili mnie obecnością koledzy z klasy, koledzy-starszaki, wreszcie: licealistki, które miały podnieść level imprezy do takiego levelu, któregośmy wcześniej nie spotykali, bo wcześniej zawsze brakowało tzw. pierwiastka kobiecego.

Prezenty, jakie wtedy dostałem, mam do dzisiaj. Od chłopaków – The Doors i Republikę w analogach ( STOP. Kto mi Republikę zajebał?), trochę alko i inne drobiazgi. Gramofon grał prezentami, do tego ukochane płyty Kultu szły jedna za drugą i zabawa kręciła się jak trzeba.

Do momentu, w którym Kinia zaczęła młócić wódeczkę z kolegami-starszakami na szklanki. To były prawdziwe mistrzostwa globu, a panna była przygotowana perfekcyjnie. Po latach miało się okazać, że w domu spożyła kostkę masła, a część wódki, na pozór przyjmowanej do wnętrza organizmu, wlewała do maminych kwiatów. Tym sposobem jednemu z mistrzów odebrała koronę, rozłożywszy go na łopatki trzecią pitą szklanką. Następnie  sama z nudów i braku zajęcia godnego gwiazdy zaczęła didżejować. Zimny pot mnie oblał, gdy tylko dotarł do mnie dźwięk igły szorującej po płytach. Raz, drugi, piąty.

– Zostaw, pomogę! – błagałem.

– Sama potrafię, puść! – szczebiotała, nie wypuszczając z ręki gramofonowego ramienia. Ale odpuściła, bo się chyba zorientowała, że od dłuższej chwili nie wydobywa się z głośników żadna muzyka, a wyłącznie zgrzyt, męczący nawet pijanych.

Nad ranem towarzystwo poległo i zaczęło ewakuację. Ostatkiem sił wymieniłem numery telefonów – dodam, że stacjonarnych, bo innych nie było – z grochową panienką i oczyściłem lokal z wódczanych opakowań. Hop, przez balkon, w lewą stronę, za żywopłot. Hop, hop, z piętnaście flaszek. W mieszkaniu zostały trzy – jako świadectwo umiarkowanego spożycia i kulturalnej, na całe osiedle, zabawy.

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie sąsiadka, która zaraportowała o magazynie pod blokiem. Ale dowodów potwierdzających donos szczęśliwie nie było – butelki stanowiły realny pieniądz, więc bezdomni wyzbierali je skoro świt, a mnie się upiekło. Gdyby wszak rodzice zobaczyli, jak wiele możemy, byłbym winien zawału lub zawałów nawet.

Te rekordy spożycia biliśmy z osiemnastki na osiemnastkę. Po pierwszej wspólnej gloryfikacji osiemnastki u Sowy szampan nam został i do niego butelka wódki. Szampana opróżniliśmy jakoś niechcący kilka dni później w szkole – i o piczy włos, a wylecielibyśmy ze szkoły, bo któryś nieroztropnie zostawił pustą butelczynę w kiblu, zamiast wynieść z budynku. I zrobiła się afera jak ta lala, że ktoś spożywa w szkole. Na szczęście nieroztropny pozostał niezidentyfikowany i po raz kolejny upiekło się nam grupowo i mnie osobiście… Kolejnych przypadków picia w szkole raczej nie było, bo po imprezach zazwyczaj nic nie zostawało.

Czesiek swoją osiemnastkę zorganizował w niedokończonym domu pod Krakowem. Miejscowość zwała się i zwie Słomniki. Leżała i leży na trasie Kraków–Warszawa. Zaopatrzeni byliśmy odpowiednio, w laboratoryjnie wymieszanego Royala z przegotowaną perfekcyjnie wodą. Docieraliśmy autobusami na lokalny dworzec, a stamtąd tata Czesława, nauczyciel w nowohuckim elektryku, przerzucał nas na miejsce akcji właściwej samochodem. A może nawet wartburgiem?

Wszystko wyglądało znakomicie jak jeszcze nigdy. Dom był w stanie półsurowym, a niecałe dwieście metrów kwadratowych było tylko dla nas. Były koleżanki Kini, była grochowa panienka, było też kilka świeżynek (właściwie to dwie). Przy znakomitej jak zawsze muzyce party rozwijało się wspaniale. Być może wpływ na to miało także czystsze pozamiejskie powietrze, ale może nam się tylko zdawało, że było czystsze. Kto się wtedy przyjmował smogiem? Woleliśmy żyć pełnią picia. Życia, znaczy. Życia.

Tak czy inaczej kombinacja podmiejskości, stanu surowego i damskiego towarzystwa pozbawiła nas jakiejkolwiek kontroli nad tempem konsumpcji. Niektórych poniosło na tym etapie okrutnie. Na mnie Grochowa strzeliła focha, ja popuściłem lejce jak Kmicic w Rozłogach, a Staszek Stachowicz zaproponował grę dla rozrywki i odwrócenia uwagi od napinającej się niepotrzebnie sytuacji. Gra była prosta jak matura z rosyjskiego, dla średnio ogarniętego znawcy bukw, a zasady klarowne: należało w szybkim tempie pokonać półlitrową butelkę roztworu royalowego – a na zwycięzcę miał czekać taniec z nowo poznaną koleżanką. Taniec z tych wolnych oczywiście.

I poszliśmy ostro. Z braku soku do zapijania, popychaliśmy zajzajer wodą spod ogórków. Jedynym płynem który poza wodą z kranu pozostał na imprezie. Lokalne powietrze rzeźwiło młode organizmy, więc te długo nie chciały się poddać strasznej sile przyjmowanej trucizny. Pojedynek się przeciągał, pojawiło się nawet coś w rodzaju kibicowskiego wsparcia. Nikt jeszcze tak idiotycznych zawodów nie widział, wiec z braku ciekawszego zajęcia, konkurencja przyciągnęła widownię. Do czasu. W końcu jednak szóste prawo Alkoholidesa zadziałało i padliśmy.

Osunąłem się do poziomu z otwartymi na oścież oczami. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że inaczej nie mogłem. Przestały bowiem funkcjonować nie tylko członki, ale także powieki. W takiej pozycji byłem, kiedy pojawił się nade mną niespodziewanie tata Cześka. Nie mógł nijak uwierzyć w to, co zobaczył. Jak się wyjaśniło po chwili, nie opuścił lokalu, ale dla bezpieczeństwa czuwał nad nami ukryty w garażu – a kiedy już byliśmy bliscy przekroczenia granic innego wymiaru, pojawił się niczym anioł stróż. On: nauczyciel Technikum Elektrycznego, znakomity wychowawca i przyjaciel młodzieży.

A z głośników usłyszałem bardzo wyraźnie słowa Kazika:

 

Produkują wódkę, tak dużo, dużo wódki
Bo im tylko, tylko o to chodzi, abyś sam sobie szkodził
Abyś sam nie mógł myśleć, abyś sam nie mógł chodzić”

 

W młodości życia brałem teksty ulubieńców za dosłownie. Co nie zawsze było wskazane i rozsądne jak można przeczytać wyżej.

M10. Orkiestrowy Punk-dur

M10. Orkiestrowy Punk-dur

 

Ważną pozycją koncertową na mapie mojego muzycznego życia były kolejne edycje Punkowej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jak się w pewnym momencie okazało, robił je niejaki Janusz Krzeczowski – już wówczas prężnie działający organizator koncertów, głównie punk rockowych. Pierwsza POŚP, w której brałem udział, była jednocześnie drugą robioną przez Krzecza.

Odbyła się ona na Alei Piłsudskiego w hali Sokoła, Roku Punkowskiego 1994. Dotarłem tam – po sylwestrowych, przeciągniętych do granic możliwości balach za miastem – z wielkim trudem. Mało co nie zginąłem pod kołami samochodu, próbując uciec koleżance, która spotkała mnie, i  stwierdziła że nie żyję i powinienem z tego powodu umierać w domu a nie na koncercie . Ale ja czułem inaczej. Alkohol ledwo uwolnił moją świadomość, gdy ledwie żywy, dotarłem na miejsce wydarzenia. Normalnie w takich stanach człowiek nie powinien żyć, ale tak jak orkiestra jest dla życia, tak i ja postanowiłem wtedy żyć dla orkiestry.

Kocioł przed halą był potężny. Pomiędzy całe mnóstwo punków desantowałem się niezgrabnie ja: wielki, szczupły chłop w dziwnej czerwonej, wzorzystej koszuli, podróbce ramoneski oraz z jeszcze dziwniejszym afro na głowie, które powstało z jej niemycia i odkładanej w nieskończoność wizyty u fryzjera. Stopień mojej degradacji wskazywał na mocną przynależność do środowiska punkowego. Musiałem się już tylko dostać się do środka.

– Po ile bilety? – zapytałem lekko bełkotliwie.

– Po dychu.

– To trzy dla mnie!

– A dla kogo? Z kim pan jest? – bileter zdziwił się lekko.

– A sam ze sobą!

– To trzy pieczątki się należą!

– To wal pan! – powiedziałem. I przywalili. Na jednej ręce, na drugiej i – za moją zgodą, a ku uciesze wszystkich – na czole.

Oznakowany wlazłem do środka. Tańczyć, kurwa, tańczyć mi się chce! Punkowe dźwięki ruszyły w żyłach krew, nogi zaczęły drobić kroki pogo, rozpędziłem się, żeby wskoczyć w środek tłumu i nagle… JEB! Salto mortale wykonałem niemal bezbłędnie – leżałem jak długi. Głowa i dupa, siostry dwie, bolały strasznie, bo przywaliłem w parkiet z całej siły. Punki podniosły mnie dość sprawnie, zgodnie z niepisanym zwyczajem, a kiedy stanąłem ponownie w pionie, wyrwałem się do tańca po raz drugi. I znowu to samo – JEB, salto mortale! Cholera, chyba jeszcze nie wytrzeźwiałem po czterodniowych baletach na tyle, aby królować na parkiecie…

Aha, no i nie jadłem od dnia poprzedzającego Orkiestrę. Postanowiłem się więc wycofać żeby zasięgnąć języka w kwestiach kulinarnych.

– Gdzie jest jakaś knajpa?! – szarpałem bramkarza przy wejściu, gdyż głód i kac osłabiały kontakt z realnym światem.

– Tam za rogiem, uspokój się! – pokazał mi drogę do restauracji ruchem zdecydowanym i jednocześnie niezwykle grzecznie zasugerował, że zachowuję się nagannie, co zagraża mi klasycznym wpierdolem.

– Przepraszam i dziękuję – szybko odrobiłem lekcję i zatoczyłem się we wskazanym kierunku. Lazłem po schodach: raz, dwa, trzy – tylko się nie wyjebać – pięć, sześć… Pić!

W wypełnionej po brzegi sali był jeden samotny wolny stolik – jakby na mnie czekał. Usiadłem, ująłem kartę w dłoń i na koń. Niestety, nie mogłem niczego odczytać, litery pływały mi przed oczami. Ale to nic nie znaczyło, bo mogłem jeszcze mówić. W oddali zamajaczyła kelnerka.

– Piwo i dwie setki poproszę, piękna pani!

– Co się pan tak drze? Nie ma alkoholu, prohibicja dzisiaj. Tylko jedzenie podajemy – wysyczała kulturalnie.

– Schabowy i wódka, błagam! – potrzebowałem paliwa, bo zapowiadała się długa noc.

– Nie ma, pijaku, wódki! To co, podać coś? – traciła cierpliwość ona.

– Schabowy i colę. Nie ma wódki! Skandal! – jeszcze łudziłem się ja.

– Też byśmy się napili – uśmiechali się ku mnie kolesie z pobliskiego stolika, wznoszący colę jak do toastu. Liczyli zapewne na mój dar przekonywania, który miał doprowadzić do podania napojów alkoholowych mimo zakazu.

– Zaraz umrę. Nawet piwa nie ma! – wyrzucałem w przestrzeń, a stolik obok śmiał się setnie, ubawiony całym mną. Jak się potem okazało na scenie, były to chłopaki z Sajgonu, które szukały czegoś na odwagę przed występem.

Posilony wróciłem tańczyć. Ale jak miałem tańczyć, skoro niepodlany szybko opadłem z sił? Zacząłem się więc w poszukiwaniu chwili spokoju szwendać tu i tam – i wlazłem na bekstejdż do zespołów, sam nie wiem jak. Chyba przez te trzy pieczątki (dzisiaj tak łatwo już nie ma). Za kulisami zasiadłem obok jakichś punków muzykantów jakbym był u siebie i zacząłem marudzenie. Było bardzo wiarygodne, bo podparte nieestetycznym wyglądem i wybitnie niekulturalnym zachowaniem.

– Ale bym się wódki napił! Nie macie co? No weźcie, poratujcie. Chło-pa-ki…

– Nie ma sprawy, masz! – butelka pojawiła się w moich rękach tak samo nagle jak niespodziewanie.

– O! – tylko tyle mogłem powiedzieć przed pierwszym i drugim łykiem. Coraz bardziej wdzięczny i napity kontynuowałem: – Uratowaliście mnie! Gracie tutaj? Jak się nazywacie?

– Ga-Ga, znasz?

– Jasne, Ga-Ga, Smalec i te sprawy. A Smalec gdzie?

– Gdzieś tu łazi. Podoba ci się dzisiaj? Dobra impreza, nie?

I zacząłem opowiadać, że wspaniała, tylko że parkiet śliski; że cztery dni mocno się bawiłem; że gram w siatkówkę i muszę w końcu wracać do treningów, bo mam dwa dni opóźnienia; że w ogóle to nie wiem, jaki dzisiaj jest dzień. I jeszcze że widziałem ich w Jarocinie, pół roku wcześniej, że w ogóle jest git.

Przy zespołach, jak to przy zespołach, kręcą się fani. I fanki. Jedna z się kręcących podeszła do mnie, bo jej się splątały lejce kumacji, a koniecznie chciała otrzeć się o jakąkolwiek gwiazdę. Patrząc przymilnie w moje zapijaczone oczy, zapytała:

– A ty? W jakim zespole grasz?

– Ja? – zdziwiłem się aż za poważnie, bo od wykonawców jednak odbiegałem wyglądem. – Sam jeszcze nie wiem.

To było ostatnie, co zapamiętałem z tej nocy.

 

 

 

***

 

 

 

Kolejne Punkowe Orkiestry Świątecznej Pomocy pan Janusz robił na hali Korony. To były wydarzenia wielkie – święta muzyki punkowej, a i samo miejsce świetnie się na te okazje nadawało. Na parkiecie można było potańczyć, a kiedy pogowicza morzyło zmęczenie, czekały na niego wygodne trybuny. Czas leciał szybko, mimo iż koncerty trwały po sześć-osiem godzin. Janusz ściągał kapele nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. Zaproszenie dostawał każdy, kto się liczył albo kto się liczyć miał. Z jednym zastrzeżeniem, poza zespołami z zachodu, reszta grała za zwrot kosztów. Dzięki zaangażowaniu Janusza otrzymywaliśmy w Krakowie prawie regularny, aktualny raport o stanie i kondycji krajowego punka.

Z zagranicznymi gwiazdami zdarzały się jaja niewąskie. Przemieszczanie się po Europie Środkowo-Wschodniej w  połowie lat 90. nie było sprawą tak prostą jak dzisiaj. Kłopoty z komunikacją, słaba siatka połączeń lądowych i lotniczych, wszystko to powodowało dla organizatorów kłopoty nie lada.

Na taki G.B.H., podczas POŚP, czekaliśmy gdzieś ze trzy godziny, bo utknęli na naszej południowej granicy, na dodatek stracili swój sprzęt koncertując w Czechach. Nie dość, że ich okradziono, to jeszcze zespół został zatrzymany, bo czeska policja stwierdziła, że kapela sfingowała kradzież. Wydawało się, że z ich koncertu nic nie będzie. Do tego inny zespół z zachodu, Toxoplazma, odwołał przyjazd i atmosfera zgęstniała strasznie. Jakimś cudem udało się G.B.H dojechać i na pożyczonym sprzęcie zagrać super koncert.

To chyba gdzieś wtedy miałem przyjemność poznać jednego z największych i najfajniejszych punków parających się muzyką w naszym dziwnym kraju. Oczywiście największy jeszcze wtedy nie był, w sensie gabarytów, bardziej taki konusowaty, ale lata potem, jak sobie sprawił siłownię w piwnicy, porzucił precz picie i zaczął się zdrowo odżywiać – stał się faktycznie wielki.

Pierwsza kaseta jego zespołu, która wpadła w szpony mojego sprzętu grającego, rozkładała na łopatki. Zaczynało się tak:

 

„Popatrzcie szpanerzy!

Jesteśmy mali i wstrętni

A jednak piękni

Bo mamy własne twarze!

jesteś niczym, jesteś zerem
komformistą i szpanerem
grzywkę ładną masz kolego
w szkole plusy w życiu start
w dyskotece bywasz często
głupie kurwy lubią cię
jesteś grzeczny i układny
forsą sypiesz, robisz szpan

lecz dla mnie gnoju jesteś gównem
pieniędzmi twoimi podetrę sobie dupę
splunę ci pod nogi i wytrę sobie tobą nogi”

( Psy Wojny, fragment utworu „Szpaner”)

 

Kolejny artysta wykrzykiwał mi w twarz, że trzeba być sobą. Że nie wszystkich da się wtłoczyć w okowy systemu, bo tak sobie ktoś wymyślił. Że trzeba mieć zasady, a każdy jest inny ale nie gorszy. Nastąpiła pełna identyfikacja z przekazem. Punk rock w najczystszej postaci.

Punk Rock made in Falon.

Wpadłem na niego podczas Orkiestry gdzieś na korytarzu. Przedstawiłem się jako wschodzący fan Psów Wojny i zaczęliśmy rozmawiać – trochę o muzyce, trochę o szarej codzienności. Falon obdarzył mnie sporym kredytem zaufania i szybko zorganizował wejściówkę do garderoby w której mogliśmy spokojnie pogadać. Zapamiętałem jego opowieści o skinach z Rybnika, którzy go notorycznie prześladowali. Falon nie był jednak w ciemię bity i stawiał im czoła dzielnie. A czasy były wtedy dla subkultur niełatwe. Bójki pomiędzy skinheadami i punkami były częste i krwawe. Trzeba było mieć charakter, żeby to wszystko przetrwać. I przeżyć.

Ani Falon, ani ja nie spodziewaliśmy się, że za kilkanaście lat później będziemy na trasie Galicja Productions pracować wspólnie nad wskrzeszaniem punk rocka w Polsce. Ja – jako współorganizator. On – jako lider Psów Wojny i szanowany artysta. I już jako starsi panowie polubimy się nawet bardzo. Jak pank z prawie pankiem.

 

 

***

 

 

 

Koncerty z opóźnieniem zdarzały się też krajowym wykonawcom. Rekord XX wieku dzierży w mojej pamięci zespół Armia – na jego koncert w kinie, zdaje się że Związkowiec, czekaliśmy ponad cztery godziny. Wcześniej jakieś supporty dwoiły się i troiły, żeby przeciągnąć czas, ale Armii ciągle nie było widać na horyzoncie. Coś jednak w powietrzu wisiało i kazało cierpliwie czekać. Może po prostu brak możliwości zwrotu kasy za bilety był tym magnesem, który nie pozwalał się oderwać od sali koncertowej? Całkiem możliwe.

W końcu nadciągnęli – i poszło! Energia zgromadzona przez godziny czekania wybuchła, kiedy tylko zabrzmiała Bananowa waltornia. Tańczyliśmy jak szaleni – po fotelach, po scenie, po sobie. Były nawet loty ze sceny. Niestety, ogólna liczba startów nie zgodziła się ostatecznie z liczbą bezpiecznych lądowań.

Zdecydował o tym koleś naalkoholizowany jak nieboskie stworzenie (zresztą zapewne dzięki temu wpadł na scenę tak zdecydowanie i pewnie). Na lataniu koncertowym może i się znał, ale… duży był. Dużo za duży. A przy tym wydawał się o wiele za ciężki jak na możliwości tłumu pod sceną. Ale to się okazało już po tym, jak wziął solidny rozbieg i wystartował.

Tłum wiedział lepiej co dla niego dobre. Nie chcąc ryzykować sobą, rozstąpił się, niczym Morze Czerwone, tym razem przed lotnikiem, a ten nawet nie zdążył usłyszeć komunikatu terrain ahead. Pozostał parkiet, lotnik i grawitacja. Łeb trzasnął o parkiet aż huknęło. Krew poleciała z nosa i uszu, przytomność z lotnika uszła. Ale wtedy tłum się zreflektował, wyciągnął ku niemu pomocne ręce i – w pośpiechu, bo przecież do tańca grano a miejsca było potrzeba – sprawdził rannemu tętno, usadził go w kinowym fotelu i powrócił do zabawy.

Kiedy wychodziłem, lotnik uziemiony jeszcze w tym fotelu siedział. Nieprzytomny, ale tak mi się wydawało, że spełniony do głębi.

 

M9. Wyjaz(d) d-ur

M9. Wyjaz(d) d-ur

 

Pierwszy wyjazd za miasto na koncert zrobiłem sobie w 1992 roku. Zaraz, zaraz – za kim ja wtedy pojechałem? Aha, za Kultem. Matko Boska Kolejoska, jaka to była wtedy eskapada: z kanapkami na drogę, trzema piwami na odwagę i dwoma przesiadkami , dotarłem wreszcie do Kielc. Po ośmiu godzinach. Dzisiaj w takim czasie można się dostać trochę dalej, np. na Teneryfę.

Zmysł organizacyjny już wtedy u mnie kiełkował, więc aby uniknąć niepotrzebnego zaskoczenia (nazajutrz miałem zakończenie roku szkolnego), ogarnąłem temat powrotny na Dworcu Scyzoryków i ruszyłem szukać hali sportowo-koncertowej. Nie miałem Google Maps w telefonie (zwłaszcza że i telefonu nie miałem), ale halę odnalazłem sprawnie. Już z daleka dobiegały mnie odgłosy próby zespołu, który mnie tu przyciągnął. Przed Kultem grać miał T.Love – a więc zestaw wykonawców był dobrany wzorowo jak na moje ówczesne potrzeby. Taka kumulacja dobra za pierwszym wyjazdowym razem to było coś.

Na początek Muniek z kolegami wprawili ludność miejscową oraz mnie, przyjezdnego fana muzyki polskiej rockowej, w miły nastrój.  Po godzinie z okładem na scenie zaczął instalować się Kult, główni bohaterowie i prawdziwy cel mojej wyprawy. Zmiana nastąpiła szybko i sprawnie.

Przemieściłem się pod barierki, zajmując strategiczną pozycję na samym środku, w pierwszym rzędzie. Na wprost samego Kazika. Kult rozpoczął i …

…długo nie pograł, bo zaraz po rozpoczęciu ich występu weszli na salę widowiskowo-sportową, równym żołnierskim krokiem – skinheadzi. Zgodnie ze sztuką tej subkultury: łysi, częściowo najebani, w większości agresywni,  w liczbie ponad 50 osób płci męskiej. Zespół zawinął się w przerażeniu za kulisy, publika – częściowo na trybuny, częściowo pod ściany, a ja niemalże szczałem po nogach ze strachu pod barierkami. Teraz już, kurwa, zginę – tak sobie myślałem – na bank. Ale summa summarum: umrzeć na koncercie, i to jeszcze Kultu – czemu by nie? Bohaterstwo jak diabli. (A kraj potrzebuje bohaterów, szczególnie bohaterów rocka, bo tu jest wieczny niedobór). Mało tego: jak zginę, to nie będę musiał – tak sobie myślałem – iść jutro na zakończenie IV klasy technikum, bo zmarli nie kończą szkół, a technicznych w szczególności.

Przesadzasz z fantazją, bracie – tak sobie też pomyślałem po chwili – bo po przecież zaraz ci po prostu najebią jak złoto i spędzisz wakacje w szpitalu, a dla mamy skończy się to już na pewno zawałem – o który otarła się w osiemdziesiątym siódmym.

(W osiemdziesiątym siódmym pojechałeś do Dębicy na wyjazd Hutnika i w drodze powrotnej dojebali ci szalikowcy Cracovii. Złamali ci nos, buta na lewej stronie twarzy odbili, mama zemdlała. A w ogóle to wcześniej powiedziałeś rodzicom, że to będzie Ojców, a nie Dębica. I że to wycieczka z kolegami, a nie wpierdol od kiboli. Chuj z tego, że obroniłeś barwy – jak bierzmowanie miałeś za tydzień, a ty, właśnie ty, miałeś czytać Pismo Święte na celebracyjnej mszy).

Osiemdziesiąty siódmy stanął mi ze strachu przed oczami, ale teraz byłem bogatszy o tamte doświadczenia. Pięć lat, życia szmat – wspiąłem sie więc szybko na barierki i chciałem wskoczyć na scenę. Wydawała się to idealna droga ucieczki. Niestety – wskok uniemożliwiali bramkarze wielcy jak niedźwiedzie. Szybko więc oceniłem sytuację i już wiedziałem, co zrobić. Przecież większa będzie chwała dać się sprać skinom niż bezmózgom w służbach porządkowych. Kij wam w oko, karki, nie dla was moja krew! – ryknąłem w myślach wybierając złe z gorszego.

Skini rozpanoszyli się, jakby byli u siebie. Coś tam wyli złowrogo, grozili pięściami, niejednego skopali po tyłku, gdy nagle ludzie z trybun ryknęli wspólnie, jakby ich jakiś Duch Święty natchnął: „Zabić skina, skurwysyna, zabić skina…”.

Wspaniale! – nie byłem sam, szanse przeżycia rosły. W sytuacji zagrożenia wyostrzyły się też zmysły i zobaczyłem, że skini, którzy tak tłumnie przyszli na sztukę, byli skinami w wersji mocno kieleckiej. Już wyjaśniam poprzez porównanie: znany mi z hali Wisły skin był monstrum nieokiełznanym, oglanowanym przepisowo w cieżkie buty, wielkim jak Smok Wawelski – a ci tutejsi to były jakieś wyroby skinopodobne, maksymalnie przedziwna podróbka skina klasycznego polskiego. Glany miało może z pięciu, inni byli nie tylko w trampkach, ale i w klapkach! Tłum na nich bluzgał,  a oni kręcili się po parkiecie coraz bardziej zmieszani i w końcu, zaskoczeni oporem werbalnym, poszli w pizdu. Dla mnie był to niezwykle szczęśliwy happy-end. Pozostało już tylko nacieszyć się koncertem Kultu i wiać w podskokach do domu przez ćwierć Polski.

 

Na promocję do następnej klasy ledwo zdążyłem. Ale warto było się zmaterializować żeby odebrać świadectwo, bo niespodziewanie dla wszystkich, wychowawczyni klasy, magister rusycystyki pani Maria, wybrała przewodniczącym tejże klasy, naszej klasy, na rok kolejny właśnie mnie. Była to zmiana nagła i niespodziewana: mojego poprzednika, Adama Filipka, przyłapano na buncie przeciw systemowi i odwołano go w trybie natychmiastowym. Bunt wyrażał się poprzez ubiór nie licujący z godnością podniosłej chwili, jaką było zakończenie roku szkolnego w klasie IV – kolega Filipek przyszedł na rozdanie świadectw ubrany, co najmniej niestosownie. Zresztą nie tylko on. Ale jego jako „funkcjonariusza” można było i wypadało ukarać.

Kiedy ja bawiłem w Kielcach na pierwszym wyjeździe za Kultem, koledzy na znak protestu przeciwko nie otrzymaniu promocji przez Staszka Stachowicza, postanowili przyjść ubrani w ostatni dzień nie klasycznie, na galowo, ale na bojowo. I zamiast garniaków i białych wyprasowanych koszul, założyli dżinsy i czerwone podkoszulki. Ponieważ wszystkie ustalenia odbyły się na dzień przed, w ostatniej niemalże chwili, nie byłem niczego świadomy, bo komunikacja na początku lat dziewięćdziesiątych nie była tak sprawna jak dzisiaj, wiec byłem ubrany, niestety-stety, odświętnie. To wystarczyło, żeby mnie jako wzór, mianować na szefa klasy.

Już wtedy wiedziałem, że „w życiu piękne są tylko chwile” i nimi trzeba się delektować dogłębnie. Tylko czy bycie przewodniczącym klasy to jakaś forma piękna? Nie sądzę. I nie sądziłem wtedy, że moja „kariera” potrwa tylko przez wakacyjny, wolny od szkoły czas.

Dnia pierwszego września roku szkolnego następnego odwołano mnie z funkcji i to także była zmiana nagła i niespodziewana. Tym razem to mnie przyłapano na buncie przeciw systemowym ustaleniom dotyczącym dress code’u – pojawiłem się na rozpoczęciu roku szkolnego w krótkich spodenkach. Gorąco było tego wrześniowego dnia, po wakacjach nie ochłonąłem jeszcze i tak jakoś wyszło. To był dla Pani Psor wstrząs. I takim oto sposobem karierę klasową zakończyłem błyskawicznie. Ambitnym pilotem nie zostałem.

 

„Ty chcesz wyżej, wyżej, wyżej, wyżej
Masz wielkie ambicje
Nie strach, nie błąd, nie krzyk
Pracujesz bez usterek
O, taki bezbłędny
Czysty i elokwentny
I, myślę, się nie obrazisz
Że nie ma nic trudniejszego
Niż znaleźć kogoś takiego
Jak wyżej, wyżej, wyżej, wyżej
Masz wielkie ambicje
Nie strach, nie błąd, nie krzyk
Pracujesz bez usterek”*

*(Kult, fragment utworu „Ambitni Piloci”)

 

 

P.S.

Góra z górą się nie zejdzie itd. Po latach od wydarzeń w Kielcach przyjechał do nas brat ówczesnej dziewczyny mojego brata. Opowiedziałem mu moją kielecką przygodę, a on lekko zdębiał. W 1992 roku był szefem  kieleckich skinów i to on ich na koncert Kultu przyprowadził. Rodziną ostatecznie nie zostaliśmy.

 

 

 

***

 

 

 

W którymś tam roku jedna z formacji Staszewskiego Kazimierza, raczek KNŻ, miała nagrywać materiał koncertowy dla telewizji w krakowskim studio telewizyjnym w Łęgu. Była to prawdziwa gratka dla fanów, ale jeszcze większa dla tych spośród nich, którzy koniecznie chcieli zobaczyć się w telewizorze. Bilety były skandalicznie niedrogie, więc zakupiłem ich 10. Zebranie na koncert kolegów w takiej liczbie nie stanowiło żadnego problemu.

Budynki studia TVP zamajaczyły nam na horyzoncie i od razu dokonało się pierwsze niemiłe zaskoczenie: tabuny małolatów piszczały, krzyczały i wyły wniebogłosy – podejrzewam, że taki amok wywołała właśnie możliwość uczestnictwa w rejestrowanym koncercie. (Większość młodzieży nie dysponowała jednakowoż wejściówkami, co potęgowało chaos).

Patrzyliśmy na siebie zaskoczeni i oszołomieni, bo takich scen się nie spodziewaliśmy. Kurde, coś mi się pomyliło chyba – tak pomyślałem. I poszedłem się na wszelki wypadek rozpytać, kto gra. Ruszyłem przez piknikowy tłum, w którym koszulki okołokazikowe migały z rzadka. Wejście było szczelnie zaryglowane, za nim stała poważna ochrona, a na drzwiach wisiała kartka: „W dniu dzisiejszym odbywa się rejestracja materiału zespołu KNŻ. Wejście tylko z biletami”.

Jednak się nie pomyliłem. Wróciłem szybko do kolegów i już wiedziałem, że coś mi nie pasuje bardzo i że nie chcę tam być. Tłum mnie w tym jakby utwierdzał, wydając okrzyki: „Kupię bilety!”, „Potrójną stawkę płacę!”, „Pięć biletów muszę mieć!”.

– Panowie, ja wysiadam – powiedziałem do kolegów – nie bardzo się w tym widzę.

– To co robimy? – towarzystwo było zaskoczone.

Plan skonkretyzował się natychmiast: rodzice byli na działce, więc zamiast kisić się w tłumie uczniów, można było wycofać się zgrabnie w pielesze wolnej chaty i wysłuchać materiału z płyt, popijając „caipirinhę w Porto Alegre”. Truskawką na tym torcie mógł być mecz Polaków, którzy kopali akurat z kimś tam w eliminacjach do czegoś tam. Kluczowy był jednak jeszcze inny element tego planu: bilety zamierzyliśmy oddać… no dobra: odsprzedać. Za bajońskie, ma się rozumieć, sumy.

– Jak sprzedamy z przebiciem razy dziesięć, to ja bym stąd pryskał – zakończyłem prezentację pomysłu.

Koledzy przyjęli przez aklamację i ruszyliśmy w tłum, nie spuszczając z ceny nic a nic. Po pięciu minutach byliśmy bogaci. Jeszcze raz rzuciliśmy okiem na wariactwo pod budynkiem. Sumienia uspokajała świadomość, że następny „normalny” koncert już za miesiąc i że nadrobimy. I tak uspokojeni na duszy poszliśmy spożywać alko.

 

 

 

***

 

 

 

Innym razem wyjazd rodziców na działkę znowu zbiegł się z przygotowaniami do koncertu. Zgrupowanie rozpoczęło się więc od kilkudniowej degustacji trunków różnorakich, a jego finałem miało być wielkie punkowe wydarzenie: wizyta The Exploited na hali Wisły. Ogon, Bocian, może Talent – taki był trzon naszej kadry.

Zgrupowanie trwało dobre trzy dni i kosztowało nas wiele sił. Im bliżej było pierwszego koncertowego gwizdka, tym sprawniej zaczęliśmy szukać wymówek, aby na koncert nie iść.

– Nie mam siły. Nie dotrę na Wisłę – mówił jeden.

– Zaraz się przewrócę, łeb mi pęka. Napijmy się lepiej – mówił drugi.

– Może chodźmy pod halę, sprzedamy bilety i wrócimy? Szkoda kasy w końcu – zauważył trzeci, najbardziej przytomny.

Bilety trochę jednak kosztowały. Gdybyśmy zdołali je sprzedać, można by było wypić w domowych warunkach jeszcze z kilkadziesiąt piw, resztę przestrzeni wypełniając muzyką z płyt. Z trudem pozbieraliśmy się do pionu i poszliśmy na przystanek, żeby za pomocą miejskiej komunikacji teleportować się do celu. Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce, udzieliła się nam aura wielkiego wydarzenia – i jednak postanowiliśmy udać się na sztukę.

Dobry to był pomysł. Hala Wisły posiadała przecież trybuny i można było się delektować punk rockiem także na siedząco. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie trybun i zanim zaczął grać pierwszy support, już spaliśmy snem mocnym. Przespalibyśmy pewnie i gwiazdy wieczoru, gdyby nie przypadek. A może to Archanioł Gabriel celowo zesłał nam tego chuja złodzieja?

W trakcie drzemki ktoś postanowił mi, nie wiedzieć czemu, wyszarpać spod głowy katanę. A przecież katana Levisa to nie było byle co – bez mała pół wypłaty albo lepiej kosztowała, zdobyć ją było niełatwo, więc pilnowałem jej jak wątroby. Nawet śpiąc. No i właśnie w trakcie snu głębokiego a pijackiego, kiedy to organizm więcej poza spaniem nie potrafi, mój łeb na niej złożony zaczął energicznie podskakiwać, a ręka, do której przywiązana była kurtała, zapragnęła mi odpaść. Trwało to wszystko dobrych kilkanaście sekund. Potem skojarzyłem związek skutku z przyczyną i wróciłem do świata jako tako przytomnych.

– Co ty, kurwa, robisz? – zapytałem grzecznie, zaraz po otwarciu oczu, widząc przed sobą gnoja szarpiącego moją własność z poziomu płyty. – Zostaw moją katanę!

Reakcja musiała być błyskawiczna i była. Podniosłem dupę, trzymając kurtkę jedną ręką, wychyliłem się z trybuny i drugą zacząłem okładać niedoszłego złodzieja po łbie. Ten się nie poddawał, ciągnął okrycie ile sił, a z mordy nie schodził mu cwaniacki uśmieszek. W końcu moje ciosy zaczęły robić na złodzieju wrażenie, a że koledzy stopniowo budzili się w trakcie zamieszania, to typ, czując naszą przewagę,  zaczął uciekać. Miał farta, że byliśmy mocno zmęczeni, bo tak łatwo byśmy mu nie odpuścili. Na szczęście katana została obroniona, siły zaczęły wracać, a na scenie zaczął się występ gwiazdy wieczoru. Budzik w postaci złodzieja zadzwonił punktualnie.