2M. B-moll młodego wioślarza.

2M. B-moll młodego wioślarza.

Wprowadzenie w świat dźwięków szło wielotorowo. Szpulak „święty” nie był zabawką dla dzieci, nie wolno nam było na jego organizmie eksperymentować. Przecież można było jeszcze pokasować tatowe nagrania albo poniszczyć taśmy. I co by było? Klops.  Chcąc jednak dać nam coś tylko naszego, rodzice wystali w kolejce – zupełnie przypadkowo, bo poszli pewnie po trampki – magnetofon Grundig. Taki zwykły najzwyklejszy ale dla mnie kosmiczny i magiczny jak diabli.

Pamiętam, że miał nawet specjalny kabel. Ten kabel to po to, żebym mógł się wpiąć w telewizor czy radio i nagrywać dźwięki na kasety. Te kasety następnie katowałem na maksa. Leciały wtedy w telewizji jakieś krótkie programy muzyczne, może to i była jakaś lista przebojów, w każdym razie: leciały teledyski. Postanowiłem nie czekać na łaskę TVP, tylko połapać sobie grane kawałki na taśmę. Żeby je odtwarzać sobie kiedy mi się tylko zamarzy.

Pierwsze podejście miało nastąpić akurat w trakcie wizyty u cioci Ireny – siostry mamy, znaczy się. Rodzice po długim namyśle pozwolili mi zabrać do niej, a mieszkało wujostwo na pięknym osiedlu Sportowym w Nowej Hucie, kaseciaka i dzięki temu nagrałem samodzielnie na nośnik swój pierwszy kawałek. Takie rzeczy się pamięta na zawsze. Był to Lady Pank:  „Fabryka małp”.

Siadło jak złoto – dwa dni katowania utworu i jego tekst znałem na pamięć.

 

Fabryka małp.
Fabryka psów.
Rezerwat dzikich stworzeń.
Zajadłych tak.
Że nawet Bóg.
I Bóg im nie pomoże
. *

 

*( Lady Pank, fragment utworu „Fabryka małp”)

 

Magnetofon miałem, „Fabrykę małp” znałem na pamięć, ale nie miałem kasetoteki. Nadszedł wiec czas na kolekcjonowanie kaset. Jako pierwsi zaopatrywali mnie w muzę na tym nośniku koledzy wujka Staszka z Leszczyny, którzy jeździli po Wiejskich Domach Kultury oraz remizach i na tamtejszych dyskotekach odtwarzali utwory do tańca właśnie z magneciaka. Ich zasoby muzyczne liczyły się w tysiącach utworów. Tak mi się wydaje. Kilkadziesiąt z nich dostałem na dobry początek. Przegrane na moją własną kasetę. Było tam wszystko pod co dawało się tańczyć. Włoskie dicho i inne zachodnie dicho. I polski dicho rock.

Prułem do przodu z muzyczną edukacją jak torpeda.

***

W podstawówce było ich dwóch. W zależności od punktu widzenia muzycznym bogiem mógł być tylko jeden z nich, a temu drugiemu przypadała rola dupy bladej. Między nami, zwykłymi zjadaczami maminych kanapek, oznaczało to podziały na śmierć i życie. Jasna sprawa, że byłem za bogiem.

A imię jego było Shakin’. Dogmat o boskości Shakina  Stevensa (czy tam Shaky’ego, bo i tak go podobno nazywali) wyznawała większość z nas, chłopaków – nawet ci, których muzyka za bardzo nie interesowała. To była taka, wiecie, solidarność fiutów. Dziewuchy miały swojego króla. Króla ondulatora Lihmala.

Pierwszy raz miałem swojego prawdziwego idola. I pierwszy raz na punkcie swojego idola odleciałem na bogato. Plakaty Shakina? Jasne i za każde pieniądze. Zdobyłem raz taki z wielkim bożym zdjęciem na środku i miniaturkami wokół, przy czym bóg przybierał na nich różne pozy taneczne. Wpatrując się w pozy, przez tydzień uczyłem się tańczyć i mało sobie paluchów u nóg nie połamałem. Warto było, nie powiem, bo potem na dyskotekach nie musiałem podpierać ścian. A co! Rock and roll, kurwa!

W tygodniku  „Razem” napisali, że bogu to tylko w białych butach chodzi. Moja odpowiedź była błyskawiczna. Miesiąc biegałem po Nowej Hucie i nagle, gdzieś na osiedlu Szkolnym czy Zielonym, znalazłem! Buty! Były piękne, białe, na rzepy i za kostkę. Shakin tylko w białych chodził więc liźnięcie boskości dokonywało się wzorcowo.

Tyle że wiosna się zbliżała, chlapa była straszna i buty upaprało mi szybciutko. (Nie miałem kogo obwinić, więc nienawiść skupiłem na źle uczesanym fiutku, co kradł serca naszych koleżanek – jak mu tam było, Limahl?). Sytuację uratowała mama: w ruch poszło mydełko nomen omen szare i z butów szarych, zrobiły się na powrót białe. Na miesiąc może. Potem znów były szare i brzydkie jak Polska w drugiej połowie lat 80.

Buty butami, ale kolejnym sprzętem, jaki w pokoju moim (i brata) zagościł, było radio Unitra Diora. Cech zajebistych miało bez liku co najmniej kilka. Na przykład długie kable pozwalały ustawić kolumny tak, żeby stereo (tak, stereo!) brzmiało jak najlepiej, najpełniej, naj naj. Przed Grundigiem stanęła otworem cała Lista przebojów Programu III. Można już było wybierać, przebierać i szukać nowych muzycznych idoli… I nagrywać do bólu.

Ale, ale! Zanim zacząłem łapać trójkowe hity, nagrałem sobie cały album na kasecie. Padło, chyba przypadkowo na Modern Talking. A może i nie przypadkowo? Może tę płytę wyklęczałem na kolanach, czekając tydzień na audycję? Nie wiem. Wiem za to, że zespół był mocno lansowany i to bzdurne „Cherry Cherry Lady” wpadło mi w ucho. Cała płyta, którą mogłem odtwarzać sobie w domu dowolnej chwili, pokazywała też nowe oblicze wykonawców. Trzeba było wysłuchać ze czterdzieści parę minut muzyki  i nie zawsze było to cherry.

Pierwszy adapter jeszcze był w tym czasie. Kuzyn Wiesiek mi go lunął. Znaczy sprzedał (tak, ten kuzyn, co to na akordeonie umiał grać). 300 złotych własnych, zaoszczędzonych pieniędzy poszło bez żalu. Nazajutrz rano w te pędy pobiegłem do sklepu muzycznego i pozwoliłem sobie na płytę. Za 500 złotych. Kurde, kasa wtedy nie miała praktycznie żadnego znaczenia. Żadnego.

Nie, nie w tym sensie, o jakim myślicie – ona po prostu była, tyle że dupala można sobie nią było podcierać, gdyż z kupnem czegokolwiek był już spory problem (zaraz, czy ja już pisałem o papierze toaletowym?…). Ale płyty były dostępne. Jak nie w sklepie muzycznym, to w księgarni, gdzie obok książek odbywała się sprzedaż czarnych krążków. Jak nie w księgarni, to na placu na Grzegórzeckiej – pod Halą.

Płytą za 500 złotych było Wham! Pojechałem po nią do samego Krakowa Shuty ze Sławkiem. To znaczy ze Sławkiem Shuty, a wtedy po prostu Mateją. Bo Sławek zanim został Shutym znany był jako Mateja. Sławomir. I czasami jeździliśmy do Krakowa, jakbyśmy niby w nim nie mieszkali. Nowohuckość pełna gębą.

 

Wake me up before you go go,
Don’t leave me hanging on like a yo-yo.*

* ( Wham, fragment utworu „Wake me up before go go”)

 

Radio i telewizja pruły przestrzeń tym przebojem i otumaniały nim co głupszych, więc nic dziwnego, że trafiło i na mnie. Musiałem to mieć. Połączyliśmy siły ze Sławkiem, który akurat dostał zlecenie od starszego brata na zakup płyty Shakin’ Dudiegoi ruszyliśmy na zakupy. Lałem z niego z lekka, bo co to niby miało być? – Shakin’ to rozumiem, ale Dudi? Czego to ludzie nie wymyślą.

Brat Sławka kilka dni później dał posłuchać i uświadomił mi, o co w muzyce kaman. A ja zacząłem zwracać większą uwagę na krajowe produkcje. Dokupiłem błyskawicznie Shakin’ Dudiego do kolekcji, która rozwijała się szybko – szybciej niż moja znajomość muzyki. Ziarno od plew miało przesiać się za jakiś czas.

Takie wspomnienie na ten przykład przytoczę: spacerowałem z mamą po centrum Nowej Huty,  zatrzymałem się przed księgarnią, może i Skarbnicą, a na wystawie zobaczyłem płytę. Całą jej okładkę zajmowała paszcza artysty, która się do mnie uśmiechała.

– Karel Gott – przeczytałem na głos.

– O! – mama na hasło Gott zareagowała natychmiast. – Słyszałam o nim. Kup sobie.

– Naprawdę? Ale fajnie – cieszyłem się chwilą i kolejnym artystą w kolekcjonerskiej stajni.

– Masz – mama dała mi pieniądze, a ja po chwili miałem już paszczę… to znaczy, płytę Karela w ramionach.

W domu butów nawet nie zdążyłem ściągnąć, a płyta już wylądowała na patefonie. Muzyka jeszcze dobrze nie wyruszyła z głośników na pokoje, a już coś mi nie pasowało. Igłę przeniosłem więc na utwór drugi. Potem na trzeci. I na piąty. Mein Gott – to, co odpierdalał pilzneński Sinatra z orkiestrą, nie nadawało się do słuchania. Mamo, dzięki za chęci, naprawdę. Płytę jako pamiątkę i przestrogę mam do dziś. Może wieczorem sprawdzę czy aby do niej już nie dorosłem?

 

***

 

Pierwszy cios, który mnie znokautował, nadszedł z nieoczekiwanej strony. Wyprowadził go Teleexpress, który wchodził wtedy do ramówki TVP. Ale przede wszystkim wyprowadzili go ONI. Zespół nazywa się Kult, a piosenką była po prostu „Piosenka młodych wioślarzy”.

Zaraz, czy ja napisałem: „po prostu”? Stałem i się śliniłem, wmurowało mnie, wbiło w ziemię. Ciary szły po całym ciele jakbym język włożył do kontaktu.

Zapamiętałem: zespół KULT. Nie wiem, jak szybko weszło, ale nie chciało wyjść. Obalanie pomnika Lenina w Nowej Hucie zaczęło się od kawałka buta i trwało latami. Shakin’ Stevens natomiast, choć też buty nas łączyły, spadł z mojego pomnika błyskawicznie. Od teraz był Kult. I ten Kult miał się w mojej głowie wyryć na amen.

Punk rocka, tego najprawdziwszego i najsurowszego, usłyszałem po raz pierwszy parę chwil po tym wydarzeniu. Od sąsiada Andrzeja. Andrzej sąsiad z klatki z Andrzejem z bloku „szóstki” i załogą byli starsi, mądrzejsi i chodzili już na koncerty. No żesz ja pierdolę – ja tu jakiegoś pitu-pitu dotąd słuchałem po angielsku, a ten tu Andrzej odpala mi nagrane na Kasprzaku kawałki Dezertera, co to połapali sobie na koncercie.

Trzeszczy, szumi, pierdzi – ale słychać. Coraz wyraźniej. I słychać, że nie żadne tam, kurwa, białe buty Stevensa. Żadne tam długie z tyłu, krótkie z przodu hery Limahla. Żadne tam frajerskie ondulacje Europe, za którymi stawali na piąchy gitowcy ( jak z koziej dupy trąby) z osiedla, zakochani w „Finale Countdown” na. Żadne tam takie. Ten gościu wył, że „wszystkie kurwy mają czołgi, i znad Renu, i znad Wołgi”. I że jest wredny leń i że – najogólniej – należy jebać system.

 

Musisz się cieszyć choć jesteś zmęczony
Musisz jak wszyscy stwarzać pozory
Musisz mieć żonę i dobry interes
Musisz się modlić w każdą niedzielę

Musisz być kimś

Musisz być kimś….*

*(Dezerter, fragment utworu „Musisz być kimś”)

 

Dla młodego chłopaka Dezerter to był cios prosto w ryj. Cios z kategorii tych, co otrzeźwiają i każą zmienić punkt widzenia. Dalej poszło płynnie: KSU, Moskwa, Tilt, Brygada Kryzys, Piersi, Wańka Wstańka & The Ludojades, Róże Europy, Sztywny Pal Azji, Piersi, Maanamy wszelakie… Ogólnie rzecz ujmując zanurzyłem się w polskiej muzyce punkowej i rockowej po czubek głowy.

Potem nadszedł obóz sportowy we Włoszczowie. A tam, całkiem przypadkowo, znalazłem sklep – taką ni to księgarnię, ni to papierniczy, ale poza książkami, zeszytami i szarym papierem były też płyty. Akurat kiedy wlazłem popatrzeć, co jest ciekawego, przywieźli „Spokojnie” Kultu. Z uwagi na nijakie ceny (nijak też wtedy płacono muzykom, wszystko postawione było na głowie) zakupiłem owe „Spokojnie” w ilości sztuk pięciu. Myślałem perspektywicznie i nie tylko o sobie. Znajomym odsprzedałem po powrocie trzy, sobie zostawiłem dwie. Ta druga została w rezerwie, gdyby się pierwsza zdarła.

Na obozie Listy przebojów Trójki słuchałem na kolanach – akurat pierwsze miejsce okupowała „Arahja”. Kilkanaście tygodni trzymał się też w zestawieniu „Niejeden”. Płyta, na której te numery były, od razu po powrocie z obozu trafiła na gramofon. Strona A. I strona B. I od nowa A. I od nowa B. I A-B, B-A. Nie było jak się od tego oderwać.

Nie zdążyłem jeszcze zedrzeć „Spokojnie”, kiedy przyszedł czas na „Tan”. Pochłaniałem klimat Kultowych koncertów i wówczas z wizytą przyszedł Prorok Shuty. Posłuchaliśmy płyty w milczeniu i Prorok powiedział: „«Polska» to jest przebój. Hicior. Prawda wyśpiewana”. Tak powiedział i poszedł do domu.

Słuchałem tej „Polski” chyba z dziesięć razy pod rząd, żeby uwierzyć. Tak, to jest naprawdę dobre, ale coś ze mną chyba było nie tak, bo ciągle mi ten kawałek dupy nie urywał. Jak już zrozumiałem i poczułem, o co w nim chodzi, to mi łeb rozerwało na kawałki. Gdybym wtedy umiał marzyć o wielkich sprawach i potrafił sobie wyobrazić, że za lat 18 razem z Kazikiem będę śpiewać „Polskę” w katowickim Spodku, wyszedłbym już chyba zupełnie z siebie i stanął obok. Ale o tym Spodku i o tej „Polsce” jeszcze będzie. W kolejnej części.

Z tymi cenami płyt to było tak, że były niskie aż do czasów dzikiego kapitalizmu lat 90. Dlatego analogi kupowało się na potęgę. Było tanio, ale nie zawsze było łatwo – a ja, jak już w tym Kulcie utonąłem po czubek łba, to postanowiłem sobie uzupełnić dyskografię do ostatniej pozycji.

Z pierwszym krążkiem zatytułowanym „Kult”, a kupionym pod Halą Targową na Grzegórzeckiej, problemu nie było. Za to przy „Posłuchaj, to do Ciebie” rozgorzała prawdziwa walka o winyl, bo Klub Płytowy „Razem”, pod którego szyldem płyta wyszła, wytłoczył tyle egzemplarzy, że dzisiaj nazwalibyśmy to serią limitowaną – i jeszcze wszystko było na zapisy, więc kij ci w oko, chłopaku z Nowej Huty. Skoro nawet nie wiedziałeś o istnieniu takiego klubu, miej pretensję tylko do siebie. Albo płać.

Na szczęście koledzy z podstawówki mieli starszych braci, którzy w rzeczonym klubie płytowym byli zarejestrowani. Nie wszyscy sikali po nogach, słuchając Kultu – i ci bracia też nie moczyli się przy Kultowych dźwiękach, ale kupili na wszelki wypadek. Wiedziałem, że w sytuacjach alkoholowych starsi bracia mocno już uczestniczą, co stwarzało szansę na odkupienie albumu. Był to już wtedy „biały kruk czarnego krążka”, więc nie próbowałem negocjować nawet po zobaczeniu jakichś bazgrołów uczynionych długopisem na okładce.

Płyty w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku były tanie, ale bywały też drogie. Tę kupiłem w cenie jakichś 10 sztuk płyt ze sklepowej półki. Oczywiście byłem w niebie: Kultu miałem wszystko, Kultowcem byłem pełną gębą. Na katanie Levis z czasów technikum pojawił się więc dumny, naszyty własnoręcznie a zrobiony z czerwonej wstążką napis: KULT.

Cieszyłem się tą płytą lat dwadzieścia parę. Potem dowiedziałem się, że Kazik ze swoim wydawcą Sławkiem Pietrzakiem szukają oryginalnego wydania. Nie mogłem odmówić. Płyta była potrzebna do uruchomienia zebranego wydawnictwa z okazji XXX – lecia zespołu. Dziwnym trafem z około kultowych kolegów zespołu jako jedyny miałem płytę. Przekazałem wiec koledze z nieukrywaną satysfakcją. Bo od czego ma się fanatyków?

 

***

Obok płyt winylowych (krzywych nieraz jak diabli, po których igła gramofonu skakała jak syrena na drodze do Mokrej Wsi) ważnym elementem życia były kasety.

Albo kupowało się kasety czyste, żeby je następnie nagrać, albo dostawało produkt już nagrany. Nie zaraz profesjonalnie, bo najczęściej po domowemu – nagrywało się z radia i telewizji, przegrywało od kolegów z ich płyt i kaset. Kopia oryginału, kopia kopii, kopia kopii jeszcze innej kopii… Ostatecznie jakość tego, czego się słuchało, bywała dziwna. Wyobraźcie sobie jak słuchacie swojej ulubionej płyty a w tle słyszycie przebijający się jak głos z zaświatów inny utwór muzyczny, na dodatek odtwarzany od tyłu. Albo wasza bardzo ważna taśma, którą magneciak wciągnął w swoje wnętrze i pomiął strasznie, niczym gazetę, którą trzeba sobie wytrzeć dupę z braku papieru toaletowego. Rozumiecie ten dramat? Tak bywało. Jakość bywała tragiczna, ale szał na kasety nie robił się od tego mniejszy.

Pierwsze nagrane kasety kupowałem na Karmelickiej, bodajże u Pudla. Tak, tego Pudla który kładł podwaliny pod krakowskiego i krajowego rocka zakładając Dupą, Pudelsów. Lokal mieścił się, jeśli pamięć mnie nie myli, gdzieś w okolicy ulicy Karmelickiej. Wchodziło się do niego przez długą bramę, wprost w ciemne podwórze którego mrok robił niesamowite wrażenie. Przyjeżdżając tam z przestrzennych terenów Huty, z lekkim podnieceniem nurzałem się w mroku i tajemnicy staromiejskiej kamienicy, czując się tam jak u siebie. Do tego Pudel miał to czego moje uszy potrzebowały. Spore ilości dobrego punk rocka.

Falami spływały do nas produkty z zaplutego, reakcyjnego zachodu i trzepały nam mózgi jak heroina trzewia narkomanom. Pirackość kaset nikomu specjalnie nie przeszkadzała, bo była to jedyna szansa na muzyczny krok do przodu.

W pewnym momencie życia skoncentrowałem się na polskiej scenie alternatywnej. Powód był trochę prozaiczny – nie kumałem języka angielskiego i czegoś mi brakowało. Nawet jeśli muzyka była OK, to niezrozumiały przekaz paszczą lekko ochładzał  relacje. Nie znając języka, nie czułem siły poezji. Ale z drugiej strony: chuj mnie właściwie obchodziły ich problemy? Ja miałem „anarchię w samym środku mojej głowy”, a „mój mózg pracował niezależnie”. Do tego „deszcze niespokojne” targały myśli na wszystkie strony i dzieliły ciało jak dom w Berlinie murem podzielony.

Kaset miałem najpierw dużo, potem więcej, a potem nieskończenie wiele. Chciałbym napisać, że kupowałem oryginały, kiedy się dało – ale co wtedy było oryginałem? Kto był piratem, a kto wydawał legalnie? W Polsce początku lat dziewięćdziesiątych były to dylematy nie do rozstrzygnięcia, bo kapitalizm nadwiślański wszystkie pojęcia przeżuwał, trawił i wydalał, jak chciał. Były dwa umowne czasy: kiedyś, kiedy nie było niczego, i teraz, kiedy było wszystko. Nadganialiśmy stracony czas, także w kupowaniu. I tak moje ulubione zespoły zdobywałem na kasetach, na płytach, a jak mnie było stać, to i na CD, kiedy album pojawiał się na tym nośniku.

 

***

 

Nieznajomość języka obcego przeszkadzała w słuchaniu Anglosasów, ale sprzyjała muzycznemu patriotyzmowi lokalnemu. Temu najbliższemu, namacalnemu, dostępnemu najczęściej i na wyciągniecie ręki. W Krakowie też robiono muzykę na poziomie. I to na poziomie – nie tylko według mnie – nie byle jakim.

Zaczęło się od Püdelsów. Pałętałem się po ich koncertach, nie mając jeszcze nawet pierwszej płyty zespołu. Małe kluby w Krakowie, które dawno już poznikały i których nazwy też uleciały mi z pamięci, udostępniały swoje sceny miejscowym muzykom często i chętnie. Po kilku takich kontaktach z rock’n’rollem lokalnym moją gębę zaczął kojarzyć ten czy ów artysta – trudno było w tych latach nie zapamiętać wyrośniętego gnojka, który wiecznie pałętał się pod sceną i w każdy dźwięk dobyty z gitary wsłuchiwał się jak w zjawisko nadprzyrodzone.

Owo bycie kojarzonym z gęby wiązało się z przywilejami. Najważniejszym z nich był darmowy wstęp. Kasę na bilety zawsze w kieszeni miałem – muzyk też człowiek i jeść musi – ale że działała zasada „dają, to bierz”, przywilej mile łechtał moją młodzieńczą próżność. Püdel Dupą był tutaj moim patronem – co mnie widział przed koncertem, to kazał wchodzić za darmo. Ale nie wypadało za darmo, więc i na to się znalazło dyplomatyczne rozwiązanie: przenosiłem dwie gitary z samochodu na scenę i wszyscy byli zadowoleni.

Od Püdelsów przeskoczę do Maleńczukowego Homo Twist. Maćka pamiętam jeszcze z końca lat 80., jak pogrywał na Floriańskiej. Postać to była charakterystyczna bardzo. Nie dało się przejść obok obojętnie, nie wypadało. Przyciągał swoim głosem, wyglądem, zachowaniem. Czuć było już wtedy, że dzieje się przy nim coś niezwykle interesującego.

Jeden z koncertów Homo Twist był grany gdzieś na ulicy Garncarskiej. Na miejsce akcji ludzie schodzili się tłumnie i szybko zapełnili jedno z pomieszczeń, czekając na otwarcie magicznych wrót do tego drugiego, w którym miało się odbyć wydarzenie właściwe. Czas mijał, próba się przeciągała ale próby tak mają, więc czekałem wśród współwyznawców cierpliwie.

Wtedy nagle objawiła się kobieta – tak wysoka, że strach mnie obleciał, a pot sperlił się na czole. Górowała nad wszystkimi obecnymi nie tylko wzrostem, ale i nadprzeciętną pewnością siebie. W słowach i gestach, które kojarzyły się trochę z aniołami, a trochę z wojskiem, skasowała wszystkich obecnych za udział w mającym nastąpić lada moment wydarzeniu.

Później się okazało, że akcję biletersko-partyzancką przeprowadziła sama pani Maleńczukowa, wtedy chyba sprawująca funkcję obermenedżera zespołu. Zamykam dzisiaj oczy i widzę, jak ta piękna kobieta krąży wtedy między stolikami i bez zbędnych słów, a z iście germańską precyzją kasuje za wjazd.

Bodaj w 1996 roku na Maleńczuka spłynęła nominacja do Fryderyka. Niedługo przed wyjazdem na galę, po koncercie Püdelsów w jakiejś knajpie, chyba na pewno na Szpitalnej, męczyliśmy przy barze wódkę i rozstrzygaliśmy dylemat do niedawna abstrakcyjny w takim andergrandzie.

– I co z tym Fryderykiem? Jedziesz, nie jedziesz? Odbierasz, nie odbierasz?

– No jak to? Jadę. Mam już plan nawet.

– Ale po co? Przecież to obciach.

– Obciach,  nie obciach – nażreć i nachlać za darmo się można!

I pojechał. Na salony na smyczy wprowadziła go żona – nie od razu został tam na stałe, ale dziś jest tam obecny i czuje się jak u siebie. Może pragnął tego od zawsze?

 

chce mały pokój z widokiem na auto
samotną komórkę z okienkiem na światło
nie ma nikogo i nie ma go nikt
parasol i krawat komórka i ty

chcesz założyć nowe spodnie
chcesz założyć nowy strój
myślisz że wyglądasz modnie
a wyglądasz

tak

jak

chuj

oł je
wśród krawaciarzy
oł je
garnitur na twarzy*

*(Pudelsi,fragment utworu „Szpaner”)

 

 

Kolejnym bandem stąd, który pozamiatał mnie okrutnie, były Świetliki. Dla faceta słuchającego punk rocka (czy rocka w ogóle) „Ogród koncentracyjny” to było coś z innej bajki. Za to melodeklamowane teksty Świetlickiego znałem na pamięć po czterech przesłuchaniach i ryły one mój beret straszliwie. Nic tu nie wchodziło sobie w paradę.

Słuchałem „Oplutego” i wystarczyło w miejsce „Świetlicki” wstawić „Gomółka”, aby razem z piratami zabierać się za porządki na mieście. Jasna sprawa, że ze Świetlickim obok, bo przecież ktoś tych piratów na Rynek Główny w konkretnym celu zaprosił.

 

Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie.
Na razie chodzę, patrzę. Na razie nic.
Któregoś dnia rzeką Wisłą przypłynie
statek piratów.
O pięciu masztach. Dwudziestu armatach.
I zapytają: – Który to Świetlicki?
A ja wtedy stanę na samym środku rynku – i będę wskazywać:
TEGO, TEGO, TAMTĄ, TEGO, TEGO,
WSZYSTKICH!!!!
Opluty. Opluty.
Ooooopluty.
Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą –
z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem.

Jedzie*

*(Świetliki, fragment utworu „Opluty”)

 

 

Kto nigdy nie chodził po Starym Mieście ze słuchawkami na uszach, sycząc przez zęby: „TEGO, TEGO, TAMTĄ, TEGO, TEGO, WSZYSTKICH!” – nic o życiu nie wie. Ekstatyczne i uspokajające zarazem.

Ale żywych Świetlików na scenie nie widziałem w tamtym stuleciu. Bałem się udziału w koncercie, czy może raczej: jakiegoś nieprzystawania do bardzo specyficznego (tak mi się wydawało) tłumu słuchaczy. Duchowo odległego – tak o tym myślałem. Skąd mi się takie głupoty we łbie zalęgły? A, wiem: pewnie z opowieści o tłumach adeptek polonistyki o wyglądzie czarownic, które tam przychodzą, pożerają wszystko w zasięgu wzroku i zostają tylko popiół i zgliszcza. Poza niezniszczalnym guru. Panem Marcinem Ś.

No więc: ciarki z zachwytu w obcowaniu z kasetą, ciarki ze strachu przed obcowaniem w realu. A jak już się raz czy drugi przełamałem i postanowiłem pójść, to się okazało, że bilety się wyprzedały. To pewnie tłumy adeptek mściły się za moje uprzedzenia. No ale wystarczyło przeczekać do XXI wieku, popracować w tzw. Delcie Dietla, powpadać na piwo, dwa piwa, trzy piwa do Pięknego Psa, zrobić jakiś koncert z cyklu „Mecenas sztuki prezentuje” i trafić całkiem przypadkiem na stałego bywalca. Bo to właśnie tam żeśmy się z tym Świetlickim, co się go bałem słuchać na żywo, jednak spotkali. Nie raz i nie dwa. I zanim się polubiliśmy to ja byłem na niego bardzo obrażony. Jak dziecko. Jak dziecko.

Ale o tym to innym razem.

1M. A-moll, czyli pierwsze dźwięki.

1M. A-moll, czyli pierwsze dźwięki.

Wszystko ma swój początek.

Pierwszym odtwarzaczem „swojej” a nawet swojskiej muzyki jaki kojarzę był szpulak firmy Grundig. Wy, którym dźwięków dostarczają dzisiaj empetrójki, komórki i miniwieże – wyobraźcie sobie trzyścieżkowe monstrum w kolorze stali. Niewiele mniejsze od walizki podręcznej do linii lotniczej Ryan Air i swoje kilogramy warzące. Pierwsze dźwięki, które jako tako kojarzę, pochodzą z tego szpulaka.

Szczęśliwym posiadaczem monstrum był mój tata. Było ono wyciągane tylko przy specjalnych okazjach – tata uruchamiał je, kiedy w głowach zgromadzonych na 36 metrach kwadratowych lokalu mieszkalnego na os. Kościuszkowskim szumiała już wódeczka żytnia, a muzyka była niezbędna do kontynuowania zabawy swojskiej niczym kiełbasa wiejska.

Zabawa częściej była śpiewana niż taneczna, bo na balet przez wielkie B nie pozwalało małe M. M wypełniały po sufit nagrania kapel weselnych, w których prym wiódł akordeon, wspierany trąbką, a może saksofonem, i perkusją. Ale to wszystko nie byłoby całością, gdyby nie teksty. Prawdziwa wisienka na weselno – muzycznym torcie. Teksty były sprośne, albo z życia wzięte, albo wymaglowane jedno z drugim. Na przykład tak:

 

Teraz będzie numer jeden, a mnie jest na imię Edek.
Przeleć mnie w tej koniczynie.

Przeleć mnie w tej koniczynie,
Przeleć mnie w tej koniczynie
jeszcze raz.

Teraz będzie numer drugi, rób to w rytmie woogie-boogie
Przeleć mnie w tej koniczynie…

Teraz będzie numer trzeci, ona krzyczy nie rób dzieci
Przeleć mnie w tej koniczynie. *

*(autor nieznany)

 

I tak dalej w tej koniczynie się kotłowało, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Zwrotek mogło to dzieło mieć dziesiątki. Wystarczyło, że znalazła się osoba z jakim takim drygiem do rymowanego żenienia cyfr arabskich ze sprośnościami – i szło bez końca. Płynęło nawet.

Teksty w muzyce do dziś uważam za ważne, ale z rozpracowaniem tamtych, dziecięciem będąc, nie miałem łatwo. Na wsi spędzałem dużą część dzieciństwa, więc wiedziałem przynajmniej, co to jest koniczyna. Ale – dumałem czasem nocami – po co ktoś ma po kimś przelecieć? I dlaczego w koniczynie?

 

To był początek lat 80 dwudziestego wieku . Któż z nas nie marzył wtedy o posiadaniu instrumentu? A żeby jeszcze nabyć umiejętność gry na nim! Marzyliśmy o gitarze, nieśmiało o perkusji, może jakichś klawiszach… Ale, kurwa, akordeon? Matko Boska Akordeonowska, takich na osiedlu nie znałem.

Ale nie zaczynajmy od A jak akordeon, ale od A jak akustyczna. Gitara. Czyli od gis.

Była pierwszym instrumentem, który pojawił się pod naszym dachem. Bardzo przypadkowo, ale przypadki należało bezwzględnie wykorzystywać. Tata poszedł po COŚ do sklepu – pewnie jakiś znajomy dał mu cynk, że Kryśka z trzeciego usłyszała od Heleny z dziesiątki, że GDZIEŚ tam COŚ ma być. Tak właśnie było w szalonych latach 80 tych. Czasie kryzysu i upadającej komuny.

Znałem to doskonale. Raz zostałem wysłany po papier toaletowy, ale skończył się w trakcie mojego kolejkowego stania. Były za to kostki Rubika, które przekazano do sprzedaży jak kończył się papier – o czym się dowiedziałem bliżej lady – więc bez zastanawiania wziąłem trzy. Już wtedy nie miałem złudzeń: kostki nie miały służyć do podcierania czegokolwiek. Podejrzewałem raczej, że miały nas odciągnąć od zbyt częstego korzystania z toalety, bo papier był rarytasem. Mogły też być produktem wymiennym.

Ale wróćmy do gis.

Tata chodził, węszył, wystawał i zwyciężył. Wrócił z pudłem. To znaczy: z gitarą. To znaczy: z pudłem w którym mieszkała gitara. Zapamiętałem bowiem doskonale właśnie karton, w którym instrument przybył i do którego – jak się szybko okazało – mieściłem się cały ośmio- czy dziewięcioletni ja. Karton miał kształt trumienki i został naszym – moim i młodszego brata – druhem. Leżeliśmy w nim na czas. Brat był dwa lata młodszy i dwa lata mniejszy. Na przemian przykrywaliśmy się kartonowym wiekiem i leżeliśmy w nim na czas. Zabawy z wyobrażeniami doświadczeń pośmiertnych trwały w najlepsze kilka dni, a potem się okazało, że pudło-trumienka zajmuje za dużo miejsca w malutkim pokoiku i poszło precz do śmieci.

Znajomość z trumienką była i tak dłuższa i bardziej intensywna niż z gitarą. Tej rzekliśmy z bratem do widzenia po 30 minutach znajomości, bo zdradziła jedną ze swoich ważniejszych właściwości: za czorta nie chciała grać sama. Wylądowała za karę za szafą. Dzisiaj leży na. Na szafie, na Oświecenia. Pęknięta, ale jest. Sam nie wie po co.

 

Kolejnym instrumentem który zagościł u nas był akordeon. Sprawcą całego zamieszania, które miało być spełnieniem młodzieńczych marzeń scedowanych na potomstwo był mój tata.

Biedna wtedy wieś pod Nowym Sączem, w której wychował się kochany ojciec mój Wojciech, była pobudowana na szczycie góry i nigdy nie wiedziałem, dlaczego Mokra Wieś – bo tak ją nazwano – położona w takim miejscu miała być mokra.

Wyobrażam sobie za to, że w latach 50. i 60. akordeon w rękach chłopaka miejscowego musiał być czymś magicznym, doskonałym. Posiadacz akordeonu, obcykany w wydawaniu dźwięków z harmoszki stanowił odpowiednik dzisiejszego gitarzysty. Jak dzisiaj przekochane chłopaki z Happysad czy mój uwielbiony Spięty, tak wtedy akordeonista rządził i dzielił ludzkimi duszami. Najlepiej, znając życie, na lep brały się dusze z cyckami.

Tato swoich marzeń związanych z grą na harmonii nie zrealizował. Co prawda miał akordeon guzikowy, który mu starszy brat kupił – ale niestety nie miał kto taty nauczyć grać. Akordeon więc sprzedano, żeby kasę odwirować, ale plan w głowie ojciec już miał. Plan okazał się planem rodzinnym i pierwszy zaczął go realizować Józef – najstarszy brat taty, a mój wujek.

Józef osiedlił się pod Nową Hutą i właśnie tam zaczął kultywować tradycje robotniczo-chłopskie. Kombinat Lenina był 10 kilometrów od jego domu – robota więc była, w polu rosło, a w skarpecie przybywało. Wujek miał dwóch synów i pewnego dnia kupił im akordeon. Na wsi, jak to na wsi, miejskie pierdoły nie zawracają człowiekowi dupy i chłopaki z tą niezawróconą dupą nauczyły się grać. Droga została więc wytyczona, a ja miałem stać się jej ważnym elementem.

Na osiedlu Kościuszkowskim był betonowy klocek. Mieściły się w nim nie tylko sklepy różnorakie i spółdzielnia mieszkaniowa, ale i coś na kształt osiedlowego domu kultury. Można się w nim było nauczyć tańczyć, mówić po obcemu czy grać na instrumencie. Między innymi – na akordeonie.

Akordeonistą chciał być w swojej młodości ojciec. Musiał mieć ten plan w głowie od momentu, w którym zobaczył pierwszego akordeonistę. A ponieważ, jak pisałem wyżej, wyszło jak wyszło czyli nie wyszło, plan został przesunięty w czasie. Bo jest tak, że kiedy nam, starym dziadom, nie udaje się spełnić swoich marzeń, to ciach, robimy klona i realizujemy to, co nam w życiu się nie udało. Co nie zrealizował ojciec, przerzucono na pierworodnego. A pierworodnym byłem ja.

Żeby mnie podejść i do harmoszki przekonać, snuto opowieści dziwnej treści o tym, jak cudny to instrument. Odbierałem je sprzecznie, bo lat miałem chyba 12, więc i po prawdzie koło dupy mi to ględzenie latało, ale przecież ojca słuchałem (i do dzisiaj słucham). Z jednej strony akordeon nie występował jako instrument w muzyce której zaczynałem słuchać ale zaczynał działać argument, że jako inżynier „na hucie” albo jakiś Karwowski na budowie dorobię sobie – w soboty po robocie – drugą pensję grając na weselach.

Któregoś pięknego czerwcowego wieczoru tata zabrał nas do swojego drugiego brata, Władysława, na wizytę. 20 minutowa piesza trasa na osiedle Strusia wiodła obok „naszego” DK i w drodze powrotnej wstąpiliśmy – niby całkiem przypadkowo – do instytucji kultury. Równie przypadkowo okazało się, że trwają zapisy na czeladnika akordeonisty.

Spod wielkiego sumiastego wąsa pan Jacek, nauczyciel i kierownik sekcji muzycznej, zaprosił mnie do sali z pianinem. Tam miała odbyć się moja pierwsza muzyczna weryfikacja – czy aby „słuch mam” i czy będę się mógł na akordeonistę uczyć. Spod nauczycielskich palców poleciała gama, a spod wąsa – komenda:

– Powtarzaj to, co gram.

Posłuchałem co gra i w odpowiedzi poleciałem sprawnie:

– Plum, plum, plum, plum plum…

Pan Jacek z lekka zdębiał i powiedział:

– Wystarczy używać la, la, la, la.

Po sprawdzianie odbyła się męska rozmowa Wojciecha z Wąsem, czyli taty z nauczycielem. Że głuchy nie jestem – usłyszał tata – że ziarno zasiać można i że pieron wie, co z tego wyrośnie. I że kto nie sieje, temu akordeonista nie wzejdzie. – Kup mu pan 60 basów, żeby chłopak utrzymał i żeby mu jajek nie urwało, ha ha. I od września zapraszam na zajęcia – dodał Wąs.

– No kupię, brat ma dwóch chłopoków i oni też grają na harmonii, od nich kupię – odrzekł ojciec i tak się to zaczęło.

Na Wyspach Brytyjskich punk umierał, w Polsce rozkwitał w najlepsze, a ja w piękny czerwcowy wieczór rozpocząłem przygodę z muzyką. Przygodę, która rozwaliła moje życie nieodwracalnie i to w najlepszym słowa ROZWALIĆ znaczeniu.

Nie marzyłem, by być akurat akordeonistą ale na samym początku przygody było mi wszystko jedno. Zwyciężyła ciekawość – to ona kazała mi chodzić potulnie na zajęcia. Mały byłem i chudy, więc największym problemem było noszenie harmonii ze sobą. Obowiązki tragarza spadły na tatę. Gdzie tam zresztą spadły – tata był zachwycony. Raz, że spełniało się jego marzenie, aby ktoś z najbliższego otoczenia szarpał miechem. Dwa: miał mnie na oku. Tym sposobem tata został technicznym, a moją biblią: „Szkoła na akordeon”.

Na początku biblii klawisze rozpisano osobno, guziki basowe osobno. Następnie technika przemieszczania palców i inne cuda – wystarczyło to pojąć i można było jechać na całego „Wlazł kotek na płotek” albo w „Murowanej piwnicy”. Wspomniane „hity” były już z książek typowo muzycznych jak „Melodie na akordeon”, „Melodie Świata” i diabli wiedzą z czego tam jeszcze. Utwory z nutami rozpisanymi na „mój” instrument. Niestety tutaj zaczynał się poważny problem: dobór utworów do grania.

Wszystko, co dało się znaleźć w książkach muzycznych, obracało się w klimatach, średnio mi pasujących. Także kolędy ćwiczone z mozołem nie przekonywały mnie, że akordeon może zbliżyć mnie do ogrania jakichkolwiek melodii znanych z radia czy telewizji. Do tego doszły śmichy-chichy w otoczeniu, że się grać na harmonii edukuję.

Żeby to zlać, byłem za miękki i miałem za mało samozaparcia. Zamiast codziennego piłowania instrumentu, paluchów i słuchu, zszedłem do poziomu treningu za pięć dwunasta – ćwiczyłem na godzinę przed lekcją. To coś mówiło o braku trwałych uczuć do instrumentu i ograniczało rozwój mnie jako grajka do minimalnego minimum.

Już mi się całe to granie sypało, ale tata jeszcze miał nadzieję. A nadzieja ta upadała wraz z odległością pomiędzy nim a mną, gdy w czwartkowe popołudnia chodziliśmy po naukę. Ponieważ wstydziłem się bardzo tego całego akordeonu, to wychodziłem z domu pierwszy i po osiągnięciu bezpiecznego dystansu, minimum pięćdziesiąt metrów, uzyskiwałem spokój duszy i pewność, że nawet jak ktoś mnie wypatrzy, to i tak się nie kapnie, gdzie i po co ja tak gnam. W końcu tylko szedłem. Niby sam ze sobą ale przytłoczony wielkim jak harmonia ciężarem niechęci.

Dymaliśmy więc na akordeonowe lekcje w tandemie ojciec-syn. Od września, jako szóstoklasista , dołączyłem do grona nadziei polskiej szkoły gry na cyi.

Zamieszanie trwało ze dwa lata albo i dłużej. Jako najdziwniejsze pamiętam to, że im więcej muzyki słuchałem, tym bardziej mnie akordeon uwierał. Nikt nie próbował i nie umiał mi przekazać, że nie ważne jaki instrument masz w rękach, tylko jakich nabyłeś umiejętności żeby wydobyć z niego to co chcesz.  Widocznie wszystkiego w życiu mieć nie można, ale jednak mi szkoda, że się tak łatwo poddałem.