15. O tym, jak żywego psa na fejsbuku pogrzebałem. Czyli słów kilka o niewiernym Tomaszu.

Było tak. W sobotę o 13,00 babcia zadzwoniła że Piorun zaginął na działce. A tam, znajdzie się. O 15,00 byliśmy z Notoryczną Kasią Narzeczoną u mojego ciężko chorego Taty w szpitalu. O 16,00 zadzwoniłem, a zapłakana teściowa, mówi, że psa dalej nie ma. A on chory. Od trzech lat trzustka, cukrzyca, ślepy, węch osłabiony, przygłuchawy, słaby i schorowany. Dalej niż 50 metrów od domu nie odchodził. A działka w szczerych polach, kilkanaście hektarów pól, nieużytków i 2 hektary kukurydzy.

Ruszyliśmy więc prosto od taty ze szpitala do Iwanowic. Schodziliśmy pola w promieniu 2 kilometrów, zjeździliśmy okoliczne wsie i około 19,00 z płaczem ruszyliśmy do domu. Wyliśmy do zdjęć, wspomnień i wszystkiego co nam psa przypominało. Syn płakał, Notoryczna Narzeczona poszła spać o 4 rano, a ja już o szóstej zarządziłem alert: Jedziemy znaleźć ciałko i pochować. Do tego babcia dała zdjęcie i apel na stronę Gminy Iwanowice, i nic. Cisza.

O siódmej rano w niedzielę, ruszyliśmy z Notoryczną w pola nieużytków i kukurydzy. Ni chuja. Pies, jak to psy mają umierając pewnie schował się w lisią norę, albo gdzieś tam wlazł i umarł. No bo był chory bardziej niż niejeden z nas. Ulewa jaka nam towarzyszyła ocierała nam łzy rozpaczy i o dziewiątej z minutami poddaliśmy się, ale z uczuciem dobrze spełnionego psiego obowiązku. Wyliśmy dalej ale mniej, bo nam było mokro i zimno. Po ustaniu deszczu na poszukiwania ruszyli schorowani teściowie i dalej nic.

Dziś rano pojechałem do taty do szpitala, który w nocy przeszedł kolejne dwie operacje ratujące życie. Stan jest krytyczny. Na wizytę nie było rano szans. Czekać – padło hasło od lekarza. Zostawiłem mamę i brata na posterunku przy tatusiu, a sam pojechałem pożegnać kolegę Hansa, który w wieku 46 lat, umarł z miłości do żony, która odeszła na raka kilka lat wcześniej.

Prosto z cmentarza w Wieliczce ruszyłem do taty, ale w międzyczasie zadzwoniła Notoryczna, że ktoś dzwonił i psa widziano trzy czy cztery wsie dalej. Nie wierzyliśmy za bardzo, ale musieliśmy to Piorunowi zrobić i zobaczyć tego znalezionego, powiedzieć, to nie ten i wracać, do pracy i do ciężko chorego taty. Jak już dojechaliśmy to pies okazał się TYM PSEM. Tym PIORUNEM. Naszym ukochanym przyjacielem, który ślepy i chory przeżył. Dzięki sile, woli i chęci przetrwania. Dokładniej opis szukania przez ludzi z wioski, której nazwa mi wyleciała, potem. Już wiem. To Celiny i jej wspaniali ludzie. Celiny to przypadek? Kochany Kaziku, nie sądzę:)

Szczęśliwy wróciłem do szpitala i pozwolono mi pójść do Taty, któremu wszystko opowiedziałem, bo wiem, że On mnie słyszał.

Kochany Tato. Walcz. To nic, że dzisiaj maszyny podtrzymują Cię przy życiu. To nic. Jesteś silny i zdeterminowany. I czekamy na Ciebie. My i Piorun, którego w naszej słabości i niewierze pochowałem fejsbukowo na psie wieki wieków amen. Ja, Twój syn, często działający impulsywnie i za szybko ferujący opinię, ale zawsze walczący i wierzący w to, że może być lepiej. I będzie! Cokolwiek by się nie działo! Do zobaczenia niedługo Tato, już bez tych maszyn i innych. Zupy Ci nagotowaliśmy takiej jak lubisz. Tylko wracaj. Wracaj szybko jak szybko wrócił nasz kochany Piorun. Tato!

ps. jak pięknie śmierdzę psem, to nie macie pojęcia!

   Osobne kilka zdań należą się całej akcji poniedziałkowej.

Wracając z pogrzebu Hansa do szpitala, żeby być przy tacie, miałem wszystkiego dość. Ale tak na spokoju oczywiście. Mijane ciężarówki mnie nie kusiły żeby zmierzyć się nimi czołowo, broń Panie Boże. Ba. Było nawet całkiem nienajgorzej bo poczułem głód. A to dobry znak, że chce się żyć. Padło na maka u Donalda, choć to co prawda nie zdrowo, ale za to kurewsko szybko.

W międzyczasie przychodziły esemesy i inne. W tym od Notorycznej Ukochanej. Niestety wyświetlała się tylko ich część. W tym taki:

„Rodzice szukają psa bo …”

Miło mi się zrobiło, bo to też i ich synek i nie odpuszczają. Całej wiadomości nie otwierałem, bo w stanie w jakim byłem, lepiej nie ryzykować niczego więcej poza paleniem czerwonych Marlboro z Teneryfy w miękkim opakowaniu. Koniecznie palcie, jak już musicie w miękkim, bo ten smak i aromat jest bajeczny. Obiecałem sobie też pomiędzy jednym a drugim buchem, że esemesy odczytam już na spokojnie, żrąc niezdrowe.

Oczywiście nie zrobiłem tego, bo jedzenie podano tak szybko, że nie zdążyłem uruchomić telefonu. Jednak w kieszeni na dupie zawirowało mi kolejne powiadomienie z mojego hujałeja.

„Zadzwoń jak będziesz mógł” – Notoryczna.

Mogłem, więc żując mięso w bułce nacisnąłem przycisk dzwoń.

– Stary! – bo i takich miłosnych określeń używa Ona. – Potrzebuję auto. Bo rodzice szukają dalej.

– Nie dam ci. Albo dam i pojadę do szpitala autobusem. Tylko po co jeszcze szukać? Niech Ewa da spokój już. – zadecydowałem, bo uważam się za osobę najmądrzejszą na świecie, samca Alfa, Beta i Zeta, decyzyjną i zawsze, ale to zawsze podejmującą najszybsze i najtrafniejsze decyzje w galaktyce. Co z małym mózgiem który posiadam w dużej głowie, często okazuje się błędem, ale o tym lepiej nie mówić bo się zamknę w sobie i ludzie stracą samca. Jak ja straciłem psa przyjaciela.

– Ty debilu! Czytałeś esemesa?!

– Kurwa mać. Czytałem. Dajcie mi już spokój!

– Nie wierzę… Przecież ktoś dzwonił, że widział Pioruna…

Wół w bułce na te słowa stanął mi w gębie okoniem.

– Co? Jak to kurwa dzwonił. Jadę do Ciebie. Czytałem tylko że szukają… Daj mi kwadrans.

Resztę niedojedzonego chciałem zabrać do samochodu, żeby dojeść po drodze, ale w ferworze walki wyjebałem wszystko do kosza, razem z telefonem. Dobrze, że kosz był pełen, bo telefon który zgubiłem w zeszły tygodniu cztery razy, mogłem wyjąć bez nurkowania w śmietniku.

Do Iwanowic jechaliśmy skrótami, żeby ominąć popołudniowe korki. Trasę znałem znakomicie i zgubiłem się tylko dwa razy.

– Debilu! Mapę sobie włącz!

– Sama se włącz. Ja KURWA kieruję!

W tej przyjaznej atmosferze czas mijał nam błyskawicznie. Oczywiście Notoryczna ukochana miała swój pomysł na poszukiwania, i zamiast jechać od razu tam gdzie psa widziano, kierowała mnie w punkty na których przylepiała ogłoszenia o dużej nagrodzie. Szlak mnie trafiał, bo tam mi tata umiera, a my szukamy dziury w całym. Przecież już cały fejsbuk płakał z nami, więc co można dać psu jeszcze? Za chwilę, okazało się że można. Dać mu z powrotem własny dom.

Jadąc do Celin, byliśmy czujni. We wszystkich wsiach na trasie pytaliśmy o Pioruna. Nawet dzieci które wychodziły ze szkoły. Jeden chłopczyk tak się przejął, że nawet zaczął rozemocjonawny opowiadać, że takiego psa widział. Pięć minut temu. Oczywiście mu nie uwierzyłem, bo nie byłbym sobą, ale gorąco podziękowałem i popędziliśmy dla świętego spokoju w te miejsca gdzie chłopczyk widział psa. Potem w tej właśnie wsie teściowie odebrali psa… Coś ze mną jest chyba nie tak.

Do Celin jechałem na wolnej pełnej piździe. Notoryczna grzebała w telefonie.

– Patrz na pole, nie grzeb teraz w komórce. Psa szukamy!

– Aha. No tak. – wreszcie zaczęła ze mną współpracować.

Do Celin wjechaliśmy od Sieciechowic, w sam środek wsi. Na krzyżówce pojechałem w prawo i przez otwarte okno darłem się w niebogłosy:

– Piorun! Piorun!

Jednocześnie nasłuchując naszego przyjaciela, ale mam dizla jedenastoletniego i słyszałem tylko wycie silnika na wysokich obrotach. Za to sylwetkę naszego psa widziałem wszędzie. W kamieniu, stosie desek i innych psach. Dobrze, że wizytę u okulisty mam pod koniec września, bo ze mną coraz gorzej. To nie był nasz pies. To była Gómimorgana.

– Jedź pod kościół. – zadecydowała Ona, co mnie oczywiście wkurwiło z lekka, bo sam to wymyśliłem wcześniej, tylko zapomniałem powiedzieć na głos.

– Echchch… – burknąłem pod nosem i wykonałem polecenie.

Pod kościołem kazałem jej wysiąść z auta i się drzeć tym jej falsetem, a sam ruszyłem z piskiem opon pod sklep. Nie. Bez pisku. Auto mamy za ciężkie a silnik jest wolno ssący, więc byłem bez szans na efektowny start . Ruszyłem więc dynamicznie, na tyle na ile, i podjechałem pod ten sklep, z którego nadeszła nadzieja telefoniczna. O trzynastej w prawie samo południe, poza sklepową było dwóch chłopków, którzy albo mieli przerwę w pracy, albo tej pracy akurat dzisiaj nie mieli ale akurat mieli kasę na piwo, lub przynajmniej wielkie chęci. „Poniedziałek” pomyślałem i zrozumiałem wszystko w mig. Przecież sam się na wsi wychowywałem i pamiętałem swoje poniedziałki pod sklepem.

Uchyliłem okno i zapytałem grzecznie.

– Dzień dobry. Szukam psa, wielkości połowy wilczura, czarny z biały krzyżem na klacie. Nie widzieliście takiego?

– Widzieliśmy! – odparła sklepowa. – To koleżanka dzwoniła do pana mamy. Ale ona już do Krakowa pojechała coś se załatwić czy co tam.

Wyskoczyłem szybko i stanąłem na miękkich nogach, bo nie wierzyłem w to co słyszę. Przecież Piorun miał być za słaby, żeby polami zrobić kilka kilometrów i wyskoczyć akurat do Celin. Jak to kurwa możliwe?

– Bo ona jechała do pracy rowerem, i tam – pokazała ręką gdzieś przed siebie – widziała takiego psa.

– Jakiego?

– No tego z Internetu. Jak pił wodę z kałuży. Przyjechała, sprawdziła w telefonie zdjęcie i zadzwoniła do mamy.

– Do teściowej. Dziękuję!

– Pokazać? – zza sklepowej, albo po nowoczesnemu, ekspedientki, wychylił się chłopak w moim wieku, w ubraniu mocno roboczym i upapranym.

– Co?

– No gdzie pies. Bo my tu byli i ona, ta co znalazła, nam powiedziała, żebymy poszli szukać to se coś zarobimy. Ale to daleko i Krzysiek porwał jej rower i pojechał. My do niego dzwonili i mówił, że to ten pies. Ale teraz nie odbiera. Pokazać?

– Pokazać! – zadecydowałem szybko.

Zamknąłem okno i ruszyliśmy w tę część Celin, w której byliśmy z Notoryczną kilka chwil wcześniej. Nawet wysiadłem wtedy z auta i darłem mordę, ale nic nawet nie zaskuczało. Mimo to zapierdalałem jak szalony bo miałem przeczucie. Że zdarzy się cud.

Zaparkowałem we wskazany miejscu a mój nowy kolega powiedział:

– Tu som nasi znajomi. Ja do nich pójdę i zapytom czy Krzyśka nie widzieli.

Wysiedliśmy i on poszedł zapytać a ja wołałem Piorunka idąc wzdłuż pola jebanej kukurydzy która mnie dzień wcześniej wyżęła do cna kilka kilometrów dalej. Ale w sumie to nie taka jebana jest, bo daje paszę i schronienie naszym braciom mniejszym. Wiec służy jak może. Kochana kukurydza.

Po kilkunastu metrach zobaczyłem rower w rowie.

– Ej! Kolego! Tu jest jakiś rower.

Kolega podszedł, popatrzył i stwierdził.

– To tego co on nim przyjechał. To on tego psa musi gonić po polach. Ino gdzie?

– Nie wiem. Dziękuję ci. Chodź, odwiozę cię do sklepu.

I popruliśmy z powrotem jak na skrzydłach. Wysadziłem go i zawołałem na Notoryczną która stała w oddali:

– Chodźże szybko! Wiem gdzie jest pies! Ruszaj się.

Osoba do której krzyczałem odwróciła się zniesmaczona. To nie była moja Kasia. Ja pierdolę. Zostaw ją na chwilę samą to się przepoczwarzy w kogoś innego. Co za jaja.

Odwróciłem się więc za siebie i Kasia stała dokładnie tam gdzie ją porzuciłem i patrzyła na mnie wzrokiem pełnym litości, myśląc pewnie w duchu „co za zjeb. A mogłam wyjść za ginekologa…”

Ruszyła w moją stronę, ale za wolno. Stanowczo za wolno w stosunku do moich emocji. Podjechałem więc po nią te dwanaście metrów i przez okno zapytałem:

– Masz kasę, bo ja mam tylko kartę.

– Mam.

– Daj mi pięć dych.

– Mam stówę.

– Dawaj. Rozmienię w sklepie.

I ruszyłem w kierunku sklepu po zapakowaniu przybranej matki psa, a mojej Narzeczonej. Wyskoczyłem z auta ściskając banknot w spoconej dłoni i mówiłem podekscytowany:

– Zapraszam na piwo. Bierzcie co chcecie! Albo nie. Ma pani rozmienić na pół?

– Mam – powiedziała uśmiechnięta ekspedientka na widok roztrzepanego chłopca w wieku średnim, o wzroście i wadze ponadprzeciętnej, którym byłem i jestem ja.

Rozmieniła sprawnie, ja jeszcze sprawniej podziękowałem nowemu koledze za pomoc, wskoczyłem do auta i znowu nie ruszyłem z piskiem opon, ale jak w nagłych przypadkach, dynamicznie. Wtedy odezwał się telefon Notorycznej, stary telefon, bo ten nowy co sobie kupiła miesiąc temu, żeby piękne zdjęcia na Tenerce sobie robić, zalała w niedzielny poranek w kukurydzy. A mówiłem jej:

-Zostaw telefon w aucie!

– Sam se zostaw. Jak się zgubię w kukurydzy to będę do ciebie dzwonić.

– To se dzwoń. Ja mój zostawiam w samochodzie.

Dzwoniła teściowa. Moja teściowa, czyli jej mama.

– Masz psa? Naszego psa? Pioruna?! – gadała do aparatu a ja nic nie słyszałem i jedynie mogłem się domyślać. – Żyje? Umęczony? Szczęśliwy? Boże jedyny! Dobra. Jedziemy do was! – zadecydowała za mnie, czego nienawidzę.

– Mamusia dzwoniła! Znalazł się Piorun. Jadą na działkę!

– Super! Dała coś chłopu który znalazł? – zapytałem bo chciałem żeby za wzorową pracę była godna nagroda.

– Dała. Miała stówę i tyle dała.

Za mało. Pomyślałem i zawróciłem sprawnie pod sklep. Kolejny raz. Dołożyć jeszcze to pięćdziesiąt co mi zostało.

Na działce Piorunek leżał w kuchni, umęczon jak Pącek pod Piłatem. Ale jak klęknąłm przy nim, poderwał się sprawnie i zaczął mnie całować. I Notoryczną też. Po czym spojrzał na mnie swoimi wielkimi ślepymi oczętami i zaczął zgłaszać jakieś psie pretensje w moją stronę. Albo podziękowania? Po czym zaczął charczeć i po chwili wyrzygał pół wiadra wody z kałuży, która ratowała mu życie, prosto na podłogę. Po raz pierwszy nie miałem do niego o to pretensji. I po raz pierwszy całowaliśmy się prosto w usta. Psi przyjaciel i jego ludzki tata.

Aha. Jak ktoś Piorunkowi pokaże tę całą moją akcję na fejsbuku, to zakurwię z laczka i poprawię z kopyta!

Trzymajcie się dobrze, kochajcie się cały czas i nie traćcie nadziei nigdy! Jak ja.

Czwarty jedzie z nimi

On potężniejszy jest od tamtych trzech

On niesie Ci miłość i wiarę

I miłość i wiarę, nadzieje dla Ciebie ma

Niesie Ci słońce i gwiazdy

On potężniejszy jest od tamtych trzech… *

*(fragment utworu, Kult „Czterej jeźdźcy”)

13. W trasie pomarańczowej roku zero siódmego. Odcinek pierwszy.

Po powrocie z Londynu nie miałem za dużo czasu na cokolwiek, bo szesnastego października zlądowaliśmy w Krakowie, a już siedemnastego wskoczyłem w pociąg, żeby dostać się do Warszawy i rozpocząć swoją trzecią trasę październikową zwaną też pomarańczową. W Warszawie miałem połapać się gdzieś tam z resztą Kult Ochrony i ruszyć wespół z nimi  na Toruń.

Ponieważ rok wcześniej wynajmowany bydłobus się zepsuł poważnie, koszty naprawy były znaczne i być może ponosił je zespół, roku zero siódmego jazda odbywała się następującymi pojazdami: bus zespołowy z zespołem, i jeśli było wolne miejsce z kimkolwiek na pokładzie, byle w zgodzie z przepisami, Pewu z Kazikiem i ewentualną doczepką, jeśli byłaby taka konieczność, fordem mondeło, i pojazd ostatni, auto osobowe, z Kult Ochroną, powożony przez przyjaciela zespołu i szczególnie bramki kultowej, Bożka. Aha. I osobny bus miała technika. Ci poruszali się w swojej galaktyce i czasoprzestrzeni. Zawsze pierwsi w robocie i zawsze ostatni w hotelu.

Pierwszy przelot wypadł mi w Bożkowym pojeździe, który był wielkości mondeło, taka osobówka na pięć osób. W skład nasz wchodzili: kierowca Bożko, ja, Guma, Bzyk i nie uwierzycie kto. Zgadujcie. No dobra. I Wafel. Wafel oczywiście pozabierał alkoholi o dużej mocy, bo wymyślił sobie, że pojedziemy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce szczególne. Ale, że kurwa cmentarz? Tego nawet ja bym nie wymyślił.

– Zajedź pod samą bramę. – Wafel rozkazał Bożkowi, a sam zaczął grzebać w teczce którą miał na kolanach. Wyjął z niej dwie wódki półlitrowe, może kolorowe, może białe.

– Kolegów będziesz odwiedzał? – zapytał Guma, bo już wcześniej był w tym przedziwnym miejscu.

– Tak. Idziecie ze mną? – i uderzył butelką w butelkę, co okazało się wystarczającą zachętą dla pozostałej części grupy. I dla mnie.

– Bzyku, a po co tu jesteśmy? – zapytałem Bzyksona jak zostaliśmy kilka metrów z tyłu, bo on też był zorientowany w sytuacji.

–   Idziemy odwiedzić kolegów Wafla. Komandosów. Tych co zginęli w walce. W Magdalence. Słyszałeś?

– Coś słyszałem. To ci o których mówili tak dużo w telewizji swego czasu?

– Tak. To ci.

O sprawie było bardzo głośno, bo i bitwa na posesji była ciężka i niestety z ofiarami po stronie komandosów. A że Wafel też był komandosem, chociaż ni chuja nie wyglądał, bo był za przystojny i za smukły, to naszym obowiązkiem było mu towarzyszyć w odwiedzinach.

– Choć tu Górnik. – chyba do mnie skierował prośbę – Znaczy Gómi. Kręć kurwie łeb! – i podał mi flaszkę.

Przez chwilę zastanawiałem się gdzie ta kurwa jest, ale jak zobaczyłem, że Guma wziął drugą flaszkę i otwierając z trudem syczał:

– Ja teszszszs kręcę! Ja teszszszsz…

Po odkręceniu butelek, pierwsze krople wylaliśmy na grób, za wieczne odpoczywanie naszych obrońców sprawiedliwości, którzy odeszli dużo za wcześnie. Resztę zrobiliśmy w ciszy. Z gwinta. Postaliśmy jeszcze chwilę i jak we łbie zaszumiało, ktoś zwrócił uwagę, że czas leci, do Torunia jest kawałek, a jeszcze mamy przystanąć w smażalni.

Smażalnia. Dopiero co Guma miał w jednej z nich przyjemność opić się na półśmierć, z powodu zepsutego busa, a ja ledwo co uszedłem z tego zamieszania, więc samo słowo „Smażalnia” nie kojarzyło mi się jakoś szczególnie dobrze. Ale ryby lubiłem, lubię i będę lubił. Więc, a co tam, niech będzie smażalnia.

– Gazu Bożku! Gazu! – siedzący z przodu Wafel poganiał naszego kierowcę, w jednej ręce trzymając jakąś szmatę, która bardziej przypominała mi legitymację, ale skoro mówił:

– Mamy szmatę i nic nam kurwa nie zrobią!

to musiała to być szmata o wielkiej mocy, a w drugiej trzymał trzecią flaszkę, którą mieliśmy rozpracować do smażalni. Zgodnie z planem, tam mieliśmy dobrze pojeść i po posiłku spać w aucie, żeby na wieczorne łapanie być zdrowym.

– W lewo! Kurwa! W lewo! – obudziłem się wystraszony, bo przysypiałem, kiedy usłyszałem krzyk, autem zarzuciło i na sporej prędkości wbiliśmy się przed drewniany budynek słynnej Smażalni.

– Wysiadać kurwa! Je dze nie! – darł japę Wafel.

Bzyk wypadł z auta na ziemię, bo Bożko mu nieopatrznie otworzył drzwi, zanim ten pierwszy się obudził,  Guma się zaklinował, a ja nie mogłem się rozprostować bo strasznie ścierpłem.

– Gómi, bierz sandacza. Sandacz jest tu znakomity. Tylko sandacz. – Bzyk już tu był kilka razy, to wiedział co dobre.

Stanęliśmy w kolejce, przed nami były ze dwie osoby, i kiedy przyszedł nasz czas pojedynczo wybieraliśmy według uznania to, na co mieliśmy akurat ochotę. A Wafel przy okazji zabrał z lady wielki słoik z takimi tymi długimi rybami, no z węgorzami, i widząc że nikt tego nie widzi, schował go pod kurtkę. Ale ja widziałem i nie wydawało mi się to zachowaniem godnym policjanta i Kult Ochroniarza.

Pojedzeni pakowaliśmy się do dalszej części podróży, a Wafel zachowywał się jakby nic się nie stało.

– Jeszcze siknę. Minuta. – przekazałem załodze i pobiegłem do baru.

– Przepraszam, ale zapomnieliśmy zapłacić za te długie ryby w słoiku.

– Węgorze? Aha, no tak, brakuje słoika na ladzie.

– Bo wzięliśmy i okazało się, że nikt nie zapłacił, to ja chce uregulować za ten słoik.

– Czterdzieści pięć. Dziękuję. Tacy młodzi a tacy porządni. Wszystkiego dobrego chłopcy. – powiedziała pani szczęśliwa, że kasa się zgadzała, a ja wziąłem to za dobrą monetę przed całą trasą.

Resztę drogi przespaliśmy, a przynajmniej ja. Guma chyba czytał przez część podróży Biblię, a Bzyk przeglądał anglojęzyczne katalogi o betonowych kostkach. Ale miałem kolegów! Pierwsza klasa. Tylko Wafel. Ten śpiąc pochrapywał cicho i popuszczał pianę z pół zamkniętych ust. Cmentarz nie działał na niego za dobrze. Może był niewierzący?

Do klubu Od Nowa dotarliśmy przed czasem. Bożko nie oszczędzał maszyny, a może i liczył na wsparcie tą magiczną szmatą Wafla jakby co. Zespół akurat zaczynał próbę, zbiliśmy więc powitalne piątki w przelocie i  skierowaliśmy się do garderoby. Daro już był i na długo przed koncertem zaczął się rozgrzewać, co lekko wprawiło nas w osłupienie, bo baliśmy się żeby się nie przegrzał. My podeszliśmy do sprawy łapania ludzi troszkę roztropniej, a pomogła nam w tym skrzynka piwa w garderobie zespołu.  Nie słysząc od nikogo „nie wolno”, otwarliśmy sobie po sztuce browara i rozsiadwszy się wygodnie w fotelach garderoby, zaczęliśmy dyskutować o życiu i innych takich tam.  Czas nam mijał milutko, nawet od czasu do czasu ktoś z zespołu wpadł na chwilkę do zespołowej garderoby, najczęściej z koleżeńskim, „a nie przeszkadzajcie sobie” czy z „ a nie za wygodnie wam?”  Uśmiechom i kurtuazyjnym grzecznością nie było końca.

Do czasu. Aż zachciało mi się sikać. I wtedy zobaczyłem coś przerażającego. Cały bez mała zespół siedział pod schodami, albo na korytarzu, w przeciwieństwie do jaśnie państwa ochroniarstwa, które z browarami w ręku polegiwało na sztucznej skórze w garderobie. Aż mi się z wrażenia sikać odechciało. Podszedłem do Janka Zdunka i patrząc mu w oczy zapytałem:

– Jasiu, a może siedlibyście se w garderobie? Co?

– Chętnie. To miłe że nas zauważyłeś.

– Na a jak. To wy jesteście tutaj gwiazdami a nie my. I garderoba jest wasza. E! Muzyki, zapraszam do garderoby, co tak będziecie pod schodami siedzieć. – zarządziłem i do samego koncertu wszystko wróciło na prawidłowe torowisko. A być może zmieściliśmy się wszyscy razem, bo razem było nam dobrze nawet w ciasnym.

Po udanym koncercie toruńskim, w trakcie którego nikt nawet się nie zabił u naszych stóp, dnia następnego z rana udaliśmy się do miasta śledzia, Szczecina. Tylko lekko pijani, bo po sztuce toruńskiej ruszyliśmy na chwilę na miacho Kopernika, tego chłopa od płaskostopia, czy płaskoziemia. Albo od toruńskich pierników. Tak. Według naszej ochroniarskiej wiedzy, Kopernik był niezłym piernikiem raczej i piekł te ciastka jak szalony.

Do Szczecina mogłem już zostać oddelegowany do auta z Pewusem i Kazikiem. To mi się podobało bardzo, bo lubiłem przebywać blisko swojego idola, który większość czasu w podróży przesypiał i mojego bliskiego kolegi, a menadżera i przyjaciela idola, Piotrka, który w przeciwieństwie idola, za kółkiem oka nie zmrużył. Nigdy. Ten przelot pamiętam doskonale, bo po koncercie w Szczecinie wydarzyła się jakaś przykra akcja z oskarżeniem Kaza o śpiewanie po pijaku, co raczej mieć miejsca nie mogło, bo na trasie nie strzeliliśmy nawet po pięćdziesiąt gram. Znaczy ani ja, ani Kazik, ani Pewu kierowca. Nie przyjęliśmy nic. Nawet po piwie, czy po małgorzatce. Ani kropli. A i tak ktoś się sapał, żeby mu kasę zwracać za koncert i takie tam. Patologia. Poza tym jeździł z nami już sierżant alkomat, który przedmuchiwał muzyków przed i po sztuce. Nie pamiętam, czy od początku były już limity na zero promili przy wyjściu i przy zejściu ze sceny, czy jeszcze dopuszczano jakiś zakres tolerancji alko we krwi. Nie pamiętam. Bramki te zasady nie dotyczyły i nie zawracałem sobie za bardzo głowy widełkami u innych. My ochraniacze byliśmy zawsze na zero. Z tyłu, z przodu i z boku. Wzorowi żołnierze Kazika.

Szczecin zapamiętałem jeszcze z innego powodu. Oczywiście zakładam, że to co opisuję zdarzyło się na tej konkretnej trasie, ale równie dobrze mogło wydarzyć się rok wcześniej albo rok później. Z tym, że dla podniesienia dramaturgii i wartkości akcji moich wypocin, piszę tak, jak mi się bardziej wydaje.

Wydaje mi się więc bardziej, że było to tego roku i w Szczecinie zespół spał w jednym hotelu a my w drugim. Ale my raczej nie w hotelu. Nas ulokowano w noclegowni robotniczej. Dostaliśmy przydział do pokoju z najemnymi robotnikami ze wschodu. Nie powiem, dramatu nie było, jeśli było się robotnikiem na wyjeździe, w obcym kraju, ale jeśli sprawowało się ważną funkcję w zespole muzycznym Kult, to smród linoleum, wspólna łazienka na całe piętro i chrapiący współtowarzysze w pokoju, bo pokój był dziesięcioosobowy, lekko irytowały. Może jakbyśmy dostali pokój tylko dla siebie, to jakoś byśmy się poopijali i by poszło, ale razem z innymi nie byliśmy w stanie dzielić alkowy.

Za telefon złapał najszybciej mocno poirytowany, a na ochroniarki język przekładając, wkurwiony Darek.

– Piotlek, co to kulwa jest? Jak my mamy się wyspać? My nie potrzebujemy SPA, ale kulwa w pokoju z obcymi? No nie lubmy jaj! – wściekłość Daria na zaistniały stan rzeczy była wielka, bo zaczął leciuteńko seplenić. – Nawet łazienka jest wspólna dla całego piętla. Nie wypoczniemy przed Gdańskiem. Nie ma szans. Co? Oddzwonisz? Czekamy. Chodźcie. Idziemy stąd.

Wyszliśmy przed prawie hotel i Piotrek oddzwonił do Daria.

– Dobra. Dobra. Tak. Poszukamy. Do sześciu dych? Albo taniej? Dobra. Rachunek na ciebie? Organizatora? To wyślij mi esemesem. Dobra poszukamy. Do jutra. Aha. Zadzwonię jak znajdziemy.

Plan był, musieliśmy się tylko sami sobą zająć. Ale to dawało to nadzieję na lepsze warunki do regeneracji. W końcu pracowaliśmy fizycznie nad bezpieczeństwem ludzi, więc musieliśmy mieć minima noclegowej przyzwoitości zapewnione. I udało się coś znaleźć. W dobrej cenie, dla ludzi i bez nadmiernego obciążania budżetu organizatora.

– Byle do jutra! – pożegnaliśmy się takim okrzykiem z ostatnią butelką tej nocy i poszliśmy spać.

Przelot do Gdańska ze Szczecina był taki rozwleczony jak glizda po deszczu. Jechało się i jechało się i jechało się. Aż dojechaliśmy. I znowu czekała na grupę ochroniarską niespodzianka. Tym razem nocleg zapewniono nam w jakimś budynku Bożym przy kościele. Budynek był piękny, sporych rozmiarów, prawie jak średniej wielkości hotel, i do tego położony był w cichym i zielonym miejscu. Jakby sam Pan Bóg sobie go wybrał na swoją chwałę. I chatę.

Z powodu miejsca noclegowego nie wypadało nam spożywać nic mocniejszego przed łapanką, więc czas na „przed sztuką” wykorzystaliśmy na drzemkę i ewentualnie, jak ktoś chciał, na streczing czyli rozciąganie. Ale chyba nikt nie chciał bo po co?  Za to Wafel zaczął knuć po całości. Dzieliłem z nim pokój i szlak mnie trafiał na jego rozmowy.

– Ale weź, no wpadnij. Czekam na ciebie. To co, że przez rok się nie odzywałem? Przecież słyszysz, że nie zapomniałem. Czekam. Plebania przy kościele… Co? Nie. Nie jestem księdzem. No co ty. Mówiłem ci. Gram w zespole. Tak w takim Kult. Tak. Rok temu też tam grałem. To będziesz? Tak. Zadzwonię zaraz po koncercie. Pa!

Do klubu w Stoczni Gdańskiej, którego nie kumam nic a nic, przyjechaliśmy. Potem połapaliśmy miejscową ludność, i po koncercie jakoś specjalnie się nie spieszyliśmy. Tym bardziej, że nasza kultowa koleżanka Marta zapraszała nas do siebie w gości. Nas , to znaczy ochronę. Bo co to za radość zapraszać muzyków? Bez sensu. No chyba, że Jeżyka. Ale on już się nie zmieścił. Do plebani wielkiej jak hotel dojechaliśmy kilkadziesiąt minut po sztuce. Bez Wafla. Bo ten równo z ostatnim dźwiękiem bisu ulotnił się jak kamfora. Obawiałem się przez to, że mogę nie dostać się do naszego pokoju. A przed wizytą u koleżanki chcieliśmy się odświeżyć,  bo trójmieszczanie nas trochę przepocili. Jak się okazało na plebani, nie słusznie zarzucałem Waflowi, że zablokuje pokój czy coś. Jak dojechaliśmy przed plebanię, pod bramą stała trzęsąca się z zimna dziewczyna, w letnie kurteczce, co przy wieczornej jesiennej aurze wyglądało niezaciekawie.

– Pewnie córka księdza przyszłą po kasę na ubranie. – ktoś chciał być dowcipny, ale to nie byłem ja, bo ja w dziewczynie rozpoznałem kogoś może i znajomego.

Wpadłem do pokoju jak po ogień, Wafel leżał rozwalony na łóżku, jakby był na plaży w Mielnie.

– A co ty Wafel tak sam?

– A bo się pokłóciłem. Pijemy?

– Pijemy. U Marty. Jedziesz?

– Pytanie. Oczywiście.

I pojechaliśmy. Marta podjęła nas po królewsku, a my jak hrabiowie się poopijaliśmy, a Wafel to tak do śmierci, więc go zostawiliśmy precz i wróciliśmy na plebanię z Bożą pomocą. Rano sunąłem na Kraków, tym pośpiesznym o 6.27, choć byłem umówiony z Kazikiem na ten o 5.02, ale nie dałem rady. Sami wiecie jak to jest u Pana Boga za piecem.

Kolejnymi punktami na naszej pomarańczowej mapie były, dzień po dniu dwie Warszawy, po nich Poznań, Wrocław i Łódź. Miasta ciężkie jeśli chodzi o pracę, ale już w temacie rozrywki, prawdziwe kurorty, jeśli zapomnimy na chwilę o Łodzi. Jechałem do Warszawy uskrzydlony. Pięć dni prawdziwego Rock & Rolla, nie licząc stania w fosie przed sceną, planowałem wyssać niczym mleko z matczynej piersi.  

Pierwszy koncert warszawski przeleciał szybko i ciężko. Ludzie z roku na rok stawali się coraz grubsi, a mnie lat przybywało. Łapanie osobników ze sporą nadwagą to nie są rurki z kremem. A jeśli do tego taki jubas lata bez koszulki, upocony jak rybka w akwarium, to sami sobie takie coś zwizualizujcie. Po koncercie poszliśmy z Jeżykiem na spotkanie z warszawskim odłamem Kult Forum. Tam wypiliśmy po kilka piw, tak na humor, który nam tej nocy dopisywał. Najpierw basiście, który ze sztucznymi, świecącymi króliczymi uszami wyglądał bosko, a potem mnie, bo z takimi uszami zacząłem podskoki po całej knajpie. Po tych ekscesach opuściłem znajomych, bez nadużycia specjalnego promili. Taka była etyka ochroniarska. Poza tym chciałem, mając do dyspozycji pokój dwuosobowy tylko dla siebie, wyspać się świadom luksusu jaki mnie otaczał. Drugi dzień w Warszawie spędziłem raczej w pozycji leżącej na hotelowym łóżku, z nogami lekko podkurczonymi, nie wiedzieć czemu. Chyba po to żeby się zrelaksować jak najlepiej przed wieczornym łapaniem fanów na drugim koncercie. Przed samym wyjściem na koncert, dostałem esemesa mniej więcej takiej treści:

„dzisiaj po sztuce zapraszam do mnie” Wafel.

„ok.” Gómi

„tylko weź walizkę to od razu pójdziemy na wyjazd” Wafel

„no ok.” Gómi

Odpisując byłem trochę a)zaskoczony b)przestraszony c)smutny.

  1. Bo Wafel mieszkał z żoną z którą się rozwodził i zapraszanie mnie na pole walki było ryzykowne.
  2. Bo skoro miałem u niego spać to zapowiadało się grubo.
  3. Bo hotelowy „pokój tylko dla mnie” musiałem porzucić.

Ale co tam. Skoro zapraszał to zapraszał i musiałem podejść. Wcześniej pomieszkiwałem przy okazji wizyt, między innymi, u Bzyka, który miał apartament dla krasnoludków gdzieś na Mokotowie. Szczególnie mój syn czuł się tam cudownie, bo jeszcze takiego wielkiego telewizora w żadnym „hotelu” nie widział. A to tylko wrażenie wielkości było, które powstało na tle małego, ale przytulnego i ładnego mieszkania. Tylko weź to dziecku tłumacz, jak sam masz w domu telewizor z kineskopem.

Drugiego dnia odwiedził nas przed koncertem w stodole nie lada gość. Sam Daniel Landa, który został zaproszony na koncert przez naszego kolegę, fotografa, Rafała Nowakowskiego, z zamiłowania czechofila oraz Landowego sympatyka oraz landofana i przyjaciela. Michał zapoznał Landę z twórczością Kazika, Kazik znał twórczość Landy i Rafał chciał ich poznać i doprowadzić do wspólnych koncertów. Ochronę na równi z Danielem zainteresowała prześliczna żona czeskiego muzyka, którą adorowali nieustająco, nie przejmując się zbytnio umiejętnościami walki naszego gościa, który umiał się bić bejzbolem i na piąchy. Ale do niczego takiego nie doszło, bo w końcu wszyscy byliśmy jedną wielką muzyczną rodziną i nasze żony były ich żonami i odwrotnie.

 Krzepę czeskiego muzyka wykorzystaliśmy w walce pod sceną, gdzie Daniel Landa stanął odważnie w koszulce Kult Ochrony i łapał z nami fanów Kultu, jakby się w fosie urodził. Przez kilka kawałków nam pomagał a potem zostaliśmy sami. Resztę koncertu przełapaliśmy bardzo sprawnie, najwyżej trzy osoby nam spadły, ale obrażeń zagrażających życiu nie poniosły. Więc odtrąbiliśmy sukces, umówiliśmy się na rano, na wyjazd i udałem się do Wafla na małe co nieco.

Żona, pani Waflowa, nawet bardzo nie burczała na mój widok, co miało wpływ na miłą atmosferę i ogólną chęć czynienia dobra tu i teraz. Dlatego na informację od kolegi:

– Ale mnie ten zapalnik w kuchence wkurwia!

postanowiliśmy niezwłocznie działać. Tym bardzie, że Wafel, i ja, wyjeżdżał na kilka dni z Kultem, a do tego rano miała się odbyć wizytacja kuratora czy coś w ten deseń, więc pozostawienie niesprawnej kuchenki było ujmą na jego policyjnym honorze. No i na moim. Nowohuckim.

– Pokaż, co się popsuło. – zgłosiłem gotowość działania.

– A ten zapalnik od tego palnika działa co drugi raz.

– Eeee. To spoko. Nie ma sobie czym dupy zawracać.

– Ale mnie to wkurwia. Patrz. – i zapalił palnik, raz, drugi, i trzeci. Działało. Ale czwarty raz już nie. Potem znowu pięć razy działało i znowu raz nie. – No krew mnie zaleje zaraz.

– Zostaw te kuchenkę! – była żona, albo wkrótce była, nie wytrzymała. – Zajmij się lepiej piciem. Pijaku.

– Nie wyjadę jak nie naprawię tego. Gómi mi pomoże bo się na tym zna! Pracował z kuchenkami. Zna się na kuchenkach, zwłaszcza gazowych.

– Co? Ja? No nie wiem. – próbowałem wykrzyczeć, że to nieprawda, ale litr wyborowej który już wypiliśmy zblokował mi szybkość reakcji paszczą.

– No i widzisz, że się zna? – pokazał na mnie po raz kolejny.

 Ona popatrzyła na mnie przerażona i poszła spać.

– Dobra. Dawaj po kielichu i robimy.

I rozpoczęliśmy gdzieś około drugiej w nocy likwidować usterkę, która w niczym i nikomu nie przeszkadzała. O czwartej czuć było gazem w całej kuchni, a kuchenka nie działała. Już w ogóle. Czyli musiała być jednak zepsuta, a my to tylko odkryliśmy po jej rozkręceniu. Walczyliśmy dzielnie do piątej, a o piątej siedem usnęliśmy na kilka chwil. Gaz się już nie ulatniał, ale kuchenka dalej nie działała żadnym palnikiem, za to my czuliśmy, że jak się prześpimy, to może nam się przyśni jakieś rozwiązanie. Ja odleciałem i spałem do dziewiątej, bo wtedy nadszedł czas wyjazdu do Poznania., ale Wafel wstał wcześniej i doprowadził gaz do jednego palnika, co uznaliśmy za sukces, bo mleko dziecku było na czym zagrzać, a argument o pozostawieniu domu w stanie ruiny i ucieczce na kilka dni został obalony. Kurator rodzinny nie miał się do czego czepić. Co prawda kuchenka wyglądała jakby przyniesiono ją ze złomowiska, ale w jednej czwartej działała. Jak wszystko czego się wspólnie dotknęliśmy. Skuteczność dwadzieścia pięć procent zadowalała nas.

Do Poznania lecieliśmy jak na skrzydłach, a to dlatego, że po koncercie szykowała się mega impreza, i do tego dla nas Kult Chłopaków, darmowa, w Kultowej, czyli mekkce kultowych fanatyków. Lokal ten był lokalem niezwykłym. A tam był. Jest. Co prawda jego córki w Katowicach i Wrocławiu nie przetrwały próby czasu, ale ten poznański lokal trzyma się wspaniale. I jeszcze z roku na rok rozwija. Dla tych którzy w Kultowej nigdy nie byli, powiem tylko tyle, że lokal jest cały w plakatach, zdjęciach, koszulkach i innych gadżetach związanych z Kultem. Nasza kultowa Częstochowa, nasza Kazikowa Mekka, nasz ochroniarski darmopój.      

Tego poznańskiego wieczoru robota zeszła na plan dalszy, co nie znaczy, że położyliśmy na niej lagę. Co to to nie. Wszyscy dawali z siebie wszystko co mieli najlepszego, no może poza mną i Waflem, ale my w nocy mieliśmy robotę przy gazie i wszyscy to rozumieli. Po koncercie, a konto nocnej imprezy, postanowiłem być bardzo miły jak nie wiem co do ludzi, i jednej kobiecie, która chciała autograf od pana Kazika, postanowiłem go zdobyć.

– Tylko taki prawdziwy żeby był!

– Tylko taki będzie proszę pani! – obiecałem.

– A najlepiej jakby mnie pan wpuścił do garderoby i sama bym go sobie zdobyła.

– Nie można wchodzić do garderoby. Jest ciasno, zespół jest umęczony i sama pani wie.

– Nie wiem. Proszę w takim razie o tu, na kartce o autograf.

Wślizgnąłem się jak glista ludzka do garderoby, u bram jej stawiając Bzyka, i bez zbędnych słów podstawiłem Kazikowi kartkę, ten dokonał podpisania i wyszedłem drzwiami, jak przywołana wyżej glista. Szybko i sprawnie. 

– Proszę to autograf dla pani! – byłem dumny jak nie wiem co, że pomogłem.

– To nie jest oryginalny autograf! – usłyszałem i znowu poczułem się jak glista. Ludzka.

– A jaki?

– Podrobiony. Pewnie sam się pan podpisał. Muszę wejść i zapytać Kazika.

– Ale powiedziałem wyraźnie, że nie wolno. Nie ma szans.

Obdarowana najprawdziwszym autografem Kazika kobieta popatrzyła mi prosto w oczy, po skosie, bo ją przerastałem o półtorej głowy i wypaliwszy na dowidzenia:

– Ty chuju!

wykonała zwrot o sto siedemdziesiąt trzy stopnie i poszła sobie precz.

Stałem tak chwilę jak zamurowany. Ale szybko mnie odmurowano:

– Rusz kurwa dupę, ile będziemy czekać na ciebie? W Kultowej na nas czekają. – Bzyk chciał już być na miejscu dla nas stworzonym.

– A zespół? Kto będzie pilnował zespołu? – zapytałem, bo nie chciałem zostawiać drzwi do garderoby bez ochrony.

I wtedy wyszedł Zdunas.

–  Jak to kto? Zdunas! – Bzyk zakomenderował, po czym ustawił Janka przy drzwiach i rzekł mu – stój tu i pilnuj. Aż ostatni muzyk nie wyjdzie. Aha. I nikogo nie wpuszczaj!

W Kultowej bawiliśmy do rana. My, ochroniarski lud, zespół w większości, technika, fani i nie fani. W sumie to mogliśmy nie brać hotelu, a co najwyżej śniadanie, na które wpadliśmy prosto z Kultowej.

– Tomuś, jedziesz z nami. – menadżer ustalał kto z kim i o której się przemieszczać ma po Polsce– wyjazd o dziesiątej.

Ucieszyłem się bardzo znad jajecznicy i smażonej kiełbasy, które wchodziły we mnie z trudem. Dobra muzyka, cisza, spokój i bezpieczna jazda to były atuty przemieszczania się z Wietechą.

Ruszyliśmy punktualnie. Albo nawet z minutę przed czasem. Piotrek kierował, Kazo polegiwał na tylnej kanapie a ja pociłem się strasznie na przednim fotelu. Wszystko przez śniadanie, które było wliczone w nasz pobyt, i które zjadłem w ilościach dużych, co po nocnym balecie nie było najlepszym posunięciem. Już na pierwszym skrzyżowaniu byłem blisko największej tragedii swojego kultowego życia.

– Jak jedziesz?! – zakrzyknął Pewu, po czym gwałtownie zahamował, żeby nie wbić się w gościa który zajechał nam drogę.

Mną całym szarpnęło niezwykle ostro do przodu. A jedzeniem, które wypełniało mój żołądek, szarpnęło ku górze, i poczułem jak cała jajecznia, wymieszana ze smażoną kiełbasą, cebulą, chlebem i sokami szuka sobie miejsca przez które mogłaby bezpiecznie opuścić moje trzewia. Wszystko trwało dziesiąte części sekund. Przerażony ścisnąłem wargi, policzki szybko nabrzmiały mi jak naszym dętym muzykantom, ale w przeciwieństwie do nich nie powietrzem, a trawioną paszą, przez nos zaczęło się ulewać i wtedy postanowiłem za wszelką cenę wygrać tę wojnę. Zamiast wypuścić wszystko na deskę rozdzielczą i ewentualnie zapłacić za sprzątanie, wybrałem wariant oszczędny i całe te wymioty połknąłem z powrotem. Na samą myśl o tym co właśnie uczyniłem, znowu mi się cofnęło, ale znowu połknąłem, a z oczu pociekły mi łzy prawdziwe. Zamiast najeść się wstydu, najadłem się zwrotu treści żołądka.

– Tomuś, co jest? W porządku? – kierowca przejął się moim stanem bardzo.

– Yhy. – odparłem wycierając łzy i nos przez który najbardziej przetrawione części śniadania sobie wychodziły.

– Kazik a ty? – menadżer przypomniał sobie o ważnym pasażerze na tyłach.

– Piotrek! Nie hamuj tak ostro, co? – powiedział Kazik, który spadł z kanapy na podłogę i gramolił się z powrotem na kanapę auta.

– To nie moja wina.

– Nie jego. – potwierdziłem bo już mogłem mówić.- Ten tam nam drogę zajechał – pokazałem na auto przed nami.

Trasa z Poznania do Wrocławia była trasą o dużym poziomie trudności. Dwa pasy, po jednym w każdą stronę, duży ruch, sporo ciężarówek, jakieś roboty. Trzeba było być czujnym za kierownicą. I Piotrek był. Do czasu odebrania pierwszego telefonu.

– Cześć kochanie. Co? Jak to koń kopnął? Ale dlaczego? Co z nią? Płacze? Coś ma złamane? Nie wiecie? Dzwonie do opiekuna.

Spojrzałem na Piotrka, potem na leżącego Kazika, i znowu na Piotrka, ale ten nic jeszcze nie chciał nam powiedzieć. Za to zaczął kierować jedną ręką a drugą grzebał w telefonie. Jazda straciła na płynności, i zaczynało robić się mało komfortowo.

– Co z moją córką? To jej wina? To nie jej wina! A gdzie była obsługa? Proszę mnie nie straszyć. Ania jest tam nie pierwszy raz. Chyba pan kpi. Rozłączam się. Zaraz oddzwonię. Płacze jeszcze? Boli ją brzuch? Może żebra złamała.

– Piotrek! Nie gadaj przez telefon jak jedziesz! – nasz wokalista usiadł i zaczął sie martwić o nasze bezpieczeństwo.

– Ania poczekaj. Kazik, córka miał wypadek. Koń ja kopnął. Ania? Zaraz oddzwonię bo ktoś dzwoni. Halo? Nic jej nie jest? A skąd pan wie? Jest lekarz?

– Piotrek!

– Kazik! To nie do pana. Zaraz. Jest lekarz?

– Piotrek zatrzymaj się!

– Ania? Kazik, zaraz! To nie do ciebie. Zaraz oddzwonię.

Sytuacja w naszym pojeździe była napięta pod samą podsufitkę. Jazda szła z trudem. Postanowiłem to wykorzystać, czując, że muszę wypić szybko piwo, bo zaczynałem się czuć jakby i mnie koń kopnął. W głowę.

– Piotrek. Stań gdzieś przy sklepie. Mamy kupę czasu. Ty sobie wszystkich poobdzwaniasz, a my napijemy się soku. O tam jest sklep. – poprosiłem.

Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym wiejskim przydrożnym sklepie. Wyskoczyłem jak z katapulty, Kazo wyczołgał się jak z kanapy i po kilku minutach siedzieliśmy przed sklepem z czterema puszkami dobrze schłodzonego piwa. Wbrew naszym zasadom o trasowej czystości.

Po kilku telefonach „afera końska” została opanowana. I w rodzinie Pewusa i w mojej głowie. Pozostała podróż minęła nam w głuchej ciszy, szybko, sprawnie i bezpiecznie. Piotrek analizował wydarzenia, a my z Kazikiem słodko posnęliśmy sobie. Obudziliśmy się na miejscu, pod hotelem wielkim jak te znane mi z filmów o Ameryce. Pokój miałem na ósmym piętrze, jak większość naszej ekipy. W końcu spaliśmy razem jak rodzina. Postanowiliśmy to wykorzystać.

– E. Gómi, idziemy na basen. – Bzyk przyleciał z ciekawą propozycją.

– Na basen? To tu jest też basen? – byłem wniebowzięty.

– Tak! Jest! Choć. Kazo idzie, Darek i ja.

– A Wafel? Guma?

– Wafel nie. Umie pływać tylko pieskiem i się wstydzi. A Guma śpi pijany.

– No dobra, to idę! Ale nie mam kąpielówek.

– To co? A po co ci kąpielówki? Majtek nie masz?

– Mam!

I nawet jeśli bieliznę mieliśmy nie za świeżą, to nic. W końcu była okazją ją od razu przeprać.

Basen za duży nie był. Ale naszej ferajnie to wystarczyło. Najpierw chwilkę poczekaliśmy aż grupa ciapatych się okąpie, a potem kiedy zostało już tylko dwóch panów z Indii czy Pakistanu, ale raczej byli to Indianie, wskoczyliśmy pobrykać. Znakomicie nam to zrobiło. Nasze ochroniarskie mięśnie zostały rozluźnione, trzewia wymasowane wodą odżyły, galoty się same z siebie poprały i poczuliśmy, że my naprawdę żyjemy! Mogliśmy działać.

W Hali Orbita czuć było od nas taki powiew świeżości. Bramka pachniała nowością i chlorem, Guma wódką, a Wafel psem. Łapanie stało się czystą sztuką, zwłaszcza jak uczestniczyło w niej pięćdziesiąt kilo dziewczyny. Wtedy wyrywali się wszyscy jak po złote runo. Ale runa dotykać nie wolno było. Ani runa ani wzgórka, ani balonu. Zasady Kult Ochrony to świętość.

 Po wzorowo wykonanej pracy, przeprosiłem zespół i łapaczy i udałem się na domówkę z Kult Forumowiczami. Była nas cała masa wielbicieli zespołu Kult. Trini, Likus, Michau i inni, których nie pamiętam. Ale pamiętam, że wyszukiwaliśmy jakieś przedziwne wyrazy w słowniku wyrazów dziwnych, czy jakoś tam ten słownik się nazywał. Zeszło mi tak do rana. O piątej pożegnałem serdecznie kolegów i koleżanki i postanowiłem chwilę pospać w swoim wypasionym łóżku hotelu stugwiazdkowego. Żeby nie wyjść na pijaka, który całą trasę spędza na nocnych eskapadach, koło szóstej rano wpadłem do hotelu z piosenką na ustach, zakładając, że nasza kompania słodko śpi.

Niestety. Lider, wokalista i mój mistrz w jednej postaci już nie spał.

– A skąd to się wraca?

– A od znajomych.

– Taaa. Ładnie. Ładnie.

– Naprawdę.

– Dobra. O dziesiątej jedziemy z Wieteską. Ty z nami. Tylko zjedz śniadanie i nie zaśpij.

– Dobrze. To do zoo za kilka godzin.

– No!

Mistrz mnie pożegnał i już nie usnąłem na wszelki wypadek, żeby nie zaspać. Po szybkim, ale bardzo obfitym bo darmowym śniadaniu wyruszyliśmy do Łodzi. Tym razem obyło się mojej strony bez zwrotów, czy nawet jakichkolwiek ich symptomów. Organizm odpowiednio prowadzony i wytrenowany działał jak dobrze podlana maszyna. Do czasu.

W hotelu w którym w Łodzi spał zespół czekałem na swój transport w kierunku noclegowni dla ochrony. Zespół znowu miał hotel stugwiazdkowy, a na nas czekał jakiś przytułek dla średnio zamożnych. Postanowiłem więc to zapić szarą wódą na myszach z kolą, lodem i cytryną.

– Pan naleje kolego, podwójne łyski z kolą, lodem i cytryną.

– Z kolą? – kelner który nie był jednak moim kolegą się skrzywił okropnie i zapytał czystą angielszczyzną – a którą whiskey?

– Z kolą. Tę czarną. Podwójną.

Nalał. Kolę postawił obok, butelkowaną, bo nie kumał jak można łyski pić z kolą i za nic nie chciał koli do łychy wlać.

– Czterdzieści i osiem.

– Ile? – zdębiałem, bo za taką kwotę mogłem mieć całą butelkę a nie kilkadziesiąt mililitrów.

– Czterdzieści i osiem. – wymówił z takim wyrazem twarzy, jakby poczuł, że mnie nie stać.

Zapłaciłem pięćdziesiątką i nie wziąłem reszty. „A masz chuju i się udław” pomyślałem odchodząc od baru.

To co miałem strzeliłem na raz. Wymieszane jak trzeba. Wbrew prawdziwym łycho smakoszom. I zaraz po tym jak alko dotarło do żołądka, poczułem bulgot w brzuchu, ścisk na ścianki żołądka i jelit, gaz w dwunastnicy i pot na czole. Organizm dał mi znać, że jak za minutę nie usiądę na toalecie, to będę miał przesrane. Wybiegłem więc z restauracji, przed recepcją wpadłem w poślizg, ale zauważyłem kątem oka oznakowanie toalet i ruszyłem sprintem rozpinając przy okazji pasek i guzik.

Kiedy siadałem w wygodnym hotelowyn wychodku wystrzeliło ze mnie całe zło ostatnich dni. I łycha za pięć dych. Tego żałowałem najbardziej. Ale siedząc tak bez gazety, telefonu i książki zacząłem rozmyślać, czemu takie coś mnie dopadło. Analizowałem swój stan i doszedłem do wniosku, że zaczynam się czuć coraz gorzej. Zaczynało mnie mdlić, a dołem schodziło i schodziło. Bez końca. Jak wtedy kiedy zatrułem się parówkami i organizm się oczyszczał na dwa otwory. Przeszył mnie dreszcz grozy na samo wspomnienie i ogarnął strach, jak tu ludzi łapać w takim przesranym stanie.

Wszystko zaczęło się klarować przed koncertem. Cała nasza grupa basenowa, czyli wokalista i ochrona,bez Gumy i Wafla miała takie same objawy. Całe szczęście. Bo głupio by mi było tak cierpieć samemu. A w kupie?

A w kupie zawsze raźniej!

CDN po urlopie.    

12. Z notatnika buldogowego Tur Menagera. I nie tylko.

A opowiadałem wam o tym, jak w tym szalonym roku 2007 pojechałem z Buldogiem w trasę? Przed szalonym pomarańczowym październikiem? Nie? To posłuchajcie.

Wszystko zaczęło się od początku. A na początku był bas. Za ten bas złapał człowiek i tak powstał Buldog. Człowiekiem tym był Piotrek, menadżer Kultu. Kiedyś już zakładał zespół i powstał z tego Kult. Potem, z powodów takich i owakich, porobiło się tak, że Piotrek z Kultu odszedł, aby po ponad dwóch dekadach założyć swój zespół. Pozbierał zaprzyjaźnionych muzyków, z których większość miała z Kultem wiele wspólnego, bo albo w nim grali kiedyś, albo w nim grali w czasie powstawania Buldoga. Wszystko było poukładane, melodie rodziły się jak pąki na drzewach w kwietniu, i zaczęły się poszukiwania tekściarza-wokalisty.

Zanim go znaleziono lider grupy słał mi melodie z prób i byłem nimi zachwycony. Zostałem więc jednym z najpierwszych fanów, próbowałem nawet pisać do tych melodii jakieś teksty, żeby w końcu dostać informację, że na wokalu stanie najlepszy z najlepszych, Kazimierz Staszewski. Na tę wiadomość obkleiłem sobie auto w napisy Buldog i czekałem na rozwój wypadków. 

Wypadki się rozwijały jak wąż strażacki podczas pożaru i kiedy płyta była już nagrana, jako pierwszy fan dostałem próbki na imejla, z informacją, żeby nikomu i nigdzie nie pokazywać, a już wysyłać to po sieci to wcale nie wolno, pod karą śmierci.

I tak zrobiłem. Zapisałem utwory na dysku, a kabel od internetu odłączyłem, żeby ktoś mnie nie przechytrzył jakby postanowił włamać mi się do kompa. Dla stu czterdziesto procentowej pewności słuchałem piosenek które dostałem, tylko wtedy jak byłem w domu sam, i do tego po cichu, żeby sąsiedzi ich czasem nie nagrali i nie puścili w świat. Po prostu sfiksowałem na punkcie utrzymania tajemnicy. Ale to co ja robiłem to jedno, a jak ktoś coś spierdolił to drugie. Bo i tak zawsze jest na mnie.

– Cześć. Piotr z tej strony. Słuchaj. Mam sprawę. – telefon od kolegi menadżera Kultu i lidera psiego zespołu był oficjalny jak rząd.

– Cześć. Co tam? – mój ton był jak zawsze radosny, bo ludzie prawi mają prawo być radośni zawsze jak tylko im się chce.

– Dałem ci kawałki Buldoga. Prawda? I prosiłem, żeby nigdy i nikomu nie dawać? Tak?

– Tak! I nie dałem. Nikomu i nigdy.

– To jak to się stało, że nasze piosenki są w sieci? Już je poblokowałem, ale nie tak miało być.

-No co ty? Chyba nie sądzisz, że one wyszły ode mnie? Jak? Przez kabel w ścianie? Nikomu nawet nie mówiłem, że je mam. Nawet Kasi nie puszczałem. A Kazik nikomu nie dawał? Może chłopaki? Co? Tylko my je mieliśmy? Kazo, ja i ty? O kurde. To słabo. Dobra. Jak coś mi się skojarzy, to zadzwonię. Pa.

Sytuacja wyglądała na mocno dramatyczną, a ja wyglądałem w niej na najsłabszy element. Ale byłem ze sobą cały czas, od chwili otrzymania materiału, aż do dramatycznego telefonu i się pilnowałem jak mało kiedy. Zawieść Piotrka przy takim zaufaniu? Nie ja! Postanowiłem oczyścić swoją nieskalaną postać.

Złapałem za telefon i użyłem koła ratunkowego. Wybrałem numer do przyjaciela.

– Słuchaj Kazo. Dzwonił Piotrek, są jaja bo kawałki Buldoga wyszły do sieci.

– Wiem.

– Ale nie ode mnie. Ja nikomu nie dawałem, do sieci nie wrzucałem.

– No ja też nie. Ledwie mejla obsługuję w komputerze.

– No właśnie. I podobno tylko my ten materiał mieliśmy.

– Chyba nie. Zapytam Piotrka.

– Super. Czekam. Cześć!

Sprawa wyjaśniła się w przeciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Okazało się, że Piotrek jeszcze komuś jednak dał nagrania. Dziewczynie. I ta pod wpływem jakiegoś impulsu, wina a może i niespełnionej miłości do sztuki, zaczęła się materiałem dzielić i poszło. Zostałem oficjalnie oczyszczony. I mogłem dalej bezkrytycznie wierzyć sobie.

Kiedy już ten Buldog ruszył, tak pełną psią parą, postanowiliśmy z Dorianem zaprosić Kazika z Buldogiem na nasz świeżutki festiwal Spinacz w kochanej Kolbuszowej. Piotrek się zgodził i byliśmy najszczęśliwsi na Podkarpaciu albo i w Polsce. O Buldogu, Kolbuszowej, Spinaczach to ja jednak gdzie indziej, bo mi się tuszcz w drukarce kończy. Na zachętę wspomnę tylko, ze byłem prowadzącym imprezę, robiliśmy sobie na scenie jaja jak balony a po wszystkim zagraliśmy psi mecz na stadionie Kolbuszowianki o godzinie drugiej w nocy. Tak, tak. Sam to chętnie przeczytam! Tak jak i o pierwszym koncercie Buldoga w Hybrydach i Forumowych Kazelotach, czyli nagrodach od forumowej społeczności.

Tydzień po Spinaczu byłem w ogromnej zwyżce formy. Energia mnie rozsadzała od środka i tradycyjnie nie mogłem na dupie usiedzieć. Tym trudniej mi było, posiadając samochód marki Seat zielony, przepuścić taką kombinację wyjazdową:

Sobota 21.07.2007 Kult pod Wałbrzychem w Radkowie

Niedziela 22.07.2007 Buldog w Jarocinie

Zacząłem wiec urabiać Notoryczną, która po mojej fenomenalnej konferansjerce na Spinaczu znowu dostrzegła we mnie to coś, na kilka dni przed wyjazdem. Może urabiałem jednak na dzień przed wyjazdem?

– Ale przecież w sobotę pracujesz.

– No tak. Ale do czternastej. Jak ruszę po pracy, to zdążę!

– To jedź ty latawcu.

– Super. Dziękuję kochana! A potem z tego Radkowa to ja sobie podjadę, bo to nie daleko, do Jarocina. Bo wiesz. Buldog tam gra. A to rzut beretem, no i przecież ci mówiłem, że byłem w Jarocinie w 1993 roku i bym sobie porównał jak jest w tam dzisiaj. Co?

– Ciebie chyba popierdoliło… – Narzeczona nie przeklinała nigdy, ale sami wiecie jak to jest, kiedy dzielicie życie codzienne z chamem, burakiem i wieśniakiem. Bez przekleństw się do niego nie dotrze. – W poniedziałek masz pracę.

– Dokładnie! I jak po Buldogu ruszę z powrotem, to akurat na dziesiątą do pracy dotrę! – wszystko miałem mniej więcej obczajone.

– Nie wierzę ci. Ale jedź. Tylko ostrożnie.

– Kocham Cię! – wykrzyczałem, ucałowałem Notoryczną i dziadka, znaczy syna i poszedłem planować eskapadę bardziej szczegółowo.

W sobotę w pracy dupa mi się paliła żywym ogniem, bo chciałem już być w trasie, żeby to wszystko przeżyć na spokojnie, żeby nie było tak na hura, po łebkach i szaleńczo. Żeby zdążyć na koncert, na piwo, na wszystko. Do pokonania miałem 308 kilometrów, za Kłodzko. O 14.09 wyruszyłem na swoją przygodę weekendu. Bo nawet nie roku, skoro co tydzień działy się takie rzeczy, że o ja pierdolę!

Dojechałem zgodnie z wytycznymi google mapy, jeśli ona wtedy już działała. Parkując nieopodal hotelu w którym spał zespół, lekko się zdziwiłem, bo miasteczko było wymarłe. Nawet spożywczy, gdzie chciałem kupić sobie na obiad pasztet „Świński Ryj”, bułki i piwo, był zamknięty. Dziwnie spokojnie to wszystko wyglądało, jak na miejsce na styku granic Polski, Czech i Słowacji gdzie ma zagrać wielki Kult. Wlazłem więc do hotelu i trafiłem na Jeżyka.

– Dzień dobry panu Górniemu! – basista powitał mnie kręcąc mój kult forumowy pseudonim niemiłosiernie, ale on akurat mógł, bo tak przeczytał w komputerze kiedyś. Górni zamiast Gómi. I przez jakiś czas myślał, że ja to w ogóle ze Śląska jestem, pracuję w kopalni i na cześć górników mam ksywę Górni. Matko…

– Cześć Jeżu! Ty, to tutaj te występy macie?

– No tutaj. Tylko pod miastem, zaraz jedziemy. Pan się z nami wybierze?

– Wybierze. Po to przyjechałem. – odparłem i po kwadransie jechałem z zespołem na miejsce.

A miejsce było wybornie przepiękne. Scena stała u podnóża góry, na wielkim zielonym terenie. Było jak na wsi. Koncert był przepyszny, przepyszne były kiełbasy z grilla i inne takie te. I właśnie chyba takie te, które miejscowi wypili w zbyt dużej ilości, spowodowały pobudzenie organizmów, i kiedy już szykowaliśmy się do wyjazdu, rozpętała się bójka. Wieś stanęła naprzeciw wsi i ruszyły w wir walki sztachety, ławki, pięści, kopniaki i inne formy honorowego pojedynku. Szczęściem front nie objął naszej drogi wyjazdowej i udało nam się czmychnąć. Może nawet wszystkim, tylko kto tam Jeżyka zrozumie i ścieżki jego działań rozkmini?   

W hotelu zostałem przydzielony do pokoju kierowcy. I fajnie, bo kierowcy to ludzie spokojni, wcześnie chodzą spać, nocą nie wariują i bardzo mi to pasowało, bo sam miałem być kierowcą w drodze ku Jarocinowi. Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że dla zespołu i jego gości przygotowano salę bankietową tak suto zastawioną, że oszalałem. Nakręcony emocjami zacząłem robić nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Zapomniałem nawet, że mam od rana powozić. I to nie tylko siebie, ale i Wojtka, gitarzystę Buldoga, oraz nasze forumowe królewny: Trini i Ewę. Dziewczyny podjechały na koncert z Wrocławia i na hasło: Jarocin! Postanowiły skorzystać z moich czterech kółek. Ale zanim ruszyliśmy, wszyscy na kilka godzin staliśmy się królami życia. Kazik śpiewał, tańczył, właściciel hotelu puszczał pankowe standardy z lat siedemdziesiątych z wysp i było mega mega fajnie.

Na szczęście posiadałem resztki zdrowego rozsądku i gdzieś przed czwartą rano, na ostatnich nogach doszedłem do pokoju. Kierowca spał, a telewizor chodził dość głośno. W półmroku, potknąwszy się tylko trzy razy, znalazłem pilota i wyłączyłem tiwi. Wtedy kierowca wstał, włączył tiwi i wrócił do spania. Łeb mnie bolał, telewizor skuczał, a sen nie przychodził. Rano był problem.

Ale od czego są problemy? Od tego żeby je rozwiązywać.

– Piotrek, to ja pojadę za tobą. – ustaliliśmy kolejność naszej ferajny, na wszelki wypadek jakby jakaś kontrola drogowa czyhała.

– Dobrze. Tylko jedźcie ostrożnie.

I ruszyliśmy ostrożnie, Piotrek z Kaburą, Zdunasem i Glazem, ja z Trini, Królewną Ewą, Wojtkiem i zgrzewką piw. Piwa były dla Wojtka i może dziewczyn, jeśli Wojtek by miał ochotę im coś odstąpić. Ale raczej nie miał. Na każde syknięcie otwieranej puszki przez moje skacowane ciało przechodziły ciarki. Ale nie mogłem być Durczokiem swojego losu i nie wypiłem ani łyka piwa. Leciałem na mineralnej gazowanej, żeby jak najszybciej wyzerować organizm, żeby nie było jakby coś było. Mój bufor bezpieczeństwa w postaci Piotrka Buldoga zgubiłem już na drugim rondzie. Ja tak szybko jeździć nie potrafiłem. Drogę umilała nam świeżo poznana przeze mnie nowohucka kapela Wu-Hae, której płytę „Życie na raty” katowałem przez większą część drogi, bo to jest znakomita płyta.  W naszej podróży do mekki polskiego Punk Rocka szczególne miejsce miał, ten apokaliptyczny dla tych najsłabszych utwór, „Alkoholik”

Razem ze mną jest osób parę
Które się poddały
Z nałogiem przegrały
Wenflon w żyle
Kroplówka leci
A w domu płacze matka
A w domu płaczą dzieci
Taki to los jest alkoholika
Leczy cię Kobierzyn
Lub inna klinika
Niektórzy żywot
Oni kończą tu swój
Byle ten koniec
On nie był mój

Czy świat na trzeźwo jest do przyjęcia
To co widzisz
Czy to Cię przygnębia?
Czy dasz sobie rade z tym wszystkim sam?
A czy
Świat na trzeźwo czy jest do przyjęcia
Czy to, co widzisz
Czy to Cię przygnębia?
Czy dasz sobie rade z tym wszystkim sam?*

*Wu-Hae fragment utworu  „Alkoholik”

Po wysłuchaniu takich piosenkach nie miało się ochoty na kroplę alkoholu. Oczywiście jeśli było się kierowcą. Wojtek nie był i nie zakładał też czarnego scenariusza jaki nakreślili Bzyk z  Guzikiem w swojej piosence. Chociaż gitarzysta Buldoga miał wtedy ciężki czas w oparach fajek i niestety wódki. Ale dał sobie radę sam! Mistrz.

Droga się dłużyła, ale dojechaliśmy bezpiecznie. Żaden pachołek czy babcia na pasach nas nie zaatakowali. To były czasy dla kierowców! Stare i dobre. Rozstaliśmy się z zespołem pod hotelem, poszliśmy odebrać wejściówki i  dziewczyny zabrały mnie na spotkanie z naszymi Kult Forumowcami. Jak doniosła mi Triniasta po dwunastu latach, byli z nami:

Meehau, The Mizerny (jadł buraka cukrowego z pola na surowo) qman, A.gata, Marcysia, zapomniałam jaki nick miał gość co tą czarno-białą relację sfabrykował (Lucas czy jakoś tak?), chyba passengerka.

Taką mniej więcej grupą ruszyliśmy na miasto. Czułem, że lata które minęły od mojego ostatniego pobytu w Jarocinie, zmieniły  wszystko. Na duży plus, jeśli chodzi o zmiany w otoczeniu, ale na taki sobie plusik i minusik jeśli szło o sam festiwal. Ducha lat dziewięćdziesiątych nie czułem. Inna muzyka, inni ludzie. Wszystko szło do przodu. Może to i dobrze? Każdy czas ma swoich bohaterów, czy jakoś tak, jak to ktoś śpiewał czy mówił.

Brać forumowa była zgrana, zżyta i sporo ode mnie młodsza. Byłem wśród nich takim dziadem borowym, ale otoczyli mnie opieką i nie pozwalali się wśród siebie źle czuć. Między innymi to dzięki nim jestem tak dobrze zakonserwowanym starcem. Dziękuję Wam kochani!

Kiedy zbliżała się godzina koncertu ruszyliśmy pod hotel dodać otuchy naszym muzykom. Kiedy wsiedli do busa machaliśmy im, pokazywaliśmy na palcach, że będzie okej i takie tam. Aż drzwi się otwarły i usłyszałem:

– Wsiadaj. Jedziesz z nami.

Wsiadłem i ruszyliśmy. Chyba w myśl zasady „z Kult Ochroniarzem bezpieczniej”. A na pewno śmiesznej.

Kiedy jechaliśmy wzdłuż sceny, na telebimie pokazał się zespół który grał przed Buldogiem. Wojtek przylepiony do szyby, umęczony pitymi w moim aucie browarami, nagle się ocknął i uśmiechnął od ucha do ucha.

– O patrzcie! Tam! Na telebim. Gość gra na takiej gitarze jak moja!

Popatrzyliśmy  znudzeni. O rany. Ale jaja. Straszne.

– Jak moja? Kurwa, jak moja? – Wojtek zaczął się podnosić z siedzenia a uśmiech zastąpiło wkurwienie – Bo to jest kurwa moja gitara! Kto mu ją dał? Zabiję.

I zanim dojechaliśmy na parking, Wojtas wyskoczył z busa i jak sprinter w finale olimpijskiego biegu na czterdzieści dwa kilometry, pobiegł wyjaśniać sprawę. Kilka chwil potem okazało się, że kolesiowi z zagranicznego zespołu zepsuła się jego własna gitara i ta Wojtkowa mu najbardziej pasowała, i Seba, nasz mistrz fachu techniki scenicznej i proszkowy książe ( najlepsze proszki do prania z Berlina!), może po konsultacji z Wojtkiem albo i nie, dla uratowania sztuki gości z zagranicy, zadecydował o jej wypożyczeniu.

Koncert był wspaniały, a ja czułem się troszkę jak podczas pierwszego dnia mojego starego Jarocina. Senny i strasznie zmęczony. A przecież po koncercie Buldoga miałem jechać prosto do pracy. Czterysta kilometrów nocą. No to się wjebałem jak śliwka w herbatę, pomyślałem i zamiast rzetelnie słuchać koncertu, zacząłem myśleć o tym, jak bezpiecznie dojechać do domu. Na szczęście do Wrocławia jechała ze mną Trini, więc wsparcie towarzyskie miałem zapewnione. Dalej liczyłem na dobrego ducha autostrady.

Po pięknej sztuce pożegnaliśmy zespół, forumowiczów i ruszyliśmy w ciemną noc. Pierwszy kryzys miałem na drodze za Jarocinem, w ciemnym lesie, i jakby nie:

– Może mogłabym skorzystać z toalety?

– Ale gdzie? – obudziłem się.

– W lesie!

to moglibyśmy skończyć w rowie albo na drzewie. Trini była naszą forumową wojowniczką, bo uprawiała jakąś krawt magię czy coś w ten deseń. Dlatego mogłem sobie pozwolić na niewysiadanie, bo nawet jakby Sylwię coś zaatakowało, to miało by, to coś, przejebane. Do szybkiej śmierci tego czegoś lub do jego zaczarowania. Z drugiej strony, chwilę tę wykorzystałem nie na zapewnienie koleżance bezpieczeństwa w leśnej toalecie, czy nie dasz bór czasem, na podglądanie jej, a na sen.

– Już. – w krótkich i żołnierskich słowach zostałem wytrącony z mikro snu i ruszyliśmy dalej w ciemną noc.

Aż do Wrocławia.

Pierwsza część trasy minęła dzięki towarzystwu Sylwi szybko, sprawnie i bezpiecznie. Ale kiedy zostałem już sam na sam ze sobą, wszystko zaczęło się gmatwać. Nuda autostradowa i noc usypiały szybko i skutecznie. Po trzecim przysypianiu powiedziałem „pit stop” i zjechałem na parking. Usnąłem dwie sekundy po zaparkowaniu i zgaszeniu auta. Wstałem z kurami, tirowcami, grzybiarkami, i ruszyłem do roboty, żeby odpracować za swoje szaleństwa, których nie można kupić za żadne pieniądze.           

Dzisiaj nie pamiętam jak to było dokładnie. Wersje mogą być różne. Po primo: to ja poprosiłem o to, żeby pojechać w trasę z Buldogiem jako sklepikarz, albo po sekundo: to mnie lider, menadżer i basista w trójcy jedyny zaproponował robotę. Do tego razem z Janusze Productionsem robiliśmy koncert Buldoga w Loch Nessie. Jak by nie było, zgodziłem się bez namysłu. Na pierwsze trzy koncerty. Bo po nich z Krzeczem i naszymi rodzinami mieliśmy krótkie wakacje w Zakopanem mieć.

Poustawiawszy sobie godziny pracy odpowiednio, ruszyłem koło południa dnia trzynastego września roku zero siódmego drugiego tysiąclecia naszej ery na Uć. Znaczy na Łódź. Tam startowała pierwsza i jak pokaże historia największa trasa tego projektu. Zaczęliśmy zabawę z wielką pompą, a ja to nawet z wielką…. No, przycisnęło mnie, a w Łodzi Fabrycznej była taka toaleta z lustrem weneckim. Jakie to uczucie jest dziwne, kiedy siedzisz na tronie, w potrójnej koronie, a przed tobą kręci się ludzi tłum. Te emocje są niesamowite. Spróbujcie kiedyś tak się ze. A zresztą.

Naszym gościem w Łodzi był oczywiście Bodzio W. Jakże mogło by go zabraknąć, skoro akurat meczu nie kopał nigdzie. To wpadł i jeszcze prezent dla Kaza przyniósł. Koszulkę ŁKS. Trochę mieliśmy obawy, czy Kazik w podzielonym piłkarsko mieście powinien w takim prezencie wystąpić, ale jak dostał nasze wsparcie, że jakby co to się będziemy za niego bić, to w koszulce od przyjaciela zaśpiewał sztukę. Publiczność zrozumiała powagę sytuacji i nie było nikogo na nie. Nawet bramka, która chyba bardziej była za Widzewem, odebrała ten akcent pozytywnie. Po koncercie pojechałem do hotelu zrobić podsumowanie moich sprzedażowych sukcesów. Po rozliczeniu się i przepakowaniu sklepu do zespołowego busa chciałem jechać do domu, bo emocje związane z organizacją koncertu na swoim terenie były wielkie i chciałem pomóc szefowi Januszowi od samego początku. Poza tym hotel nie był jakiś szczególnie wybitny i to też nie mobilizowało mnie do pozostania w Łodzi. Jednak rozkaz o wstrzymaniu koni przyszedł od samego generała Kabury Stachury.

– Gómi, a gdzie ty na noc jedziesz?

– Do domu.

– Zwariowałeś? Na noc niebezpiecznie. Zostań.

– Ale tak ustaliłem, nawet nie ma dla mnie łóżka.

– To się zaraz zorganizuje. Jazda nocą jest niebezpieczna. Lepiej się przespać, odpocząć i wyjechać rano. Za dnia. My już od dawna nocą nie jeździmy. Zostań.

– Dobra. – dałem się przekonać.

Z łóżkiem był mały problem, bo wszystkie pokoje były zajęte. Ale pomysłowość kolegów nie znała granic. Wojtuś Jabłoński dał mi swój materac, który rozłożyłem na podłodze, a sam biedaczyna spał na deskach. Takich ludzi miałem wokół siebie. I mam. Do dziś.

Rano, zanim kogut zapiał trzy razy, byłem już w trasie. Może nawet poszedłem do pracy? Wszystko jest możliwe, bo pracować w pracy też kiedyś musiałem, zakładam więc, ze poszedłem.

Po południu była sztuka w klubie Loch Ness. Sprzedało nam się wszystko przepięknie, na dwa dni przed koncertem biletów już nie było. Loch Ness to był klub legenda. W samym centrum Krakowa, naprzeciwko Dworca Głównego, w starym pokolejowym przedszkolu chyba, ktoś kto miał dojścia tam gdzie trzeba, przejął przedszkole, założył klub i trzepał kasę aż furczało. Janek znał właścicieli i robił tam koncerty, głównie punkowe. I działo się, działo jak diabli. To były czasy. Spędzałem tam kupę czasu, a to na koncertach jako widz, a to jako pracownik, a od czasu do czasu jako współorganizator. Nie wiem dokładnie, czy wtedy też nie organizowaliśmy z fanami Kazika jakiegoś spotkania Kult Forum. Chyba było to spotkanie, bo przy okazji koncertów Buldoga spotykaliśmy się najczęściej. Najpierw w Warszawie, gdzie przy pierwszym koncercie, w styczniu, zrobiliśmy imprezę pod tytułem Kazeloty, czyli ogólnopolskie spotkanie miłośników 3xK, z nagrodami za aktywność, kreatywność i wszystko co tylko można było nagrodzić. Do tego i do Loch Nessa wrócę szerzej w innym miejscu.

Po koncercie odesłaliśmy z Jankiem zespół do spania a sami jeszcze chwilę świętowaliśmy sukces. Nie za długo, bo w sobotę musiałem ruszyć do pracy do Katowic, gdzie tak jak w Łodzi i Krakowie prowadziłem Buldogowy sklep. 

Do Katowic zabrałem swojego jedynego pierworodnego, za matki sprawą nazwanego po ojcu Tomaszem, po papieżu Karolem, a po pradziadach Gomółką. Chłopak miał już pięć i pół roku, więc według standardów azjatyckich mogłem go zaprzęgnąć do roboty. Co z radością uczyniłem.

W jednej z najstraszniejszych sal koncertowych Polski południowej, a jednocześnie miejscu jednak magicznym, z którym było mi w przyszłości po drodze nie raz i nie dwa, rozłożyłem psi sklep pod schodami. Do baru było blisko, wejście na bekstejdż zabezpieczałem i wszystko było znakomicie, poza tym, że przyjechałem swoim Seatem zielonym i nie mogłem pić. Młody, a nawet mały, czyli mój synuś, oddał się sztuce malowania, co okazało się zajęciem bardzo intratnym, bo za jego obraz „Kazik na scenie z Tomusiem” zainkasował od jakiegoś fanatyka chyba z dwieście złotych. Ale w przyszłości sztukę oleje, bo skorzysta z Jarkowego pięćset plusa. Poza tym malarskim incydentem i dobrym koncertem nie wydarzyło się już nic godnego uwagi, bo przecież za taki nie można uznać przyjazdu do pracy dwóch grzybiarek, które zamówił sobie ktoś z klubu, a które uparły się przechodzić do roboty przez mój sklep. Na szczęście zdążyłem młodemu oczy zasłonić, bo spod kusych spódniczek wylało się nie jedno dziwo, puszczając oko to tu to tam.

Po koncercie uściskałem załogę i życzyłem im samych sukcesów na artystycznej drodze, ze szczególnym uwzględnieniem reszty trasy. Moja misja dobiegła końca i mogłem ruszać do Zakopanego na zasłużony rodzinny wypoczyn.

Nasza komórka rodzinna była w familijnym niebie. Tata, mam, syn i przyjaciele Krzeczowscy którzy z nami wyjechali na tydzień odpoczynku. Jednak we wtorek stało się coś, co wstrząsnęło naszym dolcze witem. Zadzwonił telefon.

– Cześć Tomuś. Piotrek z tej strony. Co tam u ciebie? – w trójcy jedyny Pewu mówił do mnie przez telefon.

– Wszystko w porządku. Jesteśmy w Zakopcu, odpoczywamy, zwiedzamy i takie tam. Jak w górach.

– To super. A ja mam do ciebie bardzo ważną sprawę. Bo rozmawialiśmy wczoraj z chłopakami na twój temat i chcielibyśmy żebyś z nami pojechał na resztę trasy jako tur menadżer.

– Tur menadżer? Ja? Naprawdę? – ochujałem ze szczęścia wizualizując sobie siebie przebranego za tura z plakietką na szyi menadżer Buldoga. – No jasne, że bym chciał. Tylko co na to Kasia? Daj mi chwilę.

– Dobrze, to czekam na sygnał.

Notoryczna ma ósmy zmysł. Wie kiedy kłamię, kiedy jaki mam humor, i wie też kiedy się coś święci.

– Kasia. Mam sprawę. Piotrek dzwonił i mówił, że beze mnie to ta trasa się rozleci. Chciałby żebym z nimi pojechał jako tur.

– Ty jako kto? Jako tur? Chyba jako idiota alkoholik i pijak.

– No taki tur ale menadżer. Wiesz, zarobił bym sobie coś, o laptopie marzę, taka okazja. Ty byś z Januszami została, a ja bym dorobił do naszego budżetu. Co ty na to?

– Ale po co ty mnie pytasz? Przecież i tak zaraz pojedziesz. Przecież ty masz pusto w głowie. Dla ciebie rodzina mogła by nie istnieć. Co z ciebie za ojciec? Dziecko cię potrzebuje a ty tylko Kazik i Kazik. Albo Kult i Kult. A teraz jeszcze Buldog i Buldog. Dzwonię do mamusi. Może ona do nas przyjedzie? Szkoda żeby się miejsce zmarnowało.

– Dziękuję kochana! Wiedziałem, że mnie zrozumiesz. A jak tego laptoka sobie kupię to też ci dam skorzystać!

– Laptopa debilu. Laptopa.

Po sześciu sekundach od końca rozmowy kręciłem już do Piotrka.

– Piotrek, Piotrek, słuchaj. To ja tak. Ja chcę. Ale do Opola się nie wyrobię, i zaczął bym od Wrocławia. Da radę? Tak? Może być? Za je bi ście! To ja będę we Wrocławiu. Ja też się cieszę. Do zo!

Nie wiedziałem co prawda jakie obowiązki ma tur menadżer, ale liczyłem na to, że taki ktoś będzie też mógł prowadzić sklepik. Bo sklepik przynosił profity nie lada i laptop zaczął się zbliżać do mnie wielkimi krokami. Megabajtami szybki kroków. Terabajtami podskoków.

Urlop zawiesiłem, pożegnałem uściskiem dziadka maleńkiego i ukochaną Notoryczną, żeby via Kraków, za pomocą PKP ruszyć na Wrocław.

We Wrocławiu sztukę robiliśmy w klubie Alibi. Było to moje najlepsze miejsce na wrocławskiej mapie koncertowej. Czułem się tam jak u siebie. Waldi, właściciel klubu potrafił zadbać o gości, współpracowników i wszystkich tych, którzy korzystali z gościnności jego klubu. Wyjście obunożne czasami było niemożliwe. Zwłaszcza jak za nagłośnienie odpowiadał jego brat zwany Owcą, znany w Polsce realizator dźwięku i wszystkiego co z tym związane. Przyjaźń krakowsko – wrocławska kwitła tam jak ta lala. Cieszyłem się, że moja przygoda buldogowego tur menadżera zaczyna się właśnie tam, w miejscu dobrze mi znanym. Przed próbą zostałem wezwany przed oblicze najważniejszych osób w Buldogu. Pewusa, Jacka syna Stanisława i Adama perkusisty. Przedstawiono mi zakres moich obowiązków, który miał polegać na połapaniu spraw związanych ze sprawnym przeprowadzeniem koncertu, od próby po wyjazd do hotelu, kontrolę nad przemieszczaniem się pomiędzy miastami i ogarnięcie psiego sklepu. We Wrocławiu za sklep odpowiadał Quman, który jako pierwszy odpowiedział na forumowe zapytanie o pomoc przy dilerce.    

Ponieważ stolica dolnego Śląska obfitowała w silne środowisko Kult Forumowe, to po koncercie, a może już przed urządziliśmy małe spotkanie na zapleczu klubu. Była Kraft Magia Trini, Likus, który miał najlepiej poinformowaną do czasu afery, stronę o Kaziku i jego produktach oraz inni. Sam koncert wypadł doskonale, frekwencja była bardzo dobra i mogłem siebie pochwalić za wspaniałe rozpoczęcie pracy na nowym stanowisku. Z tej okazji, żeby pokazać profesjonalizm najwyższej próby, za bardzo się nie opiłem. W końcu rano miałem dowodzić wyjazdem dalej. Na Poznań.

Rano udało mi się zgromadzić załogę punktualnie i dzięki temu wyjechaliśmy niezwykle sprawnie. Było to poniekąd pokłosiem sportowego trybu życia jaki przyjęliśmy za warunek wzorowej współpracy. Oczywiście nie było tak, że my nic a nic, no nie. Ale z umiarem i pro zdrowotnie bardziej popijaliśmy. Poza gitarzystą, który z koncertu na koncert przesuwał granicę popijania w rejony mocno niebezpieczne.

W Poznaniu graliśmy w Eskulapie, sala duża, fajna, chyba wcześniej mi nie znana. Sklepikarzy miałem czterech, bo tak sobie miejscowa młodzież wymyśliła. Był Kazio Latawiec, Kuba Czerwiński, i jeszcze dwie osoby których nie pamiętam z ksywy ale mam ich zdjęcie. Koncert chyba był udany. W końcu jeździli z nami Kajetan, inżynier dźwięku o niebywale wysublimowanym słuchu, który nagłaśniał wszystkie projekty Kazikowe, oraz Seba, monitorowiec z Poznania, który dbał o higienę dźwięku na scenie. Do tego światło robił świetlik, ten, no, zapomniałem. Ale świecił dobrze i pomimo ograniczeń w dziedzinie światła, starał się ukręcić coś z tego co zastawał przed koncertami. I znowu się udało, a weźcie pod uwagę, że w składzie nie było jeszcze Jarka Ważnego. Tym  bardziej mogliśmy sobie gratulować. Ponieważ w Poznaniu nie poszaleliśmy po koncercie, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, rano wstałem wcześniej i udałem się z pomocnikiem sklepowym na wizytację stadionu miejscowego Kolejorza. Postanowiłem bowiem nie tylko być, ale i widzieć coś ponad to, co oferowały nam widoki za oknami busa.

Gdzieś w międzyczasie zaczęliśmy otrzymywać pogróżki. A precyzyjniej Kazik I Pewu. Jakaś szuja oszalała i wysyłała bardzo niepokojące informacje na temat tego co stanie się  z chłopakami na koncercie w Gdyni. Nie powiem, trochę się przejęliśmy. A nawet bardziej niż trochę i postanowiliśmy działać. Z tej okazji zamówiliśmy sobie osobistego ochraniacza. Najlepszego z najlepszych. Profesjonalistę w każdym calu. Człowieka którego nic się nie imało. Gołotę światowego ochraniania ludzi, Grzesia Gumę z Kult Ochrony. Dzięki temu nasz przedostatni koncert w Szczecinie mogliśmy odbyć w atmosferze względnego spokoju, wiedząc, że w Gdyni Guma będzie nas strzegł.

Z tej okazji po koncercie w Starej Cykowni, super nazwa dla klubu znajdującego się na piętrze w jakiejś starej kamienicy, postanowiliśmy pójść troszkę grubiej. W sensie przyjętego alkoholu. Tym bardziej, że jakoś przed koncertem dostaliśmy nasze dotychczasowe gaże. Jak dobrze, że poza tur menadżerowaniem zarządzałem też sklepem buldożym, bo bym w życiu na laptopa nie uskładał. Dysproporcje w zarobkach sklepikarza a tura były potężne. Na niekorzyść tego drugiego. Ze Szczecina pamiętam jeszcze, że sklep prowadził Królowa Życia, odwiedzili nas Błażej z małżonką, a w hotelu spaliśmy u boku Leppera świętej pamięci Andrzeja, który nawet chyba coś od Kazika chciał, ale co, tego nie mogę sobie przypomnieć.

Po koncercie lejce nam troszkę poluzowało i na wyraźny sygnał od lidera grupy Pewusa, wypiliśmy kilka piw więcej niż zazwyczaj. Symbolem tego „więcej” stał się Glazo, który kupił koszulkę zespołu w którym grał razem z wieszakiem i taki komplet ubrał na siebie. Wszystko pasowało jak ulał. Szczególnie dobrze prezentował się wieszak na plecach Glaza, który wplątał się pod koszulkę. Glazo nic nie czuł, a my czuliśmy, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty i pozostało tylko dobrze zaprezentować się w gdyńskim Uchu, na finałowym koncercie trasy.

Jak zobaczyłem zespół rano, przed odjazdem, zacząłem mieć wątpliwości czy finał uda się zagrać na wysokim poziomie. Gitara nam od rana odlatywała, a i saksofon też był taki jakiś nie za świeży. Reszta jednak wyglądała dobrze i wystarczyło mi tylko popracować nad słabymi elementami układanki, a bardzie na przypilnowaniu zagrożonych, co do spożywanych płynów. Na trasie Szczecin – Gdynia wszystko było perfekcyjnie dopilnowane. Ale za to w hotelu…

– Tomek. Wojtek nie może nawet powąchać alkoholu do koncertu. On już ledwo żyje. Przypilnuj go proszę, bo jak się nie uda, to bez gitarzysty nie damy sobie rady. – lider i założyciel nakreślił mi zadanie priorytetowe. – I Gumę poinstruuj co i jak. Śpicie razem w pokoju.

– Oczywiście! Zrobione! – czułem się pewny, że dam radę przypilnować Wojtka i poinstruować Gumę w kwestiach zabezpieczenia koncertu.

Niestety nie wziąłem jednego pod uwagę. Że nasz ochraniacz nie przyjedzie z pustymi rękami. Podobno i ja miałem jakąś flaszkę, którą przekazała mi Trini i którą mieliśmy wypić na sam koniec trasy.

– Hoho! No to po maluszku! – Grzesio umiał namówić.

– A czemu nie? – nie umiałem odmówić.

– No to na drugą nóżkę!

– Na drugą!

I po dwóch rozlaniach nie było połowy butelki. I kiedy mieliśmy resztę zostawić sobie na po pracy, ktoś zapukał.

– Wlazł! – zaprosiłem kogoś.

– Gumaaaa! – Wojtek czuł chyba jakimś jedenastym zmysłem, że coś jest u nas pite.

– Wojtuś! Jak leci!

– Dobrze. Co robicie?

– Nic. – zblefowałem.

– Flaszeczkę! – Grzesio zagrał w otwarte karty i spierdolił mi cały plan.

– To może ja też bym się napił? – Wojtek zrobił kocie oczka, ja nie zdążyłem zainterweniować i pół szklanki zmieniło właściciela.

– No. Wystarczy, zaraz jedziemy na próbę. – chciałem zakończyć smakowanie.

– Jakie zaraz? Jeszcze mamy dziesięć minut. To już trzeba skończyć te resztki. – Guma złapał wiatr w żagle, co nie dziwiło mnie bardzo, bo raz że lubił łapać wiatr, a już jak był nad morzem, to szczególnie dobrze to na niego działało.

– Ale Wojtek nie może już. Wystarczy. – zaoponowałem, chcąc wziąć jego porcje na swoją wątrobę.

– Ja nie mogę? Bo co? Wietechy się boisz? Przestań Gómi.

– Nie boję. Ale prosił, żebym cie pilnował.

– Mnie? Lej Guma.

– Hehehehe! – Grzegorz już lał.

Skończyliśmy więc to co Guma przytachał, a może i to co ja miałem, i lekko podlani pojechaliśmy na próbę. W klubie zamówiłem sobie i Grzesiowi piwo i obserwowałem próbę, jednocześnie tłumacząc koledze co ma pilnować i na co ma zwracać szczególną uwagę.

– Po lewej stronie jest przejście do garderoby. Nikt poza zespołem i techniką nie ma prawa wejść. Nikt. Chyba, że ja albo Piotrek ci powiemy, że możesz kogoś tam wpuścić, to wtedy wpuścisz. Poza tym nikogo! Nawet własnej mamy nie wpuszczaj.

– Hehehehe. No jasne! – nasz osobisty ochraniacz stuknął swoim kuflem o mój kufel, po czym wyzerowaliśmy to co w szkłach mieliśmy i zamówiłem po kolejnym jasnym pełnym.

Zespół akurat skończył próbę. Wojtek wyskoczył jak z katapulty i chciał sobie kupić piwo, na co barman rozłożył w nieludzkim geście ręce i wyszeptał:

– Tobie nie mogę. Ten tu zabronił. – i pokazał na mnie.

Odstawiłem piwo na bar i odciągając Wojtka tłumaczyłem jak dziecku co i jak.

– Teraz jest woda w garderobie. Nie wolno pić piwa.

– Gómi, co to kurwa znaczy? Pić mi się chce. Ty pijesz.

– Ja nie gram. Ty wypijesz po koncercie. – byłem ostry.

– Teraz.

– Po.

– Guma wie co ma robić? – pojawił się Pewu i lekko spięty dopinał tematy, które mogłem przegapić.

– Hehehehe. – Guma wiedział, co potwierdził podniesieniem kufla i wyzerowaniem go w tempie ekspresowym.

– Ehhhh. – Pewu zaczął sie załamywać. – Wojtek! Co ty robisz? Gómi, prosiłem.

– Ale ja… – nie dokończyłem patrząc z przerażeniem jak Wojtek opróżnia pozostawione przeze mnie na barze piwo. – O kurwa. – westchnąłem i zaczynałem mieć wszystkiego dość.

Kufla piwa nie potrafiłem obronić, a miałem czuwać nad atakiem na zespół. Ale nie sam, pomyślałem odważnie i wzrok mój skierowałem na naszego Anioła Gumę Stróża. Anioł właśnie kończył kolejne piwo. A do koncertu jeszcze chwile było.

Ile tych piw nasz agent specjalny wypił tego nie wie nikt. Bo nikt tak liczyć do nieskończoności nie potrafi. W każdym bądź razie, gdzieś w połowie koncertu musiałem dostać się do naszej garderoby. W Gdyni byłem sklepikarzem, poza turowaiem. Sklep zostawiłem pod czujnym okiem naszej Kult Forumowej znajomej Marty, a sam przeciskając się przy ścianie, zerkałem na miejsce pracy Grzesia i niestety nie widziałem go na posterunku. Dopiero kiedy dotarłem pod wejściową bramkę, zobaczyłem, że Guma się na niej opiera, a dokładniej rzecz ujmując, śpi na niej.

– Guma! Przepuść mnie! Muszę wejść do garderoby.- stanąłem przed ochraniaczem i dość głośno prosiłem, bardzo grzecznie. – Guma. Kurwa. Wpuść mnie.

– Guma. Kurwa mać. Muszę do garderoby! – do proszenia dołożyłem szarpanie odwłoka kolegi.

– Nieee. – kolega nawet nie spojrzał.- Nieee wolno.

– Guma to ja. Gómi.

– Nie wolno!

– Ale to ja do kurwy nędzy. – zaczynałem się wściekać i złapałem Grzegorza za głowę i ustawiłem ją jej oczami na siebie. – Guma. Obudź się!

–   Guma? – Oczy patrzyły na mnie nieprzytomnie zza profesjonalnych okularów a usta próbowały mówić. – Ty nie jesteś Guma. Nie wpuszczam nikogo. Idź stąd.

– Ja pierdolę! Ale to ja! Gómi! Nie Guma. Poznajesz? – zacząłem mówić łamiącym się głosem, bo potwór którego zatrudniliśmy stał się groźniejszy od potencjalnego terrorysty. – Guma. Grzesiu. To ja. Gómi. Grzesiu…

– Gómi? Ty jesteś Gómi? – coś zaczynało się w Grześku orientować w sytuacji. Złapał mnie dwoma rękami za głowę, którą przyciągnął do swoich oczu i uradowany zaczął krzyczeć – Gómi. To ty! Gómi. Ale mi się chce pić! Kup mi piwo Gómi. Gómi! Proszę.

– Kupię, kupię, ale wpuść mnie szybko. I nikogo więcej.

– I nikogo więcej! Nikogo. Piwo Gómi. Pić.

Teraz nie pamiętam, czy przyniosłem Grzesiowi piwo czy nie. Jeśli nie, to mu jesienią kupię, bo zasłużył jak nikt. Sprawdził się na posterunku zawodowo. Nikt nas nie zaatakował, a nawet jakby próbował, to miał do pokonania nie byle jaką przeszkodę. Pijane zwłoki naszego kolegi.

Po sztuce chwilę posiedzieliśmy. Buldogi podpisywały płytę, koszuli, był czas na małe podsumowanie. Czekaliśmy też, aż nasza ochrona zmartwychwstanie, bo nikt nie miał tyle siły, żeby takiego klocka dźwigać. W hotelu poumieraliśmy szybko snem sprawiedliwych. Trasa, a szczególnie jej końcówka wyżęła nas z sił fizycznych i psychicznych. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, ale nasz agent do specjalnych poruczeń, obudził się w naszym wspólnym pokoju.

– Gómi. Ja pierdolę. Ale to był koncert! Mistrzostwo!

– Naprawdę? Pamiętasz coś?

– No wszystko! Było cudownie! – Grzenio udawał, że wczoraj to nie on, nie on umarł, tylko ktoś obcy. Ale zdradziły go okulary. A raczej ich nie pełne wyposażenie.

– Ty, a gdzie ty szkła pogubiłeś?

– Jakie szkła? Moje?

– No twoje. Chyba nie masz jednego szkła w okularach.

– O kurwaaa. Moje okulary. Moje okulary. – Guma nie wierzył w to co widział. Albo nie widział, bo bez okularów mogło i tak być. – Ja pierdolę. Co tu się działo?

– No nic. Pamiętasz coś z wczoraj?

– Nooo. Jak przyjechałem do hotelu przed koncertem.

Cały Guma. Jak go poniosło to nie było przebacz.

Zespół wyjeżdżał zaraz po śniadaniu, do Warszawy. Mój pociąg ruszał bezpośrednio do Krakowa koło południa. Byłem umęczony i postawiłem na podróż bez przesiadek. Że wygrałem tym sposobem kilkanaście godzin, wyszło nie długo po tym jak mój skład ruszył na południe.

Gdzieś na stacji Gdańsk Główny dostałem pierwszego esemesa:

„Bus nam się popsuł” Guma

„Gdzie?” Gómi

„Godzina od Gdańska” Guma

„Poważnie się posuł?” Gómi

„Tak. Kazik wściekły pojechał po wódkę” Góma

Ale mi się udało! Bo kiedy ja jechałem sobie wygodnie pociągiem, bus zespołu odmówił posłuszeństwa. Nie dość, że popsuł się tak na amen, to jeszcze ostatnie tchnienie wydał przy smażalni ryb, gdzie jedynym napojem na skołatane serca było piwo. Kazik ani jednego ani drugiego nie szanował, a ryb to nienawidził. Od przedszkola. Jednak znalazło się rozwiązanie i Kazo pojechał na stację ostatnim dychaniem busa, gdzie zakupił mocniejsze trunki i korzystając z rozpoznania przez swoich wielbicieli, został dostarczony z powrotem do smażalni. Razem z dwoma reklamówkami wódki. Trochę czasu chłopakom zleciało, zanim dotarli do domów. Ja zdążyłem przejechać całą Polskę a oni biedni czekali na zbawienie. I w końcu coś po nich przyjechało, chyba zaraz po tym jak ja usnąłem zmęczony, ale szczęśliwy i spełniony w swoim nowohuckim łóżku u boku ukochanych. Musiałem odpoczywać szybko, bo zbliżało się kolejne pomarańczowe przedsięwzięcie, w którym i ja miałem zaznaczyć swoją obecność.

„Powodzenia. Jestem z wami!” Gómi. – wysłałem przedostatniego esemesa w przestrzeń, do nikogo. Bo ci do których był skierowany, dawno już rozładowali swoje telefony. „Do października kochani!” Gómi        

11. Traso 07 zgłoś się!

Z dedykacją dla Dorka i Cioci Moniki, za niezapomnianą wizytę.

Zanim nadeszła trasa w roku zero siódmym drugiego tysiąclecia, musiałem coś sprawdzić. Ponieważ pierwszy koncert był rzut łopatą od Nowej Huty, i do tego był pierwszym koncertem po „Aferze Spodkowej”, to postanowiłem się na tę okoliczność na niego wybrać. Żeby jako niewierny Tomasz zobaczyć czy ktoś jeszcze w Kult wierzy i rozeznać nastrój na przyszłość. Bałem się trochę, że moja robota w Kult Ochronie może się zakończyć szybciej niż się zaczęła.

Ruszyłem więc pewnego grudniowego wieczoru na wschód. Klub Planeta był ulokowany gdzieś na obrzeżach miasta, zresztą tak też odbierałem Stalową Wolę. Jako obrzeże galaktyki. Ale to chyba przez zimową aurę. Bo wtedy, kiedy wszędzie ciemno, buro, zimno i ponuro, wszystko jest raczej do dupy, poza terenami górskimi, gdzie zima może być. Ludzie w Planecie dopisali, bo albo byli niezrażeni ostatnim koncertem, albo liczyli na podobny występ jak ten w Katowicach. Ale Kazik ich przechytrzył i był trzeźwy. Jak ja. Z tym, że ja byłem kierowcą, więc niestety musiałem zachować się na zero procent w wydychanym. Koncert, jakby to napisał za lat kilka kronikarz bardzo Ważny Jarosław, był udany. Mój wyjazd też był udany, ponieważ zaprosiłem się do warszawskiego Palladium, żeby zobaczyć pierwszy koncert młodzieżowej grupy Kult w roku 2007. I chyba dobrze, że tam pojechałem, bo było na kogo zwalać.

A zaczęło się od telefonu.

– Cześć. Tutaj Janek. Słuchaj, skoro będziesz w Warszawie to ja ciebie zapraszam do mnie przed koncertem. Musisz wpaść koniecznie.

– Dobrze Janku. Bardzo chętnie! – ucieszyłem się, bo chciałem wiedzieć jak żyje typowy warszawski muzyk.

– To zapisz sobie, bardzo cię proszę adres, Filtry coś tam coś tam. – Pan Janek niezwykle kulturalnie przekazał mi swój adres. Wszystko przekazywał niezwykle kulturalnie. I przekazuje. Niezwykle kulturalnie. Do dziś.

Notoryczna dała zgodę na wypad, pobłogosławił mnie w imię ojca i syna, albo chyba jakoś tak:

– A jedź latawcu. Tylko byś gonił i gonił. Może byś zaczął pieniądze wreszcie jakieś zarabiać?  Popatrz na swoich kolegów. Domy budują, auta mają nowe. A ty? Tylko Kazik i Kazik. Albo Kult i Kult. Ja cię na starość niańczyć nie będę. Dla dziecka nie masz czasu, bo co chwilę koncerty i koncerty. Może byś się zastanowił czasem?

– Też cie kocham. Lecę!

I poleciałem. Około ósmej rano, 18.01.2007 roku. U Pana Janka zameldowałem się zaraz po południu. Nie sam, bo miałem ze sobą butelką wiśniowej wódki. Z pustymi rękami nie wypadało. Zanim zrobiliśmy jedną trzecią flaszki, czyli nic, zdążyłem zwiedzić mieszkanie, podotykać eksponatów wszelakich i posłuchać o solowych projektach Grudy. Pozostałe dwie trzecie wypiliśmy z koleżanką gospodarza, która się pojawiła niby z nienacka. Taka pani aktorka, z takich bardziej korpulentnych aktorek. Ale fajna babka. Dowcipna, kulturalna i nie stroniąca od wiśniówki. Do tego szybko ją łapało, bo może jak na aktorkę warszawską przystało miała depresję, albo jakieś tam inne kłopoty, które starała się pod maską śmiechu i zabawy ukrywać, żeby nie zepsuć mi nastroju wielkiej wyprawy. Po wypiciu tego i owego, co tam  Janek jeszcze wygrzebał w swoich szafkach, w doskonałych nastrojach zaatakowaliśmy Palladium.

Na miejscu okazało się, że wszyscy mają dobre nastroje. Ba! Lepiej niż dobre. Cały zespół świętował rozpoczęcie nowego sezonu koncertowego. Poza wokalistą. Ten się zawziął w sobie i postanowił wystąpić na czysto. Poza powodem estetycznym, na koncert mieli przyjść przyszli teściowie syna wokalisty, Kazia juniora, i to zadecydowało w głównej mierze o nieużywaniu procentów przez piosenkarza grupy Kult. Nie wierzyłem, że tak można ale nasz mistrz był dzielny i niczego nie tykał. To wtedy Kazik zaczął wprowadzać nowe standardy. Ale pozostała część zespołu nic nie wprowadzała, poza sobą w stan upojenia. Nawet gdzieś tam zasłyszałem, że to Palladium miało być zagrane „spodkowo”. Z tą różnicą, że tym razem wokalista miał być tym dobrym a instrumentaliści mieli być źli. I chyba większości udało się osiągnąć poziom zła jak trzeba.

– Nie no, panowie. Tak się nie da. Nie stroiło, było nierówno. Wstyd. – po koncercie przyszedł czas na podsumowanie ze strony lidera.

– Co się nie da? Dobrze było. – ktoś miał swoje zdanie.

– No nie dobrze to wyszło. Bardzo źle.

– Chyba nie gorzej niż w Spodku. Co Kazik? – to chyba pan Jan chciał być niemiły.

– E tam, nieźle było, naprawdę. – włączyłem się do rozmowy, chociaż większość  koncertu spędziłem z Kult Forumowymi znajomymi chlejąc piwo przy barze i miałem już nieźle w czubie. Do tego mało co słuchałem i raczej chciałem bronić tych z którymi przed koncertem popijałem.

Kazik popatrzył na mnie z litością, jak na piąty element, albo bardziej po naszemu, jak na piąte koło u wozu.

– Ale oni są pijani przecież. Popatrz. Prawie tak jak ty.

– Ale to wszystko przez niego! – najszybciej zareagował Morawka, pokazując na mnie ręką uzbrojoną w drinka. – Gómi przyniósł wódkę i kazał nam pić.

Zdębiałem.

– No co ty, Piotrek? Ja?

– A kto? Namawiałeś, polewałeś, więc piliśmy. Ale było dobrze. Sam mówiłeś. Więc umiemy zagrać po drinku.

– No tak. Chyba tak.

I tym sposobem zostałem tego wieczoru pierwszym rozpijaczem w szajce i ofiarą własnej dobroci. Od tej pory postanowiłem nigdy więcej nie przynosić alkoholu do garderoby. Jeśli już, to tylko do hotelowych pokoi. I oczywiście po pracy.

Rok był szalony. Mogło to też być spowodowane tym, że Kult w którym się zadurzyłem po uszy, świętował stulecie pracy twórczej. Wróć. Maryla Rodowicz i Budka Surfera świętowały stulecie, a moi koledzy byli w kwiecie wieku i na scenie byli od lat dwudziestu pięciu. Z tej okazji program III Polskiego Radia postanowił zorganizować koncert jubileuszowy na Myśliwieckiej 3/5/7, w ogródku na polu. Znaczy na dworze.

– Cześć Tomuś. Piotrek z taj strony. Nie chciałbyś popracować w lipcu w Warszawie? Jeden dzień.

– No jasne że bym chciał. A co to?

– Trójka robi nam jubileusz z okazji 25 lecia i wymyśliliśmy, żeby stanęła tam nasza ochrona. Płacą dobrze, zwrot, umowa zlecenie. Tylko jest mały problem, bo nasi koledzy z Warszawy wtedy nie za bardzo mogą i może mógłbyś mi kogoś zaproponować.

– No jasne. Mam takich wyrośniętych fanów. Kumana kojarzysz? Kuman trenował jakieś walki i spokojnie da sobie radę. 

– Kojarzę, może być. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Nie wiem skąd mi taki pomysł wpadł do głowy, ale na 25 lecie zespołu Kult pojechałem w garniturze. Chyba Kazikowi naopowiadałem, że skora jest taka ważna chwila, to uczczę ją godnie. I jak idiota do Warszawy pojechałem w gangu. Z powrotem też, ale już pijany, więc mi latało, że tak jest.

Koncert był fajny, kameralny i transmitowany na żywo na cały kraj. Z powodu ciągłego wrzucania na scenę kartek z pozdrowieniami, sztuka przeciągnęła się strasznie. Pierwsze, drugie i piąte pozdrowienia były jeszcze spoko, ale kolejne, które Kazik niechętnie, ale konsekwentnie czytał, zamuliły sztukę bardzo.

Po wszystkim poszliśmy do jakiejś mordowni, możliwe nawet, że do słynnego wśród kibiców Legii „Źródełka”. Z zespołowej bandy był Banan, Morwa, może Irek. Kult Forum w pokaźnym zespole, ja i Kuman.  Jakiegoś wielkiego baletu nie było. Nie ma się co dziwić, lata leciały i nie było się czym chwalić. Poza tym trzeba było wracać do domu.

Trasę październikową tego roku zero siódmego, postanowiliśmy z moim prawie bratem-przyjacielem, oraz z moją rodziną rozpocząć od wizytacji koncertu w Londynie. Świat nagle zaczął się kurczyć i to co kiedyś nie miało prawa zamarzyć się nawet we śnie, teraz było na wyciągnięcie ręki. A wszystko zorganizował Dorek i ciocia Monika.

Dorek był najpierw moim kolegą z Kult Forum, potem zwróciłem na niego uwagę, bo został najmłodszym radnym w Polsce, a znać radnego to jak znać papieża, i w przepięknej Kolbuszowej zaczął organizować oraz współorganizować koncerty. Aż w końcu wymyślił festiwal Spinacz i przy mojej niewielkiej pomocy zrobił coś, co wydawało się nie do zrobienia. I trwa to do dzisiaj. Ale o tym będzie w specjalnie poświeconym rozdziale.

Londyn mogliśmy zaliczyć dzięki cioci Doriana, która była niewiele od niego starsza, jak na ciocię, i która to ogarnęła nam cały pobyt od strony logistyczno noclegowej.  Nam pozostało już tylko dolecieć i żyć.

Z życiem problem był duży jeszcze w Polsce. Wylot mieliśmy w niedzielę bardzo rano, koncert był  późnym popołudniem, dzień zostawał nam na szybki rekonesans po miasteczku Londyn, i we wtorek mieliśmy wracać. Plany lekko komplikowała nam sobota, bo w przeddzień naszego rannego wylotu mieliśmy wesele Mirka Skowronka. Komplikacja polegała na tym czy nie pójdę na weselu do spodu z radości i przez to nie dotrę na lotnisko, albo mnie do samolotu nie wpuszczą. Wesele było bardzo udane, bo wesela pod miastem zawsze są bardzo udane i tak żeśmy świętowali, że Kurka lekko zwariował i rzucał przed siebie szklankami. A że przed nim siedzieli ludzie, to sytuacja był mocno podbramkowa i zagrażająca zdrowiu. Na szczęście sytuację udało się opanować, opić i skoro świt, odebrani przez Doriana ruszyliśmy w świat. Jednak droga do świata nie była drogą usłaną różami. Przy odprawie okazało się bowiem, że to, co podrukowałem sobie i miało być biletem, nie jest żadnym biletem i mogę sobie tym co najwyżej tyłek podetrzeć. Za wydruk zapłaciłem na lotnisku jak za trzy kolejne bilety i najchętniej jebnął bym tym wyjazdem w chuj. Ale nie wypadało aż tak afiszować swojej głupoty. Zagryzłem więc zęby, zapłaciłem i polecieliśmy. Rodzina była szczęśliwa.

Potem wszystko szło już chyba dobrze. Po zameldowaniu się w południowej części miasta kolosa Londyna, zostawiliśmy Kasię Notoryczną i Tomka juniora, a sami, ja, Dor i ciotka Monika ruszyliśmy pod klub. A klubem tym była słynna Astoria Theatre. Kiedyś teatr, potem kino, a wtedy sala koncertowa z zajebistą akustyką. Dwa lata po tym koncercie klub został zburzony i chyba Kult zagrał tam swoją ostatnią sztukę tego roku.

Na koncert wystroiłem się w koszulkę Kult Ochrony i z dumnie wypiętą piersią paradowałem po centrum Londynu. Jeśli coś takiego tam jest.

– O patrzcie! Kult przywiózł swoją ochronę! – ludzie pokazywali mnie palcami i przybijali, piątki, szóstki i siódemki. Byłem szczęśliwy.

Przed koncertem spotkaliśmy się z naszym człowiekiem z Kult Forum na obczyźnie, kibicem Łódzkiego Widzewa, Holbą. Ludzie sprzed monitorów stawali się realnymi postaciami, co cieszyło bardzo.

Menedżment zespołu w osobie PeWusa poinformowałem o przybyciu chyba dopiero przed sztuką, żeby zdziwko było jaki to jestem światowy a Szczecin to nie jest kres moich możliwości. A może zapowiedziałem się wcześniej, żeby nie popuścić ze wstydu jakbym nie wszedł na koncert? To jest do ustalenia w Londynie, w pubie przy piwie. W każdym bądź razie weszliśmy, a ja jako gość samego zespołu, dostałem na klatę nalepkę dla gości bardzo ViPażnych. Dla cioci Moniki i Dorka nalepki miały być załatwione po sztuce. Dorek został więc z ciocią na sali, a ja ruszyłem odkrywać to, co do tej pory było dla mnie nie odkryte.

Sala Astorii była duża, z balkonem na kilkaset osób, może na trzysta, może czterysta, wysoka bardzo. Obok sceny, z prawej strony było wejście do klatki schodowej, którą szło się na drugie piętro do garderoby. W klubie obowiązywał całkowity, ale taki całkowity zakaz palenia. I chcąc zapalić, a paliliśmy wtedy wszyscy bez mała, trzeba było zejść na dół i wyjściem za sceną udać się na zewnątrz, na ulicę. I jak na ulicy można było palić, to już nie można było pić alkoholu. 

– Eeee tam, pierdolenie. – Wojtuś Jabłko, który robił wtedy w technice, nie wierzył w angielską prewencję. – Patrzcie, mam drinka w kubku po kawie. I co?

I staliśmy, paliliśmy sobie, gadaliśmy, Kazik wspominał jak do Londynu jeździł lat temu kilkanaście i nagle, ni stąd ni zowąd podjechała londyńska policja. My, poza Kazikiem ,to raczej ani me ani be wtedy po angielsku i sytuacja zaczęła się napinać jak guma w majtach. Na szczęście szybko zjawił się Tomek Buch, londyński organizator tej i setek innych sztuk i pogadał za nas. Poprosił Wojtka o zabranie kubka do środka, bo w przeciwnym razie koncert się nie odbędzie. Szczęki nam opadły na angielski bruk. Mieliśmy jeden kubek na pięciu, do tego nie świadczący o jego alkoholowej zawartości, a i tak nas rozczytano zawodowo. Postanowiliśmy więc już być grzeczni i stosować się do przepisów.

Wystrojony w koszulkę Kult Ochrony, z nalepką formatu „pół a 4 na klacie”, miałem wejście wszędzie. Może nawet do łóżka królowej anielskiej, znaczy angielskiej, ale nie sprawdzałem bo zaczął grać Kult. Uwierzcie, że jak to wszystko ruszyło to publika zwariowała, a mnie włosy stanęły dęba. Nasi, tam w stolicy królestwa, spijali Kazikowi z ust każde słowo. Łaziłem, kręciłem na kamerze, ( mam gdzieś materiał, poszukam), przeżywałem bardzo. W pewnym momencie obszedłem scenę od dupy strony i stanąłem za Tomusiem Ghoesem. Kazik stanął obok mnie i zaczął do mnie mówić, a ja wszystko słyszałem jakbyśmy byli sami na scenie.

– Dobrze jest?

– Znakomicie.

– Patrz jak to tutaj brzmi. Na scenie nie ma hałasu i wszystko słychać. A jak z przodu?

– Bardzo dobrze. Głośno, czysto, selektywnie. Dla mnie bomba.

– Dobra akustyka jest, bo to był kiedyś teatr.

– Niesamowite. Nie musimy do siebie krzyczeć. Jest zawodowo. – byłem zdziwiony, bo Kazo był już lekko głuchawy a rozmawialiśmy cicho.

Po tym co odbywało się na naszej ziemi, miałem wrażenie, że jestem na prawdziwym zachodzie. Sprzętowo i organizacyjnie różnica była duża. Ale nie dwadzieścia siedem do jednego, może tak ze dwanaście do trzech? A wyprzedzając fakty, za kilka lat dogonimy a nawet przegonimy angoli o kilka długości. Przynajmniej w sztukach muzycznych średnioformatowych.

Koncert był znakomity, a Polskę wyśpiewała cała sala, podnosząc emocje do niespotykanej dla mnie wcześniej granicy. Włosy stawały mi dęba na głowie, na rękach a jak ktoś był hobbitem, to mogły by mu stanąć i na stopach.


Po koncercie w garderobie na drugim piętrze rozpoczęliśmy świętowanie. Pościągaliśmy najwierniejszych znajomych i zaczęło się przeżywanie tego czego byliśmy świadkami. Tomasz Buch, znakomity organizator, zadbał o odpowiednie zaopatrzenie w napoje i ruszyliśmy w tany. Do hotelu było niedaleko, więc nikt się specjalnie nie spieszył. Kiedy już mieliśmy w czubie tak w sam raz, najtrzeźwiejszy z nas, bo nie pijący, Piotrek menadżer skinął na mnie.

– Tomuś, jak było?

– No super. Zajebiście.

– Akustyka ci się podobała?

– Bardzo.

– To poznaj tego kolegę, jest z Australii, on robił dźwięk.

– Wow! Najs tu miczju. Wery gód dżob, men! Ajem Tomek! – poleciałem harwardzkim angielskim, żeby dać nowemu koledze szansę na złapanie o co mi kaman.

– Tutaj on coś mi mówi, przedstawia się, a że ja nic nie kumałem, to tak z grubsza piszę co on niby wtedy mówił. – powiedział.

– Wery super gód. Duj u from Australia podobno? Piotrek mi spiking.– to już ja mówiłem rozumiejąc siebie doskonale.

– Yes, yes. Melbern. – znowu on, z akcentem australijskim odpowiadał, więc jednak coś kumał.

– Gómi, weź się z nim wymień koszulkami. Daj mu koszulkę Kult Ochrony. Dobra? – Piotrek się wtrącił, chcąc mnie pozbawić mojej koszulki roboczej a czasem odświętnej.

– Jasne! Ale w Polsce mi dasz nową?

– Oczywiście! Wymień się z nim, nakręcę was!

– Dobra! Tylko weź mu wytłumacz o co chodzi.

– Dobra! Lisin tu mi frend. Giw Gómiemu jur szirt! Okej? – Piotrek znał język angielski z naleciałościami oksfordzko bruklińskimi.

– Łot? – realizator się uśmiechnął, bo chyba myślał, że chcemy od niego kasę pożyczyć.

– No ten szirt. Ty ju giw szirt Gómiemu a on giv szirt Gómiego ju. Okej? – i Piotrek zaczął go szarpać za przepoconą koszulkę. – Ałer koszulka is de Best. Espeszjal. Patrz. – i szarpał dla odmiany za moją.


Australijczyk się uśmiechnął. Ale kasy nie chciał pożyczyć. Chyba nie miał gotówki.

– Kazik, chodź nam pomóż. Kolega chyba nie rozumie po angielsku. – szukałem pomocy.

– Ale że co?

– No powiedz mu, że wymieniamy się koszulkami. Ja mu dam naszą, kult ochrony, a on mi swoją. – streściłem temat.

– Aha. – i Kazik zaczął mu mówić po australijsku chyba, bo koleś załapał.

To była wymiana życia. Ale nie dla mnie. Dostałem śmierdzący, sprany i znoszony tszirt za moją cudowną zbroję. Zajebiście. Realizator opowiadał, że koszulka którą mi daje, jest jakaś specjalna, z jakiegoś spotkania serferów australijskich  i takie tam pierdoły. Z nerwów naszło mnie na palenie.

– Idę palić.

– Ja też. Ale nie chce mi się schodzić. – Kazimierz też potrzebował nikotyny tak jak i ja.

– Tomek, gdzie tu możemy zapalić? – rzuciłem w stronę Bucha.

– Tylko na zewnątrz. Tutaj w Anglii przepisy są bardzo surowe. Wszędzie są czujki, które działają na najmniejszy dym. Musicie zejść na dół.

– Aha. To idziemy. – wziąłem Kazika pod rękę i wyszliśmy z garderoby.

Po zamknięciu drzwi, złapałem za klamkę w sąsiednim pomieszczeniu, które stanęło przed nami otworem.

– Co ty robisz? – Kabura się zdziwił.

– Nic. Wchodź. Zobaczymy co tu jest. Może można palić?

Podszedłem do okna i po chwili mocowania się z brytyjskim zamykaniem otworzyłem okno. Ale nie na oścież, bo się nie dało, tylko tak bardziej uchyliłem, na kilka centymetrów.

– Patrz! Jest szpara. Jak będziemy w nią dmuchać to czujniki nie zareagują. Dawaj fajki, jaramy. – zadecydowałem pijany.

– A jak się coś włączy? – Kazik miał więcej do stracenia, a mnie mogli nawet teleportować.

– To uciekniemy. Dawaj! Jaramy.

I zajaraliśmy jednego na spółę, z twarzami wciśniętymi w szczelinę uchylonego okna Astorii Theatru. I tak to wyjebaliśmy brytyjski system na cacy. Jakby nas Niemcy mieli przy inwazji w 1940 roku, to by się dzisiaj w Londynie prawą stroną jeździło, jak w faterlandzie.

Po opróżnieniu butelek w garderobie ruszyliśmy do hotelu, zobaczyć jak hotel ma bar wyposażony. Okazało się, że całkiem nieźle i dotankowaliśmy do pełna.

– Jutro pójdziemy tu do takiego fajnego pabu. Zbiórka o siedemnastej! Gdzie śpicie? – Kazik ustalał plany na poniedziałek.

– Na południu. Koło stacji Tooting Bec.

– To do jutra. Idę spać. Cześć. – Kazik poszedł, a my wróciliśmy na chwilę do reszty ekipy dopić piwo i się pożegnać.

Ponieważ była już ciemna noc, a my byliśmy lekko zaorani miejscowymi trunkami i emocjami, postanowiliśmy wracać prawdziwą, angielską taksówką, wersją oryginalną z szybą pomiędzy pasażerami a kierowcą. Taką też złapaliśmy na machnięcie ręką. Monika ustaliła, gdzie dojedziemy za posiadane pieniądze i okazało się, że tylko kilometr trzeba będzie przejść. Taksówkarz był niezwykle miłym chamem i co chwilę poprawiał ciociny akcent, co mnie strasznie wkurwiało. Ciocię też i mu dogryzała. Ona po angielsku, ja trochę po Polsku ale mnie cham nie poprawiał bo się raczej na polskim nie znał. Nie polubiliśmy się ani trochę. Może to przez tą australijską koszulkę, która dość mocno śmierdziała albo za dogryzanie mu? Może. W każdym razie nie pojechaliśmy ani metra dalej niż nasza kasa pozwalała. Cham wysadził nas gdzieś w londyńskiej dupie i obsikując teren jak psy, ruszyliśmy do cioci domu.  

Poniedziałek mieliśmy napięty okrutnie w plany i marzenia. Zrealizowaliśmy prawie wszystkie. Ja, Notoryczna, junior Tomasz i Dorek. Najpierw Condon Eye, czyli takie wielkie koło młyńskie, dzięki któremu zobaczyliśmy Londyn po horyzont.  Fajna sprawa, godna tej miejscowości. Wielka, potężna i luksusowa maszyna. Wszystko odbywało się w klimatyzowanych wagonikach, które podczepione u koła kręciły się powoli z dołu do góry i znowu w dół. Cudowna sprawa.

Potem zaliczyliśmy hamburgerownię sieciową. Dor, jako najbardziej znający englisz lengłicz poszedł zamawiać.

– Helloł! Plis giw mi for zestaw. Tri for old pipol end łan for czildren.

– Okej. A możemy rozmawiać po Polsku? Będzie nam łatwiej. – usłyszał i dzięki temu dostaliśmy to na co zasłużyliśmy.

Kolejnym punktem naszej wyprawy był taki wielki sklep z zabawkami. Junior miał tam używania i wyszedł z fajnymi prezentami, z których większość ma do dzisiaj. I do dzisiaj mi nie oddał za nie kasy. Ale za to ja przejąłem jego komunijne wpłaty i w sumie jestem sporo do przodu.

Przedostatni punktem, przed spotkaniem z Kultem, były odwiedziny znajomego z Krakowa w dzielnicy Arsenal. Ponieważ komunikacja w Londku jest znakomita, to odległość jak z Rynku w Krakowie do Bochni pokonaliśmy migiem, czyli metrem. Znajomy pracował w miłej restauracji, wiec zrobił nam coś espeszjal for as, i to espeszjal jedliśmy pałeczkami i było jak za granicą Europy. O czasie ruszyliśmy na nasze ostatnie spotkanie w pubie, w okolicach klubu Astorii. I wtedy się zaczęło wszystko gmatwać.

Dzisiaj są dwie wersje. Notorycznej, i ta wersja jest wersją z dupy bardzo, różną od rzeczywistości, przekłamaną i nudną. Druga jest moja, taka jaka została zapamiętana. Realna, oparta na faktach, zaskakująca, wartka, błyskotliwa i wręcz niesamowita. Nic więcej. Dorek mógł mieć swoją, ale do dziś nie pamięta, że wtedy był z nami. Ale są zdjęcia i mam na niego haka. Przeczytajcie więc moją wersję wypadków tego pięknego popołudnia w mieście Londyn, w dzielnicy Arsenal.

Na naszej stacji było sporo ludzi, którzy wracali z pracy. Przeszliśmy przez pierwsze barierki i ruszyliśmy do schodów ruchomych, które miały zwieźć nas w dół, na naszą platformę, czyli inaczej stację, skąd odjeżdżało nasze metro. Niestety, junior puścił moją rękę i zatrzymał się przed zainstalowanym w ścianie przyciskiem alarmu, który należało uruchomić przez naciśniecie w przypadku zagrożenia. Takie przyciski powstały chyba po zamachach w Londynie w 2005 roku. Zanim do młodego podbiegłem, ten już nacisnął przycisk i dał znać służbą, że coś jest nie tak. Czy coś zaczęło sygnalizować dźwiękiem czy nie użycie alarmu, nie pamiętam. Staliśmy za to chwilę, żeby w razie pojawienia się kogoś, wytłumaczyć zachowanie dziecka jako przypadek. Czekaliśmy minutę, nikt nie przyszedł, więc postanowiliśmy wiać. Zjechaliśmy na nasz przystanek, wskoczyliśmy do metra, drzwi się zamknęły, potem otwarły i ktoś zaczął bełkotać coś przez mikrofon. Pasażerowie po wysłuchaniu bełkotu, który w przeciwieństwie do nas zrozumieli, ruszyli do wyjścia na powierzchnię. I my z nimi.

Przed budynkiem metra było jakieś zamieszanie. Policja na koniach, policyjne suki na sygnale i takie tam. Chyba to wszystko spowodował mój syn korzystając z przycisku. Ale za bardzo nam się spieszyło, żeby tłumaczyć policji o co chodzi. Zresztą pewnie nikt z nich nie mówił po Polsku to i nic by nie zrozumieli. Zadecydowałem więc, że wskakujemy do pierwszego lepszego autobusu i jedziemy w siną dal. W autobusie mieliśmy się zorganizować za pomocą map transportu miejskiego które dała nam ciocia Monia. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy wskakując do klasycznego piętrusa. Nasza wesoła, a wtedy przerażona jednak czwórka i obca nam trójka policjantów. Usiedliśmy na dole. Wszyscy. My pośrodku autobusu, służby na końcu. Na kolejnym przystanku poszliśmy na autobusowe pięterko. Policjanci za nami. My siedliśmy z przodu, tamci z tyłu. Czuliśmy się bezpieczni i zadbani. Po kilkunastu minutach ustaliliśmy miejsce przesiadki, które miało nastąpić za godzinę. Jazda autobusem była ciekawsza ze względu na widoki, ale dużo wolniejsza od podróży metrem. Po półgodzinnej wspólnej podróży, nasi aniołowie coś przez nadajnik pogadali i nie spuszczając nas z oka wyszli. Wygląda na to, że musieli nas śledzić od momentu naciśnięcia przycisku alarmowego. Najpierw w monitoringu, potem osobiście. Ale po stwierdzeniu, ze jesteśmy co najwyżej wioskowymi głupkami z europy wschodniej a nie poważnymi terrorystami, dali nam spokój.  Mogliśmy więc bez stresu pruć do kolegów z zespołu.   

 Z tym pruciem to nam trochę zeszło i jak dojechaliśmy na miejsce, to część zespołu poszła w miasto, część do spania, a ci którzy czekali na nas, potrzebowali bardziej mojego ramienia jako wsparcia w drodze do hotelu. Wspólne biesiadowanie odłożyliśmy więc do  czwartku, bo w czwartek rozpoczynaliśmy polską część trasy pomarańczowej.

Nasza rodzinna wyprawa skończyła się we wtorek wizytą u królowej pod pałacem. Wspólnej herbaty nie było, bo królowa chyba na wieś pojechała, ale pokręciliśmy się w okolicy, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy na lotnisko Stansted, żeby wrócić do naszej polskiej, ligowej rzeczywistości.  

Z tym, że nie dotyczyło to mnie. Bo na mnie czekała kolejna przygoda życia na pomarańczowo. Wracałem więc z radością i nadzieją, licząc na kolejne przygody z Kultem, Kult Ochroną, fanami i wszystkimi tymi którzy już nie mogli się nas doczekać. Nas i Wafla, który miał przyciągać przygody jak jogin joginki. A czy tak się stało? Zobaczymy.

10. Pomarańczowa 2006 contyunejszyn end Big Fajnal w Spodku.

Do Wrocławia wyruszyłem zapewne pociągiem. 19.06.2006 roku. Piszę to bardziej z kronikarskiego obowiązku, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Nie pamiętam żeby wtedy coś szczególnego we Wroclovju się wydarzyło. Pewnie nawet na miasto nie wyszliśmy, w obawie, że nas po zeszłorocznej aferze prądowej mogą szukać. Może wszystko skończyło się jakąś siłownią i zdrowym jedzeniem do spania? A fuj!

Tak samo jak nie pamiętam jakoś szczególnie koncertu w Krakowie dzień później. Może poza tym, że odbył się on w klubie Studio, w którym za dwa lata będę współorganizatorem koncertu zespołu Kult i tak będzie przez pół dekady, może dłużej.  

Na krakowski koncert Dario Niepotario zaprosił piłkarza krakowskiej Wisły, wcześniejszego Lechitę, Polonistę, Legionistę, czyli piłkarza ekstraklasowego, Pawła Kaczorowskiego. Paweł wsławił się tym, że kibice Legii Warszawa go znienawidzili bo śpiewał brzydkie piosenki o niej, kiedy grał w stołecznej Polonii. I jak potem do Legii poszedł kopać, to go miło nie przyjęli i musiał stamtąd wiać. I wylądował w Wiśle. A skoro był w Krakowie, to dostał zaproszenie, bo Darek lubił zapraszać piłkarzy, a wielu piłkarzy znał i szanował. Pod warunkiem, że grali w Legii. Koncert się Pawłowi bardzo podobał i bar mu się podobał, a nam podobała się jego bezpośredniość, zwyczajność i chęć do wspólnego biesiadowania. Może to wtedy ruszyliśmy na Kazimierz większą częścią bandy? Ja na chwilkę, bo sobotę zamiast z Kultem spędzać w Rzeszowie planowałem spędzić na weselu Jarka Ordika. Bez problemu dostałem wolne, bo Rzeszów jeśli korzystał z naszej bramki, to symbolicznie. Szybko więc zwiałem zostawiając bramkarzy Kazika na mieście. Co się tam wtedy działo tego nie wiem. A ponieważ wszyscy byli poukładani, to nie działo się nic. Prawie nic.

Bo Wafla poniosło grubo na żydowskim Kazimierzu. Na wspólny aquarobik zaczął jakaś blondynkę świeżo poznaną namawiać i może by i ją namówił, ale w pewnym momencie prąd mu odcięło i obudził się w sobotę rano, chwilę przed wyjazdem w hotelu trzeciej kategorii, bo taki dostaliśmy . Obudził się sam. Ale czuł jakby nie był wcześniej sam. Przynajmniej tak sądził, że jednak aqua było uprawiane, kiedy rano w swoim łóżku znalazł czepek. I to nie taki na głowę, a bardzie taki na siusiaka raczej. Taki mały, podłużny i gumowy. Do tego w czepku było jakieś takie dziwne coś. Jakby płyny ustrojowe. Jak to zobaczył, mało z dumy nie pękł. Bo nie dość, że aqua było robione, to jeszcze dopłynął w rozkoszy do samego końca. Jak rakieta. Do eksplozji.

Jeszcze w trakcie trasy, ktoś tam się przyznał, chyba ten co z Waflem spał w pokoju w Krakowie, że tak mu się żal Wafla zrobiło, który gadał przez sen, „Żaneta, Żaneta kocham twoje blond włosy”, że postanowił jakoś spełnić nocne marzenia senne kolegi. Zakupił więc kondom, rozpakował go, napluł do niego, zmiętolił go i podłożył śpiącemu jako dowód na wspólną noc w rytmie aqu. Niewiarygodne. Co to za głupole były. Przy reszcie załogi odstawali wyraźnie swoim zachowaniem, brakiem savuoru  a nawet viwru i było nam przez to trochę wstyd.

Sobotę spędziłem pod Krakowem, na weselu. Było wspaniale, swojsko, swojako, przyjacielsko i takie tam same superlatywy różne bym sypał, jakbym umiał. Jarek jest w szczęśliwym związku do dzisiaj, ma dwójkę super dzieciaków, a ja mam nadzieję, że kiedyś i na moim weselu będzie równie wspaniała atmosfera. Ale to jak dorosnę do swych lat. Bo garnitur z tego wesela mam do dzisiaj i w niego wchodzę bez problemu. Dacie wiarę?

Kiedy ja pląsałem i się weseliłem, moi kompani od łapania robili Sodomię i Gomorię w Rzeszowie. Poniosło ich strasznie. W Rzeszowie nie było to zbyt skomplikowane, bo właściciel rzeszowskiej Akademii, otwierał alko podwoje już przed koncertem. To wprowadzało Kult ekipę w nastrój sielski i anielski. Pierwszy w tłum wskoczył ze sceny Kazik. Publika niosła go po całej hali sportowej, bo w takim miejscu koncert miał miejsce. Potem latała Kult Ochrona a na końcu nasz osobisty, bydłobusowy kierowca. Tak mu się to latanie spodobało, że latał kilka razy i po każdym lataniu opijał swój wyczyn. A ponieważ był kierowcą i jednocześnie człowiekiem o słabym trawieniu alko, w niedzielny poranek nie nadawał się do jazdy. Ale od czego była bramka? Jak trwoga to do Bzyka, Darka, Gumy, można było walić jak w dym. Tym razem kołem ratunkowym został Bzyk. Busem umiał powozić doskonale, bo nie raz i nie dwa kostkę po kraju woził i dzięki temu wyniki naszej ligi były takie jakie były.

Z wesela wróciliśmy nad ranem. Notoryczna poszła spać, a ja tanecznym krokiem ruszyłem na wylotówkę na Katowice, skąd bydłobus miał mnie zabrać do Bielska i Białej. Kilka chwil przyszło mi poczekać na transport, bo przez całą trasę nowy kierowca uczył się powozić nie swoim pojazdem. Na widok Bzyka za kierownicą, zrozumiałem, że Rzeszów nie brał ofiar i po wgramoleniu się do środka, zająłem miejsce leżące obok umierającego oryginalnego kierowcy. Długo nie pospałem, bo przy zjeździe w Katowicach na Bielsko, siedzący obok kierowcy Wafel zakomenderował:

– Stań przy tej grzybiarce Bzyku.

Bzyk stanął a Wafel przeszedł do rzeczy.

– Po ile lody?

– Piatdiesiat.

– Kurde, ale drogo! A pokaż balony w promocji. Kolega nam tam z tyłu umiera i może by chciał loda. Te kierowca chcesz loda?

– Niue! Niue chce. – bełkotał biedny a ja bałem się żeby mu się na mnie nie ulało paszczą.

– A ty? Górnik? – zapytał mnie myląc moją ksywę okrutnie.

– Może bym wziął dwie gałki? Albo trzy. – zdecydowałem się.

– Ty, Bzyk. Co to za debil? – Wafel nie wierzył, że ktoś taki jak ja jeździ z nimi. – Jedziemy. – zakomenderował, a do okna krzyczał. – Za drogo! Za drogo! Spasiba! Do swiedanja!

I szlak lody trafił przez niego i o grzyby nie zapytał.

Do Bielska daleko nie było. W hotelu odsypialiśmy czas do sztuki, przynajmniej robili to ci których poniosło, czyli ja weselnik i kierowca latawiec. Reszta, poza Waflem, który gdzieś zginął po przyjeździe, poszła na siłownię. Darek, Guma i Bzyk dbali o tężyznę i jak tylko okoliczności pozwalały, pracowali nad sobą i swoim ciałem, w co do dzisiaj nie mogę uwierzyć. A wy?

Bielski koncert został zorganizowany w centrum handlowym, na poziomie plus drugim. Żeby dostać się do garderoby, musieliśmy przejść przez galerię, potem schodami ruchomymi pokonaliśmy kolejne poziomy, pod czujnym okiem klientów, wśród których było już wielu fanów, a ci machali do zespołu i przy okazji do nas, ciesząc się na nadchodzącą sztukę. Kiedy przyszła godzina prawdy, zostaliśmy przeprowadzeni obok kręgielni do czegoś na kształt wielkiej dyskoteki. Stanowisko naszej pracy usytuowane było naprzeciwko baru, co spowodowało u mnie najpierw odruch wymiotny, który po chwili zastąpiła tak zwana potrzeba uzupełnienia płynów. Skoczyłem więc szybko do garderoby i duszkiem wypiłem butelkę elektrolitów Żywca albo Heinekena. Teraz mogłem pracować. Oczywiście do czasu.

Bo jak zespół zaczął grać, publiczność naparła na nas, barierki się zsunęły i w ostatniej chwili zdołaliśmy się uratować przed zgnieceniem. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze nastąpiło wtedy, kiedy publika zaczęła skakać. Podłoga zaczęła pracować góra-dół, spojrzeliśmy po sobie, potem złapaliśmy kontakt wzrokowy z zespołem ,który też poczuł, że wszystko faluje i nie wiem jak reszta, ale ja zacząłem się modlić i zastanawiać jednocześnie jakie mam szanse ocaleć z katastrofy budowlanej. Wyszło mi coś około dwóch procent. To chyba było mało. Ale uciec nie mogłem, bo byłem twardzielem z Kult Ochrony, formacji paramilitarnej w skład której wchodzili sami najlepsi z najlepszych. I Wafel.

W połowie koncertu zauważyłem, że wszyscy moi koledzy przyzwyczaili się do sytuacji, Kazik biegał po scenie, Jerzyk tuptał w miejscu, Gruda próbował nie usnąć, Banan stał z miną tak poważną, jakby chciał butelki wzrokiem potłuc, Morwa koncentrował się na chwytach w swojej gitarze, dęciaki radośnie popierdywały a Ghoes patrzył w lustro czy dobrze wygląda jak gra. Bo on wtedy grał do lustra. Tak się kochał bardzo, że ciągle musiał się sobie przyglądać. Z takim podejściem mógłby robić w Bon Jovi albo Modern Talking.

Ochrona też przestała zwracać uwagę na falujące podłoże i tylko ja klepałem zdrowaśki, żeby po ewentualnej katastrofie i śmierci, prosto z Bielska Białej unieść się ku wyżynom raju niebieskiego, albo przynajmniej polecieć do czyśćca. W końcu żyłem na kocią łapę a tacy mogą rozkoszy raju nie dostąpić. Zdrowaśkami chciałem poprawić swój status i liczyłem na cud.

Pierwszy wymodliłem po dwóch godzinach i trzydziestu minutach. Koncert się zakończył szczęśliwie. Kogo mieliśmy złapać , złapaliśmy, kto miał spaść ten spadł, a konstrukcja galerii okazała się na miarę naszych potrzeb. Drugi cud czekał na mnie w garderobie, bo nie wszystkie piwa wypito i można było kolejne przeżycie świętować. Po kilku jasnych pełnych, nucąc pod nosem:

Znowu dziś widzę zachód słońca 
Znowu udało się doczekać końca 
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było 
Wielu, nawet ich nie liczyłem 

Codzienne żniwo swoje zbieram 
Kres podróży każdego dnia 
Być czy mieć? – takie dwa pytania 
Bliżej ku celom posiadania 

Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć 
Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele 
Gdy wszystko skończy się jak myślałem 
Wsyp mnie do ziemi, stąd przyjechałem 

Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
*  

   *Kult, fragment utworu” Komu bije dzwon”

udałem się do hotelu. Jeszcze dobrze nie usnąłem a już trzeba było wstawać, żeby zdążyć na pociąg o 5:00, dzięki czemu mogłem prosto z dworca udać się do pracy. A towarzyszył mi nieodłącznie mój kochany Kult, który podśpiewywałem sobie leząc na dworzec.

Więc głowa do góry, gdy dzień wstaje rano 
Od tego są nogi, by łazić na nich 
We dni, czy gorsze, czy lepsze 
Ten jest ostatni, który nie pierwszy 

Brzdęk, pękła czara pełna goryczy 
Rozlanych kropel już nie policzę 
Który dzień będzie ten dzień ostatni 
Byłem czy miałem? – dwie zagadki 

Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć 
Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele 
Gdy wszystko skończy się jak myślałem 
Wsyp mnie do morza, stąd przyjechałem*

 *Kult, fragment utworu „ Komu bije dzwon”

Na dworcu poza sobą samym spotkałem też Janka Zdunka, który okazał się rannym ptaszkiem i korzystając z dobroci połączeń krajowych ruszył do najbliższych. Mieliśmy kilka dni na połapanie domowych spraw, podchowanie pacholąt i w moim przypadku między trasową harówkę w robocie. Byle do czwartku pomyślałem, bo tam czekała na nas sama Stolnica! Znaczy stolica wszystkich Polaków, Warszawa.

Koncerty trasy pomarańczowej w Warszawie miały miejsce w Stodole. Takim klubie. Żeby było po warszawsku, koncerty były dwa i to dzień po dniu. Młodzi Warszawiacy byli liczniejsi niż Młodzi Polacy w reszcie kraju, a już o Polsce C to nie wspomnę, bo tam żeśmy nie grywali. Tylko w Polsce A ( stolica) i Polsce B ( na zachód od Wisły). W C nie spodziewaliśmy się zastać słuchaczy naszej grupy którzy kupili by wystarczającą ilość biletów.

Pokój w hotelu miałem tylko dla siebie. Sam i dwa łóżka! I dwie noce. Z tego powodu jedną spędziłem na łóżku od ściany a drugą na łóżku od okna. Jak król. Z koncertów pamiętam niewiele. Sama Stodoła co prawda robiła na mnie wrażenie, tym bardziej, że byłem tam po raz drugi i trzeci, a pierwszy i drugi spędziłem od strony sceny. Na pewno było sporo znajomych z Kult Forum i poza łapaniem z tyłu głowy miałem myśli o szybkim końcu i wspólnym piciu piwa z nimi. Nasi stołeczni Kult Ochroniarze na swoim terenie zmieniali się w owieczki i przychodzili do pracy, a po niej zmykali do domu. Ja za to byłem królem życia.

Najpierw poznawałem wszystkich znanych których nie znałem, rodziny i przyjaciół zespołu,, potem łapałem, a po łapaniu leciałem do znajomych forumowiczów, bo w Warszawie ich obrodziło najwięcej z powodu najszybszego rozwoju sieci internetowej. Część znałem na żywo wcześniej, część poznałem tego dnia i na żywca mogliśmy się skonfrontować. Bo życie w sieci i życie w realu to jednak dwie różne sprawy. Wtedy wszystko siadło i było miło.

W naszej ochroniarskiej ferajnie też następował szybki rozwój. Dużo podśpiewywaliśmy z publicznością, tańczyliśmy, klaskaliśmy w dłonie do rytmu, a Guma, który okazało się umie grać na gitarze, z moim ukochanym zespołem występował na scenie. Było bosko, było rodzinnie, było cudownie. Spełniał się mój sen.

Z Warszawy, po dwóch udanych i wyprzedanych koncertach, uderzyliśmy na Łódź, na przedostatni koncert tej trasy. Niestety nie z tym śmiesznym kierowcą co ostatnio, bo mu  po Bzyczej jeździe na trasie Rzeszów – Bielsko padła skrzynia biegów. Uć. Tam miejscówkę w tych czasach mieliśmy w Dekompresji, w której dowodziła Emila. Łodzi nie lubiłem wtedy za bardzo. Tam wszystko budziło się trochę wolniej, czas zatrzymał się jakby w końcowej fazie komunizmu. Niby centrum Europy, a z tego co za oknem widziałem, czułem się jakbyśmy w Rumuni byli. Do tego jesień mogła mieć  wpływ na takie postrzeganie przeze mnie  rzeczywistości, albo osobny hotel dla bramki, który lokował się w piątej kategorii klasy na klas sześć, i klub który powstał w starym, mocno zaniedbanym kinie. Starym ale dużym. Jak Świt i Światowid w mojej rodzinnej dzielnicy. Łódź była pod względem pracy miejscem niezwykle ciężkim. Bo latający tubylcy mieli sporą nadwagę i wysysali z nas resztki energii. Tak bardzo, że po wszystkim nie mieliśmy już siły na nic. Nawet na powieszenie się w smutnym hotelu w smutny jesienny dzień.

Ostatni koncert roku Pańskiego 2006 wypadł w największej hali jaka w naszym kraju chyba istniała wtedy. W legendarnym katowickim Spodku. Emocje jakie towarzyszyły temu wydarzeniu czuć było już od początku trasy. Piotrek co jakiś czas sprawdzał sprzedaż i rozemocjonowany przekazywał Kazikowi, muzykom a i nam, że grupa Kult idzie na rekord frekwencji. Z powodu spodziewanych tłumów, wzmocniliśmy ilościowo, choć chcieliśmy też jakościowo wzmocnić, naszą ochronę. A jak to wyszło? Zaraz zobaczycie.

Jednego bramkarza załatwiłem ja. Esa, mojego starego przyjaciela z Jastrzębia Zdroju, fana Kultu, chłopa na schwał. Dwóch niewąskich zawodników dostarczył Dario. Jacka i Koziego. Dla Koziego było to ważne wydarzenie, bo zaaklimatyzował się w naszej grupie szybko i zaraz po tym, jak nauczył się rozróżniać Kult od KNŻ tu i Kazika solo, których też znał chujowo, został żelazną podporą, pierwszym bawidamkiem i podkręcaczem publiki w naszej szajce.

Ponieważ z Nowej Huty do Spodka jest rzut Seatem, zabrałem rodzinę całą w sile trzech osób. Siebie, Notoryczną Narzeczoną i Tomasza Juniora. Nocleg był zaplanowany w hotelu Olimpijskim, z którego na halę przechodziło się w kapciach. Była więc szansa, że nasz pięciolatek bez mała, Tomasz Karol, da radę przetrwać sztukę i dowie się z jakiego to powodu jego ojca pojebało bez reszty.

Na miejsce dotarliśmy grubo przed czasem. Jak wszyscy. Zbiórkę urządziliśmy u Darka w pokoju. Nowi nie byli w ciemię bici i mieli zaopatrzenie w postaci kilku wiśniówek. Postanowiliśmy więc jedną, góra dwie rozpracować przed robotą. Tym bardziej, że w Spodku było zimno. Przynajmniej na początku. Zanim odbiliśmy pierwszy flakon, zjawił się Esu. Też coś miał, ale odłożyliśmy to na potem i zaczęliśmy się rozprawiać z wiśnią nowych. W trakcie suszenia butelki drugiej wpadł do nas Kazik, wypił maluszka, może nawet dwa i poszedł koncentrować się do swojego pokoju przed najważniejszą sztuką sezonu 2006. Tym bardziej, że zanosiło się na rekordową frekwencję. Sześć tysięcy Ślązaków, wspartych ludnością polską wypełnił nić miało katowickie UFO po brzegi.

Wspomniałem wyżej, o małym co nieco, które przyjęliśmy przed pracą. Bramka i Kabura. To było naprawdę małe co nieco, bo jak ująć dwie półlitrówki na sześciu? A to co wydarzy się poniżej jest dla mnie tak niezrozumiałe, jak w czasach obecnych, popularność Tomka Organka jako pisarza.

W korytarzu, z którego zespół muzyków wchodził na, a my, bramka pod scenę, byliśmy tak ze dwadzieścia minut przed czasem. Wszyscy niemalże. Nawet moi ukochani, których zaopatrzyłem w kamerę do kręcenia mnie przy robocie, oraz opaski pozwalające krążyć im wszędzie, gdzie tylko by mieli  ochotę. Wszystkich związanych z trasą nosiło po całym korytarzu. Tylko zespół stał po kątach, skoncentrowany i przypominający sobie ostatnie nuty, żeby coś nie pochrzanić. Bramka krążyła od ściany do ściany, jak dziki w żołędziach. I wtedy, nie wiadomo kto i nie wiadomo czemu, wyjął biały marker i całej warszawskiej części bramki, poza Bzykiem, wymazał na Kult Ochroniarskich koszulinach znak Legii w kółku i słowo W-Wa. Na całej klacie! Jak to Wieteska menadżer Piotr zobaczył, to mało nie klęknął. Tym bardziej, że sam chylił się bardziej ku Polonii Warszawa, choć i Legii ciepła nie żałował. Decyzja była więc tylko jedna.

– Panowie! Tak nie można! To jest zespół muzyczny i nie chcemy siać antagonizmów. Czy was Bóg opuścił? – powiedział Piotrek, choć nie mam pewności czy użył Boga jako autorytetu, czy powiedział raczej, że nas, a raczej ich, tych z Warszawy po prostu pojebało. – Idę po nowe koszulki i nie chcę drugi raz tego widzieć. Kto to wymyślił?

– Wafel! – zakrzyknęliśmy razem choć Wafla wtedy nie było z nami, bo miał zlot joginów pod Łomżą.

Koncert rozpoczął się punktualnie z dziesięciominutowym opóźnieniem. Zespół zaczął grać, tłum ruszył w stronę barierek, barierki przesunęły się w stronę sceny, ale szczęśliwie zatrzymały w odpowiedniej odległości. Ludzie zaczęli płynąć wartkim strumieniem po swoich głowach w naszą stronę, więc nie było czasu na myślenie. Złapać, odstawić, patrzeć czy złapany nie chce na scenę wleźć, złapać, wyciągnąć, postawić, przesunąć, złapać. Uważać na nos, uskoczyć, przykucnąć, osłonić się. I nie za piersi, kuciapy czy moszny. Kontrolować miejsce chwytu. Wszyscy dawali radę. Prawie wszyscy.

Bartek, mój protegowany jakby stracił panowanie nad swoim ciałem. Brakowało mu wyczucia odległości, zachowywał się tak, jakby nie zauważał płynących do niego po ludzkich głowach wariatów. Jak już kogoś zauważył, to robił jakiś dziwny koszyczek, taki chwyt jakiś niespotykany i ludzie koło niego spadali. Kątem oka zobaczyłem Pewusa jak stoi i patrzy czy dajemy radę. Bartek nie dawał i wyglądało to słabo. Ale tak od trzeciego kawałka, wszystkie oczy i uszy zaczęły wytężać swoje zmysły do granic możliwości ponieważ Mistrz zaczął wokalnie kuleć. A Bartek zaczął łapać prawidłowo. Tylko nikt tego już nie widział bo mieliśmy problem na mikrofonie.

A dokładniej, precyzyjniej, tak prosto z mostu napiszę, że Kazik zaczął mocno fałszować i mylić teksty. Sam stojąc w fosie miałem problem ze śpiewaniem pod nosem wraz z moim idolem, bo nic się nie zgrywało. Zespół robił dobrą minę do złej gry, Kazik walczył sam ze sobą i z muzyką.  Raz było lepiej a raz gorzej. Kasia kręciła zamiast mnie muzyków, młody Gomółka po kilku kawałkowej euforii usnął na trybunie, a ja zastanawiałem się czy uda się ten koncert dokończyć. Ale przecież Kazik to Kazik, i dał radę jakoś dośpiewać do bisów, pomimo problemów z samym sobą.

W przerwie miała miejsce mała uroczystość, która odbywała się co roku na zakończenie trasy. Kazik wyczytywał wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z trasą, od menadżera do kierowców. Nasza Kultowa paka, poza zespołem i łachudrami spod bramek, wyglądała tak: Kajtuś realizator, Sebuś techniczny monitorowiec, Wojtek Jabłko, wtedy techniczny, Stanisław, legenda warszawskiej i polskiej techniki, i wszyscy inni których nie pamiętam. Mnie odwalało równo tego wieczoru. Koniec koncertu łapałem ubrany w czyjąś śmierdzącą i przepoconą czapkę, może i swoją, potem pod nią ubrałem worek foliowy z wody mineralnej i wyglądałem jak kretyn, choć wtedy myślałem, że jestem zabawny i ładny. Nie byłem.

Po całej ceremonii Kazik podszedł do Darka i coś mu na ucho powiedział. Już w fosie Dario podszedł do mnie i przekazał:

– Góma, będziemy Polskę śpiewać.

– Jak to śpiewać?

– No do mikrofonu. Zespół zacznie grać, my wskoczymy na scenę i zaśpiewamy pierwszą zwrotkę. Pamiętasz?

– No jasne. Wszystko pamiętam. – mówiłem jak automat, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego co się dzieje.

Po chwili Irek ruszył z pochodem basowym rozpoczynającym kultowy prawie hymn, Darek przycupnął przy krawędzi sceny i na znak Kazika pociągnął mnie za sobą. Wszystko zadziałało mechanicznie. Złapaliśmy wspólnie za mikrofon i jak na członków Kult Ekipy przystało, stanęliśmy na wysokości zadania śpiewając mocno i równo:

Poranne zorze, poranne zorze 
Gdy idę w Sopocie nad morzem 
Po plaży brudno-piaskowej 
Bałtyk śmierdzi ropą naftową 
Poranne chodniki 
Gdy idę, nie rozmawiam z nikim 
Jak jest w niedzielę nad ranem 
Po sobotnich balach chodniki zarzygane 

Polska 
Mieszkam w Polsce 
Mieszkam w Polsce 
Mieszkam tu, tu, tu, tu
*

*Kult, fragment utoru”Polska”          

I na czwarte „tu” przekazaliśmy mikrofon Mistrzowi, przybiliśmy piątki i wróciliśmy do pracy pod sceną. Byłem wniebowzięty. Spełniły się moje najskrytsze marzenia o których nawet nie marzyłem śnić.

Po robocie wiwatom nie było końca, nikt nawet jakoś specjalnie nie wspominał o niedyspozycji Kabury, a jeśli nawet to w żartach. Cieszyliśmy się że już koniec, nie spodziewając się burzy ,która zbierała się nie tyle nad naszymi, co nad naszego lidera głową. Ale zanim burza nadeszła ruszyliśmy w tany.

W hotelu Olimpijskim jest fajna knajpka z dobrym jedzeniem i napitkami wszelkiego rodzaju. Tam rozpoczęliśmy zabawę. I w pokojach, bo tam znowu można się było na start zaprawić niskim kosztem. Zabawa zabawą, ale mieliśmy też jakąś zbiórkę do wsparcia. Bzyczyna więc zorganizował koszulkę Kult Ochrony i poszliśmy razem do pokoju Kazika poprosić o autograf.

Na hotelowym korytarzu wpadłem na Janka Grudzińskiego.

– Słułułuchaj Goomi. Czy ja mógłby się jutro zabrać z tytyobą do Krakowa? Mam wynajęty apartament, narzeczona przyjeżdża i chcemy kilka dni spędzić to tu to tam.

– Ależ oczywiście! Nie ma sprawy. Ruszamy koło południa. Może być?

– Zyzynakomicie. Dziękuję. Ucałuj małżonkę.

– Sam ucałujesz jak Tomka uśpi. – cieszyłem się strasznie, że mogłem być pomocny moim idolom jakkolwiek tylko potrafiłem. I pognałem za Bzykiem do Pana Kazika.

Puk.Puk.Puk.

– Co tam? A to wy. – powiedział Kazik na nasz widok, wchodźcie.

– Kazo, my na chwilę. Koszulkę chcemy dać na licytację. Kult Ochrony. I żeby poszła drożej, to chcemy cię prosić o autograf? Możemy? – zapytałem.

– Możemy? – powtórzył ironicznie – Zawsze możecie. Lucka znasz Gómi? Bo Bodzia to pewnie kojarzysz?

W pokoju wokalisty gościli od prawej, mojej prawej, lekarz medycyny konwencjonalnej Lucek i bramkarz Łódzkiego Klubu Sportowego, Bodzio W. Lucek mieszkał w Katowicach i miał niedaleko, a Bodzio po meczu wziął taksówkę i przyjechał na koncert z Łodzi. Prosto po meczu. Obydwoje mieli swoje miejsca w Kazika sercu i jego twórczości.

Przywitałem się serdecznie, przedstawiłem dygając jak uczennica i po załatwieniu sprawy z koszulką wyszedłem obiecując powrót za jakiś czas. W międzyczasie zaliczyłem wizytę w knajpie, pokój ochrony i rozmowę z Esem, który był załamany.

– Nie wiem co się ze mną stało. Od dwóch dni się strasznie denerwowałem, nie mogłem spać i jeść. Gómi! Sraczkę miałem ze stresu. A jak zobaczyłem tyle ludzi to się przeraziłem i było jak było. Chujowo. – nawet dużego Bartka emocje pokonały.

– Nie martw się. Może jeszcze kiedyś połapiesz w Kulcie. Będę się starał, żebyś dostał szansę.

– Przeproś Wieteskę. Głupio mi.

– Sam se przeproś. Tylko za co? Zdarza się najlepszym.

Po sprawdzeniu jak tam moja rodzina sobie radzi, zdrowo podlany wróciłem do Kazika i jego gości.

– Aaa. To jest ten Gómi z Huty. – Lucek zaczął mnie badać. Jak lekarz.

– Aaa. To jest ten Lucek z piosenki? – Odparłem atak i się polubiliśmy od razu.

Bodzia to jak bym znał od lat. Jak jeździłem do Mielca na obozy kadry Makroregionu Małopolskiego, to nie raz oglądałem na żywo treningi Stali, w której Bodzio zaczynał. Poza tym Kazik mi o nim sporo opowiadał, bo zakolegowali się razem kiedy Boguś kopał w Legii. W pewnym momencie, mocno już podlany zaproponowałem Bodziowi prezent.

– Bodzio, a Nową Hutę lubisz? – zapytałem.

– Lubię. Hutnika znam. No lubię.

– To mam dla ciebie prezent! – i ściągnąłem piękną bawełnianą bluzę z kapturem w kolorze szarym, z wielkim, pięknym napisem Nowa Huta. – Masz. Jest twoja!

– No co ty?

– Masz! – brzmiało to już trochę jak „ze mną się kurwa nie napijesz”?

– No bierz jak ci daje! – Kazik się nie zastanawiał i wziął bluzę z moich rąk i dał Bodziowi.

– Dzięki. – Bodzio był zaskoczony.

– To napijmy się! Luceeeeek! Polewaj! – wokalista obudził doktora.

Doktor burknął:

– Czego? – i znowu zasnął, więc jako najmłodszy polałem ja i zaczęliśmy rozmawiać o futbolu w wydaniu naszym krajowym.

A że pod futbol wódeczka wchodzi jak ta lala, to po pół godzinie byliśmy już mocno porobieni. Ja najbardziej, potem wokalista i na końcu, najlepiej wytrenowany z nas, Pan Bramkarz Piłkarski. Wtedy też uświadomiłem sobie, że bluza która stałą się  prezentem była jednak droga, jak na mój portfel, i postanowiłem o nią powalczyć.

– Boguś, ale obiecaj mi, że będziesz w niej chodził. Obiecasz? – mówiłem ze łzami w oczach.

– Będę! – Bodzio był konkretny.

– To dobrze, ale jak byś nie chciał w niej chodzić, to nie musisz. Możesz mi ją oddać. Dobrze?

– Dobrze. Masz.

– Ale nie. Nie oddawaj. Bo jak będziesz chodził to jest twoja. Ale jak nie no to wiesz, szkoda by było.

– Kurwa. Gómi! – Kazik się wtrącił, a że przeklina niezwykle rzadko, o musiałem go zezłościć mocno – Skoro już mu dałeś to mu nie zabieraj. A ty mu – spojrzał w stronę Bodzia – prezentu nie oddawaj.

– Nie zabieram. Ale zrozum, że jakby miał nie chodzić w tej bluzie, to się zmarnuje. – kluczyłem jak mogłem. – Bodzio! Będziesz chodził? Obiecaj! – prawie płakałem.

– Będę. – Bodzio był nieugięty i lekko już zdezorientowany całym bluzowym zamieszaniem.

– To napijmy się! Luceeek! Pobudka!

Lucjusz nie wstał, Bodzio postanowił wracać, bo koledze taksówkarzowi fajnie się nas słuchało, bo siedział z nami i za brak jego postaci w tym co spisałem przepraszam, ale czas naglił a droga była daleka. Ja też się ocknąłem, że przecież rano mam jazdę do domu i pora najwyższa przestać pić. A za oknem prószył pierwszy śnieg i droga do domu nie jawiła się jakoś kolorowo. Wstałem, pożegnałem gromkim cześć żyjących kolegów, ostatni raz rzuciłem smutnym okiem na bluzę i kiedy łapałem za klamkę poczułem na ramieniu rękę Mistrza. Odwróciłem się a ten spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał:

– Powiedz szczerze, jak przyjaciel. Naprawdę było tak źle? Tylko szczerze!

Ale mnie zaskoczył. Dawno zapomniałem o tym, że tego wieczoru coś  mogło być źle i odpowiedziałem jak przyjaciel.

– Nie było źle. Naprawdę. Nie było dramatu. Nie martw się. – i z takim przekonaniem uściskałem swojego Mistrza i poszedłem spać.

Długo nie spałem bo emocje trasowe ciągle we mnie buzowały i postanowiłem zejść na śniadanie wcześniej, spokojnie posiedzieć, pożegnać kolegów z szajki i w miarę sprawnie wyzerować organizm z alkoholu. Miałem mieć na pokładzie rodzinę i Grudę, to musiałem być czysty jak łza.

Restauracja była już zaludniona. Był Piotrek, był Banan, był Jeżyk.

– Piotrek, którym pociągiem jedziesz? – zapytał Banan.

 – Tym ósma pięćdziesiąt. – odpowiedział menadżer.- Zaraz będę zamawiał taksówkę na dworzec.

– To zabiorę się z tobą.

– Dobra.

Atmosfera była jakaś taka niewyraźna. Zespół siedział porozrzucany po całej sali, jakby się nikt nie znał. Może nie aż tak, ale czuć było jakiś dystans. Zapewne dosiadłem się do Irka. Pewu szybko zjadł i wyszedł, Banan z kimś gawędził i nie spieszył się jakoś specjalnie.

– Szkoda tej wódki co miała być na koniec trasy. – Jerzyna zagadał od razu o chlebie.

– Jakiej wódki? Coś miało być na finał? – nic wcześniej nie słyszałem w tym temacie, bo pewnie bym po sztuce naciskał żeby było za darmo pite. Bo nie po to się jeździ i te sprawy.

– Miała być skrzynka wódki. Ale po tym zamieszaniu z Kazikiem, Wieteska się wściekł i nie pozwolił z busa premii wyciągać.

– Aha. – zrozumiałem, że jednak nie wszystko wczoraj było okej. – A Kazik już jadł?

– Kazik? Nie. Nie wziął gaży za koncert i pojechał pierwszym pociągiem o piątej.

– Ale jak to? Siedziałem u niego do drugiej. Gadaliśmy. Bodzio był, Lucek. Ty, Jerzyk, przecież dramatu nie było. Sam widziałeś.

– Jasne, że nie było. Ale ludzie to ludzie i swoje wiedzą. I może być z tego zamieszanie. – prorokował basista pomiędzy jednym a siódmym kęsem.

Śniadanie przebiegało w spokojnej atmosferze. W końcu i Banan ruszył na pokoje, żeby się ogarnąć. Pojawił się po kilkunastu minutach, akurat jak Zdunas przyszedł jeść.

– Widział ktoś Wieteskę? – waltornista był podenerwowany.

– Ja widziałem. – Janek Zdunek aka „siła spokoju” był zorientowany w sytuacji – wsiadł do taksówki i odjechał pięć minut temu.

– Co? Jak to? Miał mnie zabrać? Tak się kurwa nie robi. – Banan się wściekł, zabrał walizkę i wrócił do hotelu.

Wróciłem i ja. Pojedzony i szczęśliwy. Promile schodziły, pogoda była raczej do dupy a ja czekałem aż moja kamanda wstanie, bo zamierzałem zjeść przed wyjazdem drugie śniadanie, nie po to i te sprawy znałem już i praktykowałem. Szedłem sobie rozanielony do siebie, kiedy w połowie korytarza zobaczyłem Banana i jego walizkę, Morawkę, i jeszcze kogoś.

– O! Idzie. Przydupas Wieteski! – wypalił Banan na mój widok.

Aż mnie zagotowało na takie porównanie. Przydupas. Jakby to był ktoś inny, z innego zespołu najlepiej, to bym mu nagadał, że hoho. Ale to był Banan. Krzysiu, którego waltornia w „Niejednym” rozkładała mnie na łopatki.

– A co ci się kurwa nie podoba? – po pierwsze grzecznie, taką miałem zasadę. – Jaki kurwa przydupas?

Ależ się koledze skojarzenia nasunęły. Starałem się wszystkim nieba przychylić, i jako osoba niekonfliktowa wtedy, kochałem ich jak braci. Bez względu na jakim instrumencie kto grał. A nawet tych nie grających lubiłem bardzo, bo zespół to nie tylko ten co na przedzie, ale i ci którzy w cieniu na niego pracują. Kazik mnie tego nauczył. Oczywiście, że z Piotrkiem byłem troszkę bliżej. Relacje nasze wybiegały daleko poza relacje pracodawca – pracownik, zresztą nigdy tak się nie czułem. Kult Ochrona nie była pracą a pasją, za którą, poza rodziną, dałbym się pokroić. Do tego mocno trzymałem kciuki za nowy projekt menadżera Kultu o nazwie Buldog, a to już nie wszystkim pasowało.

– No nie Gómi. Żartowałem. – Krzysztof zluzował napięcie – Ale bliskim kolegom jego jesteś. Buldog ci się podoba. Ale to co twój kolega dzisiaj zrobił, to jest przegięcie.

– To prawda. Słabe to było. – nie miałem argumentów, nawet waleta w rękawie, żeby Piotrka bronić. Poza tym kim ja byłem wtedy żeby zespół ustawiać po kątach? Może za rok…

– Przykro mi. – powiedziałem i poszedłem do pokoju. – Idę do pokoju. Dziecko muszę zabrać na śniadanie.

Po tym cały zamieszaniu, około godziny pierwszej po południu, załoga  zielonego Seata zgromadziła się po w okolicy pojazdu. Notoryczna Kasia Narzeczona, jej i mój syn Tomasz Karol Junior, ja jego ojciec a Notorycznej, Notoryczny Narzeczony i Pan Janek, klawiszowiec i gitarzysta mojego ukochanego zespołu na świecie.

– Jasiu, dawaj walizkę do bagażnika i siadaj z przodu. – pokazałem koledze miejsce w szeregu, a dokładniej w aucie. – Ruszamy powoli, bo pogoda jest do dupy i szybko nie pojedziemy. Rozumiesz. Rodzina na pokładzie.

W samochodzie każdy zajął wskazane mu miejsca, zapaliłem silnik, włączyłem światła i dałem na maksa wentylator. Ale ten nie zadziałał.

– No nie kurwa. Wentylator nie działa. Ja pierdolę. – dostałem ataku jak zawsze. Mam to po dziadku Marianie, który jednak nie przeklinał jak się denerwował. Więc po kim ten język mam? Chyba po synu swoim, bo on też klnie jak szewc.

– Kochanie nie przeklinaj. Dziecko jest w aucie. I gościa mamy. Co sobie kolega o tobie pomyśli?

Pan Janek wiercił się nerwowo, bo może nie znał mnie od tej strony, a ja opanowywałem sytuację najlepiej jak tylko mogłem.

–  Nie przeklinaj. Nie przeklinaj kurwa mać. Szyby mi parują, chuja widzę, droga zaśnieżona, a opony mam letnie. Matko Boska…! – potrafiłem mieszać przekleństwa i osoby boskie w jednym słowotoku jak nikt. – No nic kurwa. Jedziemy.

– Damy radę! – Jasiu był wzorem spokoju, opanowania i natychmiast wprowadził atmosferę damyseradejakośchoćjestdodupy.

Ruszyłem, wspomagając się jakąś szmatką do szyb. Jednak cztery osoby w zimnym aucie nie pomagały szybom. Nie pomagało ich uchylanie, a po przetarciu zostawały rozmazane i jeszcze gorzej przez wytarte miejsca widziałem.

– Bo ja to czasem tak mam. – Jasiu postanowił zabawić nas historiami swojego życia – Jakbym jakiegoś pecha przyciągał. Przy mnie lubią się psuć przedmioty. Bardzo rzadko oczywiście, ale się zdarza.

Spojrzałem na niego spod oka, groźnie i Janek się uspokoił, bo pomyślał zapewne jak ja, że jeśli go wyrzucę to wszystko się naprawi.

– Wiem, wiem. Miałem tak w Bel – Polu. – postanowiłem opowiedzieć swoją sytuacją, bo jednak zacząłem wierzyć w PanaJankowe możliwości. – Do nas też przyszedł gość. Jak mu zacząłem fakturę drukować, to drukarka w połowie drukowania stanęła. Poszedłem do stanowiska obok, a tam drukarka nawet nie ruszyła. Zrestartowałem swoją i nic. Wtedy chłop mi opowiada, że rzeczy martwe przy nim wysiadają.

– I co? – Notoryczna też słuchała zainteresowana.

– I kazałem mu wyjść na papierosa. Zrestartowałem wszystko jeszcze raz, jak chłop wyszedł i ruszyło. Janek. Wysiadasz. Może to pomoże?

– No co ty Gómi? Serio? – Jasiu się wystraszył.

– Żartuję. – uśmiechnąłem się, bo udało się przez miasto Katowice przejechać bez kolizyjnie i było już z górki. Autostrada, Kraków i jesteśmy u celu.

Ale nie było. Po pięciu kilometrach miałem dość. Nic nie widziałem i musiałem jechać autostradą pięćdziesiąt na godzinę.

– Będę ci szyby wycierał! – wpadł na pomysł pan Janek chcąc być użytecznym.

Ale szmatka do szyb była już wilgotna i tak rozmazywała, że było tylko gorzej.

– Jest gorzej. Zostaw.

– Lepiej. Przynajmniej na chwilę.

– Gorzej. Bo mi rozmazujesz tę szczelinę na dole szyby, a ja przez nią widzę dobrze.

Szczeliną była niewielka przestrzeń u dołu szyby, w której widoczność była bardzo dobra dzięki temu, że tam dmuchało powietrze które wytwarzał pęd jadącego auta. I jak zsunąłem się na fotelu i przekrzywiłem głowę, to mogłem jechać i sto na godzinę. Ale Janek tego długo nie kumał i mi zamazywał przed oczami świat .

– Przestań mi mazać!

– Wycieram.

– Mażesz. Mam szczelinę jak w czołu i tam widzę super. Nie dotykaj.

– Jak chcesz. Będę wycierał tylko sobie. To opowiem wam o depresji, bo ostatnio znowu miałem.

I zaczął opowiadać o depresji. Czymś o czym w wieku trzydziestu trzech lat nie miałem bladego pojęcia. Bo czy ktoś w Nowej Hucie słyszał za komuny o jakiejś depresji? Czy ktoś znał taką chorobę? Ja na pewno nie. Ale niestety wkrótce ją poznałem. Zachorowałem na depresję i miałem ataki bardzo często. Wtedy przypominałem sobie tę podróż z panem Jankiem kochanym i już wiem gdzie się tą depresją zaraziłem i od kogo. Jak katarem.

Po dwóch niecałych godzinach dotarliśmy do granic miasta królów. Wtedy klątwa Janka co do rzeczy martwych uległa rozszerzeniu na żywych ludzi i mały Tomek zaczął wymiotować. Psuło się już wszystko. Przedmioty i ludzie. Aż strach było jechać do nas. Ale skoro już Janka na kilka godzin zaprosiłem, zanim mu kwaterą ogarną i narzeczona nadjedzie, to wstyd było to nagle zmieniać. Raz kozie śmierć pomyślałem, bojąc się o komputer, pralkę, telewizor, lodówkę i papugi.

Na szczęście w domu nic nie padło, dziecko wyzdrowiało, a my z drinkami w ręce rozsiedliśmy się przed komputerem. Wleźliśmy na Kult Forum, żeby po Katowicach poczytać peany na naszą cześć. I wtedy doznaliśmy szoku.   

Gównoburza jaka się rozpętała na internetowych stronach Kult Forum rozłożyła nas na łopatki.  Czytaliśmy z rozcapierzonymi gębami:

(Poniżej, pismem pochylonym na prawo, pisownia oryginalna ze strony Kult Forum z roku 2006)

Włsnie wrocilem ze „Spodka” gdzie byłem na???? konercie kultu….masakra. Kazik się najebał i próbował spiewać ale na probach sie skonczylo… mylił teksty itp.(przynajmniej dedykacje z kartek ładnie czytał.!) Jedna wielka kuuuupa. W sektorach siedzacych zapanowała konsternacja.I tak sie zastanawiam moze jestem juz na to za stary,(mam 23lata) za dużo wymagam czy co??? Jak ide na koncert to see chce dobrej muzyki posluchac czysto zaspeiwanej. Moim zdaniem danie w banie i tym spsobem zjebanie wystepu to lekcewazenie widza,myle sie???? (Żal mi chlopakow z zespolu bo na instrumentach zapierdalali az milo)…Na koncert K. juz sie nie wybiorę bo zostałem wyruchany w dupe. Lubie ta kapele i slucham jej od dawna nie wiem co mam myslec. Moze gdybym poszedl na plyte inaczej bym to odebrał? Albo ja się starzeje albo….Kazik?

*

 kurwa, tego sie nie spodziewalem… jesli to prawda (w co szczerze watpie!!!) to… nieciekawie. 
jakby nie mogli paru godzin z tym piciem poczekac. ech…
 

*

musze niestety po czesci przyznać racje Miloszowi. 
Kazik niestety był nawalony, mylił teksty prawie w każdym kawałku..
przy „lewe lewe loff” miałem jedną myśl w głowie: kończ waść…  
8  bełkot

*

Na koncercie nie byłem, ale czuję jakbym w pysk dostał…
Ej…. jaja sobie robicie….?
W sumie to wokaliście najtrudniej ukryć, że jest pod wpływem

No to pięknie. Mógł być najlepszy koncert trasy, ale dzięki Kazikowi był najgorszy. Dobrze, że nie byłem, ale bym był wkurwiony. Tak to jestem tylko, kurwa, zniesmaczony.

P.S. Trzeba mieć nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz. Raz coś takiego można wybaczyć. Po drugim takim wyczynie to by ludzie przestali tak licznie na ich koncerty chodzić.

Tak na marginesie, to Kazik- ile to będzie 5000 (może 6000) razy 35 złotych??

*

najgorszy koncert Kultu na jakim bylem. A bylem na kilkudziesieciu.
Najebany Kazik belkotal. Czasem zamiast spiewac – PROBOWAL mowic, ale i to mu ciezko przychodzilo.
Juz nie mowiac o TONACJI, bo wszystko, caly koncert na jednej tonacji przeszedl. Zadnych mocniejszych czy wyzszych tonow. Porazka. Czasem cos tam probowal spiewac, zapominal tekstu, to „bla, bla bla” dospiewal az zaskoczyl po kilku linijkach. Wogole 3/4 koncertu byl uwieszony na mikrofonie z glowa w dol by moc czytac teksty z kartek.
PORAZKA.
A myslalem, ze jak na wienczacy koncert z trasy – to dadza czadu. A tu dali dupy.
A szanowalem tego czlowieka.
Teraz czuje sie, jakby ktos wyludzil odemnie te 35zl.
Za rok to chyba lepiej jak wokal by poszedl z playbacku.

He he – najczysciej zaspiewany kawalek calego koncertu byl na bisach, jak do mikrofonu spiewalo 2 z ochrony Kulcich  O niebo lepiej od Kazika spiewali cala zwrotke 

Na szczęście rozpoczęły się już nocą próby obrony, głównie przez brać kultforumową znaną nam w realu, kiedy my świętowaliśmy i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co w Kult świecie piszczy:

Spoko, spoko. Sex, drugs & rock and roll. Fani sami są sobie winni, że nie przyjęli odpowiedniej dawki napojów relaksacyjnych 😉
Rotten, Cobain etc. oni też robili takie jazdy i nikt im tego nie wypominał. Kult to nie jest opera, to nie muzyka dla melomanów – to jest punk rock. Nie bronię Kazika, zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi przychodzi na koncerty nie po to aby się pobawić czy spotkać ze znajomymi tylko dlatego, żeby podelektować się muzyką, ale nie traktujcie Kultu jak Budkę Suflera. I tak grają po 3 godziny każdy koncert często kilka dni pod rząd. Kazik ma już swoje lata i nie będzie śpiewał czysto każdej piosenki, nie będzie stał jak kołek popijając colę bo ma już ponad 40 lat – nie wiem, może psychicznie nie wytrzymał. Może jest już za stary na takie muzyczne maratony, może warto by było pomyśleć nad ograniczeniem liczby koncertów Kultu, dać sobie spokój z Juvenaliami a pomarańczową trasę ograniczyć do największych miast. Z relacji innych zrozumiałem, że najlepsze koncerty Kult dawał na początku trasy – może to jest jakaś wskazówka ? Nie wiem co wpływa na terminaż ustalania koncertów, ale może warto by było zrobić przynajmniej 4 dni przerwy po każdym koncercie ?
Nie będę nic więcej pisał, wiem, że skoro taka sytuacja miała miejsce wielu czuje się zawiedzionych, oszukanych, okradzionych czy coś tam jeszcze, ale staram się zrozumieć kolesia, który wypruwa sobie na scenie żyły, żeby dogodzić publice – i to od kilkudziesięciu lat. Może za bardzo nas rozpieścił ? Kulci, mierzcie siły na zamiary.
Sprawa jest jasna – Kazik dał dupy, schlał się i zawalił koncert. To było nie w porządku wobec tłumnie przybyłej widowni. Ale ja dla odmiany nie napiszę jaki to z niego złodziej i skurwysyn bo to z tego co obserwuję właśnie to najłatwiej jest ludziom powiedzieć. Ja życzę panu Staszewskiemu powrotu do formy i zdrowia. No i żeby się trzymał, bo wierzcie lub nie, ale on gdy już wytrzeźwieje i dojdzie do niego co się stało to będzie się czuł gorzej niż miliard zdegustowanych Spodków razem wziętych. Trzym się Kazek.

Ostatnio edytowany przez qman (Dzisiaj 00:23:49)

Nawet ja ratowałem sytuację zaraz po koncercie, a słowa moje natychmiast były we wszechświecie.

   KroY napisał:

Jutro zamieszcze lewe lewe loff, mam filmik nagrany i jeszcze pare innych to sę zobaczycie Kazelota w formie:)

Mi Gómi powiedział, ze on jest na antybiotykach. Więc pewnie wypił 3-6 piw, i w środku koncertu mu weszła bania i chujnia.

No ale tak to juz bywa…

*

Eee tam – ostygłem, pysk mnie już nie boli 
W sumie uczestniczyliście w wydarzeniu bez precedensu. To taki biały kruk w historii koncertów Kultu. Jeszcze kiedyś swoim dzieciom powiecie : „tak, byłem wtedy tam”.
 
Napiszcie coś oprócz wokalu. Ma ktoś pew(ł)ną setlistę?

*

zawsze mam to samo zdanie – to jest olewanie publiki, płacisz, to liczysz na jako – taki poziom, który zazwyczaj jest trzymany. 
dwa razy w życiu byłam na koncercie tak pijanej gwiazdy, że nie mogła śpiewać.
 

raz to była kajah, koncert się nie odbył, zaczęła rzucać przekleństwami i ją ściągnęli ze sceny. może lepiej, bo wcale mi sie nie chciało tam być, a za bilety chyba oddali kasę. dwa – plenerek i Wodecki, który próbował w stanie wskazującym grać na skrzypcach. to jest trauma z dzieciństwa i bardzo boleśnie ją wspominam do tej pory.
 

macie więc szczęście, że nikt Kaziczynie skrzypiec nie podał.
 

co nie zmienia faktu, że chętnie bym to zobaczyła. szczególnie kult ochronę, śpiewającą nie za barierką, a na scenie(:

Ostatnio edytowany przez Krolowa Życia (Wczoraj 12:59:43)

Po przebrnięciu przez trzy strony ruszyliśmy z Jankiem do boju:

nawet nie wiem co napisać
za rok trasa z plejbeku, zakaz wnoszenia aparatów i kamer, ochrona klubowa

nikogo nie bronię, za nikogo sie nie wypowiadam
ale tylu bredni i pomówień, jeszcze kurwa niewidziałem

pozdrawiam
uczestnik


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

*

 Gómi napisał:

persona_non_grata napisał:

… Kazik się przewrócił i 10 minut nie mógł się podnieść  Widze że ten koncert miał niewielka wartość artystyczną.

CO TY PIERDOLISZ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie mów mi że wziąłeś na poważnie zdanie zakończone

W walce nie wiedziałem już co jest prawdą a co fantazją piszących.

Do tego na zmianę dzwoniliśmy do Kazika, ale ten odciął się od rzeczywistości i walczyliśmy sami. Janek i ja.

Adam napisał:

Żenada, żenada, żenada. 
Kazik obrazil klika tysiecy osob, wiec wyszlismy wczesniej. Pieniedzy nie żaluję ale przez kilka lat NIE wybiorę się na ich kocert. Będę też odwodzil innych, żeby nie byli zaskoczeni jak ja wczoraj. A bylem już na ich koncertach i bylo bardzo dobrze, grupa zawsze wyróżniala się pozytywnie na tle innych kapel. Dobrze, że nie widzialem leżącego Kazika, bo chyba bym już NIGDY nie poszedl na koncert Kultu. Teraz z pewnością też nie pójdę – a szkoda, bo bardzo lubię muzykę Kultu. Może kiedyś…

A póki co – czekam na przeprosiny od Kazika Staszewskiego!

Wstyd, dziwię się pozostalym, że wytrzymali do konca! Jak by (Kazik) na Was plul to też pewnie blibyście mu brawo! Nie macie za grosz honoru! Powinno się Go obrzucić jajkami czy pomidorami żeby popamiętal, że nie tak traktuje się fanów. Pewnie jest już duzo nagrań z koncertu – powinny się znaleźć obok nagrań Mandaryny z Sopotu czy gdzie Ona tam wystąpila…

Gómi napisał:

JAKIEGO , KURWA LEŻĄCEGO ?!!!!!!!!!

NIE WIDZIAŁEŚ TO NIE PIERDOL DO CIĘŻKIEJ KURWY !!!!!


i widzisz persona jak niewiele potrzeba by dać pożywkę dla pojeba !

   donkey napisał:

Można mieć różne zdanie na ten temat. Tak jak pisałem wcześniej, można raz (a nawet trzeba) takie zachowanie wybaczyć- mówię o ludziach, co tam byli. Natomiast sam kiedyś Kazimierz mówił, że zdaje sobie sprawę, że dla młodych ludzi to dużo jest 35 zeta (jeszcze trzeba brać pod uwagę kasę z podróż, nieraz większą niż bilet na koncert). Szczególnie, że Spodek, to miejsce kultowe i na ten koncert czeka wiele ludzi przez cały rok. A tutaj Kazio się nawalił (może był też taki fajny wtedy, jak Nasz mały Kazio po dużym piwie- czytaj były premier). Szkoda, że w siatkówkę nie grał . Jednak dużo ludzi jest delikatnie mówiąc zniesmaczonych.

Z argumentacją qmana się nie zgadzam, szczególnie, że pomiędzy Łodzią, a Spodkiem było dużo czasu na odpoczynek. Wydaje mi się, że to nie zmęczenie, tylko po prostu banka świadoma. Choć nie do końca, bo ktoś mówił, że słyszał od gómiego, że Kazik był po antybiotykach (o ile to prawda?). Natomiast, jeżeli tak, to jak pisałem, wtedy szkoda pić, szkoda zdrowi i ludzi szkoda. Ponadto, oni nie śpią w busach. Spią w hotelach. Przecież mogą rano wyjechać do następnego miasta. Śmiech na sali. Jeszcze kilka takich argumentów było.

pzdr

Gómi napisał:

tak, przejazdy po 400 km to chuj
próby na  godziny przed koncertem, potem siedzenie na salach, gzie warunki na zapleczu zostawiaja sporo di życzenia, to też chuj
i jeszcze spotkania z fanami, po koncertach,które sa częścią tego cyrku, to tez chuj, niech lepiej wypoczywają w hotelu a jutro im dopierdolimy że nas mają w dupie i nie chcą się z nami spotykać, podpisywać itd

masakrowanie Kazika po koncertach o autografy, gdzie spocony 40 latek, często chory, w zimnie podpisuje wam płyty i robi zdjęcia z cierpliwośćią anioła, to też chuj


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Pera napisał:

qman napisał:

To wypierdalaj na festiwal w Sopocie i nie zawracaj dupy.

Heh to mnie człowiek rozbawił.

Jak będzie Cie przyjmował pijany lekarz i wytnie Ci nerkę zamiast migdała to przecież nic się nie stało bo lekarz też człowiek i napić się musi.

Tak czy siak nie ma co się rozpisywać Pan Kazimierz przyszedł do pracy pijany i olał całą publikę,  ludzie przejechali kawał drogi i zostali obsłużeni jak w sklepie za komuny.. jak się nie podoba to wyp… A przecież tak się nie traktuje ludzi dzięki którym masz na chleb.

PS Reszta zespołu szacunek.

Gómi napisał:

kazik wybrał zawód muzyka rockowego, ponieważ w ten zawód wpisane są różne ekscesy, które nadają kolorytu tej zabawie (vide Ryszard R., Morisson, i inni )

porównywanie tych profesji jest kurwa, bardzo głupie

a może napiszesz 20 punktów do których się Kazo ma dopasować, co by było ok ?

Adamie, wydaje mi się że nie trzeba przepraszać kilku tysięcy, a jedynie kilkadziesiąt, może kilkaset osób.
A to co zrobił Borysewicz i porównywanie tego do koncertu wczorajszego jest fatalne.

Dla mnie fana wcZorajszy koncert był jedną z niewielu sztuk które zapamiętam na zawsze, i to nie dlatego że sobie Polskę zaśpiewałem, ale dlatego że było INACZEJ. A dla mnie 80, czy 70 któryśkoncert kultu miał swój smak, który będe pamiętał zawsze.

Pozdrawiam serdecznie


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Za przekleństwa tutaj zaprezentowane przepraszam.
Poniosło mnie troszke.


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Walczyliśmy jak lwy. Jak tygrysy. Byliśmy na Pierwszej Światowej Wojnie Internetowej. Do codzienności przywrócił nas telefon do Janka.

– Co mamusia mówi? Że co Kazik? Że pijak? No co mamusia opowiada. Aaaaa. Że w telewizji mówią, że pijany grał. Aha. Śpiewał. Gdzie? W wiadomościach? To nie prawda mamusiu. Oni kłamią. Wszystko dobrze. Jestem u Gómiego w Hucie. Nie w bucie. W Nowej Hucie. U kolegi. Tak. Nic mi nie jest. No. Pa. Pa. Zadzwonię jak wrócę. Nie. Nikt Kazika nie zamknie. Kłamią. Pa mamusiu.

– Co się dzieje? – patrzyłem na posty, na Janka i głupiałem.

– Moja mamusia dzwoniła i nawet w wiadomościach mówili, że Kazik śpiewał pijany. Koniec świata.

I tak to więcej wyglądało. Wieczorem Janek Grudziński pojechał do apartamentu i kolejnej życiowej narzeczonej, ja walczyłem na froncie Kult Forum w pierwszej linii obrońców Kazika  do wyimaginowanej krwi. Do zmęczenia. Aż w końcu padłem na wznak.

Nowy dzień i nowy tydzień przynosiły samo dobro. Najpierw naprawiła się wentylacja w samochodzie. Wystarczyło Janka odesłać na kilka kilometrów od pojazdu i już wszystko było okej. Potem Kazik napisał oficjalne przeprosiny i przyznał się do śpiewania po pijanemu a świat zaczął mu pomału przebaczać. W domu miałem porządek, królowała miłość i zrozumienie, więc na takiej podwalinie zaczynałem knuć nowe plany na przyszłość i oczywiście na kolejne koncerty. I jak tylko w zakładce „koncerty” na stronie www.kult.art.pl pojawiły się Stalowa Wola i Warszawa to wiedziałem już jedno, że…

NA PEWNO MNIE TAM NIE ZABRAKNIE. A jak!   

9. Pomarańczowy weekend 2006. Część pierwsza.

Lat parę już minęło, jak się wszystko zaczęło 
Jedni przyszli i poszli, ale paru zostało.
Tak widać na tym świecie jeszcze ciągle dojrzewasz, 
I w miarę jak dojrzewasz, przyjaciół dobierasz.
To co myślę o świecie nie musi być typowe,
Lecz ważne by rozumieć się, gdy padną pierwsze słowa.
Gdy źle napiszesz słowo, to szybko potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.

Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta 

Gdy ktoś, kto patrzy z dala co mamy i robimy,
Głupawym stadem, wiem, niejednemu się jawimy.
Nie jest to duża rzecz, bo kod ma to do siebie,
Że sierżant go nie pojmie nim nie skręci się.
Lat parę już minęło i myślę że dokładnie,
Nie mam marzeń innych poza
Tej danej chwili trwaniem.
Gdy źle napiszesz słowo, to jednak potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.*

*Kult, fragment utworu „Kulcikriu”.

Po kilku koncertach mojej pierwszej pomarańczowej jesieni roku pańskiego dwa tauzeny piątego, poczułem się ważnym elementem szajki. Lekkie obawy miałem tylko co do poziomu kultury i zachowania moich kolegów z fosy, szczególnie do Wafla i kolegów, których Wafel sprowadzał od czasu do czasu na trasę jako uzupełnienie. Chciałem żeby wyszła ze mnie precz taka ciemna strona Huty, przeklinanie, chamstwo i wieśniactwo a zagościł świat. Kultura, poezja, malarstwo, dyskusje do rana o muzyce i takie tam inne kurtularne sprawy. Koledzy byli ze stolicy, innej galaktyki, w której chciałem zagościć przynajmniej mentalnie. Ale ciężko było liczyć na to , że tak się stanie, chociażby dla tego, że bramka zazwyczaj jeździła osobnym pojazdem, zwanym pogardliwie bydło busem, w którym zamiast roztrząsania czy Mistrz był Małgorzatom, czy może Małgorzata Mistrzem, a Bułachakow miał w przedszkolu ksywę Buła czy Hak, odbywała się konsumpcja alkoholu w ilościach hurtowych i zamiast lektur królowały opowieści z życia brane garściami, po których włos jeżył się na głowie. Wszystko to była wina Wafla. Więc skończyło się na chęciach i jak byłem głupi po takich podróżach, tak głupi pozostałem. Ale chyba koledzy podciągnęli się przy mnie i nabrali ogłady, a w zamian pokazali mi co to znaczy koleżeństwo a nawet przyjaźń jeśli się kogoś polubi. Po mimo tego, że ten ktoś jest z Krakowa Nowej Huty, czyli jest ogórkiem z tak zwanej głębokiej prowincji.

Wyjazd na pierwszy koncert kierownik wyprawy PeWus ustalił na godziny poranne z miasta Warszawa. Nasz bydłobus miał nas, bramkę, dostarczyć do Poznania, miasta w którym rozpoczynaliśmy na polskiej ziemi trasę październikową albo pomarańczową, do wyboru do koloru, po jej rozpoczęciu w Wielkiej Brytwannie u Bucha. Nasza kultowa trupa jeździła w konfiguracji bus zespołowy z zespołem, bus z techniką, bus z ochroną i Kazik z Wietechą osobówką.

Na miejsce zbiórki dotarłem punktualnie przed czasem. Tak jak lubię najbardziej. Niestety byłem na wyjazd kompletnie nieprzygotowany. Bo co z tego, że miałem torbę z ubraniami na cztery dni, szczotkę, pastę i nawet mydło w kostce, skoro nie zabrałem wódki albo chociaż wiśniówki. Połóweczki albo lepiej zero siedem. Na trasę, na rozgrzewkę, na lepsze łapanie. Takie zasady ustalił Wafel, i chociaż Darek, Bzyk i Guma protestowali mocno, nie mieli za dużo do powiedzenia.

Wafel był w naszej sforze samcem Alfa i Omega. Wodził nas na pokuszenie jak nikt i nigdy. On nawet nie rozkazywał, on mówił a my to robiliśmy. Oczywiście starszyzna czasem stawała okoniem, ale przy szczupaku można było sobie stawać. PODOBNO dziadek i ojciec Wafla byli w milicji. I tym przetartym szlakiem poszedł Wafa, bo droga była utarta, a dla swoich to nawet wyasfaltowana. Może nawet był w jednostce specjalnej czy nawet kierował jakimś posterunkiem? Nawet Bzyk tego nie wiedział a Bzyk wiedział wszystko.

Bzyk handlował PODOBNO kostką taką betonową i jak legenda ludowa głosi, jego ojczymem był Fryzjer. Tak ten Fryzjer przez duże FY i jak Bzyczy ojczym trząsł polską ligą piłkarską, co dwudziesty piłkarz, co piąty trener i każdy sędzia piłkarski mieli wyłożone kostką podwórka, stodoły, a co odważniejsi kładli betonowe klocki w salonach. Aż przyszywanego tatusia uwalili za niezgodne z prawem ingerowanie w tabele ligową i Bzyk poszedł z kostką w detal, i dodatkowo został bramkarzem w Stodole, gdzie nawet nie tyle dorabiał sobie, ile jako były bokser, amatorsko maglował niedobrych klientów. Tam wypatrzył go Kazik albo PeWu i przy formowaniu organizacji Kult Ochrona dostał, jako drugi po Waflu powołanie. To on wciągnął Gumę.

Guma PODOBNO był komiwojażerem pieszym. Chodził po stolicy i sprzedawał do kiosków Ruchu wszelkie rodzaje gum. Od prezerwatyw, kondomów, gum do żucia, skakania i majtek, gumowych opon i wszystkiego co z gumami miało cokolwiek wspólnego. Dzięki temu, że miał dostęp do najfikuśniejszych kondomów świata, wołano za nim też na dzielnicy Pies. Pies na baby. To dziwne, bo Gumy nigdy na trasie nie widziałem żeby podrywał jakiekolwiek kobiety. Nawet jak łapał to robił to z takim wyczuciem i elegancją, że do dziś jest dla mnie wzorem niedoścignionym. Znakomicie potrafi się ustawić, okopać na skraju każdej sceny. Stąd ma oko i po koncertach nas strofuje. Jednego do dzisiaj nie rozgryzłem jednak. Skąd ta ksywa Guma?

O Darku pisałem. PODOBNO pracował jako weterynarz w schronisku. A że pozostali leczyli u niego swoje psy, to się poznali i zaprzyjaźnili. Często też spotykali się w schronisku, palili klubowe, Camele i przesiąknęli do szpiku. Stąd też jak siedliśmy razem w busie, to strasznie dawało od nich psem. A od Wafla ani trochę. Dacie wiarę?

Początek formularza

Zanim wsiedliśmy do busa, Darek, którego znałem najdłużej, wziął mnie na bok i zapytał:

– Zrobiłeś?

– Co?

– No kurs.

– Jaki kurwa kurs? – lekko zbladłem.

– No ten co ci mówiłem dwa lata temu, jak się poznaliśmy. Kurs ochroniarza. Trzeba mieć kurs ochroniarza żeby w Kult Ochronie pracować. To podstawa.

– Nie zrobiłem. Kurwa. Na serio trzeba było? Wietecha mi nic nie powiedział.

– Zapomniał. Znowu zapomniał. Eeeee chłopaki, kolejny bez kursu! – krzyknął do reszty swory przy busie.

– A zameldowanie ma? – coś się Bzykowi przypomniało, jakby brak kursu nie wystarczył.

– Jakie zameldowanie? – zbladłem bardziej jeśli się dało.

– W stolicy pało. Masz?

– Ja? W stolicy? A skąd.

– Z dupy. Masz?

– Nie mam. – nic nie rozumiałem. Może faktycznie trzeba było mieć kurs i zameldowanie? Ale Piotrek mi nic nie powiedział a to on mnie powołał. – Ale Piotrek mi naprawdę nic nie powiedział. – powtórzyłem szybko swoje myśli.

– Dobra. – Bzyk dał mi szansę. – Nikomu ani słowa. Bo jak się ktoś dowie, że jesteś spoza Warszawy i nie masz kursu to będą jaja. Masz flaszkę?

Tego było za wiele, krew mi z mózgu odeszła.

– Ale jaką flaszkę?

– Wafel on jest nie gotowy! Bierzemy go?

– Wsiadać kurwa. Pić się chce. I jak będziemy tak marudzić to się na koncert spóźnimy. Gomółka! Ruchy pastuchu.

Takie były zwyczaje i na najbliższej stacji benzynowej, przy granicy miasta stołecznego Warszawy, musiałem swój błąd naprawić. Tym bardzie, że wszystko co mieliśmy było już wypite. Tempo konsumpcji alko było kosmiczne. A wszystko to , bo ciebie kocham! Wróć. A wszystko to po to, żeby po przyjeździe do pracy być wyzerowanym. Wcześniej zaczynasz, wcześniej dochodzisz. Maksyma stara jak świat.

Oczywiście ani kursu nie zrobiłem ani nawet nie zdążyłem się przemeldować, więc dokupiłem większe co nieco, które szybko wypiliśmy i sto kilometrów przed celem, zmęczeni pousypialiśmy. Dzięki temu w pracy pod sceną byliśmy zorganizowani i poważni. Uczesani i pachnący dobrze strawionym alkoholem.

Z poznańskiego koncertu za wiele nie pamiętam, poza tym, że Bzyk kazał mi się rozciągać, Darek rozrysowywał ustawienia pod sceną, Guma próbował pożyczyć parę złotych od zespołu na piwo po sztuce, a Wafel odpierdalał jogę pod prysznicem. Sam ze sobą. Czyli jak widzicie nic specjalnego. Poza tym, że garderobę mieliśmy wspólną i ocierałem się o moich kultowych bogów wciąż. A ci rozpoczęli trasę w Dublinie, Edynburgu i Londynie więc opowieści o zgniłym zachodzie mieli co nie miara. Chłonęliśmy je jak gąbka wodę.

W Poznaniu koncert był w Arenie, skąd po noclegu w Koziołkowie i zapewne odwiedzeniu nocą rynku, ruszyliśmy rano na Szczecin. Tam zespół dał sztukę grania i śpiewania, my pokazaliśmy klasę światową w chronieniu ludzi pod sceną i po zawodach poszliśmy się wspólnie… . Spotkać wspólnie i pogadać. Z tego gadania to wyszło jakoś tak, że jeden z członków zespołu został przesunięty do naszego bydło busa. Może i za karę? Nie pamiętam dokładnie, a bardziej kojarzę, że jak do Trójmiasta dojeżdżaliśmy to wpadliśmy w mega korek i nasz grajek musiał się tłumaczyć dlaczego jeszcze go nie ma na próbie. Jazda w korku była tak wolna, że zdążyłem pójść do Maka Donalda i zjeść zestaw. Bus w tym czasie pokonał pięćdziesiąt może metrów. W końcu się wszystko odblokowało i w ostatniej chwili dotarliśmy dać ludziom szoł. Szoł to oczywiście zespół dawał a my poczucie, i oczywista sprawa, spełnienie poczucia. Bezpieczeństwa.

Głowy sobie nie dam obciąć, że ta historia wydarzyła się wtedy. Ale skoro była to jesienna niedziela, to musiało tak być. Trójmiasto jak to Trójmiasto, jest rozwleczone od Sasa do morza. Po koncercie Gruda zadecydował, że jedziemy do Spatifu, w Spocie.

– Jasne. Tacy ujebani i śmierdzący? – ktoś z nas ochroniarzy przytomnie zauważył, bo kochany Pan Janek ma robotę siedzącą, a my nie dość, że na stojaka, to jeszcze w gorącu operujemy na żywym organizmie.

– Tytytyto, słuchajcie chłochłopcy – Pan Jan się lekko jąka, zwłaszcza jak mu się specjalna mineralna skończy. – Tototo my pppojedziemy, a wy dojedziecie!

– Dobra! – zakrzyknąłem, bo zabawa z zespołem miała być spełnieniem moich najskrytszych marzeń i snów. – Jedziemy. Szybko. Ochronaaaa! Za dwie minuty zbiórka w bydłobuise! – darłem japę, bo czas naglił.

Spieszyło się nam prawie wszystkim. Darek miał umówioną wizytę u kolegi weterynarza, mieli jakieś młode suczki czy kocice oglądać i decydować czy odrobaczać je czy nie, Wafel oczywiście poznał jakąś dziewczynę na koncercie, i umówił się z nią na jogę w pokoju, ja z Fornim, moim kolegą z pokoju, postanowiliśmy uderzyć do części zespołu, do Spatifu, a Bzyk z Gumą powiedzieli, że pierdolą i zostają w hotelu i będą robić jakiś środek na porost mięśni, na bazie mleka, owsa, ryżu i spirytusu.

Forni był bardzo ważną personą na jesiennej trasie. Prowadził kultowy sklep odkąd pamiętam. Do tego znaliśmy się z Kult Forum, obaj byliśmy z małych zapyziałych miast (ja Nowa Huta, Formalina Lublin), działaliśmy w handlu, w życiu przeczytaliśmy kilka książek i stąd nasze koleżeństwo było zrozumiałe i sypiało nam się wspólnie bardzo dobrze.

Zegar tykał i zanim się z Fornim ogarnęliśmy, było koło północy. Ponieważ sklepik kultowy chodził na wysokich obrotach to i pieniędzy trochę było. Drobnych też. Postanowiliśmy więc rozmienić swoje grube banknoty, na banknoty o najmniejszych nominałach. Takimi były dziesięciozłotówki. Napchaliśmy sobie tym kieszenie, zamówiliśmy taksówkę i ruszyliśmy na podbój Sopotu. Miałem spodnie krojone na modłę bojówek, więc dzięki napchaniu kieszeni na udach, moje nogi wyglądały wreszcie jak u dorosłego atlety a nie dziecka.  

Do naszego Bajabongo był kawałek drogi, więc wylądowaliśmy na Monciaku przed pierwszą w nocy. Zaskoczyła nas cisza, spokój i pozamykane knajpy. Chcieliśmy się bawić, poznawać nowe sytuacje a tu klops. No tak, był już przecież poniedziałek. Lekko skonfudowani postanowiliśmy się nie poddawać i wycisnąć z tej wyprawy maksa. Pomóc miał nam w tym sklep nocny i miejscowe molo.

– Dobry wieczór. Poproszę sześć piw, chleb i kilo kiełbasy w pętku. – złożyłem przy kasie zamówienie.

– W czym? – sprzedawca popatrzył dziwnie.

– W jednym kawałku. – odparłem i zmieniłem temat- Proszę pana, a co tu tak pusto? Niedziela jest a knajpy pozamykane. Stało się coś?

– A co się miało stać? Październik jest, po sezonie. No i już poniedziałek a nie niedziela.

– Aha – zaczęło do mnie docierać o co kaman, jak pakowaliśmy nasze zakupy. Jako nowohucki krakus, miałem u siebie sezon non stop.

Wyposażeni zawodowo ruszyliśmy na Molo. A na Molo, dostaliśmy od życia po raz kolejny w pysk. Tym razem wiatrem. Wiało i było zimno jak na kole podbiegunowym. Ale byliśmy walczakami i drżąc z zimna wypiliśmy po dwa piwa, zakąsiliśmy kiełbasą i zadzwonił telefon zbawienia.

– Halo. – odebrałem.

– Co halo? Jest impreza? – Wafel się aktywował.

– Nie ma. Jestem z Formaliną na molo. Zaraz wracamy. Strasznie piździ.

– Bohaterowie. Mogę was zabrać. Zaraz będę jechał taksówką przez Sopot. Jak nic się nie dzieje, zabiorę was do hotelu.

– O tak. Dzięki. Idziemy pod wejście do molo. Dzięki.

– Nie dzięki, tylko składamy się na taksówkę.

– Jasna sprawa. – odparłem zadowolony bo i tak byłem na plusie. Spatif by mnie wyczyścił pewnie do spodu i wracalibyśmy zapewne na nogach.

W hotelu było lekkie pobojowisko. Technika sceniczna, którą wtedy ciągnęło się z Poznania po kraju, padała na korytarzu na pysk. Ze zmęczenia i z nadużycia. Trzeba było nad nimi przeskakiwać idąc długim korytarzem. W sumie to się nie dziwię. Oni pierwsi zaczynali pracę, ostatni kończyli i mieli najcięższe tematy do ogarnięcia. Ale też pewnie wypijali najmniej po takiej robocie. Było więc tanio.

Wafel był, pomimo późnej pory pobudzony. I spostrzegawczy.

– E, ty, a co ci tak uda popuchły? – spojrzał na mnie jak przechodziłem nad śpiącym technikiem, któremu już lekko ulewało się z kącika ust od chrapania.

– A to tylko pieniądze. Napchałem sobie kieszenie żeby dobrze na mieście wyglądać.

– Ty debilu. Po co? Wystarczy mieć to coś. Właź! – rozkazał i wszedłem do jego pokoju.

Z półki ściągnął telefon i zaczął w nim czegoś szukać.

– Te. Gomółka, ty to sportowiec jesteś?

– Raczej byłem. Skończyłem zabawę rok temu.

– A o aqua aerobiku na sucho słyszałeś?

 – W życiu! Jeden aerobik to na kadrze polski robiłem i mało się nie połamałem. Taki na sali.

– To sobie popatrz. – i podał mi telefon do ręki, a sobie otworzył piwo.

Na telefonie leciał film. Pan i pani rozebrali się jak na basen i zaczęli ćwiczyć. Niby że jest jak w wodzie. Ale wody nie było to ćwiczyli wolno i buchało od tego taką erotyką, że jacie nie mogę. Stanęły mi włosy na rękach, członki w spodniach i zaczęło mnie boleć, bo spodnie miałem za ciasne na takie filmy. Oddałem telefon i się spłoniłem. Tym bardziej, że na filmie ćwiczył Wafel i poznana na koncercie dziewczyna.

– Dobre co? Jestem w tajnym kole jogginów, a teraz jak będziemy pracować nad morzem, to do tajnego koła aquaaerobiczan się zapiszę. Jak byś chciał, mogę cię wciągnąć.

– Kogo? Mnie? Nieeee. Ja mam na razie dość sportu.

– Jakiego kurwa sportu? Ty to jakiś dziwny jesteś i nie kumaty. Ale jakby coś, to mów.

– Dobra. Powiem. Uciekam.

I uciekłem pozostawiając perspektywy wspólnych ćwiczeń za drzwiami u Wafla. A w głowie włączył się szybko Kult, podsumowywujący tę szaloną noc.

O tej nocy szybko chcę zapomnieć 
A o tym, co nad ranem było, nie wiem 
Teraz na słońcu pod parasolem dużym 
Chcę przeczekać dopóki noc nie wróci 
I w tym miejscu na razie chcę pozostać 
Aż ujrzę wieczorem znajomą Twoją postać 
Co ruszy mnie spod parasola wartko 
Na spotkanie nowych przygód tu zupełnie niedaleko*

*Kult, fragment utworu „Krótkie kazanie na temat jazdy na maxa” 

Ten pomarańczowy weekend kończyliśmy w Toruniu, w słynnym klubie „Od Nowa”. Czuć było w nim historię. Cała garderoba i korytarze były wylepione plakatami. Robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Czułem się jak w muzeum i ciarki mi po ciele szły. Do tego spaliśmy w wypasionym hotelu na starówce, a po koncercie cały zespół plus wszyscy około kultowi zostaliśmy zaproszeni na bankiet do jakiegoś klubu, gdzie zarezerwowano dla nas całą salę. Dla nas i tylko dla nas. A wszystko co na stole mieliśmy mieć za całkowite darmo i zaczął się sprawdzać sen jednego z nas, że:

– Nie po to jadę z Kultem, żeby za coś tam* (*w miejsce „coś tam” wstawić wódkę, piwo), płacić.

Zostaliśmy wiec beneficjentami talentu naszych Mistrzów.

Lokal był odstrzelony jak na wesele. Picia wszelakiego było w opór. Jedzenia nie do przejedzenia. Zimna płyta i płyta podgrzewana żywym ogniem. I ten ogień chyba rok później spowodował, że ten piękny i gościnny lokal spłonął. A może się mylę? Jerzyk będzie wiedział.

No więc wszystko było. Poza Kazikiem i częścią zespołu. Kazik był usprawiedliwiony, bo Toruń to rodzinne miasto Ani, jego od zawsze żony i może poszedł do rodziny. Pozostałą część zespołu reprezentowała godnie technika i ochrona. W technice brylował na party Wojtek Jabłoński, a ze strony zespołu Banan. Było to z perspektywy czasu bardzo wymowne, bo za kilka lat los zamiesza w życiu Wojtka i Krzyśka dość mocno. Ze strony ochrony brylowaliśmy wszyscy po równo i dopóki nie przyszedł Jeżyk to nawet dziewczyny z nami rozmawiały, bo potem pozostało nam już tylko zająć się piciem i jedzeniem. Do bladego świtu. Do dna.

Dużo czasu nie mieliśmy po Toruniu na odpoczynek, bo kolejny kultowy wekkend zaczynaliśmy już w czwartek. Jeden kończył się bladym wtorkowym świtem a kolejny już majaczył na widnokręgu życia. Trzeba było szybko wrócić do domu, przepakować się i przygotować na kolejne nowe wyzwania. Cieszyłem się z tego, że kolejna cześć „pomarańczowej” wypadła na południu naszego kraju, w tym jedna ze sztuk w moim rodzinnym Krakowie. W międzyczasie wziąłem wolną sobotę od Rzeszowa bo miałem wesele mojego przyjaciela Jarka a Rzeszów nie potrzebował wszystkich rąk do pracy.

Z tak poukładaną przyszłością czekałem „byle do do czwartku” czując dreszczyk emocji na Wrocław, Kraków, wesele Jarka i Bielsko Białą. Może i tam coś się wydarzy? Coś co będzie można powspominać a może i za parę lat opisać? Miejmy nadzieję, że tak.

8. Miszczem Polski była Legia.

z dedykacją dla Didiego.

Po latach w internetach można się dogrzebać takich podsumowań. Na szczęście z mojej perspektywy nie wyglądało to tak dramatycznie. Bo byłem tam wtedy, na stadionie wojskowych, a to co widziałem i przeżyłem, możesz przeczytać pod cytowanym artykułem.

Zadymy na meczach Legii. Największe rozróby kiboli Wojskowych

EKSTRAKLASA 2006, LEGIA – WISŁA

Do kolejnej sporej rozmiarów zadymy doszło w trakcie i po meczu Legii z Wisłą Kraków w maju 2006 roku. Stołeczna policja zatrzymała wówczas 231 pseudokibiców. Zamieszki rozpoczęły się jeszcze w trakcie meczu, gdy część kibiców próbowała wedrzeć się na stadion. Po spotkaniu kilka tysięcy fanów Legii ruszyło w stronę Placu Zamkowego, by tam świętować zdobycie mistrzostwa Polski. Tam grupa młodych ludzi próbowała dostać się do sklepu monopolowego. Gdy właściciel zamknął go, próbowali wedrzeć się na siłę. Następnie do akcji wkroczyli policjanci. Pseudokibice starli się z funkcjonariuszami, a ci, do ich powstrzymania użyli armatek wodnych, gazu i pałek.

x

x

x

Pomimo krótkiej znajomości z chłopakami z Kult Ochrony, coś w nas jednak zakiełkowało. Wymieniliśmy się więc telefonami i zaprosinami, że jakby co, to można walić jak w dym i te sprawy. Zawsze tak się gada, jak to mówią proforma, ale czasem przychodzi taka chwila w której coś ci każe skorzystać z zaproszenia.

W moim przypadku stało się to wcześniej niż mogłem zakładać. Jako miłośnik polskiej ekstraklasy, kolega braci Brożków, piłkarzy krakowskiej Wisły, postanowiłem skorzystać z zaproszenia Darka z Kult Ochrony i pojechać na wieńczący sezon piłkarski 05/06 mecz pomiędzy stołeczną Legią i Krakowską Wisłą. W sumie to najważniejsze w tej wyprawie było to, żeby pojechać tam z bratem, który jak na krakusa oraz nowohucianina w jednym przystało, od oseska był kibicem Hutnika. A nie. Nie Hutnika. Legii Warszawa. Nie do wiary, prawda?

Wykorzystując więc swoje znajomości i możliwości organizacyjne Darka, postanowiłem działać. Pewnego dnia zadzwoniłem się przypomnieć.

– No cześć Daro. Gómi z tej strony. Jak tam leci?

– W porządku! Jak tam Wisła? – zaczepiał mnie, bo wtedy Wisła z Legią przekopywali się co roku o mistrza i jako krakus, temu klubowi zostałem przypisany. A do tego Legia prowadziła w tabeli co dawało Darkowi humorowy handicap.

– Wisła płynie szeroko. Słuchaj wpadniemy z Jackiem na mecz. Jeśli zaproszenie aktualne. Kupisz nam bilety?

– Aktualne? Zawsze. Bilety? A po co? Tomasz, od kilku kolejek są popsute bramki, ja mam dwa karnety na krytą, mój i szwagra. Najpierw my wejdziemy, podam ci karty przez płot i wejdziesz z Jackiem. Pasi?

– Pasi jak diabli!

– No i śpicie u mnie, na Ursusie! Popijemy!

– Wspaniale! Jak długo na Wawelu….

– Hehe. Przestań. Tylko Legia! Tylko Warszawa!

To był taki czas, że sporo wtedy na Wisłę chodziłem. Jako miłośnik kopanej oraz jako pomocnik redaktora Białońskiego wtedy piszącego dla Wyborczej, który wpisywał mnie jako swojego współpracownika, więc pomagałem mu zawracając dupę piłkarzom po meczach, trenerom na konferencjach prasowych i wszystkim innym znanym z boisk czy telewizji. Byłem rzepem a oni psim ogonem. Nie wszyscy się cieszyli z tego powodu.

Organizując akcję”wyjazd na mecz”, liczyłem, że będzie to decydujące o Mistrzostwie Polski spotkanie. Tak się jednak nie stało, bo Legia odskoczyła i miała mistrza zaklepanego, Wisła była druga o potem długo, długo nic nie było widać ani słychać. Liga była zdominowana przez krakowsko warszawski duet. Więc choć mecz był teoretycznie bez stawki,  pozostała jednak gra o prestiż, który w przypadku tak zwanych Derbów Polski, miał niebagatelne znaczenie, zwłaszcza wśród nas kultowców. Piłką interesuje się bez mała cały zespół Kultu z Kazikiem i Piotrkiem menadżerem na czele oraz ochroną i techniką . Podobnie bywało i bywa przy rywalizacji Warszawy z Cracovią. Przeżywamy to równie mocno.

W dzień meczowy stawiliśmy się u Państwa Niepotów na lokalu koło południa. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy trochę wódeczki i z Darka szwagrem pojechaliśmy na Łazienkowską. Z dwoma karnetami na czterech. Kurde, jak dobrze zrobiliśmy, że pojechaliśmy dużo wcześniej, bo na miejscu czekała na nas przykra niespodzianka. Okazało się bowiem, że na ostatni mecz, który cieszył się wielkim zainteresowaniem i biletów nie było na niego od dawna, zostały naprawione może nie tyle bramki wejściowe, co czytniki elektroniczne rejestrujące wchodzących posiadaczy karnetów i biletów.

Pierwsi weszli gospodarze, Daro i szwagier, brat stanął w kolejce a ja czaiłem się przy płocie, co chwilę odganiany przez służby porządkowe. Po chwili pod płot podszedł Daro.

– Kulwa mać. Dzisiaj czytniki działają – kolega czasem z lekka seplenił – ale powinniście wejść. Jak się nie uda, coś wymyślimy. Na razie próbujcie. Jesteśmy na telefonie.

– Dobra, spróbujemy.

Pokrótce przedstawiłem bratu sytuację, która była niewesoła i postanowiliśmy zagrać vabank. Byliśmy blisko jak nigdy pierwszej wizyty na Legii i to w takim meczu. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Po pierwsze spokój. Udawany, zagrany jak na filmie, bo w środku byłem tykającą bombą, brat zresztą też. Kiedy nadeszła nasza kolejka, przyłożyłem karnet do czytnika. Czytnik zamruczał na czerwono. Na szczęście tylko czytnik działał, a za wpuszczanie odpowiadał człowiek a nie jakieś blokady. Człowiek ochroniarz, więc raczej nie intelektualista i w tym wyczułem szansę, oraz w coraz większej kolejce za naszymi plecami. Strzegący bram do wojskowego raju pan nabrał prędkości w ocenie sytuacji dokładnie w chwili kiedy go mijałem, a czerwony sygnał zamigotał w kontakcie z kartą którą miał brat.

– Stop. Gdzie? Wy już weszliście na stadion. – wypalił do nas.

– Jak to weszliśmy, skoro dopiero wchodzimy? – zbijałem jego pewność siebie z tropu.

– Wasze wejście zostało już zarejestrowane. – błysnął  słownictwem którego się po nim i jego wyglądzie nie spodziewałem i to mnie rozluźniło oraz przywróciło wiarę w szeroko pojętą ludzkość .

– Oczywiście że zostało zarejestrowane. Jesteśmy kibicami tfu Legii. Przyjechaliśmy z Krakowa. Wchodziliśmy przez o! – tutaj pokazałem bramkę pierwszą, a my utknęliśmy na trzeciej – tamte wejście. Ale brat nie zabrał aparatu fotograficznego z auta – poklepałem aparat wiszący mi na klacie – i musieliśmy się wrócić. Nie mieć zdjęć z koronacji? Słabo by było, co nie? Tyle jechać.

Mówiłem dość szybko, żeby ochroniarz miał problem z przetwarzaniem otrzymanych informacji, a ja w międzyczasie przesunąłem brata przed siebie i wtedy do gry włączył się ktoś o poziom wyżej w hierarchii ochroniarskiej. Ten ktoś miał robotę siedzącą w budce kasowej. I wyglądał groźniej, zwłaszcza z mowy, bo z sylwetki to tylko głowę mu było widać.

– Te, młody co się tam kurwa dzieje? – zapytał swojego kolegę.

– A nic. Byliśmy po aparat. – byłem szybszy i kłamałem jak z nut. – A już wchodziliśmy raz i się wróciliśmy. Po aparat, do auta. Mamy go, o! – pokazałem unosząc w pole widzenia budkowego moją Minoltę – A teraz już wchodzimy na zawsze. Nie będziemy już wychodzić.

– Kurwaaaaa! Ruchy. – kolejka za nami ożyła z niecierpliwości i emocje zaczynały w niej buzować.- Długo będziemy tu stać?

– Co się tak pierdolicie? Legiaaaaaa! Warszawaaaaaaaaaaaaa!

– Ce. Ce. Cewuka. Cewukaes Legia! Ruchyyyyyy!

– Nie wpuszczaj! Nie wpuszczaj nikogo! Stać! – wyższy rangą z budki darł japę i tego się złapałem jak tonący żyletki.

– Słyszysz? Masz ich nie wpuszczać! Ni-ko-go!– Powtórzyłem rozkaz z kasy, po czym przepchnąłem brata za ochroniarza, sam stanąłem też za nim, po czym odwróciłem go w stronę kolejki, rozłożyłem mu ręce jak do ukrzyżowania i ryknąłem – Masz ich kurwa nie wpuszczać.

I zanim ten co siedział wygramolił się ze swojego bunkra, my już byliśmy przy wejściu na trybunę, lawirując kłusem pomiędzy kibicami. A tam czekała kolejna kontrola.

– Karnety poproszem! – kolejny, tym razem odpicowany bodyguard w białej koszuli nas zaczepił. Temu na szczęście elektronika nie pomagała i się do nas nie sapał. Więc szybko wleźliśmy, żeby zgubić się na trybunie krytej, na prawo od trybuny VIP-owskiej, gdzie czekali na nas koledzy.

– Kulwa! Tomek, mało co nas nie wpuścili na trybunę bo ci karnety dałem a tu też sprawdzali. Ale jakoś się udało. I wam też! – Darek raczej był w szoku, że dotarliśmy na zawody.

– Nam też. Się udało. Jakoś. – odpowiedziałem cały roztrzęsiony.

Kiedy emocje z wejściem na stadion opadły, zaczął się mecz a ja dostałem smsa:

„ Podobno jesteś na Legii. My gramy na juwenaliach UW na dziedzińcu. Informuj co tam.” – nadawca Piotr Wieteska.

„ Dobra. Na razie zero zero” Tomasz Gomółka.

W 33 minucie Paweł Brożek ukłuł. Piotrek, jego brat bliźniak mu podał i było 1-0 dla Krakowa. Po bramce poderwałem się na równe nogi, podniosłem zaciśnięte pięści w górę i już miałem wypalić „Goooooooool” kiedy poczułem na sobie wzrok dziesiątek oczu z przepełnionej i pierwszy raz tego dnia milczącej trybuny. W ostatnie chwili pięści poluzowałem, złapałem się za głowę i zakrzyknąłem:

– Jeeeeestzus Maria kurwa mać! Ale nam strzelili. – i usiadłem szybko, dalej bacznie obserwowany przez wściekłych kibiców Legii, którym nie mieściło się w głowie, że jakiś krakus może być na trybunie, skoro nikogo z kibiców Wisły nie wpuszczono na mecz. Całe szczęście brat był w koszulce miejscowych i to studziło emocje, kiedy połapali że jesteśmy razem. Niepotowie siedzieli kila miejsc dalej.

Na zewnątrz udawałem zmartwionego, za to w środku kipiałem z dumy. Bo chociaż mistrz był już przegrany, to „tryumfy Króla Wiślackiego” nad mistrzem na jego stadionie miały swoją wymowę. Złapałem za telefon i wysłałem szybko esemesa:

„ 0-1. Paweł Brożek, Wisła Kraków” TG

„Dzięki! :)” PeWu

Do przerwy nic się nie zmieniło. Za to potem… Szkoda gadać. Więc napiszę jak było.

W 48 minucie stadion zawył z radości, więc skorygowałem wynik koledze:

„1-1. Vuko” TG

„ ;)” PeWu

Mecz nabrał rumieńców i co chwilę kotłowało się raz po raz pod jedną i drugą bramką. Ale groźniejsi byli Legioniści, więc wysłałem esemesa, tak koło 70 minuty:

„ Dobry mecz. W sytuacjach bramkowych 2-1 dla Legii” TG.

Po kilku minutach dostałem odpowiedź.

„Super. Kazik ogłosił wynik ze sceny. Tłum wiwatuje dla naszego korespondenta: Gómi, Gómi!:)” PeWu

Uśmiechnąłem się dumny, schowałem telefon i zanurzyłem się w finale ekstraklasy. Do 83 minuty, kiedy znowu esemesowałem na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego:

„2-1. Penksa. Wisełka!”TG

Zamiast zwrotnego esa zamruczał telefon. Spojrzałem na dzwoniącego. Piotr Wieteska. Odebrałem.

– Tomuś! Jakie 2-1 skoro Legia prowadziła 2-1? Gola nie uznali dla Legii czy co? Co tam się dzieje?

Zdębiałem bo przecież nic o prowadzeniu Legii w stosunku bramkowym dwa do jednego nie pisałem.

– Jak to prowadziła? Aaaaa. No tak. W sytuacjach podbramkowych, takich stuprocentowych. Ale nie w golach.

– O kurde. Ale mnie zrobiłeś. To ja już nic nie przekazuję, bo nas …

– Słuchaj, pisałem o sytuacjach, nie bramkach, źle mnie zrozu…. – i na tym się skończyło moje tłumaczenie, bo z drugiej strony już piszczało pi. pi.pi.pi. czy jak to tam telefony komórkowe oznajmiają koniec połączenia.

Ale dałem po jajcach swoją nadgorliwością. Esemesowanie jest srebrem a nieesemesowanie chyba złotem, pomyślałem i powróciłem do zawodów, które nasza krakowska drużyna co prawda wygrała, ale złoto za całość przypadło rywalom.

Po meczu Daro stanął na wysokości zadania i wkręcił nas pod szatnię zespołów. Wisły już nie było, za to szwędali się  Legioniści dumnie prezentując złote medale dla najlepszych. No dobra, dla pierwszych, bo w tej erze najlepsza była Wisła Cupiała. Brat stał z rozcapierzoną gębą jakby śnił. A ja podchodziłem, gratulowałem, łapałem za medale żeby poczuć ich siłę i moc. I jak by tego wszystkiego było mało na jedno popołudnie, Daro załatwił wjazd na bankiet który był na bocznym boisku. Co prawda mało kto na niego dotarł z piłkarzy, przynajmniej jak my byliśmy, bo po kilkudziesięciu minutach musieliśmy się zbierać. Kilka wódek jednak pękło, zanim Darek dostał telefon z pracy, że piłka piłką, mistrz mistrzem ale na mieście nastąpiła boruta albo inaczej kibolski armagedon i ma pojechać do pracy.

Nie wiem gdzie Darek pracował, bo się tym nigdy nie interesowałem. Może w schronisku dla zwierząt? Albo raczej był weterynarzem, co jest całkiem możliwe, bo psem czasami od niego było czuć. I innymi sierściuchami. Może psiaki ludziom pouciekały po tej fecie, ogniach sztucznych i wybuchach i on miał to poogarniać? Pewnie przychodnie weterynaryjne miały dyżur jakiś meczowy czy co? Tak mogłem wtedy pomyśleć, bo w myśleniu jestem dobry.

Podjechaliśmy więc pod komendę. Darek stwierdził, że jak się przedmucha i wykaże, że dwa promile już ma w sobie, to mu w tej jego robocie dadzą spokój. A skoro piliśmy od południa, piliśmy po meczu, to taki wynik był możliwy. Darek pobiegł jak do siebie, a my przyglądaliśmy się jak na komendę zwożą kibiców. Miałem wrażenie jakby noc komend była, czyli coś na kształt nocy muzeów, kiedy to za darmoszkę można zwiedzać wybrane miejsce. Noc komend w stolicy! Samo piękno.

Po kilkunastu minutach Daro wrócił.

– Chłopaki. Jaki tam kocioł jest! Podobno starówka po meczu w proch rozwalona. Ale jaja.

– No a ty co? Idziesz do pracy?

– Toooomuś. Ja? Z takim wynikiem? – i pomachał mi jakimś świstkiem przed oczami – Jedziemy do mnie. Świętować! Co Jacuś? Mistrzem Polski jest Legia…. – poleciało na całe gardło przez otwarte okno i mogę przysiąc, że niejeden policjant wziął i był się wtedy uśmiechnął na to Darkowe śpiewanie, tej ciepłej nocy 13 maja 2006 roku.

7. Pierwsze ochroniarskie kroki w Kulcie u Kazika.

To już tyle lat na soundsystemie u Kazika

Za marne sto pięćdziesiąt złotych co dzień tyram

Pracuje, żyję, choć mało mam, Bóg mnie chroni

I już niedługo zawołają mnie na mikrofon

To dobry didżej gdzieś tam sobie z boku stoi

Ja nie mam czasu żeby tutaj coś pierdolić

Zawołaj mnie jeśli mnie potrzebujesz

Ja za te sto pięćdziesiąt złotych tutaj służę

I choć pracuję tutaj w pocie czoła

To wiem, ze Pan gdzieś tam z góry on mnie wspiera*

*fragment utworu Janusza „ Na soundsystemie u Kazika”

Na poznańskim koncercie, przed kamerami i milionową publicznością okazało się, że mam talent do łapania ludzi na koncertach zespołu Kult. Szczególnie dziewcząt o wadze do sześćdziesięciu kilo. Poza tym jednym, nie złapanym przeze mnie pijakiem, reszta została połapana sprawnie i nie musiała korzystać z pomocy ambulatoryjnej. To zadecydowało o powołaniu mnie do formacji Kult Ochrony na jesienny sezon koncertowy w 2005 roku.

– Cześć Tomuś. A nie chciałbyś pojechać z nami w trasę pomarańczową? Jako ochrona. – telefon od menadżera mojego ukochanego zespołu miał miejsce jakoś pod koniec lata.

– Oczywiście. A kiedy konkretnie? – zgłosiłem wstępny akces do grupy łapaczy.

– Zaczynamy trzynastego października, w Toruniu. Potem Gdańsk, Szczecin, Kraków i inne.

– Jadę! – byłem wkultowstąpiony.

Jednak w mojej pracy, którą wtedy uprawiałem, postanowiono mi pokrzyżować plany. Szybo wiec musiałem zameldować problem szefowi.

–  Cześć Piotruś. Kurde. Plany mi się pokomplikowały. Do osiemnastego października jestem na Krecie. Z pracy mi kazali lecieć. Na tydzień.

– To może zaczniesz od Krakowa? Dwudziestego pierwszego?

– Jasne! Jak tylko wrócę to się zdzwonimy. Wyślij mi resztę terminów, żebym sobie wszystko poustawiał.

– To jesteśmy umówieni. Udanego wyjazdu i do usłyszenia.

– Pa! – pożegnałem się radosnym smutkiem.

A nawet lekkim wkurwieniem. Czekała mnie przygoda życia, a w robocie, pomimo zajęcia miejsca poza podium, szefowa firmy Bel-Pol, mojego wtedy zakładu pracy, zadecydowała, że „pan Gomółka to do tej Grecji to ma lecieć i koniec, bo choć minimalnie przegrał konkurs to i tak zasłużył”. Konkurs polegał na tym, że trzeba było sprzedać jak najwięcej metrów kwadratowych podłogi panelowej firmy polskiej, która najlepszym kierownikom i szefostwu firmy fundowała atrakcyjny wyjazd z darmowym ochlejem, wyżerką oraz zwiedzaniem. Nie powiem, kusił ten wyjazd bardzo, bo nie dość że w Grecji, a nawet na Krecie nigdy nie byłem, to jeszcze pierwszy raz w życiu mogłem polecieć samolotem. Ale jak to się miało mieć do trasy z Kultem? Jednak nijak kurwa! Ni-jak.

Kontrolowałem  więc konkurs i sprzedaż utrzymywałem na bezpieczną odległość od podium. I kiedy po podsumowaniu okazało się, że minimalnie przegrałem wczasy u Greka, byłem szczęśliwy. Niedługo niestety, bo jak pisałem wyżej, szefowa, pani Barbara, dokoptowała  mnie do wycieczki pomimo mojego wysiłku w ustawieniu końcowej tabeli.

Wyjazd był fajny. To trzeba uczciwie przyznać, bo wcześniej mało kiedy byłem tak doceniony. Poza tym wcześniej byłem tylko w Bułgarii, Czechosłowacji i Zakopanem. No i nad Bałtykiem, oczywiście. Za gnojka ta Bułgaria była, czyli bardzo dawno i nie samolotem leciałem tylko jechałem pociągiem. Można więc powiedzieć, że zagranica, świat, były mi raczej obce. Niestety, wyjazdy z roboty mają to do siebie, że są z roboty, a w robocie nie wszystkich się lubi. Do tego zostawiłem w domu Notoryczną i małego synka oraz gdzieś w Polsce Kult. Byłem trochę złamany w pół takim obrotem spraw. Cierpiałem bardzo, ale też starałem się skorzystać z wyjazdu jak najwięcej. Samolot, Kreta, wypasiony hotel z basenem, ciepłe morze pomimo października, wszystko jednak oszałamiało mnie bardzo i pomimo smutku konsumowałem to całym sobą. Do tego miałem za współspacza znakomitego kolegę z Gdańska. Marka ( jeśli miałeś inaczej na imię, przepraszam, wiesz, ja pamięci do imion to za cholerę nie mam).

Marek był obyty w świecie jak ja na starej Hucie. Znałem tylko ruski, a on nawet po angielsku potrafił się dogadać. A ja to wtedy to chyba nawet fakju nie umiałem powiedzieć. Dlatego uczepiłem się go jak ogon psa, i daliśmy wspólnie radę. Wyjazd był bardzo udany. Objechaliśmy całą wyspę, byliśmy w wąwozie tam na dole mapy, koło tej plaży, co kręcili reklamę Bounty czy coś takiego, pooglądaliśmy miasta na mapy górze, oraz uczestniczyliśmy w mega wyprawie na piękną wyspę Santorini. O tej wyprawie kilka zdań muszę koniecznie napisać.

Wyprawa na Santorini miał być oliwką na fecie naszych wczasów. Wystartowaliśmy rano, takim szybkim statkiem, katamaranem pasażerskim czy coś w ten deseń. Miało nas to dostarczyć na Santorini w półtorej godziny. Nie pamiętam czy udało się być punktualnie, ale jeśli nie to nie ma co mieć pretensji do kierowcy tego ścigacza. Ponieważ na morzu był potężny sztorm.

Nasz okręt zabierał na pokład około stu osób. Zaraz po wypłynięciu zaczął się dramat. W skali Boforta mogły być nawet pod dyszkę. Po dziesięciu minutach pierwsze osoby zaczęły mieć zwroty a wszyscy mdłości. I kiedy pierwsi zaczęli wymiotować, domino ruszyło. Wszyscy trzymaliśmy w rękach woreczki na niestrawione jedzenie, które próbowało za wszelką cenę opuścić nasze trzewia. I czekaliśmy na swoją kolej. Wymiotowali prawie wszyscy. Do worków, pod nogi, a jeden nasz menadżer wyższego szczebla, upaprał sobie całe ubranie i po dopłynięciu do celu musiał zakupić wszystko nowe, bo to co miał na sobie śmierdziało strasznie i nie nadawało się już do niczego.  Z tej setki ludzi plus załoga, to nie zwróciły treści żołądka tylko trzy osoby z pasażerów, w tym ktoś tam, ja i mąż szefowej,  Pan Szef, oraz większość załogi, bo byli też tacy marynarze, którym się niestety ulało, co świadczy o tym, że lekko nie było.

Po zwiedzeniu wyspy na miękkich nogach, albo precyzyjniej jej małej ale uroczej części, szefowa podjęła decyzję o bezwzględnej zmianie powrotnego środka transportu. Nawet zapewnienie jej przez szefa katamaranu, że sztorm już minął precz i najbliższy będzie Zeus wie kiedy, nie podziałało i szefowa klnąc się na Posejdona kazała naszemu odświeżonemu menadżerowi szukać czegoś, co się gibać w drodze powrotnej nie będzie. Nawet przepadek grubej kasy, bo bilety jedne  przepadły a drugie trzeba było zakupić, na szefowej nie robił wrażenia. Gwarancja nie przeżywania koszmaru zwrotu treści na oczach pracowników warta była każdych pieniędzy. Menago dał radę i wracaliśmy statkiem tak wielkim jak kościół Arka w Nowej Hucie. Oczywiście zamiast godziny i trzydziestu minut, toczyło się to monstrum godzin pięć. Ale udało się i wcale nie bujało.

Po tej kretyńskiej przygodzie, pozostało mi już tylko czekać na spełnienie marzeń i pracę w Kulcie Kazika.

Piątek 21.10.2005 roku nadszedł jak z katamaranu strzelił. Szybko i bezsztormowo. Na hali Wisły zameldowałem się z wyprzedzeniem. Piotrek przedstawił mnie nowym kolegom, których imion czy ksyw nawet nie zapamiętałem ze strachu i kazał im się mną zająć. Przywitali mnie jak swojego, burcząc coś pod nosem i patrząc na mnie spode łba. Całe szczęście zespół mnie przygarnął towarzysko i wejście miałem przez to łatwiejsze. Nowi koledzy nie patrzyli już bykiem, tylko z litością. Bo nie widzieli mnie w akcji i nie wiedzieli czego się po mnie spodziewać, czy nie będę zawadzał albo co gorsza przeszkadzał i kablował.

Kiedy stanęliśmy pod sceną na hali zgasło światło, zespół zaczął grać a ja rozpocząłem swoją prawdziwą karierę z zespołem Kult. Oparłem się o scenę jednym łokciem, dłonie zaplotłem na brzuchu, a nogi skrzyżowałem niechlujnie. Sektor dostałem raczej centralny, bo tam było najwięcej roboty a nikt nie miał zamiaru zapierdalać za mnie. I kiedy to światło zgasło, zespół zaczął grać, to po kilku taktach na moim odwłoku wylądował człowiek. Głową na dół, nogami u góry. Mało się ze strachu nie zesrałem. Uwolniłem ręce i w ostatniej chwili złapałem to coś w pół pasie. Światła się zapaliły a ja trzymałem do góry nogami, małą, chudą dziewczynkę, którą tłum w swoim podekscytowaniu przerzucił w stronę sceny. Jak dobrze się stało, że stałem na drodze jej przelotu, bo jeśli przelatywała by pół metra w lewo czy w prawo, to mogła by tego nie przeżyć. Ale znowu się udało, jak w Poznaniu i mogłem przerażony wrócić do swojej roboty, pod czujnym okiem Kult Ochrony, która robiła sobie ze mnie podśmiechujki. Ale jak zobaczyli, że sroce z dupy nie wypadłem i nie boję się pracować, zaczęli mnie pomału akceptować.

Po koncercie raczej szybko uciekłem do domu. Ale w euforii zapewne, bo stałem u stóp swoich idoli i pracowałem dla nich i z nimi. Nazajutrz pojechałem, chyba swoim transportem do słynnego Katowickiego Spodka. Tego magicznego miejsca które Kult od lat zapełniał w całości i do którego chciałem się wybrać pod koniec XX wieku, przez co o piczy włos z pracy nie wyleciałem. A było jakoś tak.

Kult miał grać w piątek w Spodku, może w dziewięćdziesiątym ósmym roku, może rok potem. Wymarzyłem więc sobie, żeby pojechać i w największym trasowym wydarzeniu uczestniczyć. Pojechałem więc do pracy autem, może nawet był to jeszcze fiat 125 p. w kolorze czerwonym. Od rana nosiło mnie strasznie, nie mogłem w sklepie usiedzieć na dupie, wieczorny trening olałem ciepłym sikiem dając jednak znać, że w sobotę na mecz oczywiście pojadę. I z tych całych emocji, pozwoliłem sobie zamknąć sklep cztery minuty wcześniej, nieświadom tego, że po uzbrojeniu alarmu sygnał idzie do szefa. Cztery pierdolone minuty, po całym dniu siedzenia z samym sobą. I zanim wyjechałem za bramę pracowniczej miejscówki, już miałem telefon, zjebkę jak sto osiem i wezwanie w sobotni poranek na rozmowę dyscyplinującą. Czas był wtedy ciężki, rynek pracy się kurczył jak jajca w zimnym morzu, w klubie sportowym Wawel oczywiście chuja płacili, a ja miałem zarobić sobie na wykończenie mieszkania które kupowali mi kochani rodzice.

Tak mnie to wszystko rozbiło emocjonalnie, że zrezygnowałem z wyjazdu. W pracy dostałem ostrzeżenie, że to pierwszy i ostatni taki wyskok, odebrano mi premię za najbliższe trzy miesiące, i ogólnie pokazano mi miejsce w szeregu. Tak to u prywaciarza funkcjonowało. Z drugiej strony dostałem też nie byle jaką nauczkę i wyciągnąłem z niej wnioski na przyszłość.

W końcu do legendarnego Spodka dotarłem po latach, i to nie w roli widza, statysty, a funkcyjnego robotnika mojego ukochanego zespołu. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie ten tłum ludzi przed sceną. Strach też mnie na pewno obleciał, bo obydwa dotychczasowe koncerty zaczynałem niezbyt uważnie, przez co w końcu ktoś mógł pod moimi nogami zginąć na śmierć. Skoncentrowałem się więc na zadaniu jakie mi szef Piotr wyznaczył czyli łapaniu takim profesjonalnym, bez dotykania dziewczęcych piersi i okolic innych. Co ja się musiałem przy tym nagimnastykować. A i tak kilka dotknięć było, ale nie tak oficjalnych jak u moich bardziej doświadczonych kolegów. Po koncercie zawinąłem się chyba do domu, bo jeszcze nie byłem świadomy co mi wolno a czego nie. Potem się dowiedziałem od Kazika, że raczej nie wolno mi jechać na noc bo niebezpiecznie jest jeździć nocą. A wolno, czy nawet trzeba biesiadować z kolegami.

Ale wtedy raczej pojechałem do domu, do rodziny kochanej. Tym bardziej tak mogło być, bo do ochrony w rzeszowskiej Akademii nie było potrzeba wszystkich Kult Ochroniarzy i niedzielę miałem wolną.

Kolejny wyjazd wypadł mi w czwartek. Do Wrocławia. Tam zaczęliśmy przełamywać lody, ale nie takie jak pewnie część z was pomyślała, tylko takie inne, z podstawowymi członkami, ale dalej nie tymi o których cześć was myśli. Trzon organizacji stanowili: Bzyk, Guma i Daro. Był jeszcze wtedy z doskoku Arkusz, z tych ważnych i taki jeden, ksywa Wafel. I tyle. W zależności od wielkości obiektu w którym zespół koncertował, było nas dwóch ( Rzeszów), czterech, pięciu albo i ośmiu ( Spodek).  Po koncercie, w czasie którego znowu nikt nie ucierpiał z naszej winy, wróciliśmy do hotelu i starszyzna ochroniarska zadecydowała.

– Za dziesięć minut na dole. Idziemy na miasto.

Myślałem, że zabalujemy z zespołem, ale może wtedy jeszcze sypialiśmy w innych hotelach, albo zespół miał inne plany. Ruszyliśmy więc na miasto samą bramką.

– A ty to co robisz na co dzień ? – Bzyk był ciekawy co u mnie, jak jakiś komisarz śledczy.

– Jestem kierownikiem sprzedaży detalicznej w sklepie z panelami.

– Ooo. Zarobas. To dobrze. Stawiasz!

– A skąd się w Kulcie wziąłeś? – Guma też węszył jak jakiś pies.

– A znam Kazika, Piotrka i chłopaków od kilku lat i mnie zaprosili.

– A gras jesce w siatkówke? – zaseplenił Daro jako ostatni.

– Nie gram już. A wy to co robicie na co dzień?

– Nie interesuj się, bo cie ktoś aresztuje. – Bzyk zakończył wspólne poznawanie się. – Idziemy do knajpy.

I poszliśmy. Do jednej, do drugiej a nawet trzeciej. A że piwo tanie nie było to Bzyk podjął strategiczną decyzję.

– Idziemy do sklepu na zakupy. Wódka, napoje, jedzenie i wracamy do hotelu się najebać.

– Tak jest! – przyklasnęli wszyscy jak w wojsku.

– Tak jest. – powtórzyłem za wszystkimi z opóźnieniem bo w wojsku nie byłem.

Nakupiliśmy ze trzy siatki różności i w drodze powrotnej postanowiliśmy podejść jeszcze do jednego klubu. Wafel ciagnął, bo chciał zobaczyć czy czasem nie ma tam jakichś dziewczyn którym moglibyśmy się spodobać i które mogły by zabrać się z nami na hotelowy balet albo i na jogę. Ja byłem co prawda na nie, bo moje szczęśliwe zakochanie trwało, ale kto tam młodego posłucha? Więc weszliśmy.

Wejście do klubu było na parterze, potem przez klatkę schodową z półpiętrem wchodziło się do dużej sali z barem i tanecznym parkietem.  Na wejściu niezbyt miło powitała nas miejscowa bramka, robiąc nam problemy z wejściem z naszymi zakupami do klubu. Ale któryś z nas powiedział, żeby spierdalali bo my tylko na chwilę i po ocenie sytuacji wyszło, że mamy przewagę liczebną i możemy na chwilę wejść. Stanęliśmy przy barze, ale tak, żeby barmani nas nie zaczepiali i żebyśmy nie musieli kupować niczego do picia, bo szkoda nam było kasy. Wafel się oderwał od grupy i pląsając wybierał co ładniejsze i samotne dziewczyny i coś im szeptał do ucha. Po minach zaczepianych dziewcząt wnioskowałem, że chyba nie rozumieją intencji kolegi, który, przynajmniej z pewnej odległości wydawał się być niezwykle miłym i kulturalnym facetem. Jednak kiedy po kilku próbach rozmowy się nie kleiły i w końcu o mało co nie dostał plaskacza w pysk, podszedł do nas i zarządził:

– Spierdalamy stąd.

I ruszyliśmy przez klatkę schodową, na której półpiętrze była niezabezpieczona wnęka z przełącznikami różnymi oraz głównym wyłącznikiem prądu. Widząc to całe dobro na wierzchu, Bzyk, który kochał elektryczność, wajchy wszelakie i ogólnie nie potrafił obok czegokolwiek przejść obojętnie, złapał za wyłącznik i jednym płynnym ruchem pociągnął go na dół. I zapanowała ciemność. Wraz z nią nastała cisza jak makiem zasiał a po chwili, takiej dłuższej, kilkusekundowej zapanował chaos jak w piekle. Ludzie, których było w klubie kilka setek zaczęli w panice drzeć mordy jakby koniec świata nastąpił. Dziwnie to wszystko wyglądało, bo my na ich tle byliśmy spokojni jak zawsze. Może dlatego, że widzieliśmy światełko w drzwiach wyjściowych? A może oświecały nam drogę światła miejscowej bramki, która w panice ruszyła po schodach do góry ratować klubowiczów.

– Z drogi kurwaaaaaa! – przepychali się obok nas – Z drooooogi!

– E uważaj kurwa. Nasze zakupy! – prosiliśmy ich o ostrożność bo reklamówki mieliśmy napakowane na full.

Wyszliśmy sprawnie nie rozumiejąc co może być przyczyną takiej paniki.  Brak światła? Bzyk wiedział najlepiej i służył wszystkim pomocą:

– Chyba wam prąd odcięli za niepłacenie. Albo korki wam wyjebało. Dobranoc!

I ruszyliśmy przez rozbawiony wrocławski rynek do hotelu. Wafel był trochę smutny więc go próbowałem zagadać.

– Ty, co ty z tymi laskami w tym klubie gadałeś?

– Ja? Nic. Pytałem tylko czy nie chciały by jogę ze mną poćwiczyć. Ale nie chciały. To mi smutno.

W ogóle ten cały Wafel to jakiś miłośnik jogi był straszny i do tego nie gawędziarz. Skąd on się wziął, tego nikt nie wiedział. Brylował w ochronie w warszawskiej Stodole, był miły, kulturalny, małomówny raczej, i potrafił odróżnić Kult od KNŻ-tu. Ale poza pracą to był pies na jogę. Dawała mu podobno jakąś metafizyczną łączność ze wszechświatem.

Na którąś z tras pojechał z kolegą i po koncercie oderwali się od grupy szybko, bo w trakcie pracy pod sceną poznali dwie miłe panie, które zaprosili do pokoju, żeby wypić kawę i podyskutować o jogowaniu. Jedna poszła z marszu, druga musiała zadzwonić do męża, żeby z kolacją nie czekał bo ona niby jest u koleżanki. Nikt wtedy przecież nie odważył by się powiedzieć prawdę, że ćwiczy jogę ze znajomymi. Bo joga była wtedy passe. 

Więc zanim ona tam doszła, to Wafel z kolegą i koleżanką zaczęli już tę jogę ćwiczyć. W trójkę. Podczas zmiany pozycji z Supta Gomukhasana czyli na polski z Pozycji Leżącego Krowiego Pyska na Parivrtta Surya Jantrasana czyli najzwyklejszą Pozycję Słonecznego Kompasu, kolega Wafla tak nieszczęśliwie obrócił ćwiczącą, że złamał jej obojczyk. I ona w takiej dziwnej pozycji Kompasu została, z wiszącą, bezwładną ręką,  aż do chwili kiedy ta druga doszła.  Jednak ćwiczyć nie przestali, pomimo tak poważnej kontuzji. Joga to joga i jak widać, żartów z nią nie ma. Ciało i duch są widocznie możliwe do opanowania pomimo złamań i bólu. Albo przynajmniej można się o to postarać.

Zabawę w sezonie pomarańczowym 2005 zakończyłem w Łodzi na hali miejscowej Anilany. Całą sztukę byłem smutny strasznie. Po pierwsze, było mi smutno bo przez cały koncert przypominałem sobie o upadku sekcji halowych naszego Hutnika, który przecież nie raz mierzył się z Anilaną w piłce ręcznej, po drugie musiałem mieć pierońskiego kaca po Wrocławiu, a po trzecie zacząłem tęsknić za rodziną. Dopiero co byłem na Krecie i zaraz po tym wskoczyłem w wir rokendrola. Do tego codziennie zasuwałem do pracy i rodzina cierpiała.

 Po koncercie podszedł do mnie Piotrek, który miał też jakieś psychologiczne zdolności.

– Tomuś a co ty taki smutny jesteś? Za rodzinką pewnie tęsknisz.

– Nooooo. Bardzo.

– To jak chcesz to na następne koncerty nie musisz przyjeżdżać.

– Jak nie muszę, to posiedzę w domu. Ale za rok jestem na całej trasie. Żadnych innych wyjazdów w tym terminie!

– To jesteśmy umówieni.

I byliśmy. W kolejnym roku ruszyłem już wszędzie tam gdzie Kult mnie wezwał. Czyli prawie wszystkie koncerty zaliczyłem. A jakie to były miejsca, zobaczę i opisze jak tylko mi się zachce przypomnieć.

Trzymajcie kciuki!   

6. Pierwsze Kult Ochroniarskie kroki.

koncerty popołudniowe

pełne bezmózgów w służbie porządkowej

patrzą wokoło, bo swędzą ich ręce

kochają bić coraz więcej i więcej*

*fragment utworu Kultu „Polska”

Nigdy i nigdzie bym nie wymyślił że będę przez sporą część swojego życia bramkarzem. Ja, urodzony napadzior. Gość, dla którego zdobywanie bramek było proste jak poranne pozbywanie się płynów bez ochlapywania deski.  Dzieciak, który walił pod poprzeczkę odkąd zaczął kopać futbolówkę gdzie bądź, w co bądź, i czym bądź, byle była tylko w okolicy bramka w którą mogłem strzelić. Z kamieni, teczek, patyków, stali, z i bez  siatki, siatką. Facet kochający przeć do przodu dla bramek, goli, bud, i kopnięć do celu. Wygląda na to, że wyprzedziłem swoim życiem Messiego o dekady. W samouwielbieniu i pisaniu głupot na pewno.

 Niestety. Życie czasem pisze inne scenariusze niż byśmy chcieli, a na dodatek jeśli życiu, albo precyzyjniej panu Bogu co nam scenariusze pisze, pochrzani się znaczenie słowa, w tym przypadku chodzi o słowo bramkarz, to budzisz się pewnego dnia nie na zielonym dywanie pomiędzy białymi, stalowymi słupkami a na koncercie przed sceną, gdzie zamiast skórzanego balona łapiesz ludzi.

Pijanych, śmierdzących, upoconych, ciężkich, agresywnych, wymachujących rękami, a co najgorsze nogami, często uzbrojonymi w ciężkie buty zwane glanami i łapiesz te ciała gołe, śliskie od potu, nie do złapania bez użycia odpowiednich technik. I mógłbyś pomyśleć, że tak może wyglądać piekło, gdyby nie to, że zamiast muzyki która cię co najmniej wkurwia, za plecami grają koledzy. Przyjaciele. Twoi idole. Ci, z których muzyką jesteś od lat. Od nastolatka. I wtedy łapiesz się na tym, że to jednak raj. Że robota, czasem naprawdę ciężka i odpowiedzialna, może sprawiać przyjemność, radość i napełniać cię energią na kolejne godziny, dni i tygodnie. Tak to mniej albo więcej jest. Kiedy przychodzi ten czas i ubieram się w koszulkę. Kultu. Ochrony. I staję na posterunku na który rzuciło mnie przeznaczenie. I upór, i przypadek a nawet miłość. I o tym spróbuję opowiedzieć.  

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych problem z tak zwaną ochroną w klubach, klubikach i na festiwalach był duży. A jak duży był to problem, to ten co po ryju nałapał i koncertu nie raz i nie dwa nie zobaczył, mógłby opowiedzieć.

O! Jak taki jeden znajomy na ten przykład. Poszliśmy na Kult do Klubu 38. Klub słynął z, jak to się wtedy mówiło obrazowo, ostrej bramki. Chłopaki stały tam wielkie, wysportowane, z przerostem mięśniowej masy, i co najważniejsze miały swój kodeks postępowania, w którym tak zwany słuchacz był nikim. Byli alfą i omegą, ogniem i wodą, sędzią i prokuratorem oraz katem. Nawet ja, metr dziewięćdziesiąt cztery długości i osiemdziesiąt sześć kilo siatkarza, czy znajomy, który był wyższy i cięższy, byliśmy przy nich co najwyżej tacy se. Więc losu nie kusiliśmy raczej, wzrok opuszczaliśmy z pokorą przy przypadkowej mijance i ogólnie staraliśmy się w ich oczy nie rzucać. Ale nie zawsze się to udawało. Czasem sytuacja wymykała się spod kontroli.

Na tym konkretnym koncercie podlaliśmy się lekko. Ja na miętko, bo kierowałem tatowym fiatem 125 p. i po trzecim sikaczu powiedziałem sobie pas,  ale kolega którego z imienia nie wydam oraz Sowa, który też był z nami, zatankowali po korek. Ludzie zapełnili klub w nadkomplecie, a kolejki do toalet zrobiły się bardzo długie i ci którzy za późno przypomnieli sobie o opróżnieniu organizmu przez sikanie, mogli czuć się niekomfortowo. Oczywiście większość z nas potrafi utrzymać zwieracze w pozycji off długo, ale są wyjątki. Znajomemu czas trzymania minął szybciej i nie mógł już dłużej czekać. Katastrofa była blisko, więc wycofał się na salę, stanął przy słupie, w podcieniu, wyjął instrument, samą końcóweczkę, żeby nikt się nie połapał w zamiarach jego i rozglądając się na boki, niby szukając kogoś, zaczął szczać. I kiedy był w połowie drogi do raju, poczuł jak go ktoś za ucho podnosi. Jego. Dwumetrowego klocka.

– Ała, ała, ała. Za co? – zawył z bólu.

– Za jajcko kurwa! Wy pier da lasz! I to już. – pan ochroniarz nie był zbyt miły, co poniekąd można było zrozumieć biorąc pod uwagę przewinę złapanego.

– Ale że za co? Ja nie chciałem. Ja nic nie robię. – tłumaczył się niedoszły słuchacz strugając głupa przy zwilżonym słupie.

– Wy Pier Da Lasz! – ochroniarz gigant nie miał litości i unosząc kolegę wyjebał go za drzwi.

Chyba po jakimś czasie udało się ziomkowi wbić z powrotem, ale stuprocentowej pewności nie mam.

Jeśli w tym przypadku reakcję ochroniarza można nawet zrozumieć, to wolelibyśmy w takich sytuacjach, coś w stylu:

– Przepraszam a pan to co tu wyprawia?

-Witam. A szczę bo kolejka do kibla.

– A to tak to raczej nie wolno. Musze poprosić o natychmiastowe zakończenie i opuszczenie klubu.

– No co pan? To niesprawiedliwe. Proszę chociaż mi kubek z piwem potrzymać, pozapinam się pod szyją. Przecież taki rozchłestany nie wyjdę na pole.

– Oczywiście. Pan się zapnie i pójdzie przodem.

 Ale tak nigdy nie było a  tego co działo się w trakcie koncertu, na linii ochrona – odbiorca muzyki rockowej, nie dało się już tak łatwo usprawiedliwić.

Barierek pod sceną nie było. Tłum napierał ale nie latał. Latanie w tych czasach wiązało się z obligatoryjnym podpisaniem wyjściówki i kilku plaskaczach na do widzenia. Więc poza tańcem na środku sali, było tylko napieranie na scenę. I jak napierana przez tłum jednostka nie ustała i wpadała na schodki, które wtedy otaczały scenę klubu, to siedzący na schodkach ochroniarz go prał. Albo z buta, albo z pięści. Jedną dziewczynę zdyscyplinowano prawym prostym, w wyniku czego doznała złamania nosa i efektownego krwotoku. Wokalista Kazimierz Staszewski, wstrzymywał sztukę, apelował, ale jego apele trafiały w próżnię. Bo może pod czaszką ochraniających była próżnia? Wtedy wszystko by się zgadzało.

W wyniku takich akcji, które zdarzały się niestety notorycznie i w granicach całej Rzeczypospolitej koncertowej, tylko kwestią czasu było kto i kiedy, jako pierwszy spróbuje to odczarować.

Tych pierwszych, zwanych pionierami polskiej ochroniarki przez duże O, było dwóch. Nie podejmuję się wskazać komu należy się palma pierwszeństwa, więc tylko wskażę ich w kolejności alfabetycznej: Janusz właściciel Galicji Productions i Piotrek, menadżer zespołu Kult. Oni jako pierwsi postanowili coś zmienić.

Janek wybierał do pracy pod sceną  miłośników muzyki. Latający mieli być łapani i odstawiani za barierki. Bez bicia, wyrzucania i szeroko pojętej agresji w stosunku do widza.

Podobne przemyślenia miał Pewu, menadżer Kultu, który postanowił na trasę jesienną zabrać swoją ochronę, która pod sceną zastąpić miała miejscowych bramkarzy w celu podania pomocnej dłoni ludności latającej, zamiast nie pomocnej pięści.  I zaczęła się jakaś tam selekcja, obserwacje, castingi a może i inne sposoby wyboru. Dzięki temu zebrano ekipę wyborową.

Pierwszych zauważyłem tych od Kultu. Bo mieli prześliczne koszulki Kult Ochrona i do tego stali najbliżej sceny. Nie przeszkadzało mi nawet to, że kolesie stali dupą do muzyków. Miejscówki mieli najlepsze, tak uważałem. To robiło na mnie, fanatyku zespołu Kult, piorunujące wrażenie. Nawet czasem nocami, zamiast myśleć o dupie Marynie, myślałem o tym, czy nie mógłbym się do takiej załogi zapisać. Było to jednak marzenie z  kategorii marzeń raczej nierealnych i wracałem do myślenia o Marynie i jej dupie.

W bramkarskim fachu liczyła się postura i odwaga. Nie szybkość rozwiązywania krzyżówek, czy ilość przeczytanych lektur. Pasowałem  posturą, zwłaszcza, że na swoim wikcie nabrałem masy, i to co w uprawianiu siatkówki mi przeszkadzało, to w hobbystycznej pracy ochroniarza mogło stanowić nie lada zaletę. Wygląd maskował też moją odwagę, czy raczej jej niedostatki,  a poza tym byłem raczej zwolennikiem negocjacji pokojowych a nie szybkich rozwiązań siłowych. I nie pchałem się przed szereg co nie raz uratowało mi twarz.

Pierwszy zwerbował mnie Janusz. Do Galicyjnej załogi. Stanowiłem uzupełnienie, taką głęboką rezerwę raczej i byłem ustawiany w miejscach dla zapchaj dziur. Zazwyczaj były to dobre miejsca do pooglądania koncertu za darmo. I jeszcze coś niecoś wpadło do kieszeni. Miałem wpuszczać albo nie wpuszczać ludzi za siebie i tyle. Po zakończeniu przygody sportowej, taka forma spędzania wolnego czasu bardzo mi odpowiadała. Tym bardziej, że z powodu obowiązków zawodowych, broniłem tylko wtedy kiedy mogłem. Nie wszystkim to pasowało, bo dla niektórych robota ta była zajęciem głównym i takie herbatniki jak ja psuły tylko rynek.

Na koncertach krakowskich zdarzały się sytuacje podbramkowe. Oj zdarzały. Szczególnie na imprezach punkowych. Po kilku koncertach kojarzyliśmy publikę, publika kojarzyła nas i wiedzieliśmy zawczasu z kim możemy się mierzyć na pięści i kopniaki. Zdarzały się ataki z użyciem noży, walki na kamienie i takie tam. Staraliśmy się nie przeszkadzać słuchaczom, oni nam i wszystko było zazwyczaj w porządku. Dymiły najczęściej pijane panki, ojowcy, naćpańcy, pijani w sztok alkoholicy, czyli w sumie patologiczne odłamy młodzieży. Jakżesz to się gryzie z obecnymi czasami, kiedy trzeba użerać się z prokuratorami, policjantami czy innymi absolwentami szkół wyższych. Ale o tym potem.

Pracę ochroniarzy obserwowałem nie raz i nie dwa. A prawdziwym wzorem do naśladowania był dla mnie szef ochrony w Kieleckiej Kadzielni, do której ruszyliśmy całą rodziną, czyli ja, Kasia i junior, który miał już z sześć miesięcy na czas poczęty i był u Notorycznej w brzuchu. Stąd na liście gości figurowaliśmy jako Gómi plus jeden. Grać miał oczywiście Kazik, tym razem z KNŻ tem.

Na suportach było jeszcze spokojnie. Wszyscy siedzieli na dupach. Kto był w Kielcach w kamieniołomie, ten wie, że obiekt jest naprawdę duży, a scenę od miejsc dla publiczności oddziela wielka betonowa fosa. Wszystko mieści się w niecce kamieniołomu. Trybuny są strome, scena jest na samym dole i wygląda to wszystko razem prześlicznie. Jest to jedno z bardziej urokliwych miejsc na koncertowej mapie Polski.

Kiedy KNŻ ruszył jak czołg, ludzie nie wytrzymali i wstali ze swoich miejsc. Jeden widz nawet się wyrwał i wskoczył do fosy, chcąc dostać się na scenę. Stojący obok mnie koleś w wieku średnim, na którego zerkali ochroniarze ukradkiem, tylko kiwnął głową i już w fosie zaroiło się od kamizelek służb porządkowych. Skoczek obskoczył szybki wpierdol i został wywleczony za scenę, zapewne w celu zebrania w bonusie kilku kopów. Na to Litza się zjerzył, a Kazik przerwał koncert i ruszył bitemu z odsieczą. Jest tak zawsze, kiedy komuś na koncertach jego kapel dzieje się krzywda. Wszystko odbyło się szybko, dynamicznie, ale w ciągłym kontakcie wzrokowym ochrony  z kolesiem w wieku średnim. Po kilku kawałkach względnego spokoju, ludzie postanowili przekroczyć kolejny Rubikon i zaczęli stawać na ławkach. Tego średniowiecznemu było już za dużo, tym bardziej, że na jego polecenia wzrokowe, ochrona szarpała się z publiką, która nie miała zamiaru rezygnować ze stania wyżej. Wtedy wkurwił się na maksa, stanął przed sektorami nieokiełznanej młodzieży i wskazując palcem usadzał ludzi jak jakiś magik. Bezkontaktowo. Tylko klnąc pod nosem, machając pięścią i wskazując palcem. Mistrz, który sprawiał wrażenie jakby wszystkich znał i na wszystkich i wszystko miał wpływ. Nigdy nikt już tego nie powtórzył.

Powołanie do Kult Ochrony otrzymałem niespodziewanie. Nawet nie wiem czy wcześniej zgłaszałem do niej akces, czy nie. Znałem zespół, technikę i przy okazji poznałem ochronę, może nie całą ale część na pewno. W 2004 roku zespół utknął w Krakowie, bo Kazo się pochorował i ekipa została w mieście, a zamiast koncertu biesiadowaliśmy na mieście całą kultową bandą.

Wiosną 2005 roku zadzwonił Piotrek.

– Cześć Tomuś. Nie chciałbyś popracować w Kult Ochronie?

-W Kult Ochronie? – zdębiałem na sekundę – No jasne że bym chciał.

– To posłuchaj. Na początku lipca jest koncert w Poznaniu. Nad jeziorem Malta. Będzie transmisja na żywo w telewizji. A ponieważ nasza bramka nie może się w telewizji pokazać, to pomyśleliśmy z Kazikiem, żeby zabrać jakichś rozpoznawalnych znajomych. Wiesz, ty, Bodzio Wyparło, Marek Saganowski. Chcesz? Zapewniamy Hotel w Poznaniu, zwrot za przejazd, jedzenie. To po naszej stronie. Ty masz tylko łapać ludzi. Pasuje?

– Jasne że pasuje. Nawet nie pytaj. Będę w Poznaniu. – zapewniłem kolegę dziwiąc się nominacji w kategorii rozpoznawalny.

– To jesteśmy umówieni.

Przed wyjazdem okazało się, że koledzy piłkarze mają już zgrupowania, więc jako osobę rozpoznawalną zaproponowałem mojego serdecznego kolegę z podstawówki, uznanego już pisarza, Sławka Shutego. Do tego poprosiłem o zgodę na zabranie Notorycznej Narzeczonej i byłem gotowy. Jak wielkie były emocje związane z tym wyjazdem, to trudno będzie mi oddać. Weźcie wyobraźcie sobie, że macie zadebiutować u boku swojego ukochanego zespołu, podczas transmisji live w ogólnodostępnej telewizji. I do tego w nie byle jakiej roli.

– Tomuś, słuchaj. – zadzwonił kilka dni przed koncertem Piotrek – Telewizja ma scenariusz na ten koncert. I wymyśliłem, że na „Pasażerze” wyjdziesz na barierki i ludzie cię poniosą na rekach. Telewizja zrobi przebitkę na ciebie wtedy. Co ty na to?

– Yyyyyy. – zdębiałem po swojej stronie słuchawki. – Zrobię to!

Noc przed wyprawą nie mogłem spać z wrażenia. Ruszyliśmy z Kasią ku przygodzie chwilę przed piątą, żeby koło południa zameldować się w hotelu nad jeziorem Malta. Sławek dotarł na miejsce przed koncertem, bo korzystając z okazji odwiedził dzień wcześniej brata, u którego zanocował.

Hotel był pierwsza klasa, a dokładniej to miał trzy gwiazdki. Wcześniej nie miałem przyjemności w takim drogim hotelu nocować, więc najchętniej spędził bym w nim cały czas. Ale właśnie tego czasu nie mieliśmy na nic nierobienie. W recepcji pożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy z Kasią na zwiedzanie poznańskiego rynku i okolic. Objechaliśmy sporą część miasta w trzy godziny i udaliśmy się na próbę, bo chciałem mieć wyobrażenie w czym przyjdzie mi wziąć udział.

Napięcie na próbie było bardzo duże. Pamiętam, że Kazik był strasznie stremowany, przejęty i mocno zmęczony, bo przez dwa dni był sam w domu i chyba go lekko z powodu koncertu na żywo poniosło w stronę używek. Ale wyjścia mistrz nie miał. Koncert miał być i koniec. Odwołać się go nie dało.

Poza Kultem grała też tego wieczoru Armia i Brygada Kryzys.  Byłem w polskim rockowym niebie. Skład był mega jak dla mnie, a do tego cała potężna produkcja, czyli ogromna jak na te czasy scena, światła w ilościach rzadko spotykanych i najwyższej klasy dźwięk, plus wszechobecne kamery  robiły na mnie piorunujące wrażenie. Dziwnie tylko było to, że tremy nie czułem.

Do czasu założenia koszulki Kult Ochrony i poznaniu moich kolegów z fosy.

Jak już pisałem z „naszych” byłem ja i Sławek, a z nie naszych byli oni. Oryginalni ochroniarze z jakiejś poznańskiej agencji. Prawdziwe pitbule, na których pękały koszulki a ręce mieli wielkie jak moje nogi, nogi jak mój korpus, a swój korpus jak dwa moje korpusy. Ze Sławkiem wyglądaliśmy przy nich jak dzieci z podstawówki.

– Panowie, tak jak wam szef mówił, – zaczął odprawę Pewu – dzisiaj zabezpieczacie koncert zgodnie z naszymi ustaleniami. Macie łapać ludzi, stawiać ich na ziemi i pokazywać im drogę powrotną za barierki.

– Jak to kurwa? – któryś z wielkoludów się zjerzył – Mamy pozwolić im latać? Co to kurwa jest? – nie kumał bazy za bardzo.

– Tak. Mają latać a wy macie ich zdejmować, stawiać i odsyłać na boki, gdzie będą drogi powrotne przed scenę.

– Ja pierdolę. – olbrzym miał oczy wielkie jak swoje bicepsy ze ździwienia.

– Nie pierdol, słuchaj. – przekładał na język ochroniarski słowa menagera Kultu szef firmy.

– Koncert jest na żywo w telewizji. Nie patrzycie na scenę, nie robicie zdjęć, nie palicie, nie odchodzicie nigdzie. Łapiecie, stawiacie, odsyłacie. Do końca naszego koncertu. Z bisami.

– Ja pierdolę. – wydawało się, że jest już połapane wszystko w ochroniarskiej wielkiej głowie, kiedy nagle wzrok padł na mnie i na Sławka – A ci kurwa to kto.

– Aaaa, ci?  To nasze chłopaki. – Pewu nie dał się zbić z tropu, choć wyglądaliśmy w bramkarskiej ekipie jak ufoludki. – Tomek stanie na środku, Sławek zabezpieczy wejście. Reszta jak wam szef wskaże. Dobrze. Możecie ruszać pod scenę. Powodzenia.

– Ja pierdolę. – westchnął za wszystkich ten sam kolo i ruszyliśmy do roboty.

– Tomek, ja nikogo nie złapię, ja mam chory kręgosłup. Nie dam chyba rady. – Shuty był blady.

– Staniesz na końcu, nie martw się, może nikt nie poleci. – odparłem równie blady.

– Ej, kurwa, wy tak zawsze łapiecie? Nie można nikomu jebnąć? – ktoś z współpracowników dalej nie mógł wyjść z szoku.

– Można kurwa, tylko jak nie ma telewizji. – skłamałem.

I zaczęło się wszystko jak w zegarku. Punktualnie. Kamery ruszyły, Kult ruszył „piosenką młodych wioślarzy”, światła poszły pełną parą, a ja jak junior, z wybałuszonymi gałami, stałem i się na to wszystko gapiłem. Stojąc oczywiście dupą do publiki. Trwało to może z pięć sekund, ale to wystarczyło, żeby obok mnie spadł łbem na beton, jeden z pierwszych lataczy. Stojący obok zawodowiec wybałuszył gały, ja zdębiałem a operator ręcznej kamery podbiegł i zaczął kręcić nieprzytomnego kolesia obok moich nóg. Szybko otrzeźwiałem i zacząłem krzyczeć na nieprzytomnego gościa

–  Wstawaj kurwa, wstawaj!

I szarpałem go, podnosiłem, a ten spływał na ziemię. Do tego z głowy zaczęła mu się sączyć juha.

– Wypierdalaj! Wypierdalaj! – nogą odpychałem operatora, a rękami walczyłem z bezwładnym ciałem.

Ludzie których oddech czułem na twarzy, byli w szoku.

Nagle zza pleców wyskoczyli mi medycy, którzy szybko i sprawnie, jak na filmach wojennych, zebrali nieprzytomnego z pola boju na nosze i dalej do karetki. Byłem w ciężkim szoku. Co ja tutaj kurwa robię? Jak ja mam to ogarnąć?

Spojrzałem przed siebie, ponad tysiącami ludzkich głów, których końca nie było widać. I może nawet zacząłem się modlić do Matki Boskiej Koncertowskiej albo tej innej, Ochroniarskiej. Wtedy to, modląc się i łapiąc jednocześnie ludzi, w połowie pierwszej dziesiątki zdrowych Maryj, usłyszałem pierwsze dźwięki „Pasażera”. Według scenariusz to miała być moja chwila…

Może i miała. Ale ja nie miałem na to ochoty. Byłem zdruzgotany wpadką i czułem się za mały taki występ. Przez głowę przelatywały mi setki myśli, od „a jak mnie nie utrzymają, puszczą i podeptają?” po „ kurwa, ubrałem za ciasne spodnie, nie wlezę na te jebane barierki”. Wszystko było na nie.

I wtedy stał się cud. Bo oczywiście gdzieś na Kult Forum pochwaliłem się czego należy się spodziewać, głównie jeśli chodzi o moją nieskromną osobę. Więc kiedy ustaliłem sobie ze łzami w oczach, pierdolę nie polecę, pojawił się on. Jakiś koleś z Forum. Stał jak Jezus na jeziorze Galillejskim pośród falującego tłumu, około dwóch metrów od barierek. Wokół niego była wolna przestrzeń, którą wytwarzała jakaś magiczna siła, a on stał, wyciągał rękę w moją stronę, uśmiechnął się po ojcowsku i szeptał tak, że wszystko do mnie docierało jak na zwolnionym filmie, „ Skacz Gómi. Skacz! Dasz radę, skacz…”

Wiedziony tą tajemną siłą wspiąłem się na barierki, nie bacząc na pękające w kroku spodnie, zamknąłem oczy i poleciałem. Dziesiątki rąk wyciągnęły się w moją stronę i uniosły mnie do góry. Ramię z kamerą śledziło moje pływanie a ludzie przed telewizorami płakali i bili brawo wiwatując. Na pewno.

Po kilkunastu niewiarygodnie długich sekundach, tłum przerzucił mnie na moje stanowisko, za barierki, płynnie i bezpiecznie. Serce waliło mi jak szalone. Po tej akcji wszystko zaczęło toczyć się sprawnie. Łapałem, odstawiałem, wyciągałem, ochraniałem. Aż znowu zdębiałem. Bo na rękach tłumu płynął do mnie, z kamerą w jednej ręce i bandażem okrwawionym na głowie, człowiek którego w pierwszych sekundach sztuki nie złapałem. Płynął prosto na mnie. Musiałem mu teraz zadośćuczynić za krzywdę i wyłapałem go najprofesjonalniej jak tylko mogłem, mało co samemu się nie wypierdoliwszy.

– Stary, żyjesz? Nic ci nie jest? Przepraszam za to wcześniej. – tłumaczyłem się jak junior drąc mu się do ucha.

– Kolego, jest wspaniale! Wspaniale! – ranny ściskał mnie i buchał mi chujowo trawionym alkoholem prosto w nos – Wspaniale. Idę latać dalej.

Był napruty jak dzika świnia. Pewnie dlatego przeżył upadek który nastąpił z mojej winy. Wyrwał mi się z ramion i pobiegł. Niestety, nie za daleko. Po kilku metrach potknął się o kabel i wyjebał, tym razem nie robiąc sobie krzywdy, tylko uszkadzając kamerą na której oparł się upadając. Nawet nie zwrócił na to uwagi. Podniósł się jak na pijanego w sztok nawet sprawnie, zatoczył i pląsając zniknął w tłumie. Mózg musiało mu jednak uszkodzić kilka chwil wcześniej.

Do końca koncertu nie wydarzyło się już nic szczególnego. Skoncentrowałem się na robocie, którą jakbym miał we krwi. Podrygując i śpiewając, bo teksty znałem wszystkie, łapałem ludzi z uśmiechem na twarzy, będąc najszczęśliwszym bramkarzem na świecie.

Po koncercie zebraliśmy się w garderobie. Oryginalni bramkarze poznikali szybko, udając się do poważniejszych zajęć, do klubów, dyskotek i miejsc gdzie można troszkę bardzie zabłysnąć. Nasza  krakowska trójca przycupnęła w kącie garderoby. Byliśmy onieśmieleni wszystkim dookoła. Napięcie ulatywało powoli, muzycy na gorąco komentowali pomyłki, piwo smakowało jak mało kiedy, aż przyszedł czas na podsumowanie moich wyczynów.

– Gómi, a co z tym gościem co spadł na początku? Jak huknął głową o beton to scenie było słychać. Przeżył?  – Kazik zapytał jak gdyby nigdy nic.

– Ja też słyszałem! Huknęło nieźle! – Jeżyk, znawca tonów niskich dorzucił swoje trzy grosze.

– Przeżył! Latał potem kilka razy. To ten z bandażami. Ale był najebany, niewiarygodnie. Nic mu się nie stało. – tłumaczyłem się.

– To dobrze! O Litza! – Kazo zakończył temat na widok gitarzysty między innym KNŻ, który odwiedził nas po sztuce w otoczeniu większej części swojej dużej rodziny. – To co? Idziemy posłuchać Bryla i Jeżyka?

– Idziemy. – odpowiedzieliśmy zbierając ze stołu ostatnie browary i ruszyliśmy za scenę.

Po koncercie Brygady trzeba było ustalić dalszy plan działania. Na wspólne biesiadowanie największą ochotę miał Robert Brylewski.

– To co robimy? Jedziemy do nas? Napijemy się, zapalimy faję. Kazik, zbieraj chłopaków.

– No nie wiem, a gdzie śpicie? – kultowy wokalista wahał się jeszcze.

– Tu niedaleko, na kempingu.

– Gdzie? Eeee, to my mamy hotel, trzy gwiazdki. Jedźmy do nas.

– Dobra. Zapytam chłopaków. Zobaczymy się przy busach.

– Jedziemy. – zadecydował lider. – Gómi pozbieraj ekipę.

Sprawnie poinformowałem wszystkich z menadżerem na czele i ekipa zaczęła gromadzić się przy busie. W bezpiecznej odległości, za barierkami stała też grupka fanów, którzy chcieli zbić piątki ze swoimi idolami. Ale ochrona była tym faktem kompletnie nie zainteresowana i nie podejmowała nawet próby jakiegokolwiek pomocy. Wtedy jeden ze słuchaczy podjął samobójczą akcję przebicia się do zespołów na własną rękę. Wykorzystując chwilę nieuwagi, a nawet jej sekundę, przeskoczył barierki i ruszył kłusem w naszą stronę.

I stało się. Woda na ochroniarski młyn polała się silnym strumieniem. Bestie zerwały się ze smyczy i na metr przed naszym busem obezwładniły książkowo intruza. Po kilku mrugnięciach okiem, chłopak nie małej postury leżał na glebie twarzą w betonie, skuty i przyciskany do podłoża przez dwóch nadgorliwców. Niestety na jego niekorzyść działał stan w jakim był. Upojenie i upalenie było widoczne. Pomimo tego postanowiliśmy o niego zawalczyć.

A najbardziej Jeżyk, który rozumiał sytuację najlepiej, bo był w stanie najbardziej zbliżonym do ofiary. Pierwszy zareagowałem jednak ja. Na „kolegę z roboty”.

– E, kurwa, po chuj tak ostro! – mówiłem językiem ludzi ochrony, bo szybko umiałem się dostosowywać do panującej sytuacji.

–  Proszę nie przeszkadzać. Proszę się odsunąć. – zaskoczył mnie kolega z branży, bo nawet jednej małej kurwy nie wplótł w swoje zdanie.

– Ej no. Dajcie mu spokój kurwa. Przecież nic się nie stało. – negocjowałem.

– Nie. Stało się. Tu nie wolno wchodzić. On już drugi raz wszedł. Jest pijany i pod wpływem środków odurzających. A jak ma ejds? Proszę się odsunąć.

– Nie no, kurwa. Ja też jestem z ochrony, tylko Kultu, zespołu co tu grał.

– Ale tutaj to my jesteśmy od pilnowania porządku. Proszę odejść. Musimy go przeszukać i zadzwonić po policję. 

– Kurwa, serio? To bez sensu. Przecież on nic nie zrobił. – zagadywałem, a obezwładniony fanatyk ni chuja nie współpracował, próbując się wyrwać, klnąc i złorzecząc na wszystko co związane z siłami porządkowymi. – W takim razie my też dzwonimy i zgłaszamy nieuprawnione użycie siły. – wciągnąłem się w sytuację całym sobą i złapałem za telefon.

– Proszę bardzo. My też dzwonimy. – opanowany do granic możliwości ochroniarz imponował mi profesjonalizmem. Ja przy nim byłem amatorem ale z ikrą.

Wszystko przeciągało się czasowo strasznie. Gość był obezwładniony przed naszym autem i do przyjazdu policji ochrona nie chciał go ruszać, bo przy każdej próbie zluzowania uścisku był jednak bardzo agresywny. Staliśmy tak czekając na dalszy rozwój sytuacji, bo było nie było mieliśmy nadzieję na pomoc intruzowi jak policja przyjedzie i poza tym czekaliśmy na odblokowanie naszego busa, bo do hotelu był kawałek. Jeżyk, który pojawiał się i znikał, po którymś tam z kolei pojawieniu, był już w innym wymiarze.

– No co tak stoicie. Pomóżmy mu. – głos mus się podwyższył i brzmiało to lekko komicznie. – Kazik, no zrób coś wreszcie. Teraz możesz się wykazać! – basista wypalił jak z armaty.

Zamurowało nas, ochrona miała nas w dupie i Jeżyk postanowił nas opuścić.

– To ja idę sam. Na piechotę. Nie jadę z wami. Cześć. – i ruszył.

Zaniepokoiłem się jego oddaleniem, bo i jezioro blisko, ciemno, daleko a i stan kolegi na spacery nie wróżył najlepiej. Już miałem ruszyć za nim, kiedy ktoś z zespołu złapał mnie za rękę.

– Zostaw. Da sobie radę. Zawsze sobie daje.

Po kolejnej godzinie policja dotarła na miejsce wydarzeń. Pospisywali kilka osób, fana zapakowali do budy i pojechali, strasząc wezwaniami na rozprawę jeśli by do takiej dojść miało. Wpakowaliśmy się do odblokowanego pojazdu i po kwadransie popijaliśmy umęczeni jak diabli w hotelowym zaciszu. Nawet nie było sensu kłaść się spać, bo skoro świt mieliśmy pociąg do domu. Więc korzystaliśmy  ile wlazło z gościnności zespołu Kult.

Aha. Irek oczywiście doszedł. Obszedł jezioro Maltę dookoła, od czasu do czasu polegując na dawno skoszonej trawie i wysyłając do wszystkich po kolei esemesy o treści:

„Ratunku. Pomocy.Jest tam kto?”

Kilka godzin mu to zabrało, siana trochę na sobie zebrał, bateria mu padła, ale jak zawsze dotarł na swoje miejsce, żeby stan ilościowy zespołu się zgadzał. Prawdziwy profesjonalista.

Moja pierwsza kultowa robota musiała spodobać się kierownictwu na tyle, że niedługo po tym dostałem zaproszenie na trasę pomarańczową, z czego w miarę wolnego czasu postanowiłem skorzystać.  A co tam się wyprawiało, to już temat na kolejną opowieść. Która pewnie wkrótce się napisze.   

4. Komórka rodzinna, czyli żelazo nie klęka.

Sukces jest zawsze dobrym kamieniem węgielnym pod imprezę, a za taki uznałem awans w lidze siatkówki z Wandą, i w myśl tej zasady w pierwszy wolny weekend po turnieju zaprosiłem najbliższych znajomych. Przyjaciół. Nawet brat jakoś zjechał z Nowego Yorku bo mu się czas wizyty w USA skończył. I to nie tak zwyczajnie wrócił, tylko z przypadkowym przytupem.

Będąc już na ziemi Jana Pawła Seconda, a precyzyjniej w domu, w Nowej Hucie, znalazł w bagażu jakieś zielone coś w foliowym worku, może sreberku, co to tam, jeszcze tam w Ameryce, miał komuś przekazać. Ale zapomniał i lecąc przez pół świata, przechodząc kilka kontroli granicznych, nieświadom niczego, przemycił na ziemię ojców narkotyk. Pamięć mu wróciła chyba na lotnisku we Frankfurcie, kiedy zobaczył na taśmie swoją walizkę czy może torbę, rozerwaną i owiniętą folią. Przez głowę mu przeszło, że pewnie kontrola wyłapała to małe zawiniątko, którego miało nie być a było przypadkiem, i teraz przy odbiorze dopadną go służby kryminalne świata i pójdzie siedzieć.  Tylko gdzie? Wrócą go do USA? Osądzą w RFN czy zapuszkują w Polsce, w domu.

Nic takiego nie nastąpiło i pierwszorzędny, bo z północnej Ameryki towar, a jak wiemy z opowiadań, to w Ameryce wszystko jest pierwszorzędne, trafił pod nowohucką strzechę. Towarzystwo nasze nie miało ani ciągot, ani umiejętności ani jakiejś specjalnej wiedzy jak to ugryźć. Tym bardziej, od końca dwudziestego wieku byliśmy zadeklarowanymi przeciwnikami i wrogami wszelkiej maści używek, poza oczywiście alkoholem i papierosami, bo te były ogólnie akceptowane, prawie że święte, i to na nich chcąc nie chcąc się chowaliśmy. Ale skoro weszliśmy w nowe tysiąclecie, świat się dookoła zmieniał na ten znany z telewizora, zachodni, to i my postanowiliśmy nie pozostawać w tyle i skorzystać z okazji jaką był staff z Nowego Jorku.  Podkręceni kilkoma drinkami, postanowiliśmy to wypalić klasycznie, znaczy chyba z fifki ( tylko kto by ją miał mieć i po co?), albo, co bardziej prawdopodobne, w jakimś papierosie. Oczywiście nie wszyscy palili to coś, tylko mniejsza mniejszość w której oczywiście, pomimo kilku fatalnych doświadczeń z tym czymś, byłem ja, wtedy jeszcze sportowiec, mocno zadeklarowany wróg wszelkiego narko. W gadaniu byłem mocny, a w życiu byłem giętki jak gałązki wikliny z których można było wyplatać byle gówno albo i kosze. Zadeklarowany przeciwnik, ojciec krucjaty  który tydzień wcześniej próbował już produkty z wysokiej półki, zwane produktami twardymi. Człowiek z plasteliny można było mi mówić.     

I się zaczęło. Oczywiście tylko dla mnie, bo ja to jakiś niestworzony dla halucynogenów byłem i jestem. Po przyjęciu specyfiku do płuc, bardziej po dłuższej, niż krótszej chwili, zaczęło mnie wyciągać przez okno w kuchni. Okno nie było otwarte „na oścież”, tylko uchylone i zablokowane. Mimo tego powstał taki dziwny ciąg od kuchni na pole (nie na dwór. Jak już to na zewnątrz), który mnie zasysał. Spanikowałem i zacząłem je zamykać, jednak dosyć nieudolnie. W końcu zaparłem się o nie i trzymałem z całych sił. Jednak okno za wszelką cenę chciało się otworzyć i mnie wyciągnąć. A mieszkam na piątym piętrze, więc walczyć musiałem do końca żeby nie spaść raz i na zawsze.

– Gomół, co ty robisz? – zapytał Ogon zauważywszy moją dziwną pozycję.

– Próbuję okno zamknąć, bo mnie chce wyssać na pole. Pomóż.

– Ale jak to wyssać?

– No przez tę szczelinę. Normalnie. Nie czujesz tego przeciagu?

– Czuję, czuję. Posuń się. – Mateusz zwany Ogonem był, jest i będzie wśród ludzi z naszej paczki rozsądny i raz dwa rozwiązał moje problemy.

Na chwilę. Bo okno w kuchni poza próbą wyssania mnie z chaty, dawało też tlen i było notorycznie otwierane.

– Ogon. Okno się na mnie uparło. Ty, weź mnie przywiąż do materaca w sypialni.

– Zwariowałeś?

– No nie. Ale jak będę miał powierzchnię większą od okna, to się zaklinuję jakby co. Przywiąż mnie paskiem.

I do teraz nie wiem czy mnie przywiązali czy nie. Ale obstawiam, że raczej tak. Z oknem na piątym piętrze żartów nie ma.

                                                                          *

Notoryczna Narzeczona zakończyła swój związek małżeński, jeszcze co prawda nie oficjalnie sensie prawnym, i mieliśmy się kolejny raz ku sobie. Docieraliśmy się mocno, żeby podjąć na tysiąc procent decyzję co do dalszej przyszłości. Zaczęliśmy pomieszkiwać ze sobą, jeść wspólnie schabowe, spać na jednym łóżku oraz wspólnie jeździć na koncerty, które były moją wielką pasją. I takim to sposobem udaliśmy się, wraz z Boćkiem, na koncert El Dupy do Oświęcimia.

Podział ról był prosty. Ja byłem kierowcą a oni mieli relaks. Klub w którym Dupa grała znajdował się w trzypiętrowej kamiennicy. Na piętrze był klub, a na półpiętrze garderoba. Jako gości zespołu podjęto nas z honorami i usadowiono w loży obok sceny. Do tego serwowano nam drinki i inne napoje, które na hasło „Gość El Dupy” kosztowały nic. Tak to nam Pewu pozałatwiał wszystko przepięknie.

Było bogato. Drinki miały przedziwne nazwy, od coś tam Małysza, po przez krew i inne, mniej lub bardziej zaskakujące określenia. Pomimo bycia kierowcą, dwa najdziwniejsze musiałem wypić. I dobrze zrobiłem, bo Doktor Yry niespodziewanie zaprosił mnie na scenę i kazał śpiewać z Kazikiem. Dzięki przyjętym wcześniej płynom tremy nie miałem i nawet nieznajomość pełnego tekstu „Wojen” i „Zabiłem kolegę na poligonie” nie stanowiła problemu. Było wybornie, wspaniale i tak… rodzinnie.

Po koncercie zszedłem do garderoby w której Kazo i Yry polegiwali na tapczanach.

– Przepraszam, mogę skorzystać z toalety? Kolejka na górze straszna.

– Pytasz czy możesz? – Kazik spojrzał na mnie z pozycji horyzontalnej – Ty możesz wszystko. Bo jesteś z rodziny. Wchodź.

No i wszedłem, na resztę swojego życia. Tak daleko jak tylko mogłem, nie wadząc za bardzo nikomu. Taką mam nadzieję.

Do Santa Cruz wiodą drogi cztery
Ta kwestią wiedzy jest, a ta druga wiary
Do Santa Cruz wiodą drogi cztyry
A to jest domena Doktora YRY

Ból jest duży, to już koniec podróży
Słaabo?! Silna ręka, na zawsze
Żelazo nie klęka!

Ból jest duży, to już koniec podróży
Czysta dusza, silna ręka, na zawsze
Żelazo nie klęka!

Solo – Doktor YRY!

Moc jest z nami chłopakami, dziewczynami
Ekstaza i udręka, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Czas ucieka, a wróg nie czeka
Słaabo?! Się nie lękaj, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Głód jest silny, ale stan stabilny
Słaabo?! Silna ręka, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Ten wieczór był magiczny tak jak nic wcześniej. Wszedłem do kultowej i nie tylko załogi, z Notoryczną postanowiliśmy iść przez życie na dobre i na złe, a nasza komórka rodzinna zaczęła się w tej miłosnej euforii, przy udziale El Dupy powiększać.  O czym mieliśmy się przekonać naocznie za dziewięć miesięcy.

                                                                 *

Rok 2001 był ważny z jeszcze z jednego powodu. Czysto piłkarskiego a dotyczącego naszej, przeklętej w 1986 roku przez Zbigniewa
Bońka, reprezentacji narodowej w piłce kopanej. Chociaż uprawiałem pół zawodowo siatkówkę, to miłością sportową życia był futbol. I w kolejnym wcieleniu muszę pójść piłkarską ścieżką.

Tego roku zaczynaliśmy się liczyć w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2002 roku, które miały odbyć się w Korei i Japonii. Po 16 latach śmichów chichów w naszej kopanej coś drgnęło. A wielką zasługę w tym mieli, kiedyś koledzy klubowi z Hutnika Kraków, Tomek Hajto, Marek Koźmiński – medalista niezapomnianej Olimpiady w 1992 roku, oraz najważniejszy piłkarz polski tych czasów, pierwszy czarnoskóry reprezentant naszego kraju, Emmanuel Olisadebe. Coś, co jeszcze kilka lat temu było nie do wymyślenia, zostało wymyślone. Świat zaczął się zmieniać, a Europa była w tych zmianach najszybsza. Dzięki temu Polak został murzynem. Albo murzyn Polakiem. Byliśmy z tego dumni.

Pierwszą jaskółką zmiany na lepsze, była wygrana z Ukrainą na rozpoczęcie eliminacji, ale prawdziwym kamieniem węgielnym stał się zwycięski mecz wyjazdowy z Norwegami. Zapamiętałem to szczególnie. Ja i moi nowi sąsiedzi w naszej nowej, wspólnej klatce. A wszystko co złe, było z winy Norwegów, którzy zawody wyznaczyli na godzinę 16;00. Czyli stosunkowo za wcześnie jak na nasze możliwości imprezowe.

Bo skoro miałem swoje mieszkanie, całe sześćdziesiąt metrów dla siebie, i pomieszkującego ze mną brata i starą/nową narzeczoną, czyli ludzi młodych i rozrywkowych, wspólne oglądanie zawodów sportowych u mnie ze znajomymi musiało mieć miejsce. Rozpoczęliśmy przygotowania do meczu około godziny czternastej. Zapewne byliśmy nastawieni, jeśli chodzi o wynik, na nie, ale za to jeśli chodzi o spożywanie alko, to tu dla odmiany byliśmy na tak. Były więc plusy ujemne i plusy dodatnie całego wydarzenia.

Mecz był istnym wariactwem. Mieliśmy wikingów na tacy, prowadząc 2-0 do przerwy, a radości i toastom nie było końca. Kiedy w 67 minucie zrobiło się cicho, bo Solskiaer ( czytaj Soszia albo Solskier) doprowadził do remisu, toasty zastąpiło picie na smutno. Ale na krótko, bo końcówka była dla nas i Karwan Bartosz dał nam niespodziewane 3 punkty w meczu wyjazdowym. Szok i niedowierzanie. Kilkanaście lat futbolowego marazmu, w którym brodziliśmy po uszy w bagnie, zaczęło odchodzić precz. Radości nie było końca. Ponad dwadzieścia osób piło, płakało z radości, dyskutowało, komentowało i przeżywało mecz tak, jakbyśmy byli mistrzami świata w kopanej. Ciśnienie które się wytworzyło przez te kilkanaście lat uszło jak z przebitego balonu. BUCH!

Może to wtedy uknuto hasło: w Europie nie ma już słabych drużyn. Skoro Polska wygrała w Norwegii…

Nogi sobie nie dam uciąć.

A wcześniej było piłkarsko źle. Dramatycznie. Nawet Kazik, który w swoich tekstach poruszał sprawy poważne i o miłości, był sfrustrowany bardzo, skoro w „4 pokojach” nie wytrzymał i nawiązał do naszego reprezantacyjnego futbolu śpiewając:

 4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam dopóki jeszcze mogę stać 
4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam póki jeszcze prosto stoję 

Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola 
To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola
 *

*fragment piosenki Kazika „Cztery pokoje”

Nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, rodziny z małymi dziećmi. Tak to mniej więcej wyglądało w mojej klatce. Już o dziewiętnastej zaczęły się pielgrzymki przerażonych ludzi z prośbami o ciszę. Co kwadrans pukał kto inny. Prośbom, groźbom i błaganiom nie było końca. Lokatorzy byli załamani. Co za patologia im się zalęgła na nowym, za ciężkie pieniądze kupionym mieszkaniu? Jak z takim towarzystwem iść przez życie? Jak doczekać ciszy nocnej.   I zapewne mieli by ciężką noc, gdyby nie pomoc z nieba. Przed dwudziestą drugą padliśmy jak Norwegowie. Na ryj, na pysk, na wznak. Jak nasz futbol po 1996 roku. Ale my tylko na chwilę zapadliśmy w sen. Do świtu, do dnia. Do życia. Zgodnie z regułami i zasadami sąsiedzkiego współżycia, od dwudziestej drugiej do ósmej rano, kiedy to z gramofonu poleciała w osiedle kilkanaście razy, puszczona przez mojego brata na full płyta Moskwy, z akcentem na jeden kawałek:

Powiem ‚tak’ i będę taki sam 
Tak jak wy nie warty nic! 
Stare gry łajdaków wciągną was! 
Układy sił wykończą wszystkich z was! 

Nowe hasła zawładną wami 
Za taką cenę będziecie kukłami 
Mówicie tak, bo to jest rozkaz! 
Gdzie wasze ja? Tak ginie Polska! 

Nigdy! – Nie powiem tak jak wy! 
Nigdy! – Nie sprzedam się jak wy! 
Nigdy! – Nie będę kukłą! 
Nigdy! – Nie zawładną mną nowe hasła! 
Nigdy!*

     *Utwór zespołu Moskwa „Nigdy” Nowe miejsce na ziemi zostało ochrzczone.