4. Egzaminy. Egzaminy. Egzaminy.

4. Egzaminy. Egzaminy. Egzaminy.

Wersja dla słuchaczy:

Ażeby móc wreszcie dostąpić tego co jest cukrem pudrem szkolenia na motorowego, czyli wyruszyć nauką jazdy na tory miasta, trzeba zdać kilka egzaminów.

Ponieważ byłem bezrobotnym depresantem i czasu miałem dużo, a nawet bardzo dużo, chwile przerwy w umartwianiu się nad sobą poświęcałem na naukę tramwajarskiej teorii i wszystkiego okołotramwajowego.
Pierwszy egzamin jaki zaliczyłem był z przebiegu tras linii tramwajowych. W tym celu wydrukowałem sobie mapkę z naniesioną pajęczyną tramwajowych połączeń, skorygowałem ją według najnowszych przebiegów, opisałem ulice po jakich pojazdy szynowe się poruszają i w kilka godzin wiedziałem już o co kaman. Robiąc powtórki, zamykałem oczy i mruczalem sobie pod nosem:

– Linia numer 9. Mistrzejowice – Bieżanów Nowy, przez Jancarza, Srebrnych Orłów, Mikołajczyka, Broniewskiego, Andersa, Bieńczycką, Jana Pawła… Potem: Wielicka, Teligi, Ćwiklińskiej. Jedynka: ze Wzgórz Krzesławickich na Salwator, przez Kocmyrzowską, Bieńczycką, aleję Pokoju, Grzegórzecka, Dietla…

Większych problemów z nauką nie miałem, choć mgła kowidowa czasem mi na mózgu siadała jak rosa na trawie, no i mam przecież, od sam nie wiem kiedy, kłopoty z zapamiętywaniem imion, nazwisk, nazw. Ale i z tym się uporałem, łącząc nazwy ulic ze znanymi mi postaciami i osobami:
– Teligi – Teliga – chłop od piłki nożnej, którego książkę o taktyce i treningach kupiłem sobie jako dziecko
– Bobrzyńskiego – Bobrowskiego Marka Bociana – przyjaciela
– Ćwiklińskiej – burak ćwikłowy
– Zwierzyniecka – pierwsza hala Wawelu
– Podchorążych – obecna hala Wawelu
– Dunajewskiego – nad pięknym modrym Dunajem
– doktora Twardego – jaja na twardo.

I tak dalej, i tak dalej. Wszystko na zasadzie skojarzeń, bo inaczej nie umiałem. A z drugiej strony tramwajami jeździłem dużo, często i gęsto, i trasy znałem. Wystarczyło mi tylko zapamiętać mniej niż połowę ulic, bo resztę znałem i tyle. W końcu mówimy o moim mieście, więc wstydem było by robić z tego problem.

Kiedy więc byłem gotowy z przebiegu tras linii tramwajowych, udałem się do kierownika od szkoleń w celu nie tylko zdania ale i popisania się wiedzą. Tym bardziej, że kilka korekt wprowadziłem w przebiegach tras, bo materiały które otrzymaliśmy zawierały subtelne błędy. Samo przepytywanie odbyło się błyskawicznie i przypominało mi pędzący bez zwracania uwagi na ograniczenia tramwaj.
– Czternastka? – pytał kiero.
– Linia numer czternaście, z Bronowic do Mistrzejowic, przez Bronowicką, Podchorążych, Królewską, tam daje w lewo, w Dunajewskiego, Basztową, prosto w Lubicz, potem…
– Stop. A jak Lubicz będzie zamknięta bo mamy zatrzymanie?
– To se polecę z Basztowej w prawo w Westerplatte, Starowiślną, skręcę w lewo w Dietla, Grzegu…
– Dobrze. Jedynka?
– Jedynka to Salwator – Wzgórza Krzeslawickie. Przez Kościuszki, Zwierzyniecką, Francisz…
– Stop. Mamy zatrzymanie na Placu Wszystkich Świętych.
– To ze Zwierzynieckiej polecę se w lewo, w Straszewskiego, Podwale, potem…
– Dziękuję. Zaliczone.

Szybko, sprawnie i na temat. Chociaż legendy krążyły, że kiero trzepie kursantów jak ja dzisiaj pasażerów na Wielickiej, kiedy jadąc z górki mam te sześćdziesiątkę na budziku.

Potem był egzamin z budowy pojazdów. Grupa nowohucka odpowiadała na pytania o swoich pojazdach, osławionym Wiedeńczyku i niewiele lepszym EU chyba jeden, a my doktoryzowaliśmy się z budowy i działania GT8S zwanego przeze mnie Gieteesem, oraz z NGT6, czyli popularnym i niezawodnym Bombardierze pierwszej kategorii. Tutaj już było trudniej, bo i pytania – pięć, i odpowiedzi -po trzy na pytanie, z których jedna miała być dobra, a miałem przeczucie, że na niektóre wszystkie odpowiedzi są dobre, albo wprost przeciwnie, żadna odpowiedź nie pasuje, jawiły się momentami niczym czarna magia spod Mordoru. Wózki, czuwaki, awarie, pantografy, zwalniaki wózków, bezpieczniki, zakłócenia pracy hamulców, drzwi, awaria trzeciego członu, awaria wózka AC oraz inne, pomimo wielu godzin kursu wyglądały strasznie. Jednak swoje lata mam i nauczony życiowym doświadczeniem, postanowiłem test rozwiązać metodą zastosowaną podczas egzaminu teoretycznego na AWF, czyli po prostu – to co wiedziałem zakreślałem, a czego nie, strzelałem. Jak iskry z przerywacza pod rozpędzonym wagonem. Efekt końcowy był zadowalający i kolejny sprawdzian zapisałem na swoje konto.

Aha. Jeszcze trzeba zaznaczyć, że żeby rozpocząć naukę jazdy, kursant musi zaliczyć tunel i szkolenie z pierwszej pomocy.
Zaliczenie tunelu polega na tym, że jeden z wykładowców zapakował nas do tramwaju, po czym przewiózł przez jedyny, jeszcze!, tunel tramwajowy pod dworcem i galerią, w Krakowie, zwracając nam uwagę na co my musimy uważać przez tunel jadąc, już niedługo samodzielnie. Bułka z dżemem!
Szkolenie z pierwszej pomocy, to też żadne mecyje, a jeśli jeszcze przypomnę, że kurs odbywał się w czasie pandemii, a z powodów higienicznych nie mogliśmy dotykać fantoma, ani niczego takiego. Chociaż ja dotknąłem imitacji uciętej, może i przez tramwaj, rzuconej zdradzieckim, bez ostrzeżenia wykonanym rzutem, gumowej, umalowanej sztuczną krwią ręki, kiedy trzepnał nią we mnie z całkowitego nienacka prowadzący, któremu mogłem lekko dogryzać.

No i jeszcze jedno! Najważniejsze przecież! Egzamin państwowy z teorii. Oj drżeliśmy przed nim jak owsiki na wietrze, w ciemną, zimową noc. Ale też przygotowani byliśmy całą grupą dobrze, bo ćwiczyliśmy się, a ja to już bez opamiętania, bo jak wiadomo miałem czas,dużo czasu, na stronie wuwuwu L testy. Same testy były takie sobie. Składały się z dwudziestu pytań ogólnych z przepisów ruchu drogowego oraz dziesięciu typowo tramwajarskich. Przynajmniej taki wariant był na stronie wspomnianej i tego się trzymaliśmy i tego się spodziewać chcieliśmy.
Egzamin był późną wieczorową porą i dla niego musiałem poświęcić koncert Trasy Pomarańczowej w Poznaniu, w którym jak wiecie, albo i nie, z innych moich opowiadań, jest grubo. Albo nawet bardzo grubo. Ale dla mnie priorytetem było zostać motorowym i musiałem pracę z kochanym Kultem lekko poświęcić.

Na salę egzaminacyjną weszliśmy w osób, chyba z dziesięć. Pan smutny egzaminator rozsadził nas przed monitorami, wyjaśnił o co kaman i odpali test. Oczywiście wszyscy ruszyli do roboty, poza mną, bo mój komputer się zawiesił. Dość duży poziom stresu zaczął mi się podnosić szybko i poczułem spore zdenerwowanie.
– Przepraszam, mój monitor nie działa. – zgłosiłem niczym uczeń drugiej klasy podstawówki.
– Jak to? – zdziwił się niezadowolony pan egzaminujący, jedyny w Krakowie z uprawnieniami do egzaminowania tramwajarzy. Albo precyzyjniej kandydatów na nich.
– Tak to. No nie wiem. Nie działa. Nic mi się nie wyświetla.
– Zaraz. – odpowiedział nijako, ja zacząłem się wściekać w głębi siebie, a koledzy nerwowo walczyli z testami.
Bo te… okazały się całkiem inne od tych ze strony i dotyczyły tylko przepisów ruchu drogowego z uwzględnieniem w każdym pytaniu tramwaju, jako głównego bohatera tegoż ruchu.
– Proszę usiąść przed monitorem numer sześć i spróbować ponownie – dostałem instrukcję i szansę na podejście do testu.

Kiedy ten mi się odpalił na sprawnym wreszcie ekranie, doznałem szoku. Szyny i inne maszyny zaczęły mi latać przed oczami, więc mechanicznie, ale z pełną świadomością i pewnością siebie odpowiadałem, a na końcu wyskoczył mi królik z kapelusza, yyyyy, znaczy wynik testu, z informacją, że sto procent odpowiedzi jest poprawnych. Po tej informacji zeszło ze mnie całe ciśnienie, jak z hamulców hydraulicznych w ciężarówce, a kamień spadł mi z serca i odciążył umęczone stresem ciało.

Teraz już tylko pozostało czekać na przydział nauczyciela jazdy tramwajem i mogłem rozpoczynać kolejny etap, ten najbardziej wyczekiwany tramwajarskiej przygody. Jazdę po caluskim mieście wielką jak góra maszyną.

Ale o tym w kolejnym odcinku. Obiecuję!

3. Kurs motorowego

3. Kurs motorowego

Wersja audio

Jest druga trzydzieści
Piszę przez chwilę
To co mi się we łbie ułożyło

Do kursu motorowego przystąpiłem w stanie lekkiej nieważkości. A tak na poważnie, to byłem przerażony tym w co się postanowiłem wpakować. Ale skoro powiedziało się A, czyli TAK, na rozmowie kwalifikacyjnej podczas której nastąpiło straszenie kandydata po raz pierwszy, że jest ciężko, strasznie i za małe pieniądze się pracuje – i po miesiącu pracy powiem, że ludzie mnie kuszący nic a nic się nie pomylili! – trzeba było powiedzieć B, czyli odbyć kurs.

Najbardziej z tej decyzji ucieszyła się mamusia numer trzy ( dlaczego trzy? Jeden to matka Boska, Polski i Polaków, Czarna ma Donna, jakby Polacy jakoś szczególnie lubili, poza oczywiście. Marcinem poetą Świetlickim czarne, dwa to mamusia rodzona, trzy mamusia ze strony żony), która nawet obiecała, że będzie mi koszule do pracy prasować. Ale to była obietnica z kategorii „cacanki”, czego mamusi numer trzy za złe nie mam. Aha! Żona moja, serce moje, też była na tak. Ona z miłości to by się cieszyła jakbym nawet w kopalni pracował. A jeszcze jakby mnie przywaliło czarnym węglem na śmierć, to cieszyła by się potrójnie. Z mojego odejścia, mojego ubezpieczenia na życie i stosunkowo krótkiego, odbytego niestety ze mną, stażu małżeńskiego , którego jedynym nie zgniłym owocem było by wdostwo w średnim wieku. I syn ukochany, skarb nasz jedyny. Nie dziwcie się temu co napisałem. Jesteśmy po dwudziestu jeden latach narzeczeństwa, pół roku po ślubie i ciągle razem. Szaleństwo!

Sam kurs, i tu sięgnę do pamięci, bo rozpiskę dokładną wyrzuciłem do śmieci, składał się z:
– stu dwudziestu (chyba) godzin teorii, w tym takiej fajnej, na prawdziwym żywym tramwaju
– sześćdziesięciu godzin nauki jazdy
– egzaminów: z linii tramwajowych, budowy tramwajów, przepisów ogólnych firmowych (zachowania w sytuacjach losowych, podczas zatrzymań, awarii, kłopotów z pasażerami i tym podobnych), egzaminu państwowego teoretycznego, egzaminu z jazdy wewnętrznego i egzaminu z jazdy państwowego.
Śliwką w kompocie tego wszystkiego miało być podpisanie umowy o pracę i prawdziwa praca z ludźmi i tramwajami.

Jeśli wspomniałem, że najszczęśliwsza z powodu mojego przebranżowienia była teściowa, to i wspomnieć muszę o osobie wprost proporcjonalnie odwrotnie czującej mój nowy zawód, czyli synu, Tomaszu Karolu juniorze, który na moją decyzję powiedział:
– Wiesz, tu chodzi o to, że tak wiele osób cię zna. I pomyśl, ty i tramwaj. Jak cię ludzie zobaczą…

Pierworodny zasiał mi kolejne ziarno obciachu, jakby chodzenie w mundurze, co mnie przerażało, a z którego to faktu,notabene, jestem dzisiaj najdumniejszym motorowym świata, było niewystarczające. Zanim zacząłem kurs, już knułem co zrobić, żeby w pracy znikać przed światem. Najpierwszym postanowieniem było niepucować się przed znajo i nieznajo mymi. Jak widzicie zawód motorowego nie miał zbyt dużego poważania w bliskiej mi okolicy.

Na szczęście na świecie panowała zaraza i na zajęciach siedzieliśmy w maskach, dzięki czemu byłem niepodobny do siebie, a podobny do nikogo. Jak i pozostałe siedemnaście osób z kursu, w czym dwoje dziewcząt.

Na początku było słowo, a słowo ciałem się stało – jakby powiedział klasyk, i nie ma w tym cienia przesady, gdyby nie to, że pokazywane nam ciało zazwyczaj leżało pod tramwajem, jak ten gość który wpadł pod dwadzieścia dwa przed tym sklepem w którym pracowałem i akurat nie było mnie tego dnia w pracy, i cieszyłem się bardzo, że tego wypadku nie widziałem. Ale jak to mówią, nie ma tego złego, i cały ogrom tragedii zobaczyłem na dokumentacji foto, kiedy mięso ludzkie w kawałkach leżało pod Wiedeńczykiem dwu wagonowym. Okropności! Ale chcąc być motorniczym, trzeba z takimi tematami się zmierzyć, żeby wiedzieć jak wielka spoczywa na nas odpowiedzialność i jak musimy być skoncentrowani na swojej pracy, żeby przewidywać zachowania innych i nie doprowadzić do zbytniego odludnienia naszego pięknego i magicznego Krakowa wraz z cudownymi jego dzielnicami.

Zajęć ze zdarzeń tramwajowych, z uwzględnieniem celów miękkich – nie będę rozwijał, twardych: samochodów i innych uczestników komunikacji miejskiej i pozamiejskiej, oraz tym podobnych, kilka było. Tak zahartowani mogliśmy przejść do przepisów i budowy tramwajów. Jeśli chodzi o budowę, ze względu na przynależność zajezdniową, doszło do rozczłonkowania naszej grupy na przedstawicieli zajezdni Podgórze i Nowa Huta.

I to jest ten moment, żeby odpowiedzieć państwu, dlaczego ja, urodzony, wychowany i przesiąknięty nowohuckością rodzyn mej dzielnicy, sól nowohuckiej ziemi, niczym sezam na obwarzanku, postać niemal pomnikowa – dalej pisze o sobie, żeby nie było niedomówień, że taki ktoś nie wylądował na Zajezdni Nowa Huta.

Odpowiedź jest banalna: z niewiedzy i z Boskiej opieki. Że co??? – niejeden się zdziwi i zapyta. A tak. Niewiedzy, bo nie wiedziałem że mnie do Podgórza przydzielą, a z opieki, bo tabor na którym miałem się szkolić i pracować, właśnie na Podgórzu okazał się o kilka długości lepszy od hucianego.

Co prawda próbowałem jeszcze to odkręcić i się przepisać, ale była już przysłowiowa surówka po spuście z wielkiego pieca i zostałem Podgórzokiem.

Kursantów jesiennej batali na motorowego było osiemnastu, a w tym gronie wyróżniały się innością dwie dziewczyny. Piszę dziewczyny a nie panie, bo wiekowo bliżej jest im do dziewcząt. Reszta to chłopaki, z czego trzech, w tym ja to już chłopy. Prawie dziady. Nie będę się rozwodził nad personaliami, roztrząsał przyczynowo skutkowego aspektu – kto i dlaczego chciał na tramwaj, czym zajmowali się wcześniej kursanci, ani żadnych innych prywatnych tematów nie pociągnę, choć mógłbym, tylko bez zgody mojej motorowej załogi nie chcę. Ale jakby chcieli w książce być takimi jakimi ich widzę, to wystarczy mi napisać, że się chce i napiszę. A chciałbym, bo to przyszłość zawodu tramwajarza, przyszłość dzięki której jego postrzeganie się zmieni i dzieci będą się do zawodu garnąć na kopy, a pasażerowie będą pisać tylko peany pochwalne do firmy, a nie wieczne skargi i uwagi.

Kolejną grupą stanowiącą o esencji naszego kursu byli wykładowcy. Dla mnie najistotniejsi to ci, którzy na tramwaju, w tramwaju i z tramwajem mieli tyle kontaktu i wiedzy, że dzięki temu zarazili nas, a mnie na pewno, ciekawością do tych uroczych maszy i stały się one obiektami moich pożądań. Jak w filmie! Co nie?

Od każdej z osób z którymi miałem styczność coś wysyłałem. Od wykładowców ocean wiedzy i doświadczenia, tak że trzydzieści procent na pewno. Tu szczególnie zapamiętałem część wykładu o szerokim patrzeniu na drogę, o zachowaniach w sytuacjach stresujących, o nieuchronności kolizji albo i większych nieszczęść. O pieszych, kierowcach, uczestnikach ruchu, pasażerach, którzy nie zawsze pójdą nam na rękę. Dostałem dużo przydatnej wiedzy o samych maszynach, które miałem lada chwilę pokochać jak siebie, a bardziej, uwierzcie mi albo i nie, kochać się nie da.

Z kursantów wysysałem ich pasję, energię i wszelakie nowinki tramwajarskie, jak choćby mapę tramwajową Krakowa lajf, zapał i chęć do bycia dobrym motorowym. Nasza grupa była i jest świetna, za co składam wszystkim wielkie dzięki. Bez was nie było by mnie w tramwaju.

Szczegółowo zajęć opisywał nie będę, Bo i po co? Kto chce i czuje siłę do tej ciężkiej pracy zachęcony, po przeczytaniu moich wspomnień, niech zaryzykuje. U mnie efekt został osiągnięty z nawiązką, czego w życiu bym nie przypuszczał.

Po pierwszych, okraszonych strachem zajęciach, po których myślałem czy nie dać dyla, przyszła teoria o pojazdach i postanowiłem wytrzymać na kursie aż do jazd. I wtedy podjąć decyzję czy kontynuować zabawę czy nie. Bo rozpoczęcie nauki jazdy wiązało się już z dużymi kosztami finansowymi. Co prawda firma za wszystko płaci, ale… trzeba w zamian odpracować kurs przez trzy lata. Więc żeby wilk był cały a owca nienasycona, czy jakoś tak, decyzja o kontynuacji każdego kroku musi być przemyślana. W naszej grupie, z przyczyn obiektywnych, do jazdy nie podeszło dwóch kolegów. Reszta rzuciła się na nie jak pasażer na opóźniony tramwaj. Z werwą, choć tramwaje są na prąd.

Zanim jednak ruszyliśmy na miasto, pierwsze dziewicze zetknięciem z przejażdżką tramwajem po torach miało miejsce na zajezdni. Sto metrów do przodu. Sto metrów do tyłu przodem. No bo tramwaj do tyłu też umie, i jest to jakby do przodu. A zresztą. Zrozumiecie wkrótce, bo pętla na Krowodrzanej Górze będzie zamknięta na czas przebudowy i trasę obsługiwać będą wagony dwu kierunkowe. Może i mnie się trafi ta gratka. Widziałem tak pracujące maszyny i ludzi w Barcelonie i na Teneryfie, w Santa Cruz.

Chcąc zostać dobrym motorowym, już od początku kursu wprowadzałem się w domu w stan permanentnego stresu. Wstawałem o trzeciej rano z myślą – o kurwa, wkrótce będę tak wstawał. Za jakie grzechy? I przypominałem sobie niczym mantrę, jak zamierzałem, dokładnie tak jak w piosence Pudelsów przeżyć życie:

Dymią fabryczne kominy
Na dworze śnieg i zawieja
Idą chłopcy do pracy
Chuj, niech idą, ale nie ja hahaha!

Rege kocia muzyka…

I co? Tramwajów sto.

Walka myśli z rzeczywistością nadchodzącą była straszna. Przeżywałem wszystko i bardzo i strasznie. Budziłem się w nocy spocony, śniły mi się głupoty, katastrofy i zwykłe, najzwyklejsze pozbawianie bliźniego swego choćby i kończyny. Wróciłem po latach do „Mistrza i Małgorzaty” bo tam o tramwaju było słów kilka oraz o głowie, którą ten tramwaj… A nie będę zdradzał wszystkiego.

No i czytałem na fejsbuku, jak nawiedzony, po kilka razy dziennie, o wszystkich kolizjach, wypadkach, zatrzymaniach, usterkach, restartach wagonów oraz wezwaniach do obłożnie chorujących w tramwajach ludzi karetek i wszystkim co miało mnie spotkać za kilka miesięcy.

Jak państwo widzicie, to ja, tak po ludzku zwariowałem. Ale nie byłbym sobą, gdybym tego wariactwa nie umiał przekuć w coś wspaniałego. O czym postaram się dowieść już w kolejnych odcinkach.

14. Kolejny niezwykle nie szary dzień na torach.

14. Kolejny niezwykle nie szary dzień na torach.

Wersja dla słuchających, o tutaj:

Kiedy taki świeżaczek, taka nowo tramwajarska bidula jak ja, wraca po dwóch dniach do pracy, to w głowie kotłuje się jedna podstawowa myśl: czy ja jeszcze pamiętam jak powozić tramwaj, czy dam se radę?
To miało okazać się zaraz po trzynastej, kiedy to miałem objąć popołudniową zmianę na brygadzie drugiej.

Na przystanku, na którym postanowiłem zaskoczyć, jednocześnie robiąc mu/jej dobrze, mojego zmiennika/zmienniczkę, bo nigdy nie wiem kto to będzie, i jest to element takiej niespodzianki, zaskoczenia, a czasem, jak dzisiaj, wielkiego WOW! Dlaczego WOW? Bo równo o czasie, jak szwajcarski zegarek, podjechała ONA!

Zanim jednak podjechała, miałem dziesięć minut na to, żeby przypomnieć sobie co mam robić po objęciu sterów wagonu tramwajowego. I zablokowałem się na czynności pierwszej jaka wpadła mi w oko, na zwrotnicy. Bo my świeże motorowe mięsko, oraz rutyniarze rutynowani z kilkuletnim stażem, troszkę boimy się tego obciachu, kiedy wagonem pełnym transportowanej klienteli, pojedziemy nie tam, gdzie pojechać mamy.

Oczywiście są na tę wiekopomną chwilę przygotowane różne scenariusze, od scenariusza „idę w zaparte”, kiedy po skręceniu na zły tor wychodzimy cali pod krawatem, na granatowo – niebiesko i oznajmiamy zaskoczonej gawiedzi:

– Proszę państwa, jedziemy inną trasą bo się zwrotnica zepsuła.

Oczywiście nic się nie zepsuło, tylko myśleliśmy o dupie Maryny i stało się jak sie stało. Źle.


Innym sposobem może być zrzucenie błędu na niewiadomoco:

– Proszę państwa! JezusMarianiewiemcosięstało! – wypowiedziane ciągiem, z podparciem się osobami świętymi, powinno przynieść oczekiwany przez nas efekt i odwrócić naszą pomyłkę w bliżej nieokreślonym kierunku.

Najodważniej jest, po prostu przeprosić i przyznać się do błędu:

– Drodzy Państwo, źle przestawiłem zwrotnicę i teraz pojedziemy tam, gdzie jeszcze Państwo nigdy nie byliście! Do piekła!!!

Mam też w zanadrzu swój autorski tekst na wypadek pomyłki, i za jedyne dwie dychy, dla dziewcząt motorniczych za pietnastaka, zgodzę się na jego używanie. A leci to mniej więcej tak:

– Atenszjon, atenszjon! Wnimanie, wnimanie! Achtung, achtung! Uwaga, uwaga! Proszę państwa! Najprawdopodobniej, to już ustalają specjalne służby, padliśmy ofiarą cyfrowego ataku terrorystycznego. Grupa niezidentyfikowanych rosyjskich (można dla podniesienia emocji użyć zwrotu: ruskich) cyberprzestępców dokonała zmiany toru naszej jazdy w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Nie możemy pozostać obojętni na ten akt agresji i wytyczaniu naszych dróg wbrew naszej woli, naszej wolności, wbrew temu, co wytyczyli nam demokratycznie planujący trasę. Jednocześnie, prosimy w imieniu organizatora transportu, o zachowanie tego faktu w najgłębszej tajemnicy, ponieważ jest to sprawa wagi międzynarodowej.Nie dajmy wody na młyn ruskim trolom, którzy ten fakt mogą wykorzystać do swoich niecnych, zdradzieckich celów! Nie możemy o tym fakcie powiedzieć nikomu! Ni ko mu! ( podkreślamy zwalniając mowę i sylabizując słowo klucz). Nawet kochance i kochankowi! Do hymnu!

Tu intonujemy: „Jeszcze Polska nie umarła”, i po jednej zwrotce i refrenie, żeby nie zrobić zbyt dużego opóźnienia, choć i tak już jesteśmy w ciemnej u cygana, dziękujemy pasażerom za zaufanie, patriotycznego obowiązku spełnienie i wygrania tej pierwszej, ale jakże istotnej potyczki z wrogiem.

Można jeszcze dodać dla większego kurażu, jeśli pasażerowie z twarzy są jako tako inteligentni, zawołanie:

– Ruskij wojjennyj korabl! Szto?

I tutaj już musimy mieć na pokładzie ludzi , jeśli nie oczytanych, znających języki, to chociaż oglądających byle jakie wiadomości, którzy będą potrafili zagrać w naszą grę i ryknąć:

– Idi na chuj!

Oczywiście wszyscy Państwo wiecie, że chodzi po prostu o to, żeby jakiś pasażer nas nie zakapował, że jeździmy jak chcemy, a nie jak musimy. Proste, co?

A Motorowym i Motorówką życzę w tym pięknym, rześkim i przedświątecznym tygodniku samych trafnych decyzji na zwrotnicach. Dzisiaj i na zawsze!

Dlaczego się tak rozpisałem na temat zwrotnic? To proste. W miejscu w którym postanowiłem sobie odebrać wagon, taka właśnie zwrotnica jest, i jeśli osoba zmieniana nie ustawi tej zwrotnicy w dobrym kierunku, to możemy pojechać w pizdiec.

Schowałem się więc za przystankową budką, żeby patrzeć na zwrotnicę, czy zostaje prawidłowo ustawiona, kiedy jakiś szatan mnie pokusił, żeby zobaczyć kto mi wóz ma przekazać. No i czy nie jest różowy.

Wychyliłem więc łeb i mnie zamurowało! Tramwaj niebieski, prowadziła płynnie i niezwykle dostojnie Natka, koleżanka z kursu. Jedna z dwóch naszych kursowych pereł tramwajarskiej nauki, a dziś pracy. Ale żeśmy się na to spotkanie ucieszyli! Bo przekazywanie tramwaju pomiędzy kursantami tego samego kursu przynosi szczęście i dobrobyt do pięciu pokoleń, a prądu w niższej cenie do dwóch. No i tak po ludzku to cholernie miłe brać Bombka od kogoś, z kim spędziło się kilkadziesiąt godzin w szkolnej ławie.

Nati była nie tylko o czasie, ale i zostawiła mi tory ustawiono w odpowiednim kierunku, kabinę wypełnioną subtelnym zapachem dziewczęcych perfum i kilka pukli włosów, które do przystanku Teligi zbierałem z siebie i przyrządów i wyrzucałem przez okno. W innym razie, jeśli naniósł bym obcego włosia do chałupy, żona mogłaby podejrzewać, że zamiast chodzić do pracy, randkuję abo i co gorszego. A ponieważ samo prowadzenie tramwaju mam już wpisane w swoje DNA i tego się jednak nie zapomina, więc Bombardzisko prowadziło się samo, a ja się odwłosiałem. Aż do wjazdu na dużą pętlę na Bieżance, bo tam przejechałem strefę zmian podczerwieni i musiałem biegać z patykiem, żeby się na dobry tor skierować. No chyba, że to właśnie nastąpił ten atak terrorystyczny ruskich hakerów, którego się spodziewam? Nie byłbym taki pewien, że nie odbyło się to właśnie wczoraj. Zaatakowali na próbę. Mnie i mój pusty wagon. Swołocz!

Po pierwszym kółku czułem się genialnie. A nawet lepiej niż Tommy Lee Jones w Ściganym. Nawet korek na Gertrudy mi nie przeszkadzał, bo rozganiałem go dzwoniąc na lewo i prawo i przede wszystkim na wprost. Głośno, dostojnie, agresywnie ale jednocześnie bez wulgaryzmów i innych takich. Dzwoniłem jak stary motorowy! Moi patroni byli by ze mnie dumni. I na pewno są! A kierowcy rozstępowali się niczym Morze prawie Czerwone. Prawie, bo rozstęp następował tylko w jedną stronę, na prawo, bo na Gertrudy auta jadą gęsiego.

Dzwonki. Już dawno chciałem zwrócić państwu, drodzy czytelnicy i słuchacze, uwagę na dzwonki. Dzwonki jakie wysyła w świat tramwaj i jego tramwajarski pan. Rodzajów dzwonków, ich siła, natężenie, długość, ilość jest tak duża, jak dużo jest ziarenek piasku na plaży w Unieściu. Jak motorowych na świecie. I jeśli do każdego motorowego dodamy miliony tramwajów, i ich różne pasma dzwonienia, to sami wiecie, że jest to dla zwykłego zjadacza chleba nie do policzenia. Skupię się więc na dzwonkach których ja używam, oraz na dzwonkach których mnie nauczono.

Ja najczęściej używam dzwonka lekkiego, takiego kleksika, coś na wzór…, a zresztą. Nie będę się aż tak się zagłębiał. Dzwonek ten jest krótki, subtelny lekki w odbiorze i dobrze działa na ludzi niegłuchych i tych bez słuchawek w uszach. Stosuję go przy przystankach, na których mam kontakt wzrokowych z oczekującymi na mnie i mój tramwaj, przy przejściach dla pieszych ze światłami, szczególnie dla pieszych mających światło czerwonyne, które jakby ich nie dotyczyło ( daltonizm?), oraz przy wymijaniu innych tramwajów, a zwłaszcza ich dupek, zza których ludzina lubi sobie wyjść. I żeby mieć tak zwany dupochron, kiedy prokurator zapyta:

– A dzwonka pan użył?

Odpowiem

– Tak wysoki sądzie i wysoka prokuraturo. Użyłem! A mogę zapytać, ile wysoki sąd ma wzrostu, no bo ja to metr dziewięćdziesiąt cztery…

Dlaczego zahaczam o tak makabrycznych tematy? To proste. Pisząc się na pracę w tym zawodzie, muszę mieć świadomość tego, co może się zdarzyć. Kolizje, wypadki oraz zdarzenia z czynnikiem ludzkim są w nasz zawód wpisane i mogą, choć wcale nie muszą, jeśli będziemy przewidywać nasza pracę jak czarnowidz Jackowski przyszłość. Stąd też od razu apel do wszystkich uczestników ruchu drogowego: bądźcie zawsze czujni, a w okolicach torów wszelkiej maści, szczególnie tramwajowych, czujni poczwórnie. Razem możemy zadbać o nasze wspólne bezpieczeństwo i życie. Bądźmy w tym celu jednością, ostrożnością i miejmy do siebie wzajemny szacunek!

O innych rodzajach dzwonków w kolejnych odcinkach będzie. Zaraz się muszę prasować i stroić do pracy.

Ponieważ moja dniówka trwała raptem pięć godzin z minutami, nie zdążyłem się na dobre rozkręcić. Ledwo zacząłem, a już musiałem kończyć. Dzień na zmianie B minął mi jak iskra z przerywacza strzelił. Ferią radosnych iskier. Podczas siedmiu kursów spotkałem na torowym szlaku wiele swoich kochanych, ujeżdżonych już maszyn. Szczególnie łatwo przychodzi mi rozpoznanie Bombków, bo te są uciapane reklamami i przez to są charakterystyczne. O ich, oraz ich motorowych pozdrawianiu napiszę w kolejnych odcinkach. Bo i te nadejdą, jak i ja nadjadę już dziś. Na linii numer sześć!

Pa

13. Randka na torach

13. Randka na torach

Wersja audio dla nieczytatych tutaj:

Na hasło: niedziela w pracy, powinno się zasadniczo rzucać kurwami. Kurwa! Ja pierdolę, w niedzielę? Za jakie grzechy? To ostatnie pytanie najczęściej zadają sobie niewierni. Oni mają do p. Boga najwięcej pretensji kiedy trzeba w dzień święty pracować. Ja jestem jednak w euforii. Nie do krześcijańskiej wiary!

Jak jest cudownie! Rześko, słonecznie, śnieżnie, ale i ślisko. Gdzie? No na torach. Miasto jest puste jak szklanka do ćwierci pełna. I niech to będzie zalążek opowiadania. Opowiadania o mijanych zakładach pracy, pozdrowieniach motorowy i może dzwonkach? Zobaczymy co dzień przyniesie.
Aha. I dzisiaj ma być randka w ósemce!

To było chyba pierwsze rano, kiedy do pracy poszedłem wyspany tak na dziewięćdziesiąt procent. Organizm zaczyna się dostosowywać do zaistniałej sytuacji.

Ludzkie ciało jest takie piękne!
Ponad dziewięćdziesiąt procent wody.
Ale czy…
W człowieku
Naprawdę niewiele jest duszy?

W niedzielę do pracy na grubo po ósmej? To prawie jakby zaczynać jazdę w południe. Żeby nie zaspać wstałem o trzeciej rano, budząc przy okazji żonę, która zwiała spać do salonu. Więc jak już zostałem sam w pokoju z rybkami, którym nie przeszkadza o której wstaję i po co, to postanowiłem wykorzystać tak uzyskany czas na pisanie. Rach i ciach i po piątej była gotowa część pierwsza opowiadania, które opowiada, jak to opowiadanie, o tym, czemu właśnie wybrałem tramwaj a nie coś innego. Do teraz się dziwię temu, bo odpowiedzi takiej klarownej nie będzie nigdy. Wszystko to dywagacje tylko i psychiczne rozkminy. Po prostu idę za jakimś głosem, albo, w co wierzę, Bóg mnie prowadzi za rękę. A pomagają mu w tym Tato Wojtek, dziadziuś Marian i Diduś. Cały czas czuję ich opiekę z góry. Dlatego ciągle jestem i trwam. I wierzgam.

Po odebraniu kompaturki (to taki nasz zeszycik tramwajarza, wspominałem?) i przedmuchaniu alkomatu we wszystkie możliwe otwory, poszedłem szukać tramwaju na torze piątym. Wiedziałem, że tor ten jest kompatybilny z halą tramwajową, ale nic więcej. Bo pozycja trzecia na torze piatym była mi kompletnie nieznana. Gdzie to może być? W hali? Przed halą? Chwilę mi zajęło odnalezienie mojego niedzielnego współtowarzysza pracy, który stał pod dachem, pierwszy, zaraz przed wielkimi wrotami za którymi były nasze tory do przygody.

W hali było ciepło, cicho i sucho. Przygotowałem nas do pracy szybko i zgodnie z tym czego się nauczyłem. Obejście wagonu, logowanie do systemu, sprawdzenie kasowników, drzwi z fotokomórkami, świateł, migaczy, pantografu, wnętrza pojazdu z tablicami info i reklamowymi. Nawet detale typu lampki informacyjne sprawdziłem i czy siedzenia nad piaskownicami są przykręcone stabilnie. I oczywiście dzwonek. Dzwonek i hamulce to podstawa naszej bezpiecznej jazdy. Hamulce sprawdza się już za zajezdnią, ale jak jest miejsce, czyli kawałek prostego toru, to i na niej.

Po sprawdzianach wszystko było w porządku i byliśmy z Bombkiem gotowi do służby na rzecz mieszkańców miasta i przyjeżdżających. Tych umęczonych i tych cierpiących. Oraz tych którzy chcieliby się po prostu przemieścić. I żeby wszystko było perfect, tramwaj był w pięknym lodowo jagodowym kolorze. W sam raz na randkę z żoną i jakby pod mój charakter specjalnie spasowany.

Po tym wszystkim umościłem się przewygodnie w fotelu, podnosząc go maksymalnie do góry, z oparciem w pionie, żeby mieć jak najlepszą widoczność na tory, bo po zajezdni trzeba kilkanaście zwrotnic pokonać i należy zachować jak największą ostrożność żeby się nie wykoleić. Za zajezdnią tylną część fotela opuszczam sobie w dół, oparcie idzie lekko do tyłu i czuję się jakbym siedział w rakiecie kosmicznej. Pół leżąc, pół siedząc mogę się delektować jazdą, pracą i wszystkim wokół. Oraz mieć was na oku, niedzielni kierowcy i piesi wymuszający na moim tramwaju pierwszeństwo nie tylko na pasach.

Tylko zanim to „za zajezdnią” miało nastąpić, utknąłem w hali na dobre. Wrota jej nie chciały się uruchomić ani z podczerwieni ani z przycisku obok nich. Próbowałem lewego przycisku do zwrotnic, potem prawego, prawego z lewym, lewego z prawym. Podjechałem na pół metra pod drzwi. Kiedy to nic nie dało, wysiadłem i próbowałem otworzyć sobie wrota do przyszłości ze skrzynki przy drzwiach. I dalej nic. W końcu się poddałem, bo czas naglił a wszystkie warianty nie siłowe mi się wyczerpały. I kiedy już miałem biec do mistrza, przyszedł mechanik i podpowiedział mi, żebym otworzył sobie wrota ręcznie, bo coś tam coś tam. Więc się spiołem w sobie, bo drzwi są wielkie i z lekkością otwarlem najpierw jedno, a potem drugie skrzydło. Tory do przyszłości stanęły przede nami otworem.

Roboty jak na dzień pracy dostałem niewiele, raptem trzy kółka, sześć kursów. Kiedy dodać do tego, że w czasie szychty zacząłem słuchać audycji z YouTube, wczoraj był to wywiad Kazika z Mazurkiem, dziś Kazik mówił dla jakiegoś radia internetowego, to czas leciał mi tak szybko, tak błyskawicznie, że zaczęło mi się robić przykro, że za cztery, trzy, dwie, jedną godzinę będzie już koniec.

Byłem bowiem w stanie euforii, permanentnej szczęśliwości. Ja – Goomi – człowiek prowadzący tramwaj. To naprawdę była magia. Wierzcie lub nie, ale nie pamiętam kiedy ostatnio byłem w takim stanie. Oczywiście wszelakie stosunki miłosne, w swerach ducha i fizyki oraz metafizyki, z żoną się nie liczą w tej rozgrywce, to stan w którym byłem, zarówno w jednym jak i w drugim przypadku był podobny. O! Mam! Ostatnio tak szczęśliwy jak prawie codziennie z Kasią i podczas niedzielnej symbiozy z tramwajem byłem podczas wizyty na Camp Nou przy okazji meczu Barcelona – Napoli, kiedy to najwyższy stan ekstazy miałem celebrując mecz, wraz z całą jego otoczką – dojazdem, piwem przed, kolacją po, szwendaniem się po stadionie, wraz z moim synem ukochanym. Jestem szczęściarzem.

Po Kaziku przyszła pora na Spotify. Polecieli w przestrzeń: Farbeni – ważny zespół mojej młodości i Kaseta Kultu – bardzo lubię tę płytę. Potem dla odmiany puściłem sobie Radio Kraków, i audycję „Rozmowy przy wierze”, która to audycja często towarzyszyła mi w niedzielne przedpołudnia w domu, kiedy po przeciąganych sobotnich oglądaniach seriali lub zawodów sportowych, a nawet imprezach, dopiero przed południem leniwie wstawałem, żeby zająć się obiadem czy umyć analogowo gary. Tak było, a teraz jest fajniej i jeszcze mi za to płacą! Chwilo – trwaj.
Audycja, jak co niedzielę, kończy się rozmowa z arcymonen, yyyy, arcybiskupem Jędraszewskim. Mega kontrowersyjną postacią. Biskup o poglądach, tak może się wydawać, sprzecznych z nauką Jezusa, że aż czasem dusza boli. Można by głupio zażartować, że jest godnym następcą bizneskupa, naginacza rzeczywistości pod swoją bajkę – kardynała Dziwisza, przez którego świętość naszego Jana Pawła namber Tu chwieje się w posadach. Pomimo wszelkiego zła jakie wylewa się z kościoła, naszego papieża Polaka będę jenak bronić jak wolności Ukrainy i naszej niepodległości. Mogę? Zawsze!

Wszyscy pokutujemy, za to że żyjemy!

Przy kursie numer trzy, pod kurią rozpoczęła się demonstracja „anty jędraszwewska”, a ja przypominam sobie zakończony kilka minut temu wywiad w radio. Nic o wojnie. Żadnego potępienia. Za to podniecanie się pięknem Jezusa na krzyżu w rozmowie, pomimo całego okrucieństwa tego sposobu uśmiercania, nawet Boga, jest jakieś groteskowe, śmieszne. Kościół umiera i niedługo będzie go niewiele w codziennej przestrzeni. Póki my żyjemy, bo po nas tylko popiół i zapomnienie.

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku
Od strachu uratuje nas tylko defekt mózgu.

Jeżdżąc w te sobotnio – niedzielne poranki w kwietniu – pletniu, na nowo zakochuję się w swoim Krakowie. Dostrzegam ponownie to, co dawno odkryte, podziwiam to, co dawno temu podziwiałem. Ale teraz jest to podkolorowane całkiem inną perspektywą. Teraz sunę w stalowym potworze przez wnętrzności miasta jak ten chłopiec z filmu „Newerending story”, który popylał na kudłatym potworku. Kocham Cię Krakowie. Kocham cię Nowa Huto. Do ciebie wyruszę wkrótce, jedynką. Aż na Wzgórza Krzesławickie. Szykuj się!

Warunki do jazdy, pomimo ogólnej euforii są bardzo ciężkie. Stąd z jednej strony luz, bo ruchu nie ma, ale z drugiej bardzo duża koncentracja musi być w motorniczym, żeby minimalizować poślizgi. Choć i to, pomimo bardzo uważnej jazdy, raz się nie udaje, kiedy z ulicy Dominikańskiej praktycznie ześlizgujemy się z Bombkiem w Gertrudy. A na dodatek pędzący jak wariat samochód, który prowadzi jakiś nicpoń, zamiast nas przepuścić, omija tramwaj na centymetry. Mamy mnóstwo szczęścia. Ale szczęście sprzyja lepszym. I niech tak zostanie.

Na końcówce w BoroFa korzystam z długiej przerwy i idę w odwiedziny do Huciarzy – moich motorowych kolegów z zajezdni Nowa Huta. Czemu nie mojej? O tym już niedługo.

Najpierw zwiedzam wnętrze Wiedeńczyka, i jestem przerażony gabarytami kabiny dla prowadzącego. Jest strasznie, klaustrofobicznie, nie zmieściłbym się w nim, a jeśli już, praca była by koszmarem. Wiem, wiem, że prowadzenie Wiedeńca to zaszczyt i wyzwanie, ale też prawdziwa droga przez mękę. Już lepiej prezentuje się EU 1, Choć do komfortu Bombka jest to odległość jak pomiędzy kilkoma galaktykami. Tramwajarski Pan Bóg ma mnie jednak w opiece. Oby na zawsze.

W połowie ostatniego kółka, na wysokości kościoła Dominikanów, mam motykę w brzuchu, bo zaraz na pokład wsiądzie moja kochana żona, która część niedzieli postanowiła spędzić ze mną w pracy. Pilnuję więc rozkładu, a jazdę staram się prowadzić płynnie i najbezpieczniej jak potrafię. Kiedy dojeżdżam na przystanek Bagatela mój skarb już na mnie czeka i teraz już razem, w asyście pełnego ludzi tramwaju mkniemy sobie po prostych torach miłości. Choć ta, jest też jak pętla – czasem kręta, ale zawsze wraca na właściwy kierunek, – i jak przejazd przez przerywacz, pełna zmiennych napięć, błysków i szarpnięć.

Do końca pracy było już tylko jeszcze cudowniej. To takie ekscytujące móc pochwalić się ukochanej kobiecie umiejętnością prowadzenia tak wielkiego pojazdu jak tramwaj. Dlatego jestem dumny z siebie, że się przełamałem, nie poddałem i nie zraziłem jeszcze do tej bardzo ciężkiej, odpowiedzialnej i wymagającej pracy.

A za tramwajem i mundurem wszyscy biegną jak przed szczurem!

Czego trzymajmy się dziś i po końcu świata tydzień.

2. Badania na tramwajarza

2. Badania na tramwajarza

wersja dla słabowidzących , nie umiejących czytać i leniwych:

Trzy, albo i pięć dni po weselu, w którym obok Kasi grałem rolę pierwszoplanową, i które kosztowało nas sporo nerwów i stresu, miałem rozpocząć kurs motorowego.

Ale zanim doszło do zajęć z tramwajowania, przepisów, budowy wagonów i innych, na kilka dni przed wydarzeniem życia w kategorii śluby tysiąclecia, musiałem przejść badania różnorakie. Takiej kumulacji badań nie miałem od czasów gry w siatkówkę i pracy na kombinacie metalurgicznym imieniem Tadeusza Sędzimira. Późniejsze zakłady pracy nie wymagały nie tylko badań ale i chorowania. Chorowanie było passe, szczególnie w optycznym sklepie.

Żeby móc wystartować w wyścigu po uprawnienia, należało sobie przebadać krew na cukier i coś tam, aaa, na cholesterol, słuch, wzrok – z naciskiem na widzenie w ciemności, a potem te wszystkie badania zbierał do kupy lekarz ostatecznej decyzji i mówił czy można na tory się rzucić czy nie. Wszystko to ogarniało się w przyzakładowej przychodni, która obsługiwała chyba całą małą Polskę, bo takie kolejki w niej są, że ło Jezu. Badania, na które czasowo można było przeznaczyć góra cztery godziny, trzeba było ogarniać w dwa dni. Przynajmniej. Ze wszystkich tych badań najwięcej radosnych zaskoczeń przyniosły mi badania psychologiczne. To była super przygoda i dom wariatów dla takich pokręceńców jak ja. Więc na tych badaniach zatrzymam się dłużej. Bo też one były najdłuższe i składały się z kilku etapów.

Kiedy już zbadano mi krew – gdzie okazało się, że cukier mam lekko za wysoki, a wolałbym jak w książce Shutego mieć w normie, słuch – tam znowu stosowano najnowsze metody badań, a pani doktor szeptała do mnie z dwóch metrów, a ja musiałem zgadnąć co szeptała i oczywiście wiedziałem, choć lepiej słyszałem rozmawiających za drzwiami niż ją, udałem się na dół, do piwnic, żeby udowodnić światu i sobie, że nie jestem nie tylko wariatem i mogę wozić ludzi komunikacją miejską, ale do tego, jak na normalnego człowieka w średnim wieku, widzę w ciemności jak sowa a refleks mam jak Bruce Lee.

Zacząłem od badania refleksu. To zadanie znałem, a przynajmniej pamiętałem je dobrze, bo robiłem je trzydzieści lat temu, kiedy do zrobionego świeżo prawa jazdy, dołożyłem badania psychotechniczne, na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że swoje życie będę chciał połączyć z zawodową jazdą samochodami. Nie połączyłem, bo wchłonął mnie sport, ale badania miałem robione i po trzech dekadach wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Badanie to polegało na wciskaniu przycisków przy których zapalało się światełko. Proste, i do momentu kiedy światełka nie zaczęły zasuwać jak oszalałe mrówki przy rozsypanym na chodniku cukrze, czułem się w tej konkurencji mistrzem.

Druga w kolejności byka ciemnia, której już mi pamięć nie przypominała, i której się trochę bałem, bo choć wizualnie wyglądam na lat trzydzieści pięć bez okładu, to wzrok mam jak stary dziad. Zwłaszcza po zmroku.

– Proszę oprzeć brodę na oparciu i patrzeć przed siebie, jakie litery widzi pan w najniższym rzędzie? – zapytała mnie rutynowo młoda i całkiem niczego sobie psycholożka, pracownica Królowej Matki, o której za chwilę.

– A ile rzędów powinienem widzieć? – wolałem się upewnić, bo zazwyczaj u okulistów rzędów jest około sześciu, a ja w przyrządzie widziałem ledwo dwa.

– Sześć – krótko i zwięźle odpowiedziała atrakcja, a ja pomyślałem sobie, że jestem w dupie u murzyna z moim wzrokiem.

– O rany! A ja widzę dwa. To źle? Mogę spróbować odczytać drugi od góry.

– Źle nie, ale dobrze też, a może uda się panu dostrzec trzeci? – mobilizowała mnie młoda p. doktor, która mogła by być moją córką.

Wysiliłem się jak młody Skywalker, który wyciągał statek kosmiczny z bagna na planecie nawet nie udam, że wiem jakiej, i faktycznie trzeci rząd dostrzegłem, ale już co w nim było, strzelałem. Za to drugi i pierwszy odczytałem dobrze i zaliczyłem patrzenie w warunkach trudnych. Pozostały mi już tylko testy.

Pierwszy był na, chyba, jakąś inteligencję, czy coś w ten deseń, bo polegał na dopasowywaniu różnych dziwnych dziwactw, do pustych kwadratów, które miały być uzupełnione o kontynuację dziwactw wcześniejszych. Nawet mi to sprawnie, choć chyba w trzeciej serii wszystkiego nie zrobiłem, poszło, bo już miałem we łbie takie kiełbie, od tych wężyków, kwadratów, linii, gwiazdek, kółek i trójkątów, że zastanawiałem się nad wezwaniem psychiatry w celu przepisania mi czegoś na głowę. Potem, a może i przed testami które opisałem przed chwilą, był test z cyframi. Ten przeszedłem celująco. Kolejny w kolejności był, składający się z prawie dwustu pytań test psychologiczny. Powiem szczerze, trzeba być zdrowo walniętym, żeby go zaliczyć. Ponieważ byłem przed swoim i Kasi weselem, co kosztowało mnie od groma stresu, do tego miałem być bezrobotnym młodym mężem, więc żeby nie wyjść na człowieka obłąkanego i chorego psychicznie, i nie oddać swojego stanu ducha i umysłu na dzień wypełniania arkuszu testowego, zacząłem go okłamywać jak z nut. Brawurowo udałem osobę normalną o ponad przeciętnej osobowości. Co wyszło, jak szydło z rządowego audi, już dnia drugiego.

Jaskinia szefowej była najwspanialszą jaskinią szefowej sekcji psychologicznej jaką tylko mógłby sobie wymarzyć człowiek taki jak ja. Czyli chory na głowę, stopę i kolano. W środku był taki bajzel, że nawet nie chciałem się zastanawiać jak tam można coś znaleźć. Do tego, w pomieszczeniu, które jak wiemy było na poziomie piwnicy, panował, jednak zapach, zaryzykuję to określenie, bo przecież był to okres chodzenia w maseczkach na twarzy, i to co się czuło było mocno wypaczane przez zmysł powonienia. Był to zapach wypalanych w ilościach hurtowych papierosów. A szefowa? Cud! Jeśli wszystkie psycholożki są takie, to ja mogę ciągle chorować na głowę, a nawet gotów jestem oddać się na jakiekolwiek badania eksperymentalne. Nawet prądem i nawet przez wór mosznowy. Sama jej postać była jak z bajki o królowej i Kopciuszku czy innej zimie. Fenomenalna. Jeśli mogę zaryzykować , to mogła by być wzorem z Serw w Genewie do którego psychologia powinna równać. Zostałem oczarowany i zaczarowany.

Bo co z tego, że pani doktor posiadała dość duże bokobrody, a może i nawet zalążek brody, a na jej maseczce dostrzegłem drobinki krwi, które miały prawo się na niej pojawić, bo moja mistrzyni kaszlała obficie, a kaszel stanowił bez mała połowę naszej konwersacji. Byłem kupiony w całkowitości od momentu wejścia do tego magicznego pomieszczenia.

– Pan siada. Nazwisko?

– Gomółka. Tomasz Gomółka.

– Pan jest normalny, że pan chce tramwajem jeździć?

– No nie. Tak! Chyba. No nie wiem.

– Pan wie jaka to cholernie ciężka robota?

– No nie. Tak! Chyba. No nie wiem – zawiesiłem się, by po chwili odzyskać wigor – Ale zaryzykuję, a co mi tam!

– He he. Ahru, behru, cehru – zakaszlała na to wszystko szefowa zakładu psychologicznego przyzakładowej poradni pracy. Jak dzieci w szkole na Wyspach Nonsensu, a dokładnie na tej na której wszyscy jarali jak oszaleli, a które to wyspy odkryli i spenetrowali od samego środka: Tytus, Romek i A’Tomek.

– Na zdrowie – chciałem być miły, ale równie dobrze mogłem wyjść na głupka, no bo kto na kaszel palacza gruźlika życzy zdrowia.

– Dziękuję. Ale to od papierosów. Ahru, ahru, ahru.

– A ja też kiedyś paliłem. Dużo. Dwie ramy czerwonych malborków dziennie. W miękkim opakowaniu. Tylko w miękkim, bo są smaczniejsze. Ta tektura to zabija smak. Więc wolę, wolałem, w miękkim. Ale najlepsze to były malborki z Teneryfy. To był smak! Syn sobie cały karton kupił, żeby kolegom sprzedawać, a ja mu wszystko wypaliłem. Jaja. Ale kowid, a dokładnie drugie szczepienie, mnie wyleczyło z palenia. Dostałem takiego wstrętu, że ja cie nie moge. Najpierw myślałem, że mi się papierosy popsuły. Bo palę jednego, nie smakuje mi, drugi? Syf! Trzeci? To samo. To żem poszedł – tu trochę udałem człowieka prostego w mowie – po inną paczkę.

– I co? – szefowa się zainteresowała

– I dalej syf. Tak przestałem palić.

– He he. Ahru, dehru, efrhu. No tak. Dobre. Ja też chorowałam, szczepiłam się i nic. Dalej palę jak smok. No dobra. Co my tu mamy – p. doktor zmieniła temat zerkając na moje testy psycho. A im dłużej patrzyła, tym jej oczka się robiły radośniejsze. Iskierki buzowały w nich wesoło. – He he. Samiec alfa nam się trafił. Lubimy rządzić, co? No i to jaka wysoka ta jednostka alfia. A do tego gaduła. A jaki wrażliwy! Fju fju.

– Eee tam. Ja to taki cichy i spokojny raczej. Nigdy przed szereg, no dobra, może czasem, ale jak nie ma nikogo kto potrafi pokierować. Bo ja to raczej. Chociaż… – kłamałem jak z nut. – Ale… nadaje się na motorniczego?

Chwilę trwała, przerywana kaszlem, analiza.

– Nadaje, nadaje. A co się ma nie nadawać? Niezłe ziółko z ciebie. Po co ci ten tramwaj? Co?

– A bo pracy stałej szukam, w ostatniej, tam gdzie pracowałem, to mi sklep który prowadziłem zlikwidowali, jakżem po chorobie wrócił, to myślę sobie, czas poszukać czegoś stabilnego, na długo, a najlepiej do emerytury. Bo ja to już stary chyba jestem i nikt mnie nie chce – nieproszony dałem się wciągnąć w terapię jak jakiś junior z Kobierzyna.

– He he. Ahru! Przestań. Nadajesz się! A teraz weź jeszcze raz opowiedz jak to z tymi fajkami było…

I tak to, po badaniach i dwudziestu minutach przecudownej psychoanalizy a przede wszystkim zwykłej, międzyludzkiej rozmowy, mogłem udać się do lekarza ogólnego po wyrok, który wydawał się być na tak.
I nie myliłem się nic a nic. Ostatnia pani doktor, która z wyglądu i wieku była bliżej mojej dziewięćdziesięciocztero letniej babci Emilki, niż osobie, która powinna ferować ostateczne wyroki, bez zająknięcia dała mi zgodę na odbycie kursu MOTORNICZEGO.

– Witamy w eMPeKa eSA! – powiedziała na pożegnanie zza uchylonych okularów i mogłem się szykować na nieznane.

Jeszcze tylko trzeba było się ożenić, żeby za niecały tydzień rzucić się w wir tramwajarski szkoleń. A te, będąc niebanalnie niebanalne, zasługują na osobny rozdział. I oby tylko jeden.

1. Życie jak tramwaj – początki

Dawno, dawno temu, o kimś, kto posiadał wiele zdolności mówiono – człowiek renesansu albo prościej – człowiek orkiestra.

Dzisiaj wydaje mi się, że lepiej posiadać jeden talent, który można dobrze spieniężyć, zamiast umieć dziesiątki różnych renesansowych rzeczy, z których tak naprawdę nic nie wynika. Chociaż nudy w tej wszechstronności raczej nie ma, i to jest największa wartość dodana.

Co z tego, że byłem prawie rolnikiem, prawie sportowcem, prawie komentatorem sportowym, prawie wydawcą, prawie menagerem, prawie organizatorem, prawie pisarczykiem, prawie trenerem, prawie nauczycielem wuefu i zootechnikiem.

Nawet prawie członkiem zorganizowanej grupy przestępczej byłem przez dwanaście lat, według prokuratury. I nawet tam do niczego się nie nadawałem i mnie uniewinniono.

Z tym moim prawie, to jest trochę jak z reklamą tego piwa. Jeśli coś nie jest takie jak ono, to jest po prostu niedobre. Inna sprawa, że piwo to dzisiaj jest prze niedobre, ale to tylko kwestia smaku i mogę się nie znać.

Ale.

Dlaczego zostałem osobą obsługującą tramwaj? Motorniczym, motorowym, tramwajarzem, czy jak to tam nazwać? Trochę nie wiem. Banalne: bo zmusiło mnie życie – jest trochę prawdziwe, tak samo jak życzenie zagadka wypowiedziane w myślach w Delcie Dietla, że co ja będę robił w życiu, kiedy sklep w którym pracuję się skończy , a kiedy przejechał tramwaj, taki z nowoczesnego już taboru, typu Krakowiak czy Lajkonik, bo tak właśnie nazywa się w moim mieście tabor XXI wieku, pomyślałem sobie, a wtedy pewnie po drugiej stronie kuli ziemskiej spadała jakaś zbłąkana gwiazda, że mógłbym jeździć po mieście takim czymś. I Wróżka Gwiazduszka mnie wysłuchała.

To co na szynach się porusza, już od dziecka budziło we mnie chłopięce zainteresowanie tematem, szczególnie jeśli chodzi o pociągi – to pamiętam z dzieciństwa bardzo dobrze. Któryś z kolegów, nie pamiętam już który, chyba Sławek Hołówka miał prawdziwą elektryczną kolejkę, może i z NRD, która rozwalała mi systematycznie system, kiedy wieczorami wizualizowałem sobie, a raczej wyobrażałem w marzeniach, że mam nieograniczony dostęp do wagonów, lokomotyw, torów, rozjazdów oraz całej infrastruktury, z której mogę wybudować kolejowy świat ze snów. Pamiętam jak snułem historię, że mój kochany tata Wojtek załatwia mi w spółdzielni suszarnię na jedenastym piętrze, w której buduję infrastrukturę kolejową jakiej w Nowej Hucie nie ma nikt.

Oczywiście wszystko skończyło się tylko na przedsennych, rozbujanych do granic suszarni fantazjach. Pewnie rodziców nie było stać na takie ekstrawagancje, może dostępność zabawki stała na przeszkodzie, i skończyło się wszystko zanim się w ogóle zaczęło. Poza strefę marzeń nie wyszedłem zbyt daleko. Ale… Kolega pożyczył mi na kilka dni jeden skład i trochę torów, dzięki czemu liznąłem lekko to co mi po głowie chodziło.

Kiedy jako osoba dorosła, przez chwilę myślałem o tym, żeby wybudować dom, to chciałem, żeby był on przy kolejowych torach. Siedziałbym sobie przed chałupą i patrzył jak pociągi przewożą ludzi tu i tam.
Z tych wszystkich myśleń nic nie wyszło, życie pędziło po innych torach, takich i innych, a moja styczność z szynami bywała częsta acz kompletnie amatorska.

Życie zawodowe związałem z handlem. Handlowałem jabłkami na placu z dziadkiem Marianem, sprzedawałem, jako dziecko, puste butelki po wódce w czasach kiedy to było bardzo opłacalne, potem jako sportowiec siatkarz chciałem sprzedawać mecze jak piłkarze, którzy byli prawdziwymi fryzjerami w tym temacie, aż w końcu trafiłem do prawdziwych sklepów i rozpoczął się prawdziwy handel. Panelami, podłogami drewnianymi, płytkami, wszystkim co związane z ogólnie pojętą łazienką, znowu panelami, podłogami z drewna, drzwiami do wewnątrz i na zewnątrz i wszystkim co z nimi związane. Próbowałem być też przedstawicielem handlowym w sektorze PET – czyli coś tam z plastikiem, ale się kompletnie do tego nie nadawałem, a poza tym byłem świeżo upieczonym członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, która uwierała mnie przez całe, jak już wspominałem, dwanaście lat. W końcu mój okręt, ba! statek kosmiczny, bo wylądowałem w sklepie z przyrządami, w głównej mierze do obserwacji kosmosu, zakotwiczył w galaktyce teleskopy kropka pl. I kiedy wydawało się, że jest to praca marzeń, która będzie trwać do końca świata albo i tydzień dłużej, wszystko runęło jak za dotknięciem tłuściutkiej czarodziejskiej rączki. Niespodziewanie, z zaskoczenia i po odbyciu ciężkiej choroby zostałem, po raz któryś, na bruku życia prawie sam. Samo wydarzenie było bardzo mobilizujące, żeby rozpocząć nowy etap, ale paliwa wystarczyło mi tylko na jakieś trzy miesiące, po czym okazało się, że sam ze sobą nie umiem, a że nikt ze mną jakoś specjalnie nie chciał, to postanowiłem poszukać sobie pracy u kogoś.

Należało się przebranżowić tak zdecydowanie i stanowczo. Chciałem znaleźć coś odpornego na kowidy i kryzysy, tylko co by to miało być?

Z tym szukaniem łatwo nie było, albo i było, tylko że moja nieobecność na rynku pracy przez jedenaście lat wypaczyła moje jego postrzeganie. Wyobrażenia jakie miałem zostały szybko sprowadzone z księżyca na ziemię, kiedy po kilku spotkaniach dowiedziałem się jakie stawia się pracownikom wymagania, a jaką za to zapłatę proponuje. Poza tym byłem za stary, za długo wszystkim kierownikowałem i ogólnie rynek pracy nie widział we mnie potencjału. Wszystko to razem, moim zdaniem, stało na głowie. Może, z punktu widzenia finansowego, był to efekt pracy przez ostatnie lata w szarej strefie, gdzie pieniądze płaci się pod stołem i te wydają się godziwe, a tak na prawdę okrada się wszystkich dookoła. Państwo, pracownika i społeczeństwo. Ale o tym innym razem. Jako jednostka wysoce narcystyczna wrócę do pisania o sobie. W końcu ja, mnie, moje, mojego i inne takie są w moim życiu najważniejsze, jak twierdzi moja ukochana żona. Nie będę jej więc wyprowadzał z błędu i już wracamy do mnie i o mnie.

Już nie pamiętam dokładnie, czy temat pracy motorniczego pojawił się podczas rejestracji w Rejonowym Urzędzie Pracy, czy wypatrzyłem ofertę w sieci, w każdym bądź razie, po całkowitym odrzuceniu pomysłu pracy na swoim statku jako ster i żeglarz, postanowiłem spróbować się odnaleźć w dużym przedsiębiorstwie. A takim było i jest eMPeKa eS i jego duże A.

Po rozmowie wstępnej, podczas której raczej gruszek na wierzbie nie obiecywano, a raczej delikatnie mnie na ziemię sprowadzono, zostałem zakwalifikowany do odbycia kursu. I nie dużo brakło, a nic by z tego nie wyniknęło, gdyby nie zbieg okoliczności, że rozpoczęcie kursu przełożono na tydzień po moim i Notorycznej Narzeczonej weselu. Tak, tak, weselu. W końcu postanowiliśmy bowiem połączyć się węzłem. I przed Bogiem. A co? Kto wierzącemu zabroni? Ten zbieg okoliczności z przełożeniem kursu „napo” ślubie odczytałem jako znak od Wszechmogącego, że przede mną droga którą muszę pędzić tak jak jego syn.

Kiedy jeszcze okazało się, że do bycia motorniczym nie potrzeba żadnej poważnej zawodówki, a w czasach obecnych wystarczy byle matura, kariera motorowego stanęła przede mną otworem, albo może zwrotnicą, którą mogłem sobie przestawiać jak chciałem.

Żeby się przekonać, że mój pomysł jest trafny i nie okaże się życiową bździną, zacząłem sobie przypominać wszystko co mnie ku tramwajom pociągnęło.

Tramwaj jako ulubiony środek transportu? Tak. Do pracy na Dietla wolałem jechać dłużej dwadzieścia minut, niż tłuc się krócej ale autobusem. Podczas wypraw długo weekendowych czy wakacyjnych, to tramwaj, a nie metro czy autobus, były ulubionymi pojazdami z okien których zwiedziliśmy, między innymi, Pragę, Santa Cruz, liznęliśmy Barcelonę, ale tylko liznęliśmy, a to z powodu słabego otramwajowania tego cudownego miasta. O Polsce i moich tramwajowych wyprawach po Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu czy Łodzi nawet nie wspominam, bo to rozumie się samo prze wielkie SIĘ. Może z tymi wyprawami to przesadzam, ale często i chętnie z szyn w obcych miastach korzystałem. Poza tym nigdy nie odpuszczaliśmy atrakcji na torach, zwłaszcza wąskich. Bieszczady, Węgry, a nawet na kanale Elbląsko – Ostródzkim część rejsu obyła się na … szynach.

Ważnym aspektem wpływającym na mój wybór życiowej drogi był też tabor jaki w Krakowie pojawia się na przestrzeni ostatnich lat, oraz nowe perspektywy drogowe, ze szczególnym uwzględnieniem trasy z Mistrzejowic pod Tauron Arenę, a więc w mojej obecnej najbliższej okolicy. W moim Homelandzie.

Co ja mam z tymi szynami? Musze mamy popytać, bo w rodzinie żadnych tradycji kolejarskich, a tym bardziej tramwajarskich nie ma. Jedyny trop, jaki taki, to wujek, który pracował jako mechanik w MPK. A to już jest coś, o co się można zahaczyć, tym bardziej, że wuj Mietek to mój chrzestny.

Tak więc stało się, to co miało się stać i rozpocząłem kurs na tramwajarza, a dokładniej na motorniczego.

Tylko…

Czy jest to dobry wybór? Czy dam sobie radę? Czy umiem jeszcze tak ciężko pracować? Jak ubrać spodnie w kantkę, koszulkę, krawat, kiedy w duszy punk rock gra? Czy wstawanie o trzeciej w nocy jest możliwe? A jak kogoś rozjazdę na śmierć? Przecież ja już nie chce pracować z ludźmi… Tysiące pytań i wątpliwości zalały moją głowę. I nie ma się co dziwić. W końcu moje życie miało się teraz toczyć po całkiem innych torach zwykłej – niezwykłej codzienności, w co z wielkim strachem, obawą i niepokojem postanowiłem wejść. Jak zawsze – całym sobą.

28. Taki dobry Didi. Część druga – Pęknięte serce. Ostatnia.

To jak Cię porzuciłem przed dworcem w Tarnowie, siedziało we mnie przez lata. Nawet telefon, który wykonałem do Mistrza kilka dni po tej akcji i jego zapewnienie, że żyjesz, że dojechałeś, i że wszystko jest w porządku, średnio mnie uspokoił. Ale ten sam Mistrz prawie dwadzieścia lat później napisze, że czas leczy rany i trzeba dalej być. Więc byłem.

Przez kilka lat przewijałeś się w około koncertowych opowieściach, byłeś z każdą historią coraz bardziej „kultowy”. Zaakceptowany i lubiany przez zespół. I to nie jeden. Bardzo. Mistrz napisał o Tobie piosenkę, bo żyłeś niebanalnie. Chyba niekoniecznie – bo tak chciałeś, może częściej – bo tak wyszło.  A Twoja wyprawa za Kultem po zachodniej Europie, bez kasy, bez biletów, obrosła legendą, której nie podejmuję się opisywać, bo trzeba by to zrobić rzetelnie i starannie. Może kiedyś spiszę wspomnienia tych co pamiętają najlepiej, bo byli tam wtedy.

Nasze kolejne spotkanie miało miejsce w trakcie kręcenia koncertu El Dupy, w roku 2010. Nawet nie pamiętam czy coś pogadaliśmy, bo i zamieszanie było ogromne, jak to przy Dupie, no i to Ty podkradłeś część występu swoimi tańcami na scenie, które zostały uwiecznione na koncertowym DVD El Dupy, a ponieważ czerpałeś wtedy garściami zabawę, a ja, zaraz po sztuce, wracałem z synem do Krakowa, i to będąc niestety kierowcą. Nasz odbiór rzeczywistości, tego wieczoru, były na przeciwstawnych biegunach, więc nawet nie próbowałem nawiązywać kontaktu. Ważne, że byłeś i miałeś się tego dnia znakomicie.

Potem stało się tak, że na nowe miejsce na ziemi wybrałeś Teneryfę i przy pomocy Mistrza i swoim zdolnością – pracowitości i solidności, sam zostałeś Mistrzem w swoim fachu. A kiedy Mistrzu zakupił lokal mieszkalny na wyspie, i przy każdym spotkaniu chwalił jak tam jest zajebiście, zebrałem się w sobie i postanowiłem, wraz z rodziną, na własne oczy przekonać się o prawdziwości jego słów.

Dolecieliśmy akurat jak była kalima. Z nieba padał piach, a ocean był szary jak Polska w bezśnieżną zimę, i pierwszy efekt nie powalił. Ale potem było już tylko najlepiej. I wreszcie nasze spotkanie i rozmowy u Mistrza na tarasie. Trochę się wąchaliśmy, bo było to nasze drugie, takie prawdziwe, spotkanie w życiu. Ja ciągle ze wstydem wspominałem Tarnów, o którym Ty już zapomniałeś, i tylko powiedziałeś mi wtedy, że jednak nie skończyło się to tak dobrze jak mi opowiadano, ale i wizyta na tarnowskiej izbie nie była dla ciebie jakimś strasznym przeżyciem. Mimo wszystko było mi strasznie głupio, choć szmat czasu już minął. Ale mieliśmy wspólne tematy, które z każdym zdaniem nas zbliżały do siebie: Kult, Kazik i piłka nożna. Do tego Mistrz nakreślił mnie jako spoko gościa, więc lody zostały przełamane i zaczęło się kolegowanie.

Kolejny był film, a Ty jako osoba mająca w nim dużą robotę do zrobienia, przyleciałeś na część Trasy Pomarańczowej. Byłeś w Krakowie, gdzie zaprosiłeś rodzinę, i tak się cieszyłeś jak Ci poogarniałem taksówki i mogłeś mamie i siostrze pokazać od środka jak pracują Twoi znajomi, ba, już przyjaciele. Potem był Wrocław, Katowice i Poznań. We Wrocławiu, po koncercie siedzieliśmy w jakimś pokoju i robiliśmy przy butelce, pewnie niejednej, małą regenerację pokoncertową, wtedy Mistrzu z taką stanowczością w mowie i wzroku, kazał mi pilnować naszej grupy, żeby Tobie ani grama alko nie podać, bo masz na niego bana. Obiecałem i pilnowałem jak syna. Ale też zadanie trudne nie było, bo Ty sam stałeś na wysokości zadania i nie tylko Wrocław, ale i Katowice, a tam nie przyłączyć się do zabawy mogą tylko najwięksi kozacy albo chorzy, przeszedłeś bez krzty promila. I Poznań prawie też, tylko, że tam był ostatni koncert trasy. Kolejnej udanej i wyjątkowej trasy, w której towarzyszyła zespołowi kamera.

A pamiętasz jak wtedy, ze sceny Kazik zaprosił wszystkich do Kultowej? Że my tam jedziemy wszyscy, i że będzie zabawa. Sala zareagowała euforycznie, a mnie zmroziło, jak wyobraziłem sobie, nawet połowę, uczestników koncertu w zaprzyjaźnionym pubie. Po sztuce doszło do przejęcia busa zespołowego przez Szefa Kazimierza, co lekko zdziwiło członków zespołu, kiedy trasa hala – hotel, została zmieniona na tę: hala – Kultowa. Kto żyw przesiadał się do busa techniki, i tylko my, Mistrzu i Morawka, który na taką akcję, powiedział tylko:

– Phi. Mnie się nie chce wysiadać, jadę z wami.

pojechaliśmy prosto ze sceny na małe co nieco. Przy stoliku doszło do zawieszenia wszystkich wprowadzonych wcześniej obostrzeń. Próbowałem tłumaczyć, że powrót do palenia – po jakiejś tam przerwie, przez kolegę-wokalistę, czy powrót do konsumpcji alko Twojej osoby, która miała mieć rano przelot do roboty na Tenerkę z Berlina, nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. I że jakie byłoby to piękne jakbyście wytrzymali w swoich postanowieniach jak najdłużej, bo to taki piękny przykład dla wszystkich i w ogóle. Tylko jeśli mówiłem to znad kufla z piwem, dmuchając dymem z łapczywie wypalanego papierosa, to mogłem się jawić jako osoba niekompetentna do składania takich propozycji. Sam nie potrafi wytrwać w czystości, a innych poucza – pewnie ktoś pomyślał, i na stole wylądowały takie ładne kieliszki z zimną Żołądkową Gorzką. Wbrew temu, co by się nie działo, miałeś silne postanowienie, że jakby się sprawy nie potoczyły tej nocy, to Ty musisz wsiąść do samolotu linii Berlin – Teneryfa Południe.

Kiedy my z Mistrzem mieliśmy już dosyć i chcieliśmy zabrać Ciebie do hotelu, żeby Cię nie kusiło, Ty nie mogłeś z nami pojechać, bo czekałeś na kolegów, którzy mieli dla Ciebie, pachnącą zawodami o Mistrzostwo Polskiej Ekstraklasy, koszulkę piłkarza Legii. No i chcieli się spotkać z Tobą. Pośmiać, pogadać i pobyć. Kiedy rano zszedłem na śniadanie i spotkałem Morawkę, który dopiero co wrócił, a było już koło ósmej rano, nie mogłem uwierzyć w to co opowiada. O kierowcy autobusu który nie chciał Cię zabrać na pokład i ostatecznie uciekł, o poszukiwaniach alternatywnej formy transportu do stolicy Niemiec, bo musiałeś, bo obowiązki. W końcu dzięki wsparciu Olgi i reszty ekipy, która Cię żegnała, wszystko się udało i doleciałeś, bo obowiązki były najważniejsze i nie mogłeś inaczej. Zadowolony z zakończenia wyprawy, zameldowałeś się z wyspy.

Nasza znajomość zaczęła rozkwitać z tygodnia na tydzień. Telefonicznie przekazywaliśmy sobie najświeższe informacje, co w naszym otoczeniu się dzieje. Czasem robiłeś sobie przerwy na odreagowanie pracy i codzienności. Wtedy dzwoniłeś o każdej porze dnia i nocy, przy czym w nocy najczęściej. Aż razu pewnego przez kilka dni nie odbierałeś telefonu. Jak się kogoś lubi, to się człowiek o tego drugiego martwi. Zdzwoniłem się z Mistrzem raz, po kolejnych dwóch dniach drugi. Kontaktu z Tobą nie było. Nie było też na podorędziu, tam na miejscu, nikogo, kogo moglibyśmy wysłać na poszukiwanie za Tobą. Wtedy przypomniałem sobie, że mamy wspólne miejsce, w tej polskiej knajpie, tam na dole Adeje, niedaleko Oceanu. Przypomniałem się, że ja to ja, i że Ty to Ty, no i że ja Ciebie poszukuję, no i żeby kogoś wysłać, bo z Huty dzwonię i mi chwilowo na Teneryfę nie po drodze. Szybko zostałeś odnaleziony i to Twoje zdziwienie, połączone z przerażeniem, że jak to tak można kogoś na takim dystansie odnaleźć, skoro zagubiony człowiek nawet telefonu nie ma, bo ten się gdzieś w balecie zapodział.

W 2018 nad wakacjami długo w domu nie myśleliśmy. Poza Mistrzem na wyspie mieliśmy tez Ciebie. Więc wyprawa wakacyjna nie mogła się odbyć w inne miejsce. W końcu mieliśmy jeszcze tyle do zobaczenia, że nikt z naszej komórki rodzinnej nie wyobrażał sobie innej miejscówki na wywczasy. Zalogowaliśmy się pomiędzy Mistrzem a Tobą, żeby się łapać jak najwięcej. Trafiliśmy też na Karola z rodziną, którzy odkryli przed nami wyspę, jakiej nie znajdziesz w żadnych przewodnikach. Ekipa wakacyjna była wyborowa. Oczywiście Ty miałeś roboty od groma, ale zawsze przed pracą, po pracy, czy w każdej wolnej chwili, którą mogłeś poświęcić na odpoczynek, spotykałeś się z nami. Oezil i Notoryczna polubili Cię szybko i bardzo mocno. Ze wzajemnością. Pamiętam pierwszy dzień, po naszym przylocie, i blamaż Legii w eliminacjach do Ligi Mistrzów, kiedy wspólnie nie mogliśmy uwierzyć, na co my patrzymy. Legia odpadała wtedy z jakimś Dudelange, po porażce u siebie 1-2, a tego dnia – 16.08.2018 – remisując szczęśliwie 2:2 i niestety odpadając. Siedzieliśmy u Słowaka i przeżywaliśmy piłkarskie emocje, przy wodzie i piwie.  Potem były kozy, i inne, z grilla w tej „fabryce mięsnej” – jak nazwaliśmy z synem ten lokal w Rancho De Nino,  Sanatorio de Abona – niedokończona wioska i szpital dla trędowatych, poranne kawy i wieczorne posiadówki, albo mecze tenisa, które tak lubiłeś oglądać, kiedy walczyłem z Mistrzem. To były cudowne wakacje i wiedzieliśmy już, że za rok inna opcja nie wejdzie w rachubę, tym bardziej, że ja uwielbiam szczególnie te miejsca, które znam.

W połowie października, dostaliśmy propozycję od Mistrza, żeby sobie ten komunikator taki w telefonie założyć. Mnie to już wcześniej Notoryczna Narzeczona namawiała, ale ona to se może. Za to jak Mistrz proponuje, to mus mieć i koniec. I 17października, w godzinach porannych napisałeś:

 „Brachu w koncu mam to gowno”

„Nooo.  Ja też od dziś” – odpisałem.

„Ja od wczoraj”

„Kurwa, zdjęcia, filmy z Huty będziesz miał:))). Zaraz ci Wawel jebne” – napisałem i wysłałem zdjęcie zamku na Wawelu, bo akurat jadąc do pracy, koło niego przejeżdżałem.

„A ja ocean”

I takim to sposobem wessało nas na dobre. Komunikator się sprawdził i od tej pory, niemal codziennie, przekazywaliśmy sobie informacje z naszych żyć. W jedną stronę szedł Kraków, Huta, polskie ligi piłkarskie oraz wszelkie wyjazdy, a zwrotnie miałem Ocean Atlantycki, roboty wykończeniowe, jedzenie, czasem jakiś żarcik, gołą babę ( tu przyznam Ci się, że raczej szybko kasowałem), Mandelę w różnych odsłonach. No i wszystkie oprawy na Legii, niema na żywo. Dużo potem: życie Sisi, kocicy, która okazała się kotem. No i mieliśmy rozmowy live, najczęściej w weekendy, albo w przerwach w naszych pracach. Ciężko było sobie wyobrazić, że się dłużej niż dwa, trzy dni nie odzywamy. Poznawaliśmy się coraz lepiej i coraz więcej nas łączyło. Najbardziej piłka kopana. Ja ci dałem konto na Canale +, a Ty mnie z młodym zaraziłeś Copa Libertadores. Pamiętasz to zamieszanie z którymś z finałów, jak Ozil Tobie jakieś linki wysyłał, żebyś sobie mógł obejrzeć. Nawet Ci nie przypomnę co mu naobiecywałeś za to, że się udało, bo jestem zazdrosny. Do teraz. No i przywróciłeś mnie do zakładów piłkarskich. Nasze codzienne meldunki były obowiązkowe. Czekaliśmy tylko na „kupon życia”, dzięki któremu nie będziemy musieli pracować, tylko zrobimy sobie wieczne wakacje.

Wyjazd w kolejnym, dziewiętnastym roku na wyspę stał pod znakiem zapytania. Tata zaczął mieć duże kłopoty zdrowotne i do ostatniego dnia wylotu, wahałem się, czy nie odpuścić, tym bardziej, że tata jeździł już ze szpitala do szpitala i zaczęliśmy czuć strach o niego. Ale ten sam tata nas wygonił i obiecał, że będzie dobrze. Skoro tak, to polecieliśmy i znowu mieliśmy wakacje życia. I jak w życiu, radości przeplatały się z prozą życia codziennego. U nas z tatą, u znajomego z dzieckiem. Ale byłeś Ty, Mistrzu z rodziną, Karole, Giemza z córką, Olga z  Arkiem, oraz Ania, osoba która odmieniła Twój świat, tam, na wyspie. Wtedy zobaczyłem innego Rafała. Rafała spełnionego, pełnego nadziei i życia. Twój wagonik wskoczył na tory, które prowadzą nas do spokoju i stabilizacji. A wiesz, że z tym to u nas różnie bywało. Co sam nakręcałeś wpadając rano, albo ustawiając poranną kawę w kawiarence.

– Co tam? Juz nelwówka? – witałeś mnie z uśmiechem, jak kręciłem się od świtu, bo nie chciałem tracić czasu.


A potem Ciebie „nelwówka” brała, bo trzeba było robotę zaplanować, ludzi poustawiać. No i zakłady w tym całym zamieszaniu puścić. Razem z moim synusiem, którego uczyłeś maszynę do piłkarskich zakładów obsługiwać. I siedzieliście sobie i dyskutowaliście, w co najlepiej zagrać danego dnia. A ja patrzyłem na Was z radością i ogrywałem ruletkę, albo ona mnie. Co jakiś czas odwiedzaliśmy z Tobą miejscowe markety budowlane i składy, w których czułeś się jak u siebie. I znowu bywała „nelwuwka” bo południowcy to trochę inaczej do życia podchodzą.

No i niezapomniana wyprawa na zawody Segunda Division, na CD Tenerife, kiedy tłumaczyłeś Ozilowi, żeby się nie martwił porażkami, kiedy taki fajny kupon mu Niezgoda popsuł, strzelając na 2:2 w meczu z ŁKS. Ależ to były piękne chwile. Mieliśmy je co jakiś czas powtarzać. Ale zanim, po raz kolejny, na wyspie, to już planowaliśmy Ani i Twoją wizytę u nas, w Krakowie. Przy okazji promocji „Kult Filmu” i Trasy Pomarańczowej.

Po naszym powrocie z wyspy, wszystko się popsuło. Dla mnie. Tata odszedł. Dla mnie strasznie niespodziewanie. Wspierałeś mnie wtedy jak mogłeś, pomimo dużego dystansu, jaki nas dzielił. Nigdy Ci tego nie zapomnę, Blachu. Sam rzuciłem się wtedy żyć, jakby nie było jutra. Tylko rzucenie się w wir życia, rodzina i przyjaciele, trzymali mnie na powierzchni jako takości. Dzięki temu przetrwałem ból rozłąki, chociaż wiem, że nigdy go nie ujarzmię do końca.

W Warszawie błyszczałeś na premierze, później współorganizowałeś balet u Morawki, a następnie spotkaliśmy się we Wrocławiu, skąd mieliśmy pojechać do nas i stamtąd zrobić kultowe Katowice i Kraków. Ale Mistrzu troszkę nam plany skorygował, i o ile Wrocław przetrwałeś na zero z tyłu, o tyle Katowic się nie udało, co przy ilości znajomych, którzy się tam z całego świata zjechali, dziwić nie powinno. Ale i tak, bez większych problemów, dałeś się zabrać na obrzeża Nowej Huty. Do matecznika Judegangu. Trochę się martwiłem, żebyś nocą ciemną nie zaczął sławić swojej drużyny u mnie na osiedlu, ale też, na szczęście, nie czułeś takiej potrzeby. Najwyżej musielibyśmy się bić albo pertraktować łagodny wymiar kary. Skończyło się dobrze, bo po skonsumowaniu połowy lodówki i kilku podejściach do spania, oddałeś się regeneracji i postanowiłeś powiedzieć rozrywkom basta, bo plany mieliście z Anią bogate.

Hutę pokazałem Ci tylko z pokładu samochodu, ale co miałeś widzieć, widziałeś. Stadion Hutnika, na który wpadałeś za swoją stołeczną drużyną, czy miejsca potyczek na pięści, w drodze na Suche Stawy, z łobuzami krakowskich drużyn. Rzuciliśmy okiem na Wawel, Kazimierz, pokręciliśmy się pod stadionem Cracovii, zobaczyłeś stadion Wisły, obiekty dla kibica futbolu obowiązkowe.

W poniedziałek wieczorem odstawiłem Was na pociąg do Wiednia, z którego to miasta wysłałeś mi taką ilość zdjęć, że można by album wydać. W ten poniedziałek, widzieliśmy się, dalej w to nie mogę uwierzyć, po raz ostatni za żywo. Ale w świecie wirtualnym znowu codziennie meldowaliśmy co się wokoło kręci. Ze dwa razy opowiadałeś mi o akcji malowania stadionu Kolejorza, niestety nieudanej, którą przeprowadzałeś z załogą warszawskich legionistów, zaraz po przylocie na premierę. Z Trasy Pomarańczowej 2019 pisałem relacje, które jako pierwszemu słałem do poczytania, a Ty jeszcze naciskałeś o zdjęcia Morawki i Grudzianki z każdej sztuki.

Potem przyszedł najdziwniejszy chyba rok naszego życia. Pandemik 2020. Wiele spraw zwariowało. I tych najbliższych, jak praca, koncerty, życie codzienne, po te odleglejsze, jak podróże. Z tych powodów i strachu przed kwarantannami i innymi pierdołami, zamiast na wyspie, wakacje spędziliśmy z rodziną bliżej domu, na Węgrzech. Gdybym wiedział, to co wiem, pewnie zaryzykowalibyśmy kolejnym pobytem na Tenerce, ale po co ryzykować, skoro tyle życia jeszcze przed nami… Nie dziś, to jutro. Tak odkładamy wszystko w czasie, jakbyśmy byli nieśmiertelni, a czas tutaj, na tym łez padole nie pędził jak szalony.

Ale nie wszystko odkładaliśmy, bo były też plany sięgające dalej, na kolejne lata. Nasze wesele, na które tak się cieszyłeś i meldowałeś w wiadomości:

„Goomi zastanawiałem się dziś jaki wam prezent ślubny sprawić i wymyśliłem będzie państwo zadowolone”

Potem planowaliśmy pierwszą zimową wizytę na wyspie. Wspominałeś coś o jakiejś wyprawie z Mistrzem w góry. Ja namawiałem Cię na częstsze odwiedziny w Polsce, z uwzględnieniem Krakowa. Albo na spotkanie w Barcelonie, w połowie drogi, albo w Madrycie, który tak wychwalałeś.

Rok się zaczynał kończyć, jak Twój dowód, czy paszport, i pisałeś, zadowolony, że musisz na dniach do Madrytu lecieć po nowy dokument. I poleciałeś. Pustym samolotem do pustego Madrytu.

„Rób zdjęcia, będzie co wspominać” „ Rób grafy Legii” „Kasuj szaliki!” – pisałem Ci, a Ty bombardowałeś mnie zdjęciami Madrytu, dodając: „Zajebiste miasto. Kocham” „Ja w Madrycie jedna krew” – na co wysłałem Ci łapkę, taką jak lubiłeś.

Szesnastego października, jedenaści minut po dwunastej dostałem wiadomość od Mistrza. I wtedy pękło mi serce. I chociaż Ciebie nie ma, tu na ziemi, to dla mnie jesteś. Aż po kres moich dni. Blachu.

10. Tomaszów Mazowiecki – Lodowy Sylwester ze szczepionką. 31.12.20 – 1.01.21

O tym, że robota przy koncercie sylwestrowym będzie, wiedziałem już po sztuce w Krakowie. Bez  żadnych szczegółów, ale też niczego specjalnego się nie spodziewałem, bo i zespół w jakieś kontrowersyjne czy dziwaczne przedsięwzięcia by nie wszedł.  Już samo stwierdzenie: Sylwester z Kultem, czy: Kultowy Sylwester – brzmiało dziwnie i raczej śmiesznie, ale że czasy są jakie są, a jeść trzeba mieć za co, tedy nie było co wybrzydzać i za odpowiednią stawkę nawet w Sylwestra się spiąć. Co ustaliliśmy już, a precyzyjniej zespół, w Krakowie, że wchodzimy w sylwestrowe granie, kończąc Trasę Pomarańczową.

Charakterystyczny sygnał esemaesa – „Zaprawdę powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta”, dopadł moich uszu podczas wigilijnej kolacji, dokładnie w momencie kiedy przeoczyłem ość, ukrytą w połykanej części karpiowego dzwonka i zacząłem charczeć żeby jej nie przemieścić dalej w bezkresie swojego przełyku.

– A tobie co znowu? – zapytała ludzkim głosem Notoryczna Narzeczona, choć było grubo przed północą.

– Chryy, chrryy, chryba osc.

– Jaki gość?

– Osc chrryba pknąłem. Chryy, churwa, chryy.

– Mamusia coś rozumie z tego charczenia?

– Nie znam świńskiego. A fuj! – powiedziała teściowa dokładając sobie kapusty z grochem i patrząc na mnie bez politowania.

– Tata się dusi! Chyba. – zauważył Oezil, mój jedyny pierworodny, bo zaczynałem sinieć.

– Po czym? – zastanowił się stojąc za mną szwagier i bez ostrzeżenia jebnął mnie w plecy z całej pety – Lepiej?

– Taaaaa. – odparłem załzawiony, trzymając w dłoni kulkę jedzenia, w skład której wchodził karp, ziemniak, surówka i spora rybia ość. – Jezusie Nazareński! Mało się nie udławiłem.

– Ale ubezpieczony jesteś? – zapytała Notoryczna i wszyscy spojrzeli na mnie podejrzliwie.

– Od śmierci przez ość to chyba nie. Raczej. Gdzie mój telefon? Chyba es od Wietechy przyszedł.

– Teraz? W wigilię? No bez żartów – westchnęła druga, a licząc Matkę Boską to i trzecia mamusia.

– Pewnie z życzeniami – skłamałem, bo Piotrek jako chrześcijański odszczepieniec by się do życzeń nie zniżył, więc w grę wchodziły tylko robocze historie  i odczytałem wiadomość z ukrycia.

„Sylwester 31.12.20 – 1.01.21 potwierdzam. Zbiórka w Tomaszowie Mazowieckim do godziny 11.00. Skontaktuj się jutro z numerem XXX XXX XXX i ustal trening łyżwiarski. PeWu.”

Wigilijna wieczerza zbliżała się leniwie ku końcowi, a we mnie testosteron zaczął buzować jak nigdy w tym miesiącu. Szykowało się coś wielkiego i ja to czułem całym sobą.

Spać za bardzo nie mogłem, raz, z powodu zwierzyny którą mam w domu, bo liczyłem na to, że kocica i ryby przemówią w końcu ludzkim głosem, a dwa chciałem szybko uzyskać pełniejszą informację odnośnie koncertu sylwestrowego. Po drugiej w nocy odpuściłem zwierzakom, które jak  co roku ani me, ani be z siebie nie wydobyły i padłem, żeby zaraz po siódmej wstać i wykonać telefon. Tak jak myślałem, nikt tak wcześnie w pierwszy dzień Świąt Bożego narodzenia nie wstaje, bez względu czy wierzy, czy udaje, czy jest po apostazji, więc po dziesięciu sygnałach usłyszałem tylko: „ Tu poczta Karolaoli, Jungmenedżera Tefałenu. Zostaw wiadomość. Oddzwonię”. No to się nagrałem: „Z tej strony Tomasz Goomi Gomółka – Kult Ochrona, proszę o kontakt w sprawie Sylwestra”

Po czternastej telefon zagrał Leonardem Cohenem, więc lekko podniecony odebrałem:

– Hallo! Tu Tomasz Gomółka, Kult Ochrona.

– Siemanejro. KarolOla mówi. Jutro o dziewiątej widzę cię na lodowisku pod Parkiem Wodnym. Damy radę?

– Jeśli trzeba to damy. Ale dlaczego na lodowisku?

– Bo jutro robimy sobie przypomnienia z jazdy na łyżwach. „Lodowy Sylwester ze szczepionką” nas czeka! Reszta jutro. Ubierz się luźno. Pa! – głos, raczej męski, szybko zakończył, a ja zacząłem składać pierwsze informacje do kupy.

Wiedziałem już, że koncert będzie na żywca nadawany w TVN, i że ma być największym koncertem tegorocznego przełomu roków. I że ma odbyć się na lodowisku w Tomaszowie Mazowieckim, oraz że poza Kultem mają być jacyś goście. Miałem nadzieję dowiedzieć się wszystkiego na lodowisku, więc wstałem wcześnie, żeby poszukać odpowiedniego stroju i rozgrzać już w chałupie skostniałe muskuły, ze szczególnym uwzględnieniem tych od nóg, bo ostatni raz na lodowisku byłem w roku dziewięćdziesiątym trzecim, kiedy zaliczyłem na ocenę dobrą łyżwiarstwo ogólne na krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Łącznie z regułami lodowych sportów.

Ponieważ na lodowisko daleko nie miałem, wybiegłem z domu na kwadrans przed za pięć dziewiąta, żeby być kilka minut przed czasem. Do budko-przebieralni wpadłem zdyszany i z lekkimi zawrotami głowy, ale to chyba przez to, że biegłem w maseczce, no i smog miał wszystkie normy poprzekraczane o ponad tysiąc dziewięćset procent. W rogu pomieszczenia, tyłem do wejścia stała jedna osoba, raczej dziewczyna, o czym świadczyła sukieneczka mini, białe legginsy na masywnych nogach i amethystowe łyżwy do jazdy figurowej. A ponieważ szukałem raczej chłopaka, którego jeszcze raczej nie było, postanowiłem sobie zajarać na polu. Kiedy łapałem za klamkę, dobiegł mnie zdecydowanie męski głos:

– Pan Gómi?

Obróciłem się możliwie najdynamiczniej jak potrafiłem i okazało się, że w dziewczęcym przebraniu jest jednak młody chłopak, o czym stanowił kilku dniowy zarost na twarzy.

– Taaa. Karol?

– KarolOla. Niebinarnyna. Miło mi. Chodź po łyżwy.

– Yyybyynyy. Aha. Po łyżwy. – odparłem zmieszany lekko, bo niebinarniaka widziałem na żywca po raz pierwszy w życiu.

– Zdziwiony jakiś pan jest.

– Mów mi Gómi. No ta sukienka średnio z brodą koreluje. – odpowiedziałem jakbym nie był prostym chłopakiem z Huty tylko absolwentem psychologii z Woli w mieście Warszawa.

– Sukienka? A nie. To koszulka, znowu nie włożyłemłam jej do dresów.

– No i łyżwy takie nie chłopięce.

– A to przez rozmiar, stopę mam małą i tak wyszło. Ze mną wszystko spoko, poza kłopotem z rozpoznaniem płci. Serio.

– Spoko, spoko – odparłem – Ale co my tu robimy?

– Próbujemy stać na łyżwach. To wymóg reżysera. Część publiczności będzie oglądać koncert z lodowiska, a że wasz zespół ma ochronę, to i wy musicie mieć łyżwy. Dzisiaj każdy z was ma próby, żeby jaj nie było. Dawaj popróbujemy, musze ci wystawić zaświadczenie.

I ćwiczyliśmy. W moim rozmiarze były tylko panczeny, wiec kulawiłem z lekka, ale utrzymać się bez spektakularnych wywrotek udawało i zostałem zaakceptowany. W Tomaszowie miało być lepiej pod względem sprzętowym i nadzieja na udana robotę rosła wprost proporcjonalnie do zadania. Po wszystkim zapytałem kolegiżanki, czy zna już skład koncertu.

– Oczywiście. Jeszcze dziś wieczorem ruszamy z wielką promocją. Z dużych graczy będzie Kult, Krzysztof Krawczyk i Shakin Stevens i podróbka Hose Karerasa.

Zamurowało mnie, bo takiej obsady nie spodziewał bym się nawet we śnie.

– Szejkin, serio? Ten Szejkin?

– Serio, serio.

– Ale jak on dotrze? Pandemia, loty zawieszone, nie ma jak przylecieć.

– Mamy swoje sposoby. Wysyłamy po niego Batorego!

– Tego rycerza?

– Nie. Statek. Ma od dwóch lat zamontowany napęd atomowy, to obróci raz i dwa i Szejkina przywieziemy.

– Nie żartuj. To mój pierwszy idol. Potem to już tylko Kazik. No a Krawczyk to jeszcze da radę wystąpić? Ostatnio jak przy jego sztuce pracowałem, dwa lata temu, to już ledwo dawał radę.

– Kontrakt podpisany, to chyba da. A zresztą on i tak leci z pełnego plejbeku, więc wystarczy, żeby wysiedział przed mikrofonem. Aha. I nie kupuj biletu, w Sylwestra rano polecisz do Łodzi samolotem. Na koszt firmy!

Test łyżwiarski zdałem pomyślnie, ale ponieważ jeszcze trochę czasu było, wykupiłem sobie na koszt telewizji jeszcze cztery godziny jazdy, żeby doszlifować umiejętności, i po wszystkim wyglądało to już naprawdę nieźle, bo nawet nauczyłem się skręcać – choć tylko w lewo, hamować i rozwijać jaką taką prędkość.

Te kilka dni, które ciągnęły się jak guma w majtkach, zeszły mi na pracy w pracy i wymianie doświadczeń ze szkoleń, które odbywali koledzy. Najpoważniejszą fuchę złapał Esu, który poza umiejętnością jako takiego poruszania się na łyżwach, potrafił jeździć rolbą – taką maszyną do równania lodu, i z tej okazji jemu przypadło transportowanie zespołu Kult na scenę, tą właśnie maszyną, do której przymocowane miały być specjalne rockendrolowe sanie, którymi grupa miała wjechać na występ. Kozi donosił z Warszawy, że nauka idzie ciężko, że jest za ślisko, za zimno, a Wafel, który pierwszą lekcję przypłacił rozciętą brodą, obiecał, że on im kurwa wszystkim jeszcze pokaże i że nie wybaczy tego upokorzenia, jakim było według niego jeżdżenie na łyżwach i wspólny koncert z Krawczykiem, do którego czuł wyjątkową, nie wiedzieć czemu, niechęć. I tylko Guma był przeszczęśliwy, bo w dzieciństwie uprawiał wszystkie możliwe rodzaje łyżwiarstwa. Był w dzieciństwie panczenistom, łyżwiarzem figurkowym i pewnie byłby też hokeistom, ale sekcja łyżwiarska „Syrenka Podwójnego Rittbergera”, ulokowana w Pałacu Kultury i Nauki, sekcji takiej nie posiadała. Ale nic to. Umiejętności nabyte za szkraba owocowały w życiu zawodowym spektakularnymi sukcesami, jak chociażby słynna pogoń za złodziejami z Sopotu, którzy zawinęli Jezuska Bursztynowego z szopki z Arcykatedry Oliwskiej, kiedy to kradzieje, wykorzystując zamarznięty Bałtyk, pieszo uciekali do Szwecji. Grześ był akurat na szkoleniu w Słupsku i kiedy tylko zobaczył w telewizyjnej Panoramie co się odjaniepawliło, zgłosił się do najbliższego komisariatu, żeby służyć swoimi umiejętnościami. I złapał ich w odległości stu trzydziestu mil morskich w linii prostej od Westerplatte. Albo jak ratował tonące karpie, w zalewie Zegrzyńskim, do którego wpuszczano wodę z oczyszczalni Przyczajka. Byłem najdumniejszym ochroniarzem Kultu na świecie, że mam takich mistrzów obok siebie, jak Guma i Esu. Lody świata nie mogły być nam straszne!

Dzień przed Sylwestrem, kiedy wracałem umęczony po pracy dostałem esemesa:

„A jakbyś lotnią poleciał z Łodzi do Tomaszowa? Da radę? KarolOla”.

„Ale, że co jak kurwa lotnią?” – odpisałem, bo lotnię uważałem za słaby środek lokomocji, od kiedy mój kuzyn mało się na takim sprzęcie nie zabił. „To nasza odpowiedź na lot Golców balonem z Zakopanego do Ostródy. Zgódź się, plizz. Polecisz z Ireneuszem Wereńskim i sobowtórem Shakina. Płacimy ekstra”.

„ Ale ubezpieczenie na życie na wypadek katastrof lotniarskich musi być.”

„Załatwimy”

„Niech stracę”

„ Jutro o szóstej bądź na Balicach. Polecisz międzymiastowym Rzeszów-Kraków-Katowice-Łódź. Do zoo w Tomaszowie!”

Takich jaj to się nie spodziewałem. Ale raz kobyle śmierć – pomyślałem i byłem gotowy na wszystko.

Na lotnisko podrzuciła mnie Notoryczna, całkiem niespodziewania, bo mało kiedy, albo wcale mnie nie podwoziła na kultową robotę.

– I pamiętaj! Uczesz się! Wciągaj brzuch! Nie rób tych swoich min! Zachowuj się! Patrz w kamerę! Nie przeklinaj! Ludzie umieją czytać z ust! Aha. I do ubezpieczenia podaj moje konto. Masz tu kartkę z numerem.

– Ale po co?

– Po co? Ty się mnie pytasz po co? A jak ta lotnia się rozwali? Czy ty w końcu zaczniesz myśleć o przyszłości. O nas?

– No dobra, dobra. Zrobię jak chcesz. I jeszcze na złość tobie przeżyję! Zobaczysz! – obiecałem jej, sobie i synkowi.

Na lotniskowym terminalu numer jeden stał człowiek z tabliczką: „Lot do Tomaszowa”, więc udałem się w jego kierunku i po pokazaniu dowodu osobistego dostałem krótką informację:

– Pan siądzie i pan czeka.

Po kwadransie doszlusował Cytrynowy, który łyżwy trenował gdzieś pod Kielcami, bo tam miał robotę w święta i po świętach, i ze trzy kompletnie nieznane mi osoby. Dwadzieścia pięć po szóstej staliśmy już na płycie lotniska, a nasz samolot, jeśli starego AN-2 można nazwać samolotem, właśnie lądował. Jak się zatrzymał, ruszyliśmy zając miejsca. Na drzwiach wisiała jeszcze kartka: „Loty międzymiastowe osobowe. Przemyśl – Kijów – Charków – Kiszyniów”, z czego wywnioskowałem, że maszyna został wyczarterowana gdzieś na wschodzie.

W Pychowicach byliśmy po niecałej godzinie. Dołączyły kolejne dwie osoby i Bartek, który najpierw miał opory przed wsiadaniem, ale kiedy pilot pokazał mu litrową butelkę Smirnoffa, bełkocząc: „Nie bojsia, u mienia toże strach jest”, Bartka lęk został przełamany. Z Katowic do Łodzi zeszło ponad półtorej godziny, bo trochę błądziliśmy, a raz nawet silniki stanęły, kiedy pilot usnął. Ale skończyło się szczęśliwie i blado-zieloni opuściliśmy pokład maszyny. Ekipę zapakowano do dwóch Żuków, bo jak nam wytłumaczono, z powodu akcji z paralotnią trzeba było dramatycznie ciąć koszty. Mnie zabrano do poczekalni lotniska, gdzie czekał na mnie Jeżyk i zupełnie niepodobny do oryginału sobowtór Szejkiego. Mało tego, że był niepodobny do oryginału, to jeszcze sprawiał wrażenie napitego w sztok, co powodowało niemałe zamieszanie. Ale postanowiono, że do kamery przemówi Jeżyk, ja stanę jako jego ochroniarz, z boku, a podróbę przywiążemy pasami do jednego z czterech miejsc paralotni, z ręką uniesioną do góry, że niby Szejkin pozdrawia telewidzów stacji.

Po krótkim wywiadzie, podpisaliśmy kwity ubezpieczeniowe, założyliśmy ciepłe kurtki, hełmofony i zajęliśmy miejsca w lotni, obok sobowtóra, który akurat się zbudził i zaczął drzeć japę, że on to ma w dupie i wysiada. Ale jak wysiąść, kiedy jest się skutym pasami? Sobek zaczął się szarpać i nawet dobrze, bo wyglądało to jakby sam Szejkin szczęśliwy machał do kamery. Kiedy lotnia oderwała się od ziemi, spojrzałam na Jeżynę, który sprawiał, tak jak i ja, wrażenie mocno zestresowanego. Złapałem go za rękę, zamknąłem oczy i zacząłem się modlić o spokojną śmierć. Niepotrzebnie, bo dolecieliśmy do Tomaszowa sprawnie i szybko. Lądowanie mieliśmy na Międzygalaktycznym Lotnisku im. Adama Grabowskiego, które nie powalało infrastrukturą, raptem jeden pas z kostki brukowej i dwa pasy trawiaste, ale za to nazwą to jak najbardziej, podobno  była przyszłościowa. Sobowtóra odniesiono do kontenera, który robił za poczekalnię, bo nie można go było dobudzić, a nas przewieziono na lodową Arenę, miejsce koncertu. Kiedy dojechaliśmy rozpoczynała się próba Kultu, próba rolby i rozjeżdżanie ekipy ochroniarskiej grupy na K. Wszystko funkcjonowało więc jak w zegarku. Zespół się próbował, Esu wywijał rolbą do której podpięto sanie, a my, czyli: Wafel, Daro, Kozi, Cytryn, pan Pancerny i ja, próbowaliśmy utrzymywać się na lodzie. I szło nam to całkiem nieźle. A wszystko dzięki wskazówkom Gumy, który w pięknie skrojonym smokingu łyżwiarza figurowego, z wszytym napisem Kult Ochrona, wyczyniał takie cuda, że pewnie oglądający to Grzegorz Filipowski, nasz najsłynniejszy łyżwiarz figurowy, z zazdrości nabawił się Covida.

W okolicach godziny szesnastej zameldowaliśmy się w ośmiogwiazdkowym, jedynym w Europie, hotelu „Pałac Królowej Lodu Bambino”. Było tam wszystko: pokoje – jedynie apartamenty, basen, mini lodowisko, Manufaktura Lodów na Patyku, zamiast klatki schodowej – tor bobslejowy z wyciągiem krzesełkowym, skocznia narciarska dla dzieci: Mini Mamut im. Adama Małysza, piwniczny tor narciarstwa biegowego „Justysia”, restauracje : „Eskimoska” – dla mięsiarzy, oraz „Pod patroszonym Niedźwiedziem Polarnym” dla wegan. Apartamenty były pełne kostkarek do lodu, a w wielkich lodówkach mroziła się wódka „Lodowa” – sponsora imprezy. Obok prysznica był przerębel, a woda w kiblu była lekko skuta lodem, przez który przebijał się każdy stolec. Jak widzicie, byliśmy w zimowej odmianie raju.  

Esemesem dostałem info od naszego menadżmentu, że na kanale zero mam rozpiskę imprezy, że jedziemy o dwudziestej pierwszej siedem, i najważniejsze, że zostałem wskazany z Waflem do telewizyjnego szczepienia gwiazd, wśród których znaleźli się Krzycho Krawczyk i Shakin Stevens, obydwoje oczywiście z powodu wieku. Ja i Bartek mieliśmy pilnować gwiazd, żeby się nie rozmyśliły, a jeśli by im coś się w mózgach poprzestawiało, mieliśmy je przytrzymać. Moja radość była przeogromna. Jak to mówią w metalowym: pierwsza miłość nie rdzewieje, i w stosunku do Shakina i mnie było to stwierdzenie bezbłędne. Liczyłem na zdjęcie, autograf i błogosławieństwo. Plan był taki:

19.00 szczepienie Gwiazd – Live w TVN 24, TVN i na kanale internetowym: „W żyłę”. Zbiórka dla osób uczestniczących 18.45   

20.28 start koncertu. Prowadząca Monika „Wolne Media” Olejnik.

20.32 – 21.03 Joko Ono Baba Fest – disco – folklor z Murzasichla

21.07 – 21.52 zwycięzca „Mam Talent” Janek Szczepiona „Trio na dwa tłoki”

22.10 – 22.30 pierwsze wejście Shakin Stevens

22.45 – 23.40 Kult – koncert wraz z wjazdem rolbą

23.50 – 23.58 Krzysztof Krawczyk – pierwsze wejście

23.59 – 00.03 odliczanie i życzenia

00.05 – 00.12 Hose Karjeras feat. Syntetic vel Człowiek Widmo – aria Noworoczna.

00.15 – 00.30 Krzysztof Krawczyk – drugie wejście

00.37 – 01.12 Shakin Stevens – drugie wejście

01.17 – 01.55 Lej Mi Pół – Show „Krążkiem po jajach” – cenzurowane

01.57 – Hymn Unii Europejskiej po Niemiecku i zakończenie.

Wyglądało to wszystko wspaniale, a prawdziwą „pchełką na mosznie” byli dla mnie chłopcy z grupy Lej mi pół, których dobrano wręcz idealnie, żeby przepędzić publiczność po północy. Nadawali się do tego znakomicie. Kupa którą grali, była nie do strawienia dla ludzi nie głuchych. Podobno nawet miało ich nie być na wizji, bo wtedy planowano wielki blok reklamowy. O Synteticu nawet nie wspomnę, żeby z wielbicielami opery nie przepychać się o to, kto jest większym talentem – Widmo czy Karjeras, którego kompletnie nie znałem.

Z podjary nie mogłem się uspokoić, więc wyszedłem się poszwędać po hotelu. Ze względów bezpieczeństwa wszyscy mieli jedynki i przykazane zostało nie spotykanie się przed koncertem. Mnie jednak nosiło i kiedy zobaczyłem, że jedne z drzwi są uchylone, postanowiłem zerknąć kto za nimi jest. Trafiłem na Wafla, który nerwowo potrząsał jakąś buteleczką i na mój widok syknął tylko:

– Górnik, kurwa twoja mać! Chcesz żebym zawału dostał?

– Nigdy! Nie mogę się doczekać szczepienia i spotkania z Szejkinem. A ty co robisz?

– Ja? A nic. Szczepionek pilnuję. Taka fucha. Tylko morda mi o tym. Tajemnica. Kumasz?

– Się wie. Nic nie widziałem. Do zobaczenia na sczepieniu.  

Na za kwadrans przed dziewiętnastą byłem przed aulą hotelową „ Polarne koło Janka Meli”, nazwaną tak od imienia mojego przyjaciela, który zdobył koło polarne na luziku, a teraz przerobioną na punkt szczepień. Chciałem jak najszybciej otrzeć się o Szejkina, mojego idola z czasów dzieciństwa, a nawet wczesnej młodości. Zbliżała się godzina „SZ”, a małego Walijczyka nie było. Za to o mnie otarł się wózek na którym dostarczono Krisa Krawczyka. Ukłoniłem się nawet, zaraz po tym jak wózek przejechał mi po stopie, ale Krzysztof się nie odkłonił, bo jakby drzemał. Kiedy stanął obok zaimprowizowanego gabinetu lekarskiego, dostałem sygnał, żeby stanąć, razem z Waflem, obok stolika ze strzykawkami i ampułkami ze szczepionką, które leżały sobie w lodowej otulinie, niczym Szapańskoje Igrskoje na sylwestrowym stole w latach osiemdziesiątych. I o równej dziewiętnastej zaczęło się szoł. Błysnęły flesze, kamery zaszumiały cichutko i pielęgniarka postury Pudzianowskiego podniosła jedną ręką Krawczyka z wózka i unosząc go kilka centymetrów nad ziemią, przetransportowała go na fotel dla pacjentów. Imprezę prowadził król Tefałenu – Kuba Wojewódzki, przebrany za strzykawkę. Chyba był już podlany przedsylwestrowo, bo opowiadał jakieś kocopoły i wszyscy byli lekko zażenowani.

– Tylko u nas! Pierwsze wstrzepienie Krzysztofa! Precz z pandemią. Po raz pierwszy w telewizji, na żywo, przed państwem gotowy na przyjęcie zastrzyku: Krzyyyyyyyyyyyyyyyyyysztof Krawczyyyyyyyyyyyyyyyyyyk! – pociągnął jakby zapowiadał walkę bokserską.

Pielęgniarka posadziła Krzysztofa, który ani drgnął i dalej wyglądał jakby spał, albo co gorsza nie żył. Ale chyba światła go raziły bo jedno oko otworzył i łypał na wszystko zrezygnowany. Lekko drgnął dopiero w momencie, kiedy z półmroku wylazł chłop, który jak żyw przypominał doktora Wilczura z takiego starego polskiego filmu. Tylko był pół raza większy od oryginału i wglądał przez to bardzo groźnie. Takiemu to nikt nie ulegnie, pomyślałem a za mną usłyszałem ciche:

– O kurwa, sorry.

Po czym ktoś wpadł na stolik. Ktoś! To była sama Krystyna Janda, która liczyła, że i dla niej coś zostanie i się zaszczepi. Stolik zadrżał, lodowy puchar ze szczepionkami się przewrócił, ale szybko połapał go Wafel, który notabene, razem z Jandą w niego wpadł, i wykonując jakieś dziwne ruchy postawił wszystko do pionu. W telewizji tego nie widzieliście, bo realizator przytomnie czuwał nad przekazem, ale ja czułem, że coś śmierdzi. I nie była to broda Wilczura, którego wystylizowano perfekcyjnie, żeby wyglądał i woniał jak człowiek z lasu. Spojrzałem na Wafla, ale ten unikał mojego wzroku. Pudzianowska podeszła do stolika, zapakowała pierwszą szczepionkę do strzykawy, po czym podała serum lekarzowi. Ten wyćwiczonym ruchem, przed kamerą numer dwa, spojrzał na koniec igły, strzelił dwoma kroplami, a pielęgniarka w tym czasie odsłoniła ramię artysty, który cos przeczuwał, bo zaczęła mu lewa noga chodzić. Po minucie, przeciągniętej do nieskończoności było po wszystkim. Szczepionego lekko wyszpanowało, czyli uniosło, w odcinku lędźwiowym, głowa odskoczyła mu do tyłu, po czym opadła na klatkę piersiową.

– A teraz zapraszamy na blok reklamowy. – wyszeptał blady Wojewódzki i zemdlał, bo pewnie wyobraził sobie, jak większość z nas, że dokonaliśmy morderstwa.

Reszta zastygła w bezruchu. Nawet żona artysty stała jak wryta, bo zapewniano ją od tygodnia, że wszystko będzie dobrze. Zimnej krwi, na szczęście, nie zabrakło pielęgniarce. Podeszła do szczepionego, uniosła mu głowę i odpaliła takiego plaskacza w lewy policzek, że aż nas zmroziło. I wtedy nastąpił wielki zwrot akcji.

– Ała! – krzyknął Krzysztof, po czym otworzył oczy tak szeroko jak nigdy dotąd i stanął mocno na nogach. – A co tutaj się dzieje?

– Krzysztof! Ty żyjesz! Kochany. – powiedziała przez łzy małżonka i rzuciła się mężowi na szyję, moim zdaniem, dosyć ryzykownie, biorąc pod uwagę jego stan przed szczepieniem.

– A co mam nie żyć? Czuję się doskonale. Ba! Dawno się tak nie czułem! Napijmy się!

Salę zalała burza oklasków, pielęgniarka zbierała gratulacje, Wilczur dłubał w nosie, bo nic nie kumał skoro nie miał tego w scenariuszu, a był tylko sztucznym Wilczurem, jednak ze sprawnością medyka, zdobytą na obozie harcerskim za późnego Gomółki. A Wojewódzkiego stawiano na nogi, bo jako człowiek – strzykawka miał problemy zrobić to samodzielnie. Zaskoczona dawno nie widzianym stanem fizycznym Krzysztofa ekipa, wraz z muzykiem i małżonką, wyszła z sali.     

  – Wchodzimy za półtorej minuty! Dawać Stevensa! Gotowość! – nad wszystkim czuwał gospodarz programu, który już czuł, że dzieje się coś wielkiego. Coś jak lądowanie pierwszego człowieka na księżycu.

– Pięć, cztery, trzy… Wchodzimy!

– Wracamy do państwa po bloku reklamowym. Co to jest za dzień. Szkoda, że państwo tego nie widzieli jak na szczepionkę zareagował cesarz polskiej muzyki, jedyny, nieśmiertelny Krzyyyyyyyyyysztof Krawczyyyyyyyyyyk. A teraz zaszczepimy naszego gościa Shakina Segala! – palnął wyrzucając ręce i tłok do góry i stał tak chwilę w kompletnej ciszy.

– Stiwensa. Szejkina Stiwensa! – zakrzyknąłem, a wszystkie kamery skierowały się na mnie.

Stałem tak przez dłuższą chwilę, kiedy poczułem przyjacielskie klepnięcie w okolice nerki i usłyszałem radosne:

– Cenkju maj frend!

Spojrzałem w bok i zdębiałem zaskoczony niczym skoczek Żyła, kiedy kończy mu się najazd na próg. Mówił do mnie ON. Mój król rockendrolla z końca lat osiemdziesiątych.

– Maj majster. – powiedziałem oszołomiony, choć oczywiście chodziło mi o master, tylko że język mi się plątał i bełkotałem byle co, byle nie po Polsku – Plis giw mi maj pensil. Ju gołing tam der. Wilkomen gracias amigo. Plis plis.

Mały Walijczyk tylko się uśmiechnął, pogłaskał mnie serdecznie po przedramieniu i żwawo ruszył się zaszczepić. I wtedy przypomniałem sobie, co stało się po szczepieniu Krawczyka. Wafel musiał podmienić fiolki. To dlatego zachowywał się tak dziwnie w pokoju, to dlatego wywrócił szczepionki i najprawdopodobniej je zamienił na coś, co trzymał w pokoju. Dopadłem go zanim zdołał zrobić cokolwiek, złapałem za grdykę i patrząc głęboko w oczy wysyczałem:

– Widziałem co stało się z Krawczykiem. Spróbuj coś zrobić Szejkinowi, a obiecuję ci, że nie wybaczę i zemszczę się.

– Górnik. Spokojnie. Ja już swoje zrobiłem. Pobudziłem Krzyśka dla zabawy. I z zemsty. Zemsty na TVN za rozbitą brodę i zemsty na Krawczyku, który jak był w Stanach, uwiódł moją matkę i potem porzucił. Spójrz na mnie! No! No kurwa i kogo ci przypominam leszczu?

– Bo ja wiem? Parostatek? – zgadywałem dość szybko, bo komórka wibrowała mi w kieszeni spodni i drażniła jądra, co nie było zbyt miłe.

– Ty debilu. Krawczyk to mój ojciec, nie widzisz podobieństwa?

Szczerze? Nie było najmniejszego podobieństwa zewnętrznego i założę się o każde pieniądze, że jakby kody genetyczne porównać, to też  by się Wafel zdziwił. Ale nie miałem czasu na dyskusję, ból był zbyt duży. Mój ból. Wygrzebałem telefon i zobaczyłem kilka nieodebranych rozmów z nieznanego mi numeru i kilkanaście wiadomości na różnych platformach komunikacyjnych, że widziano mnie w telewizorze, że fajnie wypadłem, że Shakin o mnie wspominał w wywiadzie po szczepieniu. Oraz ta jedna, najważniejsza, od Notorycznej Narzeczonej: „Weź się uczesz i nie próbuj mówić po angielsku bo robisz z siebie debila. Wciągaj brzuch!”

Zanim to wszystko połapałem, było już po wszystkim. Ekipa się zbierała, Wilczur próbował odkleić sztuczną brodę, Król szklanego ekranu kończył dopijać drugą szklankę Lodowej, pochlipując z powodu skandalu z pomyleniem nazwisk, a Wafel pociągnął mnie za sobą. W pokoju wyjaśnił mi, że podmiana szczepionki była konieczna, i że dzięki niej jego potencjalny ojciec zrobi dziś szoł jakiego od lat nie zrobił. Kiedy zapytałem co mu wstrzyknięto, dostałem w odpowiedzi taki zestaw chemikaliów, syropów i witamin, że ło Matko Boska Maetaamfetaminowsko-Tusipekowsko-Witaminowska. Wyglądało na to, że Turbo Krawczyk rozbije dziś bank. Zadzwoniłem do domu, żeby Notoryczna to nagrywała, bo chciałem wszystko przeanalizować na spokojnie. Kiedy opuszczałem pokój Wafla, minąłem się przed drzwiami z kimś bardzo przypominającym aktorkę Jandę, którą już wcześniej widziałem. Kiedy wsiadałem na wyciąg, żeby pojechać na swoje piętro, Krystyna wchodziła do Wafla.

Wyjazd na Arenę szefostwo przesunęło na godzinę trzydzieści minut po dwudziestej pierwszej, bo Kazik chciał zobaczyć Stevensa w akcji. Byliśmy prawie w komplecie, bo Esu został na miejscu, żeby jakieś ustawienia w rolbie poprawić. Wszyscy byli w fajnych nastrojach, bo raz – odwołano badanie alkomatem, a dwa zmrożona Lodowa smakowana z umiarem potrafiła poprawić samopoczucie i dodać odwagi przed telewizyjnym występem. Zespół usiadł z przodu autobusu i omawiał ostateczny kształt setlisty, a ochrona siedząca z tyłu wymieniała uwagi dotyczące łyżew, w które nas wyposażono.  Dotarliśmy przed czasem, więc jeszcze rzuciliśmy okiem na szoł Jana Szczepiony, odkrycia stacji.

– Idę pod scenę. Zaraz Szejkin – zameldowałem grupie i ruszyłem.

– Poczekaj. Idę z tobą. Muszę rozgrzać saksofon. – powiedział Mario Godzina i poszliśmy razem, patrząc jednocześnie jak radzi sobie z prowadzeniem imprezy, znana z jedynych wolnych mediów w Polsce – Monika Olejnik, przebrana, nie wiedzieć czemu za stokrotkę, ale było jej w tym nawet ładnie.

Kiedy stanęliśmy z boku sceny, Szejkin już leciał z pół plejbeku „Lipstick Powder and Paint”. Nogi zaczęły mi chodzić same, jak przed laty, kiedy z plakatu idola uczyłem się tańczyć rockendrolla. Teraz mogłem go naśladować, czerpiąc na żywo i próbując powtarzać ruchy mistrza, który jak zawsze, był w białych butach. Potem poszły kolejne przeboje, których większość znałem na pamięć z płyt Greates Hits vol.1. Tak z płyt. Bo jedną kupiłem pod koniec lat osiemdziesiątych w Krakowie, a drugą, z lekką korektą utworów, bo wydaną na rynek hiszpański, dokupiłem latem dwa tysiące dziewiętnastego roku na Teneryfie.

Zabawa zabawą, ale występ Kultu zbliżał się wielkimi krokami, zespół stał już obok sceny i czekał na sygnał, kiedy wsiąść do sań, Bartek grzał rolbę, a nasza ochrona zakładała łyżwy. Założyłem i ja, kiedy ze sceny poleciało „Cry Just a Little Bit”. Włosy stanęły mi na przedramionach, oczy zaszły łzawą mgiełką, bo był to jeden z pierwszych utworów, po wysłuchaniu którego oddałem serduszko Szejkinowi. Odurzony muzyką wylazłem na kraj sceny i wtedy ON mnie zauważył, po czym podszedł tanecznym krokiem, podał mi rękę i wciągnął mnie na scenę. Na ten widok w sektorze Kult Turystów zapanowała prawdziwa euforia. Jedni klaskali, drudzy machali zawieszonymi na hokejowych kijach flagami Kult Turystycznymi, a jeszcze inni zalewali się łzami nie mogąc powstrzymać śmiechu, obserwując mój taniec na scenie. A ja przecież miałem na nogach łyżwy! Więc chwiałem się jak łodyga na wietrze, próbując utrzymać równowagę, co nadało moim ruchom magicznego realizmu, i udowodniło, że rock end rolla mam we krwi od zawsze. Koledzy z Kultu trzęśli się ze śmiechu na moje wygibasy, Wojtek wszystko nagrywał, a Wietecha pukał w zegarek, pokazując mi, że na nas czas. Zacząłem więc stańcowywać się ku zejściu ze sceny, w momencie kiedy leciało już „Oh Julie”, Shakin do mnie machał ciągle tańcząc i pokazywał publice, żeby mi podziękowała owacjami. Tak też się stało i dostałem nawet kawałkiem lodu w łeb, pewnie z zazdrości.

– Panowie do sań! Ruszamy! Ochrona! Jeździmy z boku sań, z groźnymi minami. Panie Guma, pan poprawi kamerkę na kasku, będziemy robić przebitki. Gotowi? Panie Esu! Ruszaj pan! – prowadzący nas reżyser wypuścił Kultową maszynę, zaraz po ostatnich dźwiękach występu Szejkina. – Gazu! Gazu panie Esu! Dynamicznie!

Objechaliśmy scenę z lewa na prawo, torem dla panczenistów, pośrodku wiwatującego tłumu. Największy rumor robili nasi, Kult Turyści, którzy na swoje legitymacje członkowskie mieli prawo pierwokupu biletów na Sylwestra z TVN. I wypełnili potężny sektor, wraz z przysługującą im częścią lodu, szczelnie. Kiedy przejeżdżaliśmy obok nich czuliśmy prawdziwą dumę, a Kozi nawet podjechał na małą banię, bo już go suszyło, czego nie przegapił realizator i toast poszedł w świat. Po chwili byliśmy z prawej strony sceny, zespół wyskoczył zgrabnie, a my, ochroniarze rozjechaliśmy się na przedsceniu, ślizgając się dość dynamicznie. I poleciało! Same przeboje, z których wymienię tylko „Barana”, „ Dzieci na wakcjach”, „Arachię”, „Prosto”, „Leve low” i „Polskę” – przy której Hala Lodowa eksplodowała i publika musiała dośpiewać końcówkę, bo lekko przeciągnęliśmy występ i odcięto nam prąd. Z ochroniarskiej strony nie mieliśmy zbyt wiele roboty, więc Cytryn z Pancernym próbowali kręcić axle i fokstroty, ku uciesze telewidzów i publiczności zgromadzonej na miejscu, bo ich próby w zdecydowanej większości były nieudane i kończyły się spektakularnymi upadkami, co powodowało euforię w ich sektorze. Kozi z Waflem i Esem robili show rozdając publice bodiczki, Guma z Darkiem, ustawieni na skraju sceny, na wszelki wypadek wszystko kontrolowali, a ja oglądałem z ukrycia koncert Świetlickiego z Warszawy, bo Marcin z pożyczonej komórki puszczał mi liva z tajemniczej sztuki, która miała miejsce w stolicy.  Za dużo nie widziałem bo koncert był w piwnicy i było ciemno, a połączenie się notorycznie wieszało.

Przyczajenie Gumy było uzasadnione. To on wypatrzył jak jeden z widzów wyrwał siedemdziesięcioletniej fance flagę Szejkina, napluł na nią i markerem w miejsce słowa Love pod twarzą artysty, napisał CHUJ. Na takie zachowania w koncercie transmitowanym nie mogło być naszej zgody.

– Patrz tam! – podjechał do mnie energicznie i wybił mnie z próby dostrzeżenia Świetlickiego z koncertu w piwnicy warszawskiej. – Chuligan! Interweniujemy!

– Ja cież nie pierd pierd dolę. Łapmy go! – zasyczałem wkurzony, bo koleś przekroczył jakiekolwiek bariery kultury osobistej i pachniało skandalem międzynarodowym na cały Tomaszów.

Wystartowałem pierwszy, ale ponieważ trzeba było za łobuzem skręcić w prawo, a ja umiałem tylko w lewo, to na pierwszej przeszkodzie, a była to wielka kamera stacjonarna, wpadłem na nią z impetem. A że sygnał z niej szedł na świat, wszyscy zobaczyli jak moja morda rozbija się o obiektyw kamery. Po zderzeniu traciłem przytomność, ale upadając kontem oka widziałem pędzącego Grzesia, który mknąc przez sektor Kult Turystów, wyrwał komuś, chyba Szporniakowi, kij hokejowy z flagą Kult Turyści Tomaszów – miłość aż po lód, z którym pędził i pędził, a jak zrównał się ze złodziejem, zrobił axla, tulupa podwójnego i przy ritbergerze, tak zajebał uciekinierowi z backendu, że aż kij się złamał. Chłopa pozwijało w embrion, i toczył się jak ten kamienny czajnik w tej takiej dyscyplinie co nie pamiętałem jak się nazywa, chociaż był to przecież carling, na co Guma wyprzedził embriono-czajnik i miotełką, którą nie wiem skąd skombinował, grzał lód do czerwoności, aż łobuz dojechał na koniec sali i został wypluty na takie lodowe gnojowisko, czyli inaczej na lodowe pozostałości. Teraz wystarczyło tylko Grzeniowi wrócić w glorii pod scenę i spijać śmietankę z sukcesu.

Po ostatniej piosence, czyli „Polsce” mieliśmy szybko zjechać z przedscenia, bo w trakcie zapowiedzi, kolejny artysta, czyli Krzysio Krawczyk już podjeżdżał imitacją parostatku, z którego wyskoczył na scenę, jakby miał dwadzieścia lat. Szczepionka od Wafla działała cuda. Dla nas występy się zakończyły i byliśmy wolni. Mogliśmy pojechać do hotelu albo zostać i oglądać koncert na miejscu. Chciałem zostać i próbować przebić się do garderoby Szejkina, ale szanse na to były niewielkie, bo był wzorowo pilnowany, poza tym grupy muzyczne były proszone o przebywanie w swoich podgrupach z powodu ciągle panującej zarazy, no i Morawka na koniec zarządził:

– Jedziemy do hotelu. Zrobimy sobie zawody!

– W picu „Lodowej”? – zapytał Kozi, który złapał smaki.

– To za proste. Wynajmiemy sobie skocznię! – zarządził Piotrek i ruszyliśmy do hotelu.

Niestety, skoczni nam nie udostępniono. Regulamin nie dopuszczał ludzi, w których organizmach mieszkały promile, do korzystania z obiektu.

– Ale jak to tak? Przecież skoczkowie latają napromilowani. Ja to zaraz pani udowodnię! – nie odpuszczał Jarek Ważniak, który wymachiwał telefon przed twarzą pani menager od Mini Mamuta.

Ta pozostała jednak nieugięta, nawet po odczycie wyznań Jane Ahonena, który po zakończeniu kariery, przyznał się do skakaniu po pijaku. Ponieważ wszystko trochę trwało, towarzystwo porozchodziło się po pokojach, oddając się świętowaniu w podgrupach. Wpadłem więc na chwilę do Wafla, gdzie siedziała większa grupa i oglądała szalejącego na scenie Krawczyka.

– A opowiadałeś, że on już ledwo dycha – pokazał na ekran Zdunas – a tu popatrz, ósma młodość.

– To pewnie po szczepionce – odparłem patrząc na Wafla, który sam był w szoku, oglądając transmisję – wkrótce cały świat będzie taki dynamiczny i wstanie z kolan.

– To da się chyba zrobić – uśmiechnął się Wafel i wzniósł toast za pomyślność.

Posiedzieliśmy tak do rana, przewidując co nas czeka w nowym roku. Kazik puszczał, tym co pozostal, nowe nagrania, bo w nadchodzącym roku Kult chciał wydać płytę, Esu z Cytrynowym popsuli tor bobslejowy, Guma z Jeżykiem i Kozim ruszyli z Kult Turystami na miasto, a Ważniak do rana próbował wywalczyć otwarcie Mini Mamuta, co mu się nie udało i ostatecznie wylądował z Wojtkiem na „Justysi”. No nie, to nie tak jak myślicie. Tu chodzi o tor do narciarstwa biegowego w piwnicach, gdzie chłopaki wypacali procenty i szlifowali kondycję przed nieznanym 2021 rokiem.

Dla mnie koniec nastąpił w moim apartamencie, kiedy poszedłem donieść „Lodowej”. Bawiąc się w przebijanie kry strumieniem mocznika w kiblu, poślizgnąłem się podczas ekwilibrystycznego prowadzenia strumienia i wylądowałem w przeręblu, w którym ostatecznie przysnąłem, bo nie mogłem się samodzielnie wydostać. Teraz czekam na sygnał od Bartka, który próbuje znaleźć jakieś połączenie z południem Polski, bo w czasach Narodowej Kwarantanny lekko z transportem nie ma. I tylko szkoda, że wszystkie filmy z występem Szejkina z tego Sylwestra usunięto z sieci, bo było by się czym pochwalić. A tak? A tak to trzeba się męczyć i wszystko wymyślać. Więc może w tym roku coś fajnego uda się przeżyć w realu? Czego sobie i wszystkim wam życzę!

Do zobaczenia na muzycznym szlaku!

Pa.

10. 28.11.20 Kraków Trasa Pomarańczowa Covid 10

Kraków, jako miejsce ostatniego koncertu to ja lubię. Po tułaczce jaką odbywam po całym kraju , przychodzi tak zwane zmęczenie materiału i człowiek docenia moment, kiedy miejsce pracy jest blisko domu. Zwłaszcza w tym zwariowanym „kowidowym” roku. Nie trzeba gonić jak z piórem w dupie, myśleć i kombinować, tracić czas. Można też się wykorzystać w innych formach, a taką było zaproszenie, jakie dostałem od Ziomków z klubu B7, którzy zaproponowali mi nagranie krótkiego materiału dla Kroniki Nowohuckiej, która następnie jest pokazywana w lokalnym kanale Telewizji Kraków. A ponieważ jestem zwierzęciem medialnym, tylko nikt tego jeszcze nie wie, zgodziłem się z nieukrywaną radością. Tym bardziej, że materiał miał być emitowany przed koncertem Kultu w krakowskim klubie Studio.

Na nagranie podjechałem jakoś w tygodniu, po pracy. Miało być krótko i skutecznie, ale ja krótko nie potrafię, więc się rozgadałem ponad normę i zostawiłem montaż materiału, z wybraniem samych najtłustszych kąsków Łukaszowi Lendzie i Asi Urbaniec, którzy także mnie rejestrowali. Po wszystkim pozostało tylko czekanie na transmisję i spijanie śmietanki z tortu życia w obecności moich idoli.

Ostatnie koncerty trasy mają też to do siebie, że aktywuje się na nie mocno środowisko Kult Turystów, którzy chcą się napawać muzyką ukochanego zespołu na kolejne tygodnie posuchy. Zapowiedziała się ich potężna hałastra, a miał tez przelotem wpaść Didula, który akurat wpadł do Polszy, żeby pozałatwiać swoje budowlane interesy na Wybrzeżu. Poza tym już w piątek zjeżdżał do miasta królów Jeżyna, który chciał się zrelaksować przy małym alko ze mną i poetą Marcinem. Liczyliśmy też na Jarka Ważniaka, ale ten miał jakiś wywiad przedśmiertny z Urbanem, którego zaatakował kowid666 i chciał porzygać się ze światem swoimi wypocinami. I wybrał do tego celu, jako ostateczne narzędzie Jarosława, człowieka lotnego, inteligentnego i mocno pochylonego na lewo.

Zbiórkę zrobiliśmy zaraz po siedemnastej, u mnie w robocie. Jeżyna, Poeta i ja. Ponieważ lokale były pozamykane, na miejsce malutkiej libacjo-dyskusji wybraliśmy nowe mieszkanie kolegi Łysego, który pomimo ksywy, ma więcej włosów niż niejeden wiedźmin, i do teraz nie wiem dlaczego ma taką ksywę, a nie na przykład Dżerald z Kazika? To by dopiero było trafione zatopione. Posiedzieliśmy chwilę przy świecach i muzyce z analogów, czytając wiersze Wencla i encykliki Papieża piusa XXI, popijając to wszystko chłodną łyski. Opuściłem spotkanie po dwudziestej trzeciej, bo chciałem złapać ostatni tramwaj do domu, a do tego to poezji Wencla kompletnie nie zakumałem i ogólnie poczułem zmęczenie swojego intelektu.   

W sobotę wstałem dumny jak paw, że koncert „u siebie” – choć po kilkunastu latach nie przeze mnie i Galicję realizowany, ale od razu zostałem sprowadzony brutalnie na ziemię.

– Gary byś umył, już ze zlewu wypadają! Znowu się gdzieś włóczysz i zaraz znowu cię nie będzie. Dywan trzeba wytrzepać. Święta niedługo!

– Kochanie, święta w tym roku odwołane! – chciałem błysnąć, bo gdzieś słyszałem, że wirus storpedował narodziny dzieciątka i żadnych imprez władza nie dopuszcza.

– Chyba u ciebie. Do roboty! Bo na żaden koncert nie pójdziesz. – zaordynowała Notoryczna i magię zaczął trafiać szlag.

Tym sposobem, po raz kolejny, zostałem sprowadzony na ziemię codziennością zaserwowaną mi przez Notoryczną Narzeczoną. Żeby się dopełniło, jak powiedział kiedyś Jezus odchodząc z tego łez padołu, musiałem jeszcze zrobić obiad dwudaniowy dla rodziny. Późnym popołudniem, zjebany jak mop po umyciu podłogi, ostatnie na co miałem ochotę, to łapanie ludzi w hałasie. Moje pierwsze zdania z tego rozdziału zdewaluowały się więc błyskawicznie. Przy życiu trzymało mnie jedynie oglądanie siebie w telewizorze.

– I na listę mnie nie zapomnij wpisać. Rok temu wstydu się przez ciebie najadłam. I żeby było siedzące! – pożegnała mnie czule Notoryczna i kiedy zamykałem drzwi, krzyknęła na całą klatkę – A śmieci?!!!

– Biorę, biorę. No i będzie siedzące. W celi z Trynkiewiczem raczej – powiedziałem, ale ostatnie zdanie cichutko, pod nosem, sam do siebie.

– Z kim? Co ty tam bełkoczesz? – czujna Notoryczna wyłapywała moje błędy i zrezygnowanie życiem sprawnie.

– Że siedzące będzie! W tym roku na bank! – i uciekłem, bo miałem za pięć minut autobus.

W klubie panowała już atmosfera ostatniego koncertu. Alkomat gdzieś specjalnie się zawieruszył, płyn z Orlenu tydzień temu skończył, a bramka jadąc na Kraków nic nie podwędziła, to mogliśmy popijać łyski, piwo i czystą wódeczkę. Ale tak w ilościach mocno ograniczonych, bo czekała nas jeszcze robota, ale za to po robocie, mieliśmy zielone światło, żeby pójść na całość. Po szesnastej zespół się próbował, ochrona drzemała, a ja szukałem na komputerze programu Telewizji Kraków. Znalazłem po dłuższej chwili i czekałem na kronikę Krakowską, po której miałem być pod własną postacią w TV. Wolume podkręciłem znacznie, żeby wszyscy słyszeli, że jest oglądane.

– Jakiś mecz? – zapytał Kabura.

– Nie, nie. Czekam na program taki. Mam być w nim.

– Eee, a myślałem, że mecz. No nic, obudź jak będziesz.

– A towarzysz co tak reżimową telewizję patrzy? – Jarek też nie przeszedł obojętnie.

– A tak se. Mam być!

– W telewizji? No towarzyszu! Brawo, brawo od towarzyszy ze stolicy!

– Górnik, to o której masz być? – Jeżyna już wiedział, bo wczoraj mu powiedziałem.

– Koło pół do siódmej.

– Zawołaj!

I takim to sposobem, o czasie, przed laptopem zrobiło się czarno. Koledzy się uciszali, bo każdy chciał usłyszeć co za pierdoły wygaduję na szklanym monitorze. Najpierw, po tablicy Nowohucka Kronika Filmowa pokazał się materiał z MC Robakiem, od niedawna moim kolegom, fajnym nowohuckim ziomkiem, który zgrywał moje opowiadania do projektu „Tuman z Nowej Huty – czyli jak być sto razy gorszym od Tuwima” w swoim studio. Robak nawijał o dzielnicy i rapie i swoich projektach. Po nim jakaś pani opowiadała o książkach dla trudnej młodzieży i program się skończył.

– Te, Gumiak a ty to kiedy? Jak przejdą Szwedy? – wypalił Guma i wszyscy zaczęli się śmiać.

Trzasnąłem laptopem i z załzawionymi oczętami zamknąłem się w kiblu, żeby zadzwonić do Łukasza z reklamacją. Po dwóch sygnałach odebrał.

– Łuki! Nie było mnie w kronice. Wszyscy czekali, a tu nic. Taki wstyd.

– No właśnie miałem dzwonić. Zablokowali cię!

– Jak to zablokowali?

– No wiesz, że ten Kult. I Kazik. A Kazik coś złego na rząd powiedział i telewizja zakazała pokazywania Kazika i wszystkiego co z nim związane.

– Serio? Czyli, że ja…

– Tak Goomi! Tak! Znaczy się jesteś ofiarą systemu! Fajnie co?

Pewnie i fajnie, tylko kto w to uwierzy? Próbowałem wytłumaczyć kolegom, ale trafiłem na mur niezrozumienia. I znowu zamiast gwiazdą i bohaterem zostałem mniej niż zerem.

Krakowski koncert pandemiczny był dziwny. Zresztą jak wszystkie koncerty tej trasy. Nasze zraszacze na wejściu szwankowały, więc publiczność była zamaseczkowana i nie rozpoznawałem nawet osób które mi machały, czy przybijały ze mną piątki. Ale jego nie szło nie poznać. Piotr Hulist to olbrzym. Jeśli ja jestem duży, to on jest duższy ode mnie. Nie na wysokość, ale na szerokość i ciężkość. I ma jedną, straszną wadę: uwielbia na koncertach latać, i na moje nieszczęście w moim sektorze. Tym razem miał jednak problem, bo zagęszczenie pod sceną było mizerne i lot w starym wydaniu był niemożliwy do wykonania. Zebrał więc wokół siebie kilkanaście osób, kazał im się ściaśnić, wziął krzesło, na które wylazł zgrabnie, po czym skoczył w tę zebrana własnoręcznie gromadę, żeby na ich głowach, ramionach i rękach dotrzeć pod barierki i zostać złapanym. Niestety, zagęszczenie było za małe i Piotr złożył wybrańców swoją postacią, jak huragan las. Spod niego wystawała tylko plątanina ludzkich rąk, nóg i odwłoków. Na takie wyzwanie tylko czekaliśmy i szybko oddelegowałem dwójkę krakowską, ba!, nowohucką:  Cytryna i Boćka na ratunek zagniecionym. Zespół grał akurat „Po co wolność” i wszystko wyglądało niezwykle wiarygodnie, kiedy spod wielkiego Piotra ochroniarze wyciągali kolejne osoby, drąc się w niebogłosy: Wolność? Po co wam wolność?

Po tej akcji wszystko się uspokoiło i publika zluzowała. Co prawda jeszcze pojedyncze, na szczęście niezbyt udane próby lotów, podejmowali, a jakże, Kult Turyści, ale i im się szybko znudziło, a do tego Ptaszek przy barze stawiał browary, bo po raz drugi w życiu zaliczył trasę od deski do deski. A precyzyjniej napiszę, że był wszędzie: od pierwszego koncertu do ostatniego. Było więc co świętować i do tego nie za swoje, tylko za Pawła. I kiedy koncert zbliżał się do szczęśliwego finału, ni z tego ni z owego, przypałętał się on. Wielki pan fotograf. Na koncertach obowiązują zasady. Różne. W zależności, jaką na koncercie masz rolę, podpadasz pod paragrafy. Fotografowie i fotografki nie mogą podczas pracy używać lamp błyskowych. A ta sierota stanęła przede mną, i z uśmiechem na twarzy zaczęła strzelać fleszem na prawo i na lewo. Esu złapał go za rękę i darł się do ucha:

– Tylko nie z lampą! Nie rób zdjęć z lampą? Dobrze?

– A bo co? Przecież nikogo nie zabiję! – odparł przemądrzałek, po czym, chcąc sfotografować Wojtka, wypalił mi lampą prosto w oczy.

To wystarczyło, żebym dostał ataku migreny. Straciłem częściowo wzrok, zacząłem coś bełkotać i ledwo dolazłem do szatni. Na szczęście w garderobie siedziała Notoryczna, która zamiast słuchać muzyki i podziwiać mnie jak pracuję na szynkę do chleba, urządziła sobie pogawędki z Piotrkiem Wieteską.

– A ty czemu nie pod sceną? – zapytała czule.

– Boze u nie ma ataka, bzydo mi psyk oki. Omocy mi na ca. Blenki! – powiedziałem jak umiałem, bo przy silnym ataku migreny, zaatakowanemu odbiera, obok wzroku – mowę.

– Tomuś? Co z tobą? Za dużo wypiłeś? Znowu? – Piotr nie wiedział o mojej chorobie, bo ona nigdy jeszcze na trasie nie wystąpiła z tak wielkim hukiem jak dziś.

– Bzemie ien nei łem.

– Atak ma. – zauważyła Notoryczna – Atak migreny. Siadaj ofiaro.

 Na szczęście Noto Na miała przy sobie migra-stop, który przyjąłem w dawce potrójnej, chwilę poleżałem z zamkniętymi oczami, i kiedy tylko tabletka zaczęła działać, wróciłem na stanowisko. Koleś dalej błyskał, więc przeskoczyłem efektownie, a przynajmniej tak to czułem, przez barierki i złapałem go z całej siły za wiotki biceps i poprosiłem o opuszczenie klubu pokojowo.

– W przeciwnym razie będę musiał dokonać agresji na pana ciało – powiedziałem.

Chłop zrozumiał swój błąd, przeprosił i natychmiast poprosił o najniższy wymiar kary. Złapałem go jak przyjaciela, za ramiona, i odprowadziłem do drzwi wręczając na pożegnanie lisi bilet.

Przy drzwiach wejściowo-wyjściowych, na zewnętrzu klubu, stali z piwem w ręce, paląc papierosy: Didi, Doris i Igor. Zażartowałem sobie z nich:

– A wy co tutaj robicie dziady?

– Czekamy na ciebie! Już po robocie?

– Nieee. Jeszcze mam tu coś do połapania. A wy co? Koniec? Naprawdę?

– Tak blachu. Koniec. Zbieramy się. – powiedział Diduś.

– Kres podróży – uśmiechnął się Igor.

– Pa Goomi! Będziemy czekali. Ale nie spiesz się! Pilnuj tutaj wszystkiego, jak zwykle. – pomachała mi Doris –  A teraz panowie odjeżdżamy, taksówki czekają  według kolejności: Igor, ja i Rafał. Pozdrów od nas wszystkich. Nie zapomnij!

I poszli, radośni, rozgadani, w gęstą mgłę, którą zasnuty był Kraków, zostawiając mnie samego.

Uśmiechnąłem się tylko w pustkę po nich i uciekłem do pracy, machając w stronę, w którą odeszli, na wieczne pożegnanie.

– Zobaczymy się po wszystkim! Obiecuję! – wykrzyczałem smutnej mgle i pobiegłem robić swoje.

A roboty już wiele nie było. Pozostała prezentacja trasowej załogi, zgrabnie przeprowadzona przez Kazimierza, poleciały dynamicznie bisy, które zabrzmiały jakoś szczególnie dobrze i donośnie, i nastąpił koniec ostatniego koncertu. W garderobie jakoś szczególnie nie świętowaliśmy, bo nastroje były raczej minorowe, że wszystko to w tym roku tak szybko minęło. I chociaż przygód nie brakowało, a szalejący wirus dawał się wszystkim we znaki, dociągnęliśmy nasz wózek w zdrowiu i całkiem niezłej kondycji psycho-fizycznej. A na pożegnanie obiecaliśmy sobie, całą kultową ekipą, że za rok, za równy rok, to my wam wszystkim jeszcze pokażemy!

– Panowie! Może i szybciej. Jest taka propozycja, żeby zagrać specjalny koncert na lodowisku. W Sylwestra! Gdzie, to jeszcze tajemnica, ale zdradzę, że będzie to w centralnej Polsce. Podobno wkrótce ma zostać dopuszczona szczepionka na Kowida, i trzeba wesprzeć program szczepień, a Sylwester jest do tego znakomitą okazją. Koncert pokażą trzy największe telewizje. Ja wiem, że nie wszystkim nam po drodze z obecną władzą, ale tydzień temu tekę wiceministra kultury, objął, tu nie zgadniecie, więc zagadki nie będzie, Janusz Xsiąże Warszawki Grudziński! Co? Zatkało kakało, co? No i Xsiąże wymyślił taki projekt, i na pierwszy koncert zaproponował nas. A ponieważ płacą bardzo dobrze no i Janek to w końcu nasz człowiek, postanowiłem propozycję przyjąć. Zadowoleni?

Po garderobie rozległ się szmer zdziwienia, trochę radości, a nawet dużego zaskoczenia, o ile szmery mogą być duże.

– A czemu koncert będzie na lodowisku? – zapytał Kazimnierz.

– Bo to największy obiekt w tym mieście. Innego tak dużego tam nie mają.

– Zemsta Grudy! – wypalił Jeżyna i pomieszczenie wypełnił śmiech przez łzy.

– To co? Zadowoleni? Więcej informacji dostaniecie mejlem w tygodniu. Aha. I najważniejsze: poćwiczcie jazdę na łyżwach, bo to chyba jest konieczne.

– A rolba będzie? Bo ja byłem rolbowym! – wypalił Esu – Dla mnie lodowisko to jak drugi dom!

– Znakomicie! W takim razie wjedziemy na scenę rolbą, czym ona by nie była, bo skoro mamy takie umiejętności, to zaskoczymy tym świat. Wywalczę to w scenariuszu. To co? Widzimy się wkrótce.

– Hurrrra! Napijmy się! – wypalił szczęśliwy Guma – Coś się kończy coś się zaczyna! I widzisz Gumiaku – zwrócił się do mnie – Będziesz miał tę swoją telewizję. Nie lokalnie a globalnie!

– To się rozumie – wyszeptałem sam do siebie i rozpocząłem wizualizować sobie to wielkie wydarzenie.

W takim razie do zobaczenia kochani! Śledźcie strony w internetach, bo nie może was tam zabraknąć. Zbierajmy siły i pomysły. Żeby było co wspominać i czytać po latach. I widzimy się w Sylwestra!

pa   

9. 21.11.20 Świebodzice Trasa Pomarańczowa Covid 9

Oczywiście mógłbym zrzucić wszystko na to, że świat zwariował, że to czy tamto, ale tak po ludzku, to mnie się lekko pomyliło, i zamiast Świebodzice, wpisałem w nawigację Świebodzin. Ale po kolei.

Na przedostatni koncert Trasy Pomarańczowej wyruszyłem swoim autem już w piątek. Przez Wichrowe Wzgórze. A dlaczego? A dla tego, że kupiłem na allegro zwrotnic do kolejki wąskotorowej Jarkowi i pojechałem mu zawieźć. Oczywiście Notoryczna Narzeczona kręciła noskiem, ale obiecałem jej, że nakupię Jezusów Świebodzińskich stojących na telewizorze, dla całej jej i mojej rodziny,. Jak widzicie, już wtedy mi się te Świebocośtam mieszały. Coś jak Lublin i Lubin, jak Radom i Sosnowiec. Kumacie ten stan? A może to ja jestem taki głupi? Nie wykluczam i nie zaprzeczam.

To napakowałem tych zwrotnic cały bagażnik i pojechałem do Jarka. Tam rozpakowaliśmy kolejowe dobro i po lekkiej kolacji w stylu świńskie wege, zalane winem bezalkoholowym z winogron sandomierskiej Toskanii poszedłem wcześnie spać, bo chciałem ruszyć zanim kur pierwszy raz zapieje, mając ochotę na spenetrowanie Jezusa, łącznie z wizytą na głowie, gdzie spodziewałem się zastać platformy widokowej. Jarek też zamówił kilka koron cierniowych, bicze nazareńskie, sztuk sześć i świecące figurki świętych do ogródka. Czyli, jak czytacie, nawet on się nie kapnął z miejscem koncertu!

Ruszyłem przed trzecią rano, budząc sąsiadowi kury i doprowadzając do kurskiej pasji sąsiadowego koguta, który mnie zapiał i nasrał mi na maskę, bo to nie on we wsi wstał pierwszy. Mam nadzieję, że przy kolejnej wizycie nie będzie mi tego wypominał. A może do tej pory go zjedzą w rosole? Kogucie losy chodzą różnymi daniami, co wiem, bo w domu sam gotuję. Przed dziesiątą chciałem być na miejscu, żeby mieć czas na zwiedzanie i zakupy. Ruszyłem więc ostro na zachód. 

 Pod Chrystusa dojechałem zaraz po dziesiątej. Najpierw zrobiłem zakupy dewocjonaliów i tym podobnych, a następnie kupiłem bilet na penetrację wnętrza pomnika kolosa. Ponieważ winda na taras nie działała, zgodziłem się ruszyć pieszo. Schodkami. Po chwili zadzwonił telefon.

– Cześć, tu Piotr. Nie odebrałbyś mi koszulek? Miałeś być wcześniej. Gdzie jesteś? – menager rozmawiał ze mną, bo była sprawa do załatwienia.

Rozejrzałem się dookoła i po ustaleniu gdzie jestem. Odparłem:

– Jestem w kolanie Jezusowym.

Po czym zapadła krępująca cisza.

– No, znaczy w pomniku Jezusa, obecnie w kolanie. No w Świebodzinie.

– Aha. – znowu cisza zapanowała, ale już krótsza – Ale na koncert zdążysz, co?

– Jasne. Pozwiedzam i pędzę.

– Dobra. To koszulki odbierze ktoś inny, a ja ci jeszcze raz wyślę dokładny adres sali. Dobrze?

– Si senior! – odparłem i ruszyłem w górę pana.

W okolicach bioder odebrałem wiadomość, przeczytałem, wyłączyłem telefon, ale na wysokości klatki piersiowej Jozuły, coś mnie tchnęło, więc jeszcze raz odpaliłem smartfona i będąc w szyi Pana, zorientowałem się, że raczej to ja pomyliłem miejscowości. Wybiegłem więc szybko na platformę, która mieściła się w koronie takiej królewsko-cierniowej, odpaliłem papierosa i zacząłem myśleć, co wyszło nie tak. Pomogła mi w tym mapa na goglach, bo o ile miejscowości były z grubsza podobne, a ja nigdy szczególarzem nie byłem, to Świebodzin i Świebodzice dzieliło lekko ponad 200 kilometrów, a czasowo to dwie godziny. Czyli jednak Jezus miał mnie w opiece i pozwolił upiec dwie wieczerze przy jednym ognisku. Dramatu więc nie było i postanowiłem się zrelaksować pięknymi widokami, jakie miałem z czubka Pana, Króla Polski.

Zbiórkę miałem wyznaczoną na godzinę osiemnastą czterdzieści pięć, więc czasowo wszystko było pod pełną kontrolą. Skoro zwiedzanie rozpoczęło się od pomyłki, a pomimo tego czas był moim sprzymierzeńcem, to postanowiłem z niego korzystać w pełni i zaplanowałem jeszcze popas nad jeziorem Dobromierskim, gdzie chciałem zjeść sandacza w sosie z drewna sandałowego oraz trochę się ustatkować, w czym miał mi pomóc krótki rejs lokalnym stateczkiem Potiomkinem, prezentem narodu rosyjskiego dla miejscowych, który przekazano w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, a wykonanym w skali jeden do pięćdziesięciu, napędzanego węglem brutalnym, co dawało płynącym dreszczyk emocji oraz podniesienie poziomu adrenaliny i metaefedrynalinykokainowej.

Kiedy pływałem po bezkresnym jeziorku bezgłośnom makietką Potiomkina, zadzwonił Bartek.

– Tata, a ty gdzie? Mamy tu jak w raju. Basen, sauna, siłownia. Nawet joga się za chwilę zaczyna dla całej ekipy.

– Jestem niedaleko, zaraz kończę rejs i się zbieram. A jutro tez można skorzystać z dobrodziejstw OSIRU? – zapytałem, bo chciałem i ja coś uszczknąć z dobrodziejstw organizatora.

– Chyba tak. Mamy dostęp całodobowy, do południa następnego dnia. Zapisać cię na jogę na szóstą rano?

– A zapisz, i tak mam kłopoty ze spaniem. To się widzimy za chwilę. Nara!

Pod ośrodkiem byłem około osiemnastej i od razu wjechałem na miejsce dla obsługi. Pokręciłem się po ośrodku, pomachałem członkom zespołu, którzy wybrali zajęcia na basenie, Jarkowi powiedziałem cześć na siłowni akurat w momencie kiedy pobijał rekord w wyciskaniu na klatę, więc żeby go nie peszyć udałem się do garderoby. Jeść nie musiałem, bo jeszcze odbijało mi się sandaczem na sandale, więc ruszyłem w okolice wejścia. Przywitałem obsługę pod postacią Ani, tym razem bez męża i kota Gromitosława, bo i tak na niego po Gliwicach mówiono. Kiedy podziwiałem stoisko, przed wejściem zaczęły migać koguty karetki i zrobiło się jakieś zamieszanie. Poszedłem oblekać o co kaman i zobaczyłem, że pogotowie pakuje na nosze Pawła Ptaka, który drugi raz z rzędu kompletował Trasę Pomarańczową.

– Co się dzieje? Dlaczego go zabierają? – zapytałem Pancernego, który dzisiaj był słuchaczem, ponieważ organizator wystąpił jedynie o sześcioosobowe wsparcie Kult Ochrony.

– Ptaku przeszedł na dietę i coś go poskładało.

– Na jaką dietę? – byłem ciekaw, bo i ja chętnie zrzuciłbym ze trzy kilo przed weselem.

– No właśnie tu jest problem, bo miał mieć taką jak ja. Ketogeniczną. Ale zapisał sobie na kartce z pomyłką i wszystko mu się pomieszało.

– Jak pomieszało?

– No zapisał ketaniczną i myślał, że wystarczy żreć ketanol. Po tygodniu nie było efektu, to do tabletek dołożył maści, które wyciskał sobie na kolację no i dzisiaj to wszystko się skumulowało i coś z grubsza zwariował. Nie chudł za bardzo ale i nie czuł bólu. Myślał, że tak ma być. Godzinę temu wpadł pod samochód na przejściu i nic. Wstał i się otrzepał, jakby nic się nie stało. Potem wybijał cegły w wiacie śmietnikowej aż kości mu strzelały i dalej nic. No to się wystraszyliśmy i wezwaliśmy pogotowie. Przy okazji sprawdziłem mu plecak, a tam same ketanole. W maściach, tabletkach i syropach. Połowa wyżarta. Straszna pomyłka. Teraz biorą go na detox i może na koniec koncertu dotrze. Szkoda byłoby przerywać taką passę.

– Ktoś z nim pojedzie?

– Tak, kogoś z nim wyślemy, żeby wrócił powrotem.

– To dobrze, idę się przebierać. Do zoo na sali!

Przebierałem się jak żółw. Ociężale. Ciągle myślałem o Ptaszysku, o sobie, o pomyłkach wynikających z podobnej pisownie, czy podobnego zasłyszenia. Świebodzin – Świebodzice, ketanolowa – ketogeniczna, Mariusz Godzina – Mariusz Godzilla, Lublin-Lubin. Jakie to wszystko było przerażające i straszne. Obiecałem sobie, że poczytam w jakichś tajnikach psychologicznych, jak popracować nad mózgiem, żeby zapamiętywać poprawne nazwy, czy co tam zrobić, żeby było dobrze.

Z zamyślenia wyrwał mnie Guma.

– Dawaj bracie! Idziemy na łów! – i przyłożył mi piekące karczycho, czyli z plaskacza jebnął mnie w kark, aż podskoczyłem.

Niewiele to pomogło, bo jak tylko rozpoczął się koncert, myślami dalej uciekałem gdzieś w dal. Byłem jakby w bańce i żadne bodźce zewnętrzne do mnie nie docierały. Nic. Łapania nie było w ogóle, bo miejscowi i przyjezdni stali w takim dystansie, że nawet jakby ktoś miał lecieć, to daleko by nie doleciał, a już na pewno nie do barierek, żebyśmy mogli go bezpiecznie złapać. W pewnym momencie wypatrzyłem na głośniku obok mnie, takim do podbicia basu, chińską biedronkę i zatopiłem się w jej ciele i umyśle jakby. Próbowałem być nią i odgadnąć to co się dzieje z jej perspektywy. Co i jak widzi, co i jak słyszy, czy nie jest jej za głośno, albo za zimno, czy urodziła się w Świebodzinie, czy może dotarła na koncert z transportem ryżu z Chin? Ponieważ muzyka mi trochę przeszkadzała, to wepchnąłem stopery do uszu tak mocno, że przestałem, poza dudnieniem słyszeć cokolwiek. Czy podobnie mogła odczuwać rzeczywistość koncertową biedronka? No i czy też miała stopery? Tak się w tym wszystkim zatopiłem, że zapomniałem, że mam śpiewać Polskę za Darka, bo ten miał zapalenie migdałków i mówił jakby mu jądra cegłami przygniotło. Tylko, że ja wcisnąłem sobie stopery z wosku tak głęboko, że nic nie słyszałem. Guma machał do mnie rękami i coś chyba krzyczał, Esu klaskał mi przed oczyma, a zespół stał na scenie i patrzył na mnie jak na kosmitę. W końcu Kazik rozpoczął samodzielnie wykon, a ja pobiegłem szukać służb medycznych. I szybko znalazłem. Akurat Ptaka przywieźli, żeby zaliczył choć fragment i mógł podbić sobie legitymację uczestnika Trasy Pomarańczowej 2020.

Coś do mnie mówił, żywo gestykulując, ale nie słyszałem go nic a nic. Teraz to ja zacząłem szarpać medyka czy ratownika i gestami pokazywać, że muszę coś napisać. Ktoś w końcu zakumał bazę, podał mi kartkę na której wykrzyczałem: „Wepchnąłem sobie w uszy stopery!!! Ratunku!!! Nic a nic nie słyszę”. Ratownik wciągnął mnie do środka, położył na noszach i zaczął grzebać jakąś igłą, najpierw w lewym, a potem w prawym uchu. Interwencja przebiegła bezboleśnie i szybko i znowu zacząłem słyszeć co się dookoła mnie dzieje.

– A coś ty kolego wymyślił? Pierwszy raz ze stoperami pracujesz? – zapytał jeden koleś z obsługi medycznej.

– Nie. Nie pierwszy. A skąd. Zawsze mam stopery, tylko dzisiaj się zapomniałem, bo chciałem jakoś szczególnie się wygłuszyć i tak je powpychałem, że nie było szans samemu ich wyciągnąć. Mogę wracać do pracy?

– Możesz, tylko uważaj na niskie tony.

Uważać już jakoś szczególnie nie musiałem, bo koncert się skończył. Postanowiłem więc szybko się zwinąć do pokoju, przebrać i wykorzystać to, co jeszcze było dostępne: saunę, siłownię a może i basen. Kiedy byłem już w samych kąpielówkach do pokoju wpadł Esu.

– Tata, za pięć minut zbiórka w pokoju u Gumy. Będziemy oglądać jakąś transmisję lajf z Wichrowego Wzgórza. Jakieś dziady borowe czy coś.

– Ale ja chciałem na …

– Obecność obowiązkowa! Kazik będzie sprawdzał kto nie przyszedł.

Postanowiłem być. Już wystarczającą ilość wpadek zaliczyłem na trasie.

Guma pokój miał duży jak na jedynkę, dlatego to u niego zrobiono oglądanie. Przekaz miał tytuł Dziady Listopadowe, a nie borowe, co w sumie miało sens, biorąc pod uwagę, że właśnie listopad był za oknem. Grzesio zrobił nastrój, pogasił światło, zapalił świece, które chyba były zwędzone z pobliskiego cmentarza, bo czuć z nich było, że są na etapie używania, następnie podłączył się komórką do telewizora za pomocą jakiegoś magicznego kabelka i mieliśmy wszystko na ekranie. Ostatni przyszedł Kazo, odczytał listę, pozaznaczał kto przyszedł a kto nie. Poza technikom, która miała jeszcze demontaż, był komplet. Zarówno członków zespołu jak i ich kutasków z ochrony. O godzinie transmisji w pokoju zapanował cisza jak makiem posiał i na telewizorze zobaczyliśmy siedzącą w mroku, przy kominku, grupę jakichś ogórków w kapturach. W tle leciała muzyka gotycka raczej i nagle rozpoczęło się szoł. Przed ekran na kucąco podszedł jakiś koleś z taką jak do filmów deską, zrobił klaps i wypalił:

– Listopadziady częsć pierwsza!

Dziady w kapturach parsknęły śmiechem psując tym nieco nastrój, kucający się zawrócił, zrobił drugi klaps i próbował się poprawić:

– Listopadziady, a tam kurwa, poszło!

Tym razem to my parsknęliśmy śmiechem, ale nasz szef syknął : „Cisza dziady!” i na ekranie pojawił się ktoś do nikogo nie podobny, ale wyglądający jak Jarek Paczkowski, który rozsiadł się w fotelu i odczytał jakiś protest niby song.

– Piękne! – rozczulił się Kozi i zaczął chlipać, a za nim jeszcze kilka osób, chyba tych co słyszeli i widzieli dobrze cały przekaz.

Mnie się nie udało usłyszeć, bo słuch mi jeszcze nie wrócił taki perfekt, ani zobaczyć dobrze widowiska, bo przede mną siedział Jeżyk i mi zasłaniał wszystko. Ale czułem całym sobą, że uczestniczyłem w czymś szczególnym, zwłaszcza kiedy usłyszałem:

– A teraz trzeba to przepić, najmłodszy wio na stację! – Morawka spojrzał na mnie, ja na Esa, bo najmłodszy to na pewno nie byłem.

Esu parsknął i spojrzał na Ważnego.

– Ale co? Mario, no weź! – powiedział Jarek w stronę Maria Mechagodzilli saksofonu.

– Ale Konrad… – Mario spojrzał na Konrada.

– A ja zapomniałem legitymacji i chyba najmłodszy nie jestem, co?

I zaczęła się licytacja, szukanie na Wikipedii kto z którego roku, miesiąca i dnia. I może trwało to i do rana, bo ja chyłkiem uciekłem, żeby sauna się nie wyziębiła do cna. Przy śniadaniu okazało się, że najmłodszym zrobiono Maria i to on kursował ze trzy razy, bo ciągle brakowało, a ponieważ koncert był przedostatni a do następnego, na moim terenie w Krakowie, został tydzień, to lejce przyzwoitości zostały lekko popuszczone. Pewnie niejeden z was zapyta dlaczego i ja nie skorzystałem z uczestnictwa w imprezie w tak zacnym gronie i czy mi nie szkoda tych chwil ulotnych jak ulotka, ulotnych jak fotowoltanika? Odpowiem, że z przyczyn prozaicznych, jak zwykle to u mnie bywa, bo coś się wydarzyło takiego, co nie pozwoliło mi zgodnie z planem powrócić do grona. Ot po wejściu do sauny urwała się klamka i musiałem do rana czekać na obsługę. Na szczęście piec już nie działał i dzięki temu się nie upiekłem. Bo pewnie dziś już nic byście nie przeczytali o Świebodzinie, Świebodzicach czy przyszłotygodniowym Krakowie. A czy coś i tam się wydarzy godnego opisania, tego i ja nie jestem w stanie wymyślić. Pożyjemy, zobaczymy!

Pa