17. Jak zostałem członkiem. Zorganizowanej grupy przestępczej.

Praca w Bel-Polu zaczynała mnie uwierać. Wszystko się pierdoliło. Sławek Shuty został pisarzem a ja utknąłem na stanowisku sprzedawcy drzwi i paneli podłogowych. I co z tego że kierowniczym i z dobrą pensją? Kiedy do domu przychodziłem tak mocno sfrustrowany, że moi ukochani musieli uciekać przede mną w sobotnie popołudnia tam gdzie pieprz nie rośnie, czyli na działkę kochanych teściów.

Na początku roku 2008 kontaktu do mnie szukał Jasiek, były bramkarz z Night Clubu 66, który wykorzystując zdolności i wykształcenie swojej mamy, postanowił założyć biuro tłumaczeń. Wszystko rozrastało się w tempie ekspresowym i ludzie byli potrzebni na już. Pół roku zajęło mi analizowanie plusów ujemnych i minusów dodatnich, zanim podjąłem decyzję o skierowaniu swojej kariery pracowniczej na inne tory.

Analiza była długa, podlewana procentami i walką z myślami „co dalej chłopie”. Aż któregoś weekendu obudziłem się w pustym mieszkaniu zlany potem, bo miałem koszmarne wspominkowe sny, które przypomniały mi jak w salonie na ulicy Dobrego Pasterza dwa razy uniknąłem śmierci. Pierwszy raz na moje życie zapolowała paleta podłogi panelowej o wadze sześciuset kilo.

Stałem sobie pod stosem, wysokim na trzy palety, podłóg i paliłem dyskutując z magazynierami, wspaniałymi chłopakami, o robocie. Kiedy wypaliłem, wróciłem do swoich obowiązków sprzedawcy-kierownika. Po jakichś dwu minutach jeden z magazynierów przybiegł spocony i nie mogący się poprawnie wysłowić.

– Tomek. Ja cię. Ja cię. Tomek.

– Co się dzieje? Stało się coś?

– Tomek, Tomek nie uwierzysz. Te palety przy których stałeś, te palety…

– Co te palety? Przyjechało nie to co miało przyjechać czy co kurwa? – pozwoliłem sobie na męskie zaakcentowanie zdania, bo nikogo na salonie nie było poza sprzedawcami.

– Nie!

– No to co?

– Jedna z palet pod którymi stałeś się zsunęłą.

– Zsunęłą? Sama? I co? Duże starty?

– Zsunęła się w to miejsce na którym stałeś…

Zbladłem. Poderwałem się po chwili na równe nogi i pobiegłem zobaczyć co i jak. Papieros który zgasiłem butem w miejscu w którym kilka chwil wcześniej paliłem został zmiażdżony. Na śmierć. A mogłem to być ja…

Drugi raz był bardzie efektowny, bo śmierć chciał mnie zabrać do krainy umarłych albo bardzo ciężko rannych, na moich oczach. Sanawa Bicz.

Wokół naszego firmowego, wysokiego na dwa piętra, parter z wielkim magazynem i piętro biurowe, baraku rosły wielkie stare topole. Którejś soboty, już na fajrant, około godziny dwunastej w samo południe, nadciągnęła straszna nawałnica. Najpierw deszcz lunął ogromny. Tak mocno lało, że woda zaczęła się wlewać przez szczeliny w dachu. Pobiegłem wiec na piętro pozamykać okna w biurach, bo kadra nie sprzedawców miała soboty wolne. Oczywiście okna pozostawiali pootwierane, żeby w poniedziałek mieć wywietrzone biura, i nie brali pod uwagę okoliczności innych niż swoja wygoda. A natura ma to w dupie i wtedy pokazała to z całą swoją ogromną siłą.

Jak zamykałem okna, zerwał się wiatr. A tam wiatr. Piździło jak na dworcu w Kielcach co wtorek. I kiedy zamykałem ostatnie okno, z pobliskiego drzewa oderwał się wielki konar i jak zestrzelony szybowiec zaczął pikować w moją stronę. Zdążyłem domknąć klamką okno, odwróciłem się, a wszystko było jak na zwolnionym filmie, i odbiegłem na metr i siedem centymetrów, a wtedy konar szybowiec pierdolnął w okno tłukąc szybę i wyłamując futrynę okna. Szkło z rozbitej szyby obsypało mnie jak konfetti zwycięzcę Bitwy na głosy, wbijając się swoimi drobinami w prawe ramię, a konar, wielkości mojego uda zawisł kilkadziesiąt centymetrów od mojego odwłoku i pustej jak zawsze głowy. Dobrze, że oddałem mocz pół godziny wcześniej bo bym nie utrzymał z przerażenia. Choć i tak byłem mokry jak diabli, to nikt by nawet nie zauważył.

Te wspomnienia przyspieszyły moją decyzję o zmianie profilu zawodowego na cokolwiek. „Do trzech razy sztuka nie zadziała w moim przypadku, wiec ratuj się kto może” postanowiłem i kilka dni później dałem zaskoczonej szefowej, która pofatygowała się wraz z dyrektorami z dalekiej Świdnicy, wypowiedzenie.

Po prostu chciałem żyć i tyle.

Kilka dni później rozpocząłem najkrótszą pracę swojego życia, która zaprowadziła mnie przed oblicze prokuratury i wysokiego sądu. Takich jaj nie wymyślił by najlepszy scenarzysta. A ja to po prostu przeżyłem.

Zmian potrzebowałem z kilku powodów. Towarzystwo belpolostwo mnie mierziło strasznie. Najpierw urodził się problem z pracownikami, których jakość w czasach jakiej takiej prosperity Rzeczypospolitej spadła, i szukało się jako tako rozgarniętych ludzi jak igły w morzu siana, a jak do tego dodam, że miałem pod sobą między innymi alkoholiczkę i mężczyznę z chorobą psychiczną, to sam się sobie dziwię, że mogłem w takim towarzystwie pracować. Całe szczęście był Darek na sprzedaży, super ziomek z Nowej Huty, wspaniała ekipa magazynierów, a i chory nie ukrywał przede mną swoich problemów i wszystko było pod jaką taką kontrolą.  Gorzej było z dziewczyną chorą na alkoholowe nadużycie.

My alkoholicy to potrafimy się kryć z naszą chorobą jak nikt inny. Dopóki nie zaczniemy przeginać. W moim przypadku, bagaż doświadczenia jaki niosłem na swoim garbie, zdobyty podczas przygody sportowej, plus doświadczenie życiowe i wyciągane odpowiednie wnioski, w pracy zawodowej działały. Już nie mówię nawet o picu w pracy, ale nawet o przychodzeniu w stanie ograniczonej świeżości. Trzeba było trzymać poziom podczas pracy z ludźmi. Niestety w domu zdarzało mi się odreagowywać robotnicze stresy i to było mega słabe.

Dziewczę, które z nami pracowało, to była już kobieta tuż przed okresem przekwitania, z bagażem dwójki dzieci i jeśli mnie pamięć nie myli, z rozwodem w życiowym ciwi. Jako sprzedawca była nawet ogarnięta, może trochę wolno działała, ale dzięki temu unikała większych wpadek. Czyli ogólnie wszystko się zgadzało, ale wadę miała jedną i w przypadku sprzedawcy trochę słabą. Pachniała/śmierdziała ( wybrać można odpowiednie) czosnkiem. Z tego powodu nasze rozmowy ograniczałem do maksymalnego minimum, bo mnie zapach czosnku i palonych papierosów, zmieszany i wypuszczany paszczą zniechęcał do konwersacji. Jeśli teraz dodam do tego jeszcze smród trawionego alkoholu, bo szydło z wora wyszło, to sami sobie wyobraźcie jak wątpliwej przyjemności był to pracownik.

Finansowo nie mogła narzekać. Podstawa może nie powalała na kolana, ale w sumie z premią można było wyrwać miesięcznie niezłą pensję. Ale to finanse powodowały, że dziewczyna ciągle szukała czegoś lepszego i w końcu znalazła. Trafiła jakiegoś kolesia, zwolniła się i pojechała z nim do Irlandii chyba. Tam miało być eldorado na miarę jej potrzeb. Szkoda tylko, że zapomniała o wszystkim poinformować dzieci, które dzwoniły do salonu, miesiąc po jej rezygnacji z pracy, bo chciały się dowiedzieć kiedy mama wróci do domu. Niewiarygodne. Jak i to co z nią było nie halo, odkryliśmy podczas sprzątania pracowniczej szatni. Po odsunięciu regałów, zza ich czeluści wysypały się opróżnione z alkoholu buteleczki zwane małpkami. Kobieta wysmoliła w trakcie swojej kilkumiesięcznej kariery kilka litrów wódy! Ciekawe ile przy tym czosnku zeżarła? A to wszystko przecież kosztuje…

W jej miejsce poszukiwaliśmy kogoś na sprzedaż detaliczną. Ja selekcjonowałem wstępnie, a następnie kierownik odpowiadający za cały Kraków dokonywał zaklepania i kandydat stawał się sprzedawcą. Ten jeden jedyny, wyselekcjonowany jak ziemniak na frytki w Maku, od samego początku, kiedy otrzymał angaż, zaczął dawać po dupie. Podczas rozmów wszystko było w jak najlepszym porządku, a jego praca w podobnej branży zadecydowała o jego „być” na naszym okręcie. Od poniedziałku.

Zaczął jakoś tak, że zadzwonił tego dnia z informacją, że mu dziadek umarł, więc dałem mu dzień na ogarnięcie, bo rozumiałem jak człowiek może się czuć w takiej sytuacji. We wtorek dalej nie był gotowy, bo ogarniał pogrzeb. Zjawił się więc z końcem tygodnia, spóźniony o dobre dwie godziny, bo zapomniał na którą ma być w pracy. Szok po pogrzebowy pomyślałem, ale kiedy wziął mnie na bok i jak starego kumpla zaczął się radzić co ma zrobić, bo dostał dom po dziadku i musi zapłacić duży podatek, zacząłem się go bać, tym bardziej, że rozmowa zmierzała do tego, żebym mu kasę pożyczył. Przeprosiłem go serdecznie i kazałem zabrać swoje problemy do domu i zająć się przystosowaniem do działań sprzedażowych.

Zrozumiał i po trzydziestu minutach szkolenia poprosił o przerwę śniadaniową. Trwała ona ze czterdzieści minut i wprowadziła naszego magika w stan innej świadomości. W jakim on świecie się znalazł, zrozumiałem kiedy zaczął do mnie głośno artykułować, że klient wynosi nie zapłacone drzwi ze sklepu. Poprosiłem go o spokój, bo klient zapłacił i wynosił drzwi przez sklep a nie przez magazyn. Magik nie odpuszczał i wybiegł za klientem, a ja polazłem na magazyn, żeby uspokoić swoje sto procent pewności, że wszystko gra. Kierownik magazynu Darek potwierdził że jest ok., ale i zasygnalizował, że koleś jest jakiś lewy i chyba uzależniony od wysokoprocentowego alkoholu, bo jak wrócił z przerwy, to za paletami, w części magazynowej pochłonął pół litra jak kompot. Nie wierzyłem w to co usłyszałem, ale jak zobaczyłem flaszkę osuszoną do ostatniej kropli, a po chwili najebanego jak działo nowego pracownika w salonie, nie miałem wyjścia i porosiłem swojego kiera o natychmiastowe usunięcie wrzoda z dupy. To była najkrótsza kariera zawodowa jaką ktoś przeżył na moich oczach.

I jak ja miałem być normalny w takim środowisku?

Próbowałem sobie to zrekompensować finansowo, bo sprzedaż hulała jak trzeba, a ja od sprzedaży miałem płacone gratyfikacje pieniężne. Ale progi premiowe jakie miałem ustawione wyrabiałem w połowie miesiąca. Niestety nikt z centrali nie potrafił podjąć decyzji, a szefowa całą jesienią przebywała w Grecji na urlopie, bo w naszym pięknym kraju miała alergię na jakieś pyłki. A dyrekcja, pod postacią dwóch młodych wilków, zainteresowana była bardziej pracownicami na szkoleniach, wprowadzaniem nowego towaru za finansowe małe co nieco na boczku, ustawianiem kariery, niekoniecznie w firmie szefów, ich dzieciom i innymi mniej lub bardziej ważnymi sprawami. A ja byłem w finansowej dwunastnicy, a mogłem być już dużo dalej.

Gwoździem do mojej belpolowskiej trumny okazał się jeden ze sprzedawców, który wmówił nam, że ma raka. Jestem człowiekiem wrażliwym na krzywdę innych i na trasie jesiennej z Kultem, podczas grania „Zegarmistrza światła purpurowego” zdarzało mi się za Darka pochlipywać. Czy on tego raka miał czy nie miał, nie wiem do dziś, ale że postanowił firmę na kilkanaście koła wydymać, dowiedziałem się wczesną wiosną, bo jego kombinacje z kreatywnym fakturowaniem towaru nie mogły trwać w nieskończoność.

Brak wsparcia od najbliższego szefostwa, które, co okazało się po moim opuszczeniu zakładu, przygotowywało się do przejścia na swoje, pracownik kutas, problemy ze znalezieniem kogokolwiek normalnego do pracy i kompletne niedocenienie mnie finansowo, przelało czarę goryczy i postanowiłem skorzystać z propozycji pracy w Biurze Tłumaczeń Symultanka. Tam miało być Eldorado na jakie chciałem zasługiwać, a wyszło jak wyszło. Mega do dupy.

Ale co nas nie zabije to nas nie zabije, bo życie jest za piękne żeby się poddawać. Trzeba tylko wyciągać odpowiednie wnioski i żyć. Jakby nie było jutra.

Pracę w Symultance rozpocząłem jakoś w dzień matki. Co prawda wcześniej na ulicy Balickiej byłem ze dwa dni, jeszcze jako belpolowiec, żeby powąchać co i jak. Rozmach jaki zastałem na miejscu, plus godna miesięczna kwota , wysokości najlepszego miesiąca w poprzedniej pracy, ale miesiąc w miesiąc mająca być wypłacana, kilka znajomych twarzy dających jaką taką gwarancję spokojnego wprowadzenia w tematykę pracy biura tłumaczeń, gwarancja legalności przedsięwzięcia, którą dawali zatrudnieni tam tłumacze przysięgli i wypalenie w sklepie z materiałami wykończenia wnętrz, pozwoliły mi podjąć decyzję na tak.

Jednak nie wszystko jest złotem, nawet jeśli się jako tako świeci. Pierwsze objawy, że mogłem postąpić zbyt pochopnie podejmując decyzję o zmianie ścieżki kariery zawodowej nadchodziły od strony najbardziej przyziemnych spraw. Primo, miałem godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę do roboty, co przy kwadransie tam i z powrotem do Bel – Polu, uciskało, a pracowałem dziennie po dziesięć godzin. Weekendy miały być wolne, ale po tygodniu okazało się, że w soboty i nawet w niedziele kierownictwo, a na takim szczeblu zostałem zatrudniony, spotyka się też. Po dwóch tygodniach i mnie kazano się stawić na takich dodatkowych godzinkach, w sumie to wuj wie po co. Akurat tę sprawę chciałem rozstrzygnąć na swoją korzyść, bo z takim zapierdolem, sześć dni w tygodniu o życiu rodzinnym nie mogło być mowy, a i godzinowo wychodziło to do dupy bardzo, bo co z tego, że zarabiałem lepiej, skoro kosztowało mnie to czasowo nieporównywalnie więcej , jeśli idzie o godzinowy pobyt w pracy.

Po trzech tygodniach moje rozterki się pogłębiły jak Rów Marjański, dalej nie wiedziałem co mam konkretnie robić, bo wszystko pędziło jak koń bez głowy, do tego ktoś mi wysłał wiadomość, że firma rok wcześniej miała w jednym z oddziałów nalot policji, że niby to co robi jest nielegalne, ale skoro po roku nikt tej Hydrze łba nie ukręcił, to trochę się uspokoiłem i nawet podjąłem strategiczną decyzję o zakupie liczarki do banknotów. Był to sygnał ode mnie w firmowy świat, że powalczę o rozwój firmy i spróbuję uporządkować siebie w jej strukturach.

Młodszym czytelnikom wyjaśnię czym zajmowała się firma. Otóż, na początku dwudziestego wieku, do Polski płynęły szerokim strumieniem używane samochody z zachodniej europy i żeby je w naszym pięknym kraju zarejestrować, trzeba było u tłumacza przysięgłego przetłumaczyć dokumenty z języków zachodnich na polszczyznę. A tłumaczenia było tam jak kot napłakał, bo wszystkie informacje były szablonowe i jedynie jakieś wpisy w dowodach  wymagały znajomości języka na poziomie ponad gimnazjalnym. Ale wyszkolony tłumacz musiał do tego być, bo nie po to się na studiach męczył jak Jezus na drodze krzyżowej, żeby byle kto miał brać za niego ten lekki kawałek chleba z masłem, szynką i pomidorem.

No i Jasiek zrobił kombinat tłumaczeń na cały kraj. Może i nie wszystko tam hulało zgodnie z przepisami jakie obowiązują podmioty gospodarcze w naszym kraju, ale żeby zrobić raban na cały kraj za coś, co nawet przy Amber Gold nie stało? Tak mogło stać się jedynie w przypadku ataku na jakiś tam odłam kasty, za który uważali się i pewnie uważają, tłumacze przysięgli, a nie grabieży na zwykłych ludziach. Bo w przypadku Symultanki okazało się, że po usprawnieniu machiny tłumaczeń, można, przy odpowiednim zaangażowaniu, zjadać największy i najsmaczniejszy kawałek tortu, bez lizania kogoś po stopach. Klient dostał szybko i tanio, tłumacz stracił dużo i za nic, i trzeba było zrobić potężny raban.

Nawet nie zdążyłem się przystosować do jakichkolwiek zadań kierowniczo-robotniczych, kiedy po czterech tygodniach mojej przygody, w piątek,  z samego rana do Symultanki wparowały oddziały policji, pod kierownictwem panów walczących z przestępczością zorganizowaną. Coś chyba wisiało w powietrzu, bo tego dnia frekwencja robotników nie była  zaduża, ale może to przez piątek tak się stało? Ja przylazłem jak zwykle, bo jako świeżynka nie miałem wyboru. Prawa do urlopu nie nabyłem jeszcze, a spóźnianie się do roboty nie jest w moim stylu. Tak oto zostałem najwyższym rangą pracownikiem firmy, pod kuratelą którego policjanci zabezpieczali dokumenty, komputery i nawet moje oczko w głowie, liczarkę do banknotów.

Ludzi którzy tego dnia przyszli do pracy spisano, za kierownictwem wydano polecenia zatrzymania lub dowolnego zgłoszenia się na wskazane komisariaty. Pierwsze osoby wylądowały w aresztach. Sam z siebie strachu nie czułem, bo moja wiedza na temat działalności firmy była jeszcze wtedy taka sobie i nie zdawałem sobie sprawy jak wielki atak przypuszczono na firmę. A okazja była znakomita, żeby upierdolić bandę dzieciaków za nic. Bo uskładało się nas przestępców ponad osiemdziesiąt osób, a w takim Amber Goldzie winne okazały się tylko trzy osoby. Za to średnia na dwie grupy wyszła ponad czterdzieści osób na organizację. Da się zrobić statystyki? Da!

Cały dzień zszedł mi na pilnowanie zabezpieczanego sprzętu, podpisywanie protokołów i objazdy innych krakowskich punktów, z czego odnalazł się nawet taki, którego super grupa od przestępczości zorganizowanej nie zauważyła. Z całego kraju spływały meldunki o przejmowaniu punktów Symultanki. Po wszystkim polazłem do domu, nie zdając sobie sprawy co za dwa dni się wydarzy.

A było tak. Mój najbliższy współpracownik, opoka firmy od samego początku, dostał sygnał żeby stawić się na komendę, albo będą na niego polować. Skontaktował się więc ze mną i poprosił, żebyśmy pojechali razem, bo czuł, że może to być wycieczka w jedną stronę. Umówiliśmy się na niedzielę, bo wymiar sprawiedliwości pracuje jak monopolowy, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na ulicy Mogilskiej stawiliśmy się zaraz po godzinie dziewiątej. Kolegę zabrali na przesłuchanie, które trwało i trwało i trwało. Zdążyłem zjeść śniadanie w kantynie, poumawiać się na wieczorny finał Mistrzostw Europy 2008, którego jeden z meczy, naszej repry i Austrii widziałem na żywo, i kiedy już miałem dość siedzenia bezczynnego, policjanci dostali od prokuratury rozkaz przesłuchania mnie, bo i ja zostałem podciągnięty pod udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Przemaglowano mnie ekspresowo i po trzech godzinach wspólnego zastanawiania się z funkcjonariuszami którzy rozpracowywali Symultankę, na jakiej podstawie, skoro ledwo co robotę zacząłem, jestem zorganizowanym bandytą, kazano mi czekać na decyzję z góry. Kolegę zabrano do aresztu, a moje „oglądnę czy nie oglądnę finał” ważyło się przez kolejne dwie godziny. Łaska prokuratury była wielka. Tym razem mi się upiekło. Ale byłem tak zmaglowany, że z finału nie pamiętam nic.

Kolejne kilkanaście dni meldowałem się na Mogilskiej, bo okazało się, że przygotowania organów były niekompletne i o kilku oddziałach nikt nic nie wiedział. A do mnie dochodziły informacje, że robotnicy chcą kasy, pomimo tego, że płacone mieli tygodniówki i jakichś zaległości wielkich nie było, pomimo tego postanowili sobie wyrównać stratę w pasywach firmy. Ogałacania firmy wolałem uniknąć, nie wiem czy wierząc w to, że sprawa się wkrótce wyjaśni i ruszymy z kopyta, czy bardziej z wkurwu na hołotę, która nie kumała jak się sprawy mają.

W międzyczasie dostałem zarzuty, z artykułu 258 kodeksu karnego, zakaz opuszczania kraju, meldowanie się raz w tygodniu na komendzie i straciłem właśnie robotę. Zostałem z gołą dupą na lodzie i świeżo podpisanym kredytem na najbliższe trzydzieści lat. Ależ chciało się żyć!

Spinki z wymiarem sprawiedliwości, pod wszystkimi postaciami, były nieustające. Moim punktem meldunkowym był oddział policji na os. Złotej Jesieni. Jako dziewica w sprawie dozoru, udałem się pełen pokory na pierwsze meldowanie, pokazać że jestem. Grzecznie stanąłem w kolejce do okienka, i kiedy po kilkunastu minutach usłyszałem smutne „Czego?” i tylko kurwy zabrakło w zdaniu, pewnie z grzeczności do petenta, odparłem:

– Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Cisza i wzrok spode łba nie wróżyły, że się zaprzyjaźnię z panem policjantem z dyżurki. Po kilku minutach w okienku pojawił się w okienku zeszyt i instrukcja słowna. Krótka i rzeczowa.

– Tu się podpisać.

– Dziękuję. Pożyczy mi pan długopis?

– A co to jest? Instytucja charytatywna? – wydarł się na mnie obrońca sprawiedliwości i już mnie tym kupił.

– A co ja kurwa, bandytą jestem? Jeszcze mi nikt kurwa niczego nie udowodnił! Ma pan problem z pożyczeniem długopisu? Bez łaski! – podjąłem rękawicę i odwróciłem się na kolanie i wyszedłem poirytowany.

Do najbliższego kiosku, gdzie zakupiłem pięć długopisów.

Znowu stanąłem w kolejce i powtórzyłem jak mantra:

–  Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Z drugiej strony było tylko milczenie i wyraz twarzy sugerujący mega wkurw. Osobnik podał mi zeszyt, gdzie złożyłem swój autograf, czytelnie, żeby nie dać mu powodów do kolejnego ataku. Pomimo tego dalej patrzył na mnie spode łba, na co ja położyłem na blacie wszystkie długopisy i powiedziałem:

– Prezent dla krakowskiej policji od nowohucian.

Chłop się zdziwił, zaskoczył i jak odchodziłem, darł mordę:

– Zabieraj to? Co to jest?

„Gówno” myślałem w myślach, „Gówno, zjedz je równo”

Latem, jak to latem, pojechałem z rodziną do Unieścia, jak co roku od lat kilkunastu, wcześniej składając wniosek o możliwość zameldowania się w komendzie w Koszalinie. Pani prokurator oczywiście nie poszła mi na rękę i musiałem dymać w połowie urlopu przez cały kraj, żeby jaj nie było, czyli jakiegoś aresztu. Dzięki temu miałem kilkadziesiąt godzin na myślenie i wymyśliłem. Prokuratorka staje się moim wrogiem numer jeden. Nie mogłem doczekać się następnego spotkania.

Bez pracy nie ma kołaczy. Zostałem więc z gołą dupą i rodziną na utrzymaniu. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnął do mnie brat i jego wspólnik, a mój przyjaciel Borys. Zatrudnili mnie w swoim zakładzie pracy, nie byle jakim, bo był to Night Club. Coś tam próbowałem robić, ale ciągle szukałem roboty na stałe w mniej rozpraszającym życie środowisku.

Koło roku dwa tysiące dziewiątego zostałem wezwany do prokuratury na przesłuchanie. Baba mnie tak wyżęła, że po kilkugodzinnym przesłuchaniu wróciłem do domu. Podczas tego spotkania podziękowałem jej za urozmaicenie urlopu i kilka razy zadałem pytanie dla mnie kluczowe:

– A co ja tutaj psze pani kurator robię?

– Niech pan nie udaje. Był pan w grupie!

– W jakiej dupie, yyy, grupie? Przez cztery tygodnie chodziłem do pracy, jak każdy. Mam umowę, zapłacone składki. Jaka dupa, yyy, grupa???

– Mamy pana zdjęcia z niedzielnych zebrań kierownictwa.

– No i? Odrabiałem dwa dni wolnego, które wziąłem żeby pojechać do Wiednia na Mistrzostwa Europy. Dlatego byłem dwa razy w niedzielę w pracy.

– Na spotkaniach! Na spotkaniach kierownictwa. Niech pan z siebie nie robi idioty.

– No tak. Wystarczy, że pani to robi…

W mózgu pani prokurator musiała się otworzyć jakaś klapka chyba wtedy, bo podczas naszych spotkań w sądzie chciała we mnie poszukać sobie wsparcia dla swojej tezy o mega grupie. Ale ja miałem to gdzieś.

W dwa tysiące czternastym roku naszej ery zaczęła się prawdziwa zabawa. Zabawa w (o)Sąd. Miałem już wybranego adwokata do obrony mojej godności osobistej, i do momentu rozpoczęcia rozpraw, korzystałem z jego pomocy. I pewnie korzystał bym dalej, gdyby nie bieda i matematyka. Okazało się bowiem, ze sprawa Symultanki jest jedną z największych spraw jakie wydarzyły się w Krakowie w ostatnich latach, liczba oskarżonych jest imponująca jak mało kiedy, i kroi się kilkadziesiąt rozpraw, co najmniej. Dostałem oczywiście odpowiednią zniżkę, ale proste działanie matematyczne mnie rozłożyło na łopatki.

Jeśli udział w jednej rozprawie ma kosztować mnie trzysta złotych, rozpraw niech będzie sześćdziesiąt, to muszę wyskoczyć z osiemnastu koła! Takich jak ja jest ponad osiemdziesięciu, czyli robi się piękna kwota, ponad półtorej miliona! A jeden z kolegów, już popłynął wtedy ponad dwadzieścia tysięcy, czystych, nieopodatkowanych pieniędzy i dostał za to nic, czyli przesiedział w areszcie swoje. Wiwat sądy! Wiwat sprawiedliwość.

Nie bardzo chciałem stawać naprzeciw hydry zmutowanej samotnie, więc po ustaleniach, wraz z adwokatem, złożyliśmy pismo o obrońcę z urzędu. Po kilku miesiącach otrzymałem pismo, że dwa lata temu miałem majątek jak półKulczyk, i ogólnie mam się pocałować w dupę. To wystarczyło, żebym podjął decyzję o SAMODZIELNEJ OBRONIE SWOJEJ GODNOŚCI OSOBISTEJ.

I wysłałem tez pisemko do prokuratury, co o tym sądzę. ( Kopia oryginału poniżej)

KRAKÓW 03.03.2014

Sąd Okręgowy w Krakowie

Dotyczy sygn. akt X XXX/XX z dnia 4.02.2014

Po przeczytaniu Państwa uzasadnienia do zarządzenia w sprawie przyznania obrońcy z urzędu, śmiem stwierdzić, że uzasadnienie o nie przyznaniu mi obrońcy z urzędu, zastosowane w Państwa piśmie jest co najmniej skandaliczne. Tylko przez grzeczność postaram się nie używać mocniejszych sformułowań.

Przypomnę tylko Państwu że nasza przygoda rozpoczęła się w roku 2008.  Od 6 lat, zdaniem prokuratury, ciążą na mnie zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Mało tego, po 20 kilku dniach pracy, zostałem zaliczony w poczet kierownictwa tej organizacji. Nie wiem czy to miało na celu połechtanie mojej próżności, czy po prostu przygotowanie mnie do wysupłania dużej kwoty pieniężnej w celu oczyszczenia się z zarzutów.

Czemu więc oświecone, wykształcone głowy odrzucają mój wniosek? Bo zarabiam 2000 zł ( zazwyczaj sporo mniej ) miesięcznie, jestem właścicielem mieszkania ( tego jeszcze nie wiecie, jak wnioskuję z pisma ) współwłaścicielem drugiego mieszkania ( tutaj już coś Państwu świta ale jak udowodnię poniżej nie do końca), kupionego na kredyt za franki szwajcarskie które zorganizowana grupa przestępcza bankowa ( której do dzisiaj włos z głowy nie spadł) wywindowała po 6 miesiącach celowego działania franka do kwoty, która powoduje, że mieszkanie jest warte 50 % kredytu. W tym przypadku mogę się uznać za głupka i frajera. Dałem się oszwabić w „Państwie prawa”. Mea culpa. Kolejny kwiatek do sądowniczego kożucha dotyczy oszczędności. Sic, 6 lat od zebrania twardego materiału dowodowego, wspomniane wyżej oszustwo kredytowe, 5 lat kryzysu, w którym 6 miesięcy spędziłem na bezrobociu, a Państwo mówicie o moich oszczędnościach ?! Gratuluję wspaniałego samopoczucia. Informuję zatem ze za oszczędności zakupiłem auto, które po 4 latach jest warte  15 000 zł i służy do tego, żeby moje dziecko mogło bezpiecznie być zawożone do i przywożone ze szkoły. Ponieważ Państwo nie jesteście w stanie w mieście Krakowie zapewnić swoim obywatelom minimum bezpieczeństwa, posiadanie samochodu jest niezbędne i proszę zapomnieć, że będę się zastanawiał nad jego sprzedażą, żeby za 10 000 zł oczyścić się z tak niewiarygodnych i absurdalnych zarzutów.

Do zobaczenia na sali sądowej.

Nie pozdrawiam

Tomasz Gomółka

Na pierwsza rozprawę poszedłem stremowany, ale mimo wszystko bojowy. Oczywiście wystroiłem się na tę okazję odpowiednio, bo nie ma niczego lepszego niż dobre samopoczucie. Jako katol, wystroiłem się w koszulkę Luxtorpedy z Maryjką Zawsze Dziewicą, nałożyłem na klatę różaniec i okryłem to wszystko bluzą. Też Luxów i też z Maryją. Wśród pań i panów w sukienkach, „bandytów” w garniturach i garsonkach, wyglądałem jakbym się z choinki urwał. I o to mi chodziło. Ta sprawa to nie była moja bajka, choć miałem w niej grać jedną z głównych ról. Pani prokurator parsknęła na mój widok, ja odwdzięczyłem się wilczym pomrukiwaniem i było bosko. Wojna trwała w najlepsze.

Największym problemem w tym całym zamieszaniu było wygospodarowanie czasu na osobiste stawiennictwa się na rozprawach. Jako robotnik w sklepie, musiałem brać urlopy, żeby być w sądzie. Po kilku żenujących spektaklach nabrałem rutyny, i ustalałem z panią sędziną, kiedy mam być, bo będzie o mnie gadane. Szła mi na rękę, choć na którejś z rozpraw doprowadziłem ją do szewskiej pasji. Długo nie mogłem nauczyć się odpowiedniego słownictwa, co nie dziwi, byłem naturszczykiem amatorem adwokatem, i zamiast wysoki sądzie, zwracałem się do sądu na pani, choć najchętniej przeszedł bym na ty, bo jej wysokość była, na oko, młodsza ode mnie. Do poprawności sądowej przywołała mnie możliwa kara finansowa, którą chciano mi wlepić, więc się spinałem w sobie, koncentrowałem odpowiednio, i sąd, pomimo tego, że był niższy ode mnie, został najwyższym.

Rozprawy były, albo ich nie było, chociaż większość z nas przychodziła na wskazane terminy. A to sąd się pochorował, a to prokuratura, a to obrońca z urzędu nie dotarł a miał być i bez niego maszyna nie mogła zadziałać. Zaobserwowałem też, że na naszych spotkaniach, adwokatów zastępują ich praktykanci, zainteresowani bardziej grzebaniem po Onecie, niż robotą. Zwracałem więc im uwagę na niestosowne zachowanie, i na piątej rozprawie siedziałem już sam, bo chyba byłem nie miły. Lody zaczęły się przełamywać w okresach mojej aktywności, zwłaszcza podczas zadawania pytań oskarżonym, jeśli ci zgodzili się na to, żeby im pytania zadawać. Byłem, modne słowo będzie, kurewsko merytoryczny i wprowadzałem chaos w procesie. Teza z góry założona pokrywała się pajęczyną pęknięć, jeśli chodzi o moją osobę.

W końcu nadeszła godzina zero, i miałem stanąć przed obliczem naszej najwyższej. Sześć albo siedem lat po tym, jak zostałem członkiem. Zorganizowanym. Przygotowywałem się sumiennie. Konsultowałem ruchy u oryginalnego adwokata, przyjaciela rodziny, czytałem swoje zeznania z pierwszego w życiu przesłuchania przez prokuratorkę i czerwieniłem się ze wstydu. Faktycznie wyglądałem jak człon w tych zeznaniach, ale szybko połapałem się w tym, że miały one miejsce rok po zamknięciu biur, a moja wiedza była wtedy o kilka poziomów do potęgi entej większa. Musiałem to tylko udowodnić. Postanowiłem więc odwołać swoje poprzednie zeznania i złożyć je na świeżo. Sąd się wkurwił, bo dodawało mu to roboty, ale z zaciśniętymi zębami maglował mnie jak juniora. I to wystarczyło, żebym zaczął się wkurwiać i gubić. I wtedy nastąpił cud nad cudy. Adwokaci innych oskarżonych zaczęli mnie wspierać, wykazywać błędy proceduralne, błędy w spisywaniu moich zeznać, przekręcaniu znaczeniu zdań. Poczułem wtedy taką jedność ze mną z ich strony, że do dzisiaj na samą myśl o tym, łza mi się w oku kręci. Zaczęliśmy grać w jednej drużynie.

Lata leciały, rozpraw było już ponad setkę i zbliżał się Grand Finale, ale nadchodziły kolejne wakacje. Najwyższy sąd chciał w wakacje zakończyć zabawę, ale na ogłoszenie terminów rozpraw w lipcu, odezwał się głos rozsądku pod postacią prawie siedemdziesięcioletniej Pani Adwokat.

– Wysoki sądzie! – rozpoczęła z klasą jakiej ja dopiero się uczyłem. – Ja od czterdziestu lat mam w lipcu urlop i składam wniosek o nie wyznaczania terminów posiedzeń w miesiącu lipcu.

– Dobrze pani mecenas. W lipcu się nie spotykamy.

Siedzący obok mnie młody wilk adwokatury, bąknął pod nosem z wielce skwaszoną miną:

– A ja mam w sierpniu kurde.

To mi wystarczyło.

– To weź i zgłoś.

– Taaa. Sam se zgłoś. – odparł dalej skwaszony.

A mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać więc podniosłem rękę jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wysoki sąd zauważył.

– Tak panie Gomółka.

– A ja jako obrońca Tomasza Gomółki, Tomasz Gomółka, mam urlop od lat dwudziestu w sierpniu i wnioskuję o nie wyznaczanie terminów na miesiąc sierpień.

– Dobrze. Zatem najbliższe spotkanie wyznaczam na wrzesień.

Czułem się jak u siebie i zaczynałem żałować, że na prawo nie poszedłem, tylko siatkówka i picie i muzyka były mi w głowie. Pewnie bym teraz sądów bronił, a może i Sharksów i Judegangów.

W końcu w tym wrześniu żeśmy się zaczęli spotykać, ale odczytać wyroku sądu nie szło, bo co rusz kogoś brakowało z tych, którzy być powinni. Aż w końcu zebrał się komplet i ogłoszono co następuje. W wielkim skrócie podam tylko, że wszystkie wyroki zostały utrzymane, poza jednym łajzom, któremu obniżono proponowaną karę, do minimalnego minimum, czyli pół roku w zawieszeniu na rok. Ciekawe czy wiecie komu?

Część z osądzonych pogodziła się z wynikiem i postanowiła olać sprawę, bo miała już dość, po dziesięciu latach kopania się z koniem i postanowiła przeżyć zawiasy i oczekiwać na zatarcie wyroku, pozostali się postanowili odwołać, i liczyć na cud. Najmniej zadowoleni byli ci, którzy mieli obrońców z urzędu, bo jako przegrani dostali wyrok i jeszcze muszą kasę zapłacić jako pokonani.

Dla mnie podjęcie decyzji było najmniej istotne i pewnie bym sprawę już olał ostatecznie, ale skoro jestem niewinny, o czym przypomniał mi zawodowy adwokat, przyjaciel rodziny, to czemu o to nie powalczyć? Złożyłem więc pismo do sądu drugiej instancji, w ostatniej chwili, o godzinie dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt ostatniego możliwego dnia i biję się dalej.

I wiecie co? Jest ciekawie, bo jak się okazało, skazały nas pisiory a odwołujemy się u platfusów, a ci mogą po złości odwrócić konia ogonem.

I tylko gdzie jest w tym wszystkim sprawiedliwość? No jak to gdzie?

W DUPIE! 😉

Ściskam. Członek.

5. Wanda i Banda, czyli II liga w Nowej Hucie.

Po każdym sukcesie, a w przypadku mojej siatkarskiej przygody w nowohuckiej Wandzie, takim był awans do II ligi, przychodziła nadzieja na lepsze. Na lepsze pieniądze, lepsze wyniki, lepsze wszystko. W temacie Wandy marzyliśmy o ciepłej hali, regularnych wypłatach i sowitych premiach za wygrane mecze.

Drużynę wzmocniono nie byle jak, bo dwoma środkowymi z pierwszoligowym doświadczeniem, których sprowadzono z sąsiedniego Brzeska. Rafał i Krzysiek. Zdrowe, wielkie chłopaki ze sporymi umiejętnościami i dużym doświadczeniem. Wypłaty i premie też się, co prawda do czasu, zgadzały. Pozostało tylko ciepło, które w przypadku sportów halowych jest niezwykle istotne.

Sekcja nasza opierała się na środkach które zapewniał jej prezes i sponsor Bogusław. Klub miał ogarnąć zaplecze, sprzęt oraz kasę na sędziów, takie minimum do codziennego funkcjonowania. I starał się jak mógł. Raczej gorzej niż lepiej. Jak wspominałem wyżej, jednym z naszych marzeń była ciepła sala sportowa. Jeśli trenowanie i granie na poziomie trzecioligowym, w hali, na której jest około dziesięciu stopni Celsjusza, byłem w stanie zrozumieć, to kontynuowanie takich standardów poziom wyżej wyglądało co najmniej słabo. Żeby nie powiedzieć chujowo. Zdarzały się sytuacje, że rywale czy sędziowie kazali mierzyć temperaturę na obiekcie, bo przepisy jasno stanowiły, że poniżej pewnej temperatury gra jest niemożliwa. To pocierało się termometr i zaklinało rzeczywistość, wiedząc, że taka akcja jest słaba i żenująca.

Wanda to był specyficzny klub jak nie wiem co.

Nie wiem czy to po awansie, czy może rok wcześniej, chyba dzięki pieniądzom z miasta, wyremontowano sieć ciepłowniczą na obiekcie i kupiono nowy piec. Miało być wszystko na poziomie. I było by, gdyby nie to, że pilnujący hali chłopki – roztropki, napaliły w piecu na maksa, zapominając o poodkręcaniu zaworów. Po napaleniu poszli, jak co drugi dzień, w gaz, tak do spodu i piec rozerwało. Wróciliśmy więc do korzeni. Albo precyzyjniej, do krainy, bez mała, lodu.

Poza nami siatkarzami, Wanda posiadała sekcje żużlową, piłki nożnej chłopaków i może kobiet, była sekcja ping-ponga, którą zarządzał Albercik – miłośnik kauczukowej piłeczki i jeszcze większy miłośnik odbijających tę piłeczkę dziewcząt, a dla nas kierowca wesołego autobusy którym pruliśmy po Polsce południowej.

Najciężej było utrzymać żużel. Znaczy sekcję żużlową. Kraków nie posiada jakichś wielkich tradycji w tym sporcie, ot w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jeżdżono w kółko, ale zaprzestano, bo wyników nie było. W 1993 roku dzięki zapaleńcom, motory zaburczały przy ulicy Bulwarowej, ale poziom był taki sobie. Bo nie było nigdy na tyle kasy, żeby dokulać do czołówki krajowej. Nie powiem, było bardzo fajnie, bo sam miałem, po reaktywacji, przyjemność bywać na stadionie i przy drinku, leżąc na trawie wdychać metanol i podziwiać częściej kraksy niż pasjonujące wyścigi, co jednak w niczym mi nie przeszkadzało. Stadion Wandy był jednym z niewielu obiektów w mieście, na którym piło się do spodu, pomimo zakazów i nakazów. Kulturalni kibice chodzili, więc organizatorzy przymykali oko na spożywanie na sportowym stadionie płynów wyskokowych.

I tak jak w Wawelu otarłem się o Roberta Korzeniowskiego, tak w Wandzie otarłem się o „czarny sport”. Z tym pierwszym byliśmy kolegami klubowymi, często korzystając wspólnie z klubowej sauny i innych udogodnień. Robert,  był niesłychanie spokojnym, życzliwym chłopakiem. Żadna tam gwiazda. Olimpijczyk, Mistrz Świata, Europy, Polski i diabli wiedzą czego. Trochę darliśmy za jego plecami łacha z dyscypliny chód sportowy, ale na co dzień byliśmy pełni podziwu dla jego wyczynów i normalności. Prawdziwy Mistrz. Szkoda tylko, że w życiu prywatnym mu się obie stopy od podłoża oderwały, ale co zrobisz? Każdy sobie coś tam skrobie.

Tej normalności nie mieli żużlowcy, których znałem. Byli kosmitami na swoich błyszczących motorach. Coś jak u Wańki Wstańki & Ludojades:

Dobry wieczór! WSK – wiejski sprzęt kaskaderski!

Ref. Wiejscy motocykliści
Na swych błyszczących maszynach
Wiejscy motocykliści
Na swych błyszczących maszynach

Rumiani chłopcy na motorach
Sworne dziewuchy podoczepiane
Rumiani chłopcy na motorach
Nowa kultura prosto z pola

Wańka Wstańka i Ludojades

Szczególnie ci dwaj, którzy z powodu nie wypłacanych gaż postanowili zastrajkować. Tylko nie tak byle jak. Oni to zrobili z przytupem. Postanowili wziąć klubowe władze głodem. Ale to było medialne! Ale to było odważne! Ale to było pionierskie! Dla tych którzy czytali, oglądali i byli w chuj daleko od tematu. Nawet nas robili w bambolo. Jak trenowaliśmy, to byli przykuci kajdankami do kaloryfera. Dawaliśmy im wsparcie słowem, bo sami zaczynaliśmy mieć opóźnienia w wypłatach i ogólnie było nie fajnie. Aż zapadał zmrok, hala pustoszała, a nasze gagatki wracały do życia na pełen bak. Były dziewczyny za pieniądze, było KFC, było alko. Było słabo, słabiej aż nagle nastąpiło wielkie BUM!

To był Sylwester 2001. Chłopaków poniosło. I to nie z głodu. Z nadmiaru adrenaliny, wódeczki, po której wypiciu udali się na pole, pod stadion. A może pili na głodnego? Tego nie wiem.  Jak już na to pole wyleźli, oczom ich ukazał się zaparkowany przy obiekcie autokar. Motor, autobus, jeden ciul jeśli masz ochotę pojeździć. Włamali się więc do niego, tego autobusu, odpalili go i zaczęli jeździć po placu, na którym pojazd był zaparkowany. Tak im to szło opornie, że zatarli silnik. Rano ktoś odkrył, że coś dziwnego stało się tej przełomowej nocy. Jak połapano wszystkie sznurki, kolegów żu(ż)lowcó przycisnęła policja i polegli na pierwszym wirażu. Klub miał po przesłuchaniu sznurki od maszyny startowej w ręce i za obopólną zgodą rozwiązano kontrakty, zakopując wszystkie brudy pod nowohucki śnieg. Chłopcy motorowcy zrzekli się wszystkiego o co walczyli, spakowali manatki i kręcąc się w lewo odeszli w siną dal.

Żuzel żużlem, motory motorami a na naszej wyziębionej hali sprawy miały się średnio, bo i średnio nam się powodziło w lidze. Postanowiono więc zmienić trenera i na ulicy Odmogile pojawił się legendarny trener, prawdziwy specjalista od piłki plasowanej, Jerzy Piowowar. To był największy z największych, pod którego batutą miałem przyjemność poruszać się krokiem odstawno – dostawnym, przekładanką, plasować, bronić i przyjmować. Popularny Piana był mistrzem spokoju. Nie krzyczał, nie kurwował, nie obrażał się z byle powodu. Zaufaliśmy mu bezgranicznie i po ciężkiej walce zachowaliśmy miejsce w drugoligowej stawce. 

I wtedy to, po raz pierwszy, po ostatniej piłce sezonu miałem siatkówki dość. Byłem fizycznie i psychicznie wykończony. Praca, siatkówka i rodzina, której skład powiększył się do cyfry trzy, wysysały ze mnie życie. Trzeba było pozmieniać priorytety i rodzinę postawić na szczycie góry. Reszta miała być tylko dodatkiem do osiągnięcia nirwany.

Pierwszą decyzją była rezygnacja z gry w Wandzie. W sumie, to chciałem już dać sobie spokój z siatkówką na wieki wieków. Nie było z tego finansowych bodźców, a sama przyjemność z grania i trenowania już nie napędzała z równą mocą. Chciałem więcej czasu spędzać z synem i to był argument za rezygnacją z półzawodowej zabawy w sport. Tym bardziej, że i Wanda kulała finansowo i nie wszystko co grając w niej zarobiłem, otrzymałem. Chciałem, chciałem, chciałem a wyszło jak wyszło. Sportu tak szybko się nie porzuca. Co wkrótce miało się okazać prawdą.

10. Warszawa III 9.11.2019

10. Warszawa III 9.11.2019

Sobota była najbardziej napięta programowo. Na szczęście tak wszystko czasowo połapałem, żeby mieć siły na łapanko koncertowe.

Najpierw odwiedziłem nowy salon teleskopów.pl. Od centrum jest kawałek, bo to aż na Gocławiu, ale przy pętli tramwajowej, więc jest dobry dojazd. Zwizytowałem sklep z przyległościami, coś sprzedałem, coś wypisałem i ruszyłem do centrum. A że przelot tramwajowy miałem szybki, to jeszcze zrobiłem zakupy, poleżałem i uderzyłem na proszony obiad do Gumy i Pani Małżonki.

Tam też dostałem się migusiem, bo tramwaj linii dziesięć, łączy nasz hotel z królestwem Państwa Gum. A tam czekała na mnie kacza pierś zrobiona jak Pan Guma przykazał. W opolskiej restauracji powinni się zastanowić, czy nie zatrudnić Pana Grzegorza jako specjalistę od spraw kaczych. Wyszło by to wszystkim na zdrowie. Posiłek uzupełniliśmy dwoma butelkami wina czerwonego z Chile, w myśl odwiecznej zasady kaczka lubi pływać, pogadaliśmy chwilkę i rozeszliśmy się na zasłużony odpoczynek. Państwo Gumowie mieli blisko, a i ja daleko nie miałem. Drogę do swojego łóżka urozmaicałem sobie oglądaniem zawodów sportowych piłkarskich. W wydaniu polskim. Krakowskie Pasy mierzyły się w Płocku z miejscową Wisłą. Widowisko było w sam raz do spania. Mało co nie usnąłem w swoim siedzisku i nie przejechałem swojego przystanku.

W pokoju dałem zawodnikom jeszcze jedną szansę, a nawet mega szansę, bo dla poprawy odbioru zawodów strzeliłem sobie drinka. Poziom się nie podniósł, więc po kilku minutach drugiej połowy błogo chrapałem chrapem wzmocnionym kaczą piersią i alko.

Zegar telefonu obudził mnie moim ukochanym „Ring on Fire” i rozpoczęliśmy z Arkiem pakowanie ubrań roboczych, po czym ruszyliśmy troszkę wcześniej do Stodoły, gdzie spodziewałem się sporej grupy znajomych. I się nie zawiodłem, bo poza Mazurkiem dopisali wszyscy. Zacierostwo wiecznie młode, Ania Staszewska z wnuczkami, też jakby czas się jej nie imał wyglądała. Do tego towarzystwa doszlusował jedyny prokurator mojego życia, z którym nawet dzieliłem łóżko na Kościuszkowskim, Jaro Duś z narzeczoną i synem, oraz najkolorowsza para jaka kiedykolwiek nosiła koszulki Kult Ochrony, czyli Bzyk z żoną Agą.

Pierwszą zjebkę tego dnia dostałem już koło południa od Bzyka. Że nie dzwonię, a jestem w stolnicy, no to co ja sobie myślę. Wyjaśniliśmy wszystko na miejscu, bo wiedziałem, że Bzyk będzie, więc nie chciałem tracić piniendzy na telefony. Druga nadeszła niespodziewanie, bo Guma zaczął rozpamiętywać wczorajszą pracę i dostało mi się za opuszczenie stanowiska pracy w celu ratowania, w ilościach nie adekwatnych do ilości ofiar, Natalii. Grzesio czuł, że został w fosie sam na cały jeden kawałek, podczas trwającego koncertu, na co ja odparowałem, że nie było mnie kilkunastu, góra, sekund. Nawet lekko się wściekłem i podniosłem głos, co spowodowało niemałe poruszenie w garderobie. Po kilku minutach, jeszcze raz, ale już sam na sam, przegadaliśmy sprawę i wyjaśniliśmy sobie co i jak.

Ale ze mnie już wszystko zeszło. Cała energia i chęć do życia. Wyjąłem więc darmowy bilet do darmowych Łazienek, poszedłem do kibla, i tam, wpatrując się w niego, liczyłem na cud. A ten ni zbuja nie nastąpił. Przyczyn tego było wiele. Raz, Pan Bóg, nie miał tego dnia dla mnie czasu, dwa, wcześniejsze zjebki mnie uwierały, trzy po koncercie miałem pojechać do Bzyków na rekonesans nowego mieszkania, a sił nie miałem w sobie za wiele, żeby po nocach się szlajać, i po czwarte. Tak! To po czwarte przelało czarę goryczy, która brzdęk brzdękła i popadłem w taką depresję, że myślałem, iż już po mnie.

Otóż, drodzy Państwo, przed moją wysportowaną sylwetką, ryjkiem w ryjek, stanęła ONA. ONA stała przy samych barierkach. Jak koncert wystartował była smutna. Po chwili też troszkę zła. No bo ludzie na nią wpadali, dotykali jej niechcący, a nawet ktoś nad nią przeleciał. A lotników tego dnia za wielu nie było. Miała więc szczęście jak nikt nigdy w Warszawie. Około czwartego kawałka postanowiłem się przełamać. Przestałem podpierać scenę, nogi ustawiłem w pozycji: Do Tańca!, i już miałem ruszyć, bo „Pasażera” mi zespół przygrywał, a ten kawałek mnie zawsze bierze, kiedy spojrzałem na NIĄ. Ja pinkolę, ta stała jak kołek, dalej smutna. To mnie dobiło i do końca koncertu byłem jak ONA. Smutny całym sobą.

Pierwszy moją nieswojość zobaczył Cytryn, potem Dario, któremu powiedziałem o smutnej babie, a ten chciał zrobić mi dobrze i zaczął rozweselać babę. Tylko, że nie tę co trzeba. I to było najśmieszniejsze tego dnia. A jak w końcu zakumał smutaskę, to stwierdził, że ona taka jest bo ma podkowę z ust w odwrócone u. Pewnie ma do dziś i będzie mieć tak do końca świata i tydzień dłużej.

Po koncercie chciałem szybko ruszyć do Bzykowa, ale rozliczenia przejazdów u szefa Pewusa mnie troszkę przytrzymały. Dzięki temu publika rozlazła się i czas oczekiwania na taksówkę uległ skróceniu. Czekając na swojego uberukraińca, obserwowaliśmy ostatnich fanów opuszczających klub. Ci najostatni byli już mocno umęczeni i nie mogli chodzić, tak się utańczyli i upodlili. Jeden z takich miał do tego problemy ze wzrokiem i uczepił się mojego ramienia, żeby jechać razem ze mną na dyskotekę. Kiedy mu klarowałem, że mnie z kimś pomylił, w co on nie uwierzył, zaproponowałem mu wpierdol. To go ocuciło i odstąpił ode mnie dość żwawo, jak na wcześniejsze kłopoty z poruszaniem, które wykazywał.

Gospodarstwo Państwa Bzyków jest piękne. Mam tam nawet swój kącik do spania. W garderobie na stojąco. Gospodyni wydała z kuchni flaki, na co byłem bardzo kontent, bo flaki i piwo od razu podniosły moje morale i nabrałem szybko sił do rozmów i wspomnień. Syn gospodarzy Tomasz też zaszczycił nas swoją obecnością i wspominkom nie było końca. Ale wszystko co piękne kiedyś się kończy i o koło godziny drugiej w nocy, zostałem przetransportowany limuzyną Tico do siebie. Pod hotelem złapaliśmy na gorącym uczynku Glaza, Krzysia i ich kolegę. Chłopcy palili na polu papierosy! I Glazo był w klapkach bez skarpetek, takich papuciach basenowych, których jest miłośnikiem. Żeby nie było, że ja taki święty, zajarałem z nimi, pożegnaliśmy Bzyków i poszliśmy spać.

Bo po spaniu jest wstawanie i powrót do domu. Do rodziny. A jak jeszcze wspomnę, że jedenasty jest dniem wolnym od pracy zawodowej, to sami sobie wyobraźcie, jaki byłem szczęśliwy. Chciałem wszystko odespać, odreagować i nabrać sił na kolejne wyjazdy.

Bo jeszcze pięć razy się widzimy! Ostatnie pięć. Więc niech będzie najlepiej! Ole!

9. Warszawa II 8.11.2019

9. Warszawa II 8.11.2019

Akcja Warszawa Sold Out Dwa rozpoczęła się dla mnie bardzo rano, bo przebudziłem się o godzinie zaraz po czwartej. Burczało mi bowiem w brzuchu, co było sygnałem, że wczorajszy obiad skonsumowany w Stodole na zimno, nie przyjął się w organizmie za dobrze. Po godzinie męczarni, z obcym w brzuchu, uderzyłem do toalety, żeby dokonać wypróżniacji, i po spojrzeniu na to co ze mnie wyszło, włosy stanęły mi dęba. Stabilizacji stolca nie było, co nie wróżyło za dobrze. Przestraszony kłopotami żołądkowymi wróciłem do łoża małżeńskiego, którego równą połową zajmował Cytryn, radośnie pochrapując. Poczytałem troszkę, coś tam popisałem, i równo o godzinie ósmej trzy udałem się na śniadanie, bo kłopoty kłopotami, ale jeśli śniadanie wliczone jest w pobyt, to nie ma się co oszczędzać.

Po wejściu na część śniadaniową hotelu, zapomniałem o wszystkich kłopotach, azaliż gdyż, moi kochani chłopcy z Lao Che, już konsumowali poranny posiłek. Uściskom nie było końca, zwłaszcza z częścią której w nocy nie widziałem. W sumie, to nasze listopadowe spotkania stają się pomalutku tradycją, jak i wysyłanie zespołu dalej w świat, na kolejne koncerty. Schodzę bowiem policzyć, czy jest komplet, załatwiam Sebastianowi, ich kierowcy, otwarcie bram, potem idę zapłacić za parking, bo zawsze zapominają, po czym wychodzą głównymi drzwiami i macham im jak oszalały. To z radości, że widziałem ich choć przez chwilę, pomimo braku kilku członków, Pracziego, Dimona i Skutera. No nic. Z Praczim się zobaczymy i policzymy za te opłaty parkingowe od busa z przyczepką. Tanio nie było.

Pożegnawszy machaniem dziadki nie takie maleńkie, wróciłem na kawkę, którą wypiłem w towarzystwie Cytryna, bo ten w międzyczasie zszedł jeść, bo mieliśmy plan. I żeby ten plan zrealizować, musieliśmy wystartować na miasto przed godzina dziesiątą. Bazą tego planu była wizyta w więzieniu, a obecnie muzeum, na ulicy Rakowickiej. Katowni polskich patriotów od zaborów, poprzez drugą wojnę światową, aż po czasy komunizmu. Ten punkt programu mieliśmy zabukowany na godzinę trzynastą. Poza tym obowiązkowo musiałem pójść do sklepu brytyjskiego, a resztę zaimprowizowaliśmy. Ze względu na bliskość obiektów, ruszyliśmy do Łazienek i pod Sejm. Pogoda była taka sobie, ale przynajmniej nie padało i robiąc kółko kilkunastokilometrowe, powróciliśmy do hotelu. A ponieważ mieliśmy pół godzinki na leżakowanie, do tego coś, co kupiłem w sklepie z wyspiarskimi produktami, oraz zakupiony do celów eksperymentalnych Dżin, który miał uleczyć moje prawe kolano, postanowiliśmy działać. Wyszło po dwa drinki i ruszyliśmy do więzienia.

Więzienie zrobiło na nas piorunujące wrażenie, wysłuchaliśmy z uwagą przewodnika, Pana Majora, ściskając z szacunku dla umęczonych i zamordowanych czapki w dłoni. Kto nie był niech idzie, jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje straszna przeszłość naszego kraju. Wkrótce muzeum się rozwinie w kierunku intermedialnym i ta surowość która jest teraz, ulegnie zatarciu, więc spieszcie się, a jak teraz nie zdążycie, to idźcie choćby za sto lat.

Z muzeum do Stodoły jest niedaleko, więc poszliśmy na obiad, który dla naszej kultowej bandy był ustalony na godzinę piętnastą. Szliśmy z mocnym postanowieniem, że jak będzie licho albo nie za smacznie, to uderzymy żreć za swoje, do Szwejka. Na golonkę, kotlety i inne takie fitnesowe smakołyki. Ale tym razem było dobrze. Nawet mięso, które było takie samo jak dzień wcześniej, ale podane w innym sosie, uznaliśmy za wystarczające do nabrania sił przed robotą. Po czym zostawiliśmy zespół, który pracę zaczyna od próby, i udaliśmy się spacerem do naszej noclegowni. Tam przy książkach, muzyce, Cytryn puścił muzykę poważną, która nas wyciszyła przed łapaniem, dalszym eksperymencie z dżinem i tym co do dżinu kupiłem, a na koniec drzemce, dokonaliśmy takiej regeneracji, że idąc do Stodoły bronić, czułem się nieziemsko zregenerowany.

Piątkowi gości których pamiętam, to znakomity reżyser filmów niezwykłych, które każdy powinien obejrzeć przynajmniej trzy razy, Łukasz Jedynasty z małżonką Zuzką, Marcin Meller z jakiejś telewizji, albo tej gazety z gołymi paniami i artykułami dla panów, Arturo Tylmanowski z mężem Kędziorem, i innych nie pamiętam. A chłopaki oczywiście nie stanowią małżeństwa, to tylko głupi żart, się rozumie, który powstał przez to, że przyszli razem. No to mają.

Piątkowy suport przypadł nowohuckim ziomkom z Nowej Huty. Ciekawe czy wiecie o kogo chodzi. Piszcie odpowiedzi w komentarzach. Wśród prawidłowych odpowiedzi wylosuję nowa płytę. Chłopaki dali radę, a nawet zagrali odważniej niż wcześniej w Łodzi. To co będzie we Wrocławiu? Jak ktoś się tam wybiera niech ich nie prześpi, bo będzie wstyd.
Tak naładowany, a nie wspomniałem jeszcze, że Roman zorganizował wreszcie darmowe bilety do darmowych Łazienek, i pomio tego, że już w nich byłem, postanowiłem je od niego przyjąć, co wyniosło mnie z radości na kolejny poziom. Łazienki w łazience, to jest to!

Ruszyło punktualnie, względem wyznaczonego zespołowi czasu rozpoczęcia koncertu. Przy drugim kawałku poczułem w sobie jakąś taką radość z roboty, że zacząłem się uśmiechać i tańczyć nawet. Ludzi latała cała masa, ale nie dość, że latali technicznie nienagannie, to jeszcze ludzie z pierwszych rzędów współpracowali z nami jak nigdy. Słuchali naszych wskazówek, nie sapali się z powodu tego, że ktoś im po głowach dupami, nogami, glanami i innymi częściami włosy wyciera. Nic z tego. Roboty mieliśmy wszyscy po pachy. My środkowi łapacze, czyli Cytryn i ja, po dwie pachy roboty, skrajni, Guma i Darek, po jednej pasze roboty.

Z rzeczy nietypowych odjaniepawliły się dwie takie.

Pierwsza, która mnie przeraziła, to lot człowieka z głową przestawioną o sto osiemdziesiąt stopni. Wypatrzyłem go jak był jeszcze daleko od barierek, czyli swojego bezpiecznego lądowiska. Najpierw zobaczyłem koszulkę z aktualnej trasy, tę, co na niej psy rwą Polskę na pół, czyli jej przód. Głowa która z niej wystawała była cała we włosach. Ale cała. Tak jakby yeti leciało, nawet oczu nie widziałem. Cieszyłem się na złapanie takiego dziwaka i nawet liczyłem na wspólne foto, z cyklu ja i yeti, co na fejsie zrobiło by mi nie lada robotę. I kiedy tak się rozmarzyłem, odwłok się odwrócił i zobaczyłem tył koszulki, ten z datami. I dostałem przerażenia. Włosy stanęły mi na głowie, mosznie i przedramionach. Z pleców wystawała głowa. O ja jebię, zakląłem w duchu, łeb mu ukręcili, leci trup. Ale trup żył. Mało tego darł japę, członki mu się ruszały i wyglądał jak żywy, tylko mocno zdeformowany. Jak miałem go w rękach czasu na myślenie nie było, złapałem więc to co nadleciało i postawiłem na ziemi. Wtedy cała naga prawda wyszła na jaw. Lotnik miał, tak po prostu, koszulkę tyłem na przód, co przez co ja odebrałem go jako zdeformowane monstrum koncertowe. Odsyłając go precz, zmówiłem zdrowaśkę Maryjkę za prawidłowe ubieranie odzienia, zwłaszcza w kategorii przód i tył.

A potem to nam Natalia odpadła. Po raz trzeci za mojej pracy w ochronie.
Natalia jest Kult Turystką od lat. Przemieszczanie się za grupą podstarzałych muzyków, ( no dobrze, dobrze, już się sekcja wydęta nie spina, wraz z gitarzystą, wam jeszcze troszkę brakuje. Jakbym był dziewczyną sam bym za Wami ruszył, pasi?) wraz z innymi psychofanami, zwanymi przez wokalistę Alka Idą, ( Ida to dziewczyna Alka? Ciekawie mnie naszło spostrzeżenie, muszę grzebnąć w tym głębiej) jest jej pasją. Przemieszcza się po kraju Orła Białego i Europie.
Lata temu za największego psychofana uważałem siebie. I dalej uważam. W końcu ilu z wielbicieli Kultu zostało jego pracownikami? A za młodu i ja się turlałem po kraju, a kiedyś to lekko nie było, do tego w Krakowie opuściłem góra dwa koncerty, od połowy lat osiemdziesiątych do dziś, więc podobnie jak moi młodsi koledzy nadaję się na kozetkę u równie szurniętego psychiatry. Do tego jestem szczęśliwym posiadaczem komórki rodzinnej, którą tworzą z Oficjalną Notoryczną Narzeczoną i synem Tomaszem Juniorem, którzy muszą się mną dzielić się z muzykami wyżej wymienionego zespołu od zawsze. O tatuażu, naszywkach i innych nie wspomnę.

Przy jakiej takiej równowadze trzyma mnie Pan Doktor Przemysław, który ma taką kolekcję wydawnictw Kazimierza, jakiej nie posiada sam wokalista. Czyli suma summarum nie jest ze mną tak źle!

Natalia podczas drugiej Warszawy Sold Out postanowiła, jak zwykle sobie polatać. Nie ma w tym niczego złego. Absolutnie. Nawet moje jęki na lotników są bardziej efektem starzenia organizmu niźli jakichś innych chorób. Choć niektórzy lekko zbastowali, zwłaszcza w moim sektorze, bo jak mówi Oficjalna Notoryczna, żem ich wystraszył. A ona się zna.

Wejście Natki na falę odbyło się w sektorze Darka, którego to sektora w tym momencie nie kontrolowałem, bo od jakiejś dłuższej chwili, loty zostały zawieszone, z przyczyn nam nie znanych, więc zapuszczałem jarząbka w inne części sali, żeby porównać urodę miejscowej słoikowatości z inną częścią naszego kraju. Wnioskami się nie podzielę, niech to będzie moją słodką tajemnicą, jak to wypadło w moim mózgu.
Nagle w lewej części Stodoły, publiczność zaczęła nerwowo się zachowywać. Objawiało się to podnoszeniem rąk w geście „pomocy” „tutaj” „ ja pierdolę ktoś umiera”, oraz łapaniem się za głowę, oraz próbowaniem podnoszenia ofiary. Pierwszy na stanowisku przy barierkach był Cytryn, Darek i na końcu, ale w sekundach mierzonych, dotarłem i ja. Ludzie kogoś podnosili z parkietu, ale ten ktoś się podnieść za bardzo nie dawał, bo umysł przestał kontrolować ciało, przez co to ciało opuszczone zamieniło się w węgorza i bezwiednie wiło wśród pomocnych rąk, niczym węgorz w szuwarach.

W końcu trzy albo cztery osoby, wykorzystując kończyny człowieka węgorza, dotachałay go pod barierki. Węgorz był nam znany. Natalia. Znowu ją odcięło! – pomyślałem w myślach, bo nie pierwszy raz widziałem ją w takim stanie, a przynajmniej trzeci. Z trudem przekopyrtaliśmy ją na naszą stronę królestwa i migusiem została wyniesiona na pole. Chociaż odbyło się to wszystko w Warszawie, to zachodzi poważne podejrzenie, że Natalię wytachano na dwór. Ja dynię, gorzej nie mogła trafić. Trudno, nic na to nie mogłem poradzić.

Zamieszanie pod sceniczne odbyło się jakoś tak szybko, że z zespołu nikt nie zorientował się w sytuacji, która była podbramkowa i szoł trwał goł on. Zostaliśmy z Gumą sami, przy czym w pewnym momencie to Guma został sam, bo ja wyskoczyłem podpowiedzieć co robić, bo bałem się, że nasi z Czeńciuniem mogą się pogubić. Nie było mnie wszystkiego całe kilkanaście sekund, co na drugi dzień miało mieć dla mnie bolesne konsekwencje. Ale to jutro.
Służby ratujące ludzkie zdrowie dotarły szybo, i po chwili robiliśmy w komplecie. Do końca zwarci, skoncentrowani i gotowi na wszystko. Dzięki tej przerwie cały set, który trwa bez mała trzy godziny, śmignął jak z bicza w końskie dupsko strzelił. Można było planować czas na po sztuce.

Ponieważ w sobotę rano miałem odwiedzić centralę teleskopów.pl , na końcu świata, czyli aż na Gocławiu, to postanowiłem utrzymać się w formie psychicznej i nie nadużywać niczego. Było ciężko, bo znowu nie wygasiłem adrenaliny na czas i poszedłem z kolędą do Seby, naszego monitorowca. Wpadł Krzysio, Glazo i zaczęliśmy smolić kocopoły i oglądać darmowe bilety do darmowych Łazienek, co to je przyniósł przystojny Roman. Tak się tym biletom nie mogłem napatrzeć, że jak już wylądowałem na łożu, u boku Cytryna, wziąłem się jeszcze za czytanie książki.
I weź tu się człowieku wyśpij, jak wszędzie cię kultura atakuje i pochrapywania. Ale co tam, sam się w to wpakowałem, więc nie ma co narzekać.

Nad ranem na chwilę mnie odcięło i mogłem już tylko śnić o wspaniale wykonanej robocie oraz ostatnim koncercie, po którym pozostanie mi już tylko podróż na bazę, do moich ukochanych, za którymi zaczynam tęsknić zaraz po opuszczeniu klatki schodowej bloku w którym mieszkam. Choć oni tacy szczęśliwi, że tyran zostawia chatę samopas, że chyba nie mam co się zamartwiać. A niech i im będzie dobrze. Niech Kult będzie z nimi!

Na zawsze.

8. Warszawa I 7.11.2019

8. Warszawa I 7.11.2019

Jak to w środku tygodnia, a czwartek jest takim trochę dalszym środkiem tygodnia, do roboty w Kult Ochronie ruszyłem z roboty w teleskopach. Po ustaleniu z kierownictwem Kultu, do stolicy przedostaliśmy się z Arkiem Pendolino nem. W sumie innej możliwości nie było, jeśli miałem połączyć dwie prace. I jeszcze złapać chwilkę oddechu w hotelu. W Wawie śpimy niedaleko klubu Stodoła, warunki są godne, więc wszystko się zgadza.

Przejazd wykorzystałem na pisanie wspomnień z trasy, z poprzedniego tygodnia, troszkę poczytałem lekturę, której analizę zlecił mi kolega Poeta Świetlicki Marcin, a która to lektura, Volkera Kutschera, zatytułowana” Śliska Sprawa”, jest bliźniaczym, stylowo i czasowo, wyrobem zbliżonym do dokonań naszego pisarza, Marka Krajewskiego. Podobno nasz pisarz wzoruje się na obcym pisarzu i są z tego tytułu zgrzyty. Przeczytam, to się odniosę, co do jakości obu panów. Na razie nie ma co strzępić klawiatury. Dwie godziny podróży minęły jak ćwiarteczka wiśni, którą dostałem na drogę w prezencie. I ani się obejrzałem, ani poczułem, jak byliśmy na miejscu.

Przed hotelową instalacją, dokonaliśmy zakupów na wieczór, żeby po pracy nie latać po mieście w poszukiwaniu płynów regeneracyjnych. Po czym stanęliśmy, w recepcji, do meldunku. O ile ja dostałem przydziałowa jedyneczkę z łożem małżeńskim, o tyle Cytryn nie figurował na liście naszej ekipy. Mało tego, nawet jego dopisanie w celu uzyskania własnego M, nie wchodziło w rachubę, bo nie było już wolnych pokoi. Wszystko opanowali goście i zespół Lao Che, z którym się przyjaźnię na stopie prywatnej, i ich pobyt koncertowy w stolicy oraz nocleg w tym samym obiekcie bardzo mnie ucieszył. Liczyłem na to, że po naszych zajęciach spotkamy się i może nawet dokonamy jakiejś małej konsumpcji czegokolwiek.

Wróćmy do recepcji i naszego meldunku. Ponieważ w łóżku małżeńskim mieszczą się dwie osoby, przygarnąłem kolegę, pomimo niechęci pani na recepcji, każąc jej także wyjaśnić sprawę z naszym menedżmentem. Zresztą sam też do kierownika napisałem, a on szybko oddzwonił i obiecał sprawę wyjaśnić. A wyjaśniać nie było czego, skoro pokoi było brak. Więc po kolejnym telefonie, potwierdziłem chęć współdzielenia pokoju z Arkadiuszem, ale pod warunkiem, że nasz pokój będzie na śniadaniu liczony 1 + 1. I teraz sobie właśnie razem polegujemy, pracujemy i słuchamy muzyki, czekając na Stodołę II.

Do pracy wyszliśmy wcześniej, bo strasznie chciałem szybko zobaczyć się z kolegami z techniki, za którymi się strasznie stęskniłem, a do tego Roman jako miejscowy, miał stanąć na wysokości zadania. I oczywiście, czego w najczarniejszych snach się nie spodziewałem, nie stanął. Dzięki temu wszystko było takie nijakie, ale do czasu. Pewnie chcielibyście zapytać co to za zadanie, więc spieszę donieść, że Roman miał załatwić darmowy wstęp do darmowych Łazienek. I nawet to mu tym razem nie wyszło. Ale dziś też jest dzień Romku!

Stodolniane koncerty łączą się z dużą ilością gości na zapleczu sceny. W tym roku jest tak duże zapotrzebowanie, że ochroniarze, jako szósty gatunek grupy, ci poza stoliczni oczywiście, dostali po jednej wejściówce na trzy dni. O losie słodki, jak tak można. No nic, ja swoją wykorzystałem na zaproszenie Rozalki, dziewczynki którą poznałem na wakacjach na Teneryfie. Tak pracowitego i ogarniętego dzieciaka nie znam. W nagrodę za to, zaprosiłem ją trzy miesiące temu na koncert kultu w Warszawie, a ten wypadł w czwartek i Rozi pasowało. Więc połapałem wszystko z jej rodzicami i spełniłem swoją obietnicę, a dziecięce marzenie, o byciu VIP gościem, co stało się jawą. Ze strony innych byli, między innymi, Olga od filmu o Kulcie, synowa Kazika z córkami i swoja mamą, Mrufka – syn Zaciera, chyba żona Jarka Ważniaka, ale bałem się podejść i przywitać, bo Jarek po siłowniach wyglądem i mową ciała nie zachęca do obściskiwania się z jego ukochaną. Rozumiem doskonale. 
Jako suport zagrał band Janusza Staszewskiego. Do przedostatniego kawałka było nieźle, ale pod koniec się wszystko trochę rozlazło i każdy grał raczej sobie, a trębaczowi to chyba trochę zabrakło pary, albo mu ktoś nuty podprowadził. Ostatecznie oceniając, było przyzwoicie, co publika doceniła brawami.

A potem to nadszedł już nasz czas. I czas Kultu, który na swoich śmieciach jest skoncentrowany potrójnie. No, może panu Jankowi było trudniej , ale wysyłanie wiadomości po próbie, niejednemu potrafi skomplikować życie, przez co nie udało mu się zejść do zera przed występem, co z kolei w mojej subiektywnej ocenie wyszło wszystkim na plus, bo Jasio zagrał jak z nut. Bez usterek, pomyłek, i innych muzycznych niuansów. Jak zawodowy zawodowiec. Podobnie jak my, ludzie fosy, którzy w czteroosobowym zestawie, od lewej: Daro, Cytryn, ja i Guma, plus delikatne wsparcie kolegów ochroniarzy ze Stodoły, odstawiliśmy tak profesjonalną robotę, że aż nie mogę w to uwierzyć do teraz.

Wyszliśmy niesamowicie skoncentrowani i mocno wierzący w swoje umiejętności. Wyglądaliśmy wszyscy jak Gołota z genotypem Bruca Lee i urodą Agaty Wróbel. Bo w Warszawie zawsze było ciężko, a stanie w czteroosobowym składzie, wymaga profesjonalizmu mistrzów klasztoru Schaolin. Lotnicy ruszyli gdzieś od trzeciego kawałka, byli raczej myśliwcami niż bombowcami, i wszystko było w najlepszym porządku. Aż nie nadleciał Antonow. Antonow leciał bez koszulki, i już miał u nas przechlapane. Bo my oślizgłych typów nie poważamy. Na szczęście Aen nie zdążył się zapocić na ślisko i złapaliśmy go bezpiecznie, po czym Cytryn zapytał go grzecznie czy ma koszulkę, i po otrzymaniu potwierdzenia, kazał mu się ubrać w podskokach, na co Antonow coś tam zaczął się do nas sapać. Nie minęły dwie piosenki ,a Antonow znowu nadlatywał. Nie bez trudu, tym razem ja go sprowadziłem na ziemię, po czym An coś zaczął do mnie bełkotać, zionąc niemiłosiernie smrodem z wnętrza swojego najgłębszego ja. Był to bukiet niestrawionego piwa i zapach z końca dwunastnicy. Mało nie oddałem obiadu do fosy. Kiedy wydawało się, że Antonow poleciał zatankować i będzie chwila spokoju, przed barierkami doszło do jakiegoś spięcia pomiędzy publicznością. Zanim zdążyłem ocenić sytuację, szedł dumnie w moją stronę jakiś koleś z uniesioną nad głową ręką, pokazujący wszystkim obraźliwy gest środkowym palcem, zwany fak ju. Kazałem mu podejść do barierek w celu wyjaśnienia zamieszania, bo kompletnie nie wiedziałem o co kaman, spojrzałem też na Darka i Cytrynowego, bo zło miało miejsce w ich sektorze, a ci pokazali mimiką twarzy, niczym sędziowie VAR, że należy się delikwentowi czerwona kartka, na co zareagowałem błyskawicznie, wyjąłem klienta z publiki, w międzyczasie wezwałem Czeczena, nasze wsparcie ochroniarskie z ramienia Stodoły, gestem lewej ręki, i po postawieniu łobuza w fosie zakomunikowałem mu najgrzeczniej jak umiałem, że ma wypierdalać. Na to on z pokorą przyjął karę i w towarzystwie miłego Czeczechusia opuścił lokal. Nawet przez chwilę bałem się, żeby nasz kolega ze stodolnianej bramki go nie zakopał, ale wrócił za szybko, żeby tak zrobić. No chyba, że dół z wapnem już był gotowy i go tylko tam zepchnął. Ale co poza obiektem się dzieje, to nie moja sprawa.

Na chwilę się uspokoiło, koncert miał się ku końcowi, ale Antonow odzyskał wigor. Tym razem, po wylądowaniu, okazał się trzeźwiejszy niż podczas wcześniejszych lotów, i nawet mi podziękował za pomoc. Po kolejnych piętnastu minutach byliśmy kolegami i nawet dostałem zaproszenie do niego do pracy, do jednostki wojskowej, na kawę dnia następnego. Bo Aen był żołnierzem i chciał mi przyszpanować, drąc mi się do ucha: Piąta Brygada Komandosów Bosych, rocznik siedem cztery! Na co ja mało się gumą nie zakrztusiłem i wydarłem mu się w twarz: Czerwone Berety! Rocznik siedem trzy! Kolo wybałuszył gały, że ja taki stary jestem, a nie wyglądam, do tego te berety go zaskoczyły, bo to jednostka elitarna, oddał mi więc pokłon, a ja przypomniałem sobie, że z czerwonymi beretami to kojarzy mi się tylko moja mamusia, bo taki nosiła. Ale na dokładne tłumaczenia nie było czasu, bo był hałas i inne obowiązki. Znowu więc zostałem samcem alfa, generałem dywizji, czy w ostateczności kierownikiem zmiany na stacji benzynowej w oczach obcych mi ludzi.

Po robocie uderzyliśmy, przez Żabkę do hotelu, bo na włóczęgę po knajpach jesteśmy z Cytrynem za leniwi. Nawet na to, żeby się po pracy opić jesteśmy za leniwi, więc sami pomyślcie, jakie nasze życie jest nędzne. Ale! Około północy wróciło ze swojej roboty w Palladium Lao. Połapałem się więc z Rysiem na papieroska przed hotelem, po czym poszliśmy zwizytować pokój Wieży i Maćka. Rysio poszedł odpoczywać, a ja zostałem jeszcze u kolegów na przyjacielskiej lampce wina białego i takim dziwnym papierosie. Koledzy opowiedzieli mi o swojej podróży do Pragi, ja im poopowiadałem o Wiśle w ogniu i moich bramkarskich przygodach w szeregach Kult Ochrony, po czym, w okolicy godziny drugiej poszedłem do siebie spać.

W końcu przede mną był kolejny ciężki dzień, z wyprzedanym do ostatniego biletu koncertem numer dwa. O rozprężeniu zwieraczy nie było więc mowy. Czujność, trzeźwość koncentracja, powiedziałem sobie po wieczornym pacierzu i poszedłem spać, śniąc o tym co było, co jest i co ma być. Oby więc nam się! Do kolejnego!

671Aktywność

7. Tarnów 5.11.2019 poza trasowo, z miłości.

7. Tarnów 5.11.2019 poza trasowo, z miłości.

Na Tarnów pędziłem z Łodzi jakiejś tam, chyba Fabrycznej, przez robotę, bo musiałem swoje zrobić, od piątej rano. W recepcji, korzystając z nauk i wskazówek Tomusia Glazika, pobrałem śniadanie podróżne, które przysługuje tym, którzy muszą startować przed otwarciem jadalni hotelowej. Jak wspominałem już, Paris w dupie jest koścista, to i śniadanie otrzymałem dla niejadków. Dwa trójkąty kanapkowe, serek bezsmakowy, banan, gruszka, gnijąca brzoskwinia i woda mineralna, na szczęście lekko gazowana. Po tym „wypasie”, nie ruszając się za bardzo, zacząłem chudnąć w czasie snu.

Na Główny dotarłem o czasie, ale do roboty leciałem z wywieszonym jęzorem, plecakiem, walizką i telefonem w garści, bo miałem na łączach międzymiastową z Olsztyna. Cetnar dzwonił co tam w świecie piłki kopanej słychać. W pracy byłem spóźniony, o minutę i zaczęła się sraczka. A że roboty było od groma, ledwo o czternastej trzydzieści skończyłem.

Podmieniony przez TieRa, ruszyłem do domu po auto. Lało jak z koziej pupy, to zamówienie taryfy w trzech korpo się nie udało, i pojechałem tramwajem i autobusem. Wilgotność była duża, tłok straszny i zaczęło się lać ze mnie, jakbym był jeszcze w hiltonowskiej saunie. Czasu za dużo nie miałem, więc z wizyty w mieszkaniu nie skorzystałem, Kasiulka zniosła mi klucze, zapakowałem majdan do bagażnika, odpaliłem auto oraz gps, z metą na hali Gumniska w telefonie, i ruszyłem pomagać.

Bo jechałem na specjalny koncert tegorocznej trasy. Koncert który został zorganizowany w nieco ponad miesiąc, w celu pomocy naszej Kult Turystce Dorocie. Dorotka jest chora i potrzeba kupę kasy, żeby jej pomóc. Kult Turyści zaproponowali koncert charytatywny naszej uwielbionej grupy Kult, zespół się zgodził i ruszyły przygotowania, na które nie było zbyt dużo czasu. Ale pomimo wielu trudnościom, dzięki niezłomności wielu wspaniałych ludzi, wszystko się udało i pozostało mi tylko pomóc w łapaniu ludności Tarnowa i innych części świata.

Droga do Tarnowa, choć to autostrada, była makabrycznie ciężka. Lało, sporo ciężarówek gnało przed siebie, a za kierownicą siedziałem ja, człowiek umęczon jak żółw po maratonie. Szczęśliwie dojechałem na dwie godziny przed godziną zero i mogłem próbować złapać jakieś minimum sił.

Wychodziło to raczej średnio, ale jak już koncert ruszył, a zaraz przed nim Viola odczytała list od Doris, po czym Jamal się wzruszył i się Violi oświadczył przy wszystkich, pod czujnym okiem Kazimierza i zespołu, to dostałem takiej energii i wzruszenia, że poczułem się gotowy do działania na pełnych obrotach. Ku chwale Doroty i Kult Turystów.

Skład łapaczy na tę sztukę był składem autorskim nie wiadomo kogo, i był on mieszaniną rutyny z młodością. Rutyną, czyli dziadostwem w tej grupie byłem ja i Guma, a świeżość i polot wprowadzili Piotrek Polski, Kazio z Poznania, Rafał ze Szczekocin, a wszystko spiął klamrą rutyny i radości Pan Pancerny. Specjalnie na tę okazję zostaliśmy wyposażeni w koszulki, limited editions, Kult Turyści Ochrona, które prezentowały się godnie, ale ponieważ były białe, to uwypukliły wszystkie wady naszych odwłoków. Duże brzuchy, niemal kobiece piersi, a mnie na dodatek tak obcierało sutki, że jak te, pobudzone, stanęły mi dęba, to czułem się jak kobieta karmiąca.

Korzystając z tak znakomitego składu łapiącego, publiczność, a szczególnie Kult Turyści, dla których było to w końcu święto, pomimo kłopotów zdrowotnych Doris, dokonywali sporej ilości przelotów. I przeloty te były stylowo bardzo piękne, ba, niektóre prawdziwie wzorcowe, co ułatwiało nam pracę. Ponieważ byliśmy niezbyt zgrani, pchaliśmy się, a szczególnie młodsza część naszej szajki, grupami, żeby złapać surferów. Znajomych z twarzy ciał wyłapaliśmy na kopy. Latało kierownictwo, zastępcy kierowników, kierownicy prezesów, czyli większość Kult Turystycznej Alkaidy.

Zespół, pomimo grania bez jakiegokolwiek wynagrodzenia, dał z siebie wszystko co najlepsze. W końcu nie mogło być inaczej, w końcu to zawodowcy, a poza tym, bez mała przyjaciele swoich fanów. Ale łatwo nie było, bo raz, że to połowa trasy, poniedziałek, i jeszcze przelot przez połowę Polski w trudnych warunkach drogowych. Tym bardzie szacunek należy się wszystkim członkom, technice, kierowcom i menadżerowi. To był przepiękny gest z waszej strony!

Wspomnę jeszcze o perfekcyjnej organizacji koncertu. Jak na ludzi, którzy zrobili to po raz pierwszy, to ocena może być tylko jedna. Ósemka w skali szkolnej sześciostopniowej. Wszystko się zgadzało ponad stan. Od spraw technicznych, organizacyjnych i od strony zaplecza. W jedności siła! I niech ta jedność skumuluje się w celu jaki chcemy osiągnąć, niech zapewni środki na leczenie naszej koleżanki, a leczenie to, niech da efekt na który wszyscy czekamy. Ostateczne zwycięstwo nad chorobą.

Po sztuce zaczęto snuć plany na resztę nocy, które zakładały konsumpcję małego co nieco, opartego na napojach alkoholowych, i spotkania w gronie szerokim albo podgrupach. Ja marzyłem tylko o jednym. Jak najszybciej udać się do domu, do sypialni, do łóżka. Przytulić się do Oficjalnej Notorycznej Narzeczonej i regenerować. W końcu wtorek, środę i pół czwartku miałem spędzić w pracy, a że roboty jest jak dzików w lesie, trzeba być ogarniętym na maksa. Do tego chciałem w ognisku domowym podtrzymać kaganek ojcostwa, w końcu mam na pokładzie nastolatka i musimy ze sobą jak najwięcej rozmawiać, żeby nie utracić kontaktu i wspólnego zaufania.

Pożegnałem więc uściskiem dziadki wszelakie, odpaliłem diezla 1.9 w turbo, i po opuszczeniu Tarnowa, już na autostradzie A 4, ustawiłem tempo mat na 140 kilometrów na godzinę, i dzięki sprzyjającym okolicznościom przyrody, pognałem na Kraków Nową Hutę. Krótko po północy zaległem w barłogu u boku ukochanej, a co działo się dalej, to już jest nasza słodka tajemnica.

Byle do czwartku, byle do Warszawy! Ktoś musi pomścić to siedem do zera! I niech będę to właśnie ja! Ajment.

6. Łódź 3.11.2019

6. Łódź 3.11.2019

Droga Opole – Łódź powinna być dobra i wygodna. Ale chyba taka nie jest, bo mnie wytrzęsło jakbyśmy większą część trasy jechali wertepami.

Zanim to wytrzęsienie nastąpiło, rozłożyłem się w trzecim rzędzie jak basza, i szykowałem umęczone ciało do oglądania występu Krzysia w telewizji. Przed tą czynnością usłyszałem znajomy program w Antyradio, Gastrofazę. Tym razem było o serach. No to wysłałem mejla, że my w serach jesteśmy słabi i bierzemy się, a dokładniej Kajtek, za miód. I znowu Pan prowadzący przeczytał, pozdrowił i zaczęła się transmisja w TVN. Teraz to są takie czasy, że odpalasz kompa i masz wszystko live. Niestety, program się przeciągał niemiłosiernie, bo tych Machaliców jest strasznie dużo i zanim Krzysio wypluł spod palców pierwsze dźwięki, spałem jak niemowlę.

Po jakichś dwóch godzinach, demokratycznie ustalono postój na stacji. Nie brałem udziału w ustaleniach, bo spałem, a jak spałem, to mi wszystko skakało na nierównej drodze. Głowa, gdzie resztki mózgu odbijały się od skorupy czaszki, kiszki, w których czułem ogień kaczej pogardy z wczorajszego obiadu, oraz wszystkie stawy nogowe i rękowe. Dramat. Ale walczyłem jak miś w zimie i się nie wybudzałem bez potrzeby, przez co dałem kolegom w podróży chwilę wytchnienia od moich przemyśleń, które artykułuję non stop.

Przed Łodzią wybudziłem się i postanowiłem pisać pamiętniczek, co reszta pasażerów przyjęła z radością, ponieważ jak piszę to nie gadam. Co najwyżej zapytuję o to czy o tamto, żeby uwiarygodnić pewne fakty, jakby to kogoś interesowało, jak na przykład fakt, czy mam lat trzydzieści dwa czy trzydzieści cztery. A może więcej? Kiedyś się i tym zainteresuję.

Odkąd śpimy w Łodzi w hotelu Hilton, co jest galaktycznym przeskokiem, w stosunku do lokalizacji sprzed lat, kiedy nocowaliśmy, ochrona i technika, w noclegowniach kategorii niższej, mam problemy z terminami łódzkich koncertów. Bo zazwyczaj przyjeżdżam przed sztuką, albo zaraz po sztuce wyjeżdżam. A dlaczego tak jęczę nad tym faktem? Bo śpimy w Hiltonie u Paris.
A jak Paris, to basen, siłka, sauna, to wszystko na dwunastym piętrze, z widokiem na miasto. A nie, przesadziłem, na Łódź.

Do tego super pokoje, przejście na salę z hotelu, i tylko śniadania takie lichutkie, no ale Paris Hilton w dupce taka raczej licha, to i za tłustego nie ma się co spodziewać na start.
Tym razem dotarłem wcześniej, rok temu zresztą też, więc postanowiłem wycisnąć i tym razem z hotelowych przyjemności maksa. Siłownia i basen miałem zaplanowane od kilku miesięcy. Cała przyjemność rozpoczęła się w pokoju. Spałem z Dżolem, co oznaczało, że do koncertu będę sam na sam ze sobą, bo Dżolo już był na stanowisku pracy. Zacząłem więc od toastu, bo akurat znalazłem piwo w plecaku, które jakoś od wczoraj nosiłem, od zakończenia koncertu.

Wyzerowałem piwko szybko i poszliśmy z Cytrynowym pływać. Żeby nie nanieść bakterii i coli do basenu, wyszorowaliśmy się sumiennie i tu i tam, i ociekający wodą zderzyliśmy się z szarą rzeczywistością, tuż przed przeszklonymi drzwiami pływalni. Ktoś od panny Hiltonówny kazał zrobić przerwę technologiczną. I w tym momencie cały plan mi się zawalił. Tym bardziej, że obiecałem Kult Turystom łapanie non stop, bo miałem być zrelaksowany. Znając mniej więcej możliwości obiektu, ruszyłem na siłownię. A co się robi na siłowni? Kiedyś ćwiczyłem z zapałem, teraz po ludzku zrobiłem sobie kilka selfiaczków i zdjęć w lustrze. Siłownią mogłem więc z dumą odznaczyć, że zaliczona. W międzyczasie Arkadiusz wynalazł saunę, i to miała być ta część relaksacyjna. To wleźliśmy żeby być fit, git i na luzie. W saunie było jednak gorąco i lało się ze mnie wszystkimi porami w skórze. Szły toksyny jak gówno do Wisły w Warszawie. Czułem się jak złe wychodzi. Niestety długo nie wytrzymałem i całe zło nie wyszło. Trudno.

Po wszystkim poszedłem poleżeć a Aro miał skoczyć po napoje. I nie poszedł, bo w tivi leciał mecz siatkówki, a Aro lubi ten sport i zna Konarskiego, bo chodzili razem do szkoły. Ja też popatrzyłem z przyjemnością, bo raz , że sam byłem takim mini Konarskim, a dwa, grało Jastrzębie z Zaksą, czołówka ligi, a w Jastrzębiu gra Tomaszek Fornal, brat Jasia, syn Marka i Dorotki. Czyli bliskie znajomości pierwszego stopnia. Po drugim secie przyszła pora na obiad. To zlazłem sprawnie, bo już mi w brzuchu burczało jak rzadko kiedy.

Miały być hamburgery i coś wege.
Makarony, frytki z batatów i coś tam jeszcze. Niestety hamburger mi strasznie nie podszedł. Miał w sobie tyle słodkiego sosu i słodkich pikli, że podejrzewałem, ze ktoś nas chciał, tak po ludzku otruć! Inni nie mieli takich podejrzeń, więc nie chcąc umierać w garderobianej piwnicy, poleciałem do pokoju, jednocześnie prosząc Cytrynowego o pójście po wódkę, bo już mi się pić strasznie chciało. A praca zbliżała się szybko, i trzeba było przyjąć i wyzerować promile.

Hamburger szybko opuścił moje gościnne ciało, korzystając z pięknej hiltonowskiej muszli, w pięknej hiltonowskiej łazience. Po wszystkim, już kładłem się spać, żeby godzinę z okładem wykorzystać do regeneracji, kiedy nadszedł Cytryn i dostarczył to, o co go prosiłem. Ponieważ ochroniarze, a Kult Ochroniarze w szczególności, przed pracą nie piją, wygoniłem Arkadiusza precz do siebie i dwa mocne drinki strzeliłem w samotności, bo jak nikt nie widzi to się przecież nie liczy. Po wszystkim drzemałem. I pewnie bym się wydrzemał jak trzeba, ale znowu technicy coś ode mnie potrzebowali.

Więc poszedłem i okazało się, że chcą żebym im dał ptasie mleczko. To im dałem i przyszedł czas na suport. A w tym roku w Wytwórni grało WU-HAE, wersja trzydziesta szósta, z Bzykiem, liderem, kierownikiem, jedyną postacią z pierwszych wersji tego zespołu. Bałem się tego występu, bo przy WU-HAE się kiedyś szwendałem mocno, ale życie zweryfikowało możliwości i już dzisiaj tyle czasu nie mam na poboczne hobby. Jednak występ był bardziej niż poprawny, w końcu jak ma się przeboje w secie, to wiele nie trzeba. Wystarczy odegrać swoje i jest git. A do tego młodzież z Karolkiem na basie, dołożyła od siebie małe modyfikacje staroci i się udało. Publiczność była zadowolona, reagowała żywo i nowohucianie zostawili po sobie dobre wspomnienie. Tak trzymajcie chłopaki!

Kiedy nadszedł nasz ochroniarski czas, stanęliśmy pod sceną silni i zwarci. Nawet Kozi dostał dowołanie do naszej kadry, bo bez Koziego trasa, nawet z jego szczątkowa obecnością, nie była by trasą. Koncert w stosunku do występu opolskiego miał inny ciężar. Wyprzedana sala, ponad dwa tysiące ludzi na parkiecie, obiekt wielki i bardzo przestronny. Zespół ruszył od pierwszego taktu jak wściekły czołg. I nie zatrzymał się aż do końca. Energia biła od chłopaków, a szczególnie od wokalisty, jakbyśmy byli pod Studziankami w czterdziestym piątym, i stawali naprzeciw niemieckiej hołocie. Tak było ostro. A pod sceną? W fosie? Raczej spokojnie, chociaż ludzie latali chętnie i często. Nawet się dość mocno spociłem, bo momentami w moim sektorze było gorąco. Więc grzechów nie pamiętam, jakby nie Grande Finale, czyli Totalna Stabilizacja.

Jest w naszej ochronie taki świecki zwyczaj, że Daro śpiewa „Polskę” z Kazikiem, a Guma „Totalną stabilizację” z Jankiem Grudzińskim. Pod koniec koncertu łódzkiego, Guma niespodziewanie zapytał mnie, czy zaśpiewam z panem Jankiem. Na co ja, człowiek raczej skromny, wycofany, nie szukający poklasku, człowiek wielkiej tremy i niewierzący w swoje możliwości i umiejętności jakiekolwiek, opuściłem skromnie wzrok w wykładzinę, i odparłem, że jasne, że kurwa zaśpiewam. Ja bym nie zaśpiewał? Zapomniałem jednak, że tekstu dokładnie nie pamiętam, ale podpatrując chłopaków, zauważyłem , że Pan Janek śpiewa swoją kwestię krótko, a Guma to przeciąga. Więc, stwierdziłem, że powinno się udać. I ruszyłem na swój ostatni wspólny z Kultem występ na scenach świata.
Wszedłem na lajcie, jakbym to robił co dziennie i już w pierwszej zwrotce zobaczyłem w oczach Grudy strach. Poczuł, że Gumy ze mnie nie będzie. Ja, widząc jego przerażony wzrok, zrozumiałem, że chuj tam z tekstem, ale Gumy ze mnie faktycznie nie będzie. Postawiłem więc na ruch sceniczny i kontakt z publiką, starając się uratować jakoś twarz.

Zaraz po koncercie zarekwirowałem materiał Buletowi, człowiekowi który zarejestrował już kilkaset koncertów formacji Kazikowych, do dzis nie wiem po co, i jestem po kilku przesłuchaniach, jednak nie mnie oceniać co się odjaniepawliło. Jak to zmontuję , to na stronę wrzucę, sami sobie ocenicie. Wojtek ocenił mnie surowo ocenił, zjebał i niech to będzie wyjściem do oceny.

Po wszystkim ruszyłem na pokoje, bo chciałem się ogarnąć przed po koncertowym zebraniem, które czasami organizujemy sobie, żeby popaplać. Nie zdążyłem, bo jako posiadacz napoju wyskokowego, musiałem być jednym z pierwszych we wskazanym pokoju. Na zebraniu stawili się przedstawiciele wszystkich frakcji naszej watahy. Nawet doszło do telekonferencji z Teneryfą, bo Didula nie chciał czegoś przegapić. Przed północą okazało się, że wypiliśmy to co mieliśmy i należy wysłać najmłodszego po małe co nieco. Padło na Arkadiusza, a ten z młodzieńczą werwą wyrwał na stację benzynową. Reszta w oczekiwaniu na paliwo, dyskutowała, paliła przed hotelem i zawzięcie dyskutowała o wszystkim. Cytrynowemu troszkę zeszło, bo zmiana dnia, raporty i inne przeszkody, które opóźniały zakup, i grupa zaczęła się przetrzebiać. W końcu dotarł, ja pospieszałem, bo pobudkę miałem o piątej rano i chciałem na sen przyjąć szybko małe co nieco. Niestety, właściciel pokoju zebrań spowolnił i staliśmy z Cytrynowym przed jego pokojem jak ksiądz po kolędzie przed burdelem. Doszedł Daro ze swoim wkładem regeneracyjnym, ale odbił się od nas i wrócił do swojego pokoju. Ja zabrałem Arkadiusza do siebie, i po ciemku zrobiłem po drinku na lepsze spanie, tak dyskretnie, że Dżolo, mój współspacz, nawet nie drgnął. Po czym się pożegnaliśmy, dokonałem samookąpania i poszedłem spać.

O godzinie piątej rano obudził mnie Johnny Cash, śpiewająco! No, spokojnie, nie tak jak myślicie. On nie pracuje w hotelu w Łodzi u Hiltonówny. Może jak by żył, to kto wie, ale go nie ma z nami, i mam go jako budzik na telefonie. Oczywiście z utworem „Ring off Fire”, który nawet wykonywałem na Tenerce i nikt mnie nie zjebał, pomimo braku znajomości języka angielskiego na poziome piosenkarza amatora. I tekstu. Ale to inny świat. Szybko i niezwykle cicho, dokonałem porannej toalety, wypróżnień, dopakowań, ubrałem się i udałem na dworzec kolejowy Łódź Fabryczna, gdzie czekał na mnie pociąg do kolejnej przygody.

Przez Kraków Główny, robotę w www.teleskopy.pl, ruszyłem na Tarnów, gdzie miało się wydarzyć coś niesamowitego. A czy się wydarzyło, i czy dotarłem, już niebawem, w kolejnym odcinku „Od pupy strony, czyli…”

5. Opole 2.11.2019

5. Opole 2.11.2019

Jest chwil czasu na pisanie, to coś skrobnę. Robimy właśnie przelot z Opola do Łodzi, Kult Technika w okrojonym składzie, Pan Roman, Kajetan i Seba, plus ochrona, w składzie Cytrynowy i ja. Reszta dołączy na miejscu, w mieście Łodzi, w hotelu Hilton.

Ale po kolei.

Do Opla wystartowałem z Cytrynowym zaraz po godzinie czternastej. Cytrynowy jest obecnie moim ziomkiem z Nowej Huty, a w Kult Ochronie jest już rutyniarzem, siedem lat łapania, a w tym roku robi z nami bez mała całą trasę. Zna się na robocie jak trzeba i miło go mieć obok siebie. Zastąpił Bartka „Esa” z Jastrzębia, który dwa lata z rzędu łapał poważne kontuzje, i postanowił koszulkę Kult Ochroniarza powiesić na kołku. Nie ma co kusić losu, kiedy na chleb zarabia się przez cały rok, a z Kultem zabawa trwa kilkanaście koncertów jesienią.

Bartka, mojego przyjaciela, poznałem w Mielnie, na wakacjach, w latach dziewięćdziesiątych. Jego miłość do Kultu i Kazika, plus słuszny wzrost i inne walory zewnętrzne były podstawą do powołania go w nasze szeregi. Jego początki, niezbyt udane, już opisywałem w innych opowiadaniach, które znajdziecie na www.goomi.pl, więc zatrzymam się na jego kontuzji z zeszłego roku.

Bartek miał robić z nami całą trasę, i na pierwszy koncert do Gdyni jechał do nas ze Szwajcarii, gdzie pracował. Pierwsze sygnały, że coś nad nim wisi niedobrego, dały o sobie znać w Niemczech, gdzie zepsuł się jemu i koledze samochód, którym jechali do Jastrzębia. Jakimś cudem, na lawecie dotarli na miejsce, a Esu zdążył na ostatni pociąg relacji Katowice – Gdynia, który dowiózł go na koncert dosłownie w ostatniej chwili. I na tym koncercie, gdzieś w jego jednej trzeciej, złamał nogę, ściągając jakieś chucherko z fali. Jeśli dodam, że rok wcześniej w Katowicach, łapiąc swojego szwagra, zerwał więzadła w kolanie, to sami pomyślcie jakie fatum musi człowieka prześladować, żeby na przygodzie życia, ze swoim ukochanym zespołem, rok
po roku ulegać tak ciężkim kontuzjom.

I nie ma Bartka, jest Cytrynowy.

Do Opola dotarliśmy przed siedemnastą, a że hotel był przy dworcu, to mieliśmy czas i na obiad i na relaks przed robotą. Obiad w hotelowej restauracji miał szanse być udany. Każdy z nas miał na ten cel do przejedzenia, po siedem dyszek. Rzuciłem się więc na kaczkę, a precyzyjniej na jej kaczą pierś, choć Daro ostrzegał, że tak słabej kaczyny to on jeszcze nie jadł. Ale to co nie smakuje jednemu, nie znaczy, że nie posmakuje drugiemu. W tym przypadku ta reguła się niestety nie sprawdziła. Zupę zastąpiłem piwem lanym, bo w pracy, przed wyjazdem zjadłem sobie żurek, którego na święto pierwszego listopada nagotowałem wielki gar.

Praca w teleskopach i praca z Kultem, to okres łączenia dwóch prac i łapania dwóch srok za jeden ogon. Siedem dni w tygodniu, z powrotami o piątej rano, żeby zdążyć do roboty na dziesiątą, i wyjściami o czternastej, żeby zdążyć gdzieś w Polskę, na koncert o dwudziestej. Dobrze, że moi ukochani, oficjalna narzeczona Kasia i syn Tomek, są wyrozumiali i dają mi pełne wsparcie w tym czasie, bo bez tego musiał bym porzucić przygodę mojego życia.

Kaczkę dostałem przy drugim piwie, które zastępowało mi zupę. Niestety Daro miał rację, kaczka była zrobiona fatalnie. Bo piersi kacze robi się tak: nacinamy skórkę w romby, nie za głęboko, solimy i pieprzymy i kładziemy na delikatnie rozgrzanej patelni i powolutku podkręcamy ogień, palnik czy płytę. Zależy co tam na chałupie mamy. Po około siedmiu minutach wytapiana tłuszczu, piersiątko obracamy, opiekamy drugą stronę i dajemy do piekarnika. Kaczka po Opolsku była robiona w piecu takim tym, jak to w knajpach są, chyba konwertorowym, bez smażenia. I wyszła ta kaczyna sucha jak stary but. Do tego podano też suchy i podśmierdujący ryż, i macie pełen obraz źle nakarmionego ochroniarza. A źle nakarmiony ochroniarz to ochroniarz zły. A nie nakarmiony, bo Guma na tenże przykład, po godzinie czekania na swoją porcję kaczej piersi, dostał szału, zjebał kelnera i w wielkiej furii opuścił lokal. Nie wróżyło to Opolanom, którzy mieli być łapani na koncercie za dobrze.
Na szczęście mieliśmy ponad godzinkę na poleżenie, uspokojenie nerwów, wizytę w łazience i w bonusie NC+ w TV pokojowym, z meczem Cracovii w
ligowej rywalizacji.

Na salę, która mieści się przy opolskim amfiteatrze, którego deski wycierała latami Maryla Rodowicz, przywiózł nas Rysio, zespołowym busem. Skoro o Maryli wspomniałem, to jest anegdota, którą mi opowiedział jeden polski poeta zaprzyjaźniony. Może było to o naszej bogini? Pewności nie mam, ale Wam opiszę co i jak.

Do zespołu sławnej wokalistki, zatrudniono małomównego basistę. Szczupłego bardzo. I przy obiedzie, znana powiedziała, że chciała by schudnąć. Tak ze dwadzieścia pięć kilogramów. Na co małomówny popatrzył z uwagą i powiedział, że jest to do zrobienia. A jak? – zapytała ona. Musi sobie pani nogę upierdolić, rzekł wirtuoz czterech strun. Co było dalej, nikt nie wie. Ale chyba nie mamy na krajowej scenie wokalistki bez nogi?

Czas do koncertu upłynął w spokoju, co mogło wróżyć źle. I tak było.
Sala, jak na tak poważną formacją, jaką jest zespół Kult, grupa, która potrafi wypełnić Przystanek Pollandrock do ostatniego, milionowego miejsca, była malutka. Na pięćset może osób. Przypominało to bardziej najmniejszy koncert świata, a nie poważną trasę pomarańczową. Publiczność wydawała się poważna, zadbana jakoś bardziej od publiczności w innych miastach, co mogło rodzić niepokój. Koncert rozpoczął się jakoś niemrawo, i niemrawo przebiegał. Nie że było coś źle. Broń mnie Panie Boże. Wszystkie nutki były zagrane i zaśpiewane wzorowo. Publika była zadowolona, co można było wyczytać z ich zadowolonych twarzy. Za to my, obrona Kultu, byliśmy zagubieni jak pogujący w filharmonii na Piątej Symfonii Bethovena. W trakcie koncertu musieliśmy siedzieć, żeby nie zasłaniać sceny. Koledzy byli może i zadowoleni, ale ja siedzę w pracy większą część dniówki, więc tylko czekałem jak ktoś podejdzie i poprosi o teleskop.

Wtedy nagle, gdzieś w połowie koncertu, nadeszła ta chwila. Ten momen na który czekaliśmy ponad godzinę. Czas próby. On, wiek około cztery dychy, z niewielka nadwagą, ale jednak, wgramolił się komuś na plecy i popłynął. Królu złoty! Zbawco ty mój! Nareszcie!

Ale! Znosiło go na sektor Cytrynowego, co mnie lekko wpieniło. Musiałem wykazać się szybkością pantery i jak pantera ruszyłem do akcji. Wszystko wyglądało jak zwykle. Jak na zwolnionym filmie. Dziadzio pantera, czyli ja, podniósł zad i ruszył w stronę kolegi. W międzyczasie łupnęło mnie w krzyżu, kolanie i łokciu. Zacisnąłem zęby i chciałem przyspieszyć, ale zasiedziany organizm miał to w, no gdzieś. Koleś na moje szczęście surfował też jak wieloryb raczej, więc zdążyłem wepchnąć się przed Arkadiusza, wyciągnąć ręce i ściągnąć na ziemię, JEDYNEGO, tego dnia lotnika. Nogi mi drżały z podniecenia, włos jeżył się na przedramionach a serce waliło jakbym zjadł łopatę koksu. I to by było na tyle tego dnia.

Resztę sztuki poświęciłem na zabawy z dziećmi z mojego sektora i na podawaniu lub odbieraniu napojów wokaliście naszej szajki, podziwianiu gitarowych popisów Jabłka i łapaniu kontaktu wzrokowego w Jeżyną.
Po sztuce porozłaziliśmy się do spotkań w podgrupach. Wylądowałem u sekcji technicznej, która utrafiła mnie w holu, jak w obecności Glaza konsumowałem zasłużone piwo. Przenieśliśmy się więc na pokoje Kajetana i Romana. Tam zajęliśmy się ożywioną dyskusją o pszczelarstwie. A kiedy dołączył do nas Morawka, dyskusja nabrała kolorów. Bo Piotrek wie wszystko o wszystkim i wszystkich. Nasz encyklopedia taka. W międzyczasie przekazaliśmy naszą energię i trzy banie wódeczki Krzysiowi, który jechał do Warszawy, żeby przygrać Machalicy w TVN, bo wraz z Machalicą stanowią zespół muzyczny.

Około godziny drugiej w nocy powróciłem do swojego pokoju. Wstałem o czwartej, bo było gorąco jak w saunie, przewietrzyłem pokój i zabrałem się za kończenie lektury „Wisła w ogniu”. Bardzo mocna rzecz, polecam, Goomi.
Jak skończyłem, dalej nie mogłem usnąć, żeby sobie dospać, więc doszedłem do końca fejsbuka i to mnie rozłożyło jeszcze na godzinę. O siódmej z minutami było po zawodach, bo doszedł jeszcze głód nikotynowy i brak fajek na pokładzie. Wyskoczyłem więc na miasto i dupa, wszystko jeśli już miało być czynne, to od ósmej. Wróciłem do hotelu, Kazo już jadł śniadanie, ale dla mnie było za wcześnie, więc czekałem na ósmą, i kiedy wybiła, zakupiłem sobie w miejscowej Żabce to i owo. Po ósmej przed hotelem było już kilka osób z naszej bandy. Wojtek szedł na siłownie, a Ghoes z kimś tam do kościoła. Miałem się zabrać z grupą perkusisty, ale chciałem tez zobaczyć program w TVN o naszej koleżance Dorocie, która choruje, a której Kult Turyści wraz z Kultem zorganizowali w Tarnowie koncert, który ma być po jutrze. Miałem jeszcze czas na śniadanie, więc go wykorzystałem jak najowocniej.

Podczas programu, okazało się, że Kazo jest na łączach live z Warszawskim studiem stacji, i opowiada o koncercie co i jak. I o Al Kaidzie mówił, ale to już wiecie co i jak, mam nadzieję. Po programie, spakowaniu się, udałem się na miejsce naszego odjazdu. Nie wypadało się spóźnić, bo Pan Roman mógłby na mnie nie zaczekać.

Bo zasady nawet mnie obowiązują. Więc się ich trzymam. Jako tako.

4. Gdynia 25.10.2019

4. Gdynia 25.10.2019

Przelot busem na trasie Mielenko – Gdynia, trochę czasu trwa, więc żeby było milej zacząłem opowiadać różne kocopoły. Na siódmym kilometrze bus się zatrzymał i chciano mnie z niego wyrzucić. Koledzy…

Ponieważ towarzystwo nie było zbyt gadatliwe, a słuchać mnie to już w ogóle nie potrafiło, postanowiłem się w czymś zatopić. I wybrałem Anty Radio, które leciało w tle. Poprosiłem o podkręcenie volume i zrzucenie dźwięku na całego busa, ponieważ leciał program kulinarno muzyczny z wieprzem w tle, Pawła Lorocha, Gastrofaza. A dokładniej, z tym co się z takiego wieprza wpieprza. I po trzech godzinach słuchania już wiem, że wszystko. Zresztą wieprze oporządzałem na wsi, z dziadkiem Marianem, choć nie wszystko konsumowaliśmy, co wymieniono w audycji. Dziś, będąc mądrzejszym o wysłuchany program, zakładam, że było by inaczej.

Fajne opowieści od słuchaczy, przeplatane były dobra muzyką i wszystko się zgadzało. A najbardziej to, że przestałem, zasłuchany w prowadzącego, gadać. Ale potrzebowałem jakiegoś kontaktu międzyludzkiego, i pięć sekund po usłyszeniu adresu imejlowego do prowadzącego, postanowiłem sobie coś skrobnąć, z nadzieją, że usłyszymy to na antenie. Oczywiście ekipie busowej nic nie powiedziałem, żeby zaskok był większy. Ale minęła godzina i nic. Do tego Pan Roman zatrzymał pojazd na stacji, w celu dostarczenia do płuc nikotyny i nikt audycji już nie słuchał. Ale cierpliwi będą nurzać się w radiowym raju, jeśli tylko doczekają, jak mówi Antyradio.

Po kolejnym utworze muzycznym, prowadzący zaczął kontynuować program:
„ A teraz przeczytam wiadomość od Pana Goomiego, który obecnie podróżuje z ekipą na trasie zespołu Kult. Pan Goomi pisze nam tak:
Jedziemy z Koszalina do Gdyni, technika Kultu, jesteśmy w trasie pomarańczowej i Pana słuchamy. Z głodu Kajetan się ślini na myśl o schabowym z ziemniakami, a Pan Roman to by goloneczkę obrobił. Kiedyś był w Krakowie na rynku lokal z zajebistą golonką na sposób węgierski. Chodziliśmy tam z Kultem. Ale to było dobre! Niech schabowy będzie z nami!
Pisze nam Pan Goomi.
A ja pozdrawiam i przypominam, że zespół Kult rozpoczął dopiero trasę i zagra jeszcze w …
Tu wymienił wszystkie miasta jakie nam jeszcze pozostały, pozdrowił naszą szajkę i przeszedł do dalszych wiadomości”

W busiku zapanowało zdziwienie, zaskoczenie i kiedy umysły pasażerów przeanalizowały to co właśnie usłyszały, zapanowała radość i duma. Kajetan nawet mi pogratulował niespodziewanej akcji. Fajnie to wyszło! Jak diabli Panie Pawle.

Po takiej akcji nie pozostało już nic innego, jak tylko dostarczyć Pana Goomiego z kolegą Pancernym pod sam hotel. Godzina była piękna i świat Gdyni stał przed nami otworem. Oszalałem i zacząłem planować jak przeżyć do koncertu. Może te takie kule? No ten, jak mu tam? O bowling! A może spacer nad morze? Zobaczyć po raz trzydziesty ósmy Dar Pomorza, statek wojskowy Burza czy Grzmot, zjeść zupę rybną, strzelić browara i kupić pamiątkę? Albo skorzystać z zaproszenia Dżola i jechać na koncert Roksany Węgiel, u której Grzegorz został nadwornym świetlikiem?

Wszystko legło w gruzach po wejściu do pokoju. Bowling był jeszcze nie czynny i nikt nie chciał ze mną zagrać, wszystkie dary wodne widziałem pięć razy pod rząd przez ostatnie dwa lata, Roksany ze strony muzycznej i osobistej nie znam,więc odpaliłem tivi, i zaległem w barłogu. Ubogi wybór hotelowej telewizji pogrzebał i ten zamiar. Zostawiłem więc na jakimś anglojęzycznym programie informacyjnym i zabrałem się za kontynuację przygód nadinspektora Mocka. W połączeniu tego z drzemką, dostałem zastrzyku niebywałej regeneracji, co z kolei zaowocowało wyruszeniem na próbę zespołu Kult i decyzją o pozostaniu na miejscu koncertu do jego rozpoczęcia.

Decyzję podjąłem tym łatwiej, że odpowiednio wcześniej, mieli zjawić się serdeczni gdańscy znajomi, Madzia z Karolem i Karoliną, córką Karola. Z tej okazji wyskoczyłem do pobliskiego centrum handlowego i dokonałem zakupu Prosecco, które chodziło za mną od samego rana. Ten napój gazowany, podkręcony sokiem z czerwonego grapefruita, nauczył mnie pić Karol, rok wcześniej, kiedy, jeszcze z nieoficjalną Notoryczną Narzeczoną, bawiliśmy w gościnie u Karoli podczas dwudniowego popasu w trakcie trasy pomarańczowej w Trójmieście. Razem ze mną, częścią techniki i częścią zespołu, pozostał też Pan Kazimierz, przez którego Karola poznałem i polubiłem bardzo.
Niestety Madzia, żona Karola nie dotarła do nas, z powodów zdrowotnych, i tym sposobem wypiłem tego Prosecco, kilka gram więcej. Ale to przecież prawie nie alkohol, więc się takie coś nie liczy.

Czas do koncertowy mijał nam bardzo szybko i fajnie. Kazimierz opowiadał historie z życia, każy z nas też coś dorzucał od siebie, powspominaliśmy Teneryfę, na której mieliśmy przyjemność przebywać wspólnie, popaliliśmy papierosów, postudiowaliśmy prasę i witaliśmy kolejnych gości zespołu, którzy licznie przybywali na bekstejdż. Jeśli wspomnę, że pojawił się nawet Lechu Gnoiński, mój współziomek z Krakowa, dziennikarz, pisarz, wraz z kolegą radiowcem, Kamilem Wicikiem, to sami rozumiecie jakież było moje zaskoczenie.. Zaraz po nich doszła Olga Bieniek, sprawczyni wspaniałego filmu o Kulcie, z przyjaciółką a na koniec dotarła Marta, która sprawiła części Kult Ochrony, jak co roku, objazd do kultowej knajpy w Sopocie. Z takim towarzystwem było więc przemiło. Aż chciało się pod ich czujnym okiem harować pod sceną za dwóch.

Ponieważ w Gdyni koncert odbywa się w hali sportowej, to wszystko jest większe, nawet skład Kult Ochrony, która w tym roku wystąpiła, patrząc od lewej strony publiczności, w składzie: Guma, Goomi, Pan Pancerny, debiutant Kuba i Daro. Zawsze jest trochę strachu z naszej, rutyniarskiej strony, jak nam do pomocy staje świeżynka. Ale jak zawsze daliśmy radę. Bo przecież jedna osoba, która się prawie nie połamała, nie może obrazu naszej wspaniałej roboty popsuć. Gdynię, osobiście bardzo lubię. Przestrzeń, frekwencja ponad dwutysięczna, wspaniałe warunki do pracy, czyli profeska barierki, przestrzeń do łapania i zabawy. Jednym słowem, zawodowo. Roboty było tak w sam raz. Ani za dużo, ani za mało. Publiczność miła, kilkanaście twarzy znajomych i prawdziwa rodzynka na cieście: nielatający Pan Ptak, reprezentant Kult turystów, który to w tym roku będzie obecny na całej trasie. Jak usłyszałem w kuluarach, nie miał siły latać i prześledził sztukę siedząc wygodnie na trybunach. Paweł! W imieniu sekcji łapiącej zespołu Kult: DZIĘKUJEMY!

Jednak miałem też swoją Golgotę, którą przyjąłem zaskakująco nie nerwowo, zapewne z powodu przyjętego wcześniej kubeczka Prosecco z grapefruitem, oraz lewoskrętnej witaminy C. Otóż mój sektor obrał sobie za swoje rykowisko, taki średniego wzrostu, ale słusznej wagi, bez koszulkowiec. Teraz zamknijcie oczy, natrzyjcie swój korpus smalcem, nagrzejcie sobie pokój do plus trzydziestu stopni Celsjusza, i powiedźcie po nim dłońmi. Po karku, po klatce piersiowej, po plecach. Potem powąchajcie się pod nie mytymi pachami, i będziecie wiedzieli, mniej ale nie więcej, jak to jest. Bo my takie coś musimy bezpiecznie wylądować. A to wije się jak węgorz, wymyka z objęć jak meduza, oporuje jak osioł i jeszcze jest dumne jak paw, że lata goły do pasa. A fujjj. Madier fakier.

W trakcie roboty nadszedł tez ten moment, którego bardzo się obawiałem. Są takie utwory Kultu, które kojarzą mi się z Tatą. I ze śmiercią. I bałem się bardzo, jak ja je przeżyję. W trzeci dzień naszej trasy, koledzy zagrali „Zegarmistrza Światła” i niestety, oczy zaszły mi łzami i popuściłem. Ale nie opuściłem stanowiska pracy, czego nie mogę obiecać jak zagrają „ Komu bije dzwon”. Ten utwór wysłuchałem w najcięższych chwilach kilkaset razy. I wyłem przy nim jak bóbr. Więc zobaczymy jak to będzie. Z każdym dniem jest lepiej, ale nigdy już nie będzie tak samo. Bez Taty jest mi strasznie ciężko i smutno.

Należy w tym miejscu wymienić tez obecność prawdziwych Mistrzów w swej profesji, chłopaków z Poznania, z firmy Fotis, z którymi żeśmy nie raz i nie dwa, konie kradli po całej Polsce, i których obecność i wyposażenie we wszystko czego tylko potrzeba do szczęścia, jest nieoceniona. Brawo Wy!

Po wydarzeniu muzycznym, które przeciągnęło się do godziny, bez mała dwudziestej trzeciej, bez specjalnego napięcia, postanowiliśmy w tempie umiarkowanym, przenieść się do hotelu, gdzie po robocie przy sobocie, można było popuścić lejce spożycia. Ricardo zabrał zespół, Karol, taksówką, Kazika i Karoline, Marta Kult Ochronę i znowu zostałem z Panem Pancernym na sam koniec, jak dwa samotne palce w dupie. Na szczęście daleko nie było, i po dwudziestu minutach tłumaczenia oczekującym na autografy fanom niedobitkom, że Kazik już pojechał precz, wymianie spostrzeżeń z trasy z przedstawicielami Kult Turystów, Ricardo podjechał i ruszyliśmy, przez stację benzynową, do hotelu. A miałem jeszcze pomysł, żeby wyskoczyć na koncert Exploited, który organizował w Gdańsku Jasiu Krzeczowski, ale było już za późno i pogo bym nie zatańczył raczej.

Ponieważ startowałem na chatę skoro świt, o 6.18, to postanowiłem pożyć jak bractwo trzeźwości z naszej mistrzejowickiej parafii, na zero w alkomacie. Niestety, pod stacją przypomniałem sobie, że zyskałem godzinę na coś przyjemnego, ze względu na zmianę czasu z letniego na zimowy, i tym przyjemnym postanowiłem uczynić trzy piwa urozmaicone spritem. 
Pod hotelem trwało mini spotkanie towarzyskie Karola i Karoliny z częścią zespołu. Przyłączyłem się, a Pan Pancerny ruszył na spotkanie w gronie ochroniarskiej elity. Przy porywistym wietrze powspominaliśmy nasze wspólne koncerty z innymi około kazikowymi zespołami i po godzinie opuściłem towarzystwo wraz z liderem grupy. 
Spałem czujnie, żeby nie zaspać, i z minutowym opóźnieniem ruszyłem intersitem na południe kraju polskiego, do domu. Pendoliniuim pozwoliło mi też na zapisanie wspomnień z wyprawy, co zaowocowało odcinakami o Toruniu i Koszalinie. Pewnie i za Gdynię bym się zabrał, ale w Warszawie zajął miejsce obok mnie pacjent o niemiłym zapachu i wszystko zaczęło się sypać. Tak to bywa w transporcie publicznym. Czego nikomu nie życzę za często.

Wasz podróżnik – kronikarz Goomi.

3. Koszalin 25.10.2019

3. Koszalin 25.10.2019

Do Koszalina, ruszyliśmy z Dżolem najpierwsi. Jego osobowym Peżotem. Limuzyną. Bardzo lubię z nim jeździć. Jest zajebistym kierowcą. Jeździ szybo i bezpiecznie, jak mało kto. Auta ma wygodne, choć bywały wygodniejsze. I szybsze. Dżolo też nie łapie mandatów. Robiąc trzydzieści tysi rocznie. Dacie wiarę? Do tego mamy podobne poczucie humoru, podobne tematy nas interesują i wszystko się nam zgadza. Oczywiście, dla kurażu, bo jednak jazda jako pasażera mnie lekko stresuje, postanowiłem sobie, a było już po dziewiątej rano, zakupić dwa piwa tyskie w takich większych butelkach. Na odwagę. Pierwsze wyzerowałem, jak to mój syn mówi, prawie na raz. Drugie schowałem do schowka pasażera.

Pruliśmy przez Polskę naszą przepiękną jak błyskawica. Zatrzymywały nas tylko roboty drogowe i potrzeba korzystania z dobrodziejstw stacji benzynowych. Ponieważ sytuacja momentami zbliżała się do dwustu na godzinę, to i moje potrzeby, na takie przyjmowanie otaczającej mnie rzeczywistości, uległy lekkiej korekcie, i w okolicach godziny dwunastej z minutami, dozbroiłem się o ćwiartunię wiśniówki. W końcu moja robota zaczynała się około godziny dwudziestej, więc mogłem sobie pożyć w trochę innym trybie niżli ma to miejsce na codzienny codzień, kiedy to kierat jest jednowymiarowy, przewidywalny, szary bury i ponury. Co oczywiście nie jest prawdą, bo lubię to moje szare codzienne życie.

Wracamy jednak do teraz. Dżolo wyrzucił mnie koło dworca PKP – PKS Koszalin S.A., a sam ruszył działać na miejscu wieczornego koncertu. Bo tak na serio, ale nie mówcie o tym nikomu, to my, Kult Ochrona mamy najfajniejszą część tego koncertowego tortu. Czasowo mamy najmniejsze obciążenie, co przy odpowiedniej organizacji czasu, pozwala nam zaszaleć. Albo po prostu się ten tego, a potem wyspać.

Jako że byłem naładowany magnezem, który wprowadzam w domu przez moczenie stóp w misce z ciepłą woda i wymienionym specyfikiem, dodatkowo przyjmuję witaminę C, koniecznie lewoskrętną, przez co bywam nadenergiczny i mnie nosi, nawet w lewo. Tak właśnie było w Koszalinie. Do tego ćwiartuchna pękła i mamy mieszankę wybuchową prosto z Nowej Huty.

Ponieważ przez Koszalin dymałem do Mielna i Unieścia za młodości, to moja znajomość terenu był doskonała. Szybko zlokalizowałem miejsce odjazdu busa, i korzystając z kwadransa dla siebie, opróżniłem to co miałem do dna, zapaliłem czerwonego Marllborca, i po wszystkich tych przyjemnościach siedziałem w busiku do Unieścia jak sardynka w puszce. Nie za wygodnie, bo i komplet mieliśmy, no i byłem objuczony walizką, plecakiem, dwoma kurtkami i sobą. I weź tego człowieku nie pogub wszystkiego.

Najpierw planowałem ruszyć na hotel, żeby się zaoblakować, czyli posiedzieć w toalecie, dokonać inspekcji włości i następnie, to co bardziej smakowitsze skonsumować. Ale bus nie jechał przez miejsce noclegu, więc postanowiłem udać się do Unieścia i odwiedzić kolegę Adama, w domu wczasowym Interszyk, który był naszą bazą rodzinną w wakacje, kiedy to spędzaliśmy je na ojczyzny łonie, gdzie piach piaszczysty, morza szum, parawany i ludzi tłum. Kocham to i kiedyś wrócę, ale po sezonie, jak dziś.

W ogóle ten Koszalin to miał być już rok temu, dwa lata temu i nigdy nie wypalał. A było moim marzeniem żeby był ci on na trasie, bo raz, chciałem Adama zaprosić, i dwa Adama i Unieście odwiedzić. I stało się! Wylądowałem więc w Unieściu zgonie z moimi marzeniami. Korzystając z bliskości wszystkiego, poszliśmy na plażę pospacerować i się pojodować, do przystani podeszliśmy na rybę i rybną zupę i browary. Niestety, akurat kwestie żywienia sobie tego dnia połapałem raczej do dupy. Bo przez to hotelowe przejedzenie, nie dałem rady dorszowi. Bo i zupę podali mi niemal w wannie, a i porcja ryby była słuszna. Na szczęście nic się nie zmarnowało, bo Adam pokończył to, co ja nie przerobiłem.
Pojedzeni, pospacerowaliśmy z powrotem do ośrodka, gdzie pogawędziłem z szefową i udałem się w podróż łączoną, busowo taksówkową, do miejsca naszego zgrupowania. A dlaczego łączoną? Bo poza sezonem taksówka to w Unieściu rarytas. I musiałem busem podjechać do Mielna, z pięć kilometrów, a potem pozostałe trzy kilometry taryfą.

Hotel SPA Baltin był tym czego na trasie wyczekuję z utęsknieniem. Prawdziwym skwarkiem w smalcu! Pokój dostałem w części apartamentowej, z mini ogródkiem i osobną sypialnią, z wielkim łóżkiem, na którym mogłem spać ja, moja walizka i plecak. Ale jak spać, pomimo niewyspania, kiedy jest tak pięknie dookoła? Dołożyłem więc sobie dawkę witaminy C, ubrałem kąpielówki i ruszyłem ku przygodzie, a konkretnie w poszukiwaniu części basenowo rekreacyjnej. Tę miałem praktycznie pod drzwiami, więc po minucie taplałem się w mini basenie jak dziecko. Ponieważ pływanie nie jest moją mocną stroną, po pokonaniu kilku długości stylem na przemiennym, żabka w jedną i grzbiet w drugą stronę, ruszyłem na poszukiwanie innych atrakcji. I się nie zawiodłem, bo dżakuzi z widokiem na las i pole rolne, wypełnione gorącą wodą, co przy plus ośmiu stopniach na zewnątrz, dawało prawdziwą rozkosz umęczonemu dzień wcześniej ciału. Odnawiałem się i odradzałem jak w książce o odnowie i odradzaniu, jeśli ktoś już taką napisał.

Po takim odmoczeniu, postanowiłem się zdrzemnąć. Ale akurat dotarł po próbie zespół mój ukochany i zaczęły się nerwowe ruchy, bo każdy chciał połapać jak najwięcej. Największa atencją cieszył się spacer nad morze. Z pierwszą grupą nie ruszyłem, ale na propozycję wspólnego podreptania z menadżerem Piotrkiem, przełamałem się i ruszyliśmy. Było warto. Nie dość, że nasyciliśmy nasze zmysły przepięknymi okolicznościami przyrody, to jeszcze dostałem solidne wsparcie w temacie odejścia mojego Tatusia z tego łez padołu. Dziękuję Piotr. Bardzo mi to pomogło.

Na koncert ruszyliśmy na dwa pojazdy. Część zespołu plus część ochrony busem Rikarda, a druga część mini vanem menadżera. Mnie przypadło miejsce w mini. Do klubu dotarliśmy bezproblemowo, i tylko przebicie się wejściem głównym na zaplecze, z powodu posiadania w swojej grupie tego znanego wokalisty, Kazimierza syna Stanisława, mogło stanowić problem. Ale nie dla nas. Tylko ze trzy osoby zdążyły dokonać rozpoznania artysty, z twarzy albo sylwetki, ale tych spacyfikowaliśmy tonfami i jakoś poszło. ( Ciekawe kto w to uwierzył?).

Klub mi się strasznie podobał. Taka mini hala jakby, ale nawet pojemna, na kilka setek ludziny. Nawet garderoba o wymiarach większej toalety nie przeszkadzała. W końcu przyjechaliśmy tu tyrać, oraz nieść kaganek kultury i sztuki, a nie wylegiwać się w garderobie. Zresztą na to nie było nawet czasu, bo dotarliśmy na pięć minut, może dziesięć, przed naszym szołem. Więc szybko zająłem swoje stanowisko pracy, dupą do zespołu, a frontem do klienta. I wtedy doznałem jakiegoś olśnienia. Ludzie w okolicy nadmorskiej byli jacyś tacy inni niż ci z południa Polski. Trzymali linię osy, czyli wagowo na piątkę z plusem, z twarzy byli tacy mili, radośni, jak nie publika naszej ferajny. Szok! Do tego po wystartowaniu sztuki, nie było żadnych walk o stanie pod barierkami. Noż kurwa. Jak to tak?

Pierwsze trzy utwory pozostałem w pełnej gotowości, pod bronią. Niczym przyczajony tygrys, oślepły kret. Przy kolejnych trzech dokonałem samo rozbrojenia, odwołałem chwilowo mobilizację i doznałem kolejnego olśnienia! Ależ tu jest dużo pięknych dziewczyn! Oczywiście nie tak pięknych jak moja oficjalna Notoryczna Narzeczona, ale zaraz po niej, to normalnie liga światowa. Jakby nie zobowiązania narzeczeńskie, mój pod starczy wiek, początki zaćmy, podagra, nie trzymanie wiatrów podczas snu, to mógłbym się zakochać. Ale z powodów formalnych ,wymienionych wyżej, pozostaje mi tylko obserwacja. I dzięki tej obserwacji, wrodzonej czujności, wypatrzyłem pierwszą osobę, która sobie kurwa jej mać, wymyśliła latanie. Kto mógłby być tak bezczelny, żeby wyrywać z kopytami z marzeń koncertowych, wściekłą Kult Ochronę? No raczej ktoś zaprzyjaźniony. Bo innego byśmy rozerwali na strzępy. Albo raczej ja bym rozerwał, bo co inni mają w głowach to ja nie wiem. A siebie znam.

Pierwszym lotnikiem został nasz Ptaszek z Kult Turystów. Ale zanim synowie i córki rybaków podnieśli go do góry, ponad swoje głowy, to minęło z pięć minut. Bo nasi kochani KT, są gabarytowo ponad przeciętną. W zdecydowanej większości. Ale nie ma się co dziwić, bo będąc ciągle w trasie, jedząc hot dogi na stacjach, mak burgery w mak donaldach, kiełbasy z rusztu w przydrożnych grillach i zapijając to słodkimi napojami i ciepłą wódką, to ten efekt joja i dużego korpusu, musi być. Popatrzcie na nas, ochroniarzy. Jesteśmy nie lepsi.

No i po tym naszym Nielocie jakoś naszło i miejscowych na polatanie. I to poszło w stronę taką, jaka mi najbardziej odpowiada. Młode panny ruszyły górą! Na każde łapanie byłem najpierwszy, najszybszy, najchętniejszy. Jeśli istnieje po śmierci funkcja Archanioła Łapacza Młodych Panien, to ja chcę ją objąć. Jestem w tym niezły. Pierwsze sześć sztuk złapałem wzorcowo. Jak na filmie instruktażowym dla ochraniaczy podbarierkowych. Ale z siódmą wszystko się pogmatwało strasznie. Bo miała za krótką sukienkę, i w niektórych fazach swojego przelotu świeciła mi bielizną po oczach, co w przypadku początków posiadanej, prze zemnie, zaćmy, nie pomaga, a w fazie ściągania dziewczęcego odwłoku, wykonała jeszcze pół szpagat, i zamiast zostać złapaną w pasie, została złapana w kroku. Nożesz kurka wodna twoja mać. Po takich akcjach, mam wszystkiego dość . Będąc takim rutyniarzem, dać się nabrać na takie zwody? Nie do wiary. Ale nic. Pomieszałem pod sukienką, szukając miejsc bardziej chwytnych, i z pomocą wyczutego udźca łapanej, dokonałem sprowadzenia całości na poziom zero. Ale spaliłem się ze wstydu i mi ochota na łapanie w nieswoim sektorze przeszła. I w sumie to tej roboty już dużo nie było, poza kilkoma przelotami naszej znajomej Kult Turystki. Ale tu o bezpieczeństwo dbał Pan Pancerny. I tak to dociągnęliśmy do końca pracy.

Po koncercie zespół zebrał się błyskawicznie, nie bardzo niepokojony przez publikę i pozostało tylko ewakuować lidera Kazimierza. Akcję przeprowadziliśmy szybką, sprawną, przez scenę, z ulotnieniem się wyjściem bocznym. Takim sposobem pierwsza tura pojechała precz. Pozostała ochrona i technika. Teraz pozostało tylko zabić czas czymś przyjemnym. A ponieważ nieopodal była stacja Orlenu, ruszyłem kłusem w jej stronę i zakupiłem kanapkę z jajcem i sok grapefruitowy czerwony. No dobra. I zero siedem Wyborowej, której potajemną konsumpcję rozpocząłem w garderobie. Ale gdzie tam utrzymasz taki stan posiadania w tajemnicy długo? Sępy dopadły mnie szybko. Na szczęście menadżer nasz nie pije i jakoś udało mi się coś dowieźć do ośrodka SPA. W trakcie konsumpcji w garderobie odbyliśmy szereg dyskusji na tematy zawodowe, dotycząc naszej ekipy, jak i na tematy nie zawodowe, dotyczące w zdecydowanej większości sportu. Co nikogo nie powinno dziwić , bo tego dnia Leicester pojechał w Southampton miejscowych piłkarzy, dziewięć do zera. O czym doniósł mi zaraz po meczu syn, wielki fan Lisów.

Do pokojów tura druga dotarła koło pierwszej w nocy. W tym czasie tura muzyczna była już albo w łóżku, albo w trakcie zmiany rzeczywistości na inną, różnymi sposobami. Brać ochroniarska postanowiła zrobić sobie małe party w naszej, to jest mojej i Pancernego, twierdzy. A ponieważ dotleniając się w ogródku, który nam przynależał, zauważyłem sekcję gitarową w baletowej gotowości, zaprosiłem i ich na pokoje. Po czym wróciłem szybko do środka, bo na zewnątrz dawało gnojówką bardzo mocno. W końcu ośrodek był przy polach, więc takie niespodzianki były jakby w pakiecie. Co mnie byłemu wieśniakowi nie bardzo przeszkadzało. Sekcji nie doczekałem. Wypiłem co miałem swojego, wziąłem prysznic i ostatnie co zapamiętałem, przechodząc w stan snu pełnego, to wejście gitarzystów na salony.

Obudziłem się po szóstej. A w sumie to obudził mnie alarm telefonu, bo tak go sobie ustawiłem, chcąc zobaczyć wschód słońca nad modrym Bałtykiem. Ale coś mnie głowa bolała, pewnie się gnojowicy nawdychałem, więc alarm wyłączyłem i drzemałem dalej. Ale w głowie miałem przypomnienia, że o dziesiątej jadę z technikom do Gdyni, tutaj jest jednak SPA i morze blisko, i że trzeba się przełamać. Przełamania postanowiłem dokonać w basenie. Ruszyłem więc wartko, jak górski strumień. Wpadłem do baseniku jak kłoda, bo się poślizgnąłem na drabince i niczym ten olimpijczyk Phelps, popłynąłem przed siebie. Niestety po piątym nawrocie zaburczało mi w brzuchu, bo abulucjacje czy jakieś inne cholerstwo przypominały o opróżnieniu się z toksyn. Przyspieszyłem, bo bardzo nie chciałem zostawiać po sobie ani bakterii ani tym bardziej koli. Zdążyłem ledwo ledwo, bo mi coś w kolanie chrupnęło i nie mogłem nogi zgiąć. Ale kuśtykać też potrafię szybko i wszystko skończyło się jak trzeba. Zgodnie z zasadami higieny hotelowej, uwzględniając przy tym ośrodki SPA.

Pomimo kontuzji nieprzewidzianej pokuśtykałem na plażę. Długo nie zabawiłem, bo czas i kontuzja nagliły, a tu jeszcze trzeba było sprawdzić lokalną kuchnię i jej śniadania. Wszystko wyglądało zawodowo. Mnie skusiło stoisko warzywne. Niestety nie dla psa kiełbasa, bo ta część jadalni była przeznaczona dla pań z klubu panny Chodakowskiej, które w pocie czoła spalały tkankę tłuszczową na ośrodku i na pobliskiej plaży. Skoro więc tak się poświęcały, to i pasza nie mogła być nie fit, bo wszystko by się posypało jak domek z kart. Wziąłem więc podwójną porcję rukoli, która przysługiwała fitnesiarkom, a było tego cztery listki. I tymi czterema listkami odbijało mi się potem do późnego popołudnia, takie były france, te listki, intensywne. Może gnojówką podlane? Zapomniałem zapytać. Za to po zwróceniu mi uwagi, że korzystam z nie swojego sektora, przeniosłem się na stanowisko ludzi nie fit, i najadłem się za trzech. Bo było to wliczone w nocleg, więc popuściłem wodzę konsumpcji. Ale i tak jestem twardy, bo nie spróbowałem odkrytego przez Kazika tłuszczu w spreju. Ośrodek SPA zobowiązywał do bycia człowiekiem a nie świniom.

Punktualnie osiem po dziesiątej ekipa techniczna wsparta dwójką ochraniaczy i wizualizatorem scenicznym Majonezem, ruszyła ku kolejnej stacji naszej przygody, Gdyni.

Ale co tam się odjaniepawliło, to napiszę potem, bo mi Pendolino do Krakowa dojeżdża.

Koszalinie! Dzię ku je My! Oby do za rok!