22. Pandemiczny tour ze Zgniłością i Świetlikami. Czerwiec 2020.

W marcu wszystko się popierdoliło. Po całości. Przyszła pandemia pod postacią Covid 19 i wstrząsnęła światem. Tym światem. A przy okazji i tą ziemią. I trwa to do dziś, szczególnie w branży rozrywkowej .

Podczas ostatniego, z początkiem lutego, koncertowego przelotu ze Świetlikami, traktowaliśmy zarazę dość ulgowo i śmieszkowato. Nie spodziewaliśmy się, że to się tak rozwinie i dotknie nas tak bardzo. Przecież wychodziła lada dzień nowa płyta, kilka koncertów było w przygotowaniu i dopinaniu technicznym. Sam osobiście miałem przeżyć jeden z najsilniejszych okresów koncertowych, z Lao, Happy i Kultem dodatkowo. I zamiast zabawy zapanował strach.

Do pandemii przygotowałem się znakomicie. Wymieniłem dekoder, zamówiłem kilka książek, przestawiłem sofę przed telewizor, żeby w końcu pooglądać seriale, na które w codziennym życiu nie mam czasu. Jeśli dodam do tego zawieszenie na świecie rozgrywek sportowych, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu, pandemia jawiła się jak ponadprogramowe wakacje. Z kompletną komórką rodziną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale…

Ale moja praca zawodowa okazała się nieczuła na koronawirusa i wszystko ruszyło jak zawsze, tylko razy dwa. Wysyłkowo. Po dniu ciężkiej pracy nie miałem już siły na nic, i najczęściej około godziny dwudziestej padałem na twarz i przechodziłem w stan uśpienia. I tak przez trzy i pół miesiąca. Kiedy jedni mieli czas wymuszonej kwarantanny, innym pot lał się po mosznie. Oczywiście byli też tacy, którzy poczuli finansowo co to znaczy pandemia, ale w ogólnym rozrachunku, wszyscy moi znajomi przeżyli w nienajgorszej kondycji, przynajmniej do wyborów prezydenckich.

Czym jest takie uśpienie, mówię tu o moich pozapracowych zajęciach związanych z koncertami, wie niejeden z nas. I nie jeden czekał cierpliwie, żeby, kiedy tylko uchyli się furtka, eksplodować po całości. Pierwsze sygnały, że coś w czerwcu się uchyli, dostałem od serdecznego Pana Poety z końcem kwietnia, albo i z początkiem maja. Przekaz był taki, że Zgniłość rusza w trasę i „jedź Pan z nami”. Wrocław, Poznań, Łódź i Lublin, ale ten ostatni już ze Świetlikami, kusiły tak bardzo, że zacząłem planować przejazdy, terminy i pracę. Pięć miesięcy bezkoncertowego marazmu gniotło duszę jak czułkowata kulka płuca i inne organy.

I nadszedł w końcu ten dzień. Środa w środku tygodnia, czyli najgorzej, bo trzeba godzić przyjemne z pożytecznym, czyli koncerty i pracę. Całe szczęście drogi w obecnej RP są już naprawdę dobre, i posiadając wygodny samochód można sobie popołudniem ruszyć na koncert do Wrocławia, żeby na drugi dzień stawić się rano w pracy w Krakowie, z przysłowiowym teleskopem w dupie, czyli na wielkim luzie. A jak do tego połączy się wyjazd artystyczny z dostawami i przerzutami towarów na linii Kraków – Wrocław – Chorzów – Kraków, to wszystko jest odpowiednio poukładane. I tak lubię najbardziej.

Pan Poeta stanął w progu salonu punktualnie o umówionej godzinie, którą ustaliliśmy na kwadrans po trzynastej. Pojazd zapakowany wielkim teleskopem oraz płytami różnych formacji Marcina, odpaliłem chwilę potem i ruszyliśmy na Wrocław. Podróż odbywała się płynnie i bez niespodzianek. Przejeżdżając przez okręg katowicki, pozwoliłem dać nam wewnętrzny przepływ powietrza, żeby nam wirusów z koroną nie nalazło do środka, bo Śląsk górniczy jest obecnie centrum pandemicznej Polski. Całą drogę przegadaliśmy o wszystkim i o niczym, przy czym nawet gadanie o niczym miało swoją wartość. Im bliżej byliśmy Wrocławia, tym pogoda zaczynała się robić dziwnie nieprzyjemna, co objawiało się potężnymi opadami wody z nieba, a koncert miał być takim mały plenerem. Oczywiście z zachowaniem jak największej ilości przepisów pandemicznego bezpieczeństwa.

Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że z powodu obfitych opadów wody, sztuka został przeniesiona na salę Starego Klasztoru. Tam też się z wokalistą Zgniłości udaliśmy, żeby przywitać dawno nie widzianych kolegów, poczym ruszyłem dostarczyć wielki teleskop klientowi z miasta Wrocławia. Po szybko wykonanej czynności zaparkowałem pojazd i udałem się na obiad i uzupełnienie płynów. Potrzeba konsumpcji była bardzo duża, ale hamulcowym była moja pozycja kierowcy, który następnego dnia rano miał powrócić do Krakowa, do pracy i rodziny. Trzeźwo i bezpiecznie.

Zgodnie z rozkładem jazdy, koncert rozpoczął się punktualnie, z piętnastominutowym opóźnieniem. Sala była przygotowana wzorowo. Stoliki ustawiono w odpowiednich odległościach, barmani i kelnerzy posiadali maseczki na części gębowo-nosowej, i rozprzestrzenianie się wirusa zostało wykluczone.

Pierwszy koncert po długim okresie niegrania był ciężkim kawałkiem chleba. Na szczęście chłopcy grają jazz fryzjerski, a w jazzie, jak to w jazzie, szczególnie fryzjerskim, nawet nieudane improwizacje urastają do rangi wydarzenia i niespotykanego kunsztu grającego muzyka. Kolega wokalista starał się jak mógł być hop do przodu w kwestiach światopoglądowych i prowadził konferansjerkę międzyutworową bardzo zgrabnie, ale i tak został rasistą, seksistą i politykierem! I to wśród osób w wieku prawie że zaawansowanym. Rasistą to pewnie przez zapowiedzi typu:

– A teraz zagramy utwór wybitnego saksofonisty, o nie białym kolorze skóry, który był geniuszem jedynym w swoim rodzaju.

Jak widać z powyższej sytuacji, wszystkim nie dogodzi, choćby człowiek był nawet z Łodzi, jak mówi starosemickie przysłowie, które właśnie wymyśliłem.

Po koncercie zgrabnie się chłopcy popakowali i poszliśmy wspólnie na małe co nieco. Dzięki temu poznałem miejscowego mecenasa sztuki Pęcherza, którego wyobrażałem sobie całkiem inaczej i z którym to odbyłem, na wyraźną prośbę Poety z Krakowa, walkę siłową na ręce, która po wyczerpującym pojedynku zakończyła się remisem. Następnie udałem się do stolika moich znajomych z pierwszego Forum Kultu, którzy pod przewodnictwem Hollego gościli na koncercie Zgniłości. Po przeuroczych dyskusjach na różne różności, zdecydowaliśmy demokratycznie, że czas spać i pomimo prób oderwania się części młodzieży zespołowej na dalszą konsumpcję płynów, w komplecie dotarliśmy do hotelu, pod czujnym okiem kierowcy Łoła, wspaniałego towarzysza trasowego i znakomitego kierowcy, który nie boi się oddać kółka obcemu, jak sam nie może. To się nazywa klasa i rozsądek.

Podzieliliśmy się dwójkami, bo tyle łóżek liczył pokój i po krótkiej chwili byliśmy z Tym Poetą Wokalistą w naszym pokoju. Poeto-Wokalista usnął zanim dokonałem nocnej toalety, więc nie czekając na Godota, zrobiłem to samo. Noc upłynęła nam wybitnie spokojnie. Powstrzymaliśmy wszystkie odgłosy jakie powinny z nas dochodzić, a było to pewnie spowodowane tym, że po raz pierwszy dzieliliśmy pokój i chcieliśmy się sobie przedstawić jako organizmy nie popierdujące, nie chrapiące i w ogóle takie, jak by ich nie było. Chyba niepotrzebnie, bo w naszym wieku powstrzymywanie się przed naturalnymi czynnościami życiowymi nie jest najzdrowsze. Ale byliśmy ponad tym. Ludzie kultury, sztuki i politycznej niepoprawności.

Rano pierwszy zaczął stękać Poeta-Wokalista. Ucieszyłem się bardzo, bo to świadczyło o tym, że jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy. Po krótkiej wymianie porannych uprzejmości, Marcin poszedł zapalić, a ja spakowałem się i wyruszyłem na poszukiwanie porzuconego pojazdu, zaraz po Marcinowym powrocie. Ruszyłem na Kraków, a zespół pełen nadziei na super koncert i imprezę koło południa udał się na Poznań. Był czwartek rano, a nasze kolejne spotkanie miało nastąpić w mieście Łodzi, w zaprzyjaźnionym klubie TU, piątkowego popołudnia.

Na Łodź ruszyłem w piątek, po godzinie trzynastej z minutami. GPS pokierował mnie przepięknymi drogami naszego kraju. Były małe miasteczka, wsie i pola. Było oberwanie chmury, które zalało Wolbrom, były czarne chmury w oddali z których, co jakiś czas wyskakiwały potężne błyskawice. Było pięknie i bajkowo. Do przedmieść Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie natrafiłem na potężne korki i zmasowany ruch pojazdów. Szczęśliwie za Piotrkowem wszystko wróciło do normy i było znowu spokojnie i szybko. Dzięki temu odwiedziłem Maka Donalda na przedmieściach, skonsultowałem z Jeżyną z Kultu przystąpienie do klubu straceńców zakładów sportowych STS i po kilkudziesięciu chwilach wylądowałem na łódzkim starym mieście. O Matko Zdanowsko! Co tam się wyprawia! Krajobraz slumsów, jaki przedstawiają miejscowe kamienice, miesza się z wielkimi robotami drogowymi i żeby dostać się pod klub, trzeba łamać przepisy, kombinować i uważać, żeby nie zatonąć w błocie, wodzie i dołach wykopanych na połowie dróg.

Pierwsze wskazanie mojego GPS wskazało klub w oddaleniu dwustumetrowym, i rozpoznanie dalszej trasy samochodowej musiałem dokonać pieszo. Nie powiem, żebym ochoczo wyskoczył z pojazdu rozprostować kości. Co to, to nie. Napisy holsów ŁKS na murach, oraz stojąca w bramach patoludzkość, nakazywała wzmożoną ostrożność. Na szczęście moim serdecznym kolegą jest Bóg Bramki drużyny na Ł. Bodzio W. i w ramach draki powołałbym się na niego. Z drugiej strony sam mogę być odbierany jako duży drech, więc poza spojrzeniami spode łba nie przydarzyło mi się nic szczególnego. Po rozpoznaniu trasy, złamaniu kilku przepisów, zaparkowałem pojazd pod TU. Do koncertu pozostała godzinka z małym okładem. Pobiegłem więc na miejsce i trafiłem nic. Znaczy nic do koncertu nie było przygotowane ze strony zespołu. Bo zespół żył jeszcze Poznaniem.

– Gómi! Szkoda, że cie nie było. Co tam się działo! – powiedział Pan Poeta, a spojrzawszy na ludzkie postaci, wiedziałem, że było grubo. Bardzo grubo.

Wysłuchałem sprawozdania z Poznania i już w duchu, podziękowałem swojemu Aniołowi Stróżowi za opiekę i prawidłowe wybory trasowe. Opisywał przeżyć kolegów nie będę, bo skoro mnie nie było i nie widziałem Sodomy i Gomory, to co ja się będę wychylał. Za to podczas koncertu łódzkiego, doznałem prawdziwego szoku. Zespół podleczony kilkoma piwami, może i wódeczkami, zagrał sztukę o niebo lepszą od tego co wysłuchałem we Wrocławiu. Na szczególną uwagę zasługuje solo perkusyjne Tomka, oszczędne w treści, ale wiele znaczące wejścia Mariusza z domu Czubaja, który okres pandemii wykorzystał na szlifowanie instrumentu w wariancie gry w Zgniłości. Maciek pokazał co należy robić z kontrabasem, Michał grał na saksie jakby nie był białym człowiekiem, a wszystko uzupełniał Poeta-Wokalista w pozycjach leżących i siedzących oraz Michałek, Manzarek polskiej klawiatury, który nie tylko grał, ale także konferansjerował pomiędzy utworami, wprawiając ludzi w chwilę radości, zadumy oraz nieodgadnionej tajemnicy życia w czasach pandemii. Tak, niezrozumiałej, bo przypowieść o Dawidzie który nie przestrzegał dystansu społecznego zakończyła się zaciążeniem jego małżonki i będą z tego bliźniaki. Gratulujemy z całego serca! A publiczności zapytujemy, czego tu można nie skumać? I tłumaczymy: nie, Dawid się nie zaraził korona wirusem, do jasnej anielicy. W tarkcie powstał też zespół Ludzina, którego założenie skwitował jeden z widzów, łapiąc się w drodze do toalety i krzyczą:

– Jeszcze tylko ludobójstwa brakuje. Ja pierdolę!

Muszę tu jeszcze podkreślić, że koncert u Żanety i jej córek w łódzkim klubie TU, był koncertem pożegnalnym tego przeuroczego klubu i jego wspaniałych i oddanych sztuce właścicielek. Mam nadzieję, że nie było to ich ostatnie słowo i wkrótce w którymś z Polskich miast będziemy mogli być goszczeni jak zawsze. Jak rodzina.

Po pełnym uniesień koncercie rozpoczęło się małe party, które dla większości z nas zakończyło się około północy. Większość o tej magicznej godzinie postanowiła odbyć kilkusetmetrową pieszą podróż do hotelu. Wśród ruin kamienic, błota, ciemności, wykopów i napisów sławiących miejscowy KS, dotarliśmy pod bramę, wysoką na ponad pięć metrów. Było strasznie, a na słowa Marcina, tuż przed bramą, który wskazując ubranego na czarno, brodatego Macieja rzekł:

– Spójrz, prowadzi nas karzeł w czarnym wdzianku, jest przedziwnie!

Dostałem dreszczy i zacząłem się lekko bać. Było późno i ciemno, karzeł grzebał dłuższy czas przy domofonie, więc ja spróbowałem otworzyć bramę siłowo. Niestety górna zasuwa była na niebotycznej wysokości i wszelkiego rodzaju próby spełzły na niczym. W zanadrzu mieliśmy plan powrotu do klubu, kiedy nagle z ciemności wyszło ono i nam otwarło wrota, po uprzednim sprawdzeniu czy klucze, które posiadamy są od starej synagogi, która została hostelem, czy nie. Po prawidłowej weryfikacji, wielka brama została otwarta i jednak pani a nie ono, choć Marcin do teraz ma wątpliwości, czy to nie był pan, dopuściła nas na salony. Pokoje były schludne, dwuosobowe, a w razie „W” mogły być i czteroosobowe, bo łóżka miały kombinację, która zmieniała je błyskawicznie w łóżka piętrowe i pokój stawał się czteroosobowe lokum. Po raz drugi dobraliśmy się w parę z Poeto-Wokalistą i po zabarykadowaniu się, bo jednak strach nas lekko obleciał co do miejsca i obsługi, postanowiliśmy oddać się oglądaniu TV. Padło na program o Niemcach uciekających do Polski przed strasznym systemem miejscowej opieki społecznej. My liczyliśmy na złamanie ciszy wyborczej, donos i nagrodę, a dostaliśmy niemiecko-polskie problemy życiowe, w których Polska o sto długości biła Niemce. Nudy. Wygasiliśmy więc odbiornik i jeszcze przed snem gadaliśmy przez bitą godzinę, po której doszliśmy do wniosku, że jesteśmy bezpieczni i spróbujemy spać. Spaliśmy jak zabici, co pewnie w synagodze nie jest odpowiednim porównaniem, ale zawsze można się z tego stwierdzenia wycofać, czy choćby przeprosić, więc tak spaliśmy, aż do… piątej rano. Szczęśliwi, że nie przerobiono nas na onuce, pogadaliśmy jeszcze, podrzemaliśmy i koło ósmej rano, w towarzystwie tych kolegów, którzy nie zostali na nocleg w klubie – zgodnie z zasadą: po co łazić, jak jest dobrze, dotarliśmy na wspólne śniadanie.

Koło godziny dziewiątej z kilkuset sekundami, pożegnaliśmy się wszyscy razem wylewnie i srebrny Touran, w składzie Gomółka, Świetlicki, Wandzilak i Czubaj, ruszył na Lublin z przystankiem Warszawa Wschód, gdzie pozbywaliśmy się poczytnego pisarza kryminalnego. Droga upłynęła nam na wspomnieniach z trasy, z uwzględnieniem Poznania, na którym mnie szczęśliwie nie było i musiałem koniecznie wiedzieć co tam się działo. A działo się sporo. Były aktorki, skini, Guralesku z piękną Mulatką, był ludzki salceson, wódeczka i nieudane romanse. Ale skoro mnie tam nie było, to nic a nic poza tym co napisałem, nie napiszę.

Maria dostarczyliśmy sprawnie do stolicznego dworca i koło godziny trzynastej zameldowaliśmy się w rodzinnym mieście Pana Poety, pięknym Lublinie. Zaparkowałem pojazd na wielkim placu u podnóży jakiegoś miejscowego zamku z jednej i starego miasta z drugiej strony. Po odszukaniu miejsca koncertu, tym razem zespołu Świetliki, przywitaliśmy się z naszymi krakowskimi przyjaciółmi, szczęśliwi, że przybyli oni wcześniej i wywleki cały beklajn na drugie piętro starej kamiennicy samodzielnie. Zespół zaczynał się instalować, więc mieliśmy kilkadziesiąt minut dla siebie i część Zgniłościowa plus ja, udała się na polecane przez Poetę, którego wydała ta ziemia, tatary. To był strzał w piętnastkę! Nie dość, że tatary były przeznakomite, wołowina na której się opierały rozpływała się w ustach, a świeżość dodatków nadawała im cudownego bukietu smaków, to jeszcze podał nam je klon Marusi Aganiok. Pomimo upału przeogromnego byliśmy w piekielnie wspaniałym raju.

Po wszystkim powróciliśmy na miejsce koncertu, chłopaki czekali na próbę, która się przedłużała, bo prąd wysiadł, a ja zająłem się pilnowaniem garderoby, gdzie po wykonaniu kilu esemesów do miejscowych znajomych, i przebywającego w Lublinie Kazika „Mój ból jest mniejszy niż twój”, który jednak nie miał ochoty na spotkanie, próbowałem odsypiać noc. Kilometry za kółkiem Tourana i niewiele snu w nocy, składały umęczone ciało do snu, nawet na siedząco. Półtorej godziny przed sztuką, posprawdzałem co i jak i polazłem na dół, na plac-parking zabrać płyty, choć sprzedaż obecnie jest śladowa. Ale skoro byłem na miejscu, to obowiązek sklepikarza Świetlików postanowiłem wypełnić solidnie.

Koncert który moi przyjaciele mieli grać miał odbyć się bez publiczności, miał być za to transmitowany w Internetach i miejscowych lokalach. Wszystko było przygotowane profesjonalnie. Jedyne emocje jakie podniosły mi ciśnienie, zgotował Radzik. Nasz gitarzysta, który pokazał się na kilka minut przed graniem, spóźniony o osiem minut. I jak by tego było mało, poprosił mnie zrobienie sobie, w ten upalny dzień, w kamienicy z lichym przepływem prądu herbaty. Zdążyłem na sekundy przed wejściem na wizję. Kiedy wszystko ruszyło, udałem się do garderoby dooglądać mecz ligowy Legia – Piast, wróciłem pod salę z której koncert nadawano, zwiedziłem punkt dowodzenia i pobiegłem na parter, gdzie w towarzystwie Państwa Maślanków, szefów Karrot Komando, posłuchałem chwilkę, chwaląc realizację dźwiękowo – obrazową.

W takcie sztuki odbierałem sygnały, że sztuka jest fajowska bardzo i że ogólnie jest wielkie WOW. To cieszy.

Po ostatnich dźwiękach zeszliśmy z zespołem do knajpy, która była na poziomie zero. Tam dokonaliśmy malutkiego spożycia, spotkaliśmy kilkunastu fanów, a i ja sprzedałem kilka płyt. Godzinę później pakowaliśmy busa i po kilku chwilach poszliśmy na miasto coś zjeść. Miejscowa ludność szczelnie wypełniła lokale, ale i dla nas znalazł się kąt. Dzięki temu pojedliśmy, popili i wzięli azymut na hotel. Droga prowadziła obok Tourana, który stał wśród kilku pojazdów na wielkim placu. Wtedy jeszcze stał.

W hotelu, klasy wysokiej, usnąłem jak dziecko, żeby po kilku godzinach relaksu sennego udać się na śniadanie. Śniadanie, podobnie jak koncert, obwarowane było przepisami. Na koncercie podpisywaliśmy cyrografy, że nie mamy wirusa i nigdy go nie widzieliśmy na oczy i że jak coś, to nie my. Śniadanie otrzymaliśmy też przepisowo. Po zbadaniu temperatury. Nikt nie gorączkował, więc kelnerzy podawali nam to, na co mieliśmy ochotę. Sami nie mogliśmy dotykać niczego, bo przezorny i te sprawy.

Pojedzony i wyposażony w kesz na fajki dla Poety którego wydała ta ziemia, pobiegłem po samochód. Kiedy byłem już w okolicy placu, który jeszcze nocą był parkingiem, stanąłem jak wryty. Cały teren zastawiony był kramami. Nie zważając wiec na sześciopasmową drogę, przebiegłem na wszystkich czerwonych światłach Lublina szukać Turanika. Krążyłem wśród straganów i nigdzie pojazdu ukochanego nie dostrzegłem. Zacząłem myśleć i wymyśliłem, że nad ranem doszło do odholowania. Telefoniczne spróbowałem się połączyć z lokalną Strażą Miejską, ale bezskutecznie. Do tego telefon ledwo zipał, bo wszystko co mogło by go naładować, mieszkało w aucie. Zimny pot oblał mnie w ten upalny poranek i pobiegłem, znowu łamiąc przepisy na sześciopasmówce, szukać taksówki. Na szczęście po drugiej stronie był dworzec, a raczej plac na autobusy, i to tam dopadłem dwóch starszych drajwerów.

– Panowie! Musze się dostać na Straż Miejską. Auto mi odholowali z palcu pod zamkiem.

– Ło Jezu? Jak to.

– Tak to. Który jedzie?

Odważnego nie było. Prawie dwumetrowy głupek, wytatuowany po rusku, w koszulce prawieże żonobijce i krótkich majtach, nie budził zaufania. Musiałem więc zadecydować za nich i wlazłem do najbliższego pojazdu. Właściciel nie miał wyboru i ruszyliśmy. Zanim się porozumieliśmy, wykonaliśmy dwa kółka wokół dworca, bo nasze kumatości nie zgrały się szybko. Zostałem więc samcem Alfa i kazałem się wieźć do hotelu, żeby Marcina uprzedzić o chwilowych kłopotach, zabrać kasę za podróże po Lublinie i dokumenty potrzebne do przyjęcia mandatów i odzyskania pojazdu.

Więc najpierw hotel:

– Marcin, potrzebuję godzinkę, bo mi auto odholowali.

Potem Straż Miejska miasta Lublina:

– Dzień dobry, bo chyba mi auto odholowaliście.

– Jakie?

– Takie.

– A to tak. Zakaz był.

– Nie widziałem, słabo opisany.

– To przepraszamy, ale targ staroci.

– Nie gniewam się, poddaję się karze.

– Wypisujemy papiery.

– Cudownie.

I przelot na kraniec miasta, na parking odholowywanych pojazdów. A ponieważ był to dzień wyborów na Prezydenta Rzeczypospolitej, to kierowca po krótkim „wąchaniu” jakie mam zamiary co do wyboru, otworzył się jak kwiat lotosu:

– Bo ja panie, swoim dzieciom, a mam córkę i syna, przykazałem, że mają głosować na Dudę. Bo jak nie, to żadnych profitów po mojej śmierci nie otrzymają! Ale panie! Żeby mnie nie okłamali, kazałem im pójść z wnukami, żeby patrzyły co kreślą. A wie pan, dziecko to nie oszuka. Musi być głos na Dudę bo inaczej won! I żadnych profitów. Ja też pojeżdżę do drugiej, potem do domu i ze żoną idziemy głosować. Panie! Teraz to my tu mamy drogi, ten hotel co pan śpisz, nowy. I tam dalej tysz nowy. Miasto się remontuje. Spokój mamy. I to wszystko za Dudy.

Przyjąłem bezdyskusyjnie informacje i nawet pochwaliłem, chociaż korciło mnie, żeby coś napomknąć o dzieciach i ich prawie do swojego głosu, ale byliśmy już pod strzeżonym, a w oddali majaczył Touranik.

– Panu dowidzenia i pomyślności! – krzyknąłem w kierunku taksówkarza – A panu dzień dobry i ja chcę swoje auto. Tu są papiery – przekazałem młodemu stróżowi w budce na miejskim parkingu, chyba MPKa.

– Tu wypełnić, tu podpisać. Jeszcze tu. I tu. I może pan jechać.

– Dziękuję i pomyślności!

I tak przepięknie obsłużony pojechałem pod hotel, a tam, koło Marcina Poety zrodzonego z tej ziemi, stał mężczyzna w paputkach, z pieskiem na rękach. „ O matko, ktoś go zaczepia, pewnie fajki sępi” pomyślałem i wyskoczyłem szybko z auta, żeby kolegę ratować.

– Gómi! Patrz, Rafał Księżyk też tu śpi!

– Aaa! Rafał, cześć, poznaliśmy się w Krakowie. A co ty tu?

– A dotrzymuję Marcinowi towarzystwa jak ciebie nie ma.

– To miło. Dziękujemy.

Potem zamieniliśmy jeszcze kilka słów o naszych wspólnych znajomych i pożegnawszy się gorąco, ruszyliśmy do domu. Do Krakowa.

Szczęśliwie reszta podróży minęła bez przygód, o których brak martwił się jeszcze rano Marcin, wzdychając, że wyciągnął mnie w świat i nic się nie dzieje. No i faktycznie. Jak na ponad tysiąc wspólnie przejechanych kilometrów i dziesiątek wspólnie spędzonych godzin, to tak po prawdzie nie działo się nic. Kompletnie nic. Czego i Państwu i sobie nie życzę.

Do następnego!

21. El Dupa gra! Część druga.

El Dupa gra! Część druga.

Czas pomiędzy pierwszą a drugą częścią Touru z Dupą minął mi bardzo szybko. Tym bardziej, że w robocie piętrzyły się kłopoty i zaczynałem mieć wszystkiego dosyć. Do tego Notoryczna Narzeczona postanowiła sobie, że rozwinie skrzydła w stomatologii i poszliśmy w kredyty, żeby nabyć pod czterdzieści metrów kwadratowych, z przeznaczeniem na działalność dentystyczną. Ponieważ jest kobietą uparcie konsekwentną, samodzielnie, bez większego wsparcia z mojej strony, łapała wszystko jakby to była bułka z masłem, a nie wielka organizacyjna wojna ze wszystkimi instytucjami miasta. I kiedy ona parła jak czołg do przodu, ja wpadałem po szyję w bajoro pełne kupy. I koncerty miały mnie podnieść na duchu i dać mi energię do zebrania się do życia.

Wymyśliliśmy sobie południe kraju jako arenę występów Dojpy. Rzeszów – Pod Palmą, Bielsko Biała – Rude Boy i Katowice – Mega Club. Miejsca znane, lubiane, zaprzyjaźnione. Czekałem na kwietniowy weekend z dreszczykiem emocji tym bardziej, że 20.04. wypadały moje kolejne, trzydzieste piąte już urodziny.

Niestety, trójbój zaczął się falstartem. Publiczność w Rzeszowie dopisała średnio i zaczęliśmy tę część od sporego minusa finansowego. Jakichś szczególnych anegdot odnośnie tej sztuki nie pamiętam, jedyne co mi w głowie świta, to to, że nocleg zespół miał pod miastem, przy wylocie na Kraków. I nawet na chwilę tam pojechaliśmy, ale jakiegoś świętowania nie było. Przynajmniej z naszej strony. Po sprawdzeniu warunków noclegowych pognaliśmy na Kraków, żeby przed południem ruszyć na Bielsko Białą.

Bielsko było powiadomione o tym kto zawita do tego pięknego miasta, z dużym wyprzedzeniem. Ponieważ daleko z Krakowa nie jest, na jakiś miesiąc przed, Janusz wysłał mnie z ekipą na plakatowanie  miasta. Bielsko jest ciężkim terenem i zeszło nam chyba do trzeciej nad ranem, żeby plakatami oznajmić ludności miejscowej o koncercie. Przy okazji oplakatowaliśmy też papieskie Wadowice, Andrychów i Kęty. Wszystkie napotkane płoty, darmowe tablice pokryły piękne, czarno białe plakaty. W Bielsku najeździliśmy się jak traperzy na dzikim zachodzie, żeby kilka setek wykleić. Najwięcej plakatów trafiło na Rude Boya, który został oklejony od góry do dołu, na długości kilkudziesięciu metrów. Razem z drzwiami. I to zrobiło robotę. Klub pękł w szwach – sobotniego popołudnia, 19 kwietnia roku 2008.

To była jedna z najpiękniejszych sztuk jakie miałem przyjemność współorganizować. Zanim padły pierwsze dźwięki, byłem już zdrowo podkręcony miejscową wiśniówką domowej roboty, której smakoszem był, jest i zapewne będzie – właściciel klubu Poli. Dobry humor aktywował nam się już podczas rozładowywania back line, kiedy to do pomocy ruszył nawet Kazik, pchając kejsy ze sprzętem, na co zareagował Pewu, uwieczniając Kazika – technicznego na zdjęciach, których do dzisiaj nie widziałem.

Klub w Bielsku białej jest niski. Powierzchnia jest duża, ale brakuje okien, wentylacja nie daje rady przy szczelnie wypełnionej sali, ale nikomu to za bardzo nie przeszkadza. Publiczność była wspaniała i zrobiła taki ogień na występie, że klękajcie narody. Było latanie, rozbieranie, wspólne występy i wszystko to, co w robieniu koncertów najlepsze. Z punktu widzenia artystycznego i biznesowego. Zgrało się wszystko na pięćset plus. Po koncercie długo nie mogliśmy się pozbierać do hotelu, tak dobrze nam się siedziało, gadało i popijało. Ale postanowiliśmy w hotelu kontynuować imprezę i świętować moje urodziny. Zameldowaliśmy się na miejscu po północy, ustaliliśmy spotkanie „za kwadrans”, żeby ten, który potrzebował, mógł skorzystać z szałera. Wpadłem do swojego pokoju na miękkich nogach i przed prysznicem postanowiłem na kilka minut się położyć. I to był niewybaczalny błąd, bo po minucie spałem jak zabity. Nie było szans, żeby mnie ktoś dobudził, choć i takie próby podejmowano. Impreza urodzinowa odbyła się więc bez jubilata. Jubilat otworzył oczy rano. Na minuty przed otwarciem hotelowej restauracji.

Zawstydzony i głęboko skacowany, zlazłem na śniadanie chwilę po okąpaniu ciała z brudu dnia poprzedniego. Nie wielu chętnych zjawiło się tak wcześnie, ale i nigdzie nam się nie paliło, bo z Bielska do Katowic jest blisko. Można było więc spokojnie dochodzić do siebie, uzupełniając płyny z niewielką zawartością alkoholu. Tak też uczyniłem, popijając piwo przed hotelem, który zlokalizowany był na obrzeżach, w okolicy górzystej, lesistej i bardzo uroczej, pomimo braku słońca na zachmurzonym niebie. Nagle niespodziewanie zjawił się Kazik, który postanowił zapalić przed ośrodkiem. Stanął w miejscu z którego był najlepszy widok na okolicę, i po chwili wypalił:

– Popatrz, tak wygląda Teneryfa.

Poderwałem się na równe nogi, bo zawsze chciałem Teneryfę, miejsce przez Kaza zachwalane zobaczyć, tylko wtedy myślałem sobie, że nigdy nie będzie mnie stać na takie przedsięwzięcie ze względów finansowych, więc zmarnować takiej okazji  nie mogłem. Teneryfa za darmo i na żywo!

– Że jak? Tak jak te góry? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Dokładnie tak. I jest chyba takie miejsce gdzie jest identycznie. Dokładnie tak jak tutaj. W północnej części wyspy.

Byłem zachwycony. Oczyma lekko pijanej wyobraźni spełniło się moje kolejne marzenie, i to w dniu urodzin. Przez chwilę byłem na wyspie kanaryjskiej.

Ruszyliśmy wszyscy koło południa. Doszło do lekkiego poluzowania zasad i przed koncertem prawie wszyscy lekko się alkoholizowaliśmy. Poza osobami odpowiedzialnymi za prowadzenie pojazdów. Jednym takie popijanie pomagało, innym niekoniecznie. A wszystko wylazło jak szydło z wora w momencie rozpoczęcia się koncertu. Publiczność ze stolicy Śląska była wymagająca. Wymagała więcej niż można było tego dnia wyciągnąć z kapeli. Do tego doszły pyskówki wzajemne Doktora z jednym z uczestników i po czwartym kawałku koncert się zakończył. Yry powiedział:

– Wypierdalać chamy! – do publiczności

– Schodzimy! – do zespołu.

 I zszedł, a zespół zaraz za nim.

Włos zjeżył mi się na przedramionach, serce przestawało toczyć krew, a mózg gotował się jak woda na herbatę. Podszedłem do Krynia i zapytałem:

– Yry. Spokojnie. Pierdol tego gościa! Wracajcie i grajcie.

– Nie! – oczy Krzysia się zaszkliły jak jabłka w deszczu – Nie będziemy grać dla chujów.

– Ale musicie. Dużo ludzi przyszło. Doktorze! – zaklinałem kolegę – No, Doktorze, wracajcie.

– Nie! Nie będę grał – odparł Doktor, a ja zrozumiałem, że jego mocne postanowienie plus pity trzeci dzień alkohol stawiają mnie, współorganizatora, w kłopotliwej sytuacji.

Została mi ostatnia deska ratunku, szeregowy członek wielkiej El Dupy.

– Kazo! Błagam. Zabieraj ekipę, wracajcie na scenę i grajcie. A Doktor jak nie chce to trudno – wymyśliłem, jakby El Dupa bez Doktora miała jakiś sens.

Kazik popatrzył na mnie zmieszany, na resztę zespołu spojrzał wzrokiem poszukującego odpowiedzi na rozwiązanie sytuacji, i podszedł do Yrego.

– Chodź zagramy to do końca.

– Nie chuja! To ja tu jestem szefem. Ja jestem szefem El Dupy! Nie gramy! – Kris był nieugięty i jeszcze na dodatek rozbity tym co się działo, zaczął płakać.

– Kazik! Proszę… Bierz resztę i grajcie – panikowałem, bo przed sceną zaczęło się robić gorąco.

– Idziemy! – zadecydował wokalista saksofonista. Lipka, Dżordżu, Glazo, Arturo, który zastąpił Raffiego – poczłapali za wokalistą.

Podszedłem do Doktora i przytuliłem go serdecznie. Po chwili Yry się uspokoił i dołączył do składu. Koncert ruszył, ale już tak bardziej nijak, chociaż pozostała publika próbowała zrobić wszystko, żeby atmosfera luzu i niedoskonałości artystycznej powróciła jeszcze tego wieczora. Ale nie powróciła i koncert się tylko odbył.

Po powrocie dokonaliśmy z Januszem podsumowania naszej trzydniowej działalności i wyszło nam, że na lody zarobiliśmy. Ale takie bez andrucika, bo na niego już nie wystarczyło. Ale nie złożyliśmy broni, chcieliśmy dalej wozić Dupę po kraju mlekiem i miodem niepłynącym, tylko, że menagement zaczął liczyć wszystko dużo drożej i pewnie byśmy się skusili gdyby nie, no właśnie, gdyby nie to, że razu jednego dowiedzieliśmy się, że zespół zagra w Krakowie, ale już nie pod naszym patronatem, tylko dla Rotundy. Oczywiście poszliśmy, lekko nadąsani, zobaczyć koncert, który frekwencyjnie okazał się niewypałem. Ale to już nie był nasz problem, tylko tych, którzy go zrobili. Ja bawiłem się przednio, uczestnicząc czynnie w scenicznych występach, bo i do takiej roli zostałem zaproszony.

W roku 2009 i 2010 Dupa zagrała jeszcze koncerty dla Galicji, i niewiele z nich pamiętam. Miałem swoje problemy i niestety nie były to problemy z dupy, tylko z wymiarem sprawiedliwości, który zrobił ze mnie przestępcę zorganizowanego. Żyłem więc czymś innym, niż statystyczny chłopiec tuż przed czterdziestką. Nie miałem pracy, perspektyw i sił do walki. Za to miałem rodzinę, depresję i wiarę, że los się musi odmienić. Najlepiej na lepsze. I tak też się stało, w kwietniu 2010 roku. Kiedy jedni toczyli się w przepaść beznadziei, ja odbijałem się od dna. Z dnia na dzień wszystko zaczęło się prostować, znalazła mnie praca, a bycie oskarżonym o udział w zorganizowanej grupie przestępczej zaczął mi się podobać. Tak nastawiony do życia, wymyśliłem sobie wspólnie z Januszem, że na moje czterdzieste urodziny, zrobimy w Krakowie koncert. I to koncert nie byle jaki, tylko taki fajny, bo El Dupy. A ponieważ dzień moich urodzin wypadał dokładnie w sobotę, lepiej już nie mogło być. Zaprosiłem kupę znajomych, których zamiast prezentu, poprosiłem o zakup biletu, bo niestety sprzedaż kulała. I kulałem też ja, psychicznie. Jeśli dołożyć do tego przedłużające się negocjacje z opiekunem zespołu, tym co zawsze, Piotrusem Pewusem, to mogę sobie swój psycho stan lekko usprawiedliwić.

 Pamiętam jakby to było dzisiaj, że na swoje czterdzieste urodziny szedłem jak na ścięcie, bo zanosiło się na to, że będą to moje najdroższe urodziny ever. Ilość sprzedanych biletów nie pokrywała tej koncertowej fanaberii. Co prawda dane miałem na kilkanaście dni przed sztuką podane, odnośnie sprzedaży, ale wtedy byle drobnostka potrafiła mnie zdołować.

Jeśli ja nie potrafiłem stanąć na wysokości zadania, zrobili to za mnie Notoryczna i przyjaciele. Janusz z Izą przygotowali wszystko na medal. Było stoisko alkoholowe i przekąskowe dla moich gości na balkonie Klubu Kwadrat, był tort i były zaprzyjaźnione zespoły. Sztajemka i El Dupa. Zaskoczenie tym wszystkim było dla mnie wielkie. Większe były tylko moje wcześniejsze urodziny, które potajemnie zorganizowała Notoryczna i o których wcześniej nic to a nic nie wiedziałem. Musze o nich kilka słów napisać.

Był to początek wieku dwudziestego pierwszego. W okolicy swoich, nie wiem których, urodzin, wróciłem z pracy po godzinie 14.00. Notoryczna się jakoś dziwnie szwędała po mieszkaniu, ale nie bardzo zwracałem na to uwagę. Chciałem w samotności poświętować, bo depresanci i alkoholicy tak już mają, że najczęściej jest im najlepiej w samotności. Miałem swoje osiem piw na popołudnie w samotności, wskoczyłem szybko w sprane dresy, odpaliłem w tivi byle co i konsumowałem, żeby zapomnieć o bożym świecie. Nawet nie spostrzegłem, że Narzeczona syna gdzieś wywiozła, taki byłem odizolowany. Po szóstym piwie zaczęło mnie składać do spania. I kiedy już miałem wskoczyć w pidżamę, ktoś do drzwi zadzwonił. Bardzo niechętnie poszedłem otworzyć, a kiedy już to zrobiłem, oniemiałem z wrażenia. Za drzwiami kłębili się moi najbliżsi przyjaciele w ilości dwudziestu paru osób, śpiewając urodzinowe piosenki na całą klatkę. Stałem jak słup soli w wielickiej kopalni, z rozdziawioną na oścież gębą, starając sobie poukładać czy to sen czy jawa. Ale kiedy zaczęto przynosić poukrywane po sąsiadach jedzenie, alkohole, torty, zacząłem wierzyć, że to co się dzieje jest naprawdę. Tak było.

Organizacja na urodzinowym koncercie była dla mnie zaskoczeniem równie wielkim. A jeszcze większym ilość znajomych, którzy przyszli zobaczyć jak to jest być czterdziestoletnim zgredem. Byli goście z Warszawy, z Bzykiem na czele, był Jasiu Mela – którego wtedy poznałem i któremu zacząłem troszkę tatusiować w Krakowie, byli bracia i siostry z Katowic, Kolbuszowej, Tarnowa, Jastrzębia. Byli najstarsi stażem przyjaciele z czasów szkoły średniej, byli przyjaciele, których wniosła do naszej rodziny Notoryczna. Było przecudownie. Koncert płynął między jednym piwem a drugą wódką. Był tort na scenie, wspólne śpiewanie i całkiem przyzwoita frekwencja, która na godziny przed rozpoczęciem sztuki dała nadzieję na bezstratną finansowo imprezę. A po wszystkim zaczęło się wspólne świętowanie urodzin w gronie najbliższych, których było kilkadziesiąt osób. Szkoda tylko, że Kazik się nie zdecydował na pokoncertowe party, ale wystraszony fanatyzmem moich znajomych, po kilku wódkach na zapleczu, postanowił się ewakuować. Za to my walczyliśmy dzielnie, do późnych godzin nocnych. I tylko zgrzyt z małą bijatyką zakłócił trochę święto, ale co zrobić? Żelazo nie klęka.

Ostatni raz z Dupą miałem przyjemność rok później. Znowu w kwietniu, bo taki czas był przeznaczony dla tego projektu, w którym uczestniczył Kazik. A wiosny wtedy zaczynały koncertowo w klubach wyglądać słabo. Młodzi ludzie, którzy stanowili naszą największą klientelę, woleli kwietniowe wieczory spędzać na łonie natury z piwem w ręce. Stęsknieni za słońcem, ciepłem oraz świadomi nadchodzących ćwierćdarmowych koncertów juwenaliowych i darmowych dni miast, nie za bardzo mieli ochotę na uczestnictwo w klubowych koncertach, za które trzeba było płacić. Robiliśmy dwa koncerty: we Wrocławiu w Alibi i w Krakowie, w wynalezionym przez Janusza Lizard Kingu, klimatycznej miejscówce w samym sercu Krakowa. Żeby ratować frekwencję postanowiliśmy do gwiazdy kogoś dołożyć, kogoś rozpoznawalnego i posiadającego podobne poczucie humoru, więc padło na trójmiejski zespół Dr. Hackenbush, którego w młodym wieku słuchałem z kaset, z wypiekami na twarzy. Tak podanej klasyki rocka i rock end rolla słuchaliśmy w głębokim podziemiu, żeby rodzice czy nauczyciele nas nie nakryli, bo utwory – klasyki, jak „Mięgwa stara kurwa”, „Jeboł cię pies” czy „Pałę ssiesz” niekoniecznie musiały się starszym podobać w warstwie lirycznej, co dzisiaj jako osoba podeszła w wieku, poniekąd rozumiem.

Wrocław nie wypalił. Po raz pierwszy współorganizowany przeze mnie koncert okazał się mega frekwencyjną porażką. Kilka ich już wcześniej zaliczyłem, ale nigdy na poziomie maga, i wszystkie bolały, a tutaj miało być jeszcze boleśniej. Ale… Na nasze utyskiwania pierwszy zareagował Pewu i postanowił zjechać z gaży do poziomu „zwrotu kosztów”. Po kilku następnych chwilach, do swojego stolika, przy którym siedział ze znajomymi, między innymi z USA, zawołał mnie Kazimierz.

– Słyszałem, że jest bardzo słabo.

– Niestety. Nawet dwustu biletów nie sprzedaliśmy. Ale Piotrek zachował się wspaniale i obniżył gażę. Wtopa będzie mniej bolała.

– Dobra. To jeszcze ja rezygnuję ze swojego wynagrodzenia.

– Nie no…

– Powiedziałem. Znasz moich znajomych?

Nie znałem. Ale szybko poznałem. I ciśnienie zeszło, byłem finansowo uratowany.

Alibi. Jedno z najmilej wspominanych miejsc koncertowych w jakich dane mi było bywać. Byłem tam z Dupą, Buldogiem, KNŻ, KSU. Raz nawet z ramienia Galicji ogarniałem jakiś koncert zagranicznego zespołu. W klubie rządzili Owca, znany, choćby z pracy z Katem Romka Kostrzewskiego realizator dźwięku i jego brat, właściciel i człowiek dusza – Waldi. Każde moje zetknięcie z Alibi kończyło się mega imprezą, super koncertem – poza ostatnią Dupą i gwiazdą z zachodu. Czułem się tam jak u siebie. Klimat, super ludzie, organizacja na najwyższym poziomie. Nic, tylko robić koncerty. Ale już nie dziś, bo tego Alibi już nie ma. Życie.

Do Krakowa wracaliśmy późną nocą, mając na pokładzie chłopaków z Dr. Hackenbusha, których szybko polubiłem. Lubił ich tez Janusz, ale nie tej nocy. Porażka finansowa, choć zminimalizowana do minimalnego minimum, zawsze jest porażką i ta prawidłowość siedziała w Januszu jak zadra. Doświadczyli tego nasi goście znad morza, kiedy na stacji przed Krakowem, jeden z nich nie ogarnął wystarczająco szybko zakupów i wściekły Janusz postanowił pojechać bez niego. Ale po kilku minutach i nerwowej dyskusji, zawrócił i do Krakowa przybyliśmy nad ranem w komplecie. Po szybkim odespaniu wyjazdu polazłem do hotelu Swing, bo tam, w bardzo miłych warunkach, nocowaliśmy zespoły, a tego dnia chłopaków Zmory i jego samego. Po raz kolejny musiałem postawić się w roli bufora pomiędzy szefem a zespołem. Przepraszać, prostować, wyjaśniać. Kiedy już uspokoiłem nasz dupny suport, poleciałem jeszcze na dworzec zakupić chłopakom bilety powrotne do domu. A potem szybko polazłem do klubu.

Lizard na co dzień był restauracją – dyskoteką. Ale koncerty stanowiły tam też silną pozycję rozrywkową, z czego Janusz korzystał skwapliwie. Średniej wielkości klub, z miejscami stojącymi przed sceną, siedzącymi w części dalszej i dwoma piętrami balkonów. Klimat do roboty super. Do tego usytuowany zaraz przy krakowskim rynku, w samym środku miasta, zachęcał do przyjścia nie tylko zainteresowanych, ale i przypadkowych fanów muzyki. Żeby podbić zainteresowanie koncertem, na dwie godziny przed jego rozpoczęciem zorganizowałem spotkanie z zespołem na D, niedaleko, na Placu Szczepańskim, u mojego przyjaciela Shutego, który był współwłaścicielem Bomby. Kazik zgodził się na takie wydarzenie, bo raz, że znał Shutego, a dwa, takie spotkanie zagospodarowywało nam czas przedkoncertowy. A im bliżej było koncertu, tym szybciej traciłem siły, a kiedy dostałem jeszcze od Kaza zadanie zakupienia jakichś lekarstw na receptę i błąkałem się po rynku w ich poszukiwaniu, zacząłem gasnąć. Na całe szczęście spotkałem znajomego, który wsparł mnie witaminą C, lewoskrętną i świat na nowo zaczął wirować tak jak lubię. Szybko, sprawnie i do przodu.

Sama sztuka była świetna. Klientela dopisała, było wielu znajomych, była prawie bójka, było wyprowadzanie niesfornych fanów, było wspólne śpiewanie i picie jak za młodego. Było, jak na zakończenie koncertowej przygody z El Dupą – bajkowo. Bo bajkowe mam wspomnienia związane z tą grupą. Na dzień dzisiejszy zespół się reaktywował i jako El Dupa und Kazikken próbuje funkcjonować na nowo. A we mnie, gdzieś w środku mojego małego serduszka tli się takie marzenie, żeby to jeszcze choć raz powtórzyć, w pełnym składzie. Zaraz stuknie mi kolejna dekada życia, piąta z kolei, więc może już pora zacząć pracować nad realizacją tego marzenia? Jeśli tylko Covid ileś tam pozwoli, to kto wie co się wydarzy? Kto wie…     

20. El Dupa gra!

El Dupa gra!

El Dupa siadła mi od razu. Od pierwszego usłyszanego w Antyradio kawałka „Natalia w Brooklynie”. Zmiotło mnie po całości. Wracając z pracy, z drugiego końca Krakowa, podkręcałem radioodbiornik w aucie na full, kiedy tylko rozgłośnia grała ten kawałek. Był koniec roku dwutysięcznego, w życiu codziennym wszystko wirowało, brat pracował w Nowym Jorku jak Natalia, a ja szykowałem się do przejścia „na swoje”, albo już na swoim byłem. Muzycznie, tekstowo i z ukochanym wokalistą na froncie, El Dupa wskoczyła do czołówki moich ulubieńców. Zwariowałem na jej punkcie szybko i bardzo skutecznie, co zaowocowało nawet wypadem po pracy do zakopiańskiego klubu „Pstrąg” na koncert, żeby rankiem, dnia następnego, stawić się w robocie z powrotem. Jeśli do tego dołożę randkowy wypad koncertowy, z odzyskaną Notoryczną Narzeczoną, na początku roku 2001 do Oświęcimia, po którym wszystko w naszym życiu nabrało nowych barw, to mogę śmiało stwierdzić, że trzepnęło mnie jak mało kiedy na punkcie zespołu muzycznego. Dobrze, że miałem w sobie tyle fantazji, żeby za Dupą te dwa razy pojechać, bo niedługo po tym okazało się, że zespół zawiesił działalność koncertową i mogłem nie mieć już szansy na żywo ich zobaczyć.

Czas płynął nieubłaganie i działo się wiele.  Płyta „A pudle” była najczęściej odtwarzaną płytą tamtych lat w moich odtwarzaczach, skończyłem kilkunastoletnią przygodę z siatkówką, dostałem angaż do Kult Ochrony, zakolegowałem się z Kazimierzem jeszcze bardziej, poznałem Janusza z Galicji i zaczynałem pomału myśleć o zrobieniu jakiegoś dużego koncertu. Małe już robiłem: Zaciera, TPN 25 i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem więc marzyć o reaktywowaniu koncertowym El Dupy. Galicja była za, Dr Yry był za, ja byłem bardzo za i potrzebowałem jeszcze jednego elementu, tego najważniejszego. Kazika. Podchody zacząłem robić już w roku 2006, kiedy to powoli, systematycznie, namawiałem Kazika do reaktywacji El Dojpy. W końcu usłyszałem „TAK” i mogliśmy działać. Janusz miał rozmach i możliwości, jak na doświadczonego organizatora przystało, więc postanowiliśmy zacząć od mocnego uderzenia i zrobić od razu cztery koncerty w Polsce. W Gdyni, Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Po ustaleniu szczegółów finansowo-technicznych przystąpiliśmy do pracy. Janusz rezerwował kluby, Krynio zbierał zespół, a ja koordynowałem działania na linii organizator – menagement.

Któregoś dnia zadzwonił Janusz:

– Goomi, zapytaj Piotrka czy na plakacie może być napisane: Kazik i El Dupa. Wiesz, zespół dawno nie grał, rozpoznawalność może być znikoma, a jak dodamy na plakacie, że to Kazik i El Dupa, to mamy większą szansę, że nam się koncerty uda sprzedać.

– Jasne. Dobry pomysł, dzwonię do Piotrka – złapałem intencję i od razu dzwoniłem dalej.

– Piotrek? Tu Goomi, słuchaj, chcemy zrobić plakaty, a na nich jako nazwę dać: Kazik i El Dupa. Możemy?

– Nie no, jak? Przecież robicie koncerty El Dupy a nie Kazika i El Dupy. Nie możecie.

– Kurde, to słabo – odpowiedziałem, ale się nie poddałem – No a jakby Kazik się zgodził?

– To wtedy… Tak. Kazik i Yry. Jak się zgodzą, to możecie tak zrobić – Piotrek dał mi nadzieję.

– Super! To dzwonię do chłopaków, bo plakaty trzeba już drukować i muszę to szybko ustalić.

– A to może być ciężko, bo Kazik jest na Teneryfie i polskiej komórki nie odbiera.

– To nic. Coś wymyślę – odparłem i się rozłączyłem.

Po rozmowie wiedziałem już, że teraz wszystko zależy tylko ode mnie. Bo skąd Wietecha mógł wiedzieć, że mam telefon i na Teneryfę? I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby było dobrze. Po kilu minutach już miałem łączenie z wyspą.

– Halo? – Kazimierz przywitał się jak zwykle bardzo tajemniczo.

– Cześć Kazo. Słuchaj, sorry że ci dupę zawracam, ale czy możemy na plakatach odnośnie trasy napisać: Kazik i El Dupa?     

– Jak się Yry zgodzi to tak.

– Super! To dzwonię do Yrego! Odpoczywaj i do zobaczenia! – szybko, sprawnie i na temat. Tak jak lubię.

Telefon do Krzysia był już tylko formalnością, tak jak i telefon do menagera, którego chyba jednak zaskoczyłem szybkością swojego działania i który nie wierzył, że tak szybko połapałem Kraków z Teneryfą, Warszawą i nim. Ale tak już mam, że jak mi na czymś bardzo zależy, to nie ma to czy tamto. Działam. Tak samo ma Janusz, który rozreklamował znakomicie koncerty w miastach w których mieliśmy się pojawić, plakatując je na potęgę a sprzedaż ruszyła z kopyta. Zapowiadało się, że nasz pomysł będzie sukcesem. Nie tylko nie dołożymy do interesu, ale co najważniejsze – damy koncerty Dupska ludziom. A o to przecież chodziło!

Ale zanim ruszyliśmy z Dupą w Polskę, zdążyłem jeszcze umówić dwa koncerty swojego ukochanego Kultu. W Krakowie i Nowym Sączu. Spełniałem swoje marzenia, a było to o tyle łatwe, że miałem Janusza i jego firmę u boku.

Było więc zaplecze w postaci Januszowej Galicji oraz dojście do kultowego menagementu z którym się kolegowałem. Teraz wystarczyło tylko wszystko pospinać i działać. Po ustaleniu gaży, porezerwowaniu sal, noclegów, ustaleniu spraw technicznych i dziesiątek pomniejszych tematów, dnia 26.01.2008 zostałem po raz pierwszy współorganizatorem koncertu zespołu Kult. Moi idole mieli zagrać teraz, między innymi, pod moją opieką.

Tremę miałem straszną. Bałem się czy wszystko się dopnie. Od zaspokojenia wymagań zespołu, poprzez finansowe sprawy, do zadowolenia publiczności. A było o co drżeć, bo sale: w klubie Arka na ul. 29 Listopada i Scream w Nowym Sączu były bardzo wymagającymi salami. O ile w Krakowie, Kult miał swoją publiczność, o tyle Nowy Sącz był wielką niewiadomą. Do tego Klub Arka nie był jakimś ulubionym i znanym miejscem koncertowym Krakowian. Ale skoro miało się po swojej stronie Janka, który od prawie dwóch dekad organizował duże koncerty rockowe, strach się minimalizował, choć nie znikał.

W dniu pierwszego koncertu, na ulicę 29 Listopada podrzuciła mnie notoryczna Narzeczona. Z plecaczkiem wypełnionym nie wiem czym, wlazłem do klubu na kilka godzin przed sztuką, bo taka jest rola organizatora. Galicjanci już się kręcili przy robocie, pilnując rozkładania nagłośnienia, światła, ogarniając catering i dopinając dziesiątki spraw ważniejszych bardziej i mniej. Żeby mnie zagospodarować, dostałem za zadanie złożenie z metalowych puzzli szatni, a ponieważ nie miałem instrukcji, zlazło mi na wykonaniu tego zadania aż do przyjazdu zespołu.

Sam przyjazd wspominam raczej traumatycznie, bo chociaż znaliśmy się już bardzo dobrze z ekipą, to postawienie się w roli współorganizatora, nałożyło na moje wątłe barki każdą pierdołę, z którą biegano do mnie, ja z nią do Janusza, potem wracałem do osoby zgłaszającej pierdołę i meldowałem czy da się ją wykonać, czy nie da się. Jak choćby taki szczegół, związany z akustyką Klubu Arka.

– Goomi, weźcie coś zróbcie z tymi szybami, przecież tak być nie może – Kajetan, odpowiadający za nagłośnienie w Kulcie, znalazł słaby punkt w przeszklonej od podłogi do sufitu, na dwóch ścianach, sali – przecież tu będzie wszystko się odbijać, szyby będę drżały i jeszcze powypadają. No i poza tym jak to będzie brzmiało?

– Wiem, wiem, raczej do dupy – udawałem mądrego – zaraz coś z tym zrobimy. Mamy kleić te szyby jakimiś taśmami – tyle wiedziałem od Janka, więc przekazałem co możemy i co „chyba” zrobimy.

– Tylko ogarnijcie to przed próbą, muszę to mieć gotowe – ponaglał mnie Kajetan, niezbyt zadowolony z miejsca w którym miał pracować.

Pobiegłem więc do głównego dowodzącego i przekazałem co i jak, na co ten oddelegował od zajęć mniej ważnych, ale też istotnych, ekipę, która okleiła setki szybek taśmą. Dla bezpieczeństwa i lepszej akustyki. Udało się wszystko- oklejanie i próbę zakończyć na minuty przed wpuszczaniem publiczności. Kiedy więc wybiła godzina zero i otworzyliśmy bramy dla słuchaczy, zostałem przesunięty na wejście, żeby pomagać przy wpuszczaniu. Nie ukrywam, że bałem się, czy ktokolwiek w ogóle przyjdzie, a nawet jeśli tak, czy wystarczy nam na opłacenie zespołu. Niepotrzebnie. Frekwencja była znakomita i sala wypełniła się niemal do ostatniego miejsca. Mieliśmy więc środki dla zespołu i jeszcze mogłem liczyć, że pierwszy duży, dziewiczy koncert wyjdzie mi na finansowy plus.

Samego koncertu jakoś szczególnie nie pamiętam, ale pewnie wolne chwile od pilnowania wejścia dla publiczności spędzałem gdzieś z tyłu sali, słuchając jak Kult gra. Dla krakowskiej, rozentuzjazmowanej  publiki dzięki mojemu, między innymi, zaangażowaniu. Byłem wniebowzięty. Ale też okrutnie zmęczony. Łączenie koncertów, zwłaszcza w roli współorganizatora z regularną pracą na co dzień, wysysało ze mnie sporo siły. Jak do tego dodamy stres i związane z tym zagadnienia, typu: uda się czy nie uda, wszystko przebiegnie spokojnie, nie będzie awantur, finanse się zgodzą oraz innymi pomniejszymi szczegółami, to sami sobie wyobraźcie jak mogłem się przed koncertem czuć. Napięcie było nieustające i kończyło się w momencie zejścia zespołu ze sceny. Od tej pierwszej organizacyjnej chwili miałem już tak zawsze. Stres, napięcie do granic, i dopiero po ostatnim dźwięku ulga i radość z udanej roboty.

Po koncercie zespół zwinął się raczej szybko, nie miałem za bardzo czasu na jakieś wspólne biesiadowanie, bo trzeba było pozbierać firmowy majdan i gotować się na poranny wyjazd do Nowego Sącza. A tam organizatorzy musieli być jak zwykle najpierwsi, żeby ogarnąć salę przed przyjazdem nagłośnienia, oświetlenia, kultowego back line, zespołu, żeby spiąć to wszystko przed wpuszczaniem publiczności. Jak do tego dodam, że wnoszenie sprzętu w Screamie odbywało się po wąziutkich schodkach, a tenże sprzęt swoje sobie ważył, to do dziś zadaję sobie pytanie, co nas tam gnało? Chyba tylko niesienie kaganka kultury do małych, bo takim był i jest Nowy Sącz, ośrodków. A bywałem tam kilkanaście razy, co najmniej. Jako współwinny organizacji – z Kultem, KNŻ, Braćmi Figo Fago, jako menager z ramienia Galicji – z Happysad, Heyem , czy jako zwykły pracownik fizyczno – ochroniarski z tymi co wyżej i innymi.

Koncert Kultu, pierwszy i może ostatni w Sączu Nowym, był niezwykle ciekawy, głównie za sprawą Banana, który wykorzystywał nietypową scenę i ganiał z lewego balkonu na prawy i odwrotnie, co dało sztuce koloru i potwierdzało, że zespół nie przyjechał odwalić pańszczyzny, tylko zrobić sztukę na poziomie. I tak też się stało, mimo tego, że jak to w małych miasteczkach bywa, frekwencja nie spięła budżetu i były tak zwane plecy, co po zsumowaniu po kilku dniach obydwu sztuk, pozwoliło mnie i Jankowi na minimalne wyjście finansowe do przodu. Była to akcja z cyklu: tu plus sześćset, tam minus pięćset, czyli na dwóch została stówa do podziału, czyli tyle co nic, za taki ogrom roboty. Ale co się nauczyłem to moje, a tego kupić się nie dało. Janusz też był zadowolony, bo złapał kontakt do Wietechy, dał się poznać jako profesjonalny organizator i na najbliższe kilkanaście lat miał pierwszeństwo w okołokazikowych koncertach.  

Po takim wstępie z najlepszymi, mogłem do El Dupnego Tourne podchodzić z mniejszymi obawami, tym bardziej, że z Polski dochodziły nas sygnały o sporym zainteresowaniu powrotem zespołu na koncertowy szlak. Wystarczyło więc tylko przepracować trzy dni w regularnej robocie i byłem gotowy na kolejną szaloną akcję, która wystartowała z Krakowa około godziny 23.00, w środową noc 30 stycznia 2008 roku. Po półtoratygodniowej harówce, dzień w dzień, musiałem złapać lekki oddech i trasę Kraków – Warszawa pokonałem na pace galicyjnego busa. Kiedy już usypiałem, dostałem sms od wokalisty: „Trochę się obawiam. Tylko gitarzysta potrafi tu grać”. „Haha” – to było w mojej głowie pierwsze – „Czyli jednak próba była, a tak się zastrzegali, że ruszą w trasę bez próby”, a za chwilę zacząłem się bać, i wyobrażać sobie, że oglądam koncert, na którym ze sceny leci taki fałsz, że gorszy może być tylko występ Grupy Pieseek. Wystraszony ponad normę, postanowiłem z nikim nie dzielić się tą wiadomością i mimo wszystko spróbować się kilka godzin zregenerować.

Pod Hybrydami, bo tam swój sprzęt miał zespół, zameldowaliśmy się około godziny czwartej albo piątej rano. Razem z muzykantami zapakowaliśmy graty, usadowiliśmy zespół i ruszyliśmy nad morze, do Gdyni. Zabrakło tylko Kazika, który dojechać miał z Piotrkiem, swoim menagerem i przyjacielem. Wszystko przebiegało jak w zegarku. Przejazd, montaż, próba. Pogorszenie sytuacji nastąpiło kiedy zameldowaliśmy się w hotelu. Ponieważ ryzykowaliśmy swoim majątkiem, szukaliśmy jako organizatorzy oszczędności, wszędzie tam gdzie coś uszczknąć można było. Na przykład na hotelu niższej kategorii. I takim też jawił się Dom Marynarza, obiekt dwugwiazdkowy naciągany, który pamiętał koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, wyglądem i zapachem, i w takim to miejscu ulokowaliśmy el dupną załogę. A ponieważ Kult był już zespołem mającym swoje wymagania noclegowe ,więc Kazo i Wietecha przywykli do wyższego komfortu niż zaproponowane przez nas dwie gwiazdki, pierwszy swoje zastrzeżenia zgłosił Piotrek.

Stukanie w drzwi, które wybiło mnie umęczonego, z półdrzemki, podniosło mi ciśnienie. Do koncertu pozostała godzina i marzyłem o krótkiej drzemce. Ktoś mi w tym nie chciał pozwolić.

– Proszę – wycedziłem niechętnie przez zęby formułę zaproszenia na pokoje.

– Cześć Tomuś – Wietecha musiał mieć ważny powód skoro postanowił mnie odwiedzić jeszcze przed koncertem – Słuchaj, woda mi z prysznica kapie.

– Aha. To weź zgłoś w recepcji – szybko znalazłem rozwiązanie problemu.

– Zgłosiłem. Pan przyszedł, popatrzył i powiedział, że nic się nie da zrobić – Pewu był i jest błyskotliwy w swym działaniu. Nigdy dupy bez potrzeby nie zawraca.

– To co ja mogę skoro on nic nie może? – byłem załamany.

– Nie wiem. Chodź, popatrz, może coś poradzisz.

– Dobra – odparłem i zwlekłem się niechętnie z wyra swojego pokoiku ósmej kategorii.

W pokoju Piotrka panowała cisza.

– Nic nie słyszę – odparłem zaskoczony.

– Siadaj, siadaj tutaj – wskazał mi miejsce na fotelu, a sam ruszył otworzyć drzwi od łazienki – A teraz?

Przez chwilę czekałem w napięciu i w końcu usłyszałem – takie przytłumione i niespieszne: kap, kap, kap. Coś musiałem szybko zrobić i zrobiłem.

– Siadaj – teraz to ja usadowiłem kolegę – Tu, na swoim łóżku.

I kiedy Piotr usiadł wygodnie, podszedłem do drzwi, które wcześniej otworzył i je zamknąłem.

– A teraz? Lepiej? Słyszysz coś? – pytałem samemu nasłuchując i wmawiając sobie, że nic a nic nie słychać, choć słychać było, ale tak jakoś nijak.

– No słyszę.

– Lepiej nie będzie, musisz jakoś noc wytrzymać – wypaliłem i już uciekając, z korytarza zmieniałem temat – Do zobaczenia za godzinę na sali!

Wiedziałem, że Kazo i Pewu doznali upadku komfortu wypoczynku, ale co mogłem na to poradzić? Nic – poza obietnicą, że w kolejnych miastach będzie lepiej. Ale nie tu, nie teraz i nie w Gdyni. Za to koncert w Uchu poszedł jak ta lala, zawodowo, o ile w przypadku załogi Dupy, można używać takich górnolotnych sformułowań. Oczywiście nie dla wszystkich.

W trakcie koncertu zajmowałem miejsce przy wejściu/wyjściu, bo przed sztuką wpuszczałem klientelę a w trakcie sztuki obsługiwałem ją, bo mieliśmy swoje stoisko ze specjalnie zrobioną na tę trasę koszulką, oczywiście taką troszkę z dupy, jeśli idzie o wzór, oraz wypuszczałem tych, którzy zakończyli już kontakt z muzyką i postanowili opuścić klub.

– Pan to jest organizator? – zaczepił mnie, opuszczając w połowie występu klub, starszy człowiek.

– Ja. Noaboco?

– To weź pan i powiedz temu co gra na klawiszach, że on wcale grać nie umi. To jakiś amator.

– Panie, to taki styl jest. Panu się tylko wydaje, że on nie umie.

– Wydaje? Panie ażeś pan powiedzioł. No ale ten cały Kazik, to śpiwo dobrze. Powiedz mu pan. Naprawdę dobrze śpiwo.

– Cieszę się. Przekażę na pewno!

I takich to, między innymi, znawców przywiało na proponowane przez nas wydarzenie kulturalne. Wbrew takim opiniom, a właściwie opinii, pojedynczej i nic nie znaczącej, byłem bardzo szczęśliwy, bo nie sprawdziły się kompletnie przypuszczenia, które dostałem smsem, że tylko gitarzysta grać potrafi. Wszyscy grali wspaniale. Kazan, Dżordżu, Yry, Xero, Glazo, a nawet Lipka, perkusista, co potwierdziła Marta, wybitna znawczyni formacji w których udzielał się Kazik, a prywatnie mieszkanka trójmiejskiego Gdańska.

Po wszystkim zespół zawinął się sprawnie, podobnie uczyniliśmy my – Galicjanci, i można było iść spać. Na żadne hopsztosy nie miałem siły, więc skierowałem kroki prosto do swojego pokoju, żeby w samotności wypić ze dwie puszki piwa i odespać podróż, koncert i całe okołokoncertowe zamieszanie. I kiedy tak sobie lazłem po schodach, w otwartych drzwiach na pierwszym piętrze, zobaczyłem siedzącego na łóżku Kazimierza, który pokazywał na mnie palcem i mówił do kogoś:

– To on! To on ten hotel załatwił.

Tak zachęcony, postanowiłem podejść, żeby posłuchać o co Mistrzowi chodzi.

– Co jest Kazo? Wszystko w porządku?

– W porządku. Tylko znajomi pytają, poznaj proszę, to Karol i załoga, i oni pytają kto nam taki słaby hotel wynajął. A, że szedłeś to powiedziałem, że ty. Organizator.

– No ja. Ale coś się nie podoba? – spiąłem się lekko i popatrzyłem spod oka na Kazikowych znajomych.

– Ależ wszystko elegancko – powiedział podpity blondynek, posiadacz lekko długich i kręconych blond włosów, niejaki Karol, który kilkanaście lat później wyłysieje jak kolano i zostanie moim serdecznym przyjacielem – Wszystko elegancko. Tylko jak Kult przyjeżdża do Trójmiasta, to śpi w dużo lepszych hotelach.

– Ale to nie jest Kult tylko El Dupa. I hotel jest jaki jest. Ale w Krakowie i Wrocławiu, obiecuję będzie lepiej – zakończyłem patrząc na Kazika, który przenikał mnie wzrokiem.

– Ale słuchajcie! Cisza! – Kazo uspokoił towarzystwo – Mnie się tutaj naprawdę podoba.

Znajomi popatrzyli na Kazika jakby ten oszalał.

– Naprawdę. Chyba do tego hotelu przyjechałem z mamą jak byłem mały. Nic się nie zmieniło. Prawie nic. To były piękne czasy i teraz wszystko mi się przypomniało.

Jeszcze takiego rozczulonego wspomnieniami Kazika nigdy wcześniej nie widziałem. Zrobiło mi się bardzo miło i chciałem go wyściskać za to, że nie pojechał po mnie jak po starej kobyle, tylko znalazł w tym wszystkim coś pozytywnego. Wiedziałem, że teraz będzie już lepiej i przepełniony spokojem, że kolega mnie obronił przed szyderką, pożegnałem znajomych Kaza i udałem się na zasłużony sen. W końcu teraz miało już być lepiej.

Ale nie było.

Śniadanie jakie zaserwowała nam hotelowa kuchnia, nie tylko nie powalało, ale wręcz nie zachęcało do próby podjęcia konsumpcji czegokolwiek. A to cokolwiek, to były parówki niższej kategorii, mortadela, jeden rodzaj sera pożółkłego, dżem i keczup oraz musztarda. Na szczęście muzycy popili nocą solidnie i za bardzo na śniadanie nie zwracali uwagi. Poza Kazikiem, który wyczarowywał z tego co było na stole prawdziwą kuchnię świata.

– Bo najciekawsze w jedzeniu jest szukanie nowych smaków. Próbowaliście kiedyś dżem z musztardą? Wspaniała sprawa. Nikt nie próbował? Spróbujcie koniecznie – powiedział, po czym założył sobie na talerzyk wspomniane produkty i zaczął je ze smakiem konsumować.

Nikt nie podjął wyzwania, za to parówki i mortadela popijane piwem zeszły do końca. Ci którzy się spóźnili na śniadanie, nie mogli ocenić ich walorów, bo okazało się, że to co podano rano to było wszystko czym kuchnia dla naszej grupy dysponowała. Po tych kulinarnych doznaniach podzieliliśmy ekipę na tych, którzy jadą busem Galicji i na tych, którzy pojadą z Wieteską i Kazikiem fordem. Do forda wylosowano jednogłośnie mnie i zaraz po ósmej albo i dziewiątej, ruszyliśmy. Znaczy ruszył bus. Ale jak szybko ruszył, tak szybko stanął. Po kolejnym sprawdzaniu obecności dalej brakowało perkusisty. A Lipka to jest gość. Ma swoje ścieżki i z nich nigdy to a nigdy nie zbacza. Reszta załogi próbując poskładać pokoncertowy czas, doszła do wniosku, że już po  sztuce chłopak musiał się zawieruszyć. Spakował perkusję i wziął się i znikł.

– Panowie, musimy jechać. Kawał dogi przed nami – Janusz ponaglał lekko opóźniony wyjazd, a Lipki jak nie było tak nie było.

Po pięciu minutach podjęliśmy decyzję, że ruszamy, a obsługujący bębny artysta dojedzie jak się ocknie, odnajdzie, czy co tam jeszcze, prosto do Warszawy. I kiedy bus ruszył, pod hotel nadjechała, dość agresywnie, taksówka, z której wytoczył się najszczęśliwszy na wybrzeżu człowiek, mistrz rytmu ustalanego na werblu, jego ekscelencja Lipa. Wszystkim ulżyło, a kolega zameldował, że się spóźnił bo po koncercie pojechał do Gdańska, do kuzynki i zaspał, choć nawet się chyba nie położył, bo i tak twierdził. Nie ważne. Ważne było tylko to, że mieliśmy pełny skład i mogliśmy ruszać na podbój Warszawy, rodzinnej miejscowości zespołu na El. Co niezwłocznie uczyniliśmy, najpierw my w fordzie, a potem reszta w Galicjobusie.

Osobówka oczywiście zameldowała się pierwsza w stolicy. Piotrek podrzucił mnie pod samą Progresję, która wtedy mieściła się na Bemowie, obok Wojskowej Akademii Technicznej, na ulicy Kaliskiego. Patrząc na mapę Warszawy, klub znajdował się na końcu świata, ale był już uznanym ośrodkiem muzycznym, szczególnie jeśli szło o miłośników metalu. Pamiętam jedną z moich pierwszych wizyt w Progresji, kiedy to jechałem spod Dworca Centralnego tramwajem ponad godzinę, w pewnym  momencie mając wrażenie, że już dawno wyjechałem poza Warszawę. Takie to były odległości od centrum stolicy. Ale dla fanów dobrej muzyki odległości nie mają znaczenia, o czym przekonałem się wieczorem, kiedy to z radością patrzyłem na wypełniający się po brzegi klub.

Zanim jednak klub się wypełnił, jako pierwszy dotarłem w jego gościnne progi i mając przewagę czasową nad busem, polazłem w kazamaty klubu podrzemać. Wesoła załoga dotarła o czasie, o czasie dotarł też suport, którym tego dnia był sam Zacier. Z takim składem podbiliśmy stolicę i późną nocą mogliśmy ruszać na Kraków, na swój teren, bo tam prezentowaliśmy Dupsko po raz trzeci. O samym koncercie za dużo nie piszę, bo spędziłem go w sklepiku przy wejściu, co rusz witając się z miejscowymi znajomymi, których liczne grono, głównie poznane przez Kult Forum, przybyło tego dnia na koniec miasta. Sama sztuka przeleciała więc jakby obok towarzyskich spotkań.

Krakowski koncert odbył się w legendarnym klubie Loch Ness. Kiedyś przedszkole dla dzieci pracowników kolei, usytuowane w samym środku miasta, naprzeciw Dworca Głównego, stało się po przejęciu klubem muzycznym. Jeśli dodamy do tego bliskość Politechniki Krakowskiej, której mury nawiedzało liczne grono studentów, którzy po, przed i w trakcie zajęć korzystali z Loch Nessa jako „swojej” piwiarni, to łatwiej będzie zrozumieć dlaczego to miejsce od początku stało się kurą znoszącą złote jajca. Swoje trzy grosze do rozkwitu klubu dołożył też Janusz, który został w Lochnessie czymś na wzór kierownika muzycznego, organizując w klubie dziesiątki, albo i setki koncertów. To były złote czasy punk rocka i szeroko pojętego rocka w Krakowie. Każdy szanujący się słuchacz muzyki alternatywnej i nie tylko, musiał o Loch Nessie słyszeć.

Na swoich śmieciach, w dobrze znanym sobie miejscu, zrobiliśmy sztukę jakiej świat nie widział. Klub pękał w szwach, zespół był w szczytowej formie, odpowiednio podkręcony procentami. Zabawa trwała do późnej nocy i tylko niedzielny wyjazd  do Wrocławia nie pozwolił nam pójść na całość. No dobrze, pozwolił, ale nie wszystkim, o czym przekonałem się rano. Bo rano odebrałem sms od wokalisty, że w klubie zostawił swoją ulubioną koszulkę i jakbym był uprzejmy jej poszukać, to byłby najszczęśliwszym człowiekiem w Krakowie. Odpisałem mu więc, że jakąś koszulkę, mokrą jak nie wiem co, zabrałem z klubu po odjeździe zespołu, opisałem jak wygląda i postanowiłem ją dostarczyć w porze śniadania, z którego też miałem ochotę skorzystać, bo tym razem położyliśmy zespół w bardzo fajnym hotelu na Kazimierzu. Po godzinie ósmej zaparkowałem samochód na ulicy Bożego Ciała i ruszyłem w stronę hotelu. Kazimierz w niedzielę rano jest wreszcie enklawą spokoju. Słychać śpiew ptaków, bicie dzwonów i można zatopić się w ciszy o jaką trudno na co dzień, nie mówiąc o wieczorach i nocach piątkowo-sobotnich, kiedy dzielnica żyje pełnią życia i na cały regulator.

Jednak coś mi nie pasowało, bo tradycyjną ciszę niedzielnego poranka zakłócał pijacki głos, który na cały głos darł się po okolicy:

– Kebab! Kebab! Świeży kebab!

Zrobiło mi się przykro, że z samego rana ktoś zakłóca ludziom ciszę i nie pozwoli się spokojnie wyspać. Znowu miejsce noclegu nie gwarantowało zespołowi wypoczynku w ciszy i skupieniu. Ktoś był uparty jak osioł i nie przestawał zachęcać do kebabu. Ale im bliżej byłem hotelu, tym bardziej znajomy wydawał mi się głos kebabiarza. Kazik? Nie no, to niemożliwe. Ale niemożliwe okazało się możliwym, kiedy na parapecie okna na parterze dostrzegłem znajomą postać. Postać dostrzegła też mnie i na mój widok wydała okrzyk radości:

– Gómi najlepszym naszym przyjacielem jest! Masz koszulkę?

Podszedłem pod okno i wyjąłem to co miałem.

– Jeeeest! Moja koszulka! Gómi najlepszym naszym przyjacielem…

– Jestem, jestem. A co się tu dzieje? Kazo, wieczorem Wrocław.

– Wrocław! Oczywiście! Do Wrocławia będzie wszystko dobrze! Ale teraz jemy śniadanie, bo wiesz, doktor Yry poszedł rano kupić coś do picia i wypatrzył takie tanie wina. No i kupił na śniadanie i je pijemy!  Kebab! Kebab! Świeży kebab! – Kazik czuł się jak u siebie w domu, szczęśliwy i radosny jak rzadko kiedy z innymi formacjami.

Bo granie z El Dupą miało takie właśnie zadanie, zero napięcia, zero stresu, maksymalny czilałt. Bez nagminnego myślenia o jakości sztuki, wszystko miało iść na żywioł i nie powodować zmartwień, jakich pełno było w Kulcie czy KNŻ. El Dupa miała być terapią i wtedy taką chyba była. Szczególnie dla wokalisty.

Do Wrocławia wyjechaliśmy mocno opóźnieni, bo nasz bus odmówił posłuszeństwa i Janusz musiał awaryjnie pożyczyć coś o podobnych gabarytach. Udało się pożyczyć jakiegoś volkswagena T2 i po przepakowaniu gratów ruszyliśmy na zachód, do Alibi, do Owcy, naszego wrocławskiego przyjaciela. Pomimo opóźnienia z wyjazdem, na miejscu byliśmy o czasie i bardzo szybko przygotowaliśmy się do wieczornego występu. Alibi miało jedną bardzo dużą zaletę, posiadało bowiem przestronną garderobę, w której można było rozłożyć stół do ping-ponga, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Szczególnie zainteresowany rozegraniem jak największej ilości setów był Kazo, po którym nie było znać śladów porannego „kebabowania” na Kazimierzu. Co rutyna to rutyna – pomyślałem odbijając z nim piłeczkę.

Po kolejnym udanym koncercie, którego jakość i frekwencja zadowoliły wszystkich zainteresowanych, postanowiliśmy kontynuować trasę, ale już wiosną, licząc, że uda nam się powtórzyć zimowy sukces. Szczegóły mieliśmy dograć już mejlowo, po powrocie do domów. Pierwsza i najlepsza trasa jaką miałem przyjemność odbyć w swoim życiu zakończyła się nad ranem, w poniedziałek, kiedy zmęczony, ale szczęśliwy wylądowałem w swoim mieszkaniu. I zamiast przespać się chwilę przed kolejnym dniem pracy, już oczami wyobraźni widziałem nas na kolejnej, wiosennej części touru. Oby równie udanego jak ten, który właśnie się skończył. W poniedziałkowy poranek 4 lutego roku 2008.     

18. Szczecin i Gorzów Wielkopolski, czyli Świetlisty Tour po Polsce Północnej. Zachód. Luty 2020.

Z Krakowa do Szczecina jest daleko. Nawet bardzo daleko i wyjazd na jeden koncert w tę część naszego kraju, jawił się jako eskapada skazańców. Na szczęście na kilkanaście dni przed godziną zero doszlusował koncert w Gorzowie Wielkopolskim i lekko nam ulżyło. Przejazd na koniec Polski na dwie sztuki nabrał sensu. Żeby dotrzeć na czas należało wyjechać nie tylko punktualnie, ale też o czasie. A czas wyjazdu ustaliliśmy na godzinę 7:30 spod miejsca, w którym trzymamy sprzęt. Tym razem za załadunek mieli odpowiadać, poza niezbędnym Remikiem, który jest przy pakowaniu i rozpakowywaniu busa, Mareczek, Pan Poeta Marcin oraz ja.

Załadunek wyznaczyliśmy na godzinę 7:10 i dwadzieścia minut miało nam wystarczyć, żeby zrobić to bez napinki, z przysłowiowym palcem w du…, no w nosie. Ale! Kiedy moja Oficjalna Narzeczona podwiozła mnie pod punkt zbiórki, nic nie było tak jak zwykle. Było inaczej, a nad wszystkim unosił się leniwie smród końskiego łajna. Cały obiekt był ogrodzony, a części parkingowe zostały wysypane piaskiem.
– Korona wirus! – zawołała Oficjalna, gdyż od kilku tygodni jest szczerze zafascynowana tym zjawiskiem i nawet z tej okazji mamy w domu schowaną butelkę wódki żołądkowej gorzkiej, za pomocą której mamy się bronić przed złym.
– A dejże spokój. Chyba jakaś impreza się szykuje. Nie dobrze. Będzie kłopot z zabraniem sprzętu. – sprowadziłem ją na ziemię bliższymi mi problemami.
Wyskoczyłem z auta przed szlabanami i popędziłem na miejsce spotkania. Bus już czekał i jak poprawnie założyłem, nie miał dostępu na naszej kanciapy. Mareczek już działał, biegając to tu, to tam, w celu zdobycia pozwolenia na zabranie gratów. A czas biegł jak koń po torze wyścigów konnych, nieubłaganie i strasznie szybko. Wysłałem więc do pozostałych członków trupy Świetliki telefoniczny mesydż, że możemy się spóźnić lekko. Po czym zacząłem działać. W niedalekiej oddali wypatrzyłem dwóch groźnych ochroniarzy, a w bliskiej bliskości, na wysypanej piaskiem części parkingowej, koło naszej bazy, dostrzegłem konia z jeźdźcem na grzbiecie.
Siódma rano, o piątej wstałem, mam jakieś omamy – zawyrokowałem sam do siebie i ruszyłem ku ochroniarzom. W końcu sam hobbystycznie uprawiam od czasu do czasu taki zawód, więc uznałem, że prędzej dogadam się z bramkarzami niż z koniem i jego panem.
– Dzień dobry. Tomek Gomółka, zespół Świetliki – zapytałem jednocześnie wyciągając rękę na powitanie. Taka ochroniarska sztuczka, że jesteśmy z tej samej gliny. – Klamoty chcemy zabrać, a tam jakiś chłop na kuniu popierdala. Hłehłe hłe. Gdzie dowódca?
Po takim wstępie miałem ich kupionych.
– A nie wiem. Ty wiesz? – odpowiedział starszy i wpuścił na minę młodszego, który zrobił wielkie oczy, jakby właśnie się dowiedział, że ma dowódcę.
– Nieee… – rozwlekał, grając na zwłokę. Pewnie był przed poranną kawą.
– Chuj. Nieważne! – użyłem języka starego, doświadczonego ochroniarza, żeby wiedzieli jakie mają szczęście się o mnie otrzeć – To ja wchodzę wpuścić auto, a wy dajcie cynę dowódcy, jak się sprawy mają.
– Okej! – odparli po zagranicznemu i niemal w tym samym czasie, zadowoleni, że wielki ciężar odpowiedzialności ktoś wziął na swoje bary.
Galopem podbiegłem pod bramę, w skład której wchodziły takie lekkie przęsła ogrodzeniowe na kółkach. Niestety spięte trytkami. Rozerwanie nie wchodziło w grę, bo tyle siły to i wiedźmin by nie miał, więc użyłem dostępnych mi mocy i za pomocą zapalniczki trytki poprzepalałem. Następnie machnąłem na konia i jeźdźca, żeby kłusem się stawili koło mnie.
– Panie kolego! – zakrzyknąłem trochę do konia, trochę do chłopaka na jego grzbiecie – Wjeżdżamy tu busem, uważajcie! I żebyś mi się nie spłoszył! – rzekłem, klepiąc szkapę po szyi.
Jeździec pokazał dłonią znak „w porządku” i odszedł tym samym kłusem w kąt parkingu.

Mareczek jak wrócił, to my już byliśmy gotowi do załadunku. Oficjalna próba pozwolenia na wjazd spaliła na panewce, więc ruchy które wykonałem okazały się zbawienne. Po kilkunastu minutach byliśmy załadowani i gotowi do drogi. Z minutowym poślizgiem ruszyliśmy po resztę muzykantów, jedną muzykantkę i realizatora dźwięku, żeby zabrać ich ku przygodzie!

Droga mijała nam niezwykle przyjemnie, pomimo zacinającego deszczu i jeździe pod wiatr. Śniadanie zjedzone na stacji Orlenu wprawiło nas w dobry nastrój, którego nie mogła nawet popsuć pomieszana kolejność wydawanych jajecznic, niedosmażony bekon, czy awaria kosmicznych, takich tych, no, informatorów – komputerków odpowiadających za poprawność zamawianych posiłków. Nic nie mogło nas złamać tego dnia. Nic.
Ale nie mnie.
W trasie otrzymałem informację, że jeden z moich bardzo bliskich znajomych, ba przyjaciel i idol, ciężko zachorował po wizycie u mnie i został zawieszony w pracy. Do samego Szczecina zastanawiałem się, dlaczego tak się stało. Czemu nikt mnie nie uprzedził, że są pewne tematy, których należało z kolegą bezwzględnie unikać. Że nie wszystko co można pić, pić się powinno. Ale mleko się rozlało, znowu to ja zostałem tym złym i nic nie mogło mi już przywrócić naturalnej równowagi wyjazdowej. „Gdybym wiedział to co wiem. Gdybym wiedział to co wiem” kotłuje mi się do dziś. I ciągle w tyle głowy mam, co mogłem zrobić, żeby było dobrze.
Drogę umilały nam filmy, z tym, że problem był z doborem tytułu, który odpowiadałby wszystkim. Większość tytułów na pokładzie była już przez zespół oglądnięta, część pozostała nie znalazła poparcia wszystkich, więc stanęło na serialu „Chyłka”, który miał być złotym środkiem na zabijanie chyłkiem czasu. Serialu kryminalnego i polskiego. Ilość przekleństw jaka w nim padła zaskoczyła nawet mnie – człowieka o ponadprzeciętnej umiejętności używania słów wulgarnych. Ale chyba dobrze, że to zobaczyłem i wysłuchałem, bo taki chlew jaki leciał z telewizorka, powinien wpłynąć na mnie pozytywnie, ponieważ obiecałem sobie szczerą poprawę i ograniczenie wszelkich słów na k. oraz na ja pie. .

Do naszego celu wykonaliśmy jeszcze kilka szybkich postojów i nie było by o czym pisać, gdyby nie to, że u jednego z kolegów, na części podeszwowej jego buta, odkryliśmy kupę. Poruszyło nas to na tyle, że kilkanaście minut analizowaliśmy kto ją wydalił. Człowiek? Pies? Koń? Kosmita? Co innego podpowiadała analiza konsystencji, co innego wskazywał, lekko wyczuwalny smród, a co innego analiza trasy naszego „Kupiarza”. Ponieważ to ja odkryłem to coś, i to ja jako jedyny miałem chusteczki higieniczne, więc w nagrodę mogłem posprzątać. Fajnie jest znać swoje miejsce w szeregu. A mogłem być szanowanym weselnym akordeonistą…

Na dwie godziny przed miejscem naszego koncertowania część grupy posnęła. I była to ta część, która oponowała za oglądaniem serialu kryminalno – erotycznego „Emanuelle” z roku 1974. Pozostali wciągnęli się w wartka akcję i co chwilę słychać było chichot z miejsc zajmowanych przez miłośników kobiecej urody obdartej z tego, z czego można było legalnie kobiety obedrzeć w tych zamierzchłych czasach. Za scenę oskarową serialu uznaliśmy, przez aklamację, przeplatanie sceny kopulacji ładnej pani z brzydkim panem, z ujęciami przedstawiającymi dokładanie węgla do pieca lokomotywy. Nieźle miał ktoś namieszane pod czaszką, ja nie mogę. Po wszystkim, to znaczy po obejrzeniu wszystkiego, okazało się, że intryga była tak poplątana, że całkowicie się w tym wszystkim pogubiliśmy. Całe szczęście byliśmy już na miejscu i nie musieliśmy oglądać tego gniota jeszcze raz.

Miejscówka do grania koncertu była piękna, choć zlokalizowana jakby na uboczu miasta, przy kanale odrzańskim co prawda, ale od strony niczego. Miejsce nazywało się Stara Rzeźnia, a my zagościliśmy w miejscu, a precyzyjniej, w tej części rzeźni, w którym krowy były szczęśliwe. Taką to bowiem informację otrzymaliśmy od organizatora. Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko przejąć to szczęście z panującej aury, w czym wybitnie pomogły nam przepyszny obiad oraz niecała, półlitrowa butelka jakiegoś płynu z ziemniaków, wypita na pięciu. Po takiej ilości mleka z tego nie było, jakby ktoś zapytał.

Swoje stanowisko ułożyłem blisko sali koncertowej, dzięki temu mogłem rzucić się w wir handlu, jednocześnie słuchając koncertu. A w chwilach wolnych kończyłem lekturę Kuby Żulczyka „Czarne słońce”, która mimo chęci spalenia jej po sześćdziesięciu stronach, wessała mnie niczym nienawiść, która zagościła w Gruzie. Koledzy grali, ja się oddawałem lekturze oraz śledzeniu zawodów o mistrzostwo ekstraklasy, od czasu do czasu podglądając czy na scenie wszystko gra. I grało! Pomimo długiej drogi przebytej przez Zespół Brutalnych Doświadczeń. Niezłą rzeźnię mam z nimi. Naprawdę! Niczym szczęśliwe ciele na niedzielę.

Po zakończonej sztuce Naczelny Wokalista, znany też jako Pan Poeta, tradycyjnie dokonał wpisów w zakupionym towarze, następnie popakowaliśmy graty i udaliśmy się do hotelu, ustalając po drodze miejsce spotkania w hotelowym barze, w celu dokonania lekkiej konsumpcji przedsennej, po której zrealizowaniu udaliśmy się na pokoje odespać trudy podróży i pracy w kulturze i sztuce. Czasu mieliśmy na regenerację pod dostatkiem, bo kolejny przelot, do Gorzowa, był krótki i mogliśmy się kisić na pokojach do południa. Ale nie wszyscy. Bo mnie, chłopca ukrytego w ciele modela, oraz pomysłodawcę Pana Doktora, a także operatorkę aparatu, który wkomponowano w telefon Iphone, pannę Zuzannę czekała sesja. A tak na poważnie, to kolega Grzegorz miał wizję, żeby zrobić do najnowszej płyty wkładkę, którą będzie moje zdjęcie w klapkach i szlafroku. Skoro tak, to nie wypadało mi odmówić, tylko zapakować szlafrok do walizki i oddać się pozowaniu. Zanim to nastąpiło, odbyłem poranną rozmowę z jednym znanym wokalistą ze stolicy, który poprosił mnie o pobudkę na galę boksu w niedzielny poranek, kiedy to w telewizji miała lecieć wielka walka wagi ciężkiej Króla Cyganów z Wielkim Murzynem z Alabamy.

Sama sesja przebiegła sprawnie i bezboleśnie. Złapaliśmy kilka znakomitych ujęć, które oddawały w pełni wizję doktora pod tytułem „Zbudź mię zanim pocałujesz”. Efekty wkrótce. Cała zabawa polegała na sfotografowaniu mnie, szlafroka, klapek i kwiatów. Kwiaty pożyczyłem z recepcji hotelu, bo to tam wypatrzyłem przepiękny bukiecik w wazoniku. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym podczas zabawy w modela nie miał przygody. A taką było poruszanie się windą bez karty. Bo żeby jeździć gdzie się chce, to trzeba było mieć przy sobie kartę wejściową do pokoju. A tej nie zabrałem i zamiast na drugim piętrze, wywiozło mnie na parter. Zdziwienie jakie zapanowało na recepcji i w holu hotelu, było zaskakujące. Ludzie z twarzy wyglądali na takich, którzy zobaczyli przerośniętego chłopa pod pięćdziesiątkę w szlafroku, klapkach, skarpetach z kwiatkiem w ręce. Niesamowite. Ja tam nic niesamowitego nie zobaczyłem. Obiegłem więc kłusem, który podejrzałem u koni jak wyjeżdżaliśmy, wzdłuż recepcji, ku najbliższym schodom, po których wgramoliłem się, jak na siebie i swój strój, błyskawicznie, żeby klatką schodową dostać się na piętro drugie, na którym czekali moi foto towarzysze. Ale po otwarciu drzwi okazało się, że zamiast klatki schodowej wparowałem na salę konferencyjną, gdzie odbywał się jakiś zlot kobiet w wieku średnim. Tym razem ja zdziwiłem się pierwszy, bo pomyślałem sobie, że na klatce schodowej jest jakieś magiczne spotkanie. I zwiałem. W podskokach, schodami w dół, wzdłuż recepcji, do windy. W niej, po raz kolejny przypomniałem sobie, że przecież nie mam karty i muszę szukać schodów. Pokłusowałem znowu ku recepcji i ze łzami w oczach zapytałem się, gdzie jest jakaś klatka schodowa prowadząca na drugie piętro. Pani pokazał mi ręką kierunek, patrząc z opadem szczęki na moją postać. Pokierowany odpowiednio zwiałem, tym razem galopem i po dotarciu na poszukiwany poziom hotelu, oznajmiłem swoim towarzyszom, że na dziś mam już dosyć.

W samo południe wyruszyliśmy dalej, żeby po godzinie z niewielkim okładem dotrzeć na miejsce noclegu. Zostaliśmy zakwaterowani w magicznym miejscu, jakim jawił się hotelik przy gorzowskim amfiteatrze. Pokoje mieliśmy ogromne, bez okien, które jak nie były sypialniami, stanowiły garderoby dla wielkich gwiazd z gminy, województwa, a pewnie i kraju. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na miasto, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo miałem ochotę na małe piwo, może nawet dwa. Niestety lokal w którym wylądowaliśmy okazał się wziętą, miejscową cukiernią. Z zespołem nomen omen rockowym, w takim miejscu to mnie jeszcze nie widzieli. Pobraliśmy wszyscy ciastek, torcików i kaw. Szybko skonsumowałem swoje specjały, po których ochota na piwo mi nie minęła. Udałem się więc do miejscowej Żabki i jednak postawiłem na swoim. Mało tego, nawet jedno piwo wypiłem przed wyjazdem na koncert, a drugie przywiozłem do domu. Niesamowite, prawda?

Miejscowy dom kultury, żywcem wyjęty z połowy lat osiemdziesiątych, zlokalizowany w miejscu gdzie zawracają kruki i wrony, a przebiegające obok tory sprawiają wrażenie jakby zaraz do domu kultury miał wjechać pociąg towarowy z węglem z Rosji, tworzył iluzję magii i powrotu do przeszłości. Ale jak wszyscy dobrze wiemy, nie miejsce a człowiek i odpowiednie środki tworzą to prawdziwe coś. Miejscowi byli bardzo mili i przyjaźni, więc skoczyłem po brakujący element tej układanki i zakupiłem dwie, półlitrowe, butelki wódki, którymi mieliśmy wznieść toast za pomyślność koncertu, udany koncert, a to co zostanie wypić na lepszy sen. I to był strzał w jedenastkę.

Pierwszy i jedyny, bo na chwilę przed koncertem w depresję zaczął popadać wokalista. Może to z powodu kłopotów po obiedzie? A i tak wybrał nieźle, bo rosół z boczniaków był znakomity. Co prawda dorsz pod pierzynką brzmiał ryzykownie, ale wyglądał nieźle. W przeciwieństwie do ryzyka jakie ja podjąłem, zamawiając arabski specjał, którego prawie nie tknąłem, z powodu braku mięsa mielonego, o którym wspominano na ulotce opisującej moje jedzenie. Sam placek mączny z pieca nie przekonał mnie do siebie i obiadu nie zjadłem. Najlepiej trafili ci z zespołu, którzy postawili na pizzę. Poza Panem Doktorem, którego pizza miała nietrafione składniki. Ni jak nie zgadzały się one z tym co sobie wymarzył. Ten wyjazd był dla naszego basisty kulinarnie nie trafiony. A to obsuwa czasowa przy śniadaniu, a to pizza nie z tym, z czym sobie zamówił. No cóż, życie.
Na kwadrans przed godziną zero, poza nami, obsługą i rodziną Mareczka, nie było nikogo. A biletów w przedsprzedaży trochę wyszło. Niepotrzebnie się martwiliśmy. Wszyscy zainteresowani dotarli do godziny 19.10, w liczbie, która przy ilości koncertów odbywających się tego dnia na mieście, była zadowalająca, plus kilka osób które stanowiły jakoby premię za nasze przybycie. Dalej już leciało wszystko według szablonu: udany koncert, zadowalająca sprzedaż odzieżowo-książkowo-koszulkowo-płytowa, wsparta autografami Pana Wokalisty, pakowanie i po korekcie planów po koncertowych, które jeszcze rano miały nas zaprowadzić do czeskiego miejscowego pubu, ruszyliśmy na pokoje. W końcu cały hotel był tylko dla nas. I nikogo innego. Z drugiej strony, chcieliśmy wyjechać skoro świt, więc balety na mieście nie chodziły w grę.

Po dotarciu na miejsce wybraliśmy pokój z najlepiej działającym odbiornikiem tv, jako miejsce zespołowej schadzki. Tam, przy małym, baaa, bardzo małym co nieco, oddaliśmy się we władanie jakiemuś programowi telewizyjnemu, w którym ludzie mieli prezentować swoje umiejętności wokalne, przed znanymi autorytetami krajowej sceny muzycznej. Nawet niektóre autorytety rozpoznaliśmy z twarzy, niekoniecznie z ich dokonań muzycznych, które odkrywaliśmy z youtube podczas reklam. Nie były to dokonania rzucające na ryj, ale położyliśmy to na karb odsłuchu z telefonu i na słowo uwierzyliśmy, że oglądamy gwiazdy. I amatorów z talentem, bo za takiego, według gwiazd miał uchodzić jakiś młody kastrat o dziewczęcym głosie. I po nim wszystko się skończyło. Nawet skromna buteleczka napoju ziemniaczanego. Ale wtedy świat zawirował, Pan Poeta poleciał po kanałach jakby czytał Wiersze Wisławy noblistki ze Szymborga, szczęka mu opadła i rzekł:
– To jest to! Dzieci kukurydzy. Horror. Ale będą jaja! Oglądamy!

I były. Kukurydza robiła co chciała. Wycinała w pień ludność miejscowej wsi, a jedynymi których nie tykała, była grupa dzieci, która z tą kukurydzą kolaborowała. W połowie filmu przypomniałem sobie, że ja tę kupę już widziałem, a poza tym ma rano wstać na walkę bokserską o mistrzostwo świata i do tego obudzić znanego warszawskiego wokalistę, znawcę i miłośnika boksu. Leżąc w łóżku, które wyskoczyło ze ściany wcześniejszej garderoby, zamieniając ją magicznie w sypialnię, sprawdziłem godzinę walki głównej, nastawiłem zegarek na piątą rano i poszedłem spać.

O czwartej obudził mnie sms od Oficjalnej, że w Krakowie wieje, a ona nie może z tego powodu spać, i że jakbym był, to by pewnie mogła. To ją uspokoiłem, żeby się przełamała i spała pomimo braku swojego wiedźminka, poleżałem do pół do piątej i z tego leżenia zgłodniałem. Polazłem więc w okolice wejścia do hotelu, bo tam miałem wifi, odpaliłem kompa, złapałem TVP Sport i po sprawdzeniu poprawności odbioru polazłem do kuchni zrobić sobie kawę i obfite śniadanie. Tuż przed walką obudziłem telefonicznie kolegę ze stolicy, pożegnałem klawisza Michałka, który miał pociąg do Gdańska o siódmej i czekałem zrelaksowany na walkę wieczoru. I kiedy już miała się rozpoczynać, przyszedł Pan Poeta i powiedział, że już nie śpi i żebyśmy poszukali kanału z boksem na telewizorze w jego pokoju. Znaleźliśmy po chwili szukania i mogliśmy się przenieść na najbliższą godzinę do Las Vegas w Kalifornii. Tak też uczyniliśmy, patrząc z opadającą coraz bardziej szczęką na wychodzących bokserów, którzy prezentowali się podczas tego wyjścia prześmiesznie. Dwa korona wirusy, biały i czarny. Przy czym prawda o tym, że czarny jest czarny wyszła na jaw jak zrzucił przebranie kosmity w ringu. Co oni palą jak to wymyślają? Do dziś nie ustaliliśmy.

Sama walka była prawdziwą arią na cztery rękawice. Przez pierwszych kilkadziesiąt sekund dostrzegliśmy przewagę po stronie boksera o murzyńskich korzeniach. Miał w oczach kurwiki, napakowane muskułami ciało i tańczył w ringu jak Romek Kostrzewski z Kata na scenie. Sytuacja uległa zmianie w połowie pierwszej odsłony. Murzyn posmutniał, król cyganów, który wcześniejszym wyrazem twarzy wszystkich ocyganił, zmienił mimikę na „ja cię zaraz dopadnę i ci dodupcę”, po czym zaczął zdecydowanie przeważać. Przeważał już do końca meczu, tłukąc byłego mistrza na kwaśne jabłko, że aż mu krew uszami poszła. W siódmej rundzie było po wszystkim. Ręcznik na ringu uratował czarnoskórego zawodnika od bolesnego nokautu, a cyganom świata ogłosił, że teraz Cygany Pany, ajeja eja o!

Równo z werdyktem powstała świetlista kapela, żeby zbierać się do powrotu na rodziny łono. Po szybkim śniadaniu, siedzieliśmy wygodnie w busie i popędzaliśmy Remika do odważnej jazdy, na którą liczyliśmy na pustej drodze szybkiego ruchu. Remik gnał ile fabryka dała, tracąc co godzinę tylko kwadrans w stosunku do tego, co wyliczał gogle maps. Czyli było nieźle. Żeby strat nie powiększać, ograniczyliśmy postoje do minimum. Drogę urozmaicał nam, puszczony w ramach pokuty, przepiękny przez pierwsze siedem minut, film o świętym Ignacym Lojoli. Było to chyba odczynianie audio-wizualnej części pojazdu z wcześniejszego erotyka. Tak bywa, kiedy pod jednym dachem zderzą się ludzie o mocnych charakterach.
Kiedy Ignacy zrobił swoje, zaproponowałem nieśmiało, żebyśmy wreszcie odsłuchali najnowsze dzieło zespołu, bo mieliśmy to zrobić od czterdziestu godzin. Czas leciał nieubłaganie, a to co miało być priorytetem, było odsuwane w czasie. A ten się kończył. Moja propozycja została zaakceptowana. Po każdym kawałku następowała krótka dyskusja co się podoba a co nie w prezentowanych utworach. Najbardziej konkretny był Pan Wokalista, orzekając innym co kawałek:
– Może być. Następny.
I wszystko było pięknie, do utworu numer ileś tam. Co prawda już drzemałem, bo wczesne wstawanie wychodziło mi bokiem, a i niezwykle spokojne utwory zabierały moją świadomość w objęcie Morfeusza. Wtedy doszło do zderzenia dwóch gór lodowych, dwóch głównych postaci odpowiadających za ostateczny obraz dźwiękowy płyty.
– Ale nie będziesz mnie namawiał, żebym powiedział, że to co mi się podoba to mi się nie podoba!
– Ale posłuchaj tego. Te fleciki to straszna kupa.
– Dobrze. Wytniemy. Ale nie mów mi co ma mi się podobać!
– Przecież nie mówię. Ale…

Piękna to była potyczka o ostateczny kształt utworu. Żeby zobrazować poetyckość tego dialogu, usunąłem wszystkie kurwy i inne wyrazy nie licujące z potęgą sporu. I skróciłem to dziesięciominutowe spieranie się do trzech linijek. Kto ma rację? Na czyim stanie? Dowiecie się Państwo lada chwila. I to Wy ocenicie to, co po kilku latach milczenia wyszło z zespołu. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik, nowe niedługo będzie się kręcić!
Do zobaczenia w Krakowie! 29.03.2020 w klubie Kwadrat, na premierze nowej płyty. Pa!

Ps. Aha. Dojechaliśmy w dobrym czasie, pomimo fatalnej pogody i wiatru w plecy. Jak to niestety często się zdarza pielgrzymom kultury i sztuki.

17. Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

To, żeby wybrać się ze Świetlikami aż nad morze, wyszło samo z siebie. Albo inaczej, było pokłosiem naszych wcześniejszych spotkań i wzajemnego zaakceptowania. W pewnym momencie swojego żywota, poza byciem fanem grupy, zostałem niespodziewanie ich sklepikarzem.

Doszło do tego zupełnie przypadkowo, podczas koncertu w Pięknym Psie, jeszcze na Bożego Ciała 8. Zakolegowany wcześniej z Panem Poetą, wydawałem się więc odpowiedzialnym oraz odpowiednim kandydatem na obsługę świetlistego stoiska.

W Psie poszło mi nad wyraz dobrze, a i sprzęt pomogłem zapakować do busa, więc kandydatura sklepikarza – fizycznego została mi zaproponowana – jak tylko będę chciał i kiedy będę chciał.

To był początek roku 2019, a pod koniec tegoż roku znowu stanąłem „za ladą” w krakowskim Zaścianku, a dzień później w tyskim klubie jakimś tam. Sklep rozbuchałem do maksimum, dając ludowi poezję, muzykę i odzienie. A wszystkiego miałem w ilościach pchających mnie w dalszą współpracę. A ta układała się znakomicie bo „nieprzysiadalny” poeta zrobił się u mojego boku poetą „przysiadalnym” i zakupy okraszał wpisami, podpisami a nawet rysunkami, co podnosiło naszą sprzedaż na zadowalający mnie poziom.

Z początkiem roku 2020 wypadł nam wyjazd za miasto. Do Gdańska oraz Łodzi. Nie zastanawiałem się długo, bo przebywanie z ludźmi kultury zawsze mną kręciło, a jeśli ci od kultury jeszcze są w piątce twoich ulubionych zespołów, to nie można nie skorzystać z okazji, żeby ruszyć z nimi w świat. Pomiędzy koncertami dostałem też zadanie zmobilizowania wokalisty do wytężonej pracy nad płytą i po kilkutygodniowych podchodach mogłem zameldować światu, że i to zadanie udało się wykonać.

Wyprawę nad Bałtyk rozpoczęliśmy wcześnie rano, odbierając sprzęt z zespołowej próbowni w ostatniej chwili, która miała nastąpić o godzinie ósmej, bo wtedy teren z którego startowaliśmy opanowywała cesarzowa fitnessu, jej chudość Chodakowska. Z bazy wyruszyłem, patrząc od przodu busa, z kierowcą Remikiem, doktorem Grzegorzem, Tomkiem, psem na VAT i poprawnie zapłacony podatek, Zuzką która na koncertach skrzypi pięknie, Jackiem „Pistoletem” akustykiem. Usiadłem w ostatnim, pustym jeszcze rzędzie, zajmując, zgodnie z arkanami kultury najdalsze miejsce. Niestety, nie trafiłem z wyborem i kiedy poeto – wokalista wsiadł, zrobił wielkie oczy, jak rozpruwana strzyga i powiedział:

– Eno. Siedzisz na moim.

Gorszego wejścia w busa nie mogłem sobie wymarzyć.
„Gdyby wszystko było inaczej, gdyby było odwrotnie, mógłbyś siedzieć, tak jak ja teraz siedzę, mógłbyś siedzieć przy oknie” – przebiegły mi przez głowę słowa piosenki Kultu, przez plecy przeleciały krople zimnego, wielkiego potu a przez myśl, że to już koniec. Na samym początku. Bo za takie coś, to nawet Banana z Kultu wywalili.

– Przepraszam. Już się przesiadam. – zaskomlałem chcąc dostać szansę na poprawę.

– A siedź se. Stąd będę miał bliżej na fajkę jak staniemy. – przyszły noblista pokazał swoją klasę, choć nie wierszem.

Ostatni wsiadł Marek od hałasu czynionego perkusją i ruszyliśmy z kopyta. Do drugiej stacji Orlenu na płatnym odcinku Kraków – Katowice, gdzie dokonaliśmy śniadania, uzupełniliśmy płyny i odbyliśmy pierwsze zebranie, na którym doktora od basu, i nie tylko, wyprowadziliśmy z równowagi, podając nazwiska proponowanych recenzentów nowej płyty Świetlików. Doktor dostał szału i nas poustawiał po kątach, pokazując swój samczo – alfi charakter. Mareczek się zjeżył, obszczekał samca alfa, a ja z poetą, jak kundle, opuściliśmy nisko głowy, chichrając się do podłogi. Reszty chyba zebranie nie obeszło jakoś wielce.

Kolejne kilometry zjadaliśmy przy fantastycznym kinie akcji, gdzie główny aktor o ciemnej karnacji, czyli murzyn, grał siebie oraz swojego syna. Ich walka wręcz na motocyklach terenowych przejdzie do annałów moich filmowych wspomnień z szufladki „nie do odzobaczenia”. Ponieważ od środy atakowała mnie grypa, emocje filmowe na pokładzie busa rozchwiały mi umysł, a dwa wypite ukradkiem piwa rozleniwiły mocno, końcówkę przespałem. Na szczęście po obudzeniu się przekazano mi informację uzupełniającą, że dobro jak zwykle wygrało ze złem i od razu poczułem się lepiej. Tym bardziej, że kolejną propozycją filmową miał być wiedźmin.

Ale kiedy zobaczyłem rozpiskę odcinków na ekranie pokładowego odbiornika TV, a przy nich napis The Witcher, to mi się przykro zrobiło, bo chciałem Wiedźmina a nie Wiczera. Jednak kiedy tylko film ruszył, okazało się, że Wiczer to jednak Wiedźmin i mogłem zanurzyć się w fajnym serialu. Zanurzyliśmy się zresztą wszyscy, jak czas pokaże, przez calutką trasę.

Oglądanie filmu po raz kolejny, do tego w miłym, kilkuosobowym gronie powoduje, że odkrywasz na nowo widziane wcześniej postaci, dostrzegasz wyraziściej szczegóły, które za pierwszym razem przeoczyłeś i inne takie tam. Zanim dojechaliśmy do Gdańska, Jacek przekonał nas do głębszej analizy postaci Myszowora, którego tydzień wcześniej zignorowałem jak amator. Dzięki temu Myszowór stanął na podium naj naj fajowszych postaci z serialu Wiedźmin, obok Geralcika i Yenuni. Zaraz za nimi byli Jeż, strzyga i znienawidzony i opluwany przez wszystkich Szczurołap, którego brzydota i charakter nas mierziły okrutnie i nie został fajowy tylko głupi.

I w taki sposób minęła nam podróż do Trójmiasta. Połowa serialu była za nami, a przed nami już tylko robota. Powitani przez Bronkosława od Karrota, połapaliśmy swoje obowiązki i na kilka chwil przed sztuką oddaliśmy się smakowaniu dwudziestojedno letniej whisky, której spożywania uczył nas patolog. Czy patomorfolog? Następnym razem sprawdzę, jak to jest naprawdę. Po wypiciu połowy trunków postanowiłem wspólnie z organem skarbowym odciąć zespół od alkoholu i dokonaliśmy ukrycia procentów pod wersalką. Jak dzieci…

Klub mnie urzekł klimatem, gabarytami i nowoczesnością. Od samego początku przy moim stoisku trwał wzmożony ruch, kieszenie wypełniały się banknotami, a z pudeł ubywało. Na koncert dojechali moi znajomi z Trójmiasta, Marta, która po usłyszeniu pierwszych dźwięków oddała się słuchaniu moich kolegów muzyków, oraz Karol i Maciek, którzy nieodstępowali mnie na krok. Na butelkę, na fajkę. I czas płynął jak Wisła do morza. Bajkowo.

Do połowy koncertu. Kiedy to do Karola podszedł gość, że coś mu nie pasuje. Więc Karol go obśmiał i przekierował do mnie. Do kierownika sklepu.

– Słucham kolegi. W czym rzecz? – zapytałem poetyckim językiem, do czego obligowało mnie reprezentowanie zespołu z którym przybyłem.

– Szanowny panie. Chciałem dokonać zwrotu książki, gdyż propagowane ze sceny treści kłócą się z moim światopoglądem oraz spojrzeniem na życie. – wypalił równie poetycko młody, może dwudziestopięcioletni klient przebrany za inteligenta.

„Że co kurwa?” – już niepoetycko przelała mi się przez głowę myśl, bo myślałem, że kogoś lekko chyba pojebało, ale udając przejęcie spuściłem wzrok niczym pensjonariuszka dziewczęcego gimnazjum prowadzonego przez siostry zakonne bose i widząc, że poezja jest jeszcze nie rozpakowana, postanowiłem szybko zamknąć temat zwrotu. Ale on był szybszy.

– To co? – wybudził mnie z letargu.- Odda mi pan pieniądze.

– Ależ oczywiście! Sklep nie odpowiada za treści które padają ze sceny. Ale skoro pana coś ukłuło w samo serduszko, a książka jest nie rozpakowana, reklamacja zostaje uznana a zwrot trzech dych niech się dokona.

– Dziękuję. – odparł klient.

– Żegnam! – odparłem ja przekazując banknoty.

„ Co oni tam wygadują?” pomyślałem, czując w kościach, że niedługo stanę się nie tylko sklepikarzem ale i ochroniarzem trupy. Jednak dalszych lamentów reklamacyjnych ze strony klientów nie było i mogłem się piwem lanym oraz czerwonym Marllboro z miękkiej paczki uspokoić.

Nie na długo. Kolejny był chyba samobójca. Ale kupił i tym ukoił moje skołatane sumienie. A było to jakoś tak:

Od dobrej pół godziny kręcił się przed moim stoiskiem, elegancko ubrany, w marynarkę i kapelusz, pan w wieku średnim. A to wlazł na salę posłuchać zespołu, a to przeparadował mi przed ladą, nerwowo rzucając spojrzeniem na moje fanty, i tak kilkanaście razy. Oceniłem go jako osobowość o wysokim stopniu niezdecydowania, kiedy w końcu usłyszałem jak mówi do moich pleców:

– Przepraszam pana serdecznie. Mogę przeszkodzić?

– Oczywiście. W czym mogę służyć! – wypaliłem ładnie, bo jako sprzedawca wierszy pisanych i śpiewanych musiałem wypalać ładnie. Choć mając też w asortymencie koszulki z gołą babą, mogłem być tez chamem. Ale nie chciałem.

– Drogi panie, poszukuję takiej płyty, grającego tutaj zespołu, po przesłuchaniu której będę mógł popełnić samobójstwo!

– Że jak kurwa???!!! – szepnąłem sam do siebie, dając sobie czas na analizę posiadanej muzyki, żeby doradzić profesjonalnie, i odpowiedziałem, już po nowohucku – Sromotę se pan weź.

– A ile taka płyta kosztuje? – zapytał, jakby przed śmiercią samobójczą miało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

– No pięć dych. Ale to dwie płyty. – odparłem, nie wychodząc ze zdziwienia, które mną szarpało.

– Tylko po co mi dwie płyty, skoro po przesłuchaniu pierwszej się zabiję? – to chyba była próba targowania.

– Bo może – tu zbudził się we mnie terapeuta, pies na samobójców – po przesłuchaniu pierwszej, stwierdzi pan, że zanim skończy ze sobą, to jednak posłucha też drugiej płyty?

– No nie wiem. Plan jest na śmierć po przesłuchaniu jednej. Druga może to zaburzyć albo wręcz odłożyć w czasie niepotrzebnie.

– No to nie wiem. Pinć dych. Taniej nie będzie. – skończyłem dywagacje, zapominając nawet o ty, że album jest trzypłytowy. W sprawach życia i śmierci takie szczegóły schodzą u mnie na plan dalszy.

Desperat kupił proponowaną płytę i śmiejąc się radośnie odstąpił od mojego miejsca pracy, zostawiając mnie nad rozmyślaniem o psychicznych problemach tych znad morza i tych z gór.

Sklep na koncert w Gdańsku został doposażony w rarytasy. Tak nazwałem to, co przywlekł po przeszukaniu piwnicy nasz gitarzysta. Żona kazała mu wyrzucić koszulki na śmietnik, a on dołożył mi je do sklepu i postanowiliśmy te rarytasy opędzić na stawce dwukrotnie przebijającej to, co do tej pory miałem. Mieliśmy nawet koszulkę Pudelsów, matulu miła. Dzięki Tomusiowi mój sklep stał się straganem. Ale…

Koszulki z wielką gołą panią wyszły wszystkie dwie. Pierwszą zakupił chłopak z Pisza na Mazurach, który od dziesięciu lat tyrał na wyspach brytyjskich, a na koncert specjalnie stamtąd przyleciał. A ponieważ uważał się za fanatyka, pomstując na cenę i na mnie, koszulkę kupił. A jak mu jeszcze powiedziałem, że Pan Poeta po koncercie zakupy podpisze, a i inni członkowie naszej trupy może też, to stwierdził, że mnie chyba pojebało, bo oni nigdy nie podpisują.

– Nigdy, to było jak mnie nie było. – odparłem koledze, kładąc na karb swój wiedźmiński honor o wiarę w trupę świetlistą.

I stało się. Zaraz po skończeniu spektaklu muzyczno – papierosiano – poetyckiego, zespół stawił się w okolicach sklepu i oddał się we władanie rozanielonej publiczności.

Po wszystkim miałem już dość wrażeń, ale postanowiłem z Karolem i Maćkiem podjechać na małe piwo do jakiejś wybornej piwiarni. Po zapakowaniu w busa i przeliczeniu zespołu, oraz ustaleniu gdzie mam nocować, udałem się na miasto. Lokal w którym wylądowaliśmy serwował piwo znakomite, choć swoją przytulnością przypominał mi lokale szóstej kategorii na Kazimierzu. Klimat jednak miał fajny, z głośników leciała dobra muzyka, a towarzystwo moje było z najwyższej nadmorskiej półki.

Około godziny drugiej, umęczon jak Poncek Piłat, wylądowałem w swoim jednoosobowym pokoju z mocnym postanowieniem wyspania się za cały dotychczasowy trud i kierat w jaki się wpędziłem po śmierci mojego taty ukochanego. Ułatwić mi to miały późny wyjazd, ustalony na godzinę 10.45 oraz podawane do 11.00 śniadanie.

Ale wyszło jak wyszło. Wstałem o siódmej i targany wyrzutami sumienia, że będąc kilka kilometrów od piaszczystej plaży z lenistwa mógłbym jej nie zobaczyć, zerwałem się na wczesne śniadanie, po którym ruszyłem miejscowym tramwajem do Jelitkowa. Żeby połazić po piachu i poczuć smagnięcie bryzy na swojej twarzy. Wszystko ogarnąłem w półtorej godziny i spełniony udałem się na miejsce odjazdu. Zdążyłem jeszcze wysłać wiadomość do Kazika, że mógłbym mieszkać w takim Jelitkowie, bo kiedyś dyskutowaliśmy o tym gdzie, poza domem, moglibyśmy zamieszkać. Więc napiszę, że w Jelitkowie obok pętli mogę.

Nasz busik był zaparkowany naprzeciw rzędu starych garaży. Takich z lat siedemdziesiątych, krytych papą i zamykanych na grube, zardzewiały kłódki. Co mogły kryć ich wnętrza nawet nie byłem sobie w stanie wyobrazić, kiedy nagle, dziarskim krokiem do garażu naprzeciw naszego busa podszedł stary staruszek. Stary i schorowany. Miał takiego parkinsona, że trząsł się jak galareta bez odpowiedniej ilości żelatyny albo piersi Pameli Anderson biegnącej po plaży i plaskającej swoimi cycami, plask, plask, na lewo i prawo.

Kiedy po kilku minutach walki z kłódką, wielką jak pół mojego plecaka, otworzył drzwi swojego garażu i po dokonaniu tego czynu, wtarabanił się do samochodu osobowego, zamarłem z wrażenia. I kiedy odpalił auto, to i z przerażenia. Bo nasz pojazd był w pobliżu i mogło mu grozić coś niedobrego.

Ale dziadzio, nad podziw sprawnie wyjechał z ciasnego garażu, pociągając za sobą jedynie starą łopatę i grabie, które przy okazji przywaliły w bok auta, potem w podwozie, a potem rozjechane stanęły dęba i upadły. Ocipłem na ten widok, a żar z palonego papierosa oparzył mi opuszki palców i dobrze zrobił, bo myślałem że śnię.

Poprosiłem naszego kierowcę Remika, żeby czem prędzej przestawił auto, a sam ruszyłem na pomoc grabiom i łopacie, stawiając je na baczność w garażu. Pan galareta był zaskoczony moją grzecznością, wypadek zwalił na karb zbyt blisko zaparkowanego busa, pozwolił mi zamknąć wrota i powiedział:

– A bo ja to jestem nie stąd.

– A skąd?

– Z Lublina. Bo ja panie, to jak ruscy weszli do nas w czterdziestym czwartym, to złapałem za broń i po lasach się z nimi goniłem. I jak mnie złapali, to za karę zesłali tu, nad morze, do roboty w pegeerze. Za karę! Było ciężko. Bardzo ciężko. Ale jak już swoje odrobiłem, to i zostałem. Na zawsze.

– O rany! Z Lublina! Nasz kolega też jest z Lublina. Ale pan przeszedł w życiu. Ja nie mogę. A jeździć się pan nie boi? – zagaiłem patrząc jak dziadziunio wtacza się do auta będąc, tak jakby, non stop pod działaniem prądu o bardzo wysokim napięciu. Prądu który skutecznie pobudza galaretę.

– A czego mam się bać? Jak mnie tylko dziady nie zastawią i sobie nakręcę, to już dalej idzie!

– Cudownie! To z Bogiem. Do widzenia. – pożegnałem nowego znajomego i pobiegłem do naszego busa, żeby poprosić Remika o szybką ucieczkę, bo jestem człowiekiem małej wiary w kierowców mających już swoje lata i choroby na karku. Zwłaszcza te widoczne.

Przelot na trasie Gdańsk – Łódź upływała nam z oczami wlepionymi w przygody Geralta z Rivii. W pewnym momencie Pan Poeta Wokalista, zaczął łapać się za głowę i mówić:

– Niemożliwe! To jest niemożliwe!

– Marcin spokojnie. – zwróciłem się do starszego kolegi – Musisz w to uwierzyć. Ta historia jest oparta na faktach. Po-wa-żnie!

Nie wiem czy go przekonałem, czy też nie, ale jak tylko strzyga rozłupała czarodziejowi-dupie korpus, a jego flaki wypłynęły na zamkową posadzkę, poczułem głód. Nie tylko ja. Wszyscy. Dlatego zarządziliśmy popas na najbliższej stacji.

Trafiliśmy znakomicie, bo stacja miała swój bar z jedzeniem typowym dla naszego kraju. Koledzy przede mną poszli w fasolkę po bretońsku, a ja…

– Jest zestaw Myszobora? – zapytałem jak już nadeszła moja kolej zamawiania.

– Że co? – starsza pani, pracująca na sprzedaży w barze, zapewne z jakiejś wioski obok stacji, zdziwiła się lekko – Chyba nie. Są flaki.

– Flaki! – oniemiałem z zachwytu – Flaki strzygi? – oczy pani się znowu otwarły na full, więc zacząłem tonować swoje potrzeby – to poproszę flaki i bułeczkę i herbatkę.

Prawie wszyscy z nas poszli w polskie klasyczne dania, tylko Zuzia wymyśliła sobie zestaw fit, który krył się pod skromną nazwą, zestaw osy, czy jakoś tak. No i dostała nasza pszczółka kopę frytek, smażone na głębokim tłuszczu kawałki kurzych piersi i marchewkę. Fit dla pracowników pegeeru.

Po konsumpcji przepysznych flaków na wiedźmińską modłę, bo bardzo pikantnych, dociągnęliśmy do Łodzi wiedźminując się dalej. Dotarliśmy, jak zwykle, punktualnie. Klub TU, mieszczący się w starej kamiennicy, w mieście Łodzi, od razu wprowadził mnie w stan depresji. Czułem się jakbym przez zły portal przelazł. Nie mam widać szczęścia do portali i serca do starego budownictwa. Jak jeszcze wspomnę, że nasz backline transportowało się ręcznie, przez wąską klatkę schodową na wysokie piętro, to może choć jedna osoba nad moim i kolegów losem zapłacze. Bo my nie mieliśmy czasu na płacz, robota była do zrobienia.

O ile klub odebrałem wizerunkowo nienajlepiej, to cała reszta była na najwyższym poziomie. Od przepysznego obiadu, dobrze brzmiącej salki i zimnej wódeczki, do naszych, wzniesionych na wiedźmiński poziom, humorów. Doszło nawet do powstania nowej piosenki, na nową płytę, „Wiedźmin zrucha Myszowora, jak już na to przyjdzie pora”, której tekst jest dokładnie taki:

Geralt srelart 
Pies na baby
Pies na strzygi
Gwałci żaby
Zjada rzygi
I sarence nie przepuści
Na Yennefer też się spuści
Geralt srelart
Geralt z Rivii
Geral srelart
Wiedźmin sredźmin…

Tekst jest już w Zaiksie, a nut nie podam, bo jeszcze ktoś nam pomysł ukradnie.

Kiedy nadszedł już czas występu, wystarczyło tylko poprzestawiać oświetlenie, żeby światło nie wybiło muzyków, jak wybijało w filmie strzygi i ruszyło show. Do czasu, bo poza byciem sklepikarzem, musiałem się przeistoczyć w ochroniarza, bo ktoś się nam na zaplecze przedostał. Po wywaleniu intruzów, sklęciu ich na czym świat poezji stoi, oddaliłem się tanecznym krokiem na swoje, otoczone zapachem smażonego oleju, stanowisko.

Aplauz po koncercie nie miał końca. Stojący przy mnie wokalista, który magicznie przeszedł przez publiczność, darł się w niebogłosy:

– Więcej bisów nie będzie! Myśmy tu przyjechali płyty sprzedawać! Kupujcie, bo nie ma czasu!

Po pięciu minutach oklasków na stojąco, kto miał kasę ruszył na zakupy i po autografy. W tym czasie zespół się popakował, ja się pozwijałem, przy pomocy miejscowych zapakowaliśmy busa i przez KFC ruszyliśmy do domu. Do Krakowa i Nowej Huty, kończąc ostatnie dwa odcinki Witchera.

Ostatni odcinek, podobnie jak w domu, przespałem. To co? Do trzech razy sztuka? Chyba tak.

16. Kraków 24.11.2019 , czyli rozdział ostatni Kultowej Przygody.

16. Kraków 24.11.2019 , czyli rozdział ostatni Kultowej Przygody.

Koncerty Kultu w Krakowie są dla mnie, od młodego szczyla, szczególnym wydarzeniem. Wystarczy nadmienić, że do dzisiaj opuściłem, z powodów zawodowych, dwie sztuki w swoim mieście. Mało tego, od lat jedenastu współorganizowałem, z Galicją Productions, prawie wszystkie koncerty klubowe Kultu, Kazika na Żywo, El Dupy i Buldoga jakie to miasto miało. Ba, spełniłem też swoje skryte marzenie, żeby Kult zagrał w Nowej Hucie. Serduszko bije więc mocniej na myśl o Kulcie w Mieście Królów Polskich i dzielnicy „bez Boga”. Tym razem jednak zostałem zdegradowany z panteonu „Organizator” i przeniesiony na stanowisko fosowego, czyli łapacza ludzkich ciał. Starzy Kult Ochroniarze pięli się w karierze zespołowej, a to śpiewając, a to grając na gicie, a ja, ku uciesze Oficjalnej Notorycznej Narzeczonej, spadłem do fosy i zostałem ze świeżym tatuażem Kult na lewym ramieniu.

Podjara zbliżającym się występem, w którym miałem tez mieć swój udział, zwiększała się wraz z dystansem, jaki pozostał mi do tablicy Kraków. Z tylnego siedzenia docierał miły zapach świeżo trawionego alkoholu, który wydzielał marudzący przez pół trasy Didi. Obiecałem więc sobie, że jak go już spacyfikuję do spania, to uzupełnię płyny, bo coś tam na pokładzie domowego okrętu miałem w zanadrzu przykitrane. Najpierw jednak zawiozłem do domu Marka. Zaproponowałem mu nawet udział w niedzielnym koncercie, ale Bociek miał już ustawiony teatr na Hucie z żoną Katarzyną. A jak wiemy są sprawy ważne i ważniejsze. Ja bym wybrał koncert Kultu, bo teatr nie zając, nie ucieknie.

Po dostarczeniu Boćka pod blok, udaliśmy się na miejsce naszego spoczynku. Ja, Diduchna, który zaczął wykazywać oznaki ożywienia, co nie dziwne, w końcu Legionista wjeżdżał do jednego z jąder Jude Gangu, za które uchodzi w moim mieście osiedle Oświecenia, oraz jego Anioł Stróż Ania, i tu ciekawostka, bo chyba jej nie podałem, siostra Darka, mojego kolegi z Kult Ochrony. Na salony weszliśmy już po północy. Rodzina spała snem sprawiedliwego, więc ja zabrałem się za karmienie gości, którzy od czternastej nie mieli nic w ustach, a sorry Didi miał, płyny, i popijaniem w ukryciu przed kolegą piwa. Na pierwszy rzut poszły pierogi z mięsem od mamusi. Solidne porcje, które moja kuchnia zaproponowała, okazały się niewystarczające. Lodówka była zapakowana po korek, więc wyłożyłem na kuchenny stół galaretę solidnie polaną octem. Wyszła szybko, a i to nie wystarczyło na gościa z Teneryfy, więc jako kolejne danie na zamówienie, kuchnia zaserwowała kanapki z serem bogato posypane papryką w proszku. W myśl zasady gość w dom, papryka wedle życzenia.

Trzydaniowa kolacja zrobiła robotę, więc pokazałem gościom ich pokój, którym na dwie noce miała być nasza prywatna sypialnia z zabudowanym balkonem, na którym goście mogli palić papierosy, co przy temperaturze na minus było nie lada wyzwaniem. Korzystając z chwili wytchnienia dokonałem okąpania się ze spodkowego potu, dopiłem drugą puszkę Tyskiego, i poszedłem spać. Bo tego potrzebowałem najbardziej. Didi przyjął tabletki witamin, które stawiają go na nogi i też szykował się spać, choć momentami, co podsłuchałem, a w małym mieszkaniu raczej usłyszałem, chciał gdzieś iść, bo pospierał się z Anią. W takim przypadku usnąć nie mogłem pierwszy, bo jak legionistę puścić samego w żydowską paszczę. Walczyłem żeby nie usnąć, nasłuchiwałem i kiedy już wydawało mi się , że Diduchna śpi, ten wstał i ruszył przed siebie. Znowu do kuchni. Tym razem po deser, którym, po przeszukaniu lodówki okazał się słoik z marynowanymi grzybami, prezent od pacjenta Notorycznej dla rodziny Notorycznej. Na szczęście na tym się skończyło i w domu zapanowała błoga cisza. Wtedy padłem. Do samego rana. Z przerwami na przekręcanie się z boku na bok, bo już wszystko zaczynało pobolewać.

Spałem długo jak nigdy w ciągu ostatnich dni, bo całe pięć godzin. W końcu dom to dom, ale i obowiązki. Młody Gomółka robi prawo jazdy, więc musiałem go podrzucić na jazdę. Jak wróciłem, dziewczyny wstały i przystąpiliśmy do śniadania. Król Teneryfski odsypiał dzień wcześniejszego zagubienia i trwało to do godzin popołudniowych, co akurat mi pasowało, bo i syna z nauki odebrałem, nakarmiłem i jeszcze wygospodarowałem chwilkę na drzemkę. Wszystko układało się tak dobrze, że aż za dobrze. A skoro jest dobrze, bardzo dobrze, to los się może odmienić w najmniej spodziewanym momencie.

Pierwsza tura z mojego gospodarstwa domowego ruszyła po godzinie piętnastej. W skład jej wchodzili goście z Tenerki i ja, tym razem jako przewodnik, bo przecież zwiedzanie musiało być zaliczone. Z auta co prawda, ale i takie formy turystyki na szybko można uznać za dopuszczalne. Obwiozłem gości po Nowej Hucie, z uwzględnieniem stadionu Hutnika, bramy kombinatu, przez Rondo Czyżyńskie, gdzie kibole Legii z Didim starli się w dziewięćdziesiątym drugim roku z kibolami Cracovii i Hutnika, następnie przeleciałem obok Tauron Areny na Kazimierz, zwizytowaliśmy stadion Cracovii, i obok Błoń zrobiliśmy przerwę na obiad. W międzyczasie cały czas nerwowa sytuacja odbywała się w sprawie wejściówek dla moich gości, których i tak miałem jak koń napłakał. Kiedy już dotarliśmy do Klubu Studio, byłem w stanie jakiegoś załamania, bo na liście nie mogłem znaleźć Notorycznej, a ponieważ ona była ciągle chora, na jej pozycję powołałem Człowieka Łosia, którego, jak już się zbierał na koncert, odwołałem, bo niby jak miał zastąpić kogoś kogo na liście nie było.

Nie wiem dokładnie co takiego jest w technice zespołu Kult, ale nawet krótkie spotkanie z nimi wprowadza mnie w stan permanentnego wyciszenia i uspokojenia. Postałem więc z nimi na papierosku i ściągałem ich siłę spokoju na siebie. Jak już wszystko ściągnąłem, to było tego tak dużo, że musiałem jeszcze nawiedzić toaletę. A w toalecie, jeśli są warunki, można pomyśleć. I wymyśliłem. Na liście szukałem Katarzyny Gomółka, a przecież do ślubu jeszcze niecałe dwa lata i Notoryczna nie nazywa się tak jak ja i syn, tylko inaczej. I tego inaczej pobiegłem szukać, jak zakończyłem przeciągającą się sesję. Bingo, zakołatało mi pod czaszką, kiedy znalazłem jej nazwisko i dokonałem podmiany. Wojtek dostał kolejny sygnał i mógł śmiało wyruszać, żeby nausznie przekonać się w jakiej formie jest grupa muzyczna, której kibicował przed laty niezwykle sumiennie.

Godzina W zbliżała się nieuchronnie. Ostatni koncert tegorocznej trasy miał wystartować lada chwila. Z tej okazji, trzy godziny przed sztuką dostałem bojowe zadanie od menagementu, i musiałem jeszcze ogarnąć dodatkowego łapacza do naszej bandy. Naturalnym kandydatem wydawał się być Bociek, ale miał na wieczór ustawiony teatr z małżonką. Postanowiłem jednak zadzwonić i go przekonać, że na sztukę teatralną jeszcze się wybierze, ale nie dziś. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało, się Marek miał jakieś przeczucie i do Teatru Ludowego wysłał żonę z teściową, które notabene wyszły w trakcie, bo spektakl traktował między innymi o pedofilii i z tego powodu był lekko niestrawny. Marek ogarnął się migiem i przyjechał samochodem.
Zespół Kult wystartował punktualnie i wypełniona po brzegi sala eksplodowała. Ale nie jakoś wybitnie. Ba, przez pierwsze cztery utwory podpieraliśmy scenę, stojąc z założonymi nogami, gotowi do działania. Po czwartym kawałku podszedłem do najbliższych mi kolegów i powiedziałem, że z twarzy publika wygląda mi na spokojną i dziś roboty za dużo nie będzie. Wypowiedziałem to w złą godzinę, bo od tej pory rozpoczął się Armagedon, prawdziwy nalot, inwazja jakiej jeszcze nie doświadczyliśmy podczas tej trasy. Tym razem wiodącą postacią była napruta panna, lekka z masy ciała, ale z ograniczonymi właściwościami poruszania się na swoich nogach, o czym przekonałem się przy pierwszym jej ściąganiu z fali, kiedy po postawieniu jej na jej własnych nogach, zostałem w nie zaplątany i się złożyłem. Muzycy mieli śmiechu co nie miara. Prawie dwumetrowy chłopak z Huty został powalony przez kruszynkę. Koledzy, nawet kruszynka pod wpływem alko staje się kolosem. Na glinianych nogach.
Drugim bohaterem pierwszoplanowym był Piotruś. Piotruś nie jest jakiś strasznie wielki jak na nowohucianina. Metr dziewięćdziesiąt osiem i sto trzydzieści pięć kilo raptem. Musiał czytać moje trasowe wypociny, bo ukochał sobie on mój sektor i kilkukrotnie pikował prosto na mnie. Aż mi spodnie w kroku strzeliły i wypłynęły z nich ubrane w majty narządy. Co za wstyd. Kiedy jednak okazało się, że dwóm kolegom z bramki, też z Nowej Huty, stało się to samo, troszkę poprawiło mi to humor. Ale na krótko.

Ludzie latali jakby im coś do piwa dosypano. Do tego stojący pod sceną nie bardzo chcieli z nami współpracować i wieszali się nam na rękach, wyrzucali co lżejszych jak z katapulty, a na prośby i groźby nie reagowali. Jeden to nawet zaczął bramce robić zdjęcia, jak go Cytryn po głowie poklepał, co Cytryna wkurwiło niemożebnie i poleciał zgłosić incydent dyrektorowi naszego cyrku PeWusowi. Na wszelki wypadek, jakby się klient sapał po sztuce. Łapanie, stawianie, odsyłanie, ściąganie, łapanie, stawianie. Mieliśmy ręce pełne roboty. W sektorach Marka i Gumy latał młodzież szkolna, lekka, ale przez to szybka jak myśliwce. Trzeba było zachować szczególną czujność, co tez chłopaki robiły bezbłędnie. Pod koniec koncertu nastąpiła wśród publiczności, precyzyjniej wśród dwójki uczestników koncertu, agresja. Jako miejscowy dostałem furii, żółtej gorączki i białej magii. Jak Wiedźmin przeskoczyłem przez barierki, już w locie powodując rozstąpienie się tłumu. Było to coś na podobieństwo Mojżeszowego rozstąpienia Morza Czerwonego, tak to czułem. A byłem bez laski! Jakbym miał chociaż taką jak Gandalf, strzelającą… Przede mną nie było jednak wody, jak u Żydów, Orków jak u Gandalfa, ale ludzie.
Koszulka Kult Ochrony musiała wystarczyć i wystarczyła. Zrobiło się, pomimo strasznego ścisku, spore koło, na środku którego kotłowało się dwóch panów w wieku młodym. Jak poczuli moją obecność, przestali, powstali i na widok mojej nienagannej postawy bokserskiej, popartej stekami wulgaryzmów, przeprosili siebie, mnie i wróciliśmy, każdy do swojego. Oni do zabawy, ja do harówy. Kolana zaczęły mi puchnąć, kręgosłup bolał, ręce w łokciach łupało i tylko czekałem, żeby na dobicie poszybował mój syn i żebym przy łapaniu jego umarł do końca pracy. Na szczęście dziecko mam ogarnięte i wolało ono słuchać Kultu z bezpiecznej odległości i oddawać się darmowej konsumpcji piwa, które fundował mu Jasiu Mela, nasz kochany przyjaciel rodziny, który pojawił się na sztuce wraz z narzeczoną, prosto po wylądowaniu z miesięcznej wyprawy do Argentyny, którą przejechali z góry na dół i z dołu do góry.

Ostatnie koncert na trasie mają tę przypadłość, że są ostatnie i po części zasadniczej następuje wymienienie uczestników tego całego zamieszania z imienia, nazwiska, pseudonimu i pełnionej funkcji. W tym roku było pomieszanie z poplątaniem, bo ochroniarz był wokalistą, kierowcą, inny muzykiem i wokalistą, techniczny kierowcą i technicznym, a Jasiu Grudziński organistą klawiszowcem, gitarzystą i piosenkarzem. Tacy kurwa jesteśmy wszechstronni drodzy Państwo. Kult 2019! Po wszystkim wykonaliśmy bisy ze wsparciem Kult Ochrony, w tym ja, ze spodenkami rozprutymi w kroku, których defekt maskowałem flagą naszego kraju, pokłoniliśmy się pięknie całej Sali, pobiliśmy naszym chlebodawcom brawa i odetchnęliśmy z ulgą. Po wszystkim pozostało jeszcze się wyściskać na zapleczu wszyscy ze wszystkimi i życzyć sobie udanej trasy za rok. Kolejne chwile przeznaczyłem dla znajomych i pokuśtykałem na salę. Po wszystkim, na prośbę Pani Dyrektor Małgorzaty, połapałem podpisy zespołu do kroniki klubowej i miałem fajrant z zespołem Kult na rok dwa tauzeny dziewiętnasty. Zapakowałem więc lokatorów mojego M na pokład Turana i udaliśmy się spać, żeby nabrać sił do codziennej ligowej szarówki.

Poniedziałek poleciałem do roboty, przede mną Notoryczna do swojej, po czym, koło południa Junior Tomasz udał się do szkół po wiedzę, przy okazji przywożąc do salonu teleskopów Teneryfian, których wysłałem na miasto w celach zwiedzania i ogarniania swoich potrzeb, których przed opuszczeniem Polski, trochę się uskładało. W międzyczasie dostałem sms od Kazika, że widział jak nasz nowy nabytek kogoś bił po głowie bez przyczyny. Zasmuciło mnie to bardzo, bo nic takiego nie widziałem, a nawet jak klepnął delikatnie po łbie łajzę, bo ten mu ręce podczas łapania ściągał na dół, co stanowiło zagrożenie zdrowia i życia łapacza i łapanego, to takie coś było, moim skromnym zdaniem, dopuszczalne. Ale nie dawało mi to spokoju, i postanowiłem wyjaśnić sprawę u menagera, który mnie uspokoił, bo coś tam było, ale nie ze strony Marka, tylko kogoś innego, i miało to podstawy do zachowania się tak a nie inaczej.

Po osiemnastej wróciliśmy, Ania, Didi i ja MPK do domu, aby koło dwudziestej drugiej ruszyć na dworzec, na którym nasi przyjaciele rodziny Gomółków wsiedli w pociąg na Wiedeń i pojechali ku nowej przygodzie, z metą na Teneryfie.

A u mnie nastał czas stagnacji i nudów. Nie działo się nic. A nie, wróć. We wtorek pojechaliśmy ze znanym poetą po Bunię, psa rasy bokser, do schroniska na Śląsk, w czwartek robiłem koncert Czech Tenoróff w Pięknym Psie, w piątek bawiłem na koncercie moich przyjaciół z Happysad, w sobotę łapałem oddech „U cioci i wujka na imieninach”, żeby niedzielny wieczór spędzić na Luxtorpedzie. Potem to już tylko praca, dom, dom, praca, byle do środy, bo wtedy po pracy ruszyłem na koncert Morświna, grupy Tekli i Marcina Świetlickiego i ich gości. Czwartek chciałem oddać futbolowemu Pucharowi Polski, ale po pierwszej połowie dostałem mega wkurzenia na tle zawodowym, więc wyszedłem nie doczekawszy rozstrzygnięcia, co nawet wyszło mi na dobre, bo w piątek w godzinach szesnasta – pierwsza w nocy ogarniałem koncert KSU i Psów Wojny, który razem z Januszem z Galicji, zrobiliśmy ku chwale polskiego punk rocka. W sobotni poranek, zaraz po czwartej ruszyłem z ramienia tejże Galicji do Gdańska, połapać koncert pożegnalny Comy, gdzie polały się prawie krokodyle łzy.

Dziś jest poniedziałek, dziewiąty dzień grudnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Nie dzieję się wiele w pracy. No to byle do czwartku, bo ściągam już płyty Świetlików i książkę najnowszą poety, na krakowski koncert zespołu. A może i na Tychy z nimi ruszę? Nie zbadane są wyroki Pana naszego. Jakoś trzeba do następnej jesieni żyć! Jakby nie było jutra Tatusiu. Jakby nie było jutra…

KONIEC

Zapiski i trud pracy dedykuję mojemu Tacie Wojtkowi, który już nigdy tego nie przeczyta… Kocham Cię Tato i tęsknię za Tobą.

Tomek

15. Katowice 23.11.2019

  1. Katowice 23.11.2019

Nie wiem którą godzinę przyjąć za godzinę rozpoczęcia akcji Spodek. Wybieram więc godzinę siódmą dwadzieścia pięć, w sobotę rano, bo wtedy położyłem się w swojej twierdzy na osiedlu Oświecenia, żeby łapać gotowość. Wstałem o ósmej dwadzieścia i półprzytomny ruszyłem do pracy, gdzie wstawiłem sobie zapałki w oczy, żeby nie przeoczyć klientów, którzy mogli mnie nawiedzić przez czekające mnie cztery godziny roboty. I dobrze zrobiłem bo….

Koło dwunastej przyszedł kolejny klient. Już przy wejściu uprzedził mnie, że nie ma o tym, co chce zakupić pojęcia, a do wydania raptem pięćset złotych. Za teleskop to niewiele, ale i dla takich klientów coś się znajduje. Po kwadransie gadania jak do koziej dupy, zaczynałem mieć go dość. Chłop słuchał bez zrozumienia, i jeszcze zaczął się spinać. Najbardziej na to, że proponowałem mu kupić coś za sześćset trzydzieści dziewięć złotych, bo po ubraniu, które miał na sobie na biednego nie wyglądał, i pomyślałem, że dołoży bo ma. W końcu udało mi się go przekonać i zabrałem się za paragonowanie zakupu. Wtedy mistrzunio spojrzał na mnie i na mój strój, który tego dnia składał się z bluzy z logiem zespołu Kult, i zapytał czy jestem fanem. Fanem? – odparłem pytając i dodałem szybko, że jestem robotnikiem jesiennym na tej trasie i dopiero co wróciłem z Wrocławia, a po robocie przy teleskopach i innych noktowizorach, ruszam na Katowice. To zmieniło jego podejście do mnie o sto siedemdziesiąt osiem stopni i zapytał, czy byłem w czwartek w na koncercie, bo on był, i jest szefem tego bajzlu dla którego „sprzedaliśmy swoje piosenki handlarzom i prostytutkom” ( to nie jego są słowa, tylko moje przemyślenia), i przemawiał w ten dzień ze sceny, i ma zdjęcie z moim szefem Kazikiem, i w ogóle to kocha Kult, i takie tam inne kocopoły smażył, goniąc koło mnie z komórką i pokazując foty. Grzecznie pogratulowałem, pochwaliłem, przytaknąłem, że tak, że chwilę byłem, a myślami byłem już w domu, w łóżku. Bo regeneracji potrzebowałem jak kania dżdżu, jak ryba wody, jak sportowiec środków dopingujących.

Przed czternastą leżałem w salonie, albo po nowohucku – w dużym pokoju, obok chorej Oficjalnej Notorycznej Narzeczonej, zapuściłem ligę angielską i nie mogłem usnąć, bo tam za szybko grają. Liga polska, która usypia mnie najlepiej, jeszcze nie ruszyła ze swoim galaktycznym produktem, więc po piętnastej zadzwoniłem do naszej nowej nadziei bramkarstwa koncertowego, Boćka, żeby się gotował na wyjazd. Marek dostał niespodziewane powołanie w czwartek, ponieważ wcześniej zgłoszeni ludzie nie podjęli rękawicy, a będący w gotowości zmiennicy musieliby do nas mknąć przez całą Polskę. Wszystko więc rozegrało się w ostatnich godzinach przed największym koncertem trasy. Ale Marek mając ponad dwa metry wzrostu, i grający kiedyś ze mną w siatkówkę, miał wszystkie potrzebne parametry psycho-fizyczne, do sprostania zadaniu. Choć nie powiem, miałem lekki niepokój w sobie, pamiętając pierwsze łapanie Esa z Jastrzębia w Spodku, który spalił pierwsze podejście jak złoto, i potrzeba było lat, żeby został naszym mocnym punktem pod sceną.

Z tyłu Spodka zaparkowaliśmy lekko przed siedemnastą. Byłem mocno rozbity niewyspaniem, wielkością koncertu, nowymi łapaczami w zespole, nieznaną kondycją starszych i muzyków po Wrocławiu, oraz tym, w jakim stanie zastanę Didiego. Bo kto nie wie co się w spodkowym hotelu wyprawia od wejścia pierwszego Kult Turysty, ten nigdy w piekle nie był. A z drugiej strony, zadaję sobie teraz na spokojnie to arcyważne pytanie, na ki chuj ja się tak wszystkim przejmuję? Przecież to bez sensu…
A może nie? Żeby dojść do swojego pokoju, musiałem przywitać się z co najmniej pięćdziesięcioma osobami, kolejne pięćdziesiąt mnie nie zauważyło, na szczęście, więc po kwadransie, a trasy jest na dwie minuty od wejścia do hotelu, do wejścia do pokoju na końcu korytarza, udało się i mogłem poleżeć na swoim miejscu, w małym i ciasnym, ale i przytulnym pokoiku. A ponieważ jako rutyniarz, wiem co mojemu organizmowi przed tak ciężką harówką potrzeba, to strzeliłem duszkiem dwie puchy tyskiego, nie dzieląc się ani łykiem z Boćkiem, bo bałem się, że nawet mały łyk i stres mogą wpłynąć negatywnie na jego pracę pod sceną. W końcu miał łapać u TEGO Kazika, którego szanował i podziwiał od lat młodzieńczych, kiedy to podczas spożywania niewyobrażalnych ilości alkoholu zasłuchiwaliśmy się w piosenki Kultu, KNŻetu, aż nie popadaliśmy z nadmiaru wrażeń.

Jak już wypiłem na uspokojenie dwie puchy, przypomniałem sobie o Didim. Złapałem szybko za telefon i namierzyłem go w innym pokoju. U Kult Turystów. Niebezpieczeństwo najebki było przeogromne. Stoły na dziedzińcu hotelu były zastawione alkoholami jak na weselu. Do wyboru, do koloru. Trunki proste w swej konstrukcji, jak wódka czysta, poprzez łyski wszelkiej maści i takie leżakowane, droższe, ale godne wielkiego spotkania Kult Turystów z całego świata oraz zespołu Kult i jego przybocznych. Zanim jednak pobiegłem wyciągnąć Didsona z paszczy lwa, odebrałem telefon, że moi goście są na liście i żebym przyszedł po opaski. Zdziwiłem się bardzo, bo rano wysyłałem listę gości ale na Kraków. I okazało się, że nasz dyrektor organizacyjny wpisał ich na Katowice. W ogóle to już od południa miałem smsy, że miejsca które oddali mi koledzy z zespołu, jednak wykorzystali sami i dla mnie nic już nie zostało. Dotyczyło to jednak Spodka a nie klubu Studio, i menago tak zamotał, że musiałem jeszcze podejść do techniki, żeby moi przyjaciele swym stoickim spokojem ukoili moje skołatane nerwy. Zacząłem się rozsypywać z nadmiaru wszelkiej maści niespodziewanych niespodzianek. Ale Didiego odnalazłem nie napoczętego przez alkohol.

W miarę szybko ewakuowaliśmy się więc do mnie do pokoju, w międzyczasie jednak wypalając przed hotelem po papierosie, gdzie na wizytę u mnie zapowiedział się lider grupy, bo usłyszał, że popatrzymy jak się Legia w Szczecinie z Pogonią kopie. W pokoju czekała na nas niemiła niespodzianka, na środku biurka stała sobie smacznie ledwo co napoczęta butelka wódki, którą to Guma, mój współspacz katowicki, przywiózł z Wrocławia, bo nie dali jej rady z kolegami opróżnić. Prawie niezauważenie schowałem ją do szuflady i odetchnąłem dumny z mojej błyskotliwości. Co nie Didilson? I kiedy doszła do nas dziewczyna Didiego, Ania i Kazik, lokal był czysty od zagrożeń. Chwilę popatrzyliśmy na zawody, które odbywały się pod dyktando popularnych „Śledzi” i czas było wyruszyć coś połapać.

Droga na halę wiedzie z hotelu przez dość długi i duży korytarz, tak duży, że można wjechać tam busem. Czas który zajęło mi pokonanie tego dystansu wystarczył, żebym przypomniał sobie, że od rana nic nie jadłem. Na szczęście spodkowa organizacja kulinarna stoi na wysokim poziomie, i przed pracą nażarłem się i na ciepło, i na kanapkowo i dobiłem ciastem. Po takim dotankowaniu organizmu mogłem pójść zabezpieczać suport. W sumie do teraz nie wiem, czy to jest nasz obowiązek, bo PeWu goni, czy nie, bo stara gwardia ma to w tyle. Ja chodzę, bo lubię posłuchać młodych wykonawców. Przy okazji wylewnie przywitałem się z szefem ochrony, przesympatycznym człowiekiem, z którym praca jest najczystszą przyjemnością na trasie. Posłuchałem suportu, oblazłem stanowisko pracy, przy okazji sprawdzając montaż barierek i łypiąc kontem oka na ludzi w pierwszym rzędzie, bo z nimi czasami jest największe zamieszanie. To chyba tutaj, albo nie, we Wrocławiu, dziewczyna koło dwudziestki przywołała mnie gestem dłoni, nie znoszącym sprzeciwu, żeby wywrzeszczeć mi do ucha: niech im pan powie, żeby się ogarnęli, bo mnie zgniatają. A za nią stało kilka setek bawiących się, napierających i latających po głowach innym, ludzi. Odparłem więc grzecznie, acz stanowczo, że chyba ją pojebało, i co najwyżej mogę ją ewakuować, co za zgodą klientki reklamującej uczyniłem.

Koncert rozpoczęliśmy, na życzenie organizatora, z malutkim poślizgiem, ale za to z wielkim ogniem. Zespół, technika i bramka, na wieść o najlepszej sprzedaży koncertu w Katowicach, była niezwykle skoncentrowana. Kult Ochrona w Spodku jest najliczniejsza i prezentuje się jak ci żołnierze papieża, Gwardia Papieska. Ochranialiśmy od lewej strony publiki patrząc, w składzie: Maciej Kazana, spodkowy bramkarz z Jaworzna, bez którego koncertu w Spodku sobie nie wyobrażam, Marek Bociek Bobrowski, nowicjusz z Nowej Huty, ja, z tej samej Huty, Cytryn, słoik, ale z Nowej Huty, Pan Pancerny z Polski centralnej, czyli z Tomaszowa! Mazowieckiego, Pan Polski z Irlandii, czyli Ursynowa pod Warszawą, oraz stare wygi, Kozi, Guma i Daro z Warszawy. Zespół nam podgrywał, a my łapaliśmy wszystko jak leci i to jeszcze z klasą. Jak zwykle prym wiedli w lataniu Kult Turyści oraz zaprzyjaźnieni z nimi goście, jak choćby Schab Wojciech z pod Tarnowa. Część z KT, inaczej Alka Ida, miała jakieś chusty na głowie, które miały nawiązywać do wywiadu jaki przeprowadził Kazimierz, porównując ich do Alka Idy. Czy I Dy? Nie znam się na tym za dobrze. I kiedy rozkręciłem się na dobre, bo fajnie ci z tyłu grali, wszystko się łapało, no dobra, prawie wszystko, bo ktoś tam się jednak wymsknął i runął, pod scenę wkroczył ON. Cały na biało i już napoczęty. Didula. Grali akurat Madryt, którego poniekąd współtwórcą jest Teneryfianin, i to go przygnało na przybijanie piątek z Kazikiem. Nawet go uniosłem w górę, ale jak poczułem alkohol od niego, to mu zacząłem zazdrościć i go postawiłem na glebie za karę, bo też bym się już napił. Ale Daro wyczuł, że może być didi szoł i zaczął mnie przekonywać, żeby Didiego jednak na scenę wrzucić, co ku uciesze całego Spodka uczyniliśmy.

Jakie to były tańce! Jaka lekkość w kroku, jaka elastyczność w kręgosłupie! Tak mają tylko południowcy, pomyślałem zazdrośnie o tańcach przyjaciela na scenie. W międzyczasie przybiegł do mnie szef ochrony, wystraszony tym, że jakiś drab scenę opanował i co robimy z tej okazji, czy dajemy żółtą kartkę i ostrzeżenie, czy od razu czerwoną z wyprowadzeniem z obiektu i wpierdolem profilaktycznym na zewnątrz. Uspokoiłem go, że to drab od nas i że on może więcej, po czym, bo kawałek miał się ku końcowi, podreptałem na kraj sceny, bo bałem się, żeby ziomek z wyspy jak wulkan gorącej, nie został do końca. I nie został, po „Madrycie” pięknie pożegnał publiczność głębokim ukłonem i poleciał dalej. Niestety nie w tę stronę co potrzeba, bo do baru. Ale to szydło wyszło z wora dopiero po koncercie.

Jedno wydarzenie jeszcze dobrze nie ostygło, a już miałem kolejny meldunek, od Ani D-skiej, że Ptaszydło lecąc, zgubił portfel i że trzeba by to ogłosić ze sceny. Doczekałem więc końca kolejnego utworu, po czym energicznym machaniem rękami wstrzymałem start kolejnego, i poprosiłem wokalistę o ogłoszenie, że Ptak z Kult turystów zgubił portfel. Lider ogłosił i kazał go odnieść w moje ręce, co stało się po upływie kilku minut. Publiczność po raz kolejny okazała się warta swojego zespołu! Klasa sama w sobie.

Jedną z najważniejszych osób, która zagościła tego dnia w Spodku była Doris. Nasza kultowa Wielka Wojowniczka, która pomimo ciężkiej walki z chorobą, musiała postawić pieczęć „zaliczone” i na tej trasie, a dokonała tego w Spodku, tym razem oglądając koncert, w towarzystwie najbliższych znajomych, z pod samej sceny. Jaka radość od niej biła, jaka siła! To dla niej Kult Turyści Dobrej Woli, pod dowództwem Ani D-Skiej, dokonali prawie niemożliwego, poprzez zorganizowanie specjalnego koncertu w Tarnowie, przez co ta trasa wyryła się w moim sercu wielkimi literami i pozostanie na zawsze najwspanialszą trasę ever i forever.

Po wszystkim miałem w głowie tylko jedno. Wiać do domu jak najszybciej. Albo jeszcze szybciej, bo jak Didiego zobaczyłem to wiedziałem, że im szybciej opuścimy siedlisko „szatana”, tym lepiej dla mnie, dla niego i dla Ani oraz moich domowników. Nawet się nie kąpałem. Narzuciłem tylko bluzę i flejtucha, Anię z Boćkiem wysłałem do pokoju Kazimierza, żeby odebrali walizkę, która była wielka jak pół naszej szafy w sypialni, a sam zabrałem wiotkiego w korpusie przyjaciela do samochodu. Ten w swoim zagubieniu wiedział co prawda gdzie jedzie i dlaczego, ale jednocześnie chciał dalej walczyć, żeby po chwili się poddać i usnąć w aucie. Wykorzystałem ten moment na pożegnanie katowickich gości, z ich osobą najważniejszą na czele, czyli z doktorem Lucjuszem.
Po kwadransie rżnęliśmy już na Kraków. Ku odpoczynkowi i ostatniemu koncertowi. Tym razem na swojej ziemi i po raz pierwszy od dziesięciu lat ze mną w roli Kult Ochroniarza a nie współorganizatora. No cóż. Jak się nie ma miedzi, to się w fosie siedzi.
Nieprawdzaż?

14. 22.11.2019 Wrocław

14. 22.11.2019 Wrocław

Tak naprawdę, to powinienem napisać jeszcze jeden rozdział, wcześniejszy. 21.11.2019 XXXXXX, gdzie w miejsce XXXXXX powinienem wstawić jedno z miast Polski południowej. Ale ponieważ było to przedsięwzięcie poza trasowe, trzymane w tak wielkiej tajemnicy, że nawet mnie, kultowego robotnika, kosztowało rozkminienie tej tajemnicy sporo wysiłku intelektualnego, żeby odkryć, co, gdzie i jak, że postanowiłem nie puścić pary spod palcy. Jak zespół zechce, to opowie. Ja, pomimo tego, że byłem, widziałem i nawet piwo wypiłem, zabieram tajemnicę tego wydarzenia do dysku przenośnego.

Wyjazd do Wrocławia planowałem długo i niezwykle starannie. Wszystko zależało od planów Didiego i Ani. I pod nich wszystko planowałem. Kiedy zapadła decyzja i pobycie w Krakowie, wiedziałem, że do Wrocławia pojadę swoim samochodem, popracuję przy sztuce i wrócę z gośćmi do domu. Dzień przed wyjazdem doszedł mi jeszcze jeden pasażer, Esu, czyli Bartosz z Jastrzębia. Nasz Kult Ochroniarz najbardziej pechowy, który dwa lata z rzędu łapał, a podczas łapania odniósł dwie bardzo poważne kontuzje, co wyeliminowało go z przygody życia, ale uprzedzę wypadki, zarzeka się, że za rok powróci i wszystkim nam pokarze, gdzie nieloty zimują.

Czwartek rozpocząłem od powinności robotniczych w teleskopach kropka peel, żeby o godzinie trzynastej z minutami odpalić Turana 1.9 TDI w kolorze srebrnym i ruszyć na zachód. Bartka odebrałem zaraz na początku Katowic i gnaliśmy przed siebie. Szybko ale bezpiecznie. Po drodze sprawdziliśmy jakość żurku w Taurusie, takiej sieci z jedzeniem, która słynie ze znakomitej golonki. Ale golonka przed pracą to nie dla nas zawodowców. W końcu trzeba jakoś wyglądać w jesieni życia, pracując w zespole młodzieżowym na pierwszej linii frontu.

Wszystko szło wspaniale i zgodnie z planem do bramek. I wjazdowych i wyjazdowych, na śląskiej części autostrady A4. Tam zaczęło już korkować się lekko i traciliśmy cenny czas. Zwłaszcza ja, bo chciałem przed pracą poleżeć regeneracyjnie w hotelu. I niewiele brakło, a bym nie poleżał, tylko gnał na złamanie karku na halę, bo korki jakimi powitał nas Wrocław były kosmiczne. Siedem kilometrów pokonaliśmy w minut czterdzieści pięć, co jest wynikiem nienajgorszym, ponieważ turlałem się bocznymi drogami. Do koncertu pozostała godzina, więc się regenerowałem na wszystkie dostępne sposoby. Na łożu, w toalecie, przy TV, z kawą i tabletkami. Więcej się wycisnąć nie dało.

Wychodząc do pracy, spotkałem Kazimierza z kolegami. Darkiem Szurlejem i jeszcze jednym ich przyjacielem, którego imienia zapomniałem. Kazik przekazał mi, że Didi zostanie we Wrocławiu, bo on, wokalista Kultu, ogarnął mu nocleg w hotelu. I dodał, że nie wie czy to dla mnie dobra czy zła wiadomość. Najpierw troszkę się zjeżyłem jak jeż, bo nie po to gnałem furę tyle kilometrów, żeby wracać bez Didiego i Ani. Tym bardziej, że wszystko było na chacie ogarnięte pod ich przyjazd a i ze mną było by łatwiej brata z Teneryfy upilnować od napojów wyskokowych. Ale szybko się zreflektowałem, bo Oficjalna Notoryczna Narzeczona była ciągle chora, ja musiałem pół dnia przepracować i w sumie sumarycznej poskładało się znakomicie. Scedowałem też na Kazimierza pilnowanie kolegi przed wszystkimi złymi alkoholami tego świata. Po czym zapakowałem Arka i Bartosza i ruszyłem na Orbitę.

Na Orbicie, ale nie okołoziemskiej, tylko wrocławskiej, dużej hali sportowej byliśmy migusiem. Bo z hotelu mieliśmy raptem dziesięć minut. Część zespołu już była na miejscu, technika też, więc podyskutowaliśmy troszkę o kwestiach technicznych, zażywając po troszkę tego i owego, czyli tytoniu, herbaty i zimnego obiadu, który mi przypadł w udziale. W międzyczasie dotarli państwo Didostwo, których wprowadziłem od dupy strony, wykorzystując swój dar przekonywania służb ochroniarskich miejscowych do swoich racji. Nastepnie dokonałem zmiany stroju z cywilnego na służbowy i udałem się posłuchać ziomków z Huty, czyli Wu-Hae, którzy jak zwykle, pomimo kolejnej zmiany w składzie, stanęli na wysokości zadania i rozruszali publiczność jak trzeba.

Sam koncert przeminął jakoś tak szybko i sprawnie, że nawet nie wiem kiedy te bite trzy godziny minęły. Ekscesów większych ani mniejszych nie pamiętam, a ludzi trochę latało. Pewnie to spokojne pracowanie wiązało się z solidnością naszej ekipy, którą ponad standard wzmocnili Kozi i Pan Pancerny. Z naszej strony królowała więc pewność, solidność i duża dawka dobrego humoru. Miałem nawet czas na śledzenie wyników ekstraklasy, rozmyślanie o powrocie do domu, i debiucie nowego ochroniarza w Spodku, a mojego przyjaciela, Marka Boćka Bimbra Bobrowskiego, którego powołaliśmy z dyrektorem Piotrkiem, dzień wcześniej, na największy koncert trasy. Wśród publiczności przewijali się, a jakżeby inaczej, Alka I Dowcy, czyli Kult Turyści, którzy rozgrzewali się przed koncertem w Spodku, gdzie co roku następuje ich kumulacja ilościowa i doświadczamy nalotów dywanowych.

Po wszystkim, zapakowałem ekipę do czołgu, tę z którą przybyłem do hali, plus Pancernego i zarządziłem odwrót na pokoje. Kilkadziesiąt metrów od hotelu zatrzymaliśmy pojazd na stacji Orlen w celu uzupełniania zapasów, głównie płynnych. Nawet i ja zakupiłem kilka piw, bo do startu na Kraków pozostały mi cztery i pół godziny. Postanowiłem bowiem ruszyć skoro świt, bo czułem w kościach kilkaset kilo złapanego żywca ludzkiego na koncercie. A i taka pora odjazdu pozwoliła Bartkowi przypomnieć sobie, jak to jest żyć na trasie, i jednocześnie mieć transport do Katowic o „ludzkiej” porze. Esa też to ucieszyło bardzo, i z emocji, przy kupowaniu wódki żołądkowej gorzkiej i hot doga, zrzucił kilka, chyba precyzyjniej dwa, piwa z półki. Żyliśmy więc jak zwykle! Rozrywkowo. Kiedy po chwili doturlał się bus z zespołem, którym powoził Daro, już nie tylko ochroniarz, ale i kierowca zespołowego busa, na stacji tętniło jak w ulu. Jakbym był sprzedawcom, to bym strzelał. Ale ci, których zmiana wypadła przy kultowej stonce, byli dzielni jak mało kto. Ja postanowiłem wiać. Kanapka z jakiem i cztery piwa wiały ze mną. Zapłacone!

W hotelu pomalutku zaczynały się przygotowania do nocnego picia. Wróć. Życia. A moje do kąpania i spania. Kiedy miałem już ściągać koszulkę, coś mnie tchnęło i okazało się, że tchnęło nie bez powodu. Nie było ze mną moich ukochanych trampek asics w kolorze niebieskim, które ukajają moje stopy, co przy cenie siedem stów za parę nie powinno dziwić. Takiej straty bym nie przebolał. Ponieważ uważam się za człowieka ogarniętego, uznałem, że buty zostawiłem w bagażniku. Szybko się ubrałem i ruszyłem na lekkim wścieku ku Turanowi. W bagażniku trampeczek nie było. Tytuł ogarniętego się zdewaluował, i zacząłem myśleć, trzymając w ręce puszkę zimnego, pysznego i jeszcze nie otwartego piwa, które już od pięciu minut miało łechtać moje wnętrzności swoim dobrem. Złapałem najpierw za telefon i wykręciłem do przyjaciela. Był nim Roman oczywiście, bo technika pierwsza na pokładzie i oczywiście ostatnia. Ale oni już wyjechali, w szatni nic nie widzieli i nie pozostało mi nic innego jak ruszyć do Orbity i odzyskać buciki. Gnałem na pamięć, odszukałem szatnię, a w niej, w samym roku pod ławeczką moje szczęście. Wszystko wróciło więc na prawidłowe tory.

Przed hotelem trwało w najlepsze popalanie tytoniu. Didi, Kazik, Darek. Przyłączyłem się na jednego, przypomniałem o wstrzemięźliwości od alkoholu i przygodnego seksu, i po pięciu minutach udałem do swojej kwatery, na której piętrze już było jak w ulu. Chłopcy szukali lokalu, który przyjmie ich w ilości sztuk kilkunastu. Ucieszyli się na mój widok i co poniektórzy zaczęli się pchać na moje salony. Ale Cytryn przytomnie i z wielkim taktem dokonał wyproszenia i ekipa poszła delektować się sobą oraz płynami z procentami. Podobnie zrobiłem ja i po delaktacyjnym opróżnieniu dwóch puszek Tyskiego, dwóch trójkątów kanapki z jajcem, wieczornej prasie, przeglądzie facebooka, zapadłem w półsen.

Koledzy obudzili mnie koło drugiej w nocy. Ale szybko i sprawnie zajęli pozycję „do snu!” i po kolejnych dziesięciu minutach zaczęli chrapać. Pospane, przeszło mi przez myśl, ale niepotrzebnie, bo zapadłem się w sobie. Na kolejne trzydzieści minut, bo Bartek chciał skorzystać z toalety, ale nie mógł do niej trafić, napierając kilkanaście sekund na okno. Pomogłem, podałem poduszkę, bo kolega śpiąc na ziemi nie miał za wygodnie. Znowu odpłynąłem i na dziesięć minut przed pobudką byłem na nogach. Ogarnąłem się sprawnie, zbudziłem jastrzębianina i poszedłem grzać auto. Po drodze spotkałem Kajetana i Morwę, ale oni mnie nie spotkali, bo zajęci byli próbą ulokowania Kajtka u Romana, bo stanowią oni parę hotelową, ale bez karty szanse powodzenia były niewielkie, bo Roman już spał na tyle mocno, że walenia w drzwi nie słyszał.

Bartek zlał w momencie, kiedy ja stałem pod drzwiami do hotelu, do tego pojawił się Morawka, który jak troskliwy ojciec, wszystkiego musiał dopilnować, więc nam pobłogosławił, chwilę się powachał, czy może nie ruszyć z nami nocą na wschód, ale ostatecznie zrezygnował i popędziliśmy sami. Ja za kierownicą, Esu z tyłu, gdzie po kilkunastu sekundach spał na siedząco. Przez to spanie ominęła go jedyna przygoda na wylocie z Wrocławia, gdzie w korku na wylotówce na autostradę, był wypadek i zakorkowało się. Nie wszyscy stojący mieli na tyle cierpliwości, żeby ocenić sytuację prawidłowo, co przyniosło efektowną zawiesinę auta typu Mustang. Bo młodzi chłopcy z Mustanga chcieli już i teraz przeć na przód, więc postanowili zjechać przez trawnik i wysoki krawężnik. I się zawiesili. Nic im nie pomagała. Ani pchanie, ani gazowanie na cały silnik. Gazowanie spowodowało nawet takie zadymienie wnętrza pojazdu, że nawet kierowca musiał wiać. Moja cierpliwośc została nagrodzona i po chwili odnalazłem łagodny przejazd, który otworzył mi drogę do domu.

Bartka wyrzuciłem w Katowicach, koło dworca, a sam ruszyłem z kawą w dłoni i dobra muzyką na pokładzie do naszego gniazdka. Bo tam miała się rozpocząć największa akcja tej trasy. Katowicki Spodek.

13. Poznań 16.11.2019

13. Poznań 16.11.2019

Drogę na Poznań odbywałem w komforcie. Prawie pełnym, bo u szefa Pewusa nie można popijać browarów, których picie podczas podróży sprawia, że droga mija szybko i radośnie, zwłaszcza pracownikom fizycznym o nieokreślonym ilorazie inteligencji, dwa, leciał jazz, którego podstawę, i jednocześnie instrument wiodący stanowiła trąbka. Broń Boże, że ja mam coś do jazzu, trąbki i tym podobnych. Ale chciałem wykorzystać podróż na pisanie, a przy tym popierdywaniu ni jak się nie dało.

Ekipę naszego czołgu stanowili: Janek, Marusia, Grigorij, Tomuś i Hermaszewski. Wróć. To nie ta historia. Przecież jechaliśmy autem, ba, limuzyną, więc i skład był inny. Czyli od przodu: Dyrektor numer jeden, Pewu. Obok niego mękoła, maruda, nudziarz, bajkopisarz i wszędzie wtykający swoje dwanaście groszy matoł, czyli ja. Drugi rząd, trębacz, broń Boże nic do trębaczy nie mam, Kultu, młodziutki Zdun Jan. Po jego prawej Ania, kierowniczka, dyrektorka, sprzedawczyni, jedynego w swoim rodzaju sklepu trasowego Kultu. I na kanapie na samym końcu, w pozycji leżącej transportował się z nami drugi Dyrektor numer jeden, piosenkarz, wokalista, autor tekstów, muzyki, światowej klasy saksofonista, aktor, mąż, ojciec i dziadek, Kazimnierz.

Jakość podróży podniosła się wielce po zmianie rodzaju odtwarzanej muzyki. Co prawda przenieśliśmy się do Maroka, ale dzięki jazgotowi jaki mi zaserwowano, zrozumiałem dlaczego można węże, model kobra, ujarzmić, czyli zaczarować, ogłupić, inaczej mówiąc poddać hipnozie. Sam byłem bliski wicia się po aucie jak węgorz. Uratowały mnie telefony od przyjaciela, jak mogę teraz nazwać nawiązywane z Piotrkiem rozmowy telefoniczne. Po nich wszytko było już tylko lepiej. Muzyka wskoczyła na odpowiednie tory i dojechaliśmy pod poznański hotel szczęśliwi, uśmiechnięci i gotowi do ciężkiej pracy, jaka nas czekała. Aha, najlepiej pisze się przy muzyce reggae, czyli rege.

Poznań. Ojczyzna Kult Turystów z całego świata, ze stolicą w Kultowej, lokalu którego wystrój świadczy o wielkiej miłości i szacunku do zespołu Kazika. Koncerty w tym mieście są też sygnałem dla nas, robotników fizycznych, że lekko nie będzie. W końcu Kultu Turyści uwielbiają latać, a jeśli do tego na koncercie gości ich duże grono, to mają ułatwione startowanie i korzystają z tego bez ograniczeń. W Poznaniu łączą też siły z bywalcami Kultowej, więc odbywają się też naloty dywanowe.

Wyprzedzę teraz chronologię wydarzeń, i w tym miejscu napiszę kilka słów o lotach na poznańskim koncercie.

Najwięcej lata Antonowów, czyli ciężkich i wielkich samolotów transportowych. Szczególnie ten z napisem Kazio na burcie, lata często i jest zawsze przeładowany. Wylądować go musimy zazwyczaj dwuosobowo. Z jednostek niewiele mniejszych latał, skromnie tym razem An Ptak, An Schab, myśliwce Ciesielski, Ciesielska, o której przelotach nad swoim kawałkiem nieba marzy Guma, i inni, których nawet wymieniał nie będę, bo bym do śmierci nie zdarzył. Oraz trafiały się też jednostki noł nejmowe, które otaczaliśmy też należytym wsparciem, jak swoich.

Poznań, to po Warszawie i Katowicach miasto, które gromadzi największą liczbę gości na zapleczu. Z gości tych lider wyłapuje czasem perły i dając im mikrofon, wypuszcza je przed wieprze, jako współwokalistów wybranych przez siebie utworów. W Poznaniu taką perłą jest Jagódka, która w utworze ” Kochaj mnie a będę twoją” wyśpiewuje w refrenach wskazaną partię wokalną.

Ale zanim pojawiła się na deskach scenicznych obok Kazika, przyprawiła co wrażliwszą część naszej bandy, tak, tak, mamy też kilku wrażliwych mężczyzn w grupie, o palpitacje, migotanie komór i skok ciśnienia poza normy dopuszczalne u osób zdrowych. Otóż, podczas próbowania swojej części, Jagódce odebrało głos. Pierwszy o mało co nie wykorkował Guma. Taki wrażliwy! Choć słyszałem też, że mógł wykorkować z innych powodów, a nie z przewrażliwienia, bo dzień wcześniej go podobno poniosło. I tą chwilą chciał zagrać jak wytrawny pokerzysta. Ale ja w to nie wierzę.

Po przepłukaniu gardła wodą niegazowaną, nasza nadzieja polskiej wokalizy, podjęła próbę numer dwa. I znowu sytuacja się powtórzyła. Robiło się niebezpiecznie. Pierwszy spanikowałem ja, i rwąć sobie włosy z głowy, pomimo nakrycia jej czapką, ale w stresie tak bywa, że robimy rzeczy niemożliwe, zacząłem biegać przed sceną, krzyczałem w niebo głosy, ” Zmiana! Zmiana! Guma wchodzisz!”. Bo Guma jest wszechstronny i jeśli nasz gość by nie mógł, Grzenio zamieniłby się w wokalistkę, bo był czas żeby mu brodę zgolić, w sukienkę przebrać i rzucić w paszczę lwom. A on by tym lwom jesień epoki przedlodowcowej zrobił. Z paszczy.

Jagoda na mój atak paniki zareagowała spokojem godnym profesjonalistki i powiedziała, że na koncercie będzie dobrze. Jeszcze profesjonalnej zareagował Grzesio, który zaproponował wokalistce terapię lekami Janka Grudzińskiego, albo jako alternatywę, leczenie w pokoju odosobnień, w którym chciał przeprowadzić jakąś pionierską terapię, o której wstydził się opowiedzieć, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, gość się zawstydził, a ja do dziś nie wiem o co kaman.

Po próbie połączonej z niezłym obiadem, wróciliśmy na pokoje z zespołem, żywo dyskutując o wielu ważnych z naszego punktu widzenia sprawach. Z punktu widzenia lidera, sprawy te były tak mało istotne, że miał nas dość. Ale Jeżyna z pod Cieszyna, powiedział mu żeby zaczął jeździć z zespołem albo bramką, bo go życie ziemskie omija szerokim łukiem. Lider decyzji nie podjął, chyba się wacha.

Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem na miejscu pracy. Akurat skończył grać support, więc nawet nie popatrzyłem co w trawie piszczy. Z gości był Premio Lembio, czy jakoś tak, wokalista i gitarzysta Kabaretu Platforma. Maggie, żona Glaza z córką, i pewnie ktoś od Ghoesa, bo to w końcu na jego terenie odbywały się zawody muzyczne i jako gospodarz, Tomo dostał najwięcej wejściówek. Stan osobowy uzupełniła Kasia, żona Seby, którą widzieć jest mi zawsze niezwykle miło.

Z piętnasto minutowym opóźnieniem ruszyła maszyna po szynach ospale, a na jej czele stało sześciu bramkarzy. Bo ekipę podstawową czteroosobową uzupełnili Pancerny i Kozi. W niektórych miastach zwiększamy stan posiadania naszej siły ognia z czterech osobników do sześciu. Ma to związek z liczbą klienteli, wielkością sali oraz przewidywaną ilością i jakością lataczy.

O tym, kto i jak i pod jaką marką latał, wspomniałem powyżej. Z innych zapamiętanych wydarzeń, na które nie żal mojego i waszego czasu, wspomnę o udanym występie Jagody, potem Gumy, Darka i oczywiście moim, wraz z Księciuniem. Z tym, że teraz już nie będzie tak słodko, że nas dmucha Kołodko, bo skoro dostałem palec, to czas wziąć całą rękę i udoskonalić nasz szoł. Oczywiście nie będziemy po scenie popierdalać jak motorki, nie przebierzemy się za mózgów masturbację, czy Onanów. Na to nie liczcie. Przy Totalnej trzeba się skupić i słuchać uważnie, bo kompilacja i wybór słownictwa jest kierowana dla słuchacza mądrego, oczytanego, i inteligentnego.

Po przeczytaniu tego co napisałem wyżej, oświeciło mnie dlaczego ja z tej piosenki nic nie rozumiem. Nieważne. Przedyskutujemy z Panem Jankiem sprawę i już. Widzę bowiem rezerwy w naszym wykonie i moim rozumieniu tekstu Xsięciunia.

Sporym zaskoczeniem była też niespodziewana i niezapowiadana kontrola płynów, jaką przeprowadził na mnie lider. Otóż pod koniec koncertu podszedłem do krawędzi sceny, żeby sprawdzić w telefonie wynik meczu eliminacyjnego naszej piłkarskiej reprezentacji, i przy okazji uzupełnić płyny. I kiedy piłem, zawisła nade mną postać Kazimierza, która zapytała mnie, co mam w butelce. Zgodnie z prawdą odparłem, że wodę. Na co zdziwiona sylwetka się zdziwiła, skrzywiła i odeszła. A że czasem wiesz jakbym myślał przez ciebie, wysłałem umyślnego w poszukiwaniu coli zero. Bo chyba o to biegało. Test zdałem celująco.

Do hotelu spieszyło się wszystkim. Część mniejsza planowała zajęcia w pokojach, część większa ruszała na podbój Kultowej. Po kwadransie, okąpany, spryskany wodą toaletową z Tenerki, w towarzystwie Cytryna, Darka i Koziego ruszyłem i ja.

Liczba zgromadzonych w średniej wielkości salce, niestety przechodniej, przez którą przebiegał główny szlak komunikacyjny w te i we wte, była jak zawsze ogromna. Kult Turyści znani i nieznani, plus gapie oraz my, małpy z cyrku, stanowiliśmy jedną wielką ludzką masę, w której poruszanie się stanowiło nie lada wyzwanie. Zwłaszcza dla osób o gabarytach rzadko spotykanych. Wysokich, grubych i niegramotnych. Na szczęście z takich ofiar Bożego planu byłem rodzynkiem. Pozostali, ci kompaktowi, żwawi i częściowo podlani, poruszali się zgrabnie i szybko niczym węgorze w akwarium. Dla wieloryba nie było tam miejsca.

Jeśli do tego dodam, że w setliście był Zegarmistrz od purpurowego światła, który nawiązuje do śmierci, i uroniłem z tej okazji łzę do tatusia na koncercie, to może łatwiej będzie wszystkim zrozumieć moją decyzję o szybkiej ewakuacji. To wszystko jest jeszcze za świeże, żeby uśmiech często gościł na mej twarzy. Nie daję jeszcze rady, choć jest dużo lepiej niż kilkanaście dni temu. Między innymi dzięki waszemu, Kultowemu wsparciu. Dziękuję.

Podczas mojego krótkiego pobytu w Kultowej, jeden z Kult Turystów, powiedział mi, w przypływie szczerości, że po obejrzeniu filmu ludzie przestali latać w moim sektorze. Z obawy o swoje życie. Szanuję! I podziwiam oglądanie filmu ze zrozumieniem. Jesteście wielcy.

Po wypiciu dwóch piw postanowiłem pójść spać. Przekazałem Sebie wzrokowo, że idę, głosowo Cytrynowi, że czekam w pokoju i po angielsku, z powodu ludzi masy, opuściłem gościnne mury Kultowej. Chwilę się wahałem, bo z kilkoma osobami chciałem pogadać, ale po otrzymaniu informacji, że wracam z Pawłem Ptasznikiem tym samym pociągiem, relację z tego co chciałem wiedzieć miałem zapewnioną.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zajrzał do pokoju techniki, żeby poduszkę pod głową poprawić, kołdrę na odkryte ciałko naciągnąć, czy w końcu dopić to co nie dopite. I się nie zawiodłem, bo załapałem się na dopijanie. Było fajnie, rodzinnie i przyjacielsko. Do momentu kiedy po pokoju pan Bóg zaczął kule nosić. To był znak z niebios żeby zmówić pacierz i pójść spać.

Spałem snem sprawiedliwego do siódmej. I wiedziałem, że to będzie bardzo dobry dzień, bo z sąsiedniego łoża dochodziło chrapanie Cytryna. Mogliśmy więc w komplecie zbierać się w drogę do domu. Ale najpierw było śniadanie, równie radosne jak nasza trasa.

Konsumowaliśmy w czteroosobowym gronie. My, Wojtek i Piotr dyrektor. Propozycje hotelowej restauracji były smaczne, świeże i dobrze robiły nam na poziom rozmów o życiu. Do chwili pojawienia się Krzysia. Wypatrzyliśmy go jak odprowadzał kogoś do wyjścia. Nie wiem kogo, bo sobie jeszcze okularów, które przepisał mi okulista, nie sprawiłem. Dopiero jak Kris był bliżej, dostrzegłem na jego twarzy szczęście, a w sylwetce wyłapałem niezbyt stabilny krok. Zapraszałem go nawet dość głośno, żeby się do nas dosiadł, ale nie usłyszał bo myślami musiał być w innej rzeczywistości.

Jednak po chwili szedł w naszym kierunku, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę, ale dwa metry przed naszym stołem wrócił do świata realnego. Zapytał czy może się dosiąść, pochylił tors w ukłonie, co spowodowało przechylenie niesionego przez niego talerza, z którego coś mu spadło i potoczyło się pod stolik jakiegoś małżeństwa. Nasz technik położył talerz obok mnie, a sam rzucił się na glebę, w poszukiwaniu części swojego śniadania. Poprzestawiał troszkę gości i szybko powrócił, niosąc w ręce wielką rzodkiew, która wraz z bułką na talerzu była jego śniadaniem. Zatkało nas. Takiej diety jeszcze nie widzieliśmy, i jakby tego było mało, po zjedzeniu połowy rzodkwi, gryzie bułki, najważniejszy posiłek dnia został przez Krzysia zakończony.

Przyjęte kalorie pozwoliły mu księżycowym krokiem przedostać się do holu, i złożyć ciało do snu na znajdującej się tam sofie. Krokomierz wyliczyłby pokonany dystans na około pięć metrów. Nowy dzień wystartował dla Krzysia z kopyta.

Dla nas też, bo siedem minut później pędziliśmy tramwajem na dworzec. A po kolejnych dwudziestu minutach, pociąg wiózł nas do domów. W towarzystwie Pawła Ptaka i towarzyszącej mu Kult Turystki Partycji, którzy tak jak i my marzyli o zasłużonej regeneracji w domowych pieleszach, po niesamowitym tygodniu w kultowych oparach.

Bo ostatnie słowo dopiero przed nami! A do tego potrzeba sił.

11. Warszawa kino Wisła, premiera filmu Kult. 13.11.2019

11. Warszawa kino Wisła, premiera filmu Kult. 13.11.2019

Jest piątek, dwa dni po premierze, która miała miejsce w stolicy. Zaraz ruszamy do Nowej Rudy, po naszemu do Ciemnej Dupy, bo jest daleko i dojazd straszny. Całe szczęście, Jolo jedzie przez Kraków, to mnie i Cytryna zgarnie. Lepiej być nie mogło. Jest więc czas na pisanie i piwo. Małe. Dobra, cztery małe i drugie śniadanie.

Uroczysta premiera filmu dla zespołu i współpracowników, została zaplanowana na środę trzynastego listopada. Dla ludzi pracy sprawa skomplikowana, ale dzięki późnej godzinie, dwudziesta trzydzieści, i szybkiemu transportowi na trasie Kraków Główny – Warszawa Centralna, postanowiłem pojechać. Tym bardziej, że swoją obecność uzależniłem od obecności Didiego, a ten jak na złość dotarł i to z Teneryfy. Nie miałem więc wyjścia.

Liczyłem na towarzystwo kogoś z mojego gospodarstwa domowego na premierze, ale Oficjalna Notoryczna Narzeczona była chora, a syn nie chciał odwoływać korepetycji z majcy. Młody ma w technikum matematykę rozszerzoną i musi zdrowo spinać półkule mózgowe, żeby zdawać do kolejnej klasy.

To pojechałem sam, jedno z zaproszeń oddając Bzykowi, naszemu starmu koledze z Kult Ochrony. Chciałem zabrać na premierę jego żonę, ale Bzyk stanowczo stwierdził, że chyba mnie pogięło. Ale i tak przyszli razem, bo dostali jedno zaproszenie od dyrektora Piotra.

Na premierę ściągnęła śmietanka warszawska i my. Kult załoga. Był Robert Mazurek, Wiesław Weiss, Adaś Toczko, kucharz Karol Okrasa, Paweł Zagumny, Kędzior, Państwo Zacierostwo, Karol z małżonką Madzią, nasi gdańscy przyjaciele, państwo Radzimscy, starzy muzycy Kultu, z Jackiem Szymoniakiem, i inni. Rodziny, znajomi bliscy i dalsi, byle żony, obecne i koleżanki. Byli twórcy filmu z całą ekipą, sponsorzy, patroni. I mama Kazika, której złożyłem pokłon po seansie. Sama śmietana. I ja, nowohucianin od urodzenia. Czułem się jak ryba w nowohuckim zalewie. Pogadałem z Zagumnym, pogroziłem Mazurkowi, który opuścił koncert warszawski, przeszukałem Kędziora, bo bezpieczeństwo przede wszystkim, i po tych wszystkich grzecznościach zasiadłem na sali, cięgle nie mogąc wyjść z podziwu nad elegancją moich kolegów muzyków. I Didiego. Didi przyszedł we fraku, Morwa w garniaku i białej koszuli, Kazik w muszce, reszta w gustownych garniturach i marynarkach.

Film obejrzałem z wypiekami na twarzy. Momentami czułem się jakbym był w pracy i zaraz mnie wciągnie ekran. I jeszcze jedno. Jestem. Jestem w kilku ujęciach, w tym w jednym w żywiole pracy. Niestety, ujęcie to postawiło mnie w strasznym świetle. Opiszę to z pozycji widza.

Otóż mamy taką scenę, jak pracownik kultowej Kult Ochrony łapie klienta przy barierkach. Wszystko idzie nie tak. Lotnik wypada mu z rąk, szczęśliwie lądując pupą na stopniu barierek. Próba postawienia słuchacza do pionu też jest raczej taka nieudolna. Patrząc na to chłodnym okiem, robotnik Kultu to jakiś amator. Mało tego, to ja. I nie ma szans żebym udawał, że to ktoś inny. Biorę więc to na klatę pijąc trzecie piwo, bo do dziś nie mogę dojść do siebie. Moje wyobrażenia o sobie, jako wzorcowi profesjonalizmu legło w gruzach filmu o moich idolach.

Podsumowywując obraz, jestem oczarowany. Ale jako fanatyk mam zaburzony obraz zespołu Kult i wszystkiego co z nim związane. Dlatego sami obejrzyjcie to koniecznie i dzielcie się wrażeniami. Tymi na tak i tymi na nie, bo i takie są.

Po wszystkim był bankiet. Darmowe piwo i wino kusiły bateriami wypełnionych kieliszków i kufli. Mnie nie, bo musiałem wrócić do pracy. Jakbym się zmobilizował i zwiał po angielsku, mogłem jechać tym o dwudziestej trzeciej dziesięć. Tylko że się nie dało, bo za dużo było znajomych, to raz, a dwa Didula ogarnął mi nocleg, albo precyzyjniej pobyty nocny u Morwy. Poza tym mam dożywotni nocleg u państwa Bzyków, koło stacji nc+, tyle że w garderobie i na stojąco. Przy czym biorąc pod uwagę ceny noclegów w stolnicy, mogę śmiało powiedzieć, że złapałem Pana Boga za rogi.

Wybrałem morawcową stancję, o czym on chyba nie do końca wiedział. Za nim do niego dotarliśmy, część ekipy opróżniła małe co nieco z grubszego alko, w czym prym wiedli, mało znani Jeżyna z Cieszyna i jego brat bliźniak, Jarosław po matce Puzon. O jednym brodatym nie wspomnę, bo on ruszył z nami na Morwowisko.

Pierwotny plan zakładał kolację w okolicy kina. Późną kolację. Ale była już pierwsza w nocy i na Żoliborzu szynkarze pozamykali wszystko. W małych zapyziałych miejscowościach jest to standardem. Nie to co u nas w Krakowie. Szybko się więc zorganizowaliśmy, bo zajęło nam to lekko ponad godzinę, i po drugiej w nocy byliśmy na Mokotowie.

Że jest niebanalnie, okazało się po wyjściu brodatego, który jechał już z pod kina do domu swojego, ale nie był w stanie podać swojego adresu, a w międzyczasie do jego taksówki wbił Morowy i zarządził jechać tam, gdzie adres jest znany. Za nimi podążała karawana pozostałych dwóch taksówek, a w jednej z nich ja, Didi i Anula.

Zaparkowaliśmy pod klatką i udaliśmy się do bazy. Poza człowiekiem brodą, który stanął pomiędzy dwoma atutami na parkingu i postanowił oddać mocz. I tyle. Jak już oddał, wlazł za nami do mieszkania i w tym czasie pojawił się sąsiad z pierwszego piętra, z awanturą, że jakiś brodacz uszkodził mu auto. Chciał nawet wzywać policję, a przecież policja to my i mu przeszło. Potem było już spokojnie. Ktoś tańczył, ktoś spijał resztki, ktoś usnął na stole.

O czwartej z minutami pożegnałem gospodarza i gości i udałem się autobusem nocnym na dworzec, a z dworca na kolejny dworzec, z dwugodzinną drzemką w pociągu, po czym przepracowałem godzin dziewięć i nieprzytomny ale szczęśliwy dotarłem do swojego mieszkania. Do swoich ukochanych.

Nie minęła dłuższa chwila, a ja już dojeżdżam z Jolem i Cytrynem do Nowej Rudej. Albo Rudy. Na pierwszy w historii koncert grupy Kult w tym miejscu na pomarańczowej trasie.

A jak się to udało, dowiecie się niebawem. Za dwadzieścia minut będziemy na miejscowej hali OSiRu. Kończę, bo muszę się koncentrować i ustalić strategię na wieczór. Nocleg w SPA zobowiązuje!

Trzymajcie się bracia i siostry! Do następnego napisanego.