18. Szczecin i Gorzów Wielkopolski, czyli Świetlisty Tour po Polsce Północnej. Zachód. Luty 2020.

Z Krakowa do Szczecina jest daleko. Nawet bardzo daleko i wyjazd na jeden koncert w tę część naszego kraju, jawił się jako eskapada skazańców. Na szczęście na kilkanaście dni przed godziną zero doszlusował koncert w Gorzowie Wielkopolskim i lekko nam ulżyło. Przejazd na koniec Polski na dwie sztuki nabrał sensu. Żeby dotrzeć na czas należało wyjechać nie tylko punktualnie, ale też o czasie. A czas wyjazdu ustaliliśmy na godzinę 7:30 spod miejsca, w którym trzymamy sprzęt. Tym razem za załadunek mieli odpowiadać, poza niezbędnym Remikiem, który jest przy pakowaniu i rozpakowywaniu busa, Mareczek, Pan Poeta Marcin oraz ja.

Załadunek wyznaczyliśmy na godzinę 7:10 i dwadzieścia minut miało nam wystarczyć, żeby zrobić to bez napinki, z przysłowiowym palcem w du…, no w nosie. Ale! Kiedy moja Oficjalna Narzeczona podwiozła mnie pod punkt zbiórki, nic nie było tak jak zwykle. Było inaczej, a nad wszystkim unosił się leniwie smród końskiego łajna. Cały obiekt był ogrodzony, a części parkingowe zostały wysypane piaskiem.
– Korona wirus! – zawołała Oficjalna, gdyż od kilku tygodni jest szczerze zafascynowana tym zjawiskiem i nawet z tej okazji mamy w domu schowaną butelkę wódki żołądkowej gorzkiej, za pomocą której mamy się bronić przed złym.
– A dejże spokój. Chyba jakaś impreza się szykuje. Nie dobrze. Będzie kłopot z zabraniem sprzętu. – sprowadziłem ją na ziemię bliższymi mi problemami.
Wyskoczyłem z auta przed szlabanami i popędziłem na miejsce spotkania. Bus już czekał i jak poprawnie założyłem, nie miał dostępu na naszej kanciapy. Mareczek już działał, biegając to tu, to tam, w celu zdobycia pozwolenia na zabranie gratów. A czas biegł jak koń po torze wyścigów konnych, nieubłaganie i strasznie szybko. Wysłałem więc do pozostałych członków trupy Świetliki telefoniczny mesydż, że możemy się spóźnić lekko. Po czym zacząłem działać. W niedalekiej oddali wypatrzyłem dwóch groźnych ochroniarzy, a w bliskiej bliskości, na wysypanej piaskiem części parkingowej, koło naszej bazy, dostrzegłem konia z jeźdźcem na grzbiecie.
Siódma rano, o piątej wstałem, mam jakieś omamy – zawyrokowałem sam do siebie i ruszyłem ku ochroniarzom. W końcu sam hobbystycznie uprawiam od czasu do czasu taki zawód, więc uznałem, że prędzej dogadam się z bramkarzami niż z koniem i jego panem.
– Dzień dobry. Tomek Gomółka, zespół Świetliki – zapytałem jednocześnie wyciągając rękę na powitanie. Taka ochroniarska sztuczka, że jesteśmy z tej samej gliny. – Klamoty chcemy zabrać, a tam jakiś chłop na kuniu popierdala. Hłehłe hłe. Gdzie dowódca?
Po takim wstępie miałem ich kupionych.
– A nie wiem. Ty wiesz? – odpowiedział starszy i wpuścił na minę młodszego, który zrobił wielkie oczy, jakby właśnie się dowiedział, że ma dowódcę.
– Nieee… – rozwlekał, grając na zwłokę. Pewnie był przed poranną kawą.
– Chuj. Nieważne! – użyłem języka starego, doświadczonego ochroniarza, żeby wiedzieli jakie mają szczęście się o mnie otrzeć – To ja wchodzę wpuścić auto, a wy dajcie cynę dowódcy, jak się sprawy mają.
– Okej! – odparli po zagranicznemu i niemal w tym samym czasie, zadowoleni, że wielki ciężar odpowiedzialności ktoś wziął na swoje bary.
Galopem podbiegłem pod bramę, w skład której wchodziły takie lekkie przęsła ogrodzeniowe na kółkach. Niestety spięte trytkami. Rozerwanie nie wchodziło w grę, bo tyle siły to i wiedźmin by nie miał, więc użyłem dostępnych mi mocy i za pomocą zapalniczki trytki poprzepalałem. Następnie machnąłem na konia i jeźdźca, żeby kłusem się stawili koło mnie.
– Panie kolego! – zakrzyknąłem trochę do konia, trochę do chłopaka na jego grzbiecie – Wjeżdżamy tu busem, uważajcie! I żebyś mi się nie spłoszył! – rzekłem, klepiąc szkapę po szyi.
Jeździec pokazał dłonią znak „w porządku” i odszedł tym samym kłusem w kąt parkingu.

Mareczek jak wrócił, to my już byliśmy gotowi do załadunku. Oficjalna próba pozwolenia na wjazd spaliła na panewce, więc ruchy które wykonałem okazały się zbawienne. Po kilkunastu minutach byliśmy załadowani i gotowi do drogi. Z minutowym poślizgiem ruszyliśmy po resztę muzykantów, jedną muzykantkę i realizatora dźwięku, żeby zabrać ich ku przygodzie!

Droga mijała nam niezwykle przyjemnie, pomimo zacinającego deszczu i jeździe pod wiatr. Śniadanie zjedzone na stacji Orlenu wprawiło nas w dobry nastrój, którego nie mogła nawet popsuć pomieszana kolejność wydawanych jajecznic, niedosmażony bekon, czy awaria kosmicznych, takich tych, no, informatorów – komputerków odpowiadających za poprawność zamawianych posiłków. Nic nie mogło nas złamać tego dnia. Nic.
Ale nie mnie.
W trasie otrzymałem informację, że jeden z moich bardzo bliskich znajomych, ba przyjaciel i idol, ciężko zachorował po wizycie u mnie i został zawieszony w pracy. Do samego Szczecina zastanawiałem się, dlaczego tak się stało. Czemu nikt mnie nie uprzedził, że są pewne tematy, których należało z kolegą bezwzględnie unikać. Że nie wszystko co można pić, pić się powinno. Ale mleko się rozlało, znowu to ja zostałem tym złym i nic nie mogło mi już przywrócić naturalnej równowagi wyjazdowej. „Gdybym wiedział to co wiem. Gdybym wiedział to co wiem” kotłuje mi się do dziś. I ciągle w tyle głowy mam, co mogłem zrobić, żeby było dobrze.
Drogę umilały nam filmy, z tym, że problem był z doborem tytułu, który odpowiadałby wszystkim. Większość tytułów na pokładzie była już przez zespół oglądnięta, część pozostała nie znalazła poparcia wszystkich, więc stanęło na serialu „Chyłka”, który miał być złotym środkiem na zabijanie chyłkiem czasu. Serialu kryminalnego i polskiego. Ilość przekleństw jaka w nim padła zaskoczyła nawet mnie – człowieka o ponadprzeciętnej umiejętności używania słów wulgarnych. Ale chyba dobrze, że to zobaczyłem i wysłuchałem, bo taki chlew jaki leciał z telewizorka, powinien wpłynąć na mnie pozytywnie, ponieważ obiecałem sobie szczerą poprawę i ograniczenie wszelkich słów na k. oraz na ja pie. .

Do naszego celu wykonaliśmy jeszcze kilka szybkich postojów i nie było by o czym pisać, gdyby nie to, że u jednego z kolegów, na części podeszwowej jego buta, odkryliśmy kupę. Poruszyło nas to na tyle, że kilkanaście minut analizowaliśmy kto ją wydalił. Człowiek? Pies? Koń? Kosmita? Co innego podpowiadała analiza konsystencji, co innego wskazywał, lekko wyczuwalny smród, a co innego analiza trasy naszego „Kupiarza”. Ponieważ to ja odkryłem to coś, i to ja jako jedyny miałem chusteczki higieniczne, więc w nagrodę mogłem posprzątać. Fajnie jest znać swoje miejsce w szeregu. A mogłem być szanowanym weselnym akordeonistą…

Na dwie godziny przed miejscem naszego koncertowania część grupy posnęła. I była to ta część, która oponowała za oglądaniem serialu kryminalno – erotycznego „Emanuelle” z roku 1974. Pozostali wciągnęli się w wartka akcję i co chwilę słychać było chichot z miejsc zajmowanych przez miłośników kobiecej urody obdartej z tego, z czego można było legalnie kobiety obedrzeć w tych zamierzchłych czasach. Za scenę oskarową serialu uznaliśmy, przez aklamację, przeplatanie sceny kopulacji ładnej pani z brzydkim panem, z ujęciami przedstawiającymi dokładanie węgla do pieca lokomotywy. Nieźle miał ktoś namieszane pod czaszką, ja nie mogę. Po wszystkim, to znaczy po obejrzeniu wszystkiego, okazało się, że intryga była tak poplątana, że całkowicie się w tym wszystkim pogubiliśmy. Całe szczęście byliśmy już na miejscu i nie musieliśmy oglądać tego gniota jeszcze raz.

Miejscówka do grania koncertu była piękna, choć zlokalizowana jakby na uboczu miasta, przy kanale odrzańskim co prawda, ale od strony niczego. Miejsce nazywało się Stara Rzeźnia, a my zagościliśmy w miejscu, a precyzyjniej, w tej części rzeźni, w którym krowy były szczęśliwe. Taką to bowiem informację otrzymaliśmy od organizatora. Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko przejąć to szczęście z panującej aury, w czym wybitnie pomogły nam przepyszny obiad oraz niecała, półlitrowa butelka jakiegoś płynu z ziemniaków, wypita na pięciu. Po takiej ilości mleka z tego nie było, jakby ktoś zapytał.

Swoje stanowisko ułożyłem blisko sali koncertowej, dzięki temu mogłem rzucić się w wir handlu, jednocześnie słuchając koncertu. A w chwilach wolnych kończyłem lekturę Kuby Żulczyka „Czarne słońce”, która mimo chęci spalenia jej po sześćdziesięciu stronach, wessała mnie niczym nienawiść, która zagościła w Gruzie. Koledzy grali, ja się oddawałem lekturze oraz śledzeniu zawodów o mistrzostwo ekstraklasy, od czasu do czasu podglądając czy na scenie wszystko gra. I grało! Pomimo długiej drogi przebytej przez Zespół Brutalnych Doświadczeń. Niezłą rzeźnię mam z nimi. Naprawdę! Niczym szczęśliwe ciele na niedzielę.

Po zakończonej sztuce Naczelny Wokalista, znany też jako Pan Poeta, tradycyjnie dokonał wpisów w zakupionym towarze, następnie popakowaliśmy graty i udaliśmy się do hotelu, ustalając po drodze miejsce spotkania w hotelowym barze, w celu dokonania lekkiej konsumpcji przedsennej, po której zrealizowaniu udaliśmy się na pokoje odespać trudy podróży i pracy w kulturze i sztuce. Czasu mieliśmy na regenerację pod dostatkiem, bo kolejny przelot, do Gorzowa, był krótki i mogliśmy się kisić na pokojach do południa. Ale nie wszyscy. Bo mnie, chłopca ukrytego w ciele modela, oraz pomysłodawcę Pana Doktora, a także operatorkę aparatu, który wkomponowano w telefon Iphone, pannę Zuzannę czekała sesja. A tak na poważnie, to kolega Grzegorz miał wizję, żeby zrobić do najnowszej płyty wkładkę, którą będzie moje zdjęcie w klapkach i szlafroku. Skoro tak, to nie wypadało mi odmówić, tylko zapakować szlafrok do walizki i oddać się pozowaniu. Zanim to nastąpiło, odbyłem poranną rozmowę z jednym znanym wokalistą ze stolicy, który poprosił mnie o pobudkę na galę boksu w niedzielny poranek, kiedy to w telewizji miała lecieć wielka walka wagi ciężkiej Króla Cyganów z Wielkim Murzynem z Alabamy.

Sama sesja przebiegła sprawnie i bezboleśnie. Złapaliśmy kilka znakomitych ujęć, które oddawały w pełni wizję doktora pod tytułem „Zbudź mię zanim pocałujesz”. Efekty wkrótce. Cała zabawa polegała na sfotografowaniu mnie, szlafroka, klapek i kwiatów. Kwiaty pożyczyłem z recepcji hotelu, bo to tam wypatrzyłem przepiękny bukiecik w wazoniku. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym podczas zabawy w modela nie miał przygody. A taką było poruszanie się windą bez karty. Bo żeby jeździć gdzie się chce, to trzeba było mieć przy sobie kartę wejściową do pokoju. A tej nie zabrałem i zamiast na drugim piętrze, wywiozło mnie na parter. Zdziwienie jakie zapanowało na recepcji i w holu hotelu, było zaskakujące. Ludzie z twarzy wyglądali na takich, którzy zobaczyli przerośniętego chłopa pod pięćdziesiątkę w szlafroku, klapkach, skarpetach z kwiatkiem w ręce. Niesamowite. Ja tam nic niesamowitego nie zobaczyłem. Obiegłem więc kłusem, który podejrzałem u koni jak wyjeżdżaliśmy, wzdłuż recepcji, ku najbliższym schodom, po których wgramoliłem się, jak na siebie i swój strój, błyskawicznie, żeby klatką schodową dostać się na piętro drugie, na którym czekali moi foto towarzysze. Ale po otwarciu drzwi okazało się, że zamiast klatki schodowej wparowałem na salę konferencyjną, gdzie odbywał się jakiś zlot kobiet w wieku średnim. Tym razem ja zdziwiłem się pierwszy, bo pomyślałem sobie, że na klatce schodowej jest jakieś magiczne spotkanie. I zwiałem. W podskokach, schodami w dół, wzdłuż recepcji, do windy. W niej, po raz kolejny przypomniałem sobie, że przecież nie mam karty i muszę szukać schodów. Pokłusowałem znowu ku recepcji i ze łzami w oczach zapytałem się, gdzie jest jakaś klatka schodowa prowadząca na drugie piętro. Pani pokazał mi ręką kierunek, patrząc z opadem szczęki na moją postać. Pokierowany odpowiednio zwiałem, tym razem galopem i po dotarciu na poszukiwany poziom hotelu, oznajmiłem swoim towarzyszom, że na dziś mam już dosyć.

W samo południe wyruszyliśmy dalej, żeby po godzinie z niewielkim okładem dotrzeć na miejsce noclegu. Zostaliśmy zakwaterowani w magicznym miejscu, jakim jawił się hotelik przy gorzowskim amfiteatrze. Pokoje mieliśmy ogromne, bez okien, które jak nie były sypialniami, stanowiły garderoby dla wielkich gwiazd z gminy, województwa, a pewnie i kraju. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na miasto, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo miałem ochotę na małe piwo, może nawet dwa. Niestety lokal w którym wylądowaliśmy okazał się wziętą, miejscową cukiernią. Z zespołem nomen omen rockowym, w takim miejscu to mnie jeszcze nie widzieli. Pobraliśmy wszyscy ciastek, torcików i kaw. Szybko skonsumowałem swoje specjały, po których ochota na piwo mi nie minęła. Udałem się więc do miejscowej Żabki i jednak postawiłem na swoim. Mało tego, nawet jedno piwo wypiłem przed wyjazdem na koncert, a drugie przywiozłem do domu. Niesamowite, prawda?

Miejscowy dom kultury, żywcem wyjęty z połowy lat osiemdziesiątych, zlokalizowany w miejscu gdzie zawracają kruki i wrony, a przebiegające obok tory sprawiają wrażenie jakby zaraz do domu kultury miał wjechać pociąg towarowy z węglem z Rosji, tworzył iluzję magii i powrotu do przeszłości. Ale jak wszyscy dobrze wiemy, nie miejsce a człowiek i odpowiednie środki tworzą to prawdziwe coś. Miejscowi byli bardzo mili i przyjaźni, więc skoczyłem po brakujący element tej układanki i zakupiłem dwie, półlitrowe, butelki wódki, którymi mieliśmy wznieść toast za pomyślność koncertu, udany koncert, a to co zostanie wypić na lepszy sen. I to był strzał w jedenastkę.

Pierwszy i jedyny, bo na chwilę przed koncertem w depresję zaczął popadać wokalista. Może to z powodu kłopotów po obiedzie? A i tak wybrał nieźle, bo rosół z boczniaków był znakomity. Co prawda dorsz pod pierzynką brzmiał ryzykownie, ale wyglądał nieźle. W przeciwieństwie do ryzyka jakie ja podjąłem, zamawiając arabski specjał, którego prawie nie tknąłem, z powodu braku mięsa mielonego, o którym wspominano na ulotce opisującej moje jedzenie. Sam placek mączny z pieca nie przekonał mnie do siebie i obiadu nie zjadłem. Najlepiej trafili ci z zespołu, którzy postawili na pizzę. Poza Panem Doktorem, którego pizza miała nietrafione składniki. Ni jak nie zgadzały się one z tym co sobie wymarzył. Ten wyjazd był dla naszego basisty kulinarnie nie trafiony. A to obsuwa czasowa przy śniadaniu, a to pizza nie z tym, z czym sobie zamówił. No cóż, życie.
Na kwadrans przed godziną zero, poza nami, obsługą i rodziną Mareczka, nie było nikogo. A biletów w przedsprzedaży trochę wyszło. Niepotrzebnie się martwiliśmy. Wszyscy zainteresowani dotarli do godziny 19.10, w liczbie, która przy ilości koncertów odbywających się tego dnia na mieście, była zadowalająca, plus kilka osób które stanowiły jakoby premię za nasze przybycie. Dalej już leciało wszystko według szablonu: udany koncert, zadowalająca sprzedaż odzieżowo-książkowo-koszulkowo-płytowa, wsparta autografami Pana Wokalisty, pakowanie i po korekcie planów po koncertowych, które jeszcze rano miały nas zaprowadzić do czeskiego miejscowego pubu, ruszyliśmy na pokoje. W końcu cały hotel był tylko dla nas. I nikogo innego. Z drugiej strony, chcieliśmy wyjechać skoro świt, więc balety na mieście nie chodziły w grę.

Po dotarciu na miejsce wybraliśmy pokój z najlepiej działającym odbiornikiem tv, jako miejsce zespołowej schadzki. Tam, przy małym, baaa, bardzo małym co nieco, oddaliśmy się we władanie jakiemuś programowi telewizyjnemu, w którym ludzie mieli prezentować swoje umiejętności wokalne, przed znanymi autorytetami krajowej sceny muzycznej. Nawet niektóre autorytety rozpoznaliśmy z twarzy, niekoniecznie z ich dokonań muzycznych, które odkrywaliśmy z youtube podczas reklam. Nie były to dokonania rzucające na ryj, ale położyliśmy to na karb odsłuchu z telefonu i na słowo uwierzyliśmy, że oglądamy gwiazdy. I amatorów z talentem, bo za takiego, według gwiazd miał uchodzić jakiś młody kastrat o dziewczęcym głosie. I po nim wszystko się skończyło. Nawet skromna buteleczka napoju ziemniaczanego. Ale wtedy świat zawirował, Pan Poeta poleciał po kanałach jakby czytał Wiersze Wisławy noblistki ze Szymborga, szczęka mu opadła i rzekł:
– To jest to! Dzieci kukurydzy. Horror. Ale będą jaja! Oglądamy!

I były. Kukurydza robiła co chciała. Wycinała w pień ludność miejscowej wsi, a jedynymi których nie tykała, była grupa dzieci, która z tą kukurydzą kolaborowała. W połowie filmu przypomniałem sobie, że ja tę kupę już widziałem, a poza tym ma rano wstać na walkę bokserską o mistrzostwo świata i do tego obudzić znanego warszawskiego wokalistę, znawcę i miłośnika boksu. Leżąc w łóżku, które wyskoczyło ze ściany wcześniejszej garderoby, zamieniając ją magicznie w sypialnię, sprawdziłem godzinę walki głównej, nastawiłem zegarek na piątą rano i poszedłem spać.

O czwartej obudził mnie sms od Oficjalnej, że w Krakowie wieje, a ona nie może z tego powodu spać, i że jakbym był, to by pewnie mogła. To ją uspokoiłem, żeby się przełamała i spała pomimo braku swojego wiedźminka, poleżałem do pół do piątej i z tego leżenia zgłodniałem. Polazłem więc w okolice wejścia do hotelu, bo tam miałem wifi, odpaliłem kompa, złapałem TVP Sport i po sprawdzeniu poprawności odbioru polazłem do kuchni zrobić sobie kawę i obfite śniadanie. Tuż przed walką obudziłem telefonicznie kolegę ze stolicy, pożegnałem klawisza Michałka, który miał pociąg do Gdańska o siódmej i czekałem zrelaksowany na walkę wieczoru. I kiedy już miała się rozpoczynać, przyszedł Pan Poeta i powiedział, że już nie śpi i żebyśmy poszukali kanału z boksem na telewizorze w jego pokoju. Znaleźliśmy po chwili szukania i mogliśmy się przenieść na najbliższą godzinę do Las Vegas w Kalifornii. Tak też uczyniliśmy, patrząc z opadającą coraz bardziej szczęką na wychodzących bokserów, którzy prezentowali się podczas tego wyjścia prześmiesznie. Dwa korona wirusy, biały i czarny. Przy czym prawda o tym, że czarny jest czarny wyszła na jaw jak zrzucił przebranie kosmity w ringu. Co oni palą jak to wymyślają? Do dziś nie ustaliliśmy.

Sama walka była prawdziwą arią na cztery rękawice. Przez pierwszych kilkadziesiąt sekund dostrzegliśmy przewagę po stronie boksera o murzyńskich korzeniach. Miał w oczach kurwiki, napakowane muskułami ciało i tańczył w ringu jak Romek Kostrzewski z Kata na scenie. Sytuacja uległa zmianie w połowie pierwszej odsłony. Murzyn posmutniał, król cyganów, który wcześniejszym wyrazem twarzy wszystkich ocyganił, zmienił mimikę na „ja cię zaraz dopadnę i ci dodupcę”, po czym zaczął zdecydowanie przeważać. Przeważał już do końca meczu, tłukąc byłego mistrza na kwaśne jabłko, że aż mu krew uszami poszła. W siódmej rundzie było po wszystkim. Ręcznik na ringu uratował czarnoskórego zawodnika od bolesnego nokautu, a cyganom świata ogłosił, że teraz Cygany Pany, ajeja eja o!

Równo z werdyktem powstała świetlista kapela, żeby zbierać się do powrotu na rodziny łono. Po szybkim śniadaniu, siedzieliśmy wygodnie w busie i popędzaliśmy Remika do odważnej jazdy, na którą liczyliśmy na pustej drodze szybkiego ruchu. Remik gnał ile fabryka dała, tracąc co godzinę tylko kwadrans w stosunku do tego, co wyliczał gogle maps. Czyli było nieźle. Żeby strat nie powiększać, ograniczyliśmy postoje do minimum. Drogę urozmaicał nam, puszczony w ramach pokuty, przepiękny przez pierwsze siedem minut, film o świętym Ignacym Lojoli. Było to chyba odczynianie audio-wizualnej części pojazdu z wcześniejszego erotyka. Tak bywa, kiedy pod jednym dachem zderzą się ludzie o mocnych charakterach.
Kiedy Ignacy zrobił swoje, zaproponowałem nieśmiało, żebyśmy wreszcie odsłuchali najnowsze dzieło zespołu, bo mieliśmy to zrobić od czterdziestu godzin. Czas leciał nieubłaganie, a to co miało być priorytetem, było odsuwane w czasie. A ten się kończył. Moja propozycja została zaakceptowana. Po każdym kawałku następowała krótka dyskusja co się podoba a co nie w prezentowanych utworach. Najbardziej konkretny był Pan Wokalista, orzekając innym co kawałek:
– Może być. Następny.
I wszystko było pięknie, do utworu numer ileś tam. Co prawda już drzemałem, bo wczesne wstawanie wychodziło mi bokiem, a i niezwykle spokojne utwory zabierały moją świadomość w objęcie Morfeusza. Wtedy doszło do zderzenia dwóch gór lodowych, dwóch głównych postaci odpowiadających za ostateczny obraz dźwiękowy płyty.
– Ale nie będziesz mnie namawiał, żebym powiedział, że to co mi się podoba to mi się nie podoba!
– Ale posłuchaj tego. Te fleciki to straszna kupa.
– Dobrze. Wytniemy. Ale nie mów mi co ma mi się podobać!
– Przecież nie mówię. Ale…

Piękna to była potyczka o ostateczny kształt utworu. Żeby zobrazować poetyckość tego dialogu, usunąłem wszystkie kurwy i inne wyrazy nie licujące z potęgą sporu. I skróciłem to dziesięciominutowe spieranie się do trzech linijek. Kto ma rację? Na czyim stanie? Dowiecie się Państwo lada chwila. I to Wy ocenicie to, co po kilku latach milczenia wyszło z zespołu. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik, nowe niedługo będzie się kręcić!
Do zobaczenia w Krakowie! 29.03.2020 w klubie Kwadrat, na premierze nowej płyty. Pa!

Ps. Aha. Dojechaliśmy w dobrym czasie, pomimo fatalnej pogody i wiatru w plecy. Jak to niestety często się zdarza pielgrzymom kultury i sztuki.

17. Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

To, żeby wybrać się ze Świetlikami aż nad morze, wyszło samo z siebie. Albo inaczej, było pokłosiem naszych wcześniejszych spotkań i wzajemnego zaakceptowania. W pewnym momencie swojego żywota, poza byciem fanem grupy, zostałem niespodziewanie ich sklepikarzem.

Doszło do tego zupełnie przypadkowo, podczas koncertu w Pięknym Psie, jeszcze na Bożego Ciała 8. Zakolegowany wcześniej z Panem Poetą, wydawałem się więc odpowiedzialnym oraz odpowiednim kandydatem na obsługę świetlistego stoiska.

W Psie poszło mi nad wyraz dobrze, a i sprzęt pomogłem zapakować do busa, więc kandydatura sklepikarza – fizycznego została mi zaproponowana – jak tylko będę chciał i kiedy będę chciał.

To był początek roku 2019, a pod koniec tegoż roku znowu stanąłem „za ladą” w krakowskim Zaścianku, a dzień później w tyskim klubie jakimś tam. Sklep rozbuchałem do maksimum, dając ludowi poezję, muzykę i odzienie. A wszystkiego miałem w ilościach pchających mnie w dalszą współpracę. A ta układała się znakomicie bo „nieprzysiadalny” poeta zrobił się u mojego boku poetą „przysiadalnym” i zakupy okraszał wpisami, podpisami a nawet rysunkami, co podnosiło naszą sprzedaż na zadowalający mnie poziom.

Z początkiem roku 2020 wypadł nam wyjazd za miasto. Do Gdańska oraz Łodzi. Nie zastanawiałem się długo, bo przebywanie z ludźmi kultury zawsze mną kręciło, a jeśli ci od kultury jeszcze są w piątce twoich ulubionych zespołów, to nie można nie skorzystać z okazji, żeby ruszyć z nimi w świat. Pomiędzy koncertami dostałem też zadanie zmobilizowania wokalisty do wytężonej pracy nad płytą i po kilkutygodniowych podchodach mogłem zameldować światu, że i to zadanie udało się wykonać.

Wyprawę nad Bałtyk rozpoczęliśmy wcześnie rano, odbierając sprzęt z zespołowej próbowni w ostatniej chwili, która miała nastąpić o godzinie ósmej, bo wtedy teren z którego startowaliśmy opanowywała cesarzowa fitnessu, jej chudość Chodakowska. Z bazy wyruszyłem, patrząc od przodu busa, z kierowcą Remikiem, doktorem Grzegorzem, Tomkiem, psem na VAT i poprawnie zapłacony podatek, Zuzką która na koncertach skrzypi pięknie, Jackiem „Pistoletem” akustykiem. Usiadłem w ostatnim, pustym jeszcze rzędzie, zajmując, zgodnie z arkanami kultury najdalsze miejsce. Niestety, nie trafiłem z wyborem i kiedy poeto – wokalista wsiadł, zrobił wielkie oczy, jak rozpruwana strzyga i powiedział:

– Eno. Siedzisz na moim.

Gorszego wejścia w busa nie mogłem sobie wymarzyć.
„Gdyby wszystko było inaczej, gdyby było odwrotnie, mógłbyś siedzieć, tak jak ja teraz siedzę, mógłbyś siedzieć przy oknie” – przebiegły mi przez głowę słowa piosenki Kultu, przez plecy przeleciały krople zimnego, wielkiego potu a przez myśl, że to już koniec. Na samym początku. Bo za takie coś, to nawet Banana z Kultu wywalili.

– Przepraszam. Już się przesiadam. – zaskomlałem chcąc dostać szansę na poprawę.

– A siedź se. Stąd będę miał bliżej na fajkę jak staniemy. – przyszły noblista pokazał swoją klasę, choć nie wierszem.

Ostatni wsiadł Marek od hałasu czynionego perkusją i ruszyliśmy z kopyta. Do drugiej stacji Orlenu na płatnym odcinku Kraków – Katowice, gdzie dokonaliśmy śniadania, uzupełniliśmy płyny i odbyliśmy pierwsze zebranie, na którym doktora od basu, i nie tylko, wyprowadziliśmy z równowagi, podając nazwiska proponowanych recenzentów nowej płyty Świetlików. Doktor dostał szału i nas poustawiał po kątach, pokazując swój samczo – alfi charakter. Mareczek się zjeżył, obszczekał samca alfa, a ja z poetą, jak kundle, opuściliśmy nisko głowy, chichrając się do podłogi. Reszty chyba zebranie nie obeszło jakoś wielce.

Kolejne kilometry zjadaliśmy przy fantastycznym kinie akcji, gdzie główny aktor o ciemnej karnacji, czyli murzyn, grał siebie oraz swojego syna. Ich walka wręcz na motocyklach terenowych przejdzie do annałów moich filmowych wspomnień z szufladki „nie do odzobaczenia”. Ponieważ od środy atakowała mnie grypa, emocje filmowe na pokładzie busa rozchwiały mi umysł, a dwa wypite ukradkiem piwa rozleniwiły mocno, końcówkę przespałem. Na szczęście po obudzeniu się przekazano mi informację uzupełniającą, że dobro jak zwykle wygrało ze złem i od razu poczułem się lepiej. Tym bardziej, że kolejną propozycją filmową miał być wiedźmin.

Ale kiedy zobaczyłem rozpiskę odcinków na ekranie pokładowego odbiornika TV, a przy nich napis The Witcher, to mi się przykro zrobiło, bo chciałem Wiedźmina a nie Wiczera. Jednak kiedy tylko film ruszył, okazało się, że Wiczer to jednak Wiedźmin i mogłem zanurzyć się w fajnym serialu. Zanurzyliśmy się zresztą wszyscy, jak czas pokaże, przez calutką trasę.

Oglądanie filmu po raz kolejny, do tego w miłym, kilkuosobowym gronie powoduje, że odkrywasz na nowo widziane wcześniej postaci, dostrzegasz wyraziściej szczegóły, które za pierwszym razem przeoczyłeś i inne takie tam. Zanim dojechaliśmy do Gdańska, Jacek przekonał nas do głębszej analizy postaci Myszowora, którego tydzień wcześniej zignorowałem jak amator. Dzięki temu Myszowór stanął na podium naj naj fajowszych postaci z serialu Wiedźmin, obok Geralcika i Yenuni. Zaraz za nimi byli Jeż, strzyga i znienawidzony i opluwany przez wszystkich Szczurołap, którego brzydota i charakter nas mierziły okrutnie i nie został fajowy tylko głupi.

I w taki sposób minęła nam podróż do Trójmiasta. Połowa serialu była za nami, a przed nami już tylko robota. Powitani przez Bronkosława od Karrota, połapaliśmy swoje obowiązki i na kilka chwil przed sztuką oddaliśmy się smakowaniu dwudziestojedno letniej whisky, której spożywania uczył nas patolog. Czy patomorfolog? Następnym razem sprawdzę, jak to jest naprawdę. Po wypiciu połowy trunków postanowiłem wspólnie z organem skarbowym odciąć zespół od alkoholu i dokonaliśmy ukrycia procentów pod wersalką. Jak dzieci…

Klub mnie urzekł klimatem, gabarytami i nowoczesnością. Od samego początku przy moim stoisku trwał wzmożony ruch, kieszenie wypełniały się banknotami, a z pudeł ubywało. Na koncert dojechali moi znajomi z Trójmiasta, Marta, która po usłyszeniu pierwszych dźwięków oddała się słuchaniu moich kolegów muzyków, oraz Karol i Maciek, którzy nieodstępowali mnie na krok. Na butelkę, na fajkę. I czas płynął jak Wisła do morza. Bajkowo.

Do połowy koncertu. Kiedy to do Karola podszedł gość, że coś mu nie pasuje. Więc Karol go obśmiał i przekierował do mnie. Do kierownika sklepu.

– Słucham kolegi. W czym rzecz? – zapytałem poetyckim językiem, do czego obligowało mnie reprezentowanie zespołu z którym przybyłem.

– Szanowny panie. Chciałem dokonać zwrotu książki, gdyż propagowane ze sceny treści kłócą się z moim światopoglądem oraz spojrzeniem na życie. – wypalił równie poetycko młody, może dwudziestopięcioletni klient przebrany za inteligenta.

„Że co kurwa?” – już niepoetycko przelała mi się przez głowę myśl, bo myślałem, że kogoś lekko chyba pojebało, ale udając przejęcie spuściłem wzrok niczym pensjonariuszka dziewczęcego gimnazjum prowadzonego przez siostry zakonne bose i widząc, że poezja jest jeszcze nie rozpakowana, postanowiłem szybko zamknąć temat zwrotu. Ale on był szybszy.

– To co? – wybudził mnie z letargu.- Odda mi pan pieniądze.

– Ależ oczywiście! Sklep nie odpowiada za treści które padają ze sceny. Ale skoro pana coś ukłuło w samo serduszko, a książka jest nie rozpakowana, reklamacja zostaje uznana a zwrot trzech dych niech się dokona.

– Dziękuję. – odparł klient.

– Żegnam! – odparłem ja przekazując banknoty.

„ Co oni tam wygadują?” pomyślałem, czując w kościach, że niedługo stanę się nie tylko sklepikarzem ale i ochroniarzem trupy. Jednak dalszych lamentów reklamacyjnych ze strony klientów nie było i mogłem się piwem lanym oraz czerwonym Marllboro z miękkiej paczki uspokoić.

Nie na długo. Kolejny był chyba samobójca. Ale kupił i tym ukoił moje skołatane sumienie. A było to jakoś tak:

Od dobrej pół godziny kręcił się przed moim stoiskiem, elegancko ubrany, w marynarkę i kapelusz, pan w wieku średnim. A to wlazł na salę posłuchać zespołu, a to przeparadował mi przed ladą, nerwowo rzucając spojrzeniem na moje fanty, i tak kilkanaście razy. Oceniłem go jako osobowość o wysokim stopniu niezdecydowania, kiedy w końcu usłyszałem jak mówi do moich pleców:

– Przepraszam pana serdecznie. Mogę przeszkodzić?

– Oczywiście. W czym mogę służyć! – wypaliłem ładnie, bo jako sprzedawca wierszy pisanych i śpiewanych musiałem wypalać ładnie. Choć mając też w asortymencie koszulki z gołą babą, mogłem być tez chamem. Ale nie chciałem.

– Drogi panie, poszukuję takiej płyty, grającego tutaj zespołu, po przesłuchaniu której będę mógł popełnić samobójstwo!

– Że jak kurwa???!!! – szepnąłem sam do siebie, dając sobie czas na analizę posiadanej muzyki, żeby doradzić profesjonalnie, i odpowiedziałem, już po nowohucku – Sromotę se pan weź.

– A ile taka płyta kosztuje? – zapytał, jakby przed śmiercią samobójczą miało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

– No pięć dych. Ale to dwie płyty. – odparłem, nie wychodząc ze zdziwienia, które mną szarpało.

– Tylko po co mi dwie płyty, skoro po przesłuchaniu pierwszej się zabiję? – to chyba była próba targowania.

– Bo może – tu zbudził się we mnie terapeuta, pies na samobójców – po przesłuchaniu pierwszej, stwierdzi pan, że zanim skończy ze sobą, to jednak posłucha też drugiej płyty?

– No nie wiem. Plan jest na śmierć po przesłuchaniu jednej. Druga może to zaburzyć albo wręcz odłożyć w czasie niepotrzebnie.

– No to nie wiem. Pinć dych. Taniej nie będzie. – skończyłem dywagacje, zapominając nawet o ty, że album jest trzypłytowy. W sprawach życia i śmierci takie szczegóły schodzą u mnie na plan dalszy.

Desperat kupił proponowaną płytę i śmiejąc się radośnie odstąpił od mojego miejsca pracy, zostawiając mnie nad rozmyślaniem o psychicznych problemach tych znad morza i tych z gór.

Sklep na koncert w Gdańsku został doposażony w rarytasy. Tak nazwałem to, co przywlekł po przeszukaniu piwnicy nasz gitarzysta. Żona kazała mu wyrzucić koszulki na śmietnik, a on dołożył mi je do sklepu i postanowiliśmy te rarytasy opędzić na stawce dwukrotnie przebijającej to, co do tej pory miałem. Mieliśmy nawet koszulkę Pudelsów, matulu miła. Dzięki Tomusiowi mój sklep stał się straganem. Ale…

Koszulki z wielką gołą panią wyszły wszystkie dwie. Pierwszą zakupił chłopak z Pisza na Mazurach, który od dziesięciu lat tyrał na wyspach brytyjskich, a na koncert specjalnie stamtąd przyleciał. A ponieważ uważał się za fanatyka, pomstując na cenę i na mnie, koszulkę kupił. A jak mu jeszcze powiedziałem, że Pan Poeta po koncercie zakupy podpisze, a i inni członkowie naszej trupy może też, to stwierdził, że mnie chyba pojebało, bo oni nigdy nie podpisują.

– Nigdy, to było jak mnie nie było. – odparłem koledze, kładąc na karb swój wiedźmiński honor o wiarę w trupę świetlistą.

I stało się. Zaraz po skończeniu spektaklu muzyczno – papierosiano – poetyckiego, zespół stawił się w okolicach sklepu i oddał się we władanie rozanielonej publiczności.

Po wszystkim miałem już dość wrażeń, ale postanowiłem z Karolem i Maćkiem podjechać na małe piwo do jakiejś wybornej piwiarni. Po zapakowaniu w busa i przeliczeniu zespołu, oraz ustaleniu gdzie mam nocować, udałem się na miasto. Lokal w którym wylądowaliśmy serwował piwo znakomite, choć swoją przytulnością przypominał mi lokale szóstej kategorii na Kazimierzu. Klimat jednak miał fajny, z głośników leciała dobra muzyka, a towarzystwo moje było z najwyższej nadmorskiej półki.

Około godziny drugiej, umęczon jak Poncek Piłat, wylądowałem w swoim jednoosobowym pokoju z mocnym postanowieniem wyspania się za cały dotychczasowy trud i kierat w jaki się wpędziłem po śmierci mojego taty ukochanego. Ułatwić mi to miały późny wyjazd, ustalony na godzinę 10.45 oraz podawane do 11.00 śniadanie.

Ale wyszło jak wyszło. Wstałem o siódmej i targany wyrzutami sumienia, że będąc kilka kilometrów od piaszczystej plaży z lenistwa mógłbym jej nie zobaczyć, zerwałem się na wczesne śniadanie, po którym ruszyłem miejscowym tramwajem do Jelitkowa. Żeby połazić po piachu i poczuć smagnięcie bryzy na swojej twarzy. Wszystko ogarnąłem w półtorej godziny i spełniony udałem się na miejsce odjazdu. Zdążyłem jeszcze wysłać wiadomość do Kazika, że mógłbym mieszkać w takim Jelitkowie, bo kiedyś dyskutowaliśmy o tym gdzie, poza domem, moglibyśmy zamieszkać. Więc napiszę, że w Jelitkowie obok pętli mogę.

Nasz busik był zaparkowany naprzeciw rzędu starych garaży. Takich z lat siedemdziesiątych, krytych papą i zamykanych na grube, zardzewiały kłódki. Co mogły kryć ich wnętrza nawet nie byłem sobie w stanie wyobrazić, kiedy nagle, dziarskim krokiem do garażu naprzeciw naszego busa podszedł stary staruszek. Stary i schorowany. Miał takiego parkinsona, że trząsł się jak galareta bez odpowiedniej ilości żelatyny albo piersi Pameli Anderson biegnącej po plaży i plaskającej swoimi cycami, plask, plask, na lewo i prawo.

Kiedy po kilku minutach walki z kłódką, wielką jak pół mojego plecaka, otworzył drzwi swojego garażu i po dokonaniu tego czynu, wtarabanił się do samochodu osobowego, zamarłem z wrażenia. I kiedy odpalił auto, to i z przerażenia. Bo nasz pojazd był w pobliżu i mogło mu grozić coś niedobrego.

Ale dziadzio, nad podziw sprawnie wyjechał z ciasnego garażu, pociągając za sobą jedynie starą łopatę i grabie, które przy okazji przywaliły w bok auta, potem w podwozie, a potem rozjechane stanęły dęba i upadły. Ocipłem na ten widok, a żar z palonego papierosa oparzył mi opuszki palców i dobrze zrobił, bo myślałem że śnię.

Poprosiłem naszego kierowcę Remika, żeby czem prędzej przestawił auto, a sam ruszyłem na pomoc grabiom i łopacie, stawiając je na baczność w garażu. Pan galareta był zaskoczony moją grzecznością, wypadek zwalił na karb zbyt blisko zaparkowanego busa, pozwolił mi zamknąć wrota i powiedział:

– A bo ja to jestem nie stąd.

– A skąd?

– Z Lublina. Bo ja panie, to jak ruscy weszli do nas w czterdziestym czwartym, to złapałem za broń i po lasach się z nimi goniłem. I jak mnie złapali, to za karę zesłali tu, nad morze, do roboty w pegeerze. Za karę! Było ciężko. Bardzo ciężko. Ale jak już swoje odrobiłem, to i zostałem. Na zawsze.

– O rany! Z Lublina! Nasz kolega też jest z Lublina. Ale pan przeszedł w życiu. Ja nie mogę. A jeździć się pan nie boi? – zagaiłem patrząc jak dziadziunio wtacza się do auta będąc, tak jakby, non stop pod działaniem prądu o bardzo wysokim napięciu. Prądu który skutecznie pobudza galaretę.

– A czego mam się bać? Jak mnie tylko dziady nie zastawią i sobie nakręcę, to już dalej idzie!

– Cudownie! To z Bogiem. Do widzenia. – pożegnałem nowego znajomego i pobiegłem do naszego busa, żeby poprosić Remika o szybką ucieczkę, bo jestem człowiekiem małej wiary w kierowców mających już swoje lata i choroby na karku. Zwłaszcza te widoczne.

Przelot na trasie Gdańsk – Łódź upływała nam z oczami wlepionymi w przygody Geralta z Rivii. W pewnym momencie Pan Poeta Wokalista, zaczął łapać się za głowę i mówić:

– Niemożliwe! To jest niemożliwe!

– Marcin spokojnie. – zwróciłem się do starszego kolegi – Musisz w to uwierzyć. Ta historia jest oparta na faktach. Po-wa-żnie!

Nie wiem czy go przekonałem, czy też nie, ale jak tylko strzyga rozłupała czarodziejowi-dupie korpus, a jego flaki wypłynęły na zamkową posadzkę, poczułem głód. Nie tylko ja. Wszyscy. Dlatego zarządziliśmy popas na najbliższej stacji.

Trafiliśmy znakomicie, bo stacja miała swój bar z jedzeniem typowym dla naszego kraju. Koledzy przede mną poszli w fasolkę po bretońsku, a ja…

– Jest zestaw Myszobora? – zapytałem jak już nadeszła moja kolej zamawiania.

– Że co? – starsza pani, pracująca na sprzedaży w barze, zapewne z jakiejś wioski obok stacji, zdziwiła się lekko – Chyba nie. Są flaki.

– Flaki! – oniemiałem z zachwytu – Flaki strzygi? – oczy pani się znowu otwarły na full, więc zacząłem tonować swoje potrzeby – to poproszę flaki i bułeczkę i herbatkę.

Prawie wszyscy z nas poszli w polskie klasyczne dania, tylko Zuzia wymyśliła sobie zestaw fit, który krył się pod skromną nazwą, zestaw osy, czy jakoś tak. No i dostała nasza pszczółka kopę frytek, smażone na głębokim tłuszczu kawałki kurzych piersi i marchewkę. Fit dla pracowników pegeeru.

Po konsumpcji przepysznych flaków na wiedźmińską modłę, bo bardzo pikantnych, dociągnęliśmy do Łodzi wiedźminując się dalej. Dotarliśmy, jak zwykle, punktualnie. Klub TU, mieszczący się w starej kamiennicy, w mieście Łodzi, od razu wprowadził mnie w stan depresji. Czułem się jakbym przez zły portal przelazł. Nie mam widać szczęścia do portali i serca do starego budownictwa. Jak jeszcze wspomnę, że nasz backline transportowało się ręcznie, przez wąską klatkę schodową na wysokie piętro, to może choć jedna osoba nad moim i kolegów losem zapłacze. Bo my nie mieliśmy czasu na płacz, robota była do zrobienia.

O ile klub odebrałem wizerunkowo nienajlepiej, to cała reszta była na najwyższym poziomie. Od przepysznego obiadu, dobrze brzmiącej salki i zimnej wódeczki, do naszych, wzniesionych na wiedźmiński poziom, humorów. Doszło nawet do powstania nowej piosenki, na nową płytę, „Wiedźmin zrucha Myszowora, jak już na to przyjdzie pora”, której tekst jest dokładnie taki:

Geralt srelart 
Pies na baby
Pies na strzygi
Gwałci żaby
Zjada rzygi
I sarence nie przepuści
Na Yennefer też się spuści
Geralt srelart
Geralt z Rivii
Geral srelart
Wiedźmin sredźmin…

Tekst jest już w Zaiksie, a nut nie podam, bo jeszcze ktoś nam pomysł ukradnie.

Kiedy nadszedł już czas występu, wystarczyło tylko poprzestawiać oświetlenie, żeby światło nie wybiło muzyków, jak wybijało w filmie strzygi i ruszyło show. Do czasu, bo poza byciem sklepikarzem, musiałem się przeistoczyć w ochroniarza, bo ktoś się nam na zaplecze przedostał. Po wywaleniu intruzów, sklęciu ich na czym świat poezji stoi, oddaliłem się tanecznym krokiem na swoje, otoczone zapachem smażonego oleju, stanowisko.

Aplauz po koncercie nie miał końca. Stojący przy mnie wokalista, który magicznie przeszedł przez publiczność, darł się w niebogłosy:

– Więcej bisów nie będzie! Myśmy tu przyjechali płyty sprzedawać! Kupujcie, bo nie ma czasu!

Po pięciu minutach oklasków na stojąco, kto miał kasę ruszył na zakupy i po autografy. W tym czasie zespół się popakował, ja się pozwijałem, przy pomocy miejscowych zapakowaliśmy busa i przez KFC ruszyliśmy do domu. Do Krakowa i Nowej Huty, kończąc ostatnie dwa odcinki Witchera.

Ostatni odcinek, podobnie jak w domu, przespałem. To co? Do trzech razy sztuka? Chyba tak.

16. Kraków 24.11.2019 , czyli rozdział ostatni Kultowej Przygody.

16. Kraków 24.11.2019 , czyli rozdział ostatni Kultowej Przygody.

Koncerty Kultu w Krakowie są dla mnie, od młodego szczyla, szczególnym wydarzeniem. Wystarczy nadmienić, że do dzisiaj opuściłem, z powodów zawodowych, dwie sztuki w swoim mieście. Mało tego, od lat jedenastu współorganizowałem, z Galicją Productions, prawie wszystkie koncerty klubowe Kultu, Kazika na Żywo, El Dupy i Buldoga jakie to miasto miało. Ba, spełniłem też swoje skryte marzenie, żeby Kult zagrał w Nowej Hucie. Serduszko bije więc mocniej na myśl o Kulcie w Mieście Królów Polskich i dzielnicy „bez Boga”. Tym razem jednak zostałem zdegradowany z panteonu „Organizator” i przeniesiony na stanowisko fosowego, czyli łapacza ludzkich ciał. Starzy Kult Ochroniarze pięli się w karierze zespołowej, a to śpiewając, a to grając na gicie, a ja, ku uciesze Oficjalnej Notorycznej Narzeczonej, spadłem do fosy i zostałem ze świeżym tatuażem Kult na lewym ramieniu.

Podjara zbliżającym się występem, w którym miałem tez mieć swój udział, zwiększała się wraz z dystansem, jaki pozostał mi do tablicy Kraków. Z tylnego siedzenia docierał miły zapach świeżo trawionego alkoholu, który wydzielał marudzący przez pół trasy Didi. Obiecałem więc sobie, że jak go już spacyfikuję do spania, to uzupełnię płyny, bo coś tam na pokładzie domowego okrętu miałem w zanadrzu przykitrane. Najpierw jednak zawiozłem do domu Marka. Zaproponowałem mu nawet udział w niedzielnym koncercie, ale Bociek miał już ustawiony teatr na Hucie z żoną Katarzyną. A jak wiemy są sprawy ważne i ważniejsze. Ja bym wybrał koncert Kultu, bo teatr nie zając, nie ucieknie.

Po dostarczeniu Boćka pod blok, udaliśmy się na miejsce naszego spoczynku. Ja, Diduchna, który zaczął wykazywać oznaki ożywienia, co nie dziwne, w końcu Legionista wjeżdżał do jednego z jąder Jude Gangu, za które uchodzi w moim mieście osiedle Oświecenia, oraz jego Anioł Stróż Ania, i tu ciekawostka, bo chyba jej nie podałem, siostra Darka, mojego kolegi z Kult Ochrony. Na salony weszliśmy już po północy. Rodzina spała snem sprawiedliwego, więc ja zabrałem się za karmienie gości, którzy od czternastej nie mieli nic w ustach, a sorry Didi miał, płyny, i popijaniem w ukryciu przed kolegą piwa. Na pierwszy rzut poszły pierogi z mięsem od mamusi. Solidne porcje, które moja kuchnia zaproponowała, okazały się niewystarczające. Lodówka była zapakowana po korek, więc wyłożyłem na kuchenny stół galaretę solidnie polaną octem. Wyszła szybko, a i to nie wystarczyło na gościa z Teneryfy, więc jako kolejne danie na zamówienie, kuchnia zaserwowała kanapki z serem bogato posypane papryką w proszku. W myśl zasady gość w dom, papryka wedle życzenia.

Trzydaniowa kolacja zrobiła robotę, więc pokazałem gościom ich pokój, którym na dwie noce miała być nasza prywatna sypialnia z zabudowanym balkonem, na którym goście mogli palić papierosy, co przy temperaturze na minus było nie lada wyzwaniem. Korzystając z chwili wytchnienia dokonałem okąpania się ze spodkowego potu, dopiłem drugą puszkę Tyskiego, i poszedłem spać. Bo tego potrzebowałem najbardziej. Didi przyjął tabletki witamin, które stawiają go na nogi i też szykował się spać, choć momentami, co podsłuchałem, a w małym mieszkaniu raczej usłyszałem, chciał gdzieś iść, bo pospierał się z Anią. W takim przypadku usnąć nie mogłem pierwszy, bo jak legionistę puścić samego w żydowską paszczę. Walczyłem żeby nie usnąć, nasłuchiwałem i kiedy już wydawało mi się , że Diduchna śpi, ten wstał i ruszył przed siebie. Znowu do kuchni. Tym razem po deser, którym, po przeszukaniu lodówki okazał się słoik z marynowanymi grzybami, prezent od pacjenta Notorycznej dla rodziny Notorycznej. Na szczęście na tym się skończyło i w domu zapanowała błoga cisza. Wtedy padłem. Do samego rana. Z przerwami na przekręcanie się z boku na bok, bo już wszystko zaczynało pobolewać.

Spałem długo jak nigdy w ciągu ostatnich dni, bo całe pięć godzin. W końcu dom to dom, ale i obowiązki. Młody Gomółka robi prawo jazdy, więc musiałem go podrzucić na jazdę. Jak wróciłem, dziewczyny wstały i przystąpiliśmy do śniadania. Król Teneryfski odsypiał dzień wcześniejszego zagubienia i trwało to do godzin popołudniowych, co akurat mi pasowało, bo i syna z nauki odebrałem, nakarmiłem i jeszcze wygospodarowałem chwilkę na drzemkę. Wszystko układało się tak dobrze, że aż za dobrze. A skoro jest dobrze, bardzo dobrze, to los się może odmienić w najmniej spodziewanym momencie.

Pierwsza tura z mojego gospodarstwa domowego ruszyła po godzinie piętnastej. W skład jej wchodzili goście z Tenerki i ja, tym razem jako przewodnik, bo przecież zwiedzanie musiało być zaliczone. Z auta co prawda, ale i takie formy turystyki na szybko można uznać za dopuszczalne. Obwiozłem gości po Nowej Hucie, z uwzględnieniem stadionu Hutnika, bramy kombinatu, przez Rondo Czyżyńskie, gdzie kibole Legii z Didim starli się w dziewięćdziesiątym drugim roku z kibolami Cracovii i Hutnika, następnie przeleciałem obok Tauron Areny na Kazimierz, zwizytowaliśmy stadion Cracovii, i obok Błoń zrobiliśmy przerwę na obiad. W międzyczasie cały czas nerwowa sytuacja odbywała się w sprawie wejściówek dla moich gości, których i tak miałem jak koń napłakał. Kiedy już dotarliśmy do Klubu Studio, byłem w stanie jakiegoś załamania, bo na liście nie mogłem znaleźć Notorycznej, a ponieważ ona była ciągle chora, na jej pozycję powołałem Człowieka Łosia, którego, jak już się zbierał na koncert, odwołałem, bo niby jak miał zastąpić kogoś kogo na liście nie było.

Nie wiem dokładnie co takiego jest w technice zespołu Kult, ale nawet krótkie spotkanie z nimi wprowadza mnie w stan permanentnego wyciszenia i uspokojenia. Postałem więc z nimi na papierosku i ściągałem ich siłę spokoju na siebie. Jak już wszystko ściągnąłem, to było tego tak dużo, że musiałem jeszcze nawiedzić toaletę. A w toalecie, jeśli są warunki, można pomyśleć. I wymyśliłem. Na liście szukałem Katarzyny Gomółka, a przecież do ślubu jeszcze niecałe dwa lata i Notoryczna nie nazywa się tak jak ja i syn, tylko inaczej. I tego inaczej pobiegłem szukać, jak zakończyłem przeciągającą się sesję. Bingo, zakołatało mi pod czaszką, kiedy znalazłem jej nazwisko i dokonałem podmiany. Wojtek dostał kolejny sygnał i mógł śmiało wyruszać, żeby nausznie przekonać się w jakiej formie jest grupa muzyczna, której kibicował przed laty niezwykle sumiennie.

Godzina W zbliżała się nieuchronnie. Ostatni koncert tegorocznej trasy miał wystartować lada chwila. Z tej okazji, trzy godziny przed sztuką dostałem bojowe zadanie od menagementu, i musiałem jeszcze ogarnąć dodatkowego łapacza do naszej bandy. Naturalnym kandydatem wydawał się być Bociek, ale miał na wieczór ustawiony teatr z małżonką. Postanowiłem jednak zadzwonić i go przekonać, że na sztukę teatralną jeszcze się wybierze, ale nie dziś. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało, się Marek miał jakieś przeczucie i do Teatru Ludowego wysłał żonę z teściową, które notabene wyszły w trakcie, bo spektakl traktował między innymi o pedofilii i z tego powodu był lekko niestrawny. Marek ogarnął się migiem i przyjechał samochodem.
Zespół Kult wystartował punktualnie i wypełniona po brzegi sala eksplodowała. Ale nie jakoś wybitnie. Ba, przez pierwsze cztery utwory podpieraliśmy scenę, stojąc z założonymi nogami, gotowi do działania. Po czwartym kawałku podszedłem do najbliższych mi kolegów i powiedziałem, że z twarzy publika wygląda mi na spokojną i dziś roboty za dużo nie będzie. Wypowiedziałem to w złą godzinę, bo od tej pory rozpoczął się Armagedon, prawdziwy nalot, inwazja jakiej jeszcze nie doświadczyliśmy podczas tej trasy. Tym razem wiodącą postacią była napruta panna, lekka z masy ciała, ale z ograniczonymi właściwościami poruszania się na swoich nogach, o czym przekonałem się przy pierwszym jej ściąganiu z fali, kiedy po postawieniu jej na jej własnych nogach, zostałem w nie zaplątany i się złożyłem. Muzycy mieli śmiechu co nie miara. Prawie dwumetrowy chłopak z Huty został powalony przez kruszynkę. Koledzy, nawet kruszynka pod wpływem alko staje się kolosem. Na glinianych nogach.
Drugim bohaterem pierwszoplanowym był Piotruś. Piotruś nie jest jakiś strasznie wielki jak na nowohucianina. Metr dziewięćdziesiąt osiem i sto trzydzieści pięć kilo raptem. Musiał czytać moje trasowe wypociny, bo ukochał sobie on mój sektor i kilkukrotnie pikował prosto na mnie. Aż mi spodnie w kroku strzeliły i wypłynęły z nich ubrane w majty narządy. Co za wstyd. Kiedy jednak okazało się, że dwóm kolegom z bramki, też z Nowej Huty, stało się to samo, troszkę poprawiło mi to humor. Ale na krótko.

Ludzie latali jakby im coś do piwa dosypano. Do tego stojący pod sceną nie bardzo chcieli z nami współpracować i wieszali się nam na rękach, wyrzucali co lżejszych jak z katapulty, a na prośby i groźby nie reagowali. Jeden to nawet zaczął bramce robić zdjęcia, jak go Cytryn po głowie poklepał, co Cytryna wkurwiło niemożebnie i poleciał zgłosić incydent dyrektorowi naszego cyrku PeWusowi. Na wszelki wypadek, jakby się klient sapał po sztuce. Łapanie, stawianie, odsyłanie, ściąganie, łapanie, stawianie. Mieliśmy ręce pełne roboty. W sektorach Marka i Gumy latał młodzież szkolna, lekka, ale przez to szybka jak myśliwce. Trzeba było zachować szczególną czujność, co tez chłopaki robiły bezbłędnie. Pod koniec koncertu nastąpiła wśród publiczności, precyzyjniej wśród dwójki uczestników koncertu, agresja. Jako miejscowy dostałem furii, żółtej gorączki i białej magii. Jak Wiedźmin przeskoczyłem przez barierki, już w locie powodując rozstąpienie się tłumu. Było to coś na podobieństwo Mojżeszowego rozstąpienia Morza Czerwonego, tak to czułem. A byłem bez laski! Jakbym miał chociaż taką jak Gandalf, strzelającą… Przede mną nie było jednak wody, jak u Żydów, Orków jak u Gandalfa, ale ludzie.
Koszulka Kult Ochrony musiała wystarczyć i wystarczyła. Zrobiło się, pomimo strasznego ścisku, spore koło, na środku którego kotłowało się dwóch panów w wieku młodym. Jak poczuli moją obecność, przestali, powstali i na widok mojej nienagannej postawy bokserskiej, popartej stekami wulgaryzmów, przeprosili siebie, mnie i wróciliśmy, każdy do swojego. Oni do zabawy, ja do harówy. Kolana zaczęły mi puchnąć, kręgosłup bolał, ręce w łokciach łupało i tylko czekałem, żeby na dobicie poszybował mój syn i żebym przy łapaniu jego umarł do końca pracy. Na szczęście dziecko mam ogarnięte i wolało ono słuchać Kultu z bezpiecznej odległości i oddawać się darmowej konsumpcji piwa, które fundował mu Jasiu Mela, nasz kochany przyjaciel rodziny, który pojawił się na sztuce wraz z narzeczoną, prosto po wylądowaniu z miesięcznej wyprawy do Argentyny, którą przejechali z góry na dół i z dołu do góry.

Ostatnie koncert na trasie mają tę przypadłość, że są ostatnie i po części zasadniczej następuje wymienienie uczestników tego całego zamieszania z imienia, nazwiska, pseudonimu i pełnionej funkcji. W tym roku było pomieszanie z poplątaniem, bo ochroniarz był wokalistą, kierowcą, inny muzykiem i wokalistą, techniczny kierowcą i technicznym, a Jasiu Grudziński organistą klawiszowcem, gitarzystą i piosenkarzem. Tacy kurwa jesteśmy wszechstronni drodzy Państwo. Kult 2019! Po wszystkim wykonaliśmy bisy ze wsparciem Kult Ochrony, w tym ja, ze spodenkami rozprutymi w kroku, których defekt maskowałem flagą naszego kraju, pokłoniliśmy się pięknie całej Sali, pobiliśmy naszym chlebodawcom brawa i odetchnęliśmy z ulgą. Po wszystkim pozostało jeszcze się wyściskać na zapleczu wszyscy ze wszystkimi i życzyć sobie udanej trasy za rok. Kolejne chwile przeznaczyłem dla znajomych i pokuśtykałem na salę. Po wszystkim, na prośbę Pani Dyrektor Małgorzaty, połapałem podpisy zespołu do kroniki klubowej i miałem fajrant z zespołem Kult na rok dwa tauzeny dziewiętnasty. Zapakowałem więc lokatorów mojego M na pokład Turana i udaliśmy się spać, żeby nabrać sił do codziennej ligowej szarówki.

Poniedziałek poleciałem do roboty, przede mną Notoryczna do swojej, po czym, koło południa Junior Tomasz udał się do szkół po wiedzę, przy okazji przywożąc do salonu teleskopów Teneryfian, których wysłałem na miasto w celach zwiedzania i ogarniania swoich potrzeb, których przed opuszczeniem Polski, trochę się uskładało. W międzyczasie dostałem sms od Kazika, że widział jak nasz nowy nabytek kogoś bił po głowie bez przyczyny. Zasmuciło mnie to bardzo, bo nic takiego nie widziałem, a nawet jak klepnął delikatnie po łbie łajzę, bo ten mu ręce podczas łapania ściągał na dół, co stanowiło zagrożenie zdrowia i życia łapacza i łapanego, to takie coś było, moim skromnym zdaniem, dopuszczalne. Ale nie dawało mi to spokoju, i postanowiłem wyjaśnić sprawę u menagera, który mnie uspokoił, bo coś tam było, ale nie ze strony Marka, tylko kogoś innego, i miało to podstawy do zachowania się tak a nie inaczej.

Po osiemnastej wróciliśmy, Ania, Didi i ja MPK do domu, aby koło dwudziestej drugiej ruszyć na dworzec, na którym nasi przyjaciele rodziny Gomółków wsiedli w pociąg na Wiedeń i pojechali ku nowej przygodzie, z metą na Teneryfie.

A u mnie nastał czas stagnacji i nudów. Nie działo się nic. A nie, wróć. We wtorek pojechaliśmy ze znanym poetą po Bunię, psa rasy bokser, do schroniska na Śląsk, w czwartek robiłem koncert Czech Tenoróff w Pięknym Psie, w piątek bawiłem na koncercie moich przyjaciół z Happysad, w sobotę łapałem oddech „U cioci i wujka na imieninach”, żeby niedzielny wieczór spędzić na Luxtorpedzie. Potem to już tylko praca, dom, dom, praca, byle do środy, bo wtedy po pracy ruszyłem na koncert Morświna, grupy Tekli i Marcina Świetlickiego i ich gości. Czwartek chciałem oddać futbolowemu Pucharowi Polski, ale po pierwszej połowie dostałem mega wkurzenia na tle zawodowym, więc wyszedłem nie doczekawszy rozstrzygnięcia, co nawet wyszło mi na dobre, bo w piątek w godzinach szesnasta – pierwsza w nocy ogarniałem koncert KSU i Psów Wojny, który razem z Januszem z Galicji, zrobiliśmy ku chwale polskiego punk rocka. W sobotni poranek, zaraz po czwartej ruszyłem z ramienia tejże Galicji do Gdańska, połapać koncert pożegnalny Comy, gdzie polały się prawie krokodyle łzy.

Dziś jest poniedziałek, dziewiąty dzień grudnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Nie dzieję się wiele w pracy. No to byle do czwartku, bo ściągam już płyty Świetlików i książkę najnowszą poety, na krakowski koncert zespołu. A może i na Tychy z nimi ruszę? Nie zbadane są wyroki Pana naszego. Jakoś trzeba do następnej jesieni żyć! Jakby nie było jutra Tatusiu. Jakby nie było jutra…

KONIEC

Zapiski i trud pracy dedykuję mojemu Tacie Wojtkowi, który już nigdy tego nie przeczyta… Kocham Cię Tato i tęsknię za Tobą.

Tomek

15. Katowice 23.11.2019

  1. Katowice 23.11.2019

Nie wiem którą godzinę przyjąć za godzinę rozpoczęcia akcji Spodek. Wybieram więc godzinę siódmą dwadzieścia pięć, w sobotę rano, bo wtedy położyłem się w swojej twierdzy na osiedlu Oświecenia, żeby łapać gotowość. Wstałem o ósmej dwadzieścia i półprzytomny ruszyłem do pracy, gdzie wstawiłem sobie zapałki w oczy, żeby nie przeoczyć klientów, którzy mogli mnie nawiedzić przez czekające mnie cztery godziny roboty. I dobrze zrobiłem bo….

Koło dwunastej przyszedł kolejny klient. Już przy wejściu uprzedził mnie, że nie ma o tym, co chce zakupić pojęcia, a do wydania raptem pięćset złotych. Za teleskop to niewiele, ale i dla takich klientów coś się znajduje. Po kwadransie gadania jak do koziej dupy, zaczynałem mieć go dość. Chłop słuchał bez zrozumienia, i jeszcze zaczął się spinać. Najbardziej na to, że proponowałem mu kupić coś za sześćset trzydzieści dziewięć złotych, bo po ubraniu, które miał na sobie na biednego nie wyglądał, i pomyślałem, że dołoży bo ma. W końcu udało mi się go przekonać i zabrałem się za paragonowanie zakupu. Wtedy mistrzunio spojrzał na mnie i na mój strój, który tego dnia składał się z bluzy z logiem zespołu Kult, i zapytał czy jestem fanem. Fanem? – odparłem pytając i dodałem szybko, że jestem robotnikiem jesiennym na tej trasie i dopiero co wróciłem z Wrocławia, a po robocie przy teleskopach i innych noktowizorach, ruszam na Katowice. To zmieniło jego podejście do mnie o sto siedemdziesiąt osiem stopni i zapytał, czy byłem w czwartek w na koncercie, bo on był, i jest szefem tego bajzlu dla którego „sprzedaliśmy swoje piosenki handlarzom i prostytutkom” ( to nie jego są słowa, tylko moje przemyślenia), i przemawiał w ten dzień ze sceny, i ma zdjęcie z moim szefem Kazikiem, i w ogóle to kocha Kult, i takie tam inne kocopoły smażył, goniąc koło mnie z komórką i pokazując foty. Grzecznie pogratulowałem, pochwaliłem, przytaknąłem, że tak, że chwilę byłem, a myślami byłem już w domu, w łóżku. Bo regeneracji potrzebowałem jak kania dżdżu, jak ryba wody, jak sportowiec środków dopingujących.

Przed czternastą leżałem w salonie, albo po nowohucku – w dużym pokoju, obok chorej Oficjalnej Notorycznej Narzeczonej, zapuściłem ligę angielską i nie mogłem usnąć, bo tam za szybko grają. Liga polska, która usypia mnie najlepiej, jeszcze nie ruszyła ze swoim galaktycznym produktem, więc po piętnastej zadzwoniłem do naszej nowej nadziei bramkarstwa koncertowego, Boćka, żeby się gotował na wyjazd. Marek dostał niespodziewane powołanie w czwartek, ponieważ wcześniej zgłoszeni ludzie nie podjęli rękawicy, a będący w gotowości zmiennicy musieliby do nas mknąć przez całą Polskę. Wszystko więc rozegrało się w ostatnich godzinach przed największym koncertem trasy. Ale Marek mając ponad dwa metry wzrostu, i grający kiedyś ze mną w siatkówkę, miał wszystkie potrzebne parametry psycho-fizyczne, do sprostania zadaniu. Choć nie powiem, miałem lekki niepokój w sobie, pamiętając pierwsze łapanie Esa z Jastrzębia w Spodku, który spalił pierwsze podejście jak złoto, i potrzeba było lat, żeby został naszym mocnym punktem pod sceną.

Z tyłu Spodka zaparkowaliśmy lekko przed siedemnastą. Byłem mocno rozbity niewyspaniem, wielkością koncertu, nowymi łapaczami w zespole, nieznaną kondycją starszych i muzyków po Wrocławiu, oraz tym, w jakim stanie zastanę Didiego. Bo kto nie wie co się w spodkowym hotelu wyprawia od wejścia pierwszego Kult Turysty, ten nigdy w piekle nie był. A z drugiej strony, zadaję sobie teraz na spokojnie to arcyważne pytanie, na ki chuj ja się tak wszystkim przejmuję? Przecież to bez sensu…
A może nie? Żeby dojść do swojego pokoju, musiałem przywitać się z co najmniej pięćdziesięcioma osobami, kolejne pięćdziesiąt mnie nie zauważyło, na szczęście, więc po kwadransie, a trasy jest na dwie minuty od wejścia do hotelu, do wejścia do pokoju na końcu korytarza, udało się i mogłem poleżeć na swoim miejscu, w małym i ciasnym, ale i przytulnym pokoiku. A ponieważ jako rutyniarz, wiem co mojemu organizmowi przed tak ciężką harówką potrzeba, to strzeliłem duszkiem dwie puchy tyskiego, nie dzieląc się ani łykiem z Boćkiem, bo bałem się, że nawet mały łyk i stres mogą wpłynąć negatywnie na jego pracę pod sceną. W końcu miał łapać u TEGO Kazika, którego szanował i podziwiał od lat młodzieńczych, kiedy to podczas spożywania niewyobrażalnych ilości alkoholu zasłuchiwaliśmy się w piosenki Kultu, KNŻetu, aż nie popadaliśmy z nadmiaru wrażeń.

Jak już wypiłem na uspokojenie dwie puchy, przypomniałem sobie o Didim. Złapałem szybko za telefon i namierzyłem go w innym pokoju. U Kult Turystów. Niebezpieczeństwo najebki było przeogromne. Stoły na dziedzińcu hotelu były zastawione alkoholami jak na weselu. Do wyboru, do koloru. Trunki proste w swej konstrukcji, jak wódka czysta, poprzez łyski wszelkiej maści i takie leżakowane, droższe, ale godne wielkiego spotkania Kult Turystów z całego świata oraz zespołu Kult i jego przybocznych. Zanim jednak pobiegłem wyciągnąć Didsona z paszczy lwa, odebrałem telefon, że moi goście są na liście i żebym przyszedł po opaski. Zdziwiłem się bardzo, bo rano wysyłałem listę gości ale na Kraków. I okazało się, że nasz dyrektor organizacyjny wpisał ich na Katowice. W ogóle to już od południa miałem smsy, że miejsca które oddali mi koledzy z zespołu, jednak wykorzystali sami i dla mnie nic już nie zostało. Dotyczyło to jednak Spodka a nie klubu Studio, i menago tak zamotał, że musiałem jeszcze podejść do techniki, żeby moi przyjaciele swym stoickim spokojem ukoili moje skołatane nerwy. Zacząłem się rozsypywać z nadmiaru wszelkiej maści niespodziewanych niespodzianek. Ale Didiego odnalazłem nie napoczętego przez alkohol.

W miarę szybko ewakuowaliśmy się więc do mnie do pokoju, w międzyczasie jednak wypalając przed hotelem po papierosie, gdzie na wizytę u mnie zapowiedział się lider grupy, bo usłyszał, że popatrzymy jak się Legia w Szczecinie z Pogonią kopie. W pokoju czekała na nas niemiła niespodzianka, na środku biurka stała sobie smacznie ledwo co napoczęta butelka wódki, którą to Guma, mój współspacz katowicki, przywiózł z Wrocławia, bo nie dali jej rady z kolegami opróżnić. Prawie niezauważenie schowałem ją do szuflady i odetchnąłem dumny z mojej błyskotliwości. Co nie Didilson? I kiedy doszła do nas dziewczyna Didiego, Ania i Kazik, lokal był czysty od zagrożeń. Chwilę popatrzyliśmy na zawody, które odbywały się pod dyktando popularnych „Śledzi” i czas było wyruszyć coś połapać.

Droga na halę wiedzie z hotelu przez dość długi i duży korytarz, tak duży, że można wjechać tam busem. Czas który zajęło mi pokonanie tego dystansu wystarczył, żebym przypomniał sobie, że od rana nic nie jadłem. Na szczęście spodkowa organizacja kulinarna stoi na wysokim poziomie, i przed pracą nażarłem się i na ciepło, i na kanapkowo i dobiłem ciastem. Po takim dotankowaniu organizmu mogłem pójść zabezpieczać suport. W sumie do teraz nie wiem, czy to jest nasz obowiązek, bo PeWu goni, czy nie, bo stara gwardia ma to w tyle. Ja chodzę, bo lubię posłuchać młodych wykonawców. Przy okazji wylewnie przywitałem się z szefem ochrony, przesympatycznym człowiekiem, z którym praca jest najczystszą przyjemnością na trasie. Posłuchałem suportu, oblazłem stanowisko pracy, przy okazji sprawdzając montaż barierek i łypiąc kontem oka na ludzi w pierwszym rzędzie, bo z nimi czasami jest największe zamieszanie. To chyba tutaj, albo nie, we Wrocławiu, dziewczyna koło dwudziestki przywołała mnie gestem dłoni, nie znoszącym sprzeciwu, żeby wywrzeszczeć mi do ucha: niech im pan powie, żeby się ogarnęli, bo mnie zgniatają. A za nią stało kilka setek bawiących się, napierających i latających po głowach innym, ludzi. Odparłem więc grzecznie, acz stanowczo, że chyba ją pojebało, i co najwyżej mogę ją ewakuować, co za zgodą klientki reklamującej uczyniłem.

Koncert rozpoczęliśmy, na życzenie organizatora, z malutkim poślizgiem, ale za to z wielkim ogniem. Zespół, technika i bramka, na wieść o najlepszej sprzedaży koncertu w Katowicach, była niezwykle skoncentrowana. Kult Ochrona w Spodku jest najliczniejsza i prezentuje się jak ci żołnierze papieża, Gwardia Papieska. Ochranialiśmy od lewej strony publiki patrząc, w składzie: Maciej Kazana, spodkowy bramkarz z Jaworzna, bez którego koncertu w Spodku sobie nie wyobrażam, Marek Bociek Bobrowski, nowicjusz z Nowej Huty, ja, z tej samej Huty, Cytryn, słoik, ale z Nowej Huty, Pan Pancerny z Polski centralnej, czyli z Tomaszowa! Mazowieckiego, Pan Polski z Irlandii, czyli Ursynowa pod Warszawą, oraz stare wygi, Kozi, Guma i Daro z Warszawy. Zespół nam podgrywał, a my łapaliśmy wszystko jak leci i to jeszcze z klasą. Jak zwykle prym wiedli w lataniu Kult Turyści oraz zaprzyjaźnieni z nimi goście, jak choćby Schab Wojciech z pod Tarnowa. Część z KT, inaczej Alka Ida, miała jakieś chusty na głowie, które miały nawiązywać do wywiadu jaki przeprowadził Kazimierz, porównując ich do Alka Idy. Czy I Dy? Nie znam się na tym za dobrze. I kiedy rozkręciłem się na dobre, bo fajnie ci z tyłu grali, wszystko się łapało, no dobra, prawie wszystko, bo ktoś tam się jednak wymsknął i runął, pod scenę wkroczył ON. Cały na biało i już napoczęty. Didula. Grali akurat Madryt, którego poniekąd współtwórcą jest Teneryfianin, i to go przygnało na przybijanie piątek z Kazikiem. Nawet go uniosłem w górę, ale jak poczułem alkohol od niego, to mu zacząłem zazdrościć i go postawiłem na glebie za karę, bo też bym się już napił. Ale Daro wyczuł, że może być didi szoł i zaczął mnie przekonywać, żeby Didiego jednak na scenę wrzucić, co ku uciesze całego Spodka uczyniliśmy.

Jakie to były tańce! Jaka lekkość w kroku, jaka elastyczność w kręgosłupie! Tak mają tylko południowcy, pomyślałem zazdrośnie o tańcach przyjaciela na scenie. W międzyczasie przybiegł do mnie szef ochrony, wystraszony tym, że jakiś drab scenę opanował i co robimy z tej okazji, czy dajemy żółtą kartkę i ostrzeżenie, czy od razu czerwoną z wyprowadzeniem z obiektu i wpierdolem profilaktycznym na zewnątrz. Uspokoiłem go, że to drab od nas i że on może więcej, po czym, bo kawałek miał się ku końcowi, podreptałem na kraj sceny, bo bałem się, żeby ziomek z wyspy jak wulkan gorącej, nie został do końca. I nie został, po „Madrycie” pięknie pożegnał publiczność głębokim ukłonem i poleciał dalej. Niestety nie w tę stronę co potrzeba, bo do baru. Ale to szydło wyszło z wora dopiero po koncercie.

Jedno wydarzenie jeszcze dobrze nie ostygło, a już miałem kolejny meldunek, od Ani D-skiej, że Ptaszydło lecąc, zgubił portfel i że trzeba by to ogłosić ze sceny. Doczekałem więc końca kolejnego utworu, po czym energicznym machaniem rękami wstrzymałem start kolejnego, i poprosiłem wokalistę o ogłoszenie, że Ptak z Kult turystów zgubił portfel. Lider ogłosił i kazał go odnieść w moje ręce, co stało się po upływie kilku minut. Publiczność po raz kolejny okazała się warta swojego zespołu! Klasa sama w sobie.

Jedną z najważniejszych osób, która zagościła tego dnia w Spodku była Doris. Nasza kultowa Wielka Wojowniczka, która pomimo ciężkiej walki z chorobą, musiała postawić pieczęć „zaliczone” i na tej trasie, a dokonała tego w Spodku, tym razem oglądając koncert, w towarzystwie najbliższych znajomych, z pod samej sceny. Jaka radość od niej biła, jaka siła! To dla niej Kult Turyści Dobrej Woli, pod dowództwem Ani D-Skiej, dokonali prawie niemożliwego, poprzez zorganizowanie specjalnego koncertu w Tarnowie, przez co ta trasa wyryła się w moim sercu wielkimi literami i pozostanie na zawsze najwspanialszą trasę ever i forever.

Po wszystkim miałem w głowie tylko jedno. Wiać do domu jak najszybciej. Albo jeszcze szybciej, bo jak Didiego zobaczyłem to wiedziałem, że im szybciej opuścimy siedlisko „szatana”, tym lepiej dla mnie, dla niego i dla Ani oraz moich domowników. Nawet się nie kąpałem. Narzuciłem tylko bluzę i flejtucha, Anię z Boćkiem wysłałem do pokoju Kazimierza, żeby odebrali walizkę, która była wielka jak pół naszej szafy w sypialni, a sam zabrałem wiotkiego w korpusie przyjaciela do samochodu. Ten w swoim zagubieniu wiedział co prawda gdzie jedzie i dlaczego, ale jednocześnie chciał dalej walczyć, żeby po chwili się poddać i usnąć w aucie. Wykorzystałem ten moment na pożegnanie katowickich gości, z ich osobą najważniejszą na czele, czyli z doktorem Lucjuszem.
Po kwadransie rżnęliśmy już na Kraków. Ku odpoczynkowi i ostatniemu koncertowi. Tym razem na swojej ziemi i po raz pierwszy od dziesięciu lat ze mną w roli Kult Ochroniarza a nie współorganizatora. No cóż. Jak się nie ma miedzi, to się w fosie siedzi.
Nieprawdzaż?

14. 22.11.2019 Wrocław

14. 22.11.2019 Wrocław

Tak naprawdę, to powinienem napisać jeszcze jeden rozdział, wcześniejszy. 21.11.2019 XXXXXX, gdzie w miejsce XXXXXX powinienem wstawić jedno z miast Polski południowej. Ale ponieważ było to przedsięwzięcie poza trasowe, trzymane w tak wielkiej tajemnicy, że nawet mnie, kultowego robotnika, kosztowało rozkminienie tej tajemnicy sporo wysiłku intelektualnego, żeby odkryć, co, gdzie i jak, że postanowiłem nie puścić pary spod palcy. Jak zespół zechce, to opowie. Ja, pomimo tego, że byłem, widziałem i nawet piwo wypiłem, zabieram tajemnicę tego wydarzenia do dysku przenośnego.

Wyjazd do Wrocławia planowałem długo i niezwykle starannie. Wszystko zależało od planów Didiego i Ani. I pod nich wszystko planowałem. Kiedy zapadła decyzja i pobycie w Krakowie, wiedziałem, że do Wrocławia pojadę swoim samochodem, popracuję przy sztuce i wrócę z gośćmi do domu. Dzień przed wyjazdem doszedł mi jeszcze jeden pasażer, Esu, czyli Bartosz z Jastrzębia. Nasz Kult Ochroniarz najbardziej pechowy, który dwa lata z rzędu łapał, a podczas łapania odniósł dwie bardzo poważne kontuzje, co wyeliminowało go z przygody życia, ale uprzedzę wypadki, zarzeka się, że za rok powróci i wszystkim nam pokarze, gdzie nieloty zimują.

Czwartek rozpocząłem od powinności robotniczych w teleskopach kropka peel, żeby o godzinie trzynastej z minutami odpalić Turana 1.9 TDI w kolorze srebrnym i ruszyć na zachód. Bartka odebrałem zaraz na początku Katowic i gnaliśmy przed siebie. Szybko ale bezpiecznie. Po drodze sprawdziliśmy jakość żurku w Taurusie, takiej sieci z jedzeniem, która słynie ze znakomitej golonki. Ale golonka przed pracą to nie dla nas zawodowców. W końcu trzeba jakoś wyglądać w jesieni życia, pracując w zespole młodzieżowym na pierwszej linii frontu.

Wszystko szło wspaniale i zgodnie z planem do bramek. I wjazdowych i wyjazdowych, na śląskiej części autostrady A4. Tam zaczęło już korkować się lekko i traciliśmy cenny czas. Zwłaszcza ja, bo chciałem przed pracą poleżeć regeneracyjnie w hotelu. I niewiele brakło, a bym nie poleżał, tylko gnał na złamanie karku na halę, bo korki jakimi powitał nas Wrocław były kosmiczne. Siedem kilometrów pokonaliśmy w minut czterdzieści pięć, co jest wynikiem nienajgorszym, ponieważ turlałem się bocznymi drogami. Do koncertu pozostała godzina, więc się regenerowałem na wszystkie dostępne sposoby. Na łożu, w toalecie, przy TV, z kawą i tabletkami. Więcej się wycisnąć nie dało.

Wychodząc do pracy, spotkałem Kazimierza z kolegami. Darkiem Szurlejem i jeszcze jednym ich przyjacielem, którego imienia zapomniałem. Kazik przekazał mi, że Didi zostanie we Wrocławiu, bo on, wokalista Kultu, ogarnął mu nocleg w hotelu. I dodał, że nie wie czy to dla mnie dobra czy zła wiadomość. Najpierw troszkę się zjeżyłem jak jeż, bo nie po to gnałem furę tyle kilometrów, żeby wracać bez Didiego i Ani. Tym bardziej, że wszystko było na chacie ogarnięte pod ich przyjazd a i ze mną było by łatwiej brata z Teneryfy upilnować od napojów wyskokowych. Ale szybko się zreflektowałem, bo Oficjalna Notoryczna Narzeczona była ciągle chora, ja musiałem pół dnia przepracować i w sumie sumarycznej poskładało się znakomicie. Scedowałem też na Kazimierza pilnowanie kolegi przed wszystkimi złymi alkoholami tego świata. Po czym zapakowałem Arka i Bartosza i ruszyłem na Orbitę.

Na Orbicie, ale nie okołoziemskiej, tylko wrocławskiej, dużej hali sportowej byliśmy migusiem. Bo z hotelu mieliśmy raptem dziesięć minut. Część zespołu już była na miejscu, technika też, więc podyskutowaliśmy troszkę o kwestiach technicznych, zażywając po troszkę tego i owego, czyli tytoniu, herbaty i zimnego obiadu, który mi przypadł w udziale. W międzyczasie dotarli państwo Didostwo, których wprowadziłem od dupy strony, wykorzystując swój dar przekonywania służb ochroniarskich miejscowych do swoich racji. Nastepnie dokonałem zmiany stroju z cywilnego na służbowy i udałem się posłuchać ziomków z Huty, czyli Wu-Hae, którzy jak zwykle, pomimo kolejnej zmiany w składzie, stanęli na wysokości zadania i rozruszali publiczność jak trzeba.

Sam koncert przeminął jakoś tak szybko i sprawnie, że nawet nie wiem kiedy te bite trzy godziny minęły. Ekscesów większych ani mniejszych nie pamiętam, a ludzi trochę latało. Pewnie to spokojne pracowanie wiązało się z solidnością naszej ekipy, którą ponad standard wzmocnili Kozi i Pan Pancerny. Z naszej strony królowała więc pewność, solidność i duża dawka dobrego humoru. Miałem nawet czas na śledzenie wyników ekstraklasy, rozmyślanie o powrocie do domu, i debiucie nowego ochroniarza w Spodku, a mojego przyjaciela, Marka Boćka Bimbra Bobrowskiego, którego powołaliśmy z dyrektorem Piotrkiem, dzień wcześniej, na największy koncert trasy. Wśród publiczności przewijali się, a jakżeby inaczej, Alka I Dowcy, czyli Kult Turyści, którzy rozgrzewali się przed koncertem w Spodku, gdzie co roku następuje ich kumulacja ilościowa i doświadczamy nalotów dywanowych.

Po wszystkim, zapakowałem ekipę do czołgu, tę z którą przybyłem do hali, plus Pancernego i zarządziłem odwrót na pokoje. Kilkadziesiąt metrów od hotelu zatrzymaliśmy pojazd na stacji Orlen w celu uzupełniania zapasów, głównie płynnych. Nawet i ja zakupiłem kilka piw, bo do startu na Kraków pozostały mi cztery i pół godziny. Postanowiłem bowiem ruszyć skoro świt, bo czułem w kościach kilkaset kilo złapanego żywca ludzkiego na koncercie. A i taka pora odjazdu pozwoliła Bartkowi przypomnieć sobie, jak to jest żyć na trasie, i jednocześnie mieć transport do Katowic o „ludzkiej” porze. Esa też to ucieszyło bardzo, i z emocji, przy kupowaniu wódki żołądkowej gorzkiej i hot doga, zrzucił kilka, chyba precyzyjniej dwa, piwa z półki. Żyliśmy więc jak zwykle! Rozrywkowo. Kiedy po chwili doturlał się bus z zespołem, którym powoził Daro, już nie tylko ochroniarz, ale i kierowca zespołowego busa, na stacji tętniło jak w ulu. Jakbym był sprzedawcom, to bym strzelał. Ale ci, których zmiana wypadła przy kultowej stonce, byli dzielni jak mało kto. Ja postanowiłem wiać. Kanapka z jakiem i cztery piwa wiały ze mną. Zapłacone!

W hotelu pomalutku zaczynały się przygotowania do nocnego picia. Wróć. Życia. A moje do kąpania i spania. Kiedy miałem już ściągać koszulkę, coś mnie tchnęło i okazało się, że tchnęło nie bez powodu. Nie było ze mną moich ukochanych trampek asics w kolorze niebieskim, które ukajają moje stopy, co przy cenie siedem stów za parę nie powinno dziwić. Takiej straty bym nie przebolał. Ponieważ uważam się za człowieka ogarniętego, uznałem, że buty zostawiłem w bagażniku. Szybko się ubrałem i ruszyłem na lekkim wścieku ku Turanowi. W bagażniku trampeczek nie było. Tytuł ogarniętego się zdewaluował, i zacząłem myśleć, trzymając w ręce puszkę zimnego, pysznego i jeszcze nie otwartego piwa, które już od pięciu minut miało łechtać moje wnętrzności swoim dobrem. Złapałem najpierw za telefon i wykręciłem do przyjaciela. Był nim Roman oczywiście, bo technika pierwsza na pokładzie i oczywiście ostatnia. Ale oni już wyjechali, w szatni nic nie widzieli i nie pozostało mi nic innego jak ruszyć do Orbity i odzyskać buciki. Gnałem na pamięć, odszukałem szatnię, a w niej, w samym roku pod ławeczką moje szczęście. Wszystko wróciło więc na prawidłowe tory.

Przed hotelem trwało w najlepsze popalanie tytoniu. Didi, Kazik, Darek. Przyłączyłem się na jednego, przypomniałem o wstrzemięźliwości od alkoholu i przygodnego seksu, i po pięciu minutach udałem do swojej kwatery, na której piętrze już było jak w ulu. Chłopcy szukali lokalu, który przyjmie ich w ilości sztuk kilkunastu. Ucieszyli się na mój widok i co poniektórzy zaczęli się pchać na moje salony. Ale Cytryn przytomnie i z wielkim taktem dokonał wyproszenia i ekipa poszła delektować się sobą oraz płynami z procentami. Podobnie zrobiłem ja i po delaktacyjnym opróżnieniu dwóch puszek Tyskiego, dwóch trójkątów kanapki z jajcem, wieczornej prasie, przeglądzie facebooka, zapadłem w półsen.

Koledzy obudzili mnie koło drugiej w nocy. Ale szybko i sprawnie zajęli pozycję „do snu!” i po kolejnych dziesięciu minutach zaczęli chrapać. Pospane, przeszło mi przez myśl, ale niepotrzebnie, bo zapadłem się w sobie. Na kolejne trzydzieści minut, bo Bartek chciał skorzystać z toalety, ale nie mógł do niej trafić, napierając kilkanaście sekund na okno. Pomogłem, podałem poduszkę, bo kolega śpiąc na ziemi nie miał za wygodnie. Znowu odpłynąłem i na dziesięć minut przed pobudką byłem na nogach. Ogarnąłem się sprawnie, zbudziłem jastrzębianina i poszedłem grzać auto. Po drodze spotkałem Kajetana i Morwę, ale oni mnie nie spotkali, bo zajęci byli próbą ulokowania Kajtka u Romana, bo stanowią oni parę hotelową, ale bez karty szanse powodzenia były niewielkie, bo Roman już spał na tyle mocno, że walenia w drzwi nie słyszał.

Bartek zlał w momencie, kiedy ja stałem pod drzwiami do hotelu, do tego pojawił się Morawka, który jak troskliwy ojciec, wszystkiego musiał dopilnować, więc nam pobłogosławił, chwilę się powachał, czy może nie ruszyć z nami nocą na wschód, ale ostatecznie zrezygnował i popędziliśmy sami. Ja za kierownicą, Esu z tyłu, gdzie po kilkunastu sekundach spał na siedząco. Przez to spanie ominęła go jedyna przygoda na wylocie z Wrocławia, gdzie w korku na wylotówce na autostradę, był wypadek i zakorkowało się. Nie wszyscy stojący mieli na tyle cierpliwości, żeby ocenić sytuację prawidłowo, co przyniosło efektowną zawiesinę auta typu Mustang. Bo młodzi chłopcy z Mustanga chcieli już i teraz przeć na przód, więc postanowili zjechać przez trawnik i wysoki krawężnik. I się zawiesili. Nic im nie pomagała. Ani pchanie, ani gazowanie na cały silnik. Gazowanie spowodowało nawet takie zadymienie wnętrza pojazdu, że nawet kierowca musiał wiać. Moja cierpliwośc została nagrodzona i po chwili odnalazłem łagodny przejazd, który otworzył mi drogę do domu.

Bartka wyrzuciłem w Katowicach, koło dworca, a sam ruszyłem z kawą w dłoni i dobra muzyką na pokładzie do naszego gniazdka. Bo tam miała się rozpocząć największa akcja tej trasy. Katowicki Spodek.

13. Poznań 16.11.2019

13. Poznań 16.11.2019

Drogę na Poznań odbywałem w komforcie. Prawie pełnym, bo u szefa Pewusa nie można popijać browarów, których picie podczas podróży sprawia, że droga mija szybko i radośnie, zwłaszcza pracownikom fizycznym o nieokreślonym ilorazie inteligencji, dwa, leciał jazz, którego podstawę, i jednocześnie instrument wiodący stanowiła trąbka. Broń Boże, że ja mam coś do jazzu, trąbki i tym podobnych. Ale chciałem wykorzystać podróż na pisanie, a przy tym popierdywaniu ni jak się nie dało.

Ekipę naszego czołgu stanowili: Janek, Marusia, Grigorij, Tomuś i Hermaszewski. Wróć. To nie ta historia. Przecież jechaliśmy autem, ba, limuzyną, więc i skład był inny. Czyli od przodu: Dyrektor numer jeden, Pewu. Obok niego mękoła, maruda, nudziarz, bajkopisarz i wszędzie wtykający swoje dwanaście groszy matoł, czyli ja. Drugi rząd, trębacz, broń Boże nic do trębaczy nie mam, Kultu, młodziutki Zdun Jan. Po jego prawej Ania, kierowniczka, dyrektorka, sprzedawczyni, jedynego w swoim rodzaju sklepu trasowego Kultu. I na kanapie na samym końcu, w pozycji leżącej transportował się z nami drugi Dyrektor numer jeden, piosenkarz, wokalista, autor tekstów, muzyki, światowej klasy saksofonista, aktor, mąż, ojciec i dziadek, Kazimnierz.

Jakość podróży podniosła się wielce po zmianie rodzaju odtwarzanej muzyki. Co prawda przenieśliśmy się do Maroka, ale dzięki jazgotowi jaki mi zaserwowano, zrozumiałem dlaczego można węże, model kobra, ujarzmić, czyli zaczarować, ogłupić, inaczej mówiąc poddać hipnozie. Sam byłem bliski wicia się po aucie jak węgorz. Uratowały mnie telefony od przyjaciela, jak mogę teraz nazwać nawiązywane z Piotrkiem rozmowy telefoniczne. Po nich wszytko było już tylko lepiej. Muzyka wskoczyła na odpowiednie tory i dojechaliśmy pod poznański hotel szczęśliwi, uśmiechnięci i gotowi do ciężkiej pracy, jaka nas czekała. Aha, najlepiej pisze się przy muzyce reggae, czyli rege.

Poznań. Ojczyzna Kult Turystów z całego świata, ze stolicą w Kultowej, lokalu którego wystrój świadczy o wielkiej miłości i szacunku do zespołu Kazika. Koncerty w tym mieście są też sygnałem dla nas, robotników fizycznych, że lekko nie będzie. W końcu Kultu Turyści uwielbiają latać, a jeśli do tego na koncercie gości ich duże grono, to mają ułatwione startowanie i korzystają z tego bez ograniczeń. W Poznaniu łączą też siły z bywalcami Kultowej, więc odbywają się też naloty dywanowe.

Wyprzedzę teraz chronologię wydarzeń, i w tym miejscu napiszę kilka słów o lotach na poznańskim koncercie.

Najwięcej lata Antonowów, czyli ciężkich i wielkich samolotów transportowych. Szczególnie ten z napisem Kazio na burcie, lata często i jest zawsze przeładowany. Wylądować go musimy zazwyczaj dwuosobowo. Z jednostek niewiele mniejszych latał, skromnie tym razem An Ptak, An Schab, myśliwce Ciesielski, Ciesielska, o której przelotach nad swoim kawałkiem nieba marzy Guma, i inni, których nawet wymieniał nie będę, bo bym do śmierci nie zdarzył. Oraz trafiały się też jednostki noł nejmowe, które otaczaliśmy też należytym wsparciem, jak swoich.

Poznań, to po Warszawie i Katowicach miasto, które gromadzi największą liczbę gości na zapleczu. Z gości tych lider wyłapuje czasem perły i dając im mikrofon, wypuszcza je przed wieprze, jako współwokalistów wybranych przez siebie utworów. W Poznaniu taką perłą jest Jagódka, która w utworze ” Kochaj mnie a będę twoją” wyśpiewuje w refrenach wskazaną partię wokalną.

Ale zanim pojawiła się na deskach scenicznych obok Kazika, przyprawiła co wrażliwszą część naszej bandy, tak, tak, mamy też kilku wrażliwych mężczyzn w grupie, o palpitacje, migotanie komór i skok ciśnienia poza normy dopuszczalne u osób zdrowych. Otóż, podczas próbowania swojej części, Jagódce odebrało głos. Pierwszy o mało co nie wykorkował Guma. Taki wrażliwy! Choć słyszałem też, że mógł wykorkować z innych powodów, a nie z przewrażliwienia, bo dzień wcześniej go podobno poniosło. I tą chwilą chciał zagrać jak wytrawny pokerzysta. Ale ja w to nie wierzę.

Po przepłukaniu gardła wodą niegazowaną, nasza nadzieja polskiej wokalizy, podjęła próbę numer dwa. I znowu sytuacja się powtórzyła. Robiło się niebezpiecznie. Pierwszy spanikowałem ja, i rwąć sobie włosy z głowy, pomimo nakrycia jej czapką, ale w stresie tak bywa, że robimy rzeczy niemożliwe, zacząłem biegać przed sceną, krzyczałem w niebo głosy, ” Zmiana! Zmiana! Guma wchodzisz!”. Bo Guma jest wszechstronny i jeśli nasz gość by nie mógł, Grzenio zamieniłby się w wokalistkę, bo był czas żeby mu brodę zgolić, w sukienkę przebrać i rzucić w paszczę lwom. A on by tym lwom jesień epoki przedlodowcowej zrobił. Z paszczy.

Jagoda na mój atak paniki zareagowała spokojem godnym profesjonalistki i powiedziała, że na koncercie będzie dobrze. Jeszcze profesjonalnej zareagował Grzesio, który zaproponował wokalistce terapię lekami Janka Grudzińskiego, albo jako alternatywę, leczenie w pokoju odosobnień, w którym chciał przeprowadzić jakąś pionierską terapię, o której wstydził się opowiedzieć, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, gość się zawstydził, a ja do dziś nie wiem o co kaman.

Po próbie połączonej z niezłym obiadem, wróciliśmy na pokoje z zespołem, żywo dyskutując o wielu ważnych z naszego punktu widzenia sprawach. Z punktu widzenia lidera, sprawy te były tak mało istotne, że miał nas dość. Ale Jeżyna z pod Cieszyna, powiedział mu żeby zaczął jeździć z zespołem albo bramką, bo go życie ziemskie omija szerokim łukiem. Lider decyzji nie podjął, chyba się wacha.

Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem na miejscu pracy. Akurat skończył grać support, więc nawet nie popatrzyłem co w trawie piszczy. Z gości był Premio Lembio, czy jakoś tak, wokalista i gitarzysta Kabaretu Platforma. Maggie, żona Glaza z córką, i pewnie ktoś od Ghoesa, bo to w końcu na jego terenie odbywały się zawody muzyczne i jako gospodarz, Tomo dostał najwięcej wejściówek. Stan osobowy uzupełniła Kasia, żona Seby, którą widzieć jest mi zawsze niezwykle miło.

Z piętnasto minutowym opóźnieniem ruszyła maszyna po szynach ospale, a na jej czele stało sześciu bramkarzy. Bo ekipę podstawową czteroosobową uzupełnili Pancerny i Kozi. W niektórych miastach zwiększamy stan posiadania naszej siły ognia z czterech osobników do sześciu. Ma to związek z liczbą klienteli, wielkością sali oraz przewidywaną ilością i jakością lataczy.

O tym, kto i jak i pod jaką marką latał, wspomniałem powyżej. Z innych zapamiętanych wydarzeń, na które nie żal mojego i waszego czasu, wspomnę o udanym występie Jagody, potem Gumy, Darka i oczywiście moim, wraz z Księciuniem. Z tym, że teraz już nie będzie tak słodko, że nas dmucha Kołodko, bo skoro dostałem palec, to czas wziąć całą rękę i udoskonalić nasz szoł. Oczywiście nie będziemy po scenie popierdalać jak motorki, nie przebierzemy się za mózgów masturbację, czy Onanów. Na to nie liczcie. Przy Totalnej trzeba się skupić i słuchać uważnie, bo kompilacja i wybór słownictwa jest kierowana dla słuchacza mądrego, oczytanego, i inteligentnego.

Po przeczytaniu tego co napisałem wyżej, oświeciło mnie dlaczego ja z tej piosenki nic nie rozumiem. Nieważne. Przedyskutujemy z Panem Jankiem sprawę i już. Widzę bowiem rezerwy w naszym wykonie i moim rozumieniu tekstu Xsięciunia.

Sporym zaskoczeniem była też niespodziewana i niezapowiadana kontrola płynów, jaką przeprowadził na mnie lider. Otóż pod koniec koncertu podszedłem do krawędzi sceny, żeby sprawdzić w telefonie wynik meczu eliminacyjnego naszej piłkarskiej reprezentacji, i przy okazji uzupełnić płyny. I kiedy piłem, zawisła nade mną postać Kazimierza, która zapytała mnie, co mam w butelce. Zgodnie z prawdą odparłem, że wodę. Na co zdziwiona sylwetka się zdziwiła, skrzywiła i odeszła. A że czasem wiesz jakbym myślał przez ciebie, wysłałem umyślnego w poszukiwaniu coli zero. Bo chyba o to biegało. Test zdałem celująco.

Do hotelu spieszyło się wszystkim. Część mniejsza planowała zajęcia w pokojach, część większa ruszała na podbój Kultowej. Po kwadransie, okąpany, spryskany wodą toaletową z Tenerki, w towarzystwie Cytryna, Darka i Koziego ruszyłem i ja.

Liczba zgromadzonych w średniej wielkości salce, niestety przechodniej, przez którą przebiegał główny szlak komunikacyjny w te i we wte, była jak zawsze ogromna. Kult Turyści znani i nieznani, plus gapie oraz my, małpy z cyrku, stanowiliśmy jedną wielką ludzką masę, w której poruszanie się stanowiło nie lada wyzwanie. Zwłaszcza dla osób o gabarytach rzadko spotykanych. Wysokich, grubych i niegramotnych. Na szczęście z takich ofiar Bożego planu byłem rodzynkiem. Pozostali, ci kompaktowi, żwawi i częściowo podlani, poruszali się zgrabnie i szybko niczym węgorze w akwarium. Dla wieloryba nie było tam miejsca.

Jeśli do tego dodam, że w setliście był Zegarmistrz od purpurowego światła, który nawiązuje do śmierci, i uroniłem z tej okazji łzę do tatusia na koncercie, to może łatwiej będzie wszystkim zrozumieć moją decyzję o szybkiej ewakuacji. To wszystko jest jeszcze za świeże, żeby uśmiech często gościł na mej twarzy. Nie daję jeszcze rady, choć jest dużo lepiej niż kilkanaście dni temu. Między innymi dzięki waszemu, Kultowemu wsparciu. Dziękuję.

Podczas mojego krótkiego pobytu w Kultowej, jeden z Kult Turystów, powiedział mi, w przypływie szczerości, że po obejrzeniu filmu ludzie przestali latać w moim sektorze. Z obawy o swoje życie. Szanuję! I podziwiam oglądanie filmu ze zrozumieniem. Jesteście wielcy.

Po wypiciu dwóch piw postanowiłem pójść spać. Przekazałem Sebie wzrokowo, że idę, głosowo Cytrynowi, że czekam w pokoju i po angielsku, z powodu ludzi masy, opuściłem gościnne mury Kultowej. Chwilę się wahałem, bo z kilkoma osobami chciałem pogadać, ale po otrzymaniu informacji, że wracam z Pawłem Ptasznikiem tym samym pociągiem, relację z tego co chciałem wiedzieć miałem zapewnioną.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zajrzał do pokoju techniki, żeby poduszkę pod głową poprawić, kołdrę na odkryte ciałko naciągnąć, czy w końcu dopić to co nie dopite. I się nie zawiodłem, bo załapałem się na dopijanie. Było fajnie, rodzinnie i przyjacielsko. Do momentu kiedy po pokoju pan Bóg zaczął kule nosić. To był znak z niebios żeby zmówić pacierz i pójść spać.

Spałem snem sprawiedliwego do siódmej. I wiedziałem, że to będzie bardzo dobry dzień, bo z sąsiedniego łoża dochodziło chrapanie Cytryna. Mogliśmy więc w komplecie zbierać się w drogę do domu. Ale najpierw było śniadanie, równie radosne jak nasza trasa.

Konsumowaliśmy w czteroosobowym gronie. My, Wojtek i Piotr dyrektor. Propozycje hotelowej restauracji były smaczne, świeże i dobrze robiły nam na poziom rozmów o życiu. Do chwili pojawienia się Krzysia. Wypatrzyliśmy go jak odprowadzał kogoś do wyjścia. Nie wiem kogo, bo sobie jeszcze okularów, które przepisał mi okulista, nie sprawiłem. Dopiero jak Kris był bliżej, dostrzegłem na jego twarzy szczęście, a w sylwetce wyłapałem niezbyt stabilny krok. Zapraszałem go nawet dość głośno, żeby się do nas dosiadł, ale nie usłyszał bo myślami musiał być w innej rzeczywistości.

Jednak po chwili szedł w naszym kierunku, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę, ale dwa metry przed naszym stołem wrócił do świata realnego. Zapytał czy może się dosiąść, pochylił tors w ukłonie, co spowodowało przechylenie niesionego przez niego talerza, z którego coś mu spadło i potoczyło się pod stolik jakiegoś małżeństwa. Nasz technik położył talerz obok mnie, a sam rzucił się na glebę, w poszukiwaniu części swojego śniadania. Poprzestawiał troszkę gości i szybko powrócił, niosąc w ręce wielką rzodkiew, która wraz z bułką na talerzu była jego śniadaniem. Zatkało nas. Takiej diety jeszcze nie widzieliśmy, i jakby tego było mało, po zjedzeniu połowy rzodkwi, gryzie bułki, najważniejszy posiłek dnia został przez Krzysia zakończony.

Przyjęte kalorie pozwoliły mu księżycowym krokiem przedostać się do holu, i złożyć ciało do snu na znajdującej się tam sofie. Krokomierz wyliczyłby pokonany dystans na około pięć metrów. Nowy dzień wystartował dla Krzysia z kopyta.

Dla nas też, bo siedem minut później pędziliśmy tramwajem na dworzec. A po kolejnych dwudziestu minutach, pociąg wiózł nas do domów. W towarzystwie Pawła Ptaka i towarzyszącej mu Kult Turystki Partycji, którzy tak jak i my marzyli o zasłużonej regeneracji w domowych pieleszach, po niesamowitym tygodniu w kultowych oparach.

Bo ostatnie słowo dopiero przed nami! A do tego potrzeba sił.

11. Warszawa kino Wisła, premiera filmu Kult. 13.11.2019

11. Warszawa kino Wisła, premiera filmu Kult. 13.11.2019

Jest piątek, dwa dni po premierze, która miała miejsce w stolicy. Zaraz ruszamy do Nowej Rudy, po naszemu do Ciemnej Dupy, bo jest daleko i dojazd straszny. Całe szczęście, Jolo jedzie przez Kraków, to mnie i Cytryna zgarnie. Lepiej być nie mogło. Jest więc czas na pisanie i piwo. Małe. Dobra, cztery małe i drugie śniadanie.

Uroczysta premiera filmu dla zespołu i współpracowników, została zaplanowana na środę trzynastego listopada. Dla ludzi pracy sprawa skomplikowana, ale dzięki późnej godzinie, dwudziesta trzydzieści, i szybkiemu transportowi na trasie Kraków Główny – Warszawa Centralna, postanowiłem pojechać. Tym bardziej, że swoją obecność uzależniłem od obecności Didiego, a ten jak na złość dotarł i to z Teneryfy. Nie miałem więc wyjścia.

Liczyłem na towarzystwo kogoś z mojego gospodarstwa domowego na premierze, ale Oficjalna Notoryczna Narzeczona była chora, a syn nie chciał odwoływać korepetycji z majcy. Młody ma w technikum matematykę rozszerzoną i musi zdrowo spinać półkule mózgowe, żeby zdawać do kolejnej klasy.

To pojechałem sam, jedno z zaproszeń oddając Bzykowi, naszemu starmu koledze z Kult Ochrony. Chciałem zabrać na premierę jego żonę, ale Bzyk stanowczo stwierdził, że chyba mnie pogięło. Ale i tak przyszli razem, bo dostali jedno zaproszenie od dyrektora Piotra.

Na premierę ściągnęła śmietanka warszawska i my. Kult załoga. Był Robert Mazurek, Wiesław Weiss, Adaś Toczko, kucharz Karol Okrasa, Paweł Zagumny, Kędzior, Państwo Zacierostwo, Karol z małżonką Madzią, nasi gdańscy przyjaciele, państwo Radzimscy, starzy muzycy Kultu, z Jackiem Szymoniakiem, i inni. Rodziny, znajomi bliscy i dalsi, byle żony, obecne i koleżanki. Byli twórcy filmu z całą ekipą, sponsorzy, patroni. I mama Kazika, której złożyłem pokłon po seansie. Sama śmietana. I ja, nowohucianin od urodzenia. Czułem się jak ryba w nowohuckim zalewie. Pogadałem z Zagumnym, pogroziłem Mazurkowi, który opuścił koncert warszawski, przeszukałem Kędziora, bo bezpieczeństwo przede wszystkim, i po tych wszystkich grzecznościach zasiadłem na sali, cięgle nie mogąc wyjść z podziwu nad elegancją moich kolegów muzyków. I Didiego. Didi przyszedł we fraku, Morwa w garniaku i białej koszuli, Kazik w muszce, reszta w gustownych garniturach i marynarkach.

Film obejrzałem z wypiekami na twarzy. Momentami czułem się jakbym był w pracy i zaraz mnie wciągnie ekran. I jeszcze jedno. Jestem. Jestem w kilku ujęciach, w tym w jednym w żywiole pracy. Niestety, ujęcie to postawiło mnie w strasznym świetle. Opiszę to z pozycji widza.

Otóż mamy taką scenę, jak pracownik kultowej Kult Ochrony łapie klienta przy barierkach. Wszystko idzie nie tak. Lotnik wypada mu z rąk, szczęśliwie lądując pupą na stopniu barierek. Próba postawienia słuchacza do pionu też jest raczej taka nieudolna. Patrząc na to chłodnym okiem, robotnik Kultu to jakiś amator. Mało tego, to ja. I nie ma szans żebym udawał, że to ktoś inny. Biorę więc to na klatę pijąc trzecie piwo, bo do dziś nie mogę dojść do siebie. Moje wyobrażenia o sobie, jako wzorcowi profesjonalizmu legło w gruzach filmu o moich idolach.

Podsumowywując obraz, jestem oczarowany. Ale jako fanatyk mam zaburzony obraz zespołu Kult i wszystkiego co z nim związane. Dlatego sami obejrzyjcie to koniecznie i dzielcie się wrażeniami. Tymi na tak i tymi na nie, bo i takie są.

Po wszystkim był bankiet. Darmowe piwo i wino kusiły bateriami wypełnionych kieliszków i kufli. Mnie nie, bo musiałem wrócić do pracy. Jakbym się zmobilizował i zwiał po angielsku, mogłem jechać tym o dwudziestej trzeciej dziesięć. Tylko że się nie dało, bo za dużo było znajomych, to raz, a dwa Didula ogarnął mi nocleg, albo precyzyjniej pobyty nocny u Morwy. Poza tym mam dożywotni nocleg u państwa Bzyków, koło stacji nc+, tyle że w garderobie i na stojąco. Przy czym biorąc pod uwagę ceny noclegów w stolnicy, mogę śmiało powiedzieć, że złapałem Pana Boga za rogi.

Wybrałem morawcową stancję, o czym on chyba nie do końca wiedział. Za nim do niego dotarliśmy, część ekipy opróżniła małe co nieco z grubszego alko, w czym prym wiedli, mało znani Jeżyna z Cieszyna i jego brat bliźniak, Jarosław po matce Puzon. O jednym brodatym nie wspomnę, bo on ruszył z nami na Morwowisko.

Pierwotny plan zakładał kolację w okolicy kina. Późną kolację. Ale była już pierwsza w nocy i na Żoliborzu szynkarze pozamykali wszystko. W małych zapyziałych miejscowościach jest to standardem. Nie to co u nas w Krakowie. Szybko się więc zorganizowaliśmy, bo zajęło nam to lekko ponad godzinę, i po drugiej w nocy byliśmy na Mokotowie.

Że jest niebanalnie, okazało się po wyjściu brodatego, który jechał już z pod kina do domu swojego, ale nie był w stanie podać swojego adresu, a w międzyczasie do jego taksówki wbił Morowy i zarządził jechać tam, gdzie adres jest znany. Za nimi podążała karawana pozostałych dwóch taksówek, a w jednej z nich ja, Didi i Anula.

Zaparkowaliśmy pod klatką i udaliśmy się do bazy. Poza człowiekiem brodą, który stanął pomiędzy dwoma atutami na parkingu i postanowił oddać mocz. I tyle. Jak już oddał, wlazł za nami do mieszkania i w tym czasie pojawił się sąsiad z pierwszego piętra, z awanturą, że jakiś brodacz uszkodził mu auto. Chciał nawet wzywać policję, a przecież policja to my i mu przeszło. Potem było już spokojnie. Ktoś tańczył, ktoś spijał resztki, ktoś usnął na stole.

O czwartej z minutami pożegnałem gospodarza i gości i udałem się autobusem nocnym na dworzec, a z dworca na kolejny dworzec, z dwugodzinną drzemką w pociągu, po czym przepracowałem godzin dziewięć i nieprzytomny ale szczęśliwy dotarłem do swojego mieszkania. Do swoich ukochanych.

Nie minęła dłuższa chwila, a ja już dojeżdżam z Jolem i Cytrynem do Nowej Rudej. Albo Rudy. Na pierwszy w historii koncert grupy Kult w tym miejscu na pomarańczowej trasie.

A jak się to udało, dowiecie się niebawem. Za dwadzieścia minut będziemy na miejscowej hali OSiRu. Kończę, bo muszę się koncentrować i ustalić strategię na wieczór. Nocleg w SPA zobowiązuje!

Trzymajcie się bracia i siostry! Do następnego napisanego.

12. Nowa Ruda 15.11.2019

12. Nowa Ruda 15.11.2019

Do Nowej Rudy, Rudej, wybierz właściwe, miejscowości pod granicą z Czechami, dotarliśmy sprawnie i bezpiecznie. Jolo umie to robić doskonale. Miejsce naszej wieczornej pracy znajdowało się w kompleksie sportowym, w skład którego wchodziły : basen, boisko piłkarskie pełnowymiarowe z trybuną niewielką po jednej stronie, która była przyklejona do hali, a nawet do hali i sali, bo ktoś w Rudej miał kiedyś rozmach i stworzył naprawdę godne warunki do uprawiania sportu.

Jak dojechaliśmy na miejsce, akurat trwał turniej piłkarski chłopców z rocznika dwa tauseny pięć. Byli młodzi piłkarze z Legii, Gwarka Zabrze, Ukrainy i siedmiu innych klubów, których nie zidentyfikowałem. Popatrzyłem chwilkę, i zaznaczę od razu, że młodzież kopała naprawdę ciekawie, po czym wykonałem rozpoznanie placu boju.

Hala lata swoje miała, ale była zadbana, czysta i pot w nią jeszcze nie wlazł, dzięki czemu było rześko i świeżo. Takie samo było też powitanie jakie zgotowali mi nasi techniczni, którzy jak zwykle byli nie przygotowani do podjęcia wyższych działań w tematach rekreacyjno-regeneracyjnych. Dziadzieją niestety, choć z drugiej strony to dobrze, bo co za dużo to nie zdrowo, a ze strony trzeciej, mają mnie. A ja przewidując przewidywalne zabrałem kompielówki dla wszystkich. Co koło godziny trzeciej nad ranem się na mnie i na moim wspołspaczu zemści, bo przetrenowany Sebulani, tak się naładuje energią idącą z pływania, że nas pobudzi w środku nocy.

Ale za nim to nastąpi, a nie ma co wyprzedzać faktów, zapraszam państwa na obiad. Do konsumpcji zaproponowano nam domową klasykę, w skład której wchodziły: pierogi ruskie, schab pieczony, pieczony karczek, fragmenty kurczaków pieczone, dwie surówki, kalafior gotowany, ziemniaki zdrowo masłem okraszone, jakieś kluski, i dla chętnych zupa. Wszystko znakomite, i nawet żałowałem, że zjadłem tylko jeden kopiaty talerz miksu miesno warzywnego, ale sami wiecie, trzeba w tej robocie jakoś wyglądać. A jak mi brzuch wydyma, to wyglądam jak łajza, a nie ochroniarz zespołu o którym film zrobiono. Poza tym zależało mi na jak najlepszej prezentacji, bo Guma stwierdził, że dzisiaj znowu oddelegowywuje mnie do zastępstwa w temacie śpiewania „Totalnej stabilizacji”.

Jak pamiętacie mój pierwszy występ w tym utworze, w Łodzi, był kiepskawy, i nawet ogłosiłem go, w internetowych czeluściach, ostatnim występem w szeregach grupy Kult, Goomiego z Nowej Huty. I była to decyzja pochopna. Ale czego można się spodziewać po człowieku, który żywego psa umie pochować na fejsbuku? Podpowiem wam, niekonsekwencji, delikatnie rzecz ujmując.

Chwilę się zastanawiałem, nie powiem, ale przeprowadzona analiza za i przeciw, kazała mi jeszcze raz podjąć wokalną rękawicę. Czasu miałem sporo, tekst ściągnąłem z internetu, i zacząłem go w głowie porządkować. Zresztą, ja ten tekst znałem, w końcu Kultu słucham ze trzydzieści lat, tylko moja znajomość była, rzekł bym kolokwialnie, nieuporządkowana.

Wiedziałem, że jest masturbacja, agresja, mózg, alienacja, męki stacja, frustracja, inflacja i manipulacja, ale w jakiej kolejności, to niech mnie Onan, grecki bóg trzepania tego i owego, kopnie w kostkę, nie pamiętałem. Czas grał więc na moją korzyść.

Tymczasem na próbie wykonano nową wersję tłuszczu. Znaczy ” Tłuszczy”, bo Guma, który jest zakochany w płycie ” Poligono industrial, zawierającej ten utwór, zwrócił Kazikowi uwagę, że w wykonaniu na żywo tej piosenki, brakuje głosu drugiego, czy nawet trzeciego, który wspiera głos prowadzący, wyśpiewując inny tekst, na co lider zarządził modyfikację wykonu, zgodnie z Gumowymi sugestiami.

Po wszystkim ruszyliśmy do hotelu, który był za górami, za lasami, za siedemdziesięcioma ośmioma zakrętami. W skrócie rzecz ujmując, daleko. Przekładając na przykład na przelicznik czasowy odległości, wyszło ponad trzydzieści minut. Ponieważ mieliśmy osobowy nadstan w busie, na siedzeniu obok kierowcy, kierowca, co nie dziwne chyba, Ricardo posadził znanego wokalistę, w celu odwracania uwagi podczas ewentualnej kontroli drogowej. Znowu wypadło na Kazika. Inni wokaliści będący na pokładzie nie wchodzili w grę.

Odległość, jaką musieliśmy pokonać, zrekompensował mi ośrodek noclegowy, którym okazał się wiekowy dwór, urządzony w stylu raczej retro. Było miło i klimatycznie. Godzinkę z okładem wykorzystaliśmy więc na polegiwanie, kąpiel i taktyczno – techniczne przygotowania do łapania, po czym punktualnie o wyznaczonej godzinie ruszyliśmy do roboty.

Po dotarciu na miejsce koncertu, grupa siłowa naszej szajki została wezwana na rozmowę, którą poprowadził nasz menager. Dotyczyła ona stosunku miejscowej firmy ochroniarskiej, a szczególnie jej szefa, dla którego nasza czwórka była ością w gardle. Otóż miejscowy generał Ferreira nie wyobrażał sobie nas jako robotników podscenicznych. Doszło do nawet do ostrej wymiany zdań, a na szali postawiono sztukę.

Ostatecznie stanęliśmy na swoich stanowiskach, wcześniej serdecznie witając się z miejscową grupą ochroniarską, od której bił jednak chłód. Dla równowagi we mnie buzował taki nerw, że jakby padło ze sceny słowo atak, to poszedłbym nagi na czołgi.

Przez pierwsze dziesięć kawałków czułem na nas przygniatający wzrok miejscowego bossa służb porządkowych. A na naszym froncie nie działo się nic. Takie wielkie nic jak z Krakowa do Los Angeles. Cytryn chodził jak lew w klatce, Daro i Guma pilnie kontrolowali swoje strefy, a ja nerwowo podrygiwałem, nie mogąc znaleźć rytmu do wygrywanych przez nasz zespół utworów. Dodatkowo non stop powtarzałem sobie „Totalną stabilizację”, według klucza Księcia Warszawskiego, FKU, co najpierw sprowadzało mnie do salonu teleskopy w Krakowie, bo FKU, to skrót od faktura Kraków upees, aż w końcu zakodowałem sobie: frustracja, kolejna, uczuć. I miałem piosenkę połapaną.

Miejscowi dalej nie aktywowali swojego lotnictwa, za to dość ostro tańczyli, ale zgodnie z zasadami tańca pogo. W końcu coś, co ochronie daje chleb, drgnęło. Wyłapałem w trzecim rzędzie dwóch chłopców, którzy na parkiecie pili w ukryciu piwo. Z nudów zareagowałem, wzywając jednego z nich na rozmowę wychowawczą przy barierkach, gdzie pouczyłem go, że jeśli miejscowe harty go zaobserwują, to może zostać usunięty z hali przemocą. Obiecał poprawę i w ramach pokuty wyzerował puszkę i do końca ani mu było w głowie popijanie na moich oczach.

Wreszcie coś nadleciało. Wystartowałem wartko, jak górski strumień, i szybko tego pożałowałem, bo mi się po raz kolejny łękotka w prawym kolanie przestawiła. Ale spojnie wyłapałem kogoś, pomimo tego, że chrupanie słyszałem w całym sobie. W sumie lotów było około dziesięciu, i wszystkie zostały wylądowane wzorowo. Choć przy jednym przelocie, osoby podające lecącego dokonały tak zwanego wyrzutu, co spowodowało u mnie ruchy nerwowe, a po całej akcji ruszyłem do jednego z rzucających i go solidnie okrzyczałem, wydalając całą frustrację z siebie, która zrodziła u mnie agresję.

Okrzyczany spłonął rumieńcem wstydu, aż mi się go zrobiło żal. Przywołałem go więc jeszcze raz, gestem nie pozwalającym na jakikolwiek sprzeciw, wytłumaczyłem jak bym sobie życzył żeby wyglądała nasza współpraca, po czym przybiłem z nim piątkę, pogłaskałem po ojcowsku po głowie i zrobiło się znowu normalnie.

A normalnie by nie było jakbyśmy miejsce przy fosie odpuścili miejscowym bodyguardom. Klienci naszej sztuki sprawiali bowiem wrażenie publiki niezwykle wystraszonej, a ich zabawa była taka stłumiona. Zauważył to po sztuce nawet Jasio Zdun. Moje obserwacje nie były więc fantasmagorią.

Z obowiązków dodatkowych, Grzegorz wykonał „Tluszczę” jako dośpiewywacz trzeciogłosowy, co wyniosło ten utwór na poziom do tej pory nie spotkany na naszej trasie. Wyszło to mega mega zajebiście. Do tego zagrał na gicie w „Lewe low”, Daro wsparł „Polskę” drugim wokalem i nadszedł czas na duet Grudziński – Gomółka. Dostałem ostatnią szansę. Ale nie wszyscy o tym wiedzieli.

Po wejściu na scenę, wpadłem na lidera grupy, który zaskoczony wypalił do mnie: „znowu ty?”, na co ja dostałem tremy. Do tego zanim znalazłem swój mikrofon, muzycy ruszyli i w ostatniej chwili wbiłem się ze swoim wokalem. Tym razem zaeksperymentowałem ze śpiewaniem ze stoperami, które mam jak stoję na pozycji łapacza. Stanąłem przed odsłuchem Wojtka i nic nie słyszałem. Wojtuś delikatnie mnie przestawił przed monitory Kazika, do tego usłyszałem, że na przodach też jest mój głos, i spokojnie, bez wygłupów odśpiewałem swoją kwestię. Chyba było dużo lepiej niż za pierwszym razem. Pomógł mi w tym też Seba, który podczas kontaktu wzrokowego, pokazał mi żebym zmienił chwyt mikrofonu, co przełożyło się błyskawicznie na lepszy efekt wokalny z przodu sceny.

Po zawodach muzycznych podzieliliśmy się środkami transportu tak, żeby służby drogowe nie miały atutu, w postaci zbyt dużej ilości pasażerów na pokładach naszych limuzyn. Mnie przypadło miejsce w aucie Tomka Ghoesa, który sprawnie, przy dźwiękach Skun Anasie, dowiózł nas do celu. Reszta bandy przyjechała pół godziny po nas.

Planów jakichś wielkich, na zajęcia po koncertowe, nie mieliśmy. Jednak zaopatrzenie naszego, to jest mojego i Arka, pokoju było zachęcające do aktywności. W końcu prowadząc sportowy tryb życia w stolnicy, wlekliśmy za sobą, przez pół Polski, i bez mała przez tydzień, litr płynów wyskokowych, w postaci dwóch półlitrowych butelek wódki wyborowej. Miałem ochotę na stworzenie na bazie tego płynu napoju, który wymieszany z sokiem z grapefruita, nastroi mnie dobrze przed snem. Niestety, plan się nie udał, bo stacja benzynowa w okolicy, nie dysponowała taką fanaberią. Nawet sok pomarańczowy był niedostępny. Miałem już zaniechać konsumpcji alko, bo konfiguracje z innymi płynami, jak na przykład z sokiem wiśniowym, mi po prostu nie pasowały smakowo. Sytuację uratował barek na korytarzu, proponując herbatę. A herbata jako tak zwana popita, nadawała się idealnie do pary z czystą. Leżąc więc w wygodnych łożach, patrząc na cokolwiek w tv, rozsmakowywaliśmy się w tym czym chata była bogata.

Po kilku kubkach, czy szklankach, oczywiście zalanych po około trzydzieści gram czystego płynu, nawiedził nas Jarek, operator puzonu. Jego gospodarstwo hotelowe nie posiadało bowiem pasty do zębów, a ja jako narzeczony pani od leczenia zębów, jawiłem się jako wybawiciel i nadzieja na otrzymanie higieny w paszczy. Odbiór środka higieny połączyliśmy z kilkoma kurtuazyjnymi kolejkami. Tak zakończyła się długa historia pierwszej butelki. Jarosław podziękował, udał się do towarzysza Jeżyny, a nasz plan spokojnego wypicia drugiej legendarnej flaszki legł w gruzach. Nastąpił bowiem nalot pozostałej części Kult Ochrony, wspartej technicznym Sebiksem. Jak by tego było mało, pojawił się Morawka i pokój zaczął trzeszczeć w szwach, a szybkość z jaką butelka została opróżniona, nie był godzien jej historii dotarcia do hotelo dworku.

Rozochocone towarzystwo, pomimo braku płynów, ani myślało iść precz. Padł nawet pomysł na palenie przy oknie, co zawetowaliśmy jako gospodarze błyskawicznie i zaproponowaliśmy palenie na świeżym powietrzu, co dla mieszkańców smogo miast jest atrakcją nie lada. Zejście z naszego piętra drugiego, musiało, chcąc nie chcąc, odbyć się przez piętro pierwsze. I ta prawidłowość okazała się zrządzeniem losu. Na tymże piętrze pierwszym dostrzegliśmy uchylone drzwi do pokoju pozostałej części techniki scenicznej Kultu. Inspekcja nie mogła się nie odbyć. Mogli się zamykać.

Po wejściu na salony kolegów, objawił się widok którego nie byliśmy godni. Stół w saloniku zdobiła litrowa flacha łychy. Wszyscy, jak jeden mąż, zapomnieli o paleniu i zabrali się za konsumpcję. Ale my z Arkadiuszem nie. Rutyna i doświadczenie nabyte w wielu bojach, podpowiadały nam, że ci co mieszają, dzień kolejny spędzą z głowy bólem wielkim, a wnętrznościami ich szarpać będzie anioł zwrotów treści wszelakich. Więc po angielsku się wycofaliśmy, czego nawet nikt nie zauważył, albo po prostu dano nam milcząca zgodę na ucieczkę. W końcu co to jest litr łychy? Im mniej pijących, tym szansa na doprowadzenie się do stanu upodlenia wzrasta.

Pokój zabarykadowaliśmy poprzez zamknięcie go na klucz i o godzinie około drugiej spaliśmy snem spokojnym.

Nie za długo, bo po trzeciej obudziło nas łomotanie do drzwi. Natarczywe, głośne i nie powalające dłużej udawać, że go nie słyszymy. Otwarłem wrota naszej twierdzy, a za nimi stali Daro, oraz, w co do dziś nie mogę uwierzyć, Seba. Tak. Ten poukładany, zdroworozsądkowy monitorowiec. Nocny nalot musiał więc mieć poważne podstawy. Ale czy za takie można uznać chęć pokazania mi spiącego na szezlongu, czy jak tam się zwie taka ławeczka na hotelowych korytarzach, człowieka Brodę? Uważam, że niekoniecznie. Tym bardziej, że człowiek Broda został przetransferowany do swojego łoża, rozebrany do bielizny i okryty w celu uzyskania jak najlepszego komfortu podczas snu. Jedyna ciekawostka jaka mnie naszła i trochę złagodziła nocny nalot, był fakt, że koleś był niemal identyczny, jak osoba która upoiła się do nieprzytomności po premierze filmowej u Morawki. Przypadek? Bliźniak? Sobowtór? A może ktoś mnie śledził? Muszę te zagadkę rozwiązać jak najszybciej.

Tak wytrąceni z objęć Sennoseusza, kolejne dwie godziny przegadaliśmy o sporcie, z naciskiem na siatkówkę, a ilość osób, które z Cytrynem wspólnie kojarzymy, ich występowanie w naszym życiu, ich pogmatfane koleje losu, fakty z ich życia, mogłyby stanowić podwaliny pod książkę o tym, kim ludzie są naprawdę, a na kogo się kreują, licząc na to, że swoją legendę można budować na przekłamaniu faktów faktycznych.

O szóstej poskładało nas z wrażenia, a o ósmej pięćdziesiąt pozbywałem się toksyn w saunie, którą dysponował hotel. Jak widzicie sami, lekko nie ma. Chcąc być fit, nie da się żreć kit. Albo zabawa albo zbawienie i dobre samopoczucie.

W moim przypadku wyboru nie było żadnego. Albowiem po śniadaniu ruszyliśmy na Poznań, a mnie tym razem przypadło miejsce pasażera w aucie kierownictwa naszego zespołu. A tam miejsca na błędy nie ma najmniejszego. Dyrekcja jest bowiem jak ojciec. Surowa, wymagająca i nawet od święta sprawiedliwa.

Ale o tym może będzie kiedy indziej. Albo i nie.

Do zoo w Poznaniu!

17. Jak zostałem członkiem. Zorganizowanej grupy przestępczej.

Praca w Bel-Polu zaczynała mnie uwierać. Wszystko się pierdoliło. Sławek Shuty został pisarzem a ja utknąłem na stanowisku sprzedawcy drzwi i paneli podłogowych. I co z tego że kierowniczym i z dobrą pensją? Kiedy do domu przychodziłem tak mocno sfrustrowany, że moi ukochani musieli uciekać przede mną w sobotnie popołudnia tam gdzie pieprz nie rośnie, czyli na działkę kochanych teściów.

Na początku roku 2008 kontaktu do mnie szukał Jasiek, były bramkarz z Night Clubu 66, który wykorzystując zdolności i wykształcenie swojej mamy, postanowił założyć biuro tłumaczeń. Wszystko rozrastało się w tempie ekspresowym i ludzie byli potrzebni na już. Pół roku zajęło mi analizowanie plusów ujemnych i minusów dodatnich, zanim podjąłem decyzję o skierowaniu swojej kariery pracowniczej na inne tory.

Analiza była długa, podlewana procentami i walką z myślami „co dalej chłopie”. Aż któregoś weekendu obudziłem się w pustym mieszkaniu zlany potem, bo miałem koszmarne wspominkowe sny, które przypomniały mi jak w salonie na ulicy Dobrego Pasterza dwa razy uniknąłem śmierci. Pierwszy raz na moje życie zapolowała paleta podłogi panelowej o wadze sześciuset kilo.

Stałem sobie pod stosem, wysokim na trzy palety, podłóg i paliłem dyskutując z magazynierami, wspaniałymi chłopakami, o robocie. Kiedy wypaliłem, wróciłem do swoich obowiązków sprzedawcy-kierownika. Po jakichś dwu minutach jeden z magazynierów przybiegł spocony i nie mogący się poprawnie wysłowić.

– Tomek. Ja cię. Ja cię. Tomek.

– Co się dzieje? Stało się coś?

– Tomek, Tomek nie uwierzysz. Te palety przy których stałeś, te palety…

– Co te palety? Przyjechało nie to co miało przyjechać czy co kurwa? – pozwoliłem sobie na męskie zaakcentowanie zdania, bo nikogo na salonie nie było poza sprzedawcami.

– Nie!

– No to co?

– Jedna z palet pod którymi stałeś się zsunęłą.

– Zsunęłą? Sama? I co? Duże starty?

– Zsunęła się w to miejsce na którym stałeś…

Zbladłem. Poderwałem się po chwili na równe nogi i pobiegłem zobaczyć co i jak. Papieros który zgasiłem butem w miejscu w którym kilka chwil wcześniej paliłem został zmiażdżony. Na śmierć. A mogłem to być ja…

Drugi raz był bardzie efektowny, bo śmierć chciał mnie zabrać do krainy umarłych albo bardzo ciężko rannych, na moich oczach. Sanawa Bicz.

Wokół naszego firmowego, wysokiego na dwa piętra, parter z wielkim magazynem i piętro biurowe, baraku rosły wielkie stare topole. Którejś soboty, już na fajrant, około godziny dwunastej w samo południe, nadciągnęła straszna nawałnica. Najpierw deszcz lunął ogromny. Tak mocno lało, że woda zaczęła się wlewać przez szczeliny w dachu. Pobiegłem wiec na piętro pozamykać okna w biurach, bo kadra nie sprzedawców miała soboty wolne. Oczywiście okna pozostawiali pootwierane, żeby w poniedziałek mieć wywietrzone biura, i nie brali pod uwagę okoliczności innych niż swoja wygoda. A natura ma to w dupie i wtedy pokazała to z całą swoją ogromną siłą.

Jak zamykałem okna, zerwał się wiatr. A tam wiatr. Piździło jak na dworcu w Kielcach co wtorek. I kiedy zamykałem ostatnie okno, z pobliskiego drzewa oderwał się wielki konar i jak zestrzelony szybowiec zaczął pikować w moją stronę. Zdążyłem domknąć klamką okno, odwróciłem się, a wszystko było jak na zwolnionym filmie, i odbiegłem na metr i siedem centymetrów, a wtedy konar szybowiec pierdolnął w okno tłukąc szybę i wyłamując futrynę okna. Szkło z rozbitej szyby obsypało mnie jak konfetti zwycięzcę Bitwy na głosy, wbijając się swoimi drobinami w prawe ramię, a konar, wielkości mojego uda zawisł kilkadziesiąt centymetrów od mojego odwłoku i pustej jak zawsze głowy. Dobrze, że oddałem mocz pół godziny wcześniej bo bym nie utrzymał z przerażenia. Choć i tak byłem mokry jak diabli, to nikt by nawet nie zauważył.

Te wspomnienia przyspieszyły moją decyzję o zmianie profilu zawodowego na cokolwiek. „Do trzech razy sztuka nie zadziała w moim przypadku, wiec ratuj się kto może” postanowiłem i kilka dni później dałem zaskoczonej szefowej, która pofatygowała się wraz z dyrektorami z dalekiej Świdnicy, wypowiedzenie.

Po prostu chciałem żyć i tyle.

Kilka dni później rozpocząłem najkrótszą pracę swojego życia, która zaprowadziła mnie przed oblicze prokuratury i wysokiego sądu. Takich jaj nie wymyślił by najlepszy scenarzysta. A ja to po prostu przeżyłem.

Zmian potrzebowałem z kilku powodów. Towarzystwo belpolostwo mnie mierziło strasznie. Najpierw urodził się problem z pracownikami, których jakość w czasach jakiej takiej prosperity Rzeczypospolitej spadła, i szukało się jako tako rozgarniętych ludzi jak igły w morzu siana, a jak do tego dodam, że miałem pod sobą między innymi alkoholiczkę i mężczyznę z chorobą psychiczną, to sam się sobie dziwię, że mogłem w takim towarzystwie pracować. Całe szczęście był Darek na sprzedaży, super ziomek z Nowej Huty, wspaniała ekipa magazynierów, a i chory nie ukrywał przede mną swoich problemów i wszystko było pod jaką taką kontrolą.  Gorzej było z dziewczyną chorą na alkoholowe nadużycie.

My alkoholicy to potrafimy się kryć z naszą chorobą jak nikt inny. Dopóki nie zaczniemy przeginać. W moim przypadku, bagaż doświadczenia jaki niosłem na swoim garbie, zdobyty podczas przygody sportowej, plus doświadczenie życiowe i wyciągane odpowiednie wnioski, w pracy zawodowej działały. Już nie mówię nawet o picu w pracy, ale nawet o przychodzeniu w stanie ograniczonej świeżości. Trzeba było trzymać poziom podczas pracy z ludźmi. Niestety w domu zdarzało mi się odreagowywać robotnicze stresy i to było mega słabe.

Dziewczę, które z nami pracowało, to była już kobieta tuż przed okresem przekwitania, z bagażem dwójki dzieci i jeśli mnie pamięć nie myli, z rozwodem w życiowym ciwi. Jako sprzedawca była nawet ogarnięta, może trochę wolno działała, ale dzięki temu unikała większych wpadek. Czyli ogólnie wszystko się zgadzało, ale wadę miała jedną i w przypadku sprzedawcy trochę słabą. Pachniała/śmierdziała ( wybrać można odpowiednie) czosnkiem. Z tego powodu nasze rozmowy ograniczałem do maksymalnego minimum, bo mnie zapach czosnku i palonych papierosów, zmieszany i wypuszczany paszczą zniechęcał do konwersacji. Jeśli teraz dodam do tego jeszcze smród trawionego alkoholu, bo szydło z wora wyszło, to sami sobie wyobraźcie jak wątpliwej przyjemności był to pracownik.

Finansowo nie mogła narzekać. Podstawa może nie powalała na kolana, ale w sumie z premią można było wyrwać miesięcznie niezłą pensję. Ale to finanse powodowały, że dziewczyna ciągle szukała czegoś lepszego i w końcu znalazła. Trafiła jakiegoś kolesia, zwolniła się i pojechała z nim do Irlandii chyba. Tam miało być eldorado na miarę jej potrzeb. Szkoda tylko, że zapomniała o wszystkim poinformować dzieci, które dzwoniły do salonu, miesiąc po jej rezygnacji z pracy, bo chciały się dowiedzieć kiedy mama wróci do domu. Niewiarygodne. Jak i to co z nią było nie halo, odkryliśmy podczas sprzątania pracowniczej szatni. Po odsunięciu regałów, zza ich czeluści wysypały się opróżnione z alkoholu buteleczki zwane małpkami. Kobieta wysmoliła w trakcie swojej kilkumiesięcznej kariery kilka litrów wódy! Ciekawe ile przy tym czosnku zeżarła? A to wszystko przecież kosztuje…

W jej miejsce poszukiwaliśmy kogoś na sprzedaż detaliczną. Ja selekcjonowałem wstępnie, a następnie kierownik odpowiadający za cały Kraków dokonywał zaklepania i kandydat stawał się sprzedawcą. Ten jeden jedyny, wyselekcjonowany jak ziemniak na frytki w Maku, od samego początku, kiedy otrzymał angaż, zaczął dawać po dupie. Podczas rozmów wszystko było w jak najlepszym porządku, a jego praca w podobnej branży zadecydowała o jego „być” na naszym okręcie. Od poniedziałku.

Zaczął jakoś tak, że zadzwonił tego dnia z informacją, że mu dziadek umarł, więc dałem mu dzień na ogarnięcie, bo rozumiałem jak człowiek może się czuć w takiej sytuacji. We wtorek dalej nie był gotowy, bo ogarniał pogrzeb. Zjawił się więc z końcem tygodnia, spóźniony o dobre dwie godziny, bo zapomniał na którą ma być w pracy. Szok po pogrzebowy pomyślałem, ale kiedy wziął mnie na bok i jak starego kumpla zaczął się radzić co ma zrobić, bo dostał dom po dziadku i musi zapłacić duży podatek, zacząłem się go bać, tym bardziej, że rozmowa zmierzała do tego, żebym mu kasę pożyczył. Przeprosiłem go serdecznie i kazałem zabrać swoje problemy do domu i zająć się przystosowaniem do działań sprzedażowych.

Zrozumiał i po trzydziestu minutach szkolenia poprosił o przerwę śniadaniową. Trwała ona ze czterdzieści minut i wprowadziła naszego magika w stan innej świadomości. W jakim on świecie się znalazł, zrozumiałem kiedy zaczął do mnie głośno artykułować, że klient wynosi nie zapłacone drzwi ze sklepu. Poprosiłem go o spokój, bo klient zapłacił i wynosił drzwi przez sklep a nie przez magazyn. Magik nie odpuszczał i wybiegł za klientem, a ja polazłem na magazyn, żeby uspokoić swoje sto procent pewności, że wszystko gra. Kierownik magazynu Darek potwierdził że jest ok., ale i zasygnalizował, że koleś jest jakiś lewy i chyba uzależniony od wysokoprocentowego alkoholu, bo jak wrócił z przerwy, to za paletami, w części magazynowej pochłonął pół litra jak kompot. Nie wierzyłem w to co usłyszałem, ale jak zobaczyłem flaszkę osuszoną do ostatniej kropli, a po chwili najebanego jak działo nowego pracownika w salonie, nie miałem wyjścia i porosiłem swojego kiera o natychmiastowe usunięcie wrzoda z dupy. To była najkrótsza kariera zawodowa jaką ktoś przeżył na moich oczach.

I jak ja miałem być normalny w takim środowisku?

Próbowałem sobie to zrekompensować finansowo, bo sprzedaż hulała jak trzeba, a ja od sprzedaży miałem płacone gratyfikacje pieniężne. Ale progi premiowe jakie miałem ustawione wyrabiałem w połowie miesiąca. Niestety nikt z centrali nie potrafił podjąć decyzji, a szefowa całą jesienią przebywała w Grecji na urlopie, bo w naszym pięknym kraju miała alergię na jakieś pyłki. A dyrekcja, pod postacią dwóch młodych wilków, zainteresowana była bardziej pracownicami na szkoleniach, wprowadzaniem nowego towaru za finansowe małe co nieco na boczku, ustawianiem kariery, niekoniecznie w firmie szefów, ich dzieciom i innymi mniej lub bardziej ważnymi sprawami. A ja byłem w finansowej dwunastnicy, a mogłem być już dużo dalej.

Gwoździem do mojej belpolowskiej trumny okazał się jeden ze sprzedawców, który wmówił nam, że ma raka. Jestem człowiekiem wrażliwym na krzywdę innych i na trasie jesiennej z Kultem, podczas grania „Zegarmistrza światła purpurowego” zdarzało mi się za Darka pochlipywać. Czy on tego raka miał czy nie miał, nie wiem do dziś, ale że postanowił firmę na kilkanaście koła wydymać, dowiedziałem się wczesną wiosną, bo jego kombinacje z kreatywnym fakturowaniem towaru nie mogły trwać w nieskończoność.

Brak wsparcia od najbliższego szefostwa, które, co okazało się po moim opuszczeniu zakładu, przygotowywało się do przejścia na swoje, pracownik kutas, problemy ze znalezieniem kogokolwiek normalnego do pracy i kompletne niedocenienie mnie finansowo, przelało czarę goryczy i postanowiłem skorzystać z propozycji pracy w Biurze Tłumaczeń Symultanka. Tam miało być Eldorado na jakie chciałem zasługiwać, a wyszło jak wyszło. Mega do dupy.

Ale co nas nie zabije to nas nie zabije, bo życie jest za piękne żeby się poddawać. Trzeba tylko wyciągać odpowiednie wnioski i żyć. Jakby nie było jutra.

Pracę w Symultance rozpocząłem jakoś w dzień matki. Co prawda wcześniej na ulicy Balickiej byłem ze dwa dni, jeszcze jako belpolowiec, żeby powąchać co i jak. Rozmach jaki zastałem na miejscu, plus godna miesięczna kwota , wysokości najlepszego miesiąca w poprzedniej pracy, ale miesiąc w miesiąc mająca być wypłacana, kilka znajomych twarzy dających jaką taką gwarancję spokojnego wprowadzenia w tematykę pracy biura tłumaczeń, gwarancja legalności przedsięwzięcia, którą dawali zatrudnieni tam tłumacze przysięgli i wypalenie w sklepie z materiałami wykończenia wnętrz, pozwoliły mi podjąć decyzję na tak.

Jednak nie wszystko jest złotem, nawet jeśli się jako tako świeci. Pierwsze objawy, że mogłem postąpić zbyt pochopnie podejmując decyzję o zmianie ścieżki kariery zawodowej nadchodziły od strony najbardziej przyziemnych spraw. Primo, miałem godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę do roboty, co przy kwadransie tam i z powrotem do Bel – Polu, uciskało, a pracowałem dziennie po dziesięć godzin. Weekendy miały być wolne, ale po tygodniu okazało się, że w soboty i nawet w niedziele kierownictwo, a na takim szczeblu zostałem zatrudniony, spotyka się też. Po dwóch tygodniach i mnie kazano się stawić na takich dodatkowych godzinkach, w sumie to wuj wie po co. Akurat tę sprawę chciałem rozstrzygnąć na swoją korzyść, bo z takim zapierdolem, sześć dni w tygodniu o życiu rodzinnym nie mogło być mowy, a i godzinowo wychodziło to do dupy bardzo, bo co z tego, że zarabiałem lepiej, skoro kosztowało mnie to czasowo nieporównywalnie więcej , jeśli idzie o godzinowy pobyt w pracy.

Po trzech tygodniach moje rozterki się pogłębiły jak Rów Marjański, dalej nie wiedziałem co mam konkretnie robić, bo wszystko pędziło jak koń bez głowy, do tego ktoś mi wysłał wiadomość, że firma rok wcześniej miała w jednym z oddziałów nalot policji, że niby to co robi jest nielegalne, ale skoro po roku nikt tej Hydrze łba nie ukręcił, to trochę się uspokoiłem i nawet podjąłem strategiczną decyzję o zakupie liczarki do banknotów. Był to sygnał ode mnie w firmowy świat, że powalczę o rozwój firmy i spróbuję uporządkować siebie w jej strukturach.

Młodszym czytelnikom wyjaśnię czym zajmowała się firma. Otóż, na początku dwudziestego wieku, do Polski płynęły szerokim strumieniem używane samochody z zachodniej europy i żeby je w naszym pięknym kraju zarejestrować, trzeba było u tłumacza przysięgłego przetłumaczyć dokumenty z języków zachodnich na polszczyznę. A tłumaczenia było tam jak kot napłakał, bo wszystkie informacje były szablonowe i jedynie jakieś wpisy w dowodach  wymagały znajomości języka na poziomie ponad gimnazjalnym. Ale wyszkolony tłumacz musiał do tego być, bo nie po to się na studiach męczył jak Jezus na drodze krzyżowej, żeby byle kto miał brać za niego ten lekki kawałek chleba z masłem, szynką i pomidorem.

No i Jasiek zrobił kombinat tłumaczeń na cały kraj. Może i nie wszystko tam hulało zgodnie z przepisami jakie obowiązują podmioty gospodarcze w naszym kraju, ale żeby zrobić raban na cały kraj za coś, co nawet przy Amber Gold nie stało? Tak mogło stać się jedynie w przypadku ataku na jakiś tam odłam kasty, za który uważali się i pewnie uważają, tłumacze przysięgli, a nie grabieży na zwykłych ludziach. Bo w przypadku Symultanki okazało się, że po usprawnieniu machiny tłumaczeń, można, przy odpowiednim zaangażowaniu, zjadać największy i najsmaczniejszy kawałek tortu, bez lizania kogoś po stopach. Klient dostał szybko i tanio, tłumacz stracił dużo i za nic, i trzeba było zrobić potężny raban.

Nawet nie zdążyłem się przystosować do jakichkolwiek zadań kierowniczo-robotniczych, kiedy po czterech tygodniach mojej przygody, w piątek,  z samego rana do Symultanki wparowały oddziały policji, pod kierownictwem panów walczących z przestępczością zorganizowaną. Coś chyba wisiało w powietrzu, bo tego dnia frekwencja robotników nie była  zaduża, ale może to przez piątek tak się stało? Ja przylazłem jak zwykle, bo jako świeżynka nie miałem wyboru. Prawa do urlopu nie nabyłem jeszcze, a spóźnianie się do roboty nie jest w moim stylu. Tak oto zostałem najwyższym rangą pracownikiem firmy, pod kuratelą którego policjanci zabezpieczali dokumenty, komputery i nawet moje oczko w głowie, liczarkę do banknotów.

Ludzi którzy tego dnia przyszli do pracy spisano, za kierownictwem wydano polecenia zatrzymania lub dowolnego zgłoszenia się na wskazane komisariaty. Pierwsze osoby wylądowały w aresztach. Sam z siebie strachu nie czułem, bo moja wiedza na temat działalności firmy była jeszcze wtedy taka sobie i nie zdawałem sobie sprawy jak wielki atak przypuszczono na firmę. A okazja była znakomita, żeby upierdolić bandę dzieciaków za nic. Bo uskładało się nas przestępców ponad osiemdziesiąt osób, a w takim Amber Goldzie winne okazały się tylko trzy osoby. Za to średnia na dwie grupy wyszła ponad czterdzieści osób na organizację. Da się zrobić statystyki? Da!

Cały dzień zszedł mi na pilnowanie zabezpieczanego sprzętu, podpisywanie protokołów i objazdy innych krakowskich punktów, z czego odnalazł się nawet taki, którego super grupa od przestępczości zorganizowanej nie zauważyła. Z całego kraju spływały meldunki o przejmowaniu punktów Symultanki. Po wszystkim polazłem do domu, nie zdając sobie sprawy co za dwa dni się wydarzy.

A było tak. Mój najbliższy współpracownik, opoka firmy od samego początku, dostał sygnał żeby stawić się na komendę, albo będą na niego polować. Skontaktował się więc ze mną i poprosił, żebyśmy pojechali razem, bo czuł, że może to być wycieczka w jedną stronę. Umówiliśmy się na niedzielę, bo wymiar sprawiedliwości pracuje jak monopolowy, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na ulicy Mogilskiej stawiliśmy się zaraz po godzinie dziewiątej. Kolegę zabrali na przesłuchanie, które trwało i trwało i trwało. Zdążyłem zjeść śniadanie w kantynie, poumawiać się na wieczorny finał Mistrzostw Europy 2008, którego jeden z meczy, naszej repry i Austrii widziałem na żywo, i kiedy już miałem dość siedzenia bezczynnego, policjanci dostali od prokuratury rozkaz przesłuchania mnie, bo i ja zostałem podciągnięty pod udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Przemaglowano mnie ekspresowo i po trzech godzinach wspólnego zastanawiania się z funkcjonariuszami którzy rozpracowywali Symultankę, na jakiej podstawie, skoro ledwo co robotę zacząłem, jestem zorganizowanym bandytą, kazano mi czekać na decyzję z góry. Kolegę zabrano do aresztu, a moje „oglądnę czy nie oglądnę finał” ważyło się przez kolejne dwie godziny. Łaska prokuratury była wielka. Tym razem mi się upiekło. Ale byłem tak zmaglowany, że z finału nie pamiętam nic.

Kolejne kilkanaście dni meldowałem się na Mogilskiej, bo okazało się, że przygotowania organów były niekompletne i o kilku oddziałach nikt nic nie wiedział. A do mnie dochodziły informacje, że robotnicy chcą kasy, pomimo tego, że płacone mieli tygodniówki i jakichś zaległości wielkich nie było, pomimo tego postanowili sobie wyrównać stratę w pasywach firmy. Ogałacania firmy wolałem uniknąć, nie wiem czy wierząc w to, że sprawa się wkrótce wyjaśni i ruszymy z kopyta, czy bardziej z wkurwu na hołotę, która nie kumała jak się sprawy mają.

W międzyczasie dostałem zarzuty, z artykułu 258 kodeksu karnego, zakaz opuszczania kraju, meldowanie się raz w tygodniu na komendzie i straciłem właśnie robotę. Zostałem z gołą dupą na lodzie i świeżo podpisanym kredytem na najbliższe trzydzieści lat. Ależ chciało się żyć!

Spinki z wymiarem sprawiedliwości, pod wszystkimi postaciami, były nieustające. Moim punktem meldunkowym był oddział policji na os. Złotej Jesieni. Jako dziewica w sprawie dozoru, udałem się pełen pokory na pierwsze meldowanie, pokazać że jestem. Grzecznie stanąłem w kolejce do okienka, i kiedy po kilkunastu minutach usłyszałem smutne „Czego?” i tylko kurwy zabrakło w zdaniu, pewnie z grzeczności do petenta, odparłem:

– Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Cisza i wzrok spode łba nie wróżyły, że się zaprzyjaźnię z panem policjantem z dyżurki. Po kilku minutach w okienku pojawił się w okienku zeszyt i instrukcja słowna. Krótka i rzeczowa.

– Tu się podpisać.

– Dziękuję. Pożyczy mi pan długopis?

– A co to jest? Instytucja charytatywna? – wydarł się na mnie obrońca sprawiedliwości i już mnie tym kupił.

– A co ja kurwa, bandytą jestem? Jeszcze mi nikt kurwa niczego nie udowodnił! Ma pan problem z pożyczeniem długopisu? Bez łaski! – podjąłem rękawicę i odwróciłem się na kolanie i wyszedłem poirytowany.

Do najbliższego kiosku, gdzie zakupiłem pięć długopisów.

Znowu stanąłem w kolejce i powtórzyłem jak mantra:

–  Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Z drugiej strony było tylko milczenie i wyraz twarzy sugerujący mega wkurw. Osobnik podał mi zeszyt, gdzie złożyłem swój autograf, czytelnie, żeby nie dać mu powodów do kolejnego ataku. Pomimo tego dalej patrzył na mnie spode łba, na co ja położyłem na blacie wszystkie długopisy i powiedziałem:

– Prezent dla krakowskiej policji od nowohucian.

Chłop się zdziwił, zaskoczył i jak odchodziłem, darł mordę:

– Zabieraj to? Co to jest?

„Gówno” myślałem w myślach, „Gówno, zjedz je równo”

Latem, jak to latem, pojechałem z rodziną do Unieścia, jak co roku od lat kilkunastu, wcześniej składając wniosek o możliwość zameldowania się w komendzie w Koszalinie. Pani prokurator oczywiście nie poszła mi na rękę i musiałem dymać w połowie urlopu przez cały kraj, żeby jaj nie było, czyli jakiegoś aresztu. Dzięki temu miałem kilkadziesiąt godzin na myślenie i wymyśliłem. Prokuratorka staje się moim wrogiem numer jeden. Nie mogłem doczekać się następnego spotkania.

Bez pracy nie ma kołaczy. Zostałem więc z gołą dupą i rodziną na utrzymaniu. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnął do mnie brat i jego wspólnik, a mój przyjaciel Borys. Zatrudnili mnie w swoim zakładzie pracy, nie byle jakim, bo był to Night Club. Coś tam próbowałem robić, ale ciągle szukałem roboty na stałe w mniej rozpraszającym życie środowisku.

Koło roku dwa tysiące dziewiątego zostałem wezwany do prokuratury na przesłuchanie. Baba mnie tak wyżęła, że po kilkugodzinnym przesłuchaniu wróciłem do domu. Podczas tego spotkania podziękowałem jej za urozmaicenie urlopu i kilka razy zadałem pytanie dla mnie kluczowe:

– A co ja tutaj psze pani kurator robię?

– Niech pan nie udaje. Był pan w grupie!

– W jakiej dupie, yyy, grupie? Przez cztery tygodnie chodziłem do pracy, jak każdy. Mam umowę, zapłacone składki. Jaka dupa, yyy, grupa???

– Mamy pana zdjęcia z niedzielnych zebrań kierownictwa.

– No i? Odrabiałem dwa dni wolnego, które wziąłem żeby pojechać do Wiednia na Mistrzostwa Europy. Dlatego byłem dwa razy w niedzielę w pracy.

– Na spotkaniach! Na spotkaniach kierownictwa. Niech pan z siebie nie robi idioty.

– No tak. Wystarczy, że pani to robi…

W mózgu pani prokurator musiała się otworzyć jakaś klapka chyba wtedy, bo podczas naszych spotkań w sądzie chciała we mnie poszukać sobie wsparcia dla swojej tezy o mega grupie. Ale ja miałem to gdzieś.

W dwa tysiące czternastym roku naszej ery zaczęła się prawdziwa zabawa. Zabawa w (o)Sąd. Miałem już wybranego adwokata do obrony mojej godności osobistej, i do momentu rozpoczęcia rozpraw, korzystałem z jego pomocy. I pewnie korzystał bym dalej, gdyby nie bieda i matematyka. Okazało się bowiem, ze sprawa Symultanki jest jedną z największych spraw jakie wydarzyły się w Krakowie w ostatnich latach, liczba oskarżonych jest imponująca jak mało kiedy, i kroi się kilkadziesiąt rozpraw, co najmniej. Dostałem oczywiście odpowiednią zniżkę, ale proste działanie matematyczne mnie rozłożyło na łopatki.

Jeśli udział w jednej rozprawie ma kosztować mnie trzysta złotych, rozpraw niech będzie sześćdziesiąt, to muszę wyskoczyć z osiemnastu koła! Takich jak ja jest ponad osiemdziesięciu, czyli robi się piękna kwota, ponad półtorej miliona! A jeden z kolegów, już popłynął wtedy ponad dwadzieścia tysięcy, czystych, nieopodatkowanych pieniędzy i dostał za to nic, czyli przesiedział w areszcie swoje. Wiwat sądy! Wiwat sprawiedliwość.

Nie bardzo chciałem stawać naprzeciw hydry zmutowanej samotnie, więc po ustaleniach, wraz z adwokatem, złożyliśmy pismo o obrońcę z urzędu. Po kilku miesiącach otrzymałem pismo, że dwa lata temu miałem majątek jak półKulczyk, i ogólnie mam się pocałować w dupę. To wystarczyło, żebym podjął decyzję o SAMODZIELNEJ OBRONIE SWOJEJ GODNOŚCI OSOBISTEJ.

I wysłałem tez pisemko do prokuratury, co o tym sądzę. ( Kopia oryginału poniżej)

KRAKÓW 03.03.2014

Sąd Okręgowy w Krakowie

Dotyczy sygn. akt X XXX/XX z dnia 4.02.2014

Po przeczytaniu Państwa uzasadnienia do zarządzenia w sprawie przyznania obrońcy z urzędu, śmiem stwierdzić, że uzasadnienie o nie przyznaniu mi obrońcy z urzędu, zastosowane w Państwa piśmie jest co najmniej skandaliczne. Tylko przez grzeczność postaram się nie używać mocniejszych sformułowań.

Przypomnę tylko Państwu że nasza przygoda rozpoczęła się w roku 2008.  Od 6 lat, zdaniem prokuratury, ciążą na mnie zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Mało tego, po 20 kilku dniach pracy, zostałem zaliczony w poczet kierownictwa tej organizacji. Nie wiem czy to miało na celu połechtanie mojej próżności, czy po prostu przygotowanie mnie do wysupłania dużej kwoty pieniężnej w celu oczyszczenia się z zarzutów.

Czemu więc oświecone, wykształcone głowy odrzucają mój wniosek? Bo zarabiam 2000 zł ( zazwyczaj sporo mniej ) miesięcznie, jestem właścicielem mieszkania ( tego jeszcze nie wiecie, jak wnioskuję z pisma ) współwłaścicielem drugiego mieszkania ( tutaj już coś Państwu świta ale jak udowodnię poniżej nie do końca), kupionego na kredyt za franki szwajcarskie które zorganizowana grupa przestępcza bankowa ( której do dzisiaj włos z głowy nie spadł) wywindowała po 6 miesiącach celowego działania franka do kwoty, która powoduje, że mieszkanie jest warte 50 % kredytu. W tym przypadku mogę się uznać za głupka i frajera. Dałem się oszwabić w „Państwie prawa”. Mea culpa. Kolejny kwiatek do sądowniczego kożucha dotyczy oszczędności. Sic, 6 lat od zebrania twardego materiału dowodowego, wspomniane wyżej oszustwo kredytowe, 5 lat kryzysu, w którym 6 miesięcy spędziłem na bezrobociu, a Państwo mówicie o moich oszczędnościach ?! Gratuluję wspaniałego samopoczucia. Informuję zatem ze za oszczędności zakupiłem auto, które po 4 latach jest warte  15 000 zł i służy do tego, żeby moje dziecko mogło bezpiecznie być zawożone do i przywożone ze szkoły. Ponieważ Państwo nie jesteście w stanie w mieście Krakowie zapewnić swoim obywatelom minimum bezpieczeństwa, posiadanie samochodu jest niezbędne i proszę zapomnieć, że będę się zastanawiał nad jego sprzedażą, żeby za 10 000 zł oczyścić się z tak niewiarygodnych i absurdalnych zarzutów.

Do zobaczenia na sali sądowej.

Nie pozdrawiam

Tomasz Gomółka

Na pierwsza rozprawę poszedłem stremowany, ale mimo wszystko bojowy. Oczywiście wystroiłem się na tę okazję odpowiednio, bo nie ma niczego lepszego niż dobre samopoczucie. Jako katol, wystroiłem się w koszulkę Luxtorpedy z Maryjką Zawsze Dziewicą, nałożyłem na klatę różaniec i okryłem to wszystko bluzą. Też Luxów i też z Maryją. Wśród pań i panów w sukienkach, „bandytów” w garniturach i garsonkach, wyglądałem jakbym się z choinki urwał. I o to mi chodziło. Ta sprawa to nie była moja bajka, choć miałem w niej grać jedną z głównych ról. Pani prokurator parsknęła na mój widok, ja odwdzięczyłem się wilczym pomrukiwaniem i było bosko. Wojna trwała w najlepsze.

Największym problemem w tym całym zamieszaniu było wygospodarowanie czasu na osobiste stawiennictwa się na rozprawach. Jako robotnik w sklepie, musiałem brać urlopy, żeby być w sądzie. Po kilku żenujących spektaklach nabrałem rutyny, i ustalałem z panią sędziną, kiedy mam być, bo będzie o mnie gadane. Szła mi na rękę, choć na którejś z rozpraw doprowadziłem ją do szewskiej pasji. Długo nie mogłem nauczyć się odpowiedniego słownictwa, co nie dziwi, byłem naturszczykiem amatorem adwokatem, i zamiast wysoki sądzie, zwracałem się do sądu na pani, choć najchętniej przeszedł bym na ty, bo jej wysokość była, na oko, młodsza ode mnie. Do poprawności sądowej przywołała mnie możliwa kara finansowa, którą chciano mi wlepić, więc się spinałem w sobie, koncentrowałem odpowiednio, i sąd, pomimo tego, że był niższy ode mnie, został najwyższym.

Rozprawy były, albo ich nie było, chociaż większość z nas przychodziła na wskazane terminy. A to sąd się pochorował, a to prokuratura, a to obrońca z urzędu nie dotarł a miał być i bez niego maszyna nie mogła zadziałać. Zaobserwowałem też, że na naszych spotkaniach, adwokatów zastępują ich praktykanci, zainteresowani bardziej grzebaniem po Onecie, niż robotą. Zwracałem więc im uwagę na niestosowne zachowanie, i na piątej rozprawie siedziałem już sam, bo chyba byłem nie miły. Lody zaczęły się przełamywać w okresach mojej aktywności, zwłaszcza podczas zadawania pytań oskarżonym, jeśli ci zgodzili się na to, żeby im pytania zadawać. Byłem, modne słowo będzie, kurewsko merytoryczny i wprowadzałem chaos w procesie. Teza z góry założona pokrywała się pajęczyną pęknięć, jeśli chodzi o moją osobę.

W końcu nadeszła godzina zero, i miałem stanąć przed obliczem naszej najwyższej. Sześć albo siedem lat po tym, jak zostałem członkiem. Zorganizowanym. Przygotowywałem się sumiennie. Konsultowałem ruchy u oryginalnego adwokata, przyjaciela rodziny, czytałem swoje zeznania z pierwszego w życiu przesłuchania przez prokuratorkę i czerwieniłem się ze wstydu. Faktycznie wyglądałem jak człon w tych zeznaniach, ale szybko połapałem się w tym, że miały one miejsce rok po zamknięciu biur, a moja wiedza była wtedy o kilka poziomów do potęgi entej większa. Musiałem to tylko udowodnić. Postanowiłem więc odwołać swoje poprzednie zeznania i złożyć je na świeżo. Sąd się wkurwił, bo dodawało mu to roboty, ale z zaciśniętymi zębami maglował mnie jak juniora. I to wystarczyło, żebym zaczął się wkurwiać i gubić. I wtedy nastąpił cud nad cudy. Adwokaci innych oskarżonych zaczęli mnie wspierać, wykazywać błędy proceduralne, błędy w spisywaniu moich zeznać, przekręcaniu znaczeniu zdań. Poczułem wtedy taką jedność ze mną z ich strony, że do dzisiaj na samą myśl o tym, łza mi się w oku kręci. Zaczęliśmy grać w jednej drużynie.

Lata leciały, rozpraw było już ponad setkę i zbliżał się Grand Finale, ale nadchodziły kolejne wakacje. Najwyższy sąd chciał w wakacje zakończyć zabawę, ale na ogłoszenie terminów rozpraw w lipcu, odezwał się głos rozsądku pod postacią prawie siedemdziesięcioletniej Pani Adwokat.

– Wysoki sądzie! – rozpoczęła z klasą jakiej ja dopiero się uczyłem. – Ja od czterdziestu lat mam w lipcu urlop i składam wniosek o nie wyznaczania terminów posiedzeń w miesiącu lipcu.

– Dobrze pani mecenas. W lipcu się nie spotykamy.

Siedzący obok mnie młody wilk adwokatury, bąknął pod nosem z wielce skwaszoną miną:

– A ja mam w sierpniu kurde.

To mi wystarczyło.

– To weź i zgłoś.

– Taaa. Sam se zgłoś. – odparł dalej skwaszony.

A mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać więc podniosłem rękę jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wysoki sąd zauważył.

– Tak panie Gomółka.

– A ja jako obrońca Tomasza Gomółki, Tomasz Gomółka, mam urlop od lat dwudziestu w sierpniu i wnioskuję o nie wyznaczanie terminów na miesiąc sierpień.

– Dobrze. Zatem najbliższe spotkanie wyznaczam na wrzesień.

Czułem się jak u siebie i zaczynałem żałować, że na prawo nie poszedłem, tylko siatkówka i picie i muzyka były mi w głowie. Pewnie bym teraz sądów bronił, a może i Sharksów i Judegangów.

W końcu w tym wrześniu żeśmy się zaczęli spotykać, ale odczytać wyroku sądu nie szło, bo co rusz kogoś brakowało z tych, którzy być powinni. Aż w końcu zebrał się komplet i ogłoszono co następuje. W wielkim skrócie podam tylko, że wszystkie wyroki zostały utrzymane, poza jednym łajzom, któremu obniżono proponowaną karę, do minimalnego minimum, czyli pół roku w zawieszeniu na rok. Ciekawe czy wiecie komu?

Część z osądzonych pogodziła się z wynikiem i postanowiła olać sprawę, bo miała już dość, po dziesięciu latach kopania się z koniem i postanowiła przeżyć zawiasy i oczekiwać na zatarcie wyroku, pozostali się postanowili odwołać, i liczyć na cud. Najmniej zadowoleni byli ci, którzy mieli obrońców z urzędu, bo jako przegrani dostali wyrok i jeszcze muszą kasę zapłacić jako pokonani.

Dla mnie podjęcie decyzji było najmniej istotne i pewnie bym sprawę już olał ostatecznie, ale skoro jestem niewinny, o czym przypomniał mi zawodowy adwokat, przyjaciel rodziny, to czemu o to nie powalczyć? Złożyłem więc pismo do sądu drugiej instancji, w ostatniej chwili, o godzinie dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt ostatniego możliwego dnia i biję się dalej.

I wiecie co? Jest ciekawie, bo jak się okazało, skazały nas pisiory a odwołujemy się u platfusów, a ci mogą po złości odwrócić konia ogonem.

I tylko gdzie jest w tym wszystkim sprawiedliwość? No jak to gdzie?

W DUPIE! 😉

Ściskam. Członek.

5. Wanda i Banda, czyli II liga w Nowej Hucie.

Po każdym sukcesie, a w przypadku mojej siatkarskiej przygody w nowohuckiej Wandzie, takim był awans do II ligi, przychodziła nadzieja na lepsze. Na lepsze pieniądze, lepsze wyniki, lepsze wszystko. W temacie Wandy marzyliśmy o ciepłej hali, regularnych wypłatach i sowitych premiach za wygrane mecze.

Drużynę wzmocniono nie byle jak, bo dwoma środkowymi z pierwszoligowym doświadczeniem, których sprowadzono z sąsiedniego Brzeska. Rafał i Krzysiek. Zdrowe, wielkie chłopaki ze sporymi umiejętnościami i dużym doświadczeniem. Wypłaty i premie też się, co prawda do czasu, zgadzały. Pozostało tylko ciepło, które w przypadku sportów halowych jest niezwykle istotne.

Sekcja nasza opierała się na środkach które zapewniał jej prezes i sponsor Bogusław. Klub miał ogarnąć zaplecze, sprzęt oraz kasę na sędziów, takie minimum do codziennego funkcjonowania. I starał się jak mógł. Raczej gorzej niż lepiej. Jak wspominałem wyżej, jednym z naszych marzeń była ciepła sala sportowa. Jeśli trenowanie i granie na poziomie trzecioligowym, w hali, na której jest około dziesięciu stopni Celsjusza, byłem w stanie zrozumieć, to kontynuowanie takich standardów poziom wyżej wyglądało co najmniej słabo. Żeby nie powiedzieć chujowo. Zdarzały się sytuacje, że rywale czy sędziowie kazali mierzyć temperaturę na obiekcie, bo przepisy jasno stanowiły, że poniżej pewnej temperatury gra jest niemożliwa. To pocierało się termometr i zaklinało rzeczywistość, wiedząc, że taka akcja jest słaba i żenująca.

Wanda to był specyficzny klub jak nie wiem co.

Nie wiem czy to po awansie, czy może rok wcześniej, chyba dzięki pieniądzom z miasta, wyremontowano sieć ciepłowniczą na obiekcie i kupiono nowy piec. Miało być wszystko na poziomie. I było by, gdyby nie to, że pilnujący hali chłopki – roztropki, napaliły w piecu na maksa, zapominając o poodkręcaniu zaworów. Po napaleniu poszli, jak co drugi dzień, w gaz, tak do spodu i piec rozerwało. Wróciliśmy więc do korzeni. Albo precyzyjniej, do krainy, bez mała, lodu.

Poza nami siatkarzami, Wanda posiadała sekcje żużlową, piłki nożnej chłopaków i może kobiet, była sekcja ping-ponga, którą zarządzał Albercik – miłośnik kauczukowej piłeczki i jeszcze większy miłośnik odbijających tę piłeczkę dziewcząt, a dla nas kierowca wesołego autobusy którym pruliśmy po Polsce południowej.

Najciężej było utrzymać żużel. Znaczy sekcję żużlową. Kraków nie posiada jakichś wielkich tradycji w tym sporcie, ot w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jeżdżono w kółko, ale zaprzestano, bo wyników nie było. W 1993 roku dzięki zapaleńcom, motory zaburczały przy ulicy Bulwarowej, ale poziom był taki sobie. Bo nie było nigdy na tyle kasy, żeby dokulać do czołówki krajowej. Nie powiem, było bardzo fajnie, bo sam miałem, po reaktywacji, przyjemność bywać na stadionie i przy drinku, leżąc na trawie wdychać metanol i podziwiać częściej kraksy niż pasjonujące wyścigi, co jednak w niczym mi nie przeszkadzało. Stadion Wandy był jednym z niewielu obiektów w mieście, na którym piło się do spodu, pomimo zakazów i nakazów. Kulturalni kibice chodzili, więc organizatorzy przymykali oko na spożywanie na sportowym stadionie płynów wyskokowych.

I tak jak w Wawelu otarłem się o Roberta Korzeniowskiego, tak w Wandzie otarłem się o „czarny sport”. Z tym pierwszym byliśmy kolegami klubowymi, często korzystając wspólnie z klubowej sauny i innych udogodnień. Robert,  był niesłychanie spokojnym, życzliwym chłopakiem. Żadna tam gwiazda. Olimpijczyk, Mistrz Świata, Europy, Polski i diabli wiedzą czego. Trochę darliśmy za jego plecami łacha z dyscypliny chód sportowy, ale na co dzień byliśmy pełni podziwu dla jego wyczynów i normalności. Prawdziwy Mistrz. Szkoda tylko, że w życiu prywatnym mu się obie stopy od podłoża oderwały, ale co zrobisz? Każdy sobie coś tam skrobie.

Tej normalności nie mieli żużlowcy, których znałem. Byli kosmitami na swoich błyszczących motorach. Coś jak u Wańki Wstańki & Ludojades:

Dobry wieczór! WSK – wiejski sprzęt kaskaderski!

Ref. Wiejscy motocykliści
Na swych błyszczących maszynach
Wiejscy motocykliści
Na swych błyszczących maszynach

Rumiani chłopcy na motorach
Sworne dziewuchy podoczepiane
Rumiani chłopcy na motorach
Nowa kultura prosto z pola

Wańka Wstańka i Ludojades

Szczególnie ci dwaj, którzy z powodu nie wypłacanych gaż postanowili zastrajkować. Tylko nie tak byle jak. Oni to zrobili z przytupem. Postanowili wziąć klubowe władze głodem. Ale to było medialne! Ale to było odważne! Ale to było pionierskie! Dla tych którzy czytali, oglądali i byli w chuj daleko od tematu. Nawet nas robili w bambolo. Jak trenowaliśmy, to byli przykuci kajdankami do kaloryfera. Dawaliśmy im wsparcie słowem, bo sami zaczynaliśmy mieć opóźnienia w wypłatach i ogólnie było nie fajnie. Aż zapadał zmrok, hala pustoszała, a nasze gagatki wracały do życia na pełen bak. Były dziewczyny za pieniądze, było KFC, było alko. Było słabo, słabiej aż nagle nastąpiło wielkie BUM!

To był Sylwester 2001. Chłopaków poniosło. I to nie z głodu. Z nadmiaru adrenaliny, wódeczki, po której wypiciu udali się na pole, pod stadion. A może pili na głodnego? Tego nie wiem.  Jak już na to pole wyleźli, oczom ich ukazał się zaparkowany przy obiekcie autokar. Motor, autobus, jeden ciul jeśli masz ochotę pojeździć. Włamali się więc do niego, tego autobusu, odpalili go i zaczęli jeździć po placu, na którym pojazd był zaparkowany. Tak im to szło opornie, że zatarli silnik. Rano ktoś odkrył, że coś dziwnego stało się tej przełomowej nocy. Jak połapano wszystkie sznurki, kolegów żu(ż)lowcó przycisnęła policja i polegli na pierwszym wirażu. Klub miał po przesłuchaniu sznurki od maszyny startowej w ręce i za obopólną zgodą rozwiązano kontrakty, zakopując wszystkie brudy pod nowohucki śnieg. Chłopcy motorowcy zrzekli się wszystkiego o co walczyli, spakowali manatki i kręcąc się w lewo odeszli w siną dal.

Żuzel żużlem, motory motorami a na naszej wyziębionej hali sprawy miały się średnio, bo i średnio nam się powodziło w lidze. Postanowiono więc zmienić trenera i na ulicy Odmogile pojawił się legendarny trener, prawdziwy specjalista od piłki plasowanej, Jerzy Piowowar. To był największy z największych, pod którego batutą miałem przyjemność poruszać się krokiem odstawno – dostawnym, przekładanką, plasować, bronić i przyjmować. Popularny Piana był mistrzem spokoju. Nie krzyczał, nie kurwował, nie obrażał się z byle powodu. Zaufaliśmy mu bezgranicznie i po ciężkiej walce zachowaliśmy miejsce w drugoligowej stawce. 

I wtedy to, po raz pierwszy, po ostatniej piłce sezonu miałem siatkówki dość. Byłem fizycznie i psychicznie wykończony. Praca, siatkówka i rodzina, której skład powiększył się do cyfry trzy, wysysały ze mnie życie. Trzeba było pozmieniać priorytety i rodzinę postawić na szczycie góry. Reszta miała być tylko dodatkiem do osiągnięcia nirwany.

Pierwszą decyzją była rezygnacja z gry w Wandzie. W sumie, to chciałem już dać sobie spokój z siatkówką na wieki wieków. Nie było z tego finansowych bodźców, a sama przyjemność z grania i trenowania już nie napędzała z równą mocą. Chciałem więcej czasu spędzać z synem i to był argument za rezygnacją z półzawodowej zabawy w sport. Tym bardziej, że i Wanda kulała finansowo i nie wszystko co grając w niej zarobiłem, otrzymałem. Chciałem, chciałem, chciałem a wyszło jak wyszło. Sportu tak szybko się nie porzuca. Co wkrótce miało się okazać prawdą.