M19. Entliczek Pętliczek a na twarzy bęc!

M19. Entliczek Pętliczek a na twarzy bęc!

 

 

Entliczek – pentliczek
Co zrobi Piechniczek
Tego nie wie nikt.
Kto się zmartwi, kto rozerwie
Czy przed przerwą, czy po przerwie
Tego nie wie nikt.
Uśmiechów, radości,
Kłopotów czy żalu
Czego będzie więcej?
To tajemnica mundialu
Mundialu to tajemnica.
Ja jednak wierzę że nie będzie źle
E viva Espania Ole !*

*(Bohdan Łazuka „Uliczkę znam w Barcelonie”)

Ciekawe ilu z was pamięta ten kawałek który towarzyszył wspaniałym występom polskich piłkarzy na mundialu w 1982 roku? Muzyka, przy okazji wielkich imprez, zwłaszcza sportowych, jest w stanie wygenerować przebój, który będzie kojarzony z danym wydarzeniem przez lata. W czasach naszej młodości było podobnie. Mistrzostwom Świata 1998 roku we Francji, oraz zmianie stanu cywilnego przez Filipa, towarzyszył grany do przygu przez rozgłośnie radiowe kawałek „La Copa De La Vida” Ricky’ego Martina. Atakował on nas z każdej strony i bombardował swoją dupowatością. Ale był i trzeba było się z tym pogodzić i jakoś to przeżyć lub przepić .

 

Życie jest czystą pasją
Trzeba napełnić kielich miłości
Żeby przeżyć trzeba walczyć

Żeby zdobyć serce

Jak Kain i Abel to okrutny mecz  

musisz walczyć o gwiazdę
Zdobądź honor, kielich miłości
Żeby przetrwać musisz walczyć o nią
Walczyć o nią (Tak!)
Walczyć o nią (Tak!)

Ty i ja! Ale Ale Ale
Dalej dalej Gol! Ale ale ale
Wszyscy w górę! Świat stoi na nogach
Dalej dalej gol! Ale Ale Ale

Życie to współzawodnictwo
Musisz marzyć by zwyciężyć
Kielich to błogosławieństwo
Zwyciężaj Dalej Dalej DALEJ!*

*(Ricky Martin”La Copa De La Vida”)

 

Tekstowa makabra na poziomie polskiego futbolu  lat 90 tych.

Na początku lipca rozpoczynała się decydująca rozgrywka i na boisku i u Adama w życiu. Wieczór kawalerski musiał być godny przyszłego małżonka, a do tego połączony z półfinałami MŚ sprawiał, że nasze potrzeby balangowe zostały zaspokojone w dwójnasób. Rodzice Adam wyjechali na działkę, a Adam niefortunnie zrobił remont mieszkania przed wieczorem kawalerskimi i w pięknym, odświeżonym, trzypokojowym lokalu na osiedlu Wysokim, nomen omen, na dziewiątym piętrze, wznieśliśmy kielichy i marzyliśmy o zwycięstwie niczym Ricky Martin w swojej” La Vidzie” o staniu na nogach. Polska piłka miała wtedy okres strasznej czarnej dupy i mistrzostwa te mogliśmy oglądać bez niepotrzebnego balastu nacjonalistycznego i niezdrowych patriotycznych ciągot.

Były to zresztą kolejne mistrzostwa, świata, europy bez naszych kopaczy. Niestety, era olimpijskich herosów z roku 92 – go stała się, pod koniec XX wieku, czasem sflaczałych erosów.  Ale na chuj drążyć temat? Było jak było. Nam to nawet nie przeszkadzało, człowiek i do złego się przyzwyczai w potrzebie.

Rozpoczęliśmy więc nasz samczy spęd w piątek i zamierzaliśmy się kisić we wspólnym gronie do niedzieli. Trzy. Trzy dni. Hattrick, ale nieklasyczny, bo mecze ćwierćfinałowe były tylko w piątek i w sobotę. Ale to wystarczyło żeby osiągnąć pijackie dno i zbliżyć się choć na chwilę do poziomu polskiego piłkarstwa, przesiąkniętego wtedy korupcją i byle jakością. Piątkowe oglądanie przeplataliśmy głośnym słuchaniem muzyki i konsumpcją zgromadzonych płynów. Do samego końca, czyli do odpłynięcia w niebyt po dwu meczach i dogrywkach. Dogrywki były i na mistrzostwach i w naszej pijanej codzienności. System i tu i tu był pucharowy, więc ktoś przegrać musiał.

Sobotni poranek, wpadającymi nieśmiało promykami słońca, odsłonił zgliszcza nocnej imprezy. Trup ścielił się niezwykle gęsto. Chłop przy chłopie, niczym A klasowa drużyna piłkarska po ciężkim treningu. Ale nie było przebacz. Koło godziny dziesiątej, co silniejsi kondycyjnie pobiegli po piwo, żebyśmy mogli się podleczyć, świętować dalej oraz gotować się do wieczornych pojedynków o mistrzostwo świata. Koło godziny czternastej mieszkanie Adama było już domem otwartym i zaczęły się przezeń przelewać tabuny znajomych.

Oczywiście chłopaków. Ba, kawalerów. Kolejna partia dostawców-ochotników była już o tej porze zdrowo nagrzana i wyjście w celu uzupełnienia zakupów, odbywało się mocno nietypowo, bo w kobiecych pończochach, które bez zgody wypożyczono z ubraniowych zasobów siostry Adama. To już było spore przegięcie. Męskie pończochowanie raziło sąsiadów bardzo, ale gwoździem do sąsiedzkiej trumny było całowanie się, z języczkiem, w ciasnej windzie, przez dwóch wielkich kolegów, którzy odlecieli po alko w całości. Może w ten sposób chodziło o zwrócenie problemu nietolerancji względem osób homoseksualnych? Raczej nie sądzę. Brakowało nam po prostu bab. Proza życia.

Moja kolejka, jako alkokuriera, wybiła zaraz po godzinie szesnastej. Do domu towarowego Wanda miałem dwa kroki i to z górki. Dokupiłem picia dla dorosłych, coś do zjedzenia i przez przypadek wylądowałem na stoisku z kolorowymi sprejami do włosów. Przypadek był mega przypadkowy i mocno niewskazany. A może jednak ktoś mi kazał tam wylądować? Postanowiłem więc przypadkiem lub nie przypadkiem, sprawić przyjaciołom niespodziankę i nakupiłem, pomarańczowych i czerwonych farb do włosów, tych z kategorii: tanio, szybko i bele jak.

Kolory były takie, ponieważ zdecydowana większość naszej grupy rozrywkowej była za Holandią. I to zagranie okazało się wielkim faux pas w stosunku do świeżo wyremontowanego mieszkania. Ale zanim to wyszło, radości było co niemiara. Kolorowi jak nigdy, prawie pomarańczowi, podpici jak trzeba, oddaliśmy się we władania transmisji telewizyjnej. Ale kondycji, niestety, nie mieliśmy nadprzyrodzonej i podczas pierwszego meczu, część co bardziej otumaniona, zaczynała podsypiać. Ale pragnienie i chęć obcowania z absolutem futbolu, nie pozwalała odejść na długo w świat snu a już tym bardziej od odbiornika TV.

– Jagoda wstawaj! – ktoś ryknął do ucha bratu memu, który wzorowo odleciał po pierwszym kwadransie oglądanego meczu.

– Ale ja nie śpię! – ten odezwał się rozbudzony, rozkojarzony, że on niby nie i znowu usnął.

Przed drugim meczem całość trupiarni, wraz z nim, została wskrzeszona z martwych i zaczęły się dyskusje na temat mundialowego futbolu.

– Rumunia w grupie wygrała!

– Zesrała. Był remis!

– Jaki remis, wygrała.

– Mówię ze był remis. Oglądałem wszystkie mecze!

– Aaaaaaa! Wszystkie mecze?

– No, wszystkie.

– Nie pierdol, ten przed chwilą przespałeś więc nie wszystkie.

– Nie przespałem!

– Aaaaaaa! Przespałeś! Nie oglądałeś więc wszystkich.

– Zaraz ci jebnę!

I czy ktoś komuś jebnął czy nie jebnął nie pamiętam. Raczej na pewno prawie nie. Ostatni obraz który zarejestrowałem niczym oko kamery, to półprzytomni znawcy futbolu z pomarańczowymi albo czerwonymi głowami, próbujący złapać kontakt z odbiornikiem TV, który transmitował ćwierćfinałowy mecz Holandii. Zaraz po tym przestała mnie obchodzić Holandia, impreza i całe mistrzostwa. Za to pewnie śnił mi się rok 1993, kiedy to musiałem uciekać przed gniewem rodziców, którzy niespodziewanie wrócili przed meczem Polska – Anglia w Chorzowie, a ja nieprzygotowany kompletnie, nie pozacierałem śladów imprezy przedmeczowej. Nadpalona lodówka, połamane taborety i ogólnie sportowy chlew jaki pozostał nie pozwalał cieszyć się meczem repry. Długo ten koszmar mnie dręczył. Za długo.

Wstałem zaraz rano, tak gdzieś koło dwunastej. Jak szybko wstałem tak szybko usiadłem. „Ale wkoło jest czerwono, o, o, o.” zanuciłem i postanowiłem wiać do siebie. Czerwone albo pomarańczowe było wszystko. Od ścian, pościeli, sof, foteli do ubrań, twarzy, rąk. Chyba Adamowi remont nie wyszedł albo co, stwierdziłem i postanowiłem się przemieścić do bardziej ogarniętej i czystej miejscówki, czyli swojego, albo bardziej prawidłowo, do rodziców mieszkania. Brata nie byłem w stanie obudzić ale, zamiast niego Ogi i Kura postanowili udać się ze mną, w celu złapania na spokoju jako takiego pionu, który pozwoliłby im powrócić w swoje domowe pielesze.

Pogoda była przepiękna. Kto zna lato w Nowej Hucie ten wie, że jest bosko. Zielono, ciepło, przecudnie. Na Kościuszkowskie było blisko. Szliśmy radośni przez osiedle Na Lotnisku, obok Wandy. Po drodze kupiliśmy po parę piw na głowę, żeby zbyt brutalnie w niedzielę nie wchodzić. „Dzień boży to i piwko się przyłoży” rymowałem do siebie radośnie. Ale zanim otwarłem pierwsze piwo, po dotarciu do domu, zapuściłem małe coś niecoś do posłuchania. Lubiłem tę pustkę w mieszkaniu, kiedy można było pograć deczko głośniej i nikomu to nie przeszkadzało, a co najwyżej wkurwiało sąsiadów, ale chyba i to nie, bo nikt mi nigdy uwagi nie zwracał. Musiałem dobrze grać.

 

 

Siedzę w pustej knajpie, wszyscy już odeszli w ciemną noc
Kelner zbiera szklanki, zaraz mnie wypędzą znowu stąd
Pora się wynosić, ale nie ma wcale dokąd iść
Kiedy tutaj szedłem, zatrzasnąłem mocno Twoje drzwi

Goryczy czas już widać dno
Goryczy czas i zbite szkło
Goryczy czas już widać dno
Goryczy czas i zbite szkło

Forsa się skończyła, za to się zaczyna wielki kac
Jeszcze szklanka wina, bo nienawiść rozdzieliła nas
Jak przetrzymać jutro, kiedy wczoraj wcale nie ma już
Zaraz pójdę w ciemność, aby jutro znowu wrócić tu

Goryczy czas już widać dno
Goryczy czas i zbite szkło
Goryczy czas już widać dno
Goryczy czas i zbite szkło”*

*(KSU „Po drugiej stronie drzwi”)

      

Zapętliłem w odtwarzaczu cd jeden ze swoich ukochanych utworów, pogłośniłem siarczyście, dopiłem piwo i … usnąłem. Moi towarzysze jak to zobaczyli, postanowili mi nie przeszkadzać i udali się na piknik za blok. Zabrali sobie po dwa piwa, kocyk i powędrowali na zielony trawnik. Przyznam się szczerze, że trzeba było mieć nieźle pogubione czucie estetyki, żeby wymyślić sobie leżenie w słońcu, obok wielkiego, dziesięciopiętrowego i do tego pięcioklatkowego bloku z wielkiej płyty. W jednym ich jednak rozumiałem. Muzyka była świetnie słyszalna z drugiego piętra i to ich usprawiedliwiało. Zaryzykuję nie bezpodstawnie, że pół osiedla miało dobrą słyszalność. Ale KSU fajne, co nie?

Po jakiejś godzinie z okładem lub bez, obudziło mnie intensywne poszarpywanie moich zwłok.

– Stary, wstawaj! Co ty robisz? Na całym osiedlu słychać KSU! – brat był przerażony i skacowany równomiernie.

– Ale co się dzieje? – schodziłem na ziemię półprzytomny i jednak ogłuszony.

– To ty mi powiedz co się dzieje. Mieszkanie otwarte, muzyka wyje. A gdzie Kura i Ogon?

– Nie wiem. Pewnie poszli do domu.

– Przycisz to łeb mi pęka – brat też lubił KSU ale chyba nie wtedy.

Przyciszyłem bo i mnie pękał i poszedłem szukać piwa. W końcu było lato i płyny należało uzupełniać regularnie. Znalazłem puszeczkę w lodówce i polazłem delektować się przepięknym dniem na balkon. Jeszcze dobrze łyka nie zrobiłem, gdy nagle wypatrzyłem dwóch znajomych mi biwakowiczów pod moim balkonem. Nie wierzyłem ja, nie wierzyli pewnie sąsiedzi oraz ludzie którzy wracali z kościoła. A oni małej wiary nie byli. O nie. Bo trzeba było mieć nieźle pogubione czucie estetyki, żeby wymyślić sobie leżenie na słońcu, obok wielkiego, dziesięciopiętrowego i do tego pięcioklatkowego bloku z wielkiej płyty.

Tylko czy po trzydniowym wieczorze kawalerskim, w cieniu wspaniałych mistrzostw świata we Francji coś jeszcze mogło być dziwne? Wydaje mi się, że dla nas jednak nie. I niech tak zostanie.

 

Jeszcze przy okazji zmiany stanu przez Adama i odsłuchiwaniu starych płyt, coś mi się przypomniało. A ma to troszkę związek z tą piękną piosenką:

 

Dziś prawdziwych wieśniaków już nie ma…

 

Miało się tryperka, Syfa miało się

Tryper to drobnostka Syf niestety nie

 

Rege kocia muzyka Kocia muzyka rege

Miauczy i utyka Rege kocia muzyka*

*(Pudelsi „ Rege kocia muzyka”)

 

Otóż któregoś wakacyjnego weekendu, wybrałem się w odwiedziny do moich przyjaciół, którzy część wakacji postanowili spędzić nad Jeziorem Rożnowskim. Ja na taki luksus pozwolić sobie nie mogłem, bo pracowałem „ciężko” na hucie i wakacje mi się skurczyły do jakichś dwóch tygodni. Ale weekend? Czemu nie! Tym bardzie, że jeszcze nie rozpocząłem przygotowań do kolejnego siatkarskiego sezonu i weekend miałem wolny jak koń polny.

I na tym króciutkim wyjeździe złapałem jakiegoś parcha na całym ryju. No ja nie wiem skąd to coś się przypałętało i usadowiło jedynie na twarzy. Policzki i okolice ust miałem w jakieś ropiejące syfy. No makabra. Do urody – 100.

Pierwsze kilka dni próbowałem leczyć się samodzielnie. Metoda była prosta. Zapuściłem zarost, żeby ukryć parchy i czekałem. Ponieważ na działce Filipo robił jakąś balangę poweselną i czas imprezy się zbliżał, postanowiłem wspomóc się wizytą u lekarza. W końcu byłem kawalerem i liczyłem na jakieś nowe znajomości damsko – męskie. Tym bardziej, że moja notoryczna narzeczona znalazła sobie męża i zostawiła mnie samego sobie. To oczywiście z mojej winy nastąpiło, bo ja nie wystarczająco mocno naciskałem na nią, żebyśmy jeszcze raz dali szansę naszej miłości no i mleko się rozlało. Było mi przez jakiś czas bardzo smutno ale parchy na ryju mnie ocuciły i kazały się z życiem złapać za bary. Notoryczną zostawiłem z jej wyborem, czując wewnętrznie, że niedługo los się odmieni i trawa się zazieleni a nasze potwory zmienimy w amory.

Co ja pierdolę. Wracamy na ziemię.

Pani doktor coś pod wąsem, tak wąsem, poburczała, wypisała mi jakąś maść i kazała iść precz. To polazłem, maść kupiłem i trochę syfu mi zeszło. Ale nie wszystko.

No i na kolejnych imprezach, w przedziale dwu-trzy tygodniowym od momentu zastosowania maści, zawierałem nowe znajomości i nawet były dziewczyny które dawały mi się ukradkiem pocałować. Dzisiaj mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że był to niestety z mojej strony, pocałunek śmierci. Nie wiedzielibyśmy o tym nigdy, gdyby nie to, że koleżanki po kilku dniach od amorów, nosiły moje ropienie na swoich twarzach. Ależ to było nieeleganckie z mojej strony. Ale kto to mógł wiedzieć? A może wszystkie wiedziały, ale mój urok osobisty ( prawda ukochana, że go miałem?) sprawiał, że obok całowania ze mną nie dało się przejść obojętnie?

Nie to co dziś. Było, minęło, se ne wrati. Buziaki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.