27. Taki zwykły piątek…


„Pytasz mnie, co u mnie.

Mówię, nic. Dzień jak co dzień.

Nawet nie przemknie ulicą

Żadna kurwa, czy złodziej.

Ciężko się żyje, kiedy nic się nie dzieje.

Choć, poczekaj… chwileczkę.

Są! Są!

Kurwa! Złodzieje”

Nic tego zwykłego piątku, 25.09.2020 roku, nie zwiastowało, że już o godzinie 12:21 będę miał wszystkiego dość, i jedyne o czym będę marzył w robocie, to albo szybki desant na chatę, albo jeszcze szybszy desant na alko.

Wstałem wyspany, radosny i nawet głodny, chociaż na późną kolację zjadłem wielkiego steka z górą frytek i prawie całą butelką czerwonego wina. Dzięki tak obfitej obiadokolacji, mogłem wszystkie mecze, transmitowane czwartkowego wieczora przedrzemać, bo i poziom był rzadki, i zmęczenie pod koniec tygodnia w pracy się kumuluje. Dzięki temu, pobudka o siódmej rano nastąpiła rześko.

Do pracy dotarłem zaraz po dziewiątej, jak co dzień, i zacząłem codzienną działalność, której po kwadransie miałem dość, bo za wolno pisałem na skypie. Ale szybki papieros, poza terenem salonu, ukoił moje wkurwienie numer jeden. I nawet nie oszalałem na widok dostawy teleskopów, kiedy dotarło do Krakowa pół ciężarówki astro sprzętu. Ot, normalka. Jedni mają pandemię, a inni zajebdemię. Alfa i beta, jang i jonk, Romek i Atomek. Góra i dół.

Na szczęście sklep miał obsadę dwuosobową i rozładowanie pod tonę sprzętu szło bardzo sprawnie. I kiedy widzieliśmy już koniec rozładunku i pozostało tylko drugie tyle poustawiania wszystkiego w sklepie, na dieslowskich plantach, trzydzieści metrów ode mnie, zauważyłem szarpaninę, w której uczestniczyli dwaj panowie i dwie panie. Panie i młodszy pan wyszarpywali panu w wieku średnim, paczkę. Zrobiłem więc jeszcze jeden kurs z auta pod sklep, a że szarpaczka trwała dalej, postanowiłem zareagować. Podszedłem więc dynamicznie i zapytałem grzecznie:

– E! Co jest kurwa? Co się tu dzieje?

Na te słowa pełne miłości chłopiec w wieku średnim puścił paczkę i zaczął się szybkim, nerwowym krokiem oddalać w ulicę Brzozową. A panie zaczęły młodszego pana uściskiwać i mu za coś dziękować.

– Co się stało? Napadli was? Okradli? – dociekałem uparcie, ale towarzystwo mnie zlało ciepłym moczem.

Wróciłem do rozładunku, ale coś mnie tchnęło i postanowiłem dogonić uciekającego, który w międzyczasie założył kapur, żeby wtopić się w syfski Kazimierz, żeby zadać mu nurtujące mnie pytanie, czy nie jest czasem złodziejem. Ale po kilku metrach odpuściłem, bo skoro nikt nie zgłaszał u mnie kradzieży, to chuj mi do tego. I kiedy doszedłem pod salon, na róg Dietla i Brzozowej, trójca zamieszana w zamieszanie stała już przy policyjnym radiowozie i opowiadała co i jak. Jak tylko usłyszałem: Zabrał! – dostałem amoku.

– Dawaj, kurwa za mną! Tam chuj poszedł, dawaj! – wydałem komendę i już pędziliśmy kłusem, mła i dwudziestoparoletni policjant w maseczce, okularach i ciężkich butach.

Na pełnej jeszcze piździe wpadliśmy w Podbrzezie, ja niesiony adrenaliną, darłem się w niebogłosy:

– Szedł tu gość w bluzie? Szedł? Do kurwy nędzy…

– Panie… Tu telo chodzi – odpowiedział mi jeden z budowlańców przywracających okoliczne kamienice do piękności.

I wtedy zobaczyłem go w oddali. Kiedy usłyszał podniesione głosy, odwrócił głowę, a ja zobaczyłem bluzę pod jego pachą. Profesjonalista, kurwa mać. Maiła już ponad sto metrów przewagi, kiedy przyspieszyłem niczym członek polskiej sztafety 4×400 metrów na terenie odkrytym. W latach dziewięćdziesiątych to ja na Kazimierzu byłem goniony, a teraz sam stałem się łowcą! Jak dziwne są koleje losu – biegłem i myślałem. I patrzyłem za siebie, czy nie odskoczyłem za bardzo funkcjonariuszowi.

Na skrzyżowaniu Bożego Ciała i Miodowej odcięło mnie całkowicie. Korpus chciało mi rozerwać. Płuca i serce pracowały ostatni raz tak intensywnie na koszykówce, dwa tygodnie temu, a wcześniej ze trzy lata temu, jak piłkę kopałem. A złodziej był już przy Krakowskiej. Pozostało mi tylko wyć:

– Policja! Policja! Łapać kurwę! Złodziej! Łapać go!

– Policja! – wtórował mi umundurowany funkcjonariusz, i dobrze, bo ja to nikogo poważnego nie przypominałem, w krótkich spodenkach i zielonym podkoszulku : „Łużna 2013 – Podgórskie Atrakcje Naukowe”.

Kiedy mundurowy mnie dogonił, ustaliłem dalszy plan działania i rozkazałem mu biec w stronę Stradomskiej, a ja, już tylko szybkim marszem, ruszyłem otoczyć łobuza, przez Bożego Ciała, poprzez Meisselsa, aby domknąć pierścień na Krakowskiej.

I domknęliśmy! Ale bez poszukiwanego, który rozpłynął się w uliczkach Kazimierza.

– Wracamy. – zarządziłem, kiedy w zamkniętym pierścieniu pozostałem ja i funkcjonariusz oraz gapie.       

– Dobra. Ale szkoda. Kurde, szkoda, że go nie złapaliśmy. – otworzył się młody pies.

– Szkoda, szkoda. Ale jakby te pizdeusze od razu mi powiedzieli, że ich chciano okraść, to były by już ofiary. A tak? – tłumaczyłem mu.

I tak dywagując i wymyślając lepszą strategię, bo można było to, ze względu na naszą kondycję, rozegrać temat lepiej, doszliśmy pod Teleskopy. A tam pozostał już tylko drugi pałker z patrolu. Ofiary oddaliły się w siną dal, nie składając nawet zawiadomienia. I kurwa dobrze.

Bo kiedy okazało się, za co oddałem swoje siły, za co nabawiłem się zakwasów i nerwicy, to aż mnie dupa zaczęła swędzieć, jakby jeszcze hemoroidy zaczynały się przypominać. Ale co tam. Wszystko wróciło do właścicielek i niech im służy. To piękne, kulkowe dildo, za niecałe 300 zł. Ajment.

26. Kolbuszowskie Spinacze żywota mojego.

Mam takie miejsca na ziemi, które, poza moim miejscem zamieszkania, szczególnie uwielbiam. W kolejności życiowych przygód, jest, mniej więcej tak: Leszczyna, Unieście, Kolbuszowa, a ostatnio Czerwony Klasztor, Teneryfa i Barcelona. Muszę co jakiś czas tam pobyć, żeby wszystko się spięło odpowiednią klamrą. I jestem w tym konsekwentny, chyba, że siła wyższa postanowi inaczej. A tak stało się tego roku, kiedy po czternastu latach i ponad dwudziestu wizytach w różnych rolach, roku Covidowego 020 stało się inaczej. Nie poprowadziłem w Kolbie niczego.

Wszystko zaczęło się, kiedy poznałem młodego chłopaka z Kolbuszowej, Doriana, zakochanego w muzyce, oraz, tak jak i ja, we wszystkim czego się tylko nie dotknął Kazik. I żeby wszystko było jak w bajce, poznaliśmy się, a jakżeby inaczej, na koncercie Kazika z Buldogiem. Pod koniec roku Pańskiego zero piątego, w nawiasie 2005, w Warszawie. Szybko młodego polubiłem, wymieniliśmy się telefonami, i chwilę po zapoznaniu się, Dorek zadzwonił z pomysłem zorganizowania festiwalu w Kolbuszowej. A że miał fantazję i ogromne chęci, zaraził swoim pomysłem burmistrza i dostał zielone światło na zorganizowanie tego, co mu do głowy wpadło.

Żeby festiwal, który został nazwany Spinaczem, bo miał spinać różne rodzaje muzyki, i tak jak Kolbuszowa spinała różne nacje, miał odpowiednią rangę, zostałem mianowany prowadzącym! Miałem z mikrofonem zapowiadać, opowiadać i pilnować, żeby zespoły na scenie trzymały się ustalonych przez nas zasad. Pasowało mi to bardzo, bo zawsze chciałem występować na scenie, nawet w byle jakiej roli, a tu taka propozycja spadła na moje niewąskie barki. Byłem wniebowzięty. Prawie wniebowzięty, bo…

Bo termin pierwszego, dziewiczego Festiwalu Spinacz zazębił się z moim urlopem i rodzinnym wyjazdem nad morze. Ale przecież z Unieścia to nie jest tak daleko, żebym nie wygospodarował wolnego weekendu, i za pomocą PKP nie przemieścił się na drugi koniec Polski! Jeśli nie ja, to kto? No przecież! Tak połapany organizacyjnie zabrałem się za pomoc w organizacji lajnapu. I sprowadziłem do Kolby zespół z zagranicy! Smola a Hrusky. Uwierzycie?

A było to tak, że usłyszałem raz w radio utwór Elvis Presly. Genialny, rockendrolowo – punkowy utwór. Tak mną trzepnęło, że zadzwoniłem do radia, w którym to leciało, i zapytałem kto tak zajebiście gra. Jak już to ustaliłem, to zamówiłem sobie płyty tego słowackiego zespołu przez neta, a jak już miałem być działaczem kolbuszowskiego festu, to zadzwoniłem do lidera, dowiedziałem się za ile kasy są w stanie przyjechać i dogadaliśmy się bez problemu. A za wszystko płaciło miasto, rękami Doriana. Chcieliśmy za niewielką kasę zrobić wielką rzecz, i festiwal zaplanowaliśmy na dwa dni. A jak! To była młodość niczym nieokiełznana. To był nasz czas. I nie chodziło tu o zarobienie na fetiwalu piniendzy, tylko o zrobienie czegoś wielkiego.

Kiedy już wszystko było jako tako połapane, a prawdę o bólach w jakich wszystko się rodziło, zna tylko Doro, który praktycznie sam wszystko ogarniał, wyruszyłem na kanikułę albo nawet na holidej. To były jedne z moich ostatnich wakacji w życiu, które trwały, jak Pan Bóg i prawo pracy przykazały, dwa pełne tygodnie. Ponieważ fest miał być w sobotę i niedzielę, zarządziłem z Notoryczną, że ruszam w piątek późnym wieczorem, w połowie urlopu, pociągiem, żeby po całej nocy i połowie dnia wylądować w Kolbuszowej. W piątek rano, przed urlopem z urlopu, wykonałem pierwszy telefon do Dorka, potwierdzający mój plan i radość z tego, że poprowadzę imprezę za trzydzieści parę godzin. Ale w ciągu dnia wszystko zaczęło się gmatwać, a nawet plątać w węzeł gordyjski. Syn nasz, cztero i pół letni, wymarzony i ukochany na zawsze, zaczął sobie w swojej małej główce wszystko układać w jedną całość, i zrozumiał, że najbliższe kilka dni spędzi bez ojca. Zaczął więc narzekać, potem prosić i w końcu błagać, żebym ich nie zostawiał samych. I jeszcze mówił, że mnie bardzo kocha! Rozumiecie to?! Bo ja zrozumiałem. Ale byłem twardy i silny, jak na chłopaka z Nowej Huty, sportowca, pijaka i faceta z jajcami przystało.

Tłumaczyłem synkowi, nie patrząc w jego wielkie oczy, że muszę, że mam zobowiązania, że obiecałem, że to, i tamto, i sramto. Późnym popołudniem spakowałem się potajemnie, a przed dwudziestą zabrałem plecak, pocałunkiem pożegnałem dziadka maleńkiego i Notoryczną, i wtedy zaczął się ryk, tak przerażający, że mnie zaczęło składać. A jeśli dodamy do tego kocie oczy, pełne łez i żalu, bo takie oczy, wielkie i piękne ma nasz syn, nawet ja, najtwardszy z twardych zacząłem pękać. Wybiegłem szybko z załzawionymi oczami, ale swojemi, i żeby się nie rozryczeć na całego, zacząłem sobie wyobrażać jak będzie zajebiście i jaki ja będę fajny jako prowadzący. I do momentu wejścia do autobusu linii Unieście – Koszalin tak było. I było tak kiedy zajmowałem miejsce siedzące przy oknie. A w tym oknie zobaczyłem w swoim odbiciu twarz synka i się rozryczałem z żalu, że zostawiam go i mamę jego samopas. Ryczałem przystanek. Po czym wyskoczyłem z autobusu, dopłakałem się i dosmarkałem, po czym zadzwoniłem do Doriana, że niestety nie dam rady. Że nie ma chuja we wsi i nie pojadę. Dorek zrozumiał i wsparł moją decyzję ciepłym, braterski słowem. Bo są w życiu rzeczy ważne i najważniejsze. A taką była, jest, i będzie dla mnie rodzina. Na zawsze. Dla rodziny jestem w stanie zrobić wszystko. Wtedy, teraz i na zawsze!

I takim to sposobem, gdzieś na Podkarpaciu odbywał się mój pierwszy Spinacz. Beze mnie. Może i troszkę żałowałem, że coś, w co włożyłem trochę serducha, tworzy historię bez mojego osobistego uczestnictwa, ale tak widocznie musiało być. Informacje spływały za to na bieżąco. Koncerty Farben Lehre, Smoly, Schizmy, Łony i innych były niezwykle udane i przyciągnęły liczne grono słuchaczy. A stawka jaką zainkasowali wtedy młodziacy z Happysad, nie wystarczyłaby dzisiaj na gażę dla ich techniki. Takie to były czasy. A identyfikator czeka na mnie do dziś! Musę go w końcu odebrać.

Jak wspomniałem u góry, w roku 2020 nie byłem w Kolbie, po raz pierwszy od roku 2006, bo Covid 19 wszystkie plany zawiesił. Za to w roku pierwszej edycji Spinacza, pod koniec kwietnia 2006 roku, zostałem zaproszony przez Dorka do Kolbuszowej, żeby poprowadzić przeuroczą imprezę  pod nazwą: KSU – bitwa małolatów. Nie trzeba było mnie specjalnie przekonywać do tego zajęcia, ponieważ samo poprowadzenie imprezy,, na której miało zagrać KSU, było dla mnie wystarczającą zachętą. Jadąc na Podkarpacie jarałem się tym jak dziecko. Wreszcie miałem mieć okazję poznać Siczkę, którego słuchałem od lat. W ogóle sam pomysł na taką imprezę był genialny. Miasteczko miało tak wiele młodzieżowych, ba, nawet dziecięcych zespołów punkowo – rockowych, że doznałem prawdziwego szoku, jak to jest możliwe. W moim mieście rządził raczej sport, bandyterka i picie, a picie i bandyterka najbardziej. A w małym miasteczku obok Rzeszowa dzieciaki grały na instrumentach wszelakich. I to jak grały! Szok.

Zasady bitwy były proste. Każdy z młodych wykonawców miał zagrać trzy numery, w tym jeden cover KSU. I takich zespołów uzbierało się pięć, a pewnie mogło więcej. Przed rozpoczęciem imprezy dojechało, prawie punktualnie, KSU. Jeszcze z Jaśkiem Kidawą, genialnym gitarzystą, ale z punk rockiem mającym niewiele wspólnego, o czym dowiedziałem się lata później. Zespół uzupełniali basista i perkusista, którzy wkrótce odeszli z KSU i założyli w Tarnowie Tottentanz. Po zaparkowaniu pojazdu z tyłu sceny, zespół rozsiadł się wygodnie w plastikowych krzesełkach, a za rozładunek zabrała się menagera zespołu: Agrafka. Szybko podbiegłem w celu udzielenia pomocy w rozładunku, bo jeszcze wtedy rozładunek, a KSU szczególnie, bardzo mnie kręcił. Ale zostałem jeszcze szybciej przystopowany.

– Zostaw! Nie dotykaj tego! – zarządziła Agrafka – To są piece lampowe i sama się tym zajmę.   

– Nie ma problemu. – odparłem i udałem się posiedzieć przy zespole.

I kiedy tak sobie siedziałem, w nasz rejon przyszło dwóch żulików, z których jeden wskazywał palcem na nas, potem na Agrafkę, i mówił do kolegi:

– Te. Zobocz. Jak u cyganów. Baba zapierdala a chłopy se siedzą. Hy hy hyyy.

A nie musiała, pomyślałem, i siedziałem dalej. Jak cygański król.

Sama impreza była bardzo udana i ściągnęła na kolbuszowski rynek masę ludzi. Dzieciaki dawały radę, a najlepsi to już tak wymiatali, że ło Matko Bosko. W nagrodę zagrali z gwiazdą wieczoru i może dostali od dyrektora domu kultury i odemnie jakieś dyplomy? I przez następne lata spotykałem ich w różnych bendach i konfiguracjach na Spinaczach. Bo promocja „swoich” była wpisana w festiwalowy program. A i ja w roli konferansjera wypadłem przyzwoicie, i pozostało tylko czekać na poprowadzenie pierwszego „swojego” Spinacza, bo do poprowadzenia tego dziewiczego, jak już wyżej napisałem, z przyczyn obiektywnych nie doszło. Ale za to za rok…

Za rok to już polecieliśmy na grubo. Edycja II, w 2007 roku, to był najlepszy i najbogatszy Spinacz jaki zrobiliśmy w naszej historii. Do pieniędzy z miasta doszła kasa z Orlenu i mogliśmy, dzięki takiemu budżetowi, zagrać grubo. Więc wzięliśmy tych, których lubiliśmy bardzo, a byli w naszym zasięgu finansowym. Musiał być Kazik, a że najtaniej wychodził z Buldogiem, to zaprosiliśmy tę formację. Do tego, w ramach łączenia różnych stylów muzycznych, stać nas było na O.S.T.R-a, a na dzień sobotnie dobry, postawiliśmy na sprawdzonego konia, a nawet wilka. Na Siczkę, KSU i ogólnie dzień punkowy. Tym razem urlop ustawiłem tak, żeby mi za żadne Chiny Ludowe nie kolidował ze Spinaczem. Spinacz miał tego roku priorytet, a moi najbliżsi mieli ten cudowny okres spędzić ze mną. I tak się stało.

Scena i przestrzeń dla publiki zlokalizowana była na Placu przy ulicy Towarowej, tam gdzie dziś biegnie coś ala obwodnica. Za sceną były tory, po których jeździły pociągi do Rzeszowa, z prawej strony, patrząc ze sceny, stała jakaś upadła fabryka, która swym industrialem robiła zajebisty klimat. Scena frontem ustawiona była na południowy zachód, i podczas prób oraz występów pierwszych artystów, ostre, letnie słońce i upał robiły trochę zamieszania. Plac był duży, z tym, że biegły po nim jakieś rowy melioracyjne i trochę mieliśmy stracha, żeby ludzie się tam nie połamali. Ale niepotrzebnie się martwiliśmy. Nikt nie zginął, nikt się nie połamał.

Druga edycja Spinacza była dziełem najmłodszego radnego w Polsce, mojego serdecznego przyjaciela, przyszywanego brata – Doriana Pika, wespół z Domem Kultury w Kolbuszowej, którym dowodził pan Wiesław. I troszeczkę też to dziecię należało do mnie. Wszystko grało jak w zegarku, a małe problemy, które zapewne się pojawiały, nie były w stanie zachwiać naszym dziełem.

Z pierwszego dnia, czyli z soboty, szczególnie utkwili mi w pamięci młodzi kolbuszowscy raperzy, który nazwali się Dom Wariatuff, i faktycznie byli wariatami z innej planety. Ich dom musiał być w innej galaktyce. Kiedy zbliżała się godzina ich występu, nie mogliśmy ich zlokalizować. Na sekundy przed sztuką, w okolicach sceny zaczęli się kręcić dwaj klienci w garniturach, którzy bardziej przypominali chłopców, którzy urwali się z choinki, niż artystów, którzy mieli festiwal rozpoczynać. Ale nie szata zdobi i te sprawy, a gangsterzy okazali się być Wariattami. Zanim weszli na scenę, musiałem strzelić z nimi kilka łyków ciepłej wódy, dla ich kurażu, bo raz, że stremowani byli występem, a dwa, stroje mieli mało przystające do granej muzyki, ale to już było spowodowane tym, że zaraz po wykonie lecieli na wesele. Ale dali swoim występem tyle radości, że wiedziałem już, że to będzie znakomity fest.

Potem poleciały młode zespoły punkowe i zakończyło zabawę KSU. Przed sceną bawiło się około dwóch tysięcy ludzi.

Obok placu, gdzie był koncert, na skrawkach wolnego terenu powstało mini miasteczko namiotowe, bez żadnej infrastruktury, co nikomu z tam zamieszkałych nie przeszkadzało. Za to problem zrobił się późną nocą, kiedy miasteczko najechali miejscowi disco – chuligani i doszło do małej bitwy, w wyniku której kilku punków zostało poturbowanych, a miejscowe Police nie bardzo chciały szukać sprawców zamieszania.

Ale nawet taki incydent nie zakłócił w żaden sposób dnia drugiego. Kiedy na próbę dotarł Kazik z Buldogiem, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na Podkarpaciu. Mój serdeczny kolega miał wystąpić na imprezie, w której nie tylko maczałem palce, ale którą także prowadziłem. Przed Buldogiem zagrali Elvis De Luxe, Mama Selita, Makossa z prawdziwym murzynem na wokalu, genialny O.S.T.R – po którego występie zacząłem rozumieć, że hip hop też może być świetny, Le Moor – zespół Doriana, który nie tylko był radnym, organizatorem ale i muzykiem! A wszystko zakończył genialnym koncertem Buldog z Kazikiem na wokalu. Z radości unosiłem się nad ziemią, a w przerwach zapowiadałem zespoły jak rasowy konferansjer, z hełmem „Kierownik Imprezy” na głowie , a na bisy Kazik, tak jak ustaliliśmy wspólnie z zespołem w przypływie radości, wprowadził chłopaków jak pieski na smyczy, bo ci weszli bisować na kolanach, idąc za Kazimierzem który imitował smycz ręcznikiem.

Publiczność, której było jeszcze więcej niż w sobotę, była wniebowzięta. Kolbuszowa jeszcze takich emocji koncertowych nie doświadczyła w swojej historii. Wygraliśmy tego lipca wszystko to, co mogliśmy sobie tylko wymarzyć. To było spełnienie. Jeśli prywatnie dodam do tego, że działo się to z moją rodziną u boku, i  z rodziną Pików, która od tego dnia stała się naszymi prawdziwymi przyjaciółmi, to czego można chcieć więcej?

A może na deser wspólne ognisko z gwiazdami wieczoru? Czemu nie! Przy stadionie spotkaliśmy się z Buldogami i Kazikiem, który jednak dość szybko udał się do spania, a nam było ciągle mało. Roznosiła nas energia, więc postanowiliśmy koło pierwszej w nocy… rozegrać mecz na ligowym boisku Kolbuszowianki. Podzieliliśmy się na dwie drużyny i pijani nie tylko szczęściem, zaczęliśmy grać, kiedy nagle, niczym grom z jasnego nieba, w głośnikach stadionowych popłynął głos komentatora zawodów. Ale jak to? Ano tak to, że Adaś Swędera obudził opiekuna hotelu, pożyczył klucze od kabiny spikera i zaczął ubarwiać naszą zabawę komentarzem. A my graliśmy i płakaliśmy ze śmiechu. Tak było. I skończyło się bladym świtem, bo kto by wcześniej miał odwagę kończyć tak wspaniały weekend! Najwspanialszy Spinacz. Frekwencyjnie, organizacyjnie i zespołowo. Nigdy już tego klimatu nie udało się powtórzyć, choć zestawy zespołów bywały równie mocne, bo…

Bo skończyły się środki na dwudniową imprezę. To nas trochę podłamało, ale Dorian robił wszystko co w jego mocy, żeby festiwal, nawet w jednodniowej formie przetrwał.

Problemy piętrzyły się jeden za drugim. O braku kasy na rozwój wspomniałem, do tego doszły kłopoty z miejscem na fest. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby komuś w Kolbuszowej Spinacz przeszkadzał. Bo jak to tak? Młodziak może? To nie wypada.

Ale dzięki upartości Doriana, trzecia edycja doszła do skutku. I jak zwykle udało się ogarnąć nie byle jaki skład. Vavamuffin, Fisz & Emade, DJ Epron, Totentanz który powstał z muzyków, którzy opuścili KSU. Do tego pomniejsi zawodnicy jak ANP, The Depresion i można było grać. Miejscówkę na występy tym razem zorganizowano na miejscowym liceum. Po wcześniejszych edycjach lekko opadliśmy z sił, ale trwaliśmy. I liczyliśmy, że los się jeszcze odmieni. Do tego u mnie doszło do całkowitej załamki w tego roku. Finansowej i życiowej. Wpadłem w mega depresję, zostałem oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, nie miałem roboty, a w perspektywie trzydziestoletni kredyt do spłacania. Na całe szczęście miałem przy sobie rodzinę i przyjaciół, bo jakby nie to, to mogłem już nie być. Ale trwałem wspierany ze wszystkich stron.

I los się odmienił. W życiu osobistym i w kolbuszowskim festiwalu. Skład Spinacza numer IV, według wielu uznawany jest za najlepszy. Fisz Tworzywo Sztuczne, KAT i wschodząca gwiazda pierwszej wielkości, zespół Lao Che, który zajmował właśnie ważne miejsce w moim serduszku. Zestaw gwiazd wspaniale oddawał ideę festu – „Muzyka ponad podziałami”. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Metale, hiphopy, miłośnicy rocka, a nawet punka. Miejscowi, pod dowództwem Doriana i dyrektora Wiesława, jak zwykle stawali na wysokości zadania. Chociaż było jedno ale. Ze względów oszczędnościowych, bo festiwali nie robiliśmy żeby na nich zarobić, tylko żeby się odbyły i udały, do pomocy mieliśmy wolontariuszy. Czyli osoby chętne do darmowej pomocy. A za darmo to inaczej się działa, inaczej się wymaga i w ogóle wszystko jest lekko postawione na głowie. I tego doświadczyliśmy tego wieczoru.

Zaraz po koncercie Lao, zbieraliśmy szczęki z trawnika, i korzystaliśmy z chwil przysługujących organizatorom na bliski kontakt z gwiazdami, przez co doszło do lekkiego rozprężenia. A kiedy zapowiedziałem Kata z Romanem Kostrzewskim, rozprężenie stało się ogólno kolbuszowskie. Każdy chciał zobaczyć „szatana” w akcji, bo takie większość z nas miała pojęcie o Kacie. Nawet chłopacy z Lao nie uciekali do hotelu, tylko razem z nami patrzyli z rozdziawionymi gębami i pełnym na nich uśmiechem, co też Król Roman wyprawia na scenie. A ten tańczył, gibał się, śpiewał i wyczyniał takie figury sceniczne, o których nigdy nawet nie słyszeliśmy. Szoł był na poziomie mistrzowskim. Mistrzowskim światowym! I kiedy wszyscy, łącznie z organizatorami i ich rodzinami, wolontariatem i każdym, kto nie leżał pijany w trawie, dosłownie wszyscy daliśmy się zauroczyć Romanowi, na nasze bekstejdż nastąpił zdradziecki atak. Na niepilnowany przez naszych ludzi teren wlazł, bez najmniejszego problemu, kurwielec złodziej. A my do końca koncertu nic nie wiedzieliśmy. Dopiero po trzecim bisie, kiedy zespół KAT wylądował w swoim namiocie, model wojskowy, a dumni pomocnicy przebijali się przez tłum gości, drąc się w niebogłosy : „ Z drogi! Idzie kiełbasa dla Kata!”, okazało się, że wokaliście Kostrzewskiemu, ta złodziejska kurwa, podprowadziła walizkę z ubraniami oraz torbę z laptopem, dokumentami i jakąś gotówką. Byliśmy w szoku. Jak ktoś mógł tak zrobić? Dlaczego naszą ciężką pracę niweczył tak podłym zachowaniem? To nie miało prawa się zdarzyć.

Ale zdarzyło. Wolontariusze nie utrzymali pozycji, otumanieni siłą Metalowego Romka i złodziej wlazł jak po swoje. Podobno ktoś widział jakiegoś punka tachającego walizkę, i może można było to zrozumieć, podciągnąć pod wojnę punków z metaluchami, która jednak trwa bez przerwy, gdyby nie to, że stało się to na naszym festiwalu, w świętej Kolbuszowej. Było nam wstyd, ale oferta załatwienia sprawy polubownie, przez miejscowy Dom Kultury, który był współorganizatorem imprezy, dawała nadzieję, na honorowe rozwiązanie tej niespodziewanej i wstydliwej sytuacji. Było nad czym myśleć przez kolejny rok, rok który miał zaowocować kolejnym Spinaczem.   

Na V edycję, w roku 2010, znowu zostaliśmy rzuceni pod miejscowe liceum. Z jednej strony mieliśmy mały jubileusz, a z drugiej finansowo dalej była bylejakość. Pomimo tego udało się zebrać całkiem niezły zestaw muzyczny, z PabloPavo i Ludzikami, Carrantouhill oraz ponownie z Buldogiem, na wokalu którego Kazika zastąpił Tomek Kłaptocz. Ale miejscowych i przyjezdnych nasz zestaw nie przekonał i frekwencja była najniższa w stosunku do tego, co działo się do tej pory. A kłopoty piętrzyły się jak na zawołanie. Największe były z zasilaniem. Przez pierwsze dwie godziny notorycznie wywalało prąd, a przecież na prąd działało wszystko. Nagłośnienie, światło i całe zaplecze. Ratować sytuację ruszyli wszyscy, którzy na prądzie znali się, a w głównych rolach wystąpili Staszek i Seba – techniczni Buldoga. I na chwilę sytuację opanowywali, ale tylko czasowo. W końcu udało się ściągnąć elektryka. Nawet z synem przyszedł. Obydwoje naprani, jak to przy sobocie bywa, a dodatkowo syn chyba był świeżo po ataku siekierą w głowę. Ale pomimo słabego kontaktu z otaczającą ich rzeczywistością, przywrócili prąd do porządku.

I wszystko poszło szybko i sprawnie, w oparach maryjnego zioła, bo jeden z zespołów miał muzyków, którzy lubili sobie popalić. Kiedy tylko zapach rozniósł się po bekstejdżu, moi koledzy z techniki Buldoga nie dawali mi żyć, i kazali dla siebie też zorganizować zioło. Jakbym miał mało problemów na co dzień…  Oczywiście nie miałem śmiałości i prośba rozeszła się w powietrzu jak dym, jak Wojtek, gitarzysta Buldoga nad ranem. Bo Wojtka poniosło na miasto w poszukiwaniu wysokiej kultury kolbuszowskiej. I spotkał na swojej trasie miejscowego malarza o ksywie Matejko, z którym to złapał błyskawicznie kontakt, jak to ludzie kultury potrafią. Wojtek był już muzykiem Kultu, Buldoga, więc za zarobione pieniądze postanowił wesprzeć miejscowego malarza, i odkupił od niego obraz. Za niebotyczną, jak na kolbiane warunki kwotę – 400 złotych. Jednak nie wszystko szło po myśli artystów, bo okoniem stanęła małżonka miejscowego artysty i postawiła szlaban na transakcji. Nie złamało to chłopaków, którzy przeczekali cierpliwie, aż małżowina pójdzie do kościoła i dokonali to, co sobie uknuli. Sztuka zawsze zwycięża!

W roku 2011 wymyśliliśmy sobie, że trzeba zwiększyć budżet i wziąć wszystko w swoje, a precyzyjniej Doriana, ręce. Dom Kultury jako współorganizator został odstawiony na pobocze, a w jego miejsce pojawiły się bilety. Symboliczne, ale niezbędne. Dzięki temu mogliśmy poszerzyć ofertę artystyczną, ryzykując głową, o pół półki wyżej. Zakontraktowaliśmy więc Grubsona – wtedy mega gwiazdę hiphopu, Farben Lehre i uzupełniliśmy to Exitem, czymś tam jeszcze i oczywiście Le Moorem, który jako zespół organizatora powinien grać co roku, tym bardziej, że z roku na rok czynił widoczne gołym uchem postępy. Powróciliśmy też na ulicę Towarową, która do tej pory sprawdzała się najlepiej, jako miejsce na festiwal. Wszystko więc grało. Poza pogodą w Kolbuszowej, na noc przed VI edycją Spinacza. Bo przez noc lało jak z cebra i nasz teren wyglądał jak bagno. Wraz z Dorianem, wyposażeni w wielkie łopaty, od piątej rano likwidowaliśmy kałuże, które miejscami przybierały rozmiary małych jezior. Chyba nawet straż pożarna ruszyła nam z odsieczą, wypompowując wodę do pobliskich rowów, które przecinały teren zabawy.

Jaka była siła Grubsona, wiedzieliśmy po wszystkim. Ponad 1500 osób zakupiło bowiem bilety, a kilka setek, wlazło za darmo, wykorzystując luki w ogrodzeniu i tańsze wejściówki u ochrony. Co zrobić? Ważne, że wszystko się, jak zwykle udało. A poranne śniadanie z Grubsonem i zdjęcie juniora z nim, jest dla mnie jednym z gorętszych wspomnień jakie noszę w sobie.

Ale te naj, najwspanialsze, łączą z rodziną Pików, którzy zawsze stawali na wysokości zadania, a to nas nocując, a to, co roku podejmując obiadem, grillem i wszystkim czego tylko można zapragnąć. Nawet wielkim udźcem z pieca, którego smak czuję do dziś i który był najlepszą rzeczą kulinarną jaka mi się w życiu trafiła. Kochamy Was Piki!

Przy kolejnej, VII edycji postanowiliśmy iść za ciosem i dalej dofinansowywać festiwal biletami. Miało to na celu nie tyle przeselekcjonować publiczność, co po prostu zarobić na koszty. W 2012 roku zadbać o to mieli: ponownie mistrzowie z Lao, hiphopowy skład VNM, Mamaselita, miejscowa młodzież z Moody Self i Wielkiego Formatu, oraz wariaci z TPN 25 i Cremastera, którzy zapoznani przez Dorka, po jakimś czasie założyli warszawsko – rzeszowski team muzyczny Speculum. Jakoś specjalnie ta edycja nie utkwiła mi w głowie, a może ją po prostu wyparłem, bo sprzedaż biletów okazała się klapą i mój przyjaciel musiał dokładać do zabawy? Mogło tak być.

Skoro zaczęliśmy dublować występy na festiwalu, w roku 2013 ponowiliśmy zaproszenie dla Kata z Romanem Kostrzewskim. Roman nie czuł urazy za sytuację sprzed czterech lat i chętnie zgodził się zagrać u nas ponownie. Dokoptowaliśmy do lajnapu Bukę, Zaciera, Elvisa De Lux i oczywiście młodzież z Kolby. Żeby było profesjonalnie, ubłagałem Owcę, realizatora dźwięku u Kata, a prywatnie serdecznego kolegę z Wrocławia, żeby byli na próbie punktualnie, bo chcieliśmy być profesjonalniejsi niż zawsze. Kiedy zbliżała się godzina próby, zespołu „Szatana” jeszcze nie było. Dojechali spóźnieni o pół godziny, a z wozu wypadł lekko umęczony Roman, dzierżąc w dłoni prawie pustą butelkę białego wina. Za nim pojawił się Owca i reszta ekipy. Po dwóch minutach usłyszałem głos, jakby piekło się otwarło na całą Kolbuszową. Piekło przemówiło wrzaskiem Owcy, i to wcale nie czarnej:

– Goomi! Kuuuurwa!!! Po chuj nas tak popędzałeś, kuuurwa!

– No, żeby próbę zrobić o czasie – odparłem piękną anielszczyzną anielską.

– Ale ten stół jest kurwa analogowy! To sobie możemy próbować, jak i tak wszystko szlak trafi.

Ups. Jakoś tego nie zauważyłem, a nawet nie wymyśliłem, że pracujemy na sprzęcie z zeszłej epoki. Ale zrozumcie, koszty…

Na szczęście reszta festiwalu przebiegła bez większych emocji, a wszyscy artyści w godzinie próby byli trzeźwi i nikt nikogo nie okradł. I dobrze.

Kiedy usłyszałem datę Spinacza w roku 2014, lekko się załamałem. Jako wielbiciel piłki, a w szczególności tej kopanej nogą, rwałem sobie włosy z głowy, że datę wyznaczono na dzień finału Mistrzostw Świata. Bo właśnie 13.07.2014 roku miał odbyć się wielki finał w Rio de Janeiro.  Ale co zrobić? Drugi raz nie mogłem zdezerterować i stawiłem się jak zwykle. I jak zwykle Dor stanął na wysokości zadania, i zorganizował na festiwalowym polu namiot, w którym ustawiono rzutnik i ekran, i pomiędzy zapowiadaniami mogłem śledzić wydarzenia na boisku.

Skład tego roku mieliśmy taki bardziej punkowo – hardcorowy. Był Kabanos, Apteka, Tetris, Le Moor i Wu–Hae, któremu starałem się pomagać. To wtedy też poznałem, obecnie mojego serdecznego kolegę Mateusza Cetnarskiego, który łączył zawodową grę w piłkę nożną z działalnością około muzyczną. Zestaw muzykantów z tego lata był wyjątkowy. A to kłopoty finansowe jednego muzykanta, a to niedogadania finansowe z drugim składem, a to fochy, obrażania. Szczęśliwie jakoś mnie to ominęło, bo ja skoncentrowałem się na finale. I nawet znaczną jego część zobaczyłem, choć bez bójki, jaką zgotowali sobie miejscowi kibice, bo ktoś kibicował Niemcom, za co słusznie dostał w ryj, a i tak wygrali ci z RFN. A ja wygrałem przepiękną znajomość z Mateuszem, która zapewne zaowocuje innym opowiadaniem. Jeszcze tylko dodam, że jeden z zespołów, który grał wtedy, znany jest z wyjątkowego pecha. Nie powiem który, sami zgadujcie.  I tym pechem potrafi obdzielać po równo. Wszystkich dookoła. Nie wierzycie? Dorian zakończył Spinacz na stole operacyjnym, bo przyplątał mu się guz kości ogonowej. Kumacie to?

X edycja była przełomowa, bo przenieśliśmy nasz cyrk na stadion. W sumie, mogłem prowadzić zabawę z pokoju, jeśli tylko zostałbym zakwaterowany w pokoju z oknami na plac. A z tym bywało różnie. Raz miałem wypas, a innym razem klasa lokalu była taka sobie, co mnie oczywiście nie przeszkadzało, pomimo tego, że najczęściej drugiego dnia rano musiałem wracać do roboty i nawet popić za bardzo nie mogłem. Widocznie też nie potrzebowałem, bez względu na jakość pokoju do regeneracji. Wszystkie znaki na niebie i murawie zapowiadały udany jubileusz. Do momentu kiedy przyjechała gwiazda, zespół Acid Drinkers. Ich akustyk po oględzinach, i to z daleka, sprzętu nagłaśniającego, stwierdził nieodwracalnie, że oni na takim gównie nie zagrają, bo to gówno może i nadaje się do małej sali koncertowej, ale robienie na nim pleneru to już są jakieś jaja ze sztuki plenerowej. I zakazał rozładunku beklajnu oraz nakazał odwrót. Po krótkim rozpoznaniu, przypuściliśmy atak przez obronę oraz skomleliśmy o wykon. Okazało się bowiem, że nasz dostawca sprzętu nagłośnieniowego umawiał się z zespołem, i zagwarantował to, co Acidzi chcieli, a w dniu sztuki postawił, nawet nie on, tylko jego podwykonawca, coś co nie stało nawet obok tego sprzętu, który umówiono. Na szczęście menago chciał współpracować i postanowił nie skazywać nas na porażkę życia, i ubłagał dźwiękowca o podjęcie nierównej walki. Samo ustawianie nagłośnienia, trwało, bez próby, około dwóch godzin, żeby wycisnąć z głośniczków cokolwiek. I chwała Panu naszemu, udało się to znakomicie. Do dziś wyrazy szacunku i podziękowania zasyłamy ekipie Acid Drinkers.

Po odwaleniu czarnej roboty, Włodi, Le Moor, Hysteria, Rapidus, M.O.S.F.I.T. mieli już górki i mogli bawić licznie przybyłą publiczność. Bo nie dość, że miejsce okazało się mega zajefajne, to jeszcze festiwal wrócił do korzeni i był znów za free. Zespoły rozgrzały miejscowych i przybyłych fanów do czerwoności, ale i tak najlepiej mieli ci, którzy skorzystali z pierwszej w historii Spinacza transmisji on line, bo ich, to co zobaczyli, rozgrzało do  białości. Niestety operator transmisji poszedł na skróty, i filmował imprezę przez zamknięte okno, w którym odbijało się, na jego i jego koleżanki nieszczęście, to co wyprawiali ze sobą jak znudziło im się słuchanie muzyki, i śledzenie tego co pokazują, niechcący, na ekranie. No cóż, człowiek uczy się całe życie, a sztuki transmisyjnej pewnie jeszcze kilka dni dłużej.

Po sprzętowym prztyczku w łeb w 2015 roku, wyciągnęliśmy naukę na przyszłość.

A przyszłość w roku 2016 oznaczała, że gwiazdą będzie Luxtorpeda. A jak Luxtorpeda, to i ich technika sceniczna i dźwięk. Bo tak sobie Robek wymyślił, co nam oczywiście poza ceną bardzo pasowało, ale się jakoś Dorian z Luxami dogadał. Kosztem innych rozpoznawalnych w Polsce południowej kapel, ale za to ze śmietanką miejscową, która pod postaciami Le Moora, Wielkiego Formatu i innych, uzupełniła skład. Wszystko przebiegło więc po Bożemu, i nawet nie wiem jakbym się spinał, nic ciekawego nie jestem w stanie napisać o tym Spinaczu. Poza tym, że był piękny, a Luxi to koledzy, z którymi nie raz i nie dwa pracowałem, i w ogóle to fajne są ludzie, których, pomimo ulokowanej w ich nieodbyty koncert kasy, dalej lubię. Ba! Nawet przebaczam Litzy rozpad KNŻ. Choć mnie czasem korci, żeby tego nie robić.

Może to tego, 2017 roku, albo i wcześniej, Dom Kultury miał już dla wydarzeń miejskich piękną scenę z zadaszeniem – więc powróciliśmy do współpracy. My mieliśmy zaprzyjaźniony stadion, na którym czuliśmy się jak w domu, pomocne kierownictwo stadionu, i zakontraktowany zaprzyjaźniony zespół gwiazd. Lao Che – którzy jako pierwsi, nie licząc zespołów miejscowych, zagrali na Spinaczu po raz trzeci, ustanawiając klasyczny hattrick XXI wieku. Uzupełniliśmy Lao miejscowymi, oraz Wańką Wstańką, którego to zespołu wokalista miał już poważne kłopoty zdrowotne, a koncert miał pomóc mu finansowo w codziennym życiu. Chcieliśmy więc jak najlepiej, w przeciwieństwie do pogody, która przed występem zespołu z Rzeszowa, przygnała nam groźną burzę z porywistym wiatrem. I zaczęły się problemy. Kto weźmie odpowiedzialność za warunki atmosferyczne, co robić ze sceną, składać, nie składać, przeczekać nawałnicę przy pełnym podniesieniu sceny, czy co?  Wydaje mi się, że pogodziłem wszystkich, bo samce alfa-beta-zeta tak mają, i zarządziłem, kostzem czasu trwania festiwalu, opuszczenie dachu do połowy. Dzięki temu Wańka & Wstańka i Ludojady zagrali w warunkach lekko nietypowych, ale przecież zespół wywodził się ze sceny punk rockowej, to i problemu z ich strony nie było żadnego. Zresztą być nie mogło, skoro na scenę Bufeta wprowadziłem wspartego o moje silne chłopięce ramię.

A pogoda postraszyła, zło przeszło bokiem, choć polało przez chwilę solidnie, widać duch Luxtorpedowców czuwał jeszcze nad nami, dach powędrował do góry i wszystko wróciło na właściwe tory. Laosie wystąpiły przy maksymalnych możliwościach sceny i jej atrybutach, dając przepiękny, jak zawsze, koncert. Po wszystkim musiałem uciekać do domu. Musiałem się stawić rano w pracy, a że jestem obowiązkowym robotnikiem, tak uczyniłem. Ale zanim ruszyłem na zachód, do Krakowa, musiałem odnaleźć swojego przyjaciela, najmłodszego brata przyszywanego, choć kto wie, może Dorian jest młodszy, Jasia. Jasia Melę, który swoją osobą rozświetlał festiwal tak mocno, że wypił o jedno piwo za dużo, i zaczynałem mieć kłopoty z jego lokalizacją. Ale znalazłem go wreszcie pod płotem, otoczonego młodymi kolbuszowianami i szowiankami, którzy chcieli posłuchać Jaśka. Po wszystkim, podjechałem pod szatnię Kolbuszowianki, w której w oparach dymu majaczyli koledzy z Lao. Machałem i machałem na pożegnanie, ale chyba nikt mnie nie zauważył, bo chociaż Wieża patrzył na mnie, to nie bardzo kumał co się za szybą dzieje. Więc pojechałem z nadzieją powrotu za rok.

A za rok, to się dopiero wyprawiało. Takiej gwiazdy jeszcze nie mieliśmy i pewnie byśmy mieć nie mogli z powodu ubóstwa, ale i w rock end rollu można mówić, że istnieje coś takiego jak przyjaźń. I że za mniej kasy też da się też zagrać. Tą gwiazdą byli Poparzeni Kawą Trzy. Może i nie do końca moja bajka, ale jako zespół mający zrobić frekwencję, i poderwać ludzi do zabawy, nadawali się pierwszorzędnie. A ponieważ Dorek się z nimi koleguje, to PK3 zagrali bez specjalnych negocjacji. Ile mogliśmy im dać, tyle przyjęli. A ponieważ dzień wcześniej grali w okolicy za poważne pieniądze, wszystko udało się połapać. I Poparzeni skradli cały fest, od samego momentu przybycia na próbę.

Ponieważ kierowca, po wcześniejszych baletach, nie nadawał się do prowadzenia busa, za sterami siedział wokalista, znany radiowiec, poza którym chyba nikt nie mógł być kierowcą. Po szybkiej i owocnej próbie udaliśmy się na grilla do Państwa Pików, którzy jak zawsze stanęli wyżej niż wysokość zadania, którego się podjęli. Jedzenia i napitków była taka ilość, że część z gości się rozłożyła bardzo. A jeśli dodam do tego, że rozłożeni mieli dawać szoł, to widząc ich, ciężko było liczyć na sukces. Ale niejedno już w moim koncertowym życiu widziałem i wiedziałem, że będzie dobrze. A było jeszcze lepiej. PK3 to profesjonaliści i żadna wódka ich nie pokona. Nawet ta kolorowa. Bo jak?

XIII edycję uzupełnili Le Moor, Barking Irons, Sublunar i Silent Jester. I jak zawsze, suporty stanęły na wysokości zadania.

A w roku 2019 spadł na mnie kolejny cios, z cyklu być albo nie być w Kolbuszowej. A powodem tego byli: Kult, Owsiakowy Pollandrock i ja sam. Zapytacie co ja mogę mieć z tym wspólnego?  Ano miałem tyle, że od najmniej trzech lat knułem, jak zaciągnąć Kult na festiwal Owsiaka. Zgadałem się w tym celu z Bartkiem Bartłomiejem, pracownikiem Jurka, i pod jego naciskiem naciskałem na Kult, żeby w końcu zagrał tam i pozamiatał. Mało tego, obiecałem sobie, że jeśli Kult zagra na Pollandrocku to i ja tam, po raz pierwszy w życiu zawitam. I po, bez mała książkowych knowaniach, o których może kiedyś napiszę, Kult z Owsiakiem się połapali. Ale nie ze mną, bo mi w dzień koncertu Kultu wypadł Spinacz numer XIV. I chociaż serce krwawiło, jak przypominałem sobie te lata knowań, żeby ten Kult i ten Owsiak się zgrali, i wiem dobrze, że odegrałem w tym wszystkim wielką rolę, coś jak kapitan Kloss, tylko jeszcze bardziej potajemnie i tajemniczo, i to miała być moja wisienka na placku. Ale nie była, bo była robota w Kolbie. Do tego zaprosiliśmy kolejny mój zaprzyjaźniony zespół, Happysad, więc nie mogłem dać pupy i wszystko zostawić samopas. Pomimo największej miłości do Kultu, nie mogłem i już.

Jechałem tego roku z lekkim wyrzutem, że terminy się pokryły, ale jakąś nadzieję na uczestnictwo w koncercie Kultu dawała mi transmisja, która miał się rozpocząć po mojej robocie na Spinaczu. Więc miałem niby być, będąc kilkaset kilometrów dalej. Do mojego Kolbianego miejsca na ziemi, dotarłem, tym razem, późnym wieczorem, na dzień przed godziną zero. Już coś kulało, bo scenę, która z powodu remontu stadionu Kolbuszowianki, stawiali wolontariusze. Ale jakoś im szło, i rano mogłem podziwiać teren festu. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, do momentu, kiedy należało zamocować dach, i nie miał kto tego zrobić. Szlak mnie trafił, i wraz z Wojtkiem Pikiem, któremu jeszcze nie zrosła się złamana niedawno ręka, łaziliśmy po wysokościach, siłując się z własnym strachem i narzędziami, żeby wszystko jako tako przygotować. Na szczęście po jakimś czasie dotarli ludzie umiejący to zrobić, i można powiedzieć, że znowu nam się udało, a opaczność czuwała, bo już po wszystkim okazało się, że scena była jednak źle skręcona i zaczęła się rozłazić. Na szczęście już po wszystkim.

Happysad dojechali przed czasem, jak na pełnych zawodowców przystało, prosto z Pollandrocka. Znowu miałem chwilę słabości, ale szybko zacząłem się leczyć alkoholem. Żeby zapomnieć. Ale jak to zrobić, kiedy co chwilę dostajesz mesydże od Kazika, że jest tak, siak, że jest trema, strach, tam na miejscu. Pijesz więc szybciej i pocieszasz kolegę zostawionego na pastwę losu. I pilnujesz swojego. A tu Siwy ci ustawia krzykiem technikę sceniczną, wszyscy w strachu. Ale piwo i moje dobre słowo leczy rany, a kiedy za chwil parę okaże się, że Siwy ma właśnie w Kolbie sztukę numer 1000, to już wszystko jest inaczej, świąteczniej. Ale tylko tego dnia, bo nazajutrz świat się zawali i niektórym będzie sad nie happy.

Skład, jak zwykle przy droższej gwieździe, uzupełniliśmy okolicznymi zespołami, z których, po raz kolejny, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie Kasia Krawczyk i jej koledzy z Rose Marry. Ma dziewczyna taki głos, że daj jej i kolegom, Panie Boże, cierpliwości i szczęścia, a będzie kiedyś gwiazdą w tym kraju. Wszystko tego wieczoru wychodziło. Nam i zespołom. Frekwa była znakomita, organizacja na poziomie najlepszym z dotychczasowych, a ból z nieobecności na Kulcie mniejszy. Bo raz, że znieczulany, a dwa, Kazik ciągle informował, co i jak. Po wszystkim tym co mieliśmy do zaproponowania, jak zwykle rozesłałem publiczność do domu, a sam zwiałem przed północą z afterparty, które zrobiliśmy wspólnie z Happysad. Musiałem uciec, bo zaczynała się transmisja koncertu mojego Kultu na Pollandrocku. Wszystko ruszyło punktualnie i robiło niesamowite wrażenie, nawet na monitorze telefonu komórkowego. Takiej frekwencji nikt w tym kraju jeszcze nie miał. Milion ludzi słuchało moich kolegów na żywo. I maczałem w tym swoje palce. Radość, zmęczenie i alkohol były tak skumulowane, że po trzydziestu minutach spałem jak dziecko. Jak zabity. Odłączyło mnie od rzeczywistości.

A na drugi dzień w Happysad doszło do przetasowań w technice. Niespodziewanych i niewiarygodnych. Dobrze, że nie wiedziałem o tym wcześniej, bo chyba bym nie podołał prowadzeniu Spinacza. Życie bywa okrutne, kiedy zły los dotyka twoich bliskich znajomych.

A dzisiaj? Mamy rok 2020 i nie opiszę co było na festiwalu, bo ten się nie odbył. Świat zaatakował wirus i wszystko popierdolił. Szczególnie w kulturze. Tej granej. Muzycznej. Wszystko stanęło na głowie. Z tego powodu w tym roku nie zjadłem pysznego obiadu u Pików: Lucyny i Wojtka, nie odwiedziłem Tadzia z Teresą, nie posiedzieliśmy w ogrodzie z Adą, Przemkiem i ich bliskimi. A może i ciocia Monika by z Londynu wpadła z rodziną? I nie poczułem tego napięcia, jakie towarzyszy mi przy każdym Spinaczu. Ale za to… i tak postawiliśmy na swoim, i coroczne spotkanie się odbyło. Na weselu Dorka i Karolci, bo rok się musi spinać klamrą, nie inaczej. Czego i Wam wszystkim życzę, a jak już będzie normalnie, to zapraszam do Kolbuszowej, na kolejną edycję Spinacza. Bo naprawdę warto z nami być!

Więc do zoo kochani! Do zoo! Oby jak najszybciej!

13. B. W trasie pomarańczowej roku zero siódmego. Odcinek drugi.


Do Dekompresji dotarłem z zespołem na kilka chwil przed próbą. Pomimo oczyszczenia organizmu przez aklamację, znaczy obwolutację, a nie, przez defekację, tak przez defekację, wcale nie poczułem się lepiej. Wręcz przeciwnie. Czułem się coraz gorzej. Z grupy basenowej byłem na próbie jedyny. Kazik nie dojechał bo czuł się źle, a bramka kultowa miała stawić się na pół godziny przed sztuką. Kiedy już wszyscy dojechali, nasza pływacka czwórka blokowała kibel na zmianę. A to defektując, znaczy defekując pupą, a to haftując paszczą. Robiliśmy to solo albo w duetach. Konfiguracje były różne, ale zawsze jeden siedział i pruł dołem, a drugi górą walił do zlewu, a jeśli się nie dopchał do toalety, to upuszczał z paszczy do kosza na śmieci, który był przed toaletą.

– Kurde. Nie ma szans. Nie dam dzisiaj rady. – wokalista Kazimierz czuł się okropnie i był bliski podjęcia decyzji o odwołaniu sztuki.

– Kaziu, no co ty! Może jakieś tabletki. Mamy chyba coś? – Emilka, właścicielka Dekompresji, nie wyobrażała sobie sytuacji, że sztuki nie będzie.

– Kulwa, ja też nie mam siły. – Daro także wyglądał słabo.

– Ja to nawet siebie nie złapię. – wtórował mu Bzyk.

– Może spróbuje… – chciałem wlać nadzieję w nasze serca, ale poszło mi paszczą i zwymiotowałem do kosza.

– Panowie, dacie radę? – Pewu sam nie wierzył w to co mówił.

– Tak. Nie.  – zaprzeczał sobie Bzyk w drodze do toalety, do której daleko nie miał, bo staliśmy przy samych drzwiach, żeby mieć gwarancję dotarcia do niej przed popuszczeniem w portki.

– Ja nie dam. Przepraszam. – Kazik zdecydował, a ja przypomniałem sobie o starej wiejskiej metodzie na problemy z żołądkiem.

– Emi, daj nam wódki z pieprzem.

– Zwariowałeś? – Bzyk wyrwał mi kosz i ulał do niego poprzez usta.

– Spróbujmy. Kurwa, co nam szkodzi? Wódka z pieprzem pomaga na żołądek. Gorzej już nie będzie.

Wszyscy spojrzeli na generała Kazimierza, który spojrzał na Piotrka, potem na nasze trupio blade twarze i powiedział.

– Dajcie te wódkę.

Emilka wysłała co prawda Sławka, swojego męża, ale i tak to ona obróciła raz dwa, niosąc butelkę, i z wielkim trudem zdobyty pieprz. Grzmotnęliśmy po pięćdziesiąt gram, i może nawet poprawiliśmy. Reszta zespołu, a szczególnie reszta Kult Ochrony,  w osobach Gumy i Wafla, bardzo nam zazdrościła, bo byli przed dmuchaniem w alkomat i pewnie niejeden przeklinał w duchu samego siebie, że dzień wcześniej nie skorzystał z basenu.

Po przyjęciu lekarstwa udaliśmy się chwilkę poleżeć, i o dziwo, nikt nie potrzebował jakoś specjalnie kibla. Wszyscy czekali na decyzję Mistrza gry na saksofonie i śpiewania z przepony, co do koncertu.

– Piotrek. Spróbujemy. Ale jak będzie źle, to przerywamy koncert. – Kazelot podjął wyzwanie i popatrzył na nas.

– Damy radę. Guma i Wafel staną na środku i powinno się udać. – Daro zarządził, na co Guma zmierzył go swoim surowym zaokularowym wzrokiem, a Wafel wyszeptał ledwo słyszalne:

– A żebyście się posrali pod sceną wieśniaki.

I ruszyliśmy do roboty ku uciesze miejscowej gawiedzi.

– Dzień dobry kochani! Dzisiejszy koncert mógł się nie odbyć i jeszcze nie wiemy czy uda się go w całości wykonać albowiem część naszego zespołu, w tym ja, jest chora. Spróbujemy. Trzymajcie kciuki!

I poszło. Szybko, sprawnie i do przodu. Wódka zdziałała cuda i jeśli mnie pamięć nie myli,  to wokalista nie zszedł ani razu, a my może po dwa razy biegaliśmy za potrzebą i po wydaleniu zła z organizmu, posiłkowaliśmy się wódczano pieprznym lekarstwem.

Ostatnie dwie sztuki trasy Pomarańczowej roku Pańskiego 2007 wypadły w Spodku i Krakowie. Spodek należało rzetelnie odczarować, i przed koncertem wprowadzono wyjątkową wstrzemięźliwość od napojów wyskokowych. Oczywiście zasada ta została wprowadzona dla zespołu, bo Kult Ochrona zawsze łapała na pełnej trzeźwości. A nawet lepiej, bo jedna z prób wykazała u naszego zespołu ujemne wskaźniki spożycia, w granicach 0,2 – 1,4 promila na minusie. Jaja jakieś. Ale tak to jest, jak przed pracą myśli się o strategii, taktyce, popijając witaminy zmieszane z owocowymi sokami marki krajowej. Wtedy promilaż spada krytycznie, i może u osób ponadprzeciętnych wskazywać minus. Takich ludzi jest na świecie czterech. Goomi, Bzyk, Guma i Daro.

Wzmocnienie przed Spodkiem w naszej ochroniarskiej ferajnie było nie lada. Wskakujący do fosy młodo krwisty Kozi, od następnej trasy nasz stały łapacz, bawidamek, pierwszy wodzirej i porywacz tłumów, Dr Yry – nawet nie napiszę kto to jest, bo jak ktoś nie wie, to niech sobie swoją nogę przez ucho igielne przewlecze, Kuman – karateka, fan Kultu i Kazika, odnaleziony w Krakowie i inni. Może byli też: Irek co Niewiedział, Kuba co Kultową w Katowicach ogarniał. Może i Maciek Kazana, król lewej flanki patrząc od strony publiki i król flanki prawej stojąc dupą do sceny – uśpiony tygrys, ukryty smok, który na ochroniarza czasem nie wygląda, ale jak złapie, to ło Jezus Maryja.

Robota przebiegała sprawnie jak nigdy. Ludzie też spadali jak nigdy, bo i jak nigdy latali, mając dziwne trajektorie, a i my nie byliśmy jeszcze ze sobą zgrani. Szczególnie szwankowała współpraca Wafla z innymi, ale to indywidualista, mruk i introwertyk. My stare ochroniarskie wygi, oraz świeżynki stojące z nami, to był prawdziwy koktajl Młotkowa. Ale nikt nie umarł, a stan wchodzących i wychodzących się zgadzał. Jak wspomnę tylko, że pogotowie ani razu nie interweniowało, to sami Państwo wiecie. Sukces i profeska!

Kazo dawał z siebie wszystko i jeszcze więcej. Reszta chłopaków też wyciskała z instrumentów ile fabryka dała. Nawet basista Jerzyk, który przecież ma tak mało strun i musi starać się za trzech. W pewnym momencie wokalistę poniosło i kazał oddać się, za naszym pośrednictwem, w ręce słuchaczy, żeby sobie polatać na ich rękach. Daro i Bzyk wskoczyli za Mistrzem jako eskorta. Latanie się przeciągało w nieskończoność, a ileż można w środku „Krwi Boga” zapętlać dźwięki? Wtedy jeden z muzyków, na pewno Jerzyna z Zielonej Góry, wskazał wzrokiem na mikrofon. Korzystając z obecności Dr Yry, ściągnąłem mikrofon do fosy i polecieliśmy „Krew Boga” w duecie. A Mistrz sobie spokojnie latał i latał. Aż w końcu powrócił, tyle że bez buta, bo mu go ktoś w trakcie latania zdjął ze stopy. I nie oddał. Wtedy. Bo but wróci po roku albo dwóch, na koncercie KNŻ – tu,  który będę miał okazję współorganizować z Galicją Productions Janus Krzeczowski, oczywiście w Katowicach. ( a może było to już w 2011 roku? Ech ta pamieć…)

Po koncercie nie poszliśmy za bardzo w gazowanie, bo nie chcieliśmy kusić losu przed ostatnią sztuką, poza tym chyba hotel w Spodku był w remoncie i rozdzielono zespół i ochronę według klucza tanio/drogo. Jeśli tak było, to nikt dłużej niż do siódmej rano nie popuszczał łańcucha alkoholizmu. Kraków wzywał, Kraków czekał, Kraków pragnął. I nie wiedzieć dlaczego, miał ugościć zespół w Rotundzie.    

A Rotunda nie była gabarytowo jakimś rarytasem, to raz, a dwa, chyba przez jakiś czas nie działała, ze względów bezpieczeństwa. Przecież to tam Pewu pokazywał mi, kiedy na początku XXI wieku przyszedłem na koncert KNŻ,  jak faluje strop sali koncertowej pod skaczącymi fanami. Podobno coś tam poprawiono i miało być bezpiecznie. I było, bo przeżyliśmy sztukę jak wszystkie do tej pory odbyte. Zanim jednak zagraliśmy, ekipa umościła się w legendarnym hotelu Cracovia, minus ja, bo ja spanie miałem u siebie. Ale i tak większość dnia i nocy spędziłem na terenie hotelu. Przed sztuką zorganizowałem bowiem mojemu przyjacielowi Michałowi, szefowi sportu Interii, wywiad z Kazikiem, na tematy sportowe.

Tymczasem u mnie w domu trwały harce, bo jak to przy trasie bywa, ciągnie się za nami ogon gości złożony z rodzin, żon, narzeczonych i im bliższa zażyłość, tym większy obowiązek ugoszczenia. Tak było i tym razem. Kiedy ja latałem jak pershing przy Kulcie, Notoryczna podejmowała obiadem Forniego z małżonką Izabellą. Co tam się wtedy działo, wiem ze zdjęć, które nie nadają się do publikacji, a nawet do opisania. Coś trzeba sobie zostawić na ciężkie czasy. Może ktoś będzie chciał zdjęcia i wspomnienia odkupić? Niedrogo!

Z hotelu do Rotundy jest pięć minut spacerem, więc większość ekipy ruszyła pieszo i ze sporym wyprzedzeniem. Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba to wtedy zakupiłem kilka biletów, które, biorąc pod uwagę pojemność sali koncertowej, stały się rarytasem i za pomocą znajomego, dokonałem ich sprzedaży, pomnażając pieniądze, jakie w nie zainwestowałem. Mogłem więc stanąć do pracy zarobiony i zadowolony z tego, ile od mojego ukochanego zespołu dostaję. Sam koncert jakoś szczególnie mi w pamięci nie został, nawet po koncertowe harce w Cracovii, na zakończenie kolejnej, udanej trasy też nie. Bardzie pamiętam poniedziałkowe spotkanie Kult Ochrony u mnie w domu, wyprawę do Club NH 1409.

Skoro moi Kult Ochroniarscy Brada byli w Krakowie i mieli czas, zaprosiłem ich na nowohucką ziemię, może na obiad albo i śniadanie oraz zwiedzanie. Wpadł Bzyk, Guma i rodzina Bożków. No i Wafel. Wafel to w ogóle miał zabawę. Najpierw podjarał się wanną i kiedy inni jedli i popijali, poza Bożkiem, bo on prowadził pojazd,  Wafel zażywał kąpieli w pianie, drąc japę na cały blok. A że wanna była trochę większa niż w większości polskich mieszkań, z kąpieli postanowił skorzystać też Guma. I kiedy Guma się pluskał, wpadł mu do łazienki Wafel, bo chciał dokonać dezawualizacji wnętrza, czyli po prostu oddać stolec. Łazienka jest tez toaletą, więc gdzy jeden się kąpał, drugi siedział obok i defektował. Dacie wiarę? Ja tez bym nie dał, ale zdjęcia są!

Po wszystkim podjechaliśmy jeszcze do klubu 1949, znakomitej miejscówki, dziś historycznej, która urządzili Maciek Twaróg i Paweł |Derlatka, i która była punktem obowiązkowym na trasie moich gości. Po przymierzeniu mundurów, zaopatrzeniu się w koszulki nowohuckie i pozycje literackie, goście odjechali do Warszawy a ja mogłem już w spokoju pożegnać trasę 2007 i cieszyć się każdą przeżytą na niej chwilą.  I szykować na kolejną trasę, za rok.

25. Pandemiczny tour Świetlisty na pożegnanie wakacji. Gdańsk i Festiwal Parzybrody. Koniec sierpnia 2020.

Zapisu dokonano w tramwajach na trasie os. Oświecenia – ul. Dietla.

Koncertów teraz jak pies naszczekał. Dlatego wykorzystuję każdą okazję, żeby być ze swoimi ulubionymi zespołami gdziekolwiek. Dlatego z radością wielką przyjąłem do świadomości informację, że w ostatni tydzień pandemicznego sierpnia, precyzyjniej w środę i w sobotę, zespół brutalnych doświadczeń Świetliki, ruszy w Polskę, żeby grać. Co prawda środa dla ludzi pracy nie jest jakimś szczególnym rarytasem, ale skoro pracownikowi zagwarantowano ustawowo dwadzieścia sześć dni urlopu, a mnie zostało jeszcze z szesnaście dni wolnych do wykorzystania, to nie miałem się czym przejmować i z radością oznajmiłem przyjaciołom, że znowu będę im zawracał gitarę podczas wyjazdów.

Plan krystalizował się, z dnia na dzień, coraz piękniej, bo podjęliśmy z Poeto–Wokalistą decyzję, że skoro gramy na północy i północno środkowej części kraju, to wykorzystamy okazję do pozostania w Trójmieście, i po dwu dniowych wakacjach dojedziemy do reszty zespołu na sobotnie granko. Kiedy już prawie wszystko było dopięte na ostatni guzik rozporka, dwa dni przed godziną zero, plany uległy korekcie i wyszło na to, że wracamy jednak z Marcinem do Krakowa. Jak zwykle obowiązki szarej codzienności pokonały nasze marzenia jak Omonia Legię. Dzięki temu zapowiadało się busowanie przez prawie dwadzieścia godzin środka tygodnia i kilkanaście w sobotę.

Wyjazd ustaliliśmy na godzinę siódmą rano, z miejsca w którym zespół trzyma swój sprzęt. Za załadunek odpowiedzialność wzięli: Remik, Marek, Marcin i ja. Z zegarmistrzowską precyzją wykonaliśmy swoją robotę i ruszyliśmy zbierać resztę załogi. Bez Tomka, który urlopował się w okolicy Gdańska, oraz Michałka – mieszkańca Trójmiasta. Taki rozkład uczestników buswyprawy spowodował, że tym razem otrzymałem miejsce siedzące w drugim rzędzie, od okna, za kierowcą, obok naszej rodzynki – Zuzi.

Do pierwszego popasu, który zazwyczaj ma miejsce na drugim Orlenie za bramkami autostrady A 4, ustalaliśmy swoją binarność, żeby jaj albo jajników nie było, bo mieliśmy spędzić ze sobą prawie dwadzieścia godzin. Zdążyłem też przekazać najświeższą informację Rady Języka Polskiego, czy jak tam się ten organ nazywa, że słowo murzyn zostało uznane za nieobraźliwe i można było stawać na jedzenie, nawet zjeść pysznego murzynka, jeśli by tylko był serwowany. Kto miał ochotę na śniadanie, ten oddał się konsumpcji, kto nie miał, zadowalał się kawą. A kaw, omyłkowo, dostaliśmy jedną więcej i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby po trzech dniach nie okazało się, że był to znak, co będzie nas czekało w sobotę. Bo w sobotę, to już będą super jajca, co powiązałem podczas powrotu z sobotniej sztuki. Ale o tym za momencik.

Dalsza część trasy minęła nam niezwykle uroczo, bo raz, że Mareczek podłączył odtwarzacz dvd z monitorem pokładowym, i dzięki temu mogliśmy zanurzyć się w jakiejś niesamowitej kupie filmów, jeden z Arnoldem Czarnym Murzynem, który zadzierał z szatanem, a drugi z Nicolasem Kejdżem, w roli sanitariusza. Obydwie pozycje były niesamowicie żenujące, co na tak długiej trasie jest wspaniałym testem, ile żenady można przyjąć do swojego wnętrza i nie zasnąć w trakcie. Dwa, co było ciekawsze, bo rozpracowaliśmy palinkę tokajową, którą zakupiłem w winnicy Rakoczego w Tokaju. Tutaj wszystko się zgadzało i jeszcze dna nie dostrzegliśmy w butelce, kiedy znaleźliśmy się w Gdańsku, w 100czni.

Okoliczności do koncertowania były niezwykle interesujące, bo wszystko działo się na terenie przylegającym do historycznej Stoczni Gdańskiej, w której miejsce miały wydarzenia, które odmieniły los polskiej ziemi. Koncert przewidziany był na przestrzeni otwartej, co nie dawało wirusowi żadnych szans na zaistnienie i pozyskanie nowych nosicieli. Zanim odbyliśmy próbę dźwięku, dokonaliśmy stosunkowo udanej konsumpcji obiadowej, którą przewidział dla nas miejscowy organizator. Mogliśmy wybierać i przebierać w budkach z jedzeniem, które stały niedaleko miejsca koncertowania. Podczas próby nadeszło delikatne załamanie pogodowe, co dla nas, przybyszy z okolic trzydzieści celsjuszy na plusie, stanowiło małe zaskoczenie, i wymogło nawet wizytę Zuzi w pobliskiej galerii, w celu docieplenia się. Pozostała część ekipy, albo rozeszła się po terenie 100czni, albo udała do garderoby, gdzie prowadzona była, wspólnie z gośćmi – głównie zawodników Zgniłości, konsumpcja whiskey, zagryzanej falafelem, macą, warzywami i innymi takimi tam. Korzystając z chwili wolnego oddałem się jeszcze przyjemności obejrzenia zawodów o Ligę Mistrzów pomiędzy Legią z Warszawy i Omonią z Nikozji. Szczęśliwie przypadło mi w zaszczycie obejrzenie jedynie pierwszych trzydziestu pięciu minut, dzięki temu ominął mnie późniejszy blamaż naszego mistrza.

Koncert rozpoczęliśmy punktualnie. Frekwencja nie była powalająca, ale Covid 19 i pogoda zredukowały plany niejednego fana muzyki, nie pierwszy i nie ostatni raz. Zanim z głośników popłynęły pierwsze dźwięki, niezwykle arogancki i bezczelny zapowiadający wprowadził słuchaczy w odpowiedni nastrój, podczas którego oznajmił trójmiejskim fanom, że skoro on już tu jest, to znaczy, że jest też sklepik z płytami i innymi, i lepiej, żeby kasy nie przepili tylko korzystali z okazji.Sam występ, w niezwykłych okolicznościach, na tle pięknie oświetlonych żurawi Stoczni Gdańskiej był znakomity. Po zespole nie było widać trudów podróży i wszystkie dźwięki zgadzały się prawie co do joty, jeśli tak można powiedzieć. Co klasa to klasa, jakby powiedział wyedukowany znawca muzyki rockowej. Po wszystkim wydzwoniłem Remika, naszego kierowcę, którego zadaniem była szybka regeneracja przed nocnym powrotem do Krakowa. Żal mi go było, jak i wszystkich którzy wracać mieli, ale przedkoncertowe apele do publiki, których owocem była fajna sprzedaż w sklepiku, poprawiła mi humor, a portfelowi objętość. Wyprawę na drugi koniec krainy, dzięki swojej bezczelności, bo kto jak nie ja mógł być zapowiadaczem, uznałem więc za bardzo udaną.

Po wszystkim szybko i sprawnie zapakowaliśmy się do busa, artyści pożegnali gości i publiczność, i ruszyliśmy w dół mapy. A droga była daleka i najeżona problemami, które co rusz napotykał Remik. Pasażerowie mu się posnęli jak niemowlęta po karmieniu, a on, biedaczyna, musiał zmagać się a to z ulewą, porywistym wiatrem, ciężkim, lata już budowanym odcinkiem Piotrków – Łódź, czy nawet awarią wycieraczek, które uległy zawieszeniu przy rzęsistych opadach wody z nieba. Pomimo tych trudności przesuwaliśmy się sukcesywnie ku rodzinnym stronom. A im bliżej było domów, tym więcej osób budziło się ze snu, poza kierowcą, który zaczynał odpadać. Szczęśliwie wykonane ze dwa mikrocykle senne, po kilkanaście minut każdy, stawiały go na nogi i przed ósmą rano wylądowaliśmy z Poetą na ulicy Dietla.A mieliśmy we wcześniejszych planach, właśnie o tej porze wychodzić ze Spatifu w Sopocie. Ale co zrobisz, jak szara codzienność koryguje ci plany i marzenia? Nic. Więc poszliśmy po Bunię (pies Marcina, a nawet suka, marki boks) i odprowadziliśmy mnie do pracy. W pracy miałem siedemnaście kryzysów, ale dociągnąłem z kawy pomocą do godziny 17:10, na oparach lajwu i z opuchniętymi kostkami, które w taki sposób zareagowały na przebywanie trzydzieści godzin na samym dole ciała. Marzenie miałem tylko jedno: odespać. Ale jak to zrobić, skoro jest pucharowy czwartek i na dodatek gra drużyna z Cracova? Padłem po drugim meczu, około godziny 22:06.

Po piątkowej wariacji na tematy optyczne w pracy, w sobotnie bardzo rano, ruszyliśmy znowu na północ. Tym razem w okolice Aleksandrowa Kujawskiego i Ciechocinka, bo tam zespół Świetliki został zaproszony na X edycję Festiwalu Parzybrody. Wyjazd musiał odbyć się o jutrzence, ponieważ na godzinę trzynastą zarządzono nam próbę. Muszę się tez przyznać, że o piczy włos nie położyłem wyprawy, bo jakoś bezmyślnie odwołałem dzień wcześniej noclegi u kolegów z Karrota. Szczęśliwie kilka chwil po tej decyzji, przyszedł poeta i mnie naprostował. Mogłem więc jechać z podniesioną głową. Co prawda na miejscu w trzecim szeregu, bo jako za głośno mówiący, zostałem przesadzony na tyły, co okazało się zbawienne dla moich długich nóg, ponieważ nowe miejsce okazało się posiadać największą przestrzeń na poziomie zero.

Droga minęła nam spokojnie, z tradycyjnym popasem na drugim Orlenie za bramkami. Ale. Im bliżej byliśmy koncertowego miejsca, tym wpadaliśmy w coraz większe osłupienie. W najbliższej odległości festiwalu, drogi asfaltowe zamieniły się w leśne dukty. Okolica była praktycznie niezasiedlona, więc zaczynaliśmy się zastanawiać czy coś nie pomyliliśmy. Ale nie. Wszystko się zgadzało, kiedy wylądowaliśmy na polanie, może i pastwisku, bo zwierzęce odchody znaczyły teren dość gęsto. Scena i całe zaplecze festiwalowe wprowadziło nas w osłupienie i byliśmy nawet gotowi wiać w te pędy z powrotem. Tym bardziej, że scena była już zajęta w dwóch trzecich przez Kapelę ze wsi Warszawa, która miała próbę przed nami. A oni przecież są sprzętowymi minimalistami. Na szczęście przed pojęciem próby ucieczki, odbiliśmy jadącego z nami siedmioletniego Ballantinesa, i po kilku łykach zaczęło nam się nawet podobać. Do tego Marek, perkusista zespołu Świetliki, widząc małowymiarową scenę, zaproponował ze swojej strony wystawienie minimalistycznego zestawu do nabijania rytmu. Na próbie wszystko się zgodziło, więc mogliśmy ruszyć do hotelu, żeby dokonać regeneracji.

Niestety składu nie udało nam się skompletować, bo nasz wokalista, który u Parzybrody miał też spotkanie autorskie jako poeta, postanowił zostać. Przyszło mu to tym łatwiej, że na terenie pojawili się pierwsi fani i koledzy pisarze z Wojtkiem Brzoską i Piotrem Pawłowskim na dumnym czele. Z pewną dozą ryzyka, ruszyliśmy więc sami. Odsypiać.Przed hotelem zaczęło się niby niewinnie, bo chodzący w samych spodenkach, bosy, wielki chłop, bez koszuli, straszący tatuażami i oczywiście pijany, został przez nas potraktowany jako niewinne zjawisko, którym nie ma co sobie zawracać głowy. Do czasu.

Po pięciu minutach spotkaliśmy się w hotelowej restauracji. Głodni, spragnieni i umęczeni. Pierwszy był Remik, który zamówił sobie średnią pizzę cztery sery. Za nim przyczłapał bosostopy nieodziany i wziął sobie mega pizzę. Cztery sery. Z dostawą do pokoju, która okazała się niemożliwa, z braku rąk do pracy w restauracji. Bosy poprosił więc o sygnał jak pizza będzie gotowa i postanowił po nią przyjść osobiście. Po nim przy ladzie pojawiłem się ja, Zuzia, doktor, Jacek i obcy chłop. Na taką ilość osób zamawiających nie był gotowy system spanikowanej dziewczyny, która zamówienia przyjmowała. Panika jaka nastąpiła była rzadko spotykana u pracownika na takiej pozycji. Ale dzięki naszemu wsparciu i pomocy, zamówienia się przyjmowały i były opłacane natychmiast. Kiedy swoje trzy grosze do zamówień dokładali Marek i państwo Radziszewscy, za ladą pojawiło się wsparcie pracownicy odpowiedzialnej za rejestrowanie hotelowych klientów. Wydawało się, że sytuacja została opanowana. Ale gdzie tam. Rozpoczęło się wydawanie.Najpierw, chuj wie skąd, przyczłapał nagus i w tym momencie na ladzie pojawiła się pizza. Oczywiście cztery sery. Tylko, że w wersji średniej. Na co klient się zjeżył, bo zamawiał wielką, a ta którą mu dawano wielką nie była. Ale chyba głód zwyciężył zdrowy rozsądek i bosy golas zabrał co dostał i mrucząc pod nosem zniknął w hotelowym holu. Kiedy on zniknął, na ladzie wylądowała pizza. Cztery sery. Wielka jak koło młyńskie. Po kilku sekundach kelnerka ruszyła do Remika, który na widok pizzy zbladł i powiedział, że on takiej dużej to nie zje, i że on takiej nie zamawiał raczej. Ale żeby nie odkręcać zakręconego i to z pijanym, zarządziliśmy, żeby placek pozostał i niech Remik go je. Remik jeszcze nie dokonał pierwszego ugryzu, kiedy do naszego stolika dostarczono żurek, którego notabene, nikt nie zamawiał. No dobra. Remik niby zamawiał, ale zamówienie odwołał, a że nie miał paragonu, to nie wiedział, czy za niego zapłacił czy nie. Tego było już za wiele i za żurek zabrałem się osobiście, no bo skoro był, a nie było chętnego, napięcie się podnosiło, i nie było opcji, że żurek ma być niczyj, żarłem go z lekką wściekłością, ale i z dużym apetytem, bo zgłodniałem po whiskey, a żurek był znakomity. Kolejne posiłki donoszono nam do stołu sprawnie, i co najważniejsze w zgodzie z tym co zamawiane było. Szybo, wreszcie sprawnie i smacznie. I nawet Jacek dostał zamawianą colę jak już skończył jeść.

Po skonsumowaniu swojego udałem się na zewnątrz sali restauracyjnej, do ogródka, zapalić. I jak sobie popalałem, wzrok mój przykuł siedzący przy stoliku obok dziad, który zamawiał, jakoś pomiędzy nami, swój posiłek. Zapytałem go więc grzecznie, czy czasem na coś nie czeka. Czekał na żurek. Poprosiłem go więc o chwilę cierpliwości, udałem się do obsługującej salę dziewczyny, zapłaciłem za zjedzony żurek i kazałem go zanieść do ogródka, bo klient się wścieka, że mu żurku nie donoszą od trzydziestu minut. Zakręcona dziewczyna dalej miała problem z połapaniem co ja do niej nawijam, ale chyba system zaczął coś kumać i w spokoju sumienia uciekłem spać.Spanie, jeśli masz na nie trzy i pół godziny, nigdy nie będzie spaniem solidnym, a raczej nerwową drzemką. A jak jeszcze masz kilkanaście kuponów na STS puszczonych, a twoje wygrać albo nie wygrać właśnie trwa, to wicie rozumicie. Odpaliłem więc na telefonie polską ligę i patrzyłem. A jak patrzyłem to zgłodniałem, choć dopiero co jadłem, i poleciałem w przerwie meczu po dwa hamburgery, colę i frytki. Po takim dopchaniu się papu, byłem gotowy przenosić góry.Na polanę koncertową ruszyliśmy przed dziewiętnastą, na dwie osobówki, bo Remik miał spać. Zanim jednak ruszyliśmy, doktor opowiedział mi, że dzień dla nagusa nie skończył się pomyślnie, bo właściciel hotelu i dwóch ochroniarzy spuścili bosostopcowi wpierdol klasyczny, w stosunku trzy do jednego. Faktycznie coś było na rzeczy, bo stojący obok nas policjanci, coś nerwowo wyjaśniali. Ale już bez nas, bo my pojechaliśmy grać na świeżym powietrzu.

Kiedy już byliśmy blisko festiwalu, spory odcinek drogi był obstawiony samochodami. Alleluja! Nie będziemy grać do księżyca, pewnie przebiegło przez myśl nie jednemu i jednej. Frekfa na polanie była zadowalająca, tak jak zadowalający był stan naszego lidera słowa śpiewanego i melodeklamowanego. Do tego radość jaka wystąpiła na jego organizmie, w podzięce za spędzony na łonie natury i poezji czas, kazała mieć nadzieję na super sztukę.I tak było. Od samego początku. Pierwszy kawałek, Złe misie, zagrany wespół z zaprzyjaźnionym z Poeto-Wokalistą trębaczem, który to utwór przeszedł płynnie z improwizacji do wersji znanej z płyty i trwał dobre kilka minut dłużej, porwał wszystkich. A szczególnie kolegę poetę Majora Brzoskę, który kult Marcina Świetlickiego ma wypisany na twarzy przy każdym spotkaniu z nim i jego sztuką.

Godzinny set z okrojoną do minimum perkusją, przeminął jak poranna rosa na koncertowej łące. Jeszcze tylko Remik musiał przebić się wśród słuchaczy na tyły sceny, żebyśmy sprawnie zapakowali co nasze i można było pędzić dobrze znaną nam trasą ku Krakowowi. Z krótkimi przerwami na posiłek, papierosy i poranną kawę, zameldowaliśmy się na sali prób w okolicach godziny piątej rano. Całe szczęście była już niedziela, więc dzień niby wolny. Od pracy ale nie od innych obowiązków życiowych. A tych, jak to w życiu nikomu nie brakuje. Zwłaszcza przy tak napiętym grafiku jaki mieliśmy w ostatnich dniach. Teraz zapowiada się jednak marazm koncertowy, bo w czasach pandemii trudno zrobić coś rozsądnego. A i strach wśród słuchaczy panuje przeogromny, a to przecież oni są sponsorami koncertów, i bez nich nic udać się nie może.

W takim razie do zoo w listopadzie, na przełożonym koncercie w krakowskim Kwadracie. Jeśli Covid pozwoli. Jeśli…

24. Trzciana 2000 – krótkie opowiadanie o tym, jak byłem piłkarzem. Kiepskim.

Po zakończeniu przygody siatkarskiej, w roku 2004 albo i 2005, postanowiłem spełnić swoje największe marzenie i pokopać piłkę w zorganizowanej lidze. W końcu siatkówka siatkówką, ale to futbol był, jest i będzie najważniejszą dyscypliną sportową mojego życia. Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale padło na drużynę Trzciana 2000, czyli najbliższy ukochanej Leszczyny klub. Najprawdopodobniej propozycja występów w klasie rozgrywkowej B, padła od jej trenera, a prywatnie mojego kolegi Staszka Tracza. Nie zdziwiłbym się, jeśli propozycję dostałem za sklepem w Leszczynie, podczas smakowania jasnego pełnego. Miałem chęci, Stanisław szukał zawodników, więc dogadaliśmy się w trymiga i po przekonaniu Notorycznej Narzeczonej, że teraz weekendy będą spędzał na zielonych murawach, z wizytą raz, dwa razy na treningu w Rdzawie stało się faktem.

I tak to wyrośnięty siatkarz, z wyraźną nadwagą, który wycierał pierwszo i drugoligowe parkiety Polski przez kilkanaście lat, miał stać się wsparciem lokalnej drużyny piłkarskiej.

Z piłką miałem styczność nieustająco. Jako dzieciak otarłem się o Hutnika i Krakusa Nowa Huta, a potem notorycznie kopałem piłkę ze znajomymi. Niestety, najczęściej na sali lub betonowym boisku, którego rozmiary i gładkość mają się do wielkich przestrzeni boisk ligowych B klasy jak piernik do wiatrołapu. Czyli nijak. I tam, gdzie mogłem pochwalić się nienaganną techniką i wytrzymałością, to wyglądałem jeszcze dobrze, ale w ligowej szarzyźnie krzywych boisk, stałem się cienkim Bolkiem, a nawet Lolkiem.

Po kilku treningach na swoim terenie, mieliśmy zagrać sparring z drużyną z A klasy, gdzieś w okolicach Łososiny, albo nawet w Laskowej. Miał to być pierwszy i jedyny poważny sprawdzian przed ligowymi rozgrywkami. Termin zawodów wyznaczono na godziny bardzo późno popołudniowe, bo dzień był roboczy i wszyscy piłkarze na tym poziomie musieli najpierw odbębnić swoje w pracy, a dopiero potem gonić za balonem – jakby powiedziała moja babcie Emilka. Dla mnie dzień roboczy oznaczał wyjazd do Świdnicy na szkolenie. W te i we wte, wypadło mi ponad sześć godzin siedzenia w nowej skodzie, ale tej z rodzaju „model najtańszy”. Skoda była nowa, silnik dawał radę, i tylko twarde siedzenia z jakimś dziwnym ustawieniem wysokości od podłogi, jak na moje długie nogi, które złapały w kolanach dziwny kąt, męczyły.

Po powrocie do Krakowa, wskoczyłem w swojego Seacika i pognałem do Laskowej. Trener Stanisław przewidział mnie do grania od pierwszej minuty. I od pierwszej minuty zaczęły się dziać ze mną jakieś jaja. A dokładniej z moimi mięśniami dwugłowymi, które podczas biegania sprawiały wrażenie jakby ktoś wbijał w nie tysiące igieł. Im szybciej próbowałem biec, o ile w moim przypadku można mówić o szybkości, tym więcej ukłuć czułem w udach, w ich tylnej części. Po dwudziestu minutach musiałem opuścić boisko, na którym jedyne zagrożenie jakie stworzyłem, to potężny strzał dziesięć metrów nad bramką z szesnastu metrów. Po tych obiecujących początkach musiałem na kilkanaście dni odpuścić kopanie, żeby móc zagrać w meczu otwarcia nowego sezonu.

A ten wypadł 14.08.2005 roku w miejscowości o nazwie Wyżyce. Było to dla mnie, oraz moich przyjaciół, którzy przyjechali nam kibicować nawet z Krakowa, prawdziwe święto futbolu. Prawdziwy mecz ligowy! Marzenia się spełniły. Wcześniej grałem w lidze, ale juniorów i po ponad dwudziestu latach wykonałem kolejny krok.

Nasz rywal nie prezentował się zbyt okazale, zwłaszcza na moim i mojego brata tle. Jesteśmy wysocy, a dodatkowo wnieśliśmy na boisko Polonii zdecydowanie za dużo kilogramów, jak na piłkarzy. Mali chłopcy, którzy reprezentowali miejscowy klub, nie byli zadowoleni z rywalizacji z takimi nietypowymi graczami. Oczywiście reszta naszej ekipy wyglądała jak pan Bóg przykazał i chwała mu za to na wysokości. Poza naszą nietypowością fizyczną, na uwagę zasługiwał miejscowy stoper, żylasty, około sześćdziesięcioletni weteran niższych lig, prawdziwy profesor i opoka miejscowych. Czyścił wszystko jak kret rury. Zawsze był sekundę, a czasami i minutę przede mną. A moje warunki fizyczne zamiast dawać przewagę, stały się naszym utrapieniem. Każdy mój wyskok do piłki, w polu karnym gości powodował upadek bez mała połowy zawodników gospodarzy, którzy wisieli na mnie jak na choince, kąsali mnie jak mucha końska krowę, a jak już wyskoczyłem do góry, powalczyć o górną piłkę przy dośrodkowaniu, to podmuch powietrza kład kilku z nich na murawę i sędzia natychmiast odgwizdywał faul. Oczywiście mój, bo byłem największy.

W pierwszej połowie miałem dwie sytuacje. Raz koledzy wypuścili mnie „sam na sam” z bramkarzem już na dwudziestym piątym metrze. Dziadzio rutyniarz gdzieś się zapędził i już pytałem bramkarza w który róg mu strzelić, kiedy w okolicach szesnastki dopadł mnie jakiś młody, krępy krasnoludek, który wszedł wślizgiem i jedną nogą zahaczył piłkę, a drugą, ze szpica, kopnął mnie w piętę. Ech! Gdyby wtedy był WAR! Zapewne wóz podesłał by sygnał o faulu w polu karnym i mielibyśmy jedenastkę. A tak? Jedyny wóz jaki był w pobliżu, to klasyczny pojazd podczepiany do traktora, służący do transportu siana albo zboża. A tak? Zmarnowałem klasyczną setkę. Druga sytuacja była już klasyczną walką w polu karnym, gdzie wygrałem walkę w powietrzu i głową strzeliłem w poprzeczkę. I to by było tyle z mojej strony.

W drugiej połowie koń, czyli mła, kulał i nie wnosił zbyt wiele do gry. Na szczęście pozostali koledzy stanęli na wysokości zadania i skonsumowaliśmy naszą przewagę, gromiąc miejscowy team 1-0, po bramce kolegi Solarza. Do Gminy Trzciana wracaliśmy na wozie.

Pozostałe zawody jakie rozegrałem, pamiętam już tylko śladowo.

Z meczu z Victorią Słomka, już na wejściu na plac gry, goście, którzy nie grzeszyli wzrostem, skarżyli się do sędziego zawodów, że z Gołotami to oni grać nie będą. Pili tym do mnie i do brata mojego, bo przewyższaliśmy ich najwyższego zawodnika o głowę, a razem ważyliśmy tyle, ile połowa Słomczan. I to by było tyle, jeśli chodzi o naszą przewagę. Na boisku goście przewyższali nas umiejętnościami technicznymi, taktyką, a mnie jeszcze szybkością. Jedyne co czułem, kiedy próbowałem wejść w kontakt i chociaż dokonać sfaulowania, to wiatr i zapach potu po rywalu. Pozamiatali nas na własnym terenie czwórką.

Nie we wszystkich meczach rundy jesiennej grałem, a bo to wyjazdy z Kultem jesienią miałem, a to wyprawa z pracy na Kretę mi wskoczyła. Ale tam gdzie mogłem, pojawiałem się, przy okazji odwiedzając rodzinne strony, dziadków, wujostwo i kolegów. Na przykład w Żegocinie, gdzie graliśmy z miejscowym Beskidem. Zapamiętałem z tych zawodów, że Żegocinianie mieli chyba najmniejsze boisko w lidze. Miałem wrażenie, że wystarczy z połowy kopnąć w bramkę i można strzelić gola. Ale jak to zrobić, kiedy zostałem ustawiony przez trenera na skrzydle i musiałem się skoncentrować na tym, żeby nie umrzeć, bo skrzydłowy musi mieć płuca z żelaza i stalową kondycję, a tych walorów nie posiadałem, chociaż w latach swojej młodości mogłem biegać jak Forest Gump. Tym razem, po akcji ofensywnej i powrocie, walczyłem sam ze sobą i rywalem, który wyczuł moje braki i próbował mną kręcić jak bączkiem, żeby nie sprokurować jakiegoś nieszczęścia, jak na przykład karniaka, którego sędzia raz nie odgwizdał dla gospodarzy, tylko z litości nade mną i moimi faulami.

Runda jesienna toczyła się swoim torem, coraz szybciej zapadał zmrok i treningi w porach „po robocie” nie wchodziły w grę. Zamiast łapać wiatr w żagle, czułem się coraz słabszy. Ciągle miałem problemy z piątą, którą stłukł mi rywal w pierwszym meczu, brakowało mi mięśnia w udzie prawej nogi, czwartego, a wagowo wyglądałem jak Gołota po karierze i za Chiny Ludowe nie byłem w stanie osiągnąć jako takiego poziomu przyzwoitości.

Ale brameczkę jedną zdobyłem, w meczu pucharowym. Sędzia odgwizdał rzut wolny pośredni, jakieś siedem metrów od bramki. Kolega z drużyny lekko piłkę wycofał, mur uciekł ze strachu, a bramkarz samobójca, próbując piłkę bronić wpadł z nią z impetem do siatki. Spełniłem się dzięki temu w stu procentach.

Ostatni mecz ligowy jaki zagrałem w drużynie Trzciana 2000, miał chyba miejsce w Mikluszowicach. Dojechałem tam równo z gwizdkiem, pędząc prosto z pracy na zawody, bo inaczej nie mielibyśmy rezerwy. Wszedłem chyba w drugiej połowie, która dla jednego z kolegów okazała się pechowa. A może już w pierwszej części spotkało go nieszczęście? Wzięty w kleszcze przez dwóch rywali, upadł tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Trzask łamanej kości słychać było w najbliższej okolicy. A potem odbyło się długie czekanie na karetkę, która dotarła z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem, żeby zabrać rannego. Przykre to było, bo gra była dla chłopaków przyjemnością, a na życie zarabiali ciężko harując od świtu do nocy, co ze złamaną girą było niemożliwe i wykluczało z pracy zarobkowej. Strach jaki mi towarzyszył po wejściu na plac gry, był duży. Do tego dziurawe jak sito boisko, na którym zaraz po wejściu o mały włos nie skręciłem nogi, kazało mi myśleć o skorygowaniu planów, odnośnie mojej piłkarskiej przygody. Rodzinę miałem na utrzymaniu i to był priorytet.

Po rundzie jesiennej poinformowałem trenera Stanisława, że kończę zabawę w futbol. Zrozumiał i pobłogosławił na dalszą część życia. A ja, jeszcze raz stanąłem na zielonej murawie w Rdzawie, tym razem w drużynie oldboyów Trzciany 2000. Był już rok 2010. Graliśmy mecz towarzyski ze Zwierzynieckim Kraków. I jak to w moim przypadku bywa, nie obyło się bez przygód. Po pierwsze, w dniu meczu od rana padał deszcz, i boisko było nasiąknięte wodą jak gąbka. A ja byłem dziesięć kilo ponad setkę, i bardziej nadawałem się do leżenia na kanapie, niż do pląsów na nierównej, zalanej wodą murawie. Do tego dodam, że miałem wystąpić 45 minut, ale z powodu braków kadrowych truchtałem, niestety, pełne 90 minut. Wyniku nie pamiętam, ale grill i piwo po zawodach już tak. Było zawodowo i nawet przeszliśmy, po kilku piwach, na wyższe promile z kolegami z Krakowa. Chyba trzy dni później polazłem na mecz na Wisłę. Z trudem kupiłem bilety na miejsce kategorii Z. Z podkurczonymi nogami obejrzałem zawody, może i pucharowe, i kiedy po 90 minutach siedzenia wstałem, żeby udać się do domu, oniemiałem. Wszystko co wybiegałem na meczu towarzyskim, zeszło mi w kolana i kostki. Nogi miałem opuchnięte tak mocno, że wyglądało to jakbym ktoś wodę w stawy wpompował. Wyszło bieganie z dużą nadwagą po mokradle. Ale co tam, dla tej pięknej gry warto się poświęcać. Ale trzeba też wiedzieć kiedy z murawy zejść. Zadowolonym.

PS. Nie wymieniam nazwisk kolegów z tamtej Trzciany 2000, bo pamięci do nazwisk i imion nie mam. Ale serdecznie ich pozdrawiam, poprzez trenera Staszka Tracza i naszego kapitana, Krzyśka „Murzyna” Bębenka. Z ogromnymi podziękowaniami, że mogłem z Wami pokopać! Dziękuję!

23. Moje najdłuższe Juwenalia z katastrofą w tle.

Właśnie powinno być po Juwenaliach. Powinniśmy teraz wspominać z kim i ile wypiliśmy, ile zespołów zaprzyjaźnionych udało się spotkać i posłuchać: co tam u kogo w życiu osobistym piszczy. Ale przez Covid 19 wszystko się nie odbyło i można tylko przypomnieć sobie jak to drzewiej bywało . I zakrzyknąć szyderczo, tak jak to mój syn potrafi znakomicie:

– A kiedyś to było! Nie to co teraz! No nie?

No bo było! I to jak!

Takiej wiosny, roku 2014, miałem jakąś „nadpotrzebę” koncertowania i udzielania się to tu, to tam. Poplanowałem z grubsza koncerty juwenaliowe, a ponieważ artystów zaprzyjaźnionych i tym razem ciągnęła do Krakowa cała masa, pół tygodnia miałem porezerwowane na spotkania z nimi i koncertowe uczestnictwo w ich sztukach. A ponieważ energii tej wiosny miałem w nadmiarze, postanowiłem sobie pojeździć z Kultem jako sklepikarz, wyręczając w tym SP Records i jednocześnie ich reprezentując na terenach Polski południowej. Wpadłem na ten genialny pomysł mając świadomość, że lada dzień wychodzi książka Jarka Dusia „Tata mimo woli” o Stanisławie Staszewskim i miałem zostać jej pierwszym „dilerem” na koncertach, a to mogło wróżyć finansowy sukces. Albo i nie.

Wiosenną rozgrzewkę koncertową rozpocząłem od wypadu do Rymanowa. Oczywiście na Kult. Pomimo tego, że koncert był w środę, czyli w samym środku tygodnia, i na dodatek około dwustu kilometrów od Krakowa, postanowiłem sobie, namaszczony przez Notoryczną Narzeczoną, wyskoczyć w ramach prezentu urodzinowego i naładowania baterii przed czekającą mnie w czwartek rozprawą o udział w zorganizowanej grupie przestępczej o niezbrojnym charakterze. Ciągnęło mnie do tego Rymanowa jak psa do kości, ponieważ miał to być koncert z kategorii tych niewielkich, bo powierzchnia sali koncertowej jest malutka, i w sumie to jest to sala restauracyjna na dwieście kilka osób, co daje poczucie przytulności i wyjątkowości dla uczestników koncertu grupy, która rżnie plenery dla kilu, czy nawet kilkunastu tysięcy ludzi. No i spotkanie z kolegami miało być, za którymi stęskniłem się bardzo.

Popędziłem więc do tego Rymanowa po sześciu godzinach pracy i z dużym zapasem czasowym dojechałem na miejsce. Oczywiście zdziwienie moim przybyciem było duże, bo nie wszystkich poinformowałem, że będę, więc ci, którzy nie wiedzieli to się dziwili, że w środę, że po pracy, że jutro rozprawa i „takie tam”. A ponieważ „takie tam” miałem rozpoczynać następnego dnia od piątej rano, bo na taką godzinę zaplanowałem odwrót, nie tracąc czasu zająłem się konsumpcją piwa, miejscowego jadła i lokowaniem się u techniki w pokoju.

Koncert odbywał się w zajeździe o nieswojskiej nazwie „Jaś Wędrowniczek” i zajazd okazał się wspaniałą miejscówką na sztukę zagraną w rodzinnej, domowej atmosferze. Było ciasno, duszno, gorąco, alkoholowo i czułem się jak na pierwszych koncertach grupy na początku lat dziewięćdziesiątych. Zjechało się kilku znajomych z Podkarpacia, więc czas mijał szybko i tylko dzięki zdrowemu rozsądkowi udało mi się nie przeholować z nadużywaniem płynów zawierających zło. Po koncercie poochraniałem trochę społecznie wokalistę, który wyszedł do ludu podpisywać zakupione przez fanów produkty swojego zespołu. Po wszystkim posiedzieliśmy trochę w gronie znajomych i późną nocą poszedłem przespać się ze trzy godziny, żeby rano móc jechać na rozprawę, na którą notabene ledwo dotarłem punktualnie, bo korki tego poranka w Krakowie były okrutne.

Rozgrzewkę przedmajową miałem więc zaliczoną i byłem gotowy na klasycznie zimny maj. Po dziesięciu dniach od rymanowowskiej sztuki pędziłem do Bielska Białej popracować przy muzyce ukochanego zespołu. Oczywiście po porannym odpracowaniu swojego w pracy regularnej. Ponieważ prognozy pogody były gorsze od tego czego się spodziewałem, a czas przejazdu miałem bardzo dobry, zajrzałem do Jastrzębia Zdroju, do Esa, żeby pożyczyć jakieś odzienie zimowe, bo im bliżej było do Bielska oraz Białej, tym zimniej robiło się na zewnątrz. Szybką wizytę zakończyłem zabraniem bezrękawnika puchowego od Bartka i wizytacją miejscowego stadionu, na którym swoje próby odbywali Grubson oraz Luxtorpeda, czyli grupy w których mam kolegów, więc nie wypadało nie podjechać się uściskać. Po kurtuazyjnej wizytacji, uściskach i wspólnych fotkach ruszyłem turanim pojazdem do celu.

A u celu lało jak z cebra i dodatkowo pokazywały się nawet płatki śniegu, co potęgowało uczucie zimna. Na szczęście teren na którym miał się odbyć koncert był zadaszony i przynajmniej na łeb się nie lało. Za to brak ścian pozwalał hulać powiewom zimnego wiatru jak na kole podbiegunowym bez mała. I co ma robić w takich warunkach zespół dmuchający w alkomat? Marznąć. Ja nie dmuchałem więc mogłem herbatkę z prądem przyjąć na rozgrzewkę, po czym odebrałem sklep, książki od Kazika, policzyłem co mi przekazano w leasing i czekałem. Czas przedkoncertowy upływał nam na zastanawianiu się kto przyjdzie, skoro koncert, symbolicznie bo symbolicznie, ale jest biletowany, a aura wybitnie nie sprzyjająca sztukom plenerowym. Ale to przecież był Kult i cały zadaszony teren w okolicy pięknej hali miejscowego BBTS Włókniarza, drużyny siatkarskiej, zapełnił się do granic możliwości.

Zespół rżnął żwawo, żeby się rozgrzać, a ja marzłem siedząc ze swoim sklepem za Kajetanem – realizatorem, i wtedy chyba Bartkiem – świetlikiem. Miejsce było słabe jak barszcz i nie zapowiadało sukcesów finansowych. Postanowiłem więc sobie pomóc i polazłem za scenę, żeby przypomnieć wokaliście, o którego tacie książkę napisano, żeby coś wspomniał o tym ze sceny i mnie zaanonsował. Tak też po chwili uczynił i dzięki temu po koncercie udało się coś sprzedać, z sukcesem nawet, biorąc pod uwagę warunki do handlu. Po wszystkim udaliśmy do hotelu, gdzie nasza załoga się przerzedziła, bo część muzyków i menegament ruszyła na noc do stolicy, wbrew zasadzie, że na noc nie jeździmy. Złamanie tej zasady zostało szybko ukarane, bo nocni jeźdźcy trafili na trasie na potężną mgłę, jakiś karambol i troszkę im zeszło z powrotem w domowe pielesze, ale szczęśliwie dotarli cali i zdrowi. Pozostała cześć grupy dokonała symbolicznej konsumpcji czegoś mocniejszego i rozgrzewającego, żeby złapać ciepła po pracy w zimnym środowisku. Po porannym śniadaniu ruszyłem do domu dokonać podsumowania swoich handlowych wyczynów i przygotować się do kolejnego zadania.

A kolejnym zadaniem było handlowanie w Rzeszowie, na juwenaliach miejscowej polibudy. Dużo dobrego słyszałem o tym wydarzeniu. Znajomi muzycy chwalili organizację, frekwencję oraz pogodę, która zazwyczaj sprzyjała zabawie. Cieszyłem się więc jak dziecko, że będę w tym uczestniczył i jeszcze coś przy okazji zarobię.

Na miejsce dotarłem szybko, sprawnie i jak to najczęściej w moim przypadku – grubo przed czasem. Mogłem więc oddać się niespiesznej konsumpcji różności, połażenie po terenie studenckiej zabawy i jak najlepsze przygotowanie swojego stanowiska pracy. Kiedy już wszystko złaziłem, zaglądnąłem do każdej dziury, pierwsze zespoły rozpoczęły grać, a ja rozpocząłem handel. Początkowo szło tak sobie, ale im bliżej było występu gwiazdy wieczoru, tym handel nabierał rumieńców i w portfelu pęczniało. Roboty trochę było, a to wymaga jakiej takiej koncentracji. Niestety na minuty przed występem Kultu nawiedził mnie miejscowy organizator, zaprzyjaźniony z zespołem, wraz z dwoma uroczymi paniami i swoim bliskim kolegom. Po chwili panowie zniknęli, a ja zostałem sam na sam z paniami. A panie miały już w czubie i raczej nie pomagały, odciągając mnie od roboty. Do czasu radziłem sobie nieźle, aż doszło do próby molestowania mojej skromnej osoby przez jedną z dam, która usiadła mi na kolanach i zaczęła miziać mnie po nogach. Tego było za dużo jak na mój rock end roll.

– Przepraszam bardzo, jestem w pracy!

– Ja też.

– Yyy. Ale ja bardziej.

– Co ty? Jakiś dziwny jesteś. Idziemy! – rzekła do koleżanki, która ze zmęczenia półleżała na moim stoisku ze sztuką, i z wielkim trudem, ale niezwykle skutecznie zabrała koleżankę i poszły na bekstejdż.

Zespół grał, a ja sprzedając słuchałem, oglądałem i myślałem jak szybko i skutecznie uciec po wszystkim do domu. Zapowiadała się ostra jazda po wszystkim, a ja będąc kierowcą i odpowiedzialnym chłopcem wolałem udać się do siebie, do Nowej Huty. Odpoczywać, bo czekał mnie w tygodniu, poza regularną pracą, juwenaliowy krakowski maraton.

A ten rozpoczął się grubo przed czasem. Miałem plany na zabawę od czwartku, ale już we środę zadzwonił Janusz, że ma dwa VIPy na Ekonomiczną, co znaczyło ochlej i wyżerkę za darmo. Więc skorzystałem skwapliwie i zaraz po pracy ogarnąłem się jako tako i pojechaliśmy zobaczyć jak dają sobie radę „ekonomicy”. A ci postawili na hip hop, którego jednym z przedstawicieli była ekipa Grubsona. I kiedy już sobie pojadłem i popiłem, ruszyłem pod scenę, żeby dokonać przebicia się do artystów. Niestety byłem bez szans. Frekwencja była tak duża, że w połowie drogi zawróciłem do strefy ważnych osób, żeby dojeść i przy okazji się dopić. Z umiarem oczywiście, bo kolejnego dnia czekała na mnie robota i kolejny koncert.

W czwartek wypadło mi Lao Che pod Żaczkiem i postanowiłem ruszyć na spotkanie kolegów zaraz po pracy. Zanim jednak do niej ruszyłem, otrzymałem esemesa:

„Gumi. Mogę u ciebie przenocować? Będę wieczorem w Krakowie a jutro gramy na juwe” – nadawca Piter Figo.

– Kasia, Figo będzie u nas nocował. Może? – wolałem zapytać Notorycznej.

– Tak. Tylko nie pijcie za dużo. Dobrze? – zgodziła się nie bezinteresownie.

Mogłem więc odpisać:

„Jasne! Zdzwaniamy się wieczorem”

Teraz musiałem tylko wszystko poukładać, żeby i Piotrka odebrać i Lao Che posłuchać. Po południu był już plan, że idę na koncert, a kolega z zespołu Figo Fagot idzie się tatuować na ulicę Grodzką, bo tam miał zaprzyjaźnione studio. A ponieważ miało to potrwać do późnych godzin nocnych, szansa na wysłuchanie choć części koncertu Lao była spora. Popędziłem więc prosto z pracy pod Żaczka. Pokręciłem się chwilę na miejscu, zjadłem wstrętną kiełbasę, popiłem wodnistym piwem i szwędałem się dalej. Przed samotnością w tłumie młodzieży uratował mnie Praczi, menadżer Lao, który uzbroił mnie w wejściówkę na tyły i mogłem w otoczeniu znajomych i zespołu oddać się konsumpcji tego i owego, oraz co najistotniejsze pogadać z chłopakami, z którymi od jakiegoś czasu nawiązałem nić sympatii, i zacząłem marzyć o zrobieniu im koncertu w Krakowie. Tego wieczoru koncertu całego nie widziałem, bo Piter dał znać, że kończy i pobiegłem go odebrać. W domu zjawiliśmy się cichaczem, żeby rodziny nie pobudzić po północy, a ponieważ w piątek ustawiłem sobie pracę trochę później, wygospodarowaliśmy czas na pogaduchy, piwo i wcieranie bepantemu na świeży tatuaż. Rano Notoryczna i syn oddalili się do swoich zajęć, a ja i gość skonsumowaliśmy obfite śniadanie i przed południem ruszyliśmy na pas startowy w Czyżynach, bo tam Politechnika Kraków, a raczej jej studenci wsparci Galicją Productions organizowali swoje balety, których truskawką na placku mieli być tego dnia Bracia Figo Fagot. Zostawiłem więc kolegę artystę pod bramą, a sam udałem się przepracować co moje w sklepie, żeby zaraz po wybiciu osiemnastej przetransportować się na teren lotniska.

Ponieważ te juwenalia organizowali znajomi, nie brakowało mi niczego. Opaska którą dostałem od Włodka, szefa całego zamieszania, otwierała mi wszystkie przejścia i namiot z napojami wyskokowymi oraz jedzeniem. I dobrze, że tak mnie ugoszczono, bo kończący się tydzień wyssał ze mnie dużo energii i zaczynałem mięknąć, a przede mną byłą jeszcze pracująca sobota. Kiedy sobie korzystałem beztrosko z uroków bycia gościem specjalnym, za kulisami odbywały się negocjacje na międzynarodowym poziomie. Ponieważ przed BFF mieli wystąpić emeryci z zespołu Sisters off Mercy, których to menadżment wypatrzył, że Bracia mają na występ przygotowaną pirotechnikę, goście z zachodu negocjowali jej udostępnienie. I nie wiem jak to się wtedy skończyło, ale z tego co mi Fagoci opowiadali, zachodnia rozgwiazda nie tylko chciała pożyczyć od nich ogni, ale żądała też, żeby BFF ich nie używali na swoim występie. Niezłe, co? Jaki był koniec tych przedziwnych negocjacji nie wiem. Wiem za to, że po koncercie kolegów byłem umęczony jak nieboskie stworzenie i postanowiłem nie udawać się na nocne harce na mieście, tylko po tak po ludzku, pójść do domu, żeby przespać się przed pracą i … kolejnym dniem Juwenali. I to było znakomite posunięcie.

Dzięki zaawansowanej samodyscyplinie i wewnętrznemu profesjonalizmowi, jaki nabyłem po trzydziestym piątym roku życia, sobotni poranek w pracy rozpocząłem pełen werwy i zapału, wiedząc, że wieczorem czeka mnie nagroda w postaci koncertu kolejnego zaprzyjaźnionego zespołu jakim jest Happysad. A dodając do tego niedzielę z Kultem, weekend zapowiadał się bajecznie. Jednak nie minęła jeszcze pierwsza godzina pracy, kiedy zadzwoniła moja osobista komórka.

– Cześć Gumi. Nie wiesz może gdzie jest Figo? – głos Tomka zwanego Kapuczino był lekko nerwowy.

– Cze. No nie wiem. Po koncercie zawinąłem się do domu, bo od rana jestem w pracy. A wy jak skończyliście?

– No właśnie niby spokojnie. Pojechaliśmy na Kazimierz, potem ja z Bartkiem wróciłem do hotelu, a Piotrek został i zaginął. Nie wrócił do hotelu, a jego komórka nie odpowiada. Jakbyś coś wiedział daj mi znać, bo o czternastej mamy próbę w Lublinie i nie możemy się spóźnić, bo nam mogą gażę obciąć.

Co ja tam mogłem wiedzieć? Nic. Ale brak kolegi wystarczył, żebym rozpoczął poszukiwania. Ograniczone, bo byłem w pracy, ale prowadzone z wielkim zaangażowaniem, stacjonarnie i z użyciem najnowszych zdobyczy techniki, o jakich nie pomarzyłbym w dwudziestym wieku: telefonu komórkowego i komputera z dostępem do internetu.

Najpierw dokonałem analizy z kim Piter mógł pójść w tango, następnie dzwoniłem i poszerzałem krąg potencjalnych zamieszanych w zaginięcie. Po godzinie i kilkunastu telefonach miałem zlokalizowana ulicę na której mógł przebywać wielki zaginiony. Dziś nie pamiętam dokładnie, ale chyba wysłałem kogoś znajomego na tę ulicę i ten ktoś chodził po niej i krzyczał:

– Figo! Pioootrek! Figo! Jesteś tu? Goomi cię szuka!

Ja siedząc na dupie w pracy, co jakiś czas łapałem kontakt telefoniczny, licząc na to, że kolega zaginiony naładuje swój telefon i skontaktuje się z centralą. Czas upływał nieubłaganie, a wokalisty jak nie było, tak nie było. I kiedy wydawało się, że trzeba będzie podjąć bardziej stanowcze działania, zaburczał mi telefon.

– Cześć Goomi. Jestem już, jestem.

– No to zajebiście! Wszyscy cię szukają. Dzwoń do Kapuczino, czekają na sygnał. Oni już pojechali, żeby zdążyć na próbę. Ale się martwiliśmy.

– Spoko. Żyję. Jakoś żyję. A gdzie dziś gramy? – kolega jeszcze nie kontaktował prawidłowo.

– Lublin. Za dwie godziny kończę pracę, skoczę po auto i cię zawiozę. – zaproponowałem pomimo wcześniej ustalonego planu na swoje życie osobiste.

– Nie, daj spokój. Nie będę ci głowy zawracał. Pojadę taksówką. Tak będzie najszybciej.

– Jak uważasz! Tylko daj znać, jak dotrzesz!

– Jasne! Dzięki za wszystko.

– Nie ma za co! – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo przecież nic wielkiego nie zrobiłem.

A Piotrek dojechał i zrobił swoje, najlepiej jak umiał.

Po tak pięknie rozpoczętym dniu, nie pozostało mi nic innego, jak po fajrancie wrócić do domu, zjeść obiad i po krótkiej drzemce wyruszyć na przedostatni dzień studenckiej fiesty. Znowu Pod Żaczkiem. A ponieważ była sobota, to … Poszedłem grubo. Najgrubiej!

Wszystko zaczęło się po osiemnastej. W pokoju przerobionym na garderobę Happysad. Różnorodność trunków jakim dysponowali moi przyjaciele z zespołu Radosno-Smutnych, wprowadziła mnie w doskonały nastrój, po uzyskaniu którego, na hasło:

– O! Grabaż z zespołem przyjechał.

postanowiłem wreszcie poznać Krzysztofa na żywo. Bo do tej pory znaliśmy się tylko z facebooka. Byliśmy znajomymi na portalu, a Kris mi zaimponował, bo jako pierwszy i chyba do dziś jedyny, usunął mojego posta ze swojej strony. Zakomunikował mi to osobiście w wiadomości prywatnej, a całe zamieszanie dotyczyło piłkarza Rejsa, osoby w Poznaniu uwielbianej, ale w Krakowie już niekoniecznie. Postanowiłem więc temat obgadać face to face, korzystając z okazji. Ruszyłem więc do Garderoby Strachów, zapukałem delikatnie i nie czekając na zaproszenie wlazłem do środka. Na mój widok towarzystwo zamilkło, wyrażając sobą co najmniej lekkie zdziwienie, że duży i niekoniecznie trzeźwy, lekko wyrośnięty chłop, wparował do nich jak do siebie. Spojrzałem po zespole i na widok Grabaża, wypaliłem:

– Dzień dobry. Jestem Goomi. Znamy się z facebooka, a ty jesteś jedynym gościem, który usunął mojego posta. Tego o Rejsie, który miał przejść do Krakowa. Do Wisły. Chciałem się więc, korzystając z okazji przywitać i poznać osobiście.

Grabarz zmierzył mnie wzrokiem jak rentgen pacjenta, a wzrok jego potrafi zmrozić krew w żyłach, i po chwili chyba przypomniał sobie sytuację z sieci, uśmiechnął się i powiedział:

– Aaa. Pamiętam. Siadaj, wódeczki?

– Czemu nie! Miło cię poznać w realu. Bo wiesz, z tym Rejsem to było tak … – i zaczęliśmy przekomarzanie połączone z dyskusjami na różne tematy. Głównie sportowe i muzyczne.

Kris okazał się super gościem, i chociaż wielkim fanem jego zespołów nie byłem, bo nie mogłem, oddając się za nastolatka w całości Kultowi, to fajnych ludzi potrafiłem wyczuć z daleka i jakoś naturalnie mnie do nich ciągnęło. Pewien etap się więc dokonał i jest mi z tego powodu niezwykle miło.

Po dyskusji w garderobie Strachów, ruszyłem na koncert Happysad, kontynuując przyjmowanie płynów o różnej zawartości procentowej alko. Po koncercie nic się nie zmieniło, konsumowałem więc dalej i koło północy zaczęło mnie składać. A kiedy taki stan nadchodzi, wiem, że pora przenieść się do domu, żeby we własnym łóżku u boku Notorycznej, dokonać zasłużonego spoczynku. Trochę po angielsku, żeby nie dać się przekonać do zabawy do samego rana, opuściłem teren Żaczka i ruszyłem do domu.

Niestety. Pomimo stanu zmęczenia jaki mnie dopadał, chciałem jak najmniejszym kosztem dotrzeć do domu i bez sensu dołożyłem sobie problemów. Zamiast zamówić taksówkę, polazłem na autobus nocny. Podróż miała mi umilić muzyka płynąca słuchawkami do głowy prosto z telefonu. Tak mnie to wszystko rozrzewniło, że najpierw pomyliłem autobus, a następnie w nim usnąłem. Obudził mnie kierowca na zajezdni, która niestety była po drugiej stronie miasta względem mojego miejsca zamieszkania. Zamawianie w takim momencie taksówki rozłożyło by moją wersję oszczędnej podróży na łopatki. A czas leciał jak z bicza strzelił i marzenie o spokojnym i długim śnie oddalało się z każdą minutą coraz szybciej. I tak zamiast snu w domowych pieleszach zaraz po północy, dotarłem do siebie po trzeciej nad ranem, łącząc podróż autobusem nocnym i jednak taksówką, żeby dać sobie chwilkę na regenerację.

Bo od południa żyłem już tylko Kultem. A dodatkowo miałem jeszcze rozliczyć się z przedstawicielem SP Rekords z moich handlowych wyczynów. Kiedy już odespałem co miałem odespać, ruszyłem do pracy, żeby zabrać gotówkę, którą zostawiłem dla bezpieczeństwa w salonie sprzedaży. Włożyłem ją do portfela, który zrobił się gruby jak nigdy. W domu dostosowałem garderobę do panujących warunków atmosferycznych i to był pierwszy błąd. Bo zmiana kurtki na bluzę powoduje u mnie niemałe zamieszanie związane z ilością kieszeni, ich rozmieszczeniu i takie tam pierdoły, a to ma przez kilka pierwszych dni wpływ na umieszczanie portfela, kluczy i telefonu.

Pod Żaczka podjechaliśmy z Notoryczną koło godziny piętnastej. Miałem zostawić w garderobie pozostałości których nie sprzedałem, zabrać Kazimierza i ruszyć na nasze ulubione wtedy danie w Krakowie, czyli na golonkę po węgiersku. Na dwa razy przeniosłem pudła z merczem, posłuchaliśmy próby, przywitaliśmy się z zespołem i ekipą i ruszyliśmy na rynek jeść.

Najbliżej do Rynku mieliśmy z Karmelickiej, więc tam to, na strzeżonym parkingu zostawiłem samochód. Piękna pogoda i pyszne jedzenie wprowadziły naszą trójkę w doskonałe nastroje. Do chwili płacenia za zjedzone. Jako gospodarz miałem zapłacić, ale po nerwowym poszukiwaniu pękatego portfela, nie znalazłem go. Zawstydzony zapożyczyłem się u Narzeczonej, licząc, że portfel wypadł mi w samochodzie i tylko kwestią minut będzie jego odnalezienie. Wróciliśmy do auta i po nerwowym przeszukaniu go, portfela nie znalazłem. Myślałem, że może przy wysiadaniu mi wypadł, ale obsługa parkingu niczego nie zauważyła, ani nie dostała sygnału od innych parkujących, żeby ktoś coś takiego odnalazł. Zrobiło mi się gorąco jakbym od środka wypełnił się piekielną smołą, ale na zewnątrz udawałem, że nic szczególnego się nie dzieje. Kaburę dostarczyliśmy do hotelu, a sami wróciliśmy na plac koncertowy, gdzie błyskawicznie przeszukałem pudła z koszulkami i płytami. Portfela nie było.

Dokumenty, karty, i wszystko co potrzebne do życia poszło w piździec. I trzy koła w złotówkach, które po wcześniejszym odliczeniu prowizji miałem przekazać kolegom z SP. Tym sposobem, zamiast gotówki obiecałem przelew dnia następnego, koncertu posłuchałem w minorowym nastroju i na złość sobie na trzeźwo. Taka kara. A co! Zasłużyłem jak nigdy.

Po sztuce nie miałem nastroju na zabawę, raz z powodu strat, a dwa w poniedziałek ludzie pracy mają obowiązki. A moje były podwójne. Musiałem odrobić to co straciłem, i to jak najszybciej, żeby budżet domowy nie ucierpiał na mojej głupocie. Z czym mierzę się po dziś dzień!

22. Pandemiczny tour ze Zgniłością i Świetlikami. Czerwiec 2020.

W marcu wszystko się popierdoliło. Po całości. Przyszła pandemia pod postacią Covid 19 i wstrząsnęła światem. Tym światem. A przy okazji i tą ziemią. I trwa to do dziś, szczególnie w branży rozrywkowej .

Podczas ostatniego, z początkiem lutego, koncertowego przelotu ze Świetlikami, traktowaliśmy zarazę dość ulgowo i śmieszkowato. Nie spodziewaliśmy się, że to się tak rozwinie i dotknie nas tak bardzo. Przecież wychodziła lada dzień nowa płyta, kilka koncertów było w przygotowaniu i dopinaniu technicznym. Sam osobiście miałem przeżyć jeden z najsilniejszych okresów koncertowych, z Lao, Happy i Kultem dodatkowo. I zamiast zabawy zapanował strach.

Do pandemii przygotowałem się znakomicie. Wymieniłem dekoder, zamówiłem kilka książek, przestawiłem sofę przed telewizor, żeby w końcu pooglądać seriale, na które w codziennym życiu nie mam czasu. Jeśli dodam do tego zawieszenie na świecie rozgrywek sportowych, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu, pandemia jawiła się jak ponadprogramowe wakacje. Z kompletną komórką rodziną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale…

Ale moja praca zawodowa okazała się nieczuła na koronawirusa i wszystko ruszyło jak zawsze, tylko razy dwa. Wysyłkowo. Po dniu ciężkiej pracy nie miałem już siły na nic, i najczęściej około godziny dwudziestej padałem na twarz i przechodziłem w stan uśpienia. I tak przez trzy i pół miesiąca. Kiedy jedni mieli czas wymuszonej kwarantanny, innym pot lał się po mosznie. Oczywiście byli też tacy, którzy poczuli finansowo co to znaczy pandemia, ale w ogólnym rozrachunku, wszyscy moi znajomi przeżyli w nienajgorszej kondycji, przynajmniej do wyborów prezydenckich.

Czym jest takie uśpienie, mówię tu o moich pozapracowych zajęciach związanych z koncertami, wie niejeden z nas. I nie jeden czekał cierpliwie, żeby, kiedy tylko uchyli się furtka, eksplodować po całości. Pierwsze sygnały, że coś w czerwcu się uchyli, dostałem od serdecznego Pana Poety z końcem kwietnia, albo i z początkiem maja. Przekaz był taki, że Zgniłość rusza w trasę i „jedź Pan z nami”. Wrocław, Poznań, Łódź i Lublin, ale ten ostatni już ze Świetlikami, kusiły tak bardzo, że zacząłem planować przejazdy, terminy i pracę. Pięć miesięcy bezkoncertowego marazmu gniotło duszę jak czułkowata kulka płuca i inne organy.

I nadszedł w końcu ten dzień. Środa w środku tygodnia, czyli najgorzej, bo trzeba godzić przyjemne z pożytecznym, czyli koncerty i pracę. Całe szczęście drogi w obecnej RP są już naprawdę dobre, i posiadając wygodny samochód można sobie popołudniem ruszyć na koncert do Wrocławia, żeby na drugi dzień stawić się rano w pracy w Krakowie, z przysłowiowym teleskopem w dupie, czyli na wielkim luzie. A jak do tego połączy się wyjazd artystyczny z dostawami i przerzutami towarów na linii Kraków – Wrocław – Chorzów – Kraków, to wszystko jest odpowiednio poukładane. I tak lubię najbardziej.

Pan Poeta stanął w progu salonu punktualnie o umówionej godzinie, którą ustaliliśmy na kwadrans po trzynastej. Pojazd zapakowany wielkim teleskopem oraz płytami różnych formacji Marcina, odpaliłem chwilę potem i ruszyliśmy na Wrocław. Podróż odbywała się płynnie i bez niespodzianek. Przejeżdżając przez okręg katowicki, pozwoliłem dać nam wewnętrzny przepływ powietrza, żeby nam wirusów z koroną nie nalazło do środka, bo Śląsk górniczy jest obecnie centrum pandemicznej Polski. Całą drogę przegadaliśmy o wszystkim i o niczym, przy czym nawet gadanie o niczym miało swoją wartość. Im bliżej byliśmy Wrocławia, tym pogoda zaczynała się robić dziwnie nieprzyjemna, co objawiało się potężnymi opadami wody z nieba, a koncert miał być takim mały plenerem. Oczywiście z zachowaniem jak największej ilości przepisów pandemicznego bezpieczeństwa.

Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że z powodu obfitych opadów wody, sztuka został przeniesiona na salę Starego Klasztoru. Tam też się z wokalistą Zgniłości udaliśmy, żeby przywitać dawno nie widzianych kolegów, poczym ruszyłem dostarczyć wielki teleskop klientowi z miasta Wrocławia. Po szybko wykonanej czynności zaparkowałem pojazd i udałem się na obiad i uzupełnienie płynów. Potrzeba konsumpcji była bardzo duża, ale hamulcowym była moja pozycja kierowcy, który następnego dnia rano miał powrócić do Krakowa, do pracy i rodziny. Trzeźwo i bezpiecznie.

Zgodnie z rozkładem jazdy, koncert rozpoczął się punktualnie, z piętnastominutowym opóźnieniem. Sala była przygotowana wzorowo. Stoliki ustawiono w odpowiednich odległościach, barmani i kelnerzy posiadali maseczki na części gębowo-nosowej, i rozprzestrzenianie się wirusa zostało wykluczone.

Pierwszy koncert po długim okresie niegrania był ciężkim kawałkiem chleba. Na szczęście chłopcy grają jazz fryzjerski, a w jazzie, jak to w jazzie, szczególnie fryzjerskim, nawet nieudane improwizacje urastają do rangi wydarzenia i niespotykanego kunsztu grającego muzyka. Kolega wokalista starał się jak mógł być hop do przodu w kwestiach światopoglądowych i prowadził konferansjerkę międzyutworową bardzo zgrabnie, ale i tak został rasistą, seksistą i politykierem! I to wśród osób w wieku prawie że zaawansowanym. Rasistą to pewnie przez zapowiedzi typu:

– A teraz zagramy utwór wybitnego saksofonisty, o nie białym kolorze skóry, który był geniuszem jedynym w swoim rodzaju.

Jak widać z powyższej sytuacji, wszystkim nie dogodzi, choćby człowiek był nawet z Łodzi, jak mówi starosemickie przysłowie, które właśnie wymyśliłem.

Po koncercie zgrabnie się chłopcy popakowali i poszliśmy wspólnie na małe co nieco. Dzięki temu poznałem miejscowego mecenasa sztuki Pęcherza, którego wyobrażałem sobie całkiem inaczej i z którym to odbyłem, na wyraźną prośbę Poety z Krakowa, walkę siłową na ręce, która po wyczerpującym pojedynku zakończyła się remisem. Następnie udałem się do stolika moich znajomych z pierwszego Forum Kultu, którzy pod przewodnictwem Hollego gościli na koncercie Zgniłości. Po przeuroczych dyskusjach na różne różności, zdecydowaliśmy demokratycznie, że czas spać i pomimo prób oderwania się części młodzieży zespołowej na dalszą konsumpcję płynów, w komplecie dotarliśmy do hotelu, pod czujnym okiem kierowcy Łoła, wspaniałego towarzysza trasowego i znakomitego kierowcy, który nie boi się oddać kółka obcemu, jak sam nie może. To się nazywa klasa i rozsądek.

Podzieliliśmy się dwójkami, bo tyle łóżek liczył pokój i po krótkiej chwili byliśmy z Tym Poetą Wokalistą w naszym pokoju. Poeto-Wokalista usnął zanim dokonałem nocnej toalety, więc nie czekając na Godota, zrobiłem to samo. Noc upłynęła nam wybitnie spokojnie. Powstrzymaliśmy wszystkie odgłosy jakie powinny z nas dochodzić, a było to pewnie spowodowane tym, że po raz pierwszy dzieliliśmy pokój i chcieliśmy się sobie przedstawić jako organizmy nie popierdujące, nie chrapiące i w ogóle takie, jak by ich nie było. Chyba niepotrzebnie, bo w naszym wieku powstrzymywanie się przed naturalnymi czynnościami życiowymi nie jest najzdrowsze. Ale byliśmy ponad tym. Ludzie kultury, sztuki i politycznej niepoprawności.

Rano pierwszy zaczął stękać Poeta-Wokalista. Ucieszyłem się bardzo, bo to świadczyło o tym, że jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy. Po krótkiej wymianie porannych uprzejmości, Marcin poszedł zapalić, a ja spakowałem się i wyruszyłem na poszukiwanie porzuconego pojazdu, zaraz po Marcinowym powrocie. Ruszyłem na Kraków, a zespół pełen nadziei na super koncert i imprezę koło południa udał się na Poznań. Był czwartek rano, a nasze kolejne spotkanie miało nastąpić w mieście Łodzi, w zaprzyjaźnionym klubie TU, piątkowego popołudnia.

Na Łodź ruszyłem w piątek, po godzinie trzynastej z minutami. GPS pokierował mnie przepięknymi drogami naszego kraju. Były małe miasteczka, wsie i pola. Było oberwanie chmury, które zalało Wolbrom, były czarne chmury w oddali z których, co jakiś czas wyskakiwały potężne błyskawice. Było pięknie i bajkowo. Do przedmieść Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie natrafiłem na potężne korki i zmasowany ruch pojazdów. Szczęśliwie za Piotrkowem wszystko wróciło do normy i było znowu spokojnie i szybko. Dzięki temu odwiedziłem Maka Donalda na przedmieściach, skonsultowałem z Jeżyną z Kultu przystąpienie do klubu straceńców zakładów sportowych STS i po kilkudziesięciu chwilach wylądowałem na łódzkim starym mieście. O Matko Zdanowsko! Co tam się wyprawia! Krajobraz slumsów, jaki przedstawiają miejscowe kamienice, miesza się z wielkimi robotami drogowymi i żeby dostać się pod klub, trzeba łamać przepisy, kombinować i uważać, żeby nie zatonąć w błocie, wodzie i dołach wykopanych na połowie dróg.

Pierwsze wskazanie mojego GPS wskazało klub w oddaleniu dwustumetrowym, i rozpoznanie dalszej trasy samochodowej musiałem dokonać pieszo. Nie powiem, żebym ochoczo wyskoczył z pojazdu rozprostować kości. Co to, to nie. Napisy holsów ŁKS na murach, oraz stojąca w bramach patoludzkość, nakazywała wzmożoną ostrożność. Na szczęście moim serdecznym kolegą jest Bóg Bramki drużyny na Ł. Bodzio W. i w ramach draki powołałbym się na niego. Z drugiej strony sam mogę być odbierany jako duży drech, więc poza spojrzeniami spode łba nie przydarzyło mi się nic szczególnego. Po rozpoznaniu trasy, złamaniu kilku przepisów, zaparkowałem pojazd pod TU. Do koncertu pozostała godzinka z małym okładem. Pobiegłem więc na miejsce i trafiłem nic. Znaczy nic do koncertu nie było przygotowane ze strony zespołu. Bo zespół żył jeszcze Poznaniem.

– Gómi! Szkoda, że cie nie było. Co tam się działo! – powiedział Pan Poeta, a spojrzawszy na ludzkie postaci, wiedziałem, że było grubo. Bardzo grubo.

Wysłuchałem sprawozdania z Poznania i już w duchu, podziękowałem swojemu Aniołowi Stróżowi za opiekę i prawidłowe wybory trasowe. Opisywał przeżyć kolegów nie będę, bo skoro mnie nie było i nie widziałem Sodomy i Gomory, to co ja się będę wychylał. Za to podczas koncertu łódzkiego, doznałem prawdziwego szoku. Zespół podleczony kilkoma piwami, może i wódeczkami, zagrał sztukę o niebo lepszą od tego co wysłuchałem we Wrocławiu. Na szczególną uwagę zasługuje solo perkusyjne Tomka, oszczędne w treści, ale wiele znaczące wejścia Mariusza z domu Czubaja, który okres pandemii wykorzystał na szlifowanie instrumentu w wariancie gry w Zgniłości. Maciek pokazał co należy robić z kontrabasem, Michał grał na saksie jakby nie był białym człowiekiem, a wszystko uzupełniał Poeta-Wokalista w pozycjach leżących i siedzących oraz Michałek, Manzarek polskiej klawiatury, który nie tylko grał, ale także konferansjerował pomiędzy utworami, wprawiając ludzi w chwilę radości, zadumy oraz nieodgadnionej tajemnicy życia w czasach pandemii. Tak, niezrozumiałej, bo przypowieść o Dawidzie który nie przestrzegał dystansu społecznego zakończyła się zaciążeniem jego małżonki i będą z tego bliźniaki. Gratulujemy z całego serca! A publiczności zapytujemy, czego tu można nie skumać? I tłumaczymy: nie, Dawid się nie zaraził korona wirusem, do jasnej anielicy. W tarkcie powstał też zespół Ludzina, którego założenie skwitował jeden z widzów, łapiąc się w drodze do toalety i krzyczą:

– Jeszcze tylko ludobójstwa brakuje. Ja pierdolę!

Muszę tu jeszcze podkreślić, że koncert u Żanety i jej córek w łódzkim klubie TU, był koncertem pożegnalnym tego przeuroczego klubu i jego wspaniałych i oddanych sztuce właścicielek. Mam nadzieję, że nie było to ich ostatnie słowo i wkrótce w którymś z Polskich miast będziemy mogli być goszczeni jak zawsze. Jak rodzina.

Po pełnym uniesień koncercie rozpoczęło się małe party, które dla większości z nas zakończyło się około północy. Większość o tej magicznej godzinie postanowiła odbyć kilkusetmetrową pieszą podróż do hotelu. Wśród ruin kamienic, błota, ciemności, wykopów i napisów sławiących miejscowy KS, dotarliśmy pod bramę, wysoką na ponad pięć metrów. Było strasznie, a na słowa Marcina, tuż przed bramą, który wskazując ubranego na czarno, brodatego Macieja rzekł:

– Spójrz, prowadzi nas karzeł w czarnym wdzianku, jest przedziwnie!

Dostałem dreszczy i zacząłem się lekko bać. Było późno i ciemno, karzeł grzebał dłuższy czas przy domofonie, więc ja spróbowałem otworzyć bramę siłowo. Niestety górna zasuwa była na niebotycznej wysokości i wszelkiego rodzaju próby spełzły na niczym. W zanadrzu mieliśmy plan powrotu do klubu, kiedy nagle z ciemności wyszło ono i nam otwarło wrota, po uprzednim sprawdzeniu czy klucze, które posiadamy są od starej synagogi, która została hostelem, czy nie. Po prawidłowej weryfikacji, wielka brama została otwarta i jednak pani a nie ono, choć Marcin do teraz ma wątpliwości, czy to nie był pan, dopuściła nas na salony. Pokoje były schludne, dwuosobowe, a w razie „W” mogły być i czteroosobowe, bo łóżka miały kombinację, która zmieniała je błyskawicznie w łóżka piętrowe i pokój stawał się czteroosobowe lokum. Po raz drugi dobraliśmy się w parę z Poeto-Wokalistą i po zabarykadowaniu się, bo jednak strach nas lekko obleciał co do miejsca i obsługi, postanowiliśmy oddać się oglądaniu TV. Padło na program o Niemcach uciekających do Polski przed strasznym systemem miejscowej opieki społecznej. My liczyliśmy na złamanie ciszy wyborczej, donos i nagrodę, a dostaliśmy niemiecko-polskie problemy życiowe, w których Polska o sto długości biła Niemce. Nudy. Wygasiliśmy więc odbiornik i jeszcze przed snem gadaliśmy przez bitą godzinę, po której doszliśmy do wniosku, że jesteśmy bezpieczni i spróbujemy spać. Spaliśmy jak zabici, co pewnie w synagodze nie jest odpowiednim porównaniem, ale zawsze można się z tego stwierdzenia wycofać, czy choćby przeprosić, więc tak spaliśmy, aż do… piątej rano. Szczęśliwi, że nie przerobiono nas na onuce, pogadaliśmy jeszcze, podrzemaliśmy i koło ósmej rano, w towarzystwie tych kolegów, którzy nie zostali na nocleg w klubie – zgodnie z zasadą: po co łazić, jak jest dobrze, dotarliśmy na wspólne śniadanie.

Koło godziny dziewiątej z kilkuset sekundami, pożegnaliśmy się wszyscy razem wylewnie i srebrny Touran, w składzie Gomółka, Świetlicki, Wandzilak i Czubaj, ruszył na Lublin z przystankiem Warszawa Wschód, gdzie pozbywaliśmy się poczytnego pisarza kryminalnego. Droga upłynęła nam na wspomnieniach z trasy, z uwzględnieniem Poznania, na którym mnie szczęśliwie nie było i musiałem koniecznie wiedzieć co tam się działo. A działo się sporo. Były aktorki, skini, Guralesku z piękną Mulatką, był ludzki salceson, wódeczka i nieudane romanse. Ale skoro mnie tam nie było, to nic a nic poza tym co napisałem, nie napiszę.

Maria dostarczyliśmy sprawnie do stolicznego dworca i koło godziny trzynastej zameldowaliśmy się w rodzinnym mieście Pana Poety, pięknym Lublinie. Zaparkowałem pojazd na wielkim placu u podnóży jakiegoś miejscowego zamku z jednej i starego miasta z drugiej strony. Po odszukaniu miejsca koncertu, tym razem zespołu Świetliki, przywitaliśmy się z naszymi krakowskimi przyjaciółmi, szczęśliwi, że przybyli oni wcześniej i wywleki cały beklajn na drugie piętro starej kamiennicy samodzielnie. Zespół zaczynał się instalować, więc mieliśmy kilkadziesiąt minut dla siebie i część Zgniłościowa plus ja, udała się na polecane przez Poetę, którego wydała ta ziemia, tatary. To był strzał w piętnastkę! Nie dość, że tatary były przeznakomite, wołowina na której się opierały rozpływała się w ustach, a świeżość dodatków nadawała im cudownego bukietu smaków, to jeszcze podał nam je klon Marusi Aganiok. Pomimo upału przeogromnego byliśmy w piekielnie wspaniałym raju.

Po wszystkim powróciliśmy na miejsce koncertu, chłopaki czekali na próbę, która się przedłużała, bo prąd wysiadł, a ja zająłem się pilnowaniem garderoby, gdzie po wykonaniu kilu esemesów do miejscowych znajomych, i przebywającego w Lublinie Kazika „Mój ból jest mniejszy niż twój”, który jednak nie miał ochoty na spotkanie, próbowałem odsypiać noc. Kilometry za kółkiem Tourana i niewiele snu w nocy, składały umęczone ciało do snu, nawet na siedząco. Półtorej godziny przed sztuką, posprawdzałem co i jak i polazłem na dół, na plac-parking zabrać płyty, choć sprzedaż obecnie jest śladowa. Ale skoro byłem na miejscu, to obowiązek sklepikarza Świetlików postanowiłem wypełnić solidnie.

Koncert który moi przyjaciele mieli grać miał odbyć się bez publiczności, miał być za to transmitowany w Internetach i miejscowych lokalach. Wszystko było przygotowane profesjonalnie. Jedyne emocje jakie podniosły mi ciśnienie, zgotował Radzik. Nasz gitarzysta, który pokazał się na kilka minut przed graniem, spóźniony o osiem minut. I jak by tego było mało, poprosił mnie zrobienie sobie, w ten upalny dzień, w kamienicy z lichym przepływem prądu herbaty. Zdążyłem na sekundy przed wejściem na wizję. Kiedy wszystko ruszyło, udałem się do garderoby dooglądać mecz ligowy Legia – Piast, wróciłem pod salę z której koncert nadawano, zwiedziłem punkt dowodzenia i pobiegłem na parter, gdzie w towarzystwie Państwa Maślanków, szefów Karrot Komando, posłuchałem chwilkę, chwaląc realizację dźwiękowo – obrazową.

W takcie sztuki odbierałem sygnały, że sztuka jest fajowska bardzo i że ogólnie jest wielkie WOW. To cieszy.

Po ostatnich dźwiękach zeszliśmy z zespołem do knajpy, która była na poziomie zero. Tam dokonaliśmy malutkiego spożycia, spotkaliśmy kilkunastu fanów, a i ja sprzedałem kilka płyt. Godzinę później pakowaliśmy busa i po kilku chwilach poszliśmy na miasto coś zjeść. Miejscowa ludność szczelnie wypełniła lokale, ale i dla nas znalazł się kąt. Dzięki temu pojedliśmy, popili i wzięli azymut na hotel. Droga prowadziła obok Tourana, który stał wśród kilku pojazdów na wielkim placu. Wtedy jeszcze stał.

W hotelu, klasy wysokiej, usnąłem jak dziecko, żeby po kilku godzinach relaksu sennego udać się na śniadanie. Śniadanie, podobnie jak koncert, obwarowane było przepisami. Na koncercie podpisywaliśmy cyrografy, że nie mamy wirusa i nigdy go nie widzieliśmy na oczy i że jak coś, to nie my. Śniadanie otrzymaliśmy też przepisowo. Po zbadaniu temperatury. Nikt nie gorączkował, więc kelnerzy podawali nam to, na co mieliśmy ochotę. Sami nie mogliśmy dotykać niczego, bo przezorny i te sprawy.

Pojedzony i wyposażony w kesz na fajki dla Poety którego wydała ta ziemia, pobiegłem po samochód. Kiedy byłem już w okolicy placu, który jeszcze nocą był parkingiem, stanąłem jak wryty. Cały teren zastawiony był kramami. Nie zważając wiec na sześciopasmową drogę, przebiegłem na wszystkich czerwonych światłach Lublina szukać Turanika. Krążyłem wśród straganów i nigdzie pojazdu ukochanego nie dostrzegłem. Zacząłem myśleć i wymyśliłem, że nad ranem doszło do odholowania. Telefoniczne spróbowałem się połączyć z lokalną Strażą Miejską, ale bezskutecznie. Do tego telefon ledwo zipał, bo wszystko co mogło by go naładować, mieszkało w aucie. Zimny pot oblał mnie w ten upalny poranek i pobiegłem, znowu łamiąc przepisy na sześciopasmówce, szukać taksówki. Na szczęście po drugiej stronie był dworzec, a raczej plac na autobusy, i to tam dopadłem dwóch starszych drajwerów.

– Panowie! Musze się dostać na Straż Miejską. Auto mi odholowali z palcu pod zamkiem.

– Ło Jezu? Jak to.

– Tak to. Który jedzie?

Odważnego nie było. Prawie dwumetrowy głupek, wytatuowany po rusku, w koszulce prawieże żonobijce i krótkich majtach, nie budził zaufania. Musiałem więc zadecydować za nich i wlazłem do najbliższego pojazdu. Właściciel nie miał wyboru i ruszyliśmy. Zanim się porozumieliśmy, wykonaliśmy dwa kółka wokół dworca, bo nasze kumatości nie zgrały się szybko. Zostałem więc samcem Alfa i kazałem się wieźć do hotelu, żeby Marcina uprzedzić o chwilowych kłopotach, zabrać kasę za podróże po Lublinie i dokumenty potrzebne do przyjęcia mandatów i odzyskania pojazdu.

Więc najpierw hotel:

– Marcin, potrzebuję godzinkę, bo mi auto odholowali.

Potem Straż Miejska miasta Lublina:

– Dzień dobry, bo chyba mi auto odholowaliście.

– Jakie?

– Takie.

– A to tak. Zakaz był.

– Nie widziałem, słabo opisany.

– To przepraszamy, ale targ staroci.

– Nie gniewam się, poddaję się karze.

– Wypisujemy papiery.

– Cudownie.

I przelot na kraniec miasta, na parking odholowywanych pojazdów. A ponieważ był to dzień wyborów na Prezydenta Rzeczypospolitej, to kierowca po krótkim „wąchaniu” jakie mam zamiary co do wyboru, otworzył się jak kwiat lotosu:

– Bo ja panie, swoim dzieciom, a mam córkę i syna, przykazałem, że mają głosować na Dudę. Bo jak nie, to żadnych profitów po mojej śmierci nie otrzymają! Ale panie! Żeby mnie nie okłamali, kazałem im pójść z wnukami, żeby patrzyły co kreślą. A wie pan, dziecko to nie oszuka. Musi być głos na Dudę bo inaczej won! I żadnych profitów. Ja też pojeżdżę do drugiej, potem do domu i ze żoną idziemy głosować. Panie! Teraz to my tu mamy drogi, ten hotel co pan śpisz, nowy. I tam dalej tysz nowy. Miasto się remontuje. Spokój mamy. I to wszystko za Dudy.

Przyjąłem bezdyskusyjnie informacje i nawet pochwaliłem, chociaż korciło mnie, żeby coś napomknąć o dzieciach i ich prawie do swojego głosu, ale byliśmy już pod strzeżonym, a w oddali majaczył Touranik.

– Panu dowidzenia i pomyślności! – krzyknąłem w kierunku taksówkarza – A panu dzień dobry i ja chcę swoje auto. Tu są papiery – przekazałem młodemu stróżowi w budce na miejskim parkingu, chyba MPKa.

– Tu wypełnić, tu podpisać. Jeszcze tu. I tu. I może pan jechać.

– Dziękuję i pomyślności!

I tak przepięknie obsłużony pojechałem pod hotel, a tam, koło Marcina Poety zrodzonego z tej ziemi, stał mężczyzna w paputkach, z pieskiem na rękach. „ O matko, ktoś go zaczepia, pewnie fajki sępi” pomyślałem i wyskoczyłem szybko z auta, żeby kolegę ratować.

– Gómi! Patrz, Rafał Księżyk też tu śpi!

– Aaa! Rafał, cześć, poznaliśmy się w Krakowie. A co ty tu?

– A dotrzymuję Marcinowi towarzystwa jak ciebie nie ma.

– To miło. Dziękujemy.

Potem zamieniliśmy jeszcze kilka słów o naszych wspólnych znajomych i pożegnawszy się gorąco, ruszyliśmy do domu. Do Krakowa.

Szczęśliwie reszta podróży minęła bez przygód, o których brak martwił się jeszcze rano Marcin, wzdychając, że wyciągnął mnie w świat i nic się nie dzieje. No i faktycznie. Jak na ponad tysiąc wspólnie przejechanych kilometrów i dziesiątek wspólnie spędzonych godzin, to tak po prawdzie nie działo się nic. Kompletnie nic. Czego i Państwu i sobie nie życzę.

Do następnego!

21. El Dupa gra! Część druga.

El Dupa gra! Część druga.

Czas pomiędzy pierwszą a drugą częścią Touru z Dupą minął mi bardzo szybko. Tym bardziej, że w robocie piętrzyły się kłopoty i zaczynałem mieć wszystkiego dosyć. Do tego Notoryczna Narzeczona postanowiła sobie, że rozwinie skrzydła w stomatologii i poszliśmy w kredyty, żeby nabyć pod czterdzieści metrów kwadratowych, z przeznaczeniem na działalność dentystyczną. Ponieważ jest kobietą uparcie konsekwentną, samodzielnie, bez większego wsparcia z mojej strony, łapała wszystko jakby to była bułka z masłem, a nie wielka organizacyjna wojna ze wszystkimi instytucjami miasta. I kiedy ona parła jak czołg do przodu, ja wpadałem po szyję w bajoro pełne kupy. I koncerty miały mnie podnieść na duchu i dać mi energię do zebrania się do życia.

Wymyśliliśmy sobie południe kraju jako arenę występów Dojpy. Rzeszów – Pod Palmą, Bielsko Biała – Rude Boy i Katowice – Mega Club. Miejsca znane, lubiane, zaprzyjaźnione. Czekałem na kwietniowy weekend z dreszczykiem emocji tym bardziej, że 20.04. wypadały moje kolejne, trzydzieste piąte już urodziny.

Niestety, trójbój zaczął się falstartem. Publiczność w Rzeszowie dopisała średnio i zaczęliśmy tę część od sporego minusa finansowego. Jakichś szczególnych anegdot odnośnie tej sztuki nie pamiętam, jedyne co mi w głowie świta, to to, że nocleg zespół miał pod miastem, przy wylocie na Kraków. I nawet na chwilę tam pojechaliśmy, ale jakiegoś świętowania nie było. Przynajmniej z naszej strony. Po sprawdzeniu warunków noclegowych pognaliśmy na Kraków, żeby przed południem ruszyć na Bielsko Białą.

Bielsko było powiadomione o tym kto zawita do tego pięknego miasta, z dużym wyprzedzeniem. Ponieważ daleko z Krakowa nie jest, na jakiś miesiąc przed, Janusz wysłał mnie z ekipą na plakatowanie  miasta. Bielsko jest ciężkim terenem i zeszło nam chyba do trzeciej nad ranem, żeby plakatami oznajmić ludności miejscowej o koncercie. Przy okazji oplakatowaliśmy też papieskie Wadowice, Andrychów i Kęty. Wszystkie napotkane płoty, darmowe tablice pokryły piękne, czarno białe plakaty. W Bielsku najeździliśmy się jak traperzy na dzikim zachodzie, żeby kilka setek wykleić. Najwięcej plakatów trafiło na Rude Boya, który został oklejony od góry do dołu, na długości kilkudziesięciu metrów. Razem z drzwiami. I to zrobiło robotę. Klub pękł w szwach – sobotniego popołudnia, 19 kwietnia roku 2008.

To była jedna z najpiękniejszych sztuk jakie miałem przyjemność współorganizować. Zanim padły pierwsze dźwięki, byłem już zdrowo podkręcony miejscową wiśniówką domowej roboty, której smakoszem był, jest i zapewne będzie – właściciel klubu Poli. Dobry humor aktywował nam się już podczas rozładowywania back line, kiedy to do pomocy ruszył nawet Kazik, pchając kejsy ze sprzętem, na co zareagował Pewu, uwieczniając Kazika – technicznego na zdjęciach, których do dzisiaj nie widziałem.

Klub w Bielsku białej jest niski. Powierzchnia jest duża, ale brakuje okien, wentylacja nie daje rady przy szczelnie wypełnionej sali, ale nikomu to za bardzo nie przeszkadza. Publiczność była wspaniała i zrobiła taki ogień na występie, że klękajcie narody. Było latanie, rozbieranie, wspólne występy i wszystko to, co w robieniu koncertów najlepsze. Z punktu widzenia artystycznego i biznesowego. Zgrało się wszystko na pięćset plus. Po koncercie długo nie mogliśmy się pozbierać do hotelu, tak dobrze nam się siedziało, gadało i popijało. Ale postanowiliśmy w hotelu kontynuować imprezę i świętować moje urodziny. Zameldowaliśmy się na miejscu po północy, ustaliliśmy spotkanie „za kwadrans”, żeby ten, który potrzebował, mógł skorzystać z szałera. Wpadłem do swojego pokoju na miękkich nogach i przed prysznicem postanowiłem na kilka minut się położyć. I to był niewybaczalny błąd, bo po minucie spałem jak zabity. Nie było szans, żeby mnie ktoś dobudził, choć i takie próby podejmowano. Impreza urodzinowa odbyła się więc bez jubilata. Jubilat otworzył oczy rano. Na minuty przed otwarciem hotelowej restauracji.

Zawstydzony i głęboko skacowany, zlazłem na śniadanie chwilę po okąpaniu ciała z brudu dnia poprzedniego. Nie wielu chętnych zjawiło się tak wcześnie, ale i nigdzie nam się nie paliło, bo z Bielska do Katowic jest blisko. Można było więc spokojnie dochodzić do siebie, uzupełniając płyny z niewielką zawartością alkoholu. Tak też uczyniłem, popijając piwo przed hotelem, który zlokalizowany był na obrzeżach, w okolicy górzystej, lesistej i bardzo uroczej, pomimo braku słońca na zachmurzonym niebie. Nagle niespodziewanie zjawił się Kazik, który postanowił zapalić przed ośrodkiem. Stanął w miejscu z którego był najlepszy widok na okolicę, i po chwili wypalił:

– Popatrz, tak wygląda Teneryfa.

Poderwałem się na równe nogi, bo zawsze chciałem Teneryfę, miejsce przez Kaza zachwalane zobaczyć, tylko wtedy myślałem sobie, że nigdy nie będzie mnie stać na takie przedsięwzięcie ze względów finansowych, więc zmarnować takiej okazji  nie mogłem. Teneryfa za darmo i na żywo!

– Że jak? Tak jak te góry? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Dokładnie tak. I jest chyba takie miejsce gdzie jest identycznie. Dokładnie tak jak tutaj. W północnej części wyspy.

Byłem zachwycony. Oczyma lekko pijanej wyobraźni spełniło się moje kolejne marzenie, i to w dniu urodzin. Przez chwilę byłem na wyspie kanaryjskiej.

Ruszyliśmy wszyscy koło południa. Doszło do lekkiego poluzowania zasad i przed koncertem prawie wszyscy lekko się alkoholizowaliśmy. Poza osobami odpowiedzialnymi za prowadzenie pojazdów. Jednym takie popijanie pomagało, innym niekoniecznie. A wszystko wylazło jak szydło z wora w momencie rozpoczęcia się koncertu. Publiczność ze stolicy Śląska była wymagająca. Wymagała więcej niż można było tego dnia wyciągnąć z kapeli. Do tego doszły pyskówki wzajemne Doktora z jednym z uczestników i po czwartym kawałku koncert się zakończył. Yry powiedział:

– Wypierdalać chamy! – do publiczności

– Schodzimy! – do zespołu.

 I zszedł, a zespół zaraz za nim.

Włos zjeżył mi się na przedramionach, serce przestawało toczyć krew, a mózg gotował się jak woda na herbatę. Podszedłem do Krynia i zapytałem:

– Yry. Spokojnie. Pierdol tego gościa! Wracajcie i grajcie.

– Nie! – oczy Krzysia się zaszkliły jak jabłka w deszczu – Nie będziemy grać dla chujów.

– Ale musicie. Dużo ludzi przyszło. Doktorze! – zaklinałem kolegę – No, Doktorze, wracajcie.

– Nie! Nie będę grał – odparł Doktor, a ja zrozumiałem, że jego mocne postanowienie plus pity trzeci dzień alkohol stawiają mnie, współorganizatora, w kłopotliwej sytuacji.

Została mi ostatnia deska ratunku, szeregowy członek wielkiej El Dupy.

– Kazo! Błagam. Zabieraj ekipę, wracajcie na scenę i grajcie. A Doktor jak nie chce to trudno – wymyśliłem, jakby El Dupa bez Doktora miała jakiś sens.

Kazik popatrzył na mnie zmieszany, na resztę zespołu spojrzał wzrokiem poszukującego odpowiedzi na rozwiązanie sytuacji, i podszedł do Yrego.

– Chodź zagramy to do końca.

– Nie chuja! To ja tu jestem szefem. Ja jestem szefem El Dupy! Nie gramy! – Kris był nieugięty i jeszcze na dodatek rozbity tym co się działo, zaczął płakać.

– Kazik! Proszę… Bierz resztę i grajcie – panikowałem, bo przed sceną zaczęło się robić gorąco.

– Idziemy! – zadecydował wokalista saksofonista. Lipka, Dżordżu, Glazo, Arturo, który zastąpił Raffiego – poczłapali za wokalistą.

Podszedłem do Doktora i przytuliłem go serdecznie. Po chwili Yry się uspokoił i dołączył do składu. Koncert ruszył, ale już tak bardziej nijak, chociaż pozostała publika próbowała zrobić wszystko, żeby atmosfera luzu i niedoskonałości artystycznej powróciła jeszcze tego wieczora. Ale nie powróciła i koncert się tylko odbył.

Po powrocie dokonaliśmy z Januszem podsumowania naszej trzydniowej działalności i wyszło nam, że na lody zarobiliśmy. Ale takie bez andrucika, bo na niego już nie wystarczyło. Ale nie złożyliśmy broni, chcieliśmy dalej wozić Dupę po kraju mlekiem i miodem niepłynącym, tylko, że menagement zaczął liczyć wszystko dużo drożej i pewnie byśmy się skusili gdyby nie, no właśnie, gdyby nie to, że razu jednego dowiedzieliśmy się, że zespół zagra w Krakowie, ale już nie pod naszym patronatem, tylko dla Rotundy. Oczywiście poszliśmy, lekko nadąsani, zobaczyć koncert, który frekwencyjnie okazał się niewypałem. Ale to już nie był nasz problem, tylko tych, którzy go zrobili. Ja bawiłem się przednio, uczestnicząc czynnie w scenicznych występach, bo i do takiej roli zostałem zaproszony.

W roku 2009 i 2010 Dupa zagrała jeszcze koncerty dla Galicji, i niewiele z nich pamiętam. Miałem swoje problemy i niestety nie były to problemy z dupy, tylko z wymiarem sprawiedliwości, który zrobił ze mnie przestępcę zorganizowanego. Żyłem więc czymś innym, niż statystyczny chłopiec tuż przed czterdziestką. Nie miałem pracy, perspektyw i sił do walki. Za to miałem rodzinę, depresję i wiarę, że los się musi odmienić. Najlepiej na lepsze. I tak też się stało, w kwietniu 2010 roku. Kiedy jedni toczyli się w przepaść beznadziei, ja odbijałem się od dna. Z dnia na dzień wszystko zaczęło się prostować, znalazła mnie praca, a bycie oskarżonym o udział w zorganizowanej grupie przestępczej zaczął mi się podobać. Tak nastawiony do życia, wymyśliłem sobie wspólnie z Januszem, że na moje czterdzieste urodziny, zrobimy w Krakowie koncert. I to koncert nie byle jaki, tylko taki fajny, bo El Dupy. A ponieważ dzień moich urodzin wypadał dokładnie w sobotę, lepiej już nie mogło być. Zaprosiłem kupę znajomych, których zamiast prezentu, poprosiłem o zakup biletu, bo niestety sprzedaż kulała. I kulałem też ja, psychicznie. Jeśli dołożyć do tego przedłużające się negocjacje z opiekunem zespołu, tym co zawsze, Piotrusem Pewusem, to mogę sobie swój psycho stan lekko usprawiedliwić.

 Pamiętam jakby to było dzisiaj, że na swoje czterdzieste urodziny szedłem jak na ścięcie, bo zanosiło się na to, że będą to moje najdroższe urodziny ever. Ilość sprzedanych biletów nie pokrywała tej koncertowej fanaberii. Co prawda dane miałem na kilkanaście dni przed sztuką podane, odnośnie sprzedaży, ale wtedy byle drobnostka potrafiła mnie zdołować.

Jeśli ja nie potrafiłem stanąć na wysokości zadania, zrobili to za mnie Notoryczna i przyjaciele. Janusz z Izą przygotowali wszystko na medal. Było stoisko alkoholowe i przekąskowe dla moich gości na balkonie Klubu Kwadrat, był tort i były zaprzyjaźnione zespoły. Sztajemka i El Dupa. Zaskoczenie tym wszystkim było dla mnie wielkie. Większe były tylko moje wcześniejsze urodziny, które potajemnie zorganizowała Notoryczna i o których wcześniej nic to a nic nie wiedziałem. Musze o nich kilka słów napisać.

Był to początek wieku dwudziestego pierwszego. W okolicy swoich, nie wiem których, urodzin, wróciłem z pracy po godzinie 14.00. Notoryczna się jakoś dziwnie szwędała po mieszkaniu, ale nie bardzo zwracałem na to uwagę. Chciałem w samotności poświętować, bo depresanci i alkoholicy tak już mają, że najczęściej jest im najlepiej w samotności. Miałem swoje osiem piw na popołudnie w samotności, wskoczyłem szybko w sprane dresy, odpaliłem w tivi byle co i konsumowałem, żeby zapomnieć o bożym świecie. Nawet nie spostrzegłem, że Narzeczona syna gdzieś wywiozła, taki byłem odizolowany. Po szóstym piwie zaczęło mnie składać do spania. I kiedy już miałem wskoczyć w pidżamę, ktoś do drzwi zadzwonił. Bardzo niechętnie poszedłem otworzyć, a kiedy już to zrobiłem, oniemiałem z wrażenia. Za drzwiami kłębili się moi najbliżsi przyjaciele w ilości dwudziestu paru osób, śpiewając urodzinowe piosenki na całą klatkę. Stałem jak słup soli w wielickiej kopalni, z rozdziawioną na oścież gębą, starając sobie poukładać czy to sen czy jawa. Ale kiedy zaczęto przynosić poukrywane po sąsiadach jedzenie, alkohole, torty, zacząłem wierzyć, że to co się dzieje jest naprawdę. Tak było.

Organizacja na urodzinowym koncercie była dla mnie zaskoczeniem równie wielkim. A jeszcze większym ilość znajomych, którzy przyszli zobaczyć jak to jest być czterdziestoletnim zgredem. Byli goście z Warszawy, z Bzykiem na czele, był Jasiu Mela – którego wtedy poznałem i któremu zacząłem troszkę tatusiować w Krakowie, byli bracia i siostry z Katowic, Kolbuszowej, Tarnowa, Jastrzębia. Byli najstarsi stażem przyjaciele z czasów szkoły średniej, byli przyjaciele, których wniosła do naszej rodziny Notoryczna. Było przecudownie. Koncert płynął między jednym piwem a drugą wódką. Był tort na scenie, wspólne śpiewanie i całkiem przyzwoita frekwencja, która na godziny przed rozpoczęciem sztuki dała nadzieję na bezstratną finansowo imprezę. A po wszystkim zaczęło się wspólne świętowanie urodzin w gronie najbliższych, których było kilkadziesiąt osób. Szkoda tylko, że Kazik się nie zdecydował na pokoncertowe party, ale wystraszony fanatyzmem moich znajomych, po kilku wódkach na zapleczu, postanowił się ewakuować. Za to my walczyliśmy dzielnie, do późnych godzin nocnych. I tylko zgrzyt z małą bijatyką zakłócił trochę święto, ale co zrobić? Żelazo nie klęka.

Ostatni raz z Dupą miałem przyjemność rok później. Znowu w kwietniu, bo taki czas był przeznaczony dla tego projektu, w którym uczestniczył Kazik. A wiosny wtedy zaczynały koncertowo w klubach wyglądać słabo. Młodzi ludzie, którzy stanowili naszą największą klientelę, woleli kwietniowe wieczory spędzać na łonie natury z piwem w ręce. Stęsknieni za słońcem, ciepłem oraz świadomi nadchodzących ćwierćdarmowych koncertów juwenaliowych i darmowych dni miast, nie za bardzo mieli ochotę na uczestnictwo w klubowych koncertach, za które trzeba było płacić. Robiliśmy dwa koncerty: we Wrocławiu w Alibi i w Krakowie, w wynalezionym przez Janusza Lizard Kingu, klimatycznej miejscówce w samym sercu Krakowa. Żeby ratować frekwencję postanowiliśmy do gwiazdy kogoś dołożyć, kogoś rozpoznawalnego i posiadającego podobne poczucie humoru, więc padło na trójmiejski zespół Dr. Hackenbush, którego w młodym wieku słuchałem z kaset, z wypiekami na twarzy. Tak podanej klasyki rocka i rock end rolla słuchaliśmy w głębokim podziemiu, żeby rodzice czy nauczyciele nas nie nakryli, bo utwory – klasyki, jak „Mięgwa stara kurwa”, „Jeboł cię pies” czy „Pałę ssiesz” niekoniecznie musiały się starszym podobać w warstwie lirycznej, co dzisiaj jako osoba podeszła w wieku, poniekąd rozumiem.

Wrocław nie wypalił. Po raz pierwszy współorganizowany przeze mnie koncert okazał się mega frekwencyjną porażką. Kilka ich już wcześniej zaliczyłem, ale nigdy na poziomie maga, i wszystkie bolały, a tutaj miało być jeszcze boleśniej. Ale… Na nasze utyskiwania pierwszy zareagował Pewu i postanowił zjechać z gaży do poziomu „zwrotu kosztów”. Po kilku następnych chwilach, do swojego stolika, przy którym siedział ze znajomymi, między innymi z USA, zawołał mnie Kazimierz.

– Słyszałem, że jest bardzo słabo.

– Niestety. Nawet dwustu biletów nie sprzedaliśmy. Ale Piotrek zachował się wspaniale i obniżył gażę. Wtopa będzie mniej bolała.

– Dobra. To jeszcze ja rezygnuję ze swojego wynagrodzenia.

– Nie no…

– Powiedziałem. Znasz moich znajomych?

Nie znałem. Ale szybko poznałem. I ciśnienie zeszło, byłem finansowo uratowany.

Alibi. Jedno z najmilej wspominanych miejsc koncertowych w jakich dane mi było bywać. Byłem tam z Dupą, Buldogiem, KNŻ, KSU. Raz nawet z ramienia Galicji ogarniałem jakiś koncert zagranicznego zespołu. W klubie rządzili Owca, znany, choćby z pracy z Katem Romka Kostrzewskiego realizator dźwięku i jego brat, właściciel i człowiek dusza – Waldi. Każde moje zetknięcie z Alibi kończyło się mega imprezą, super koncertem – poza ostatnią Dupą i gwiazdą z zachodu. Czułem się tam jak u siebie. Klimat, super ludzie, organizacja na najwyższym poziomie. Nic, tylko robić koncerty. Ale już nie dziś, bo tego Alibi już nie ma. Życie.

Do Krakowa wracaliśmy późną nocą, mając na pokładzie chłopaków z Dr. Hackenbusha, których szybko polubiłem. Lubił ich tez Janusz, ale nie tej nocy. Porażka finansowa, choć zminimalizowana do minimalnego minimum, zawsze jest porażką i ta prawidłowość siedziała w Januszu jak zadra. Doświadczyli tego nasi goście znad morza, kiedy na stacji przed Krakowem, jeden z nich nie ogarnął wystarczająco szybko zakupów i wściekły Janusz postanowił pojechać bez niego. Ale po kilku minutach i nerwowej dyskusji, zawrócił i do Krakowa przybyliśmy nad ranem w komplecie. Po szybkim odespaniu wyjazdu polazłem do hotelu Swing, bo tam, w bardzo miłych warunkach, nocowaliśmy zespoły, a tego dnia chłopaków Zmory i jego samego. Po raz kolejny musiałem postawić się w roli bufora pomiędzy szefem a zespołem. Przepraszać, prostować, wyjaśniać. Kiedy już uspokoiłem nasz dupny suport, poleciałem jeszcze na dworzec zakupić chłopakom bilety powrotne do domu. A potem szybko polazłem do klubu.

Lizard na co dzień był restauracją – dyskoteką. Ale koncerty stanowiły tam też silną pozycję rozrywkową, z czego Janusz korzystał skwapliwie. Średniej wielkości klub, z miejscami stojącymi przed sceną, siedzącymi w części dalszej i dwoma piętrami balkonów. Klimat do roboty super. Do tego usytuowany zaraz przy krakowskim rynku, w samym środku miasta, zachęcał do przyjścia nie tylko zainteresowanych, ale i przypadkowych fanów muzyki. Żeby podbić zainteresowanie koncertem, na dwie godziny przed jego rozpoczęciem zorganizowałem spotkanie z zespołem na D, niedaleko, na Placu Szczepańskim, u mojego przyjaciela Shutego, który był współwłaścicielem Bomby. Kazik zgodził się na takie wydarzenie, bo raz, że znał Shutego, a dwa, takie spotkanie zagospodarowywało nam czas przedkoncertowy. A im bliżej było koncertu, tym szybciej traciłem siły, a kiedy dostałem jeszcze od Kaza zadanie zakupienia jakichś lekarstw na receptę i błąkałem się po rynku w ich poszukiwaniu, zacząłem gasnąć. Na całe szczęście spotkałem znajomego, który wsparł mnie witaminą C, lewoskrętną i świat na nowo zaczął wirować tak jak lubię. Szybko, sprawnie i do przodu.

Sama sztuka była świetna. Klientela dopisała, było wielu znajomych, była prawie bójka, było wyprowadzanie niesfornych fanów, było wspólne śpiewanie i picie jak za młodego. Było, jak na zakończenie koncertowej przygody z El Dupą – bajkowo. Bo bajkowe mam wspomnienia związane z tą grupą. Na dzień dzisiejszy zespół się reaktywował i jako El Dupa und Kazikken próbuje funkcjonować na nowo. A we mnie, gdzieś w środku mojego małego serduszka tli się takie marzenie, żeby to jeszcze choć raz powtórzyć, w pełnym składzie. Zaraz stuknie mi kolejna dekada życia, piąta z kolei, więc może już pora zacząć pracować nad realizacją tego marzenia? Jeśli tylko Covid ileś tam pozwoli, to kto wie co się wydarzy? Kto wie…     

20. El Dupa gra!

El Dupa gra!

El Dupa siadła mi od razu. Od pierwszego usłyszanego w Antyradio kawałka „Natalia w Brooklynie”. Zmiotło mnie po całości. Wracając z pracy, z drugiego końca Krakowa, podkręcałem radioodbiornik w aucie na full, kiedy tylko rozgłośnia grała ten kawałek. Był koniec roku dwutysięcznego, w życiu codziennym wszystko wirowało, brat pracował w Nowym Jorku jak Natalia, a ja szykowałem się do przejścia „na swoje”, albo już na swoim byłem. Muzycznie, tekstowo i z ukochanym wokalistą na froncie, El Dupa wskoczyła do czołówki moich ulubieńców. Zwariowałem na jej punkcie szybko i bardzo skutecznie, co zaowocowało nawet wypadem po pracy do zakopiańskiego klubu „Pstrąg” na koncert, żeby rankiem, dnia następnego, stawić się w robocie z powrotem. Jeśli do tego dołożę randkowy wypad koncertowy, z odzyskaną Notoryczną Narzeczoną, na początku roku 2001 do Oświęcimia, po którym wszystko w naszym życiu nabrało nowych barw, to mogę śmiało stwierdzić, że trzepnęło mnie jak mało kiedy na punkcie zespołu muzycznego. Dobrze, że miałem w sobie tyle fantazji, żeby za Dupą te dwa razy pojechać, bo niedługo po tym okazało się, że zespół zawiesił działalność koncertową i mogłem nie mieć już szansy na żywo ich zobaczyć.

Czas płynął nieubłaganie i działo się wiele.  Płyta „A pudle” była najczęściej odtwarzaną płytą tamtych lat w moich odtwarzaczach, skończyłem kilkunastoletnią przygodę z siatkówką, dostałem angaż do Kult Ochrony, zakolegowałem się z Kazimierzem jeszcze bardziej, poznałem Janusza z Galicji i zaczynałem pomału myśleć o zrobieniu jakiegoś dużego koncertu. Małe już robiłem: Zaciera, TPN 25 i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem więc marzyć o reaktywowaniu koncertowym El Dupy. Galicja była za, Dr Yry był za, ja byłem bardzo za i potrzebowałem jeszcze jednego elementu, tego najważniejszego. Kazika. Podchody zacząłem robić już w roku 2006, kiedy to powoli, systematycznie, namawiałem Kazika do reaktywacji El Dojpy. W końcu usłyszałem „TAK” i mogliśmy działać. Janusz miał rozmach i możliwości, jak na doświadczonego organizatora przystało, więc postanowiliśmy zacząć od mocnego uderzenia i zrobić od razu cztery koncerty w Polsce. W Gdyni, Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Po ustaleniu szczegółów finansowo-technicznych przystąpiliśmy do pracy. Janusz rezerwował kluby, Krynio zbierał zespół, a ja koordynowałem działania na linii organizator – menagement.

Któregoś dnia zadzwonił Janusz:

– Goomi, zapytaj Piotrka czy na plakacie może być napisane: Kazik i El Dupa. Wiesz, zespół dawno nie grał, rozpoznawalność może być znikoma, a jak dodamy na plakacie, że to Kazik i El Dupa, to mamy większą szansę, że nam się koncerty uda sprzedać.

– Jasne. Dobry pomysł, dzwonię do Piotrka – złapałem intencję i od razu dzwoniłem dalej.

– Piotrek? Tu Goomi, słuchaj, chcemy zrobić plakaty, a na nich jako nazwę dać: Kazik i El Dupa. Możemy?

– Nie no, jak? Przecież robicie koncerty El Dupy a nie Kazika i El Dupy. Nie możecie.

– Kurde, to słabo – odpowiedziałem, ale się nie poddałem – No a jakby Kazik się zgodził?

– To wtedy… Tak. Kazik i Yry. Jak się zgodzą, to możecie tak zrobić – Piotrek dał mi nadzieję.

– Super! To dzwonię do chłopaków, bo plakaty trzeba już drukować i muszę to szybko ustalić.

– A to może być ciężko, bo Kazik jest na Teneryfie i polskiej komórki nie odbiera.

– To nic. Coś wymyślę – odparłem i się rozłączyłem.

Po rozmowie wiedziałem już, że teraz wszystko zależy tylko ode mnie. Bo skąd Wietecha mógł wiedzieć, że mam telefon i na Teneryfę? I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby było dobrze. Po kilu minutach już miałem łączenie z wyspą.

– Halo? – Kazimierz przywitał się jak zwykle bardzo tajemniczo.

– Cześć Kazo. Słuchaj, sorry że ci dupę zawracam, ale czy możemy na plakatach odnośnie trasy napisać: Kazik i El Dupa?     

– Jak się Yry zgodzi to tak.

– Super! To dzwonię do Yrego! Odpoczywaj i do zobaczenia! – szybko, sprawnie i na temat. Tak jak lubię.

Telefon do Krzysia był już tylko formalnością, tak jak i telefon do menagera, którego chyba jednak zaskoczyłem szybkością swojego działania i który nie wierzył, że tak szybko połapałem Kraków z Teneryfą, Warszawą i nim. Ale tak już mam, że jak mi na czymś bardzo zależy, to nie ma to czy tamto. Działam. Tak samo ma Janusz, który rozreklamował znakomicie koncerty w miastach w których mieliśmy się pojawić, plakatując je na potęgę a sprzedaż ruszyła z kopyta. Zapowiadało się, że nasz pomysł będzie sukcesem. Nie tylko nie dołożymy do interesu, ale co najważniejsze – damy koncerty Dupska ludziom. A o to przecież chodziło!

Ale zanim ruszyliśmy z Dupą w Polskę, zdążyłem jeszcze umówić dwa koncerty swojego ukochanego Kultu. W Krakowie i Nowym Sączu. Spełniałem swoje marzenia, a było to o tyle łatwe, że miałem Janusza i jego firmę u boku.

Było więc zaplecze w postaci Januszowej Galicji oraz dojście do kultowego menagementu z którym się kolegowałem. Teraz wystarczyło tylko wszystko pospinać i działać. Po ustaleniu gaży, porezerwowaniu sal, noclegów, ustaleniu spraw technicznych i dziesiątek pomniejszych tematów, dnia 26.01.2008 zostałem po raz pierwszy współorganizatorem koncertu zespołu Kult. Moi idole mieli zagrać teraz, między innymi, pod moją opieką.

Tremę miałem straszną. Bałem się czy wszystko się dopnie. Od zaspokojenia wymagań zespołu, poprzez finansowe sprawy, do zadowolenia publiczności. A było o co drżeć, bo sale: w klubie Arka na ul. 29 Listopada i Scream w Nowym Sączu były bardzo wymagającymi salami. O ile w Krakowie, Kult miał swoją publiczność, o tyle Nowy Sącz był wielką niewiadomą. Do tego Klub Arka nie był jakimś ulubionym i znanym miejscem koncertowym Krakowian. Ale skoro miało się po swojej stronie Janka, który od prawie dwóch dekad organizował duże koncerty rockowe, strach się minimalizował, choć nie znikał.

W dniu pierwszego koncertu, na ulicę 29 Listopada podrzuciła mnie notoryczna Narzeczona. Z plecaczkiem wypełnionym nie wiem czym, wlazłem do klubu na kilka godzin przed sztuką, bo taka jest rola organizatora. Galicjanci już się kręcili przy robocie, pilnując rozkładania nagłośnienia, światła, ogarniając catering i dopinając dziesiątki spraw ważniejszych bardziej i mniej. Żeby mnie zagospodarować, dostałem za zadanie złożenie z metalowych puzzli szatni, a ponieważ nie miałem instrukcji, zlazło mi na wykonaniu tego zadania aż do przyjazdu zespołu.

Sam przyjazd wspominam raczej traumatycznie, bo chociaż znaliśmy się już bardzo dobrze z ekipą, to postawienie się w roli współorganizatora, nałożyło na moje wątłe barki każdą pierdołę, z którą biegano do mnie, ja z nią do Janusza, potem wracałem do osoby zgłaszającej pierdołę i meldowałem czy da się ją wykonać, czy nie da się. Jak choćby taki szczegół, związany z akustyką Klubu Arka.

– Goomi, weźcie coś zróbcie z tymi szybami, przecież tak być nie może – Kajetan, odpowiadający za nagłośnienie w Kulcie, znalazł słaby punkt w przeszklonej od podłogi do sufitu, na dwóch ścianach, sali – przecież tu będzie wszystko się odbijać, szyby będę drżały i jeszcze powypadają. No i poza tym jak to będzie brzmiało?

– Wiem, wiem, raczej do dupy – udawałem mądrego – zaraz coś z tym zrobimy. Mamy kleić te szyby jakimiś taśmami – tyle wiedziałem od Janka, więc przekazałem co możemy i co „chyba” zrobimy.

– Tylko ogarnijcie to przed próbą, muszę to mieć gotowe – ponaglał mnie Kajetan, niezbyt zadowolony z miejsca w którym miał pracować.

Pobiegłem więc do głównego dowodzącego i przekazałem co i jak, na co ten oddelegował od zajęć mniej ważnych, ale też istotnych, ekipę, która okleiła setki szybek taśmą. Dla bezpieczeństwa i lepszej akustyki. Udało się wszystko- oklejanie i próbę zakończyć na minuty przed wpuszczaniem publiczności. Kiedy więc wybiła godzina zero i otworzyliśmy bramy dla słuchaczy, zostałem przesunięty na wejście, żeby pomagać przy wpuszczaniu. Nie ukrywam, że bałem się, czy ktokolwiek w ogóle przyjdzie, a nawet jeśli tak, czy wystarczy nam na opłacenie zespołu. Niepotrzebnie. Frekwencja była znakomita i sala wypełniła się niemal do ostatniego miejsca. Mieliśmy więc środki dla zespołu i jeszcze mogłem liczyć, że pierwszy duży, dziewiczy koncert wyjdzie mi na finansowy plus.

Samego koncertu jakoś szczególnie nie pamiętam, ale pewnie wolne chwile od pilnowania wejścia dla publiczności spędzałem gdzieś z tyłu sali, słuchając jak Kult gra. Dla krakowskiej, rozentuzjazmowanej  publiki dzięki mojemu, między innymi, zaangażowaniu. Byłem wniebowzięty. Ale też okrutnie zmęczony. Łączenie koncertów, zwłaszcza w roli współorganizatora z regularną pracą na co dzień, wysysało ze mnie sporo siły. Jak do tego dodamy stres i związane z tym zagadnienia, typu: uda się czy nie uda, wszystko przebiegnie spokojnie, nie będzie awantur, finanse się zgodzą oraz innymi pomniejszymi szczegółami, to sami sobie wyobraźcie jak mogłem się przed koncertem czuć. Napięcie było nieustające i kończyło się w momencie zejścia zespołu ze sceny. Od tej pierwszej organizacyjnej chwili miałem już tak zawsze. Stres, napięcie do granic, i dopiero po ostatnim dźwięku ulga i radość z udanej roboty.

Po koncercie zespół zwinął się raczej szybko, nie miałem za bardzo czasu na jakieś wspólne biesiadowanie, bo trzeba było pozbierać firmowy majdan i gotować się na poranny wyjazd do Nowego Sącza. A tam organizatorzy musieli być jak zwykle najpierwsi, żeby ogarnąć salę przed przyjazdem nagłośnienia, oświetlenia, kultowego back line, zespołu, żeby spiąć to wszystko przed wpuszczaniem publiczności. Jak do tego dodam, że wnoszenie sprzętu w Screamie odbywało się po wąziutkich schodkach, a tenże sprzęt swoje sobie ważył, to do dziś zadaję sobie pytanie, co nas tam gnało? Chyba tylko niesienie kaganka kultury do małych, bo takim był i jest Nowy Sącz, ośrodków. A bywałem tam kilkanaście razy, co najmniej. Jako współwinny organizacji – z Kultem, KNŻ, Braćmi Figo Fago, jako menager z ramienia Galicji – z Happysad, Heyem , czy jako zwykły pracownik fizyczno – ochroniarski z tymi co wyżej i innymi.

Koncert Kultu, pierwszy i może ostatni w Sączu Nowym, był niezwykle ciekawy, głównie za sprawą Banana, który wykorzystywał nietypową scenę i ganiał z lewego balkonu na prawy i odwrotnie, co dało sztuce koloru i potwierdzało, że zespół nie przyjechał odwalić pańszczyzny, tylko zrobić sztukę na poziomie. I tak też się stało, mimo tego, że jak to w małych miasteczkach bywa, frekwencja nie spięła budżetu i były tak zwane plecy, co po zsumowaniu po kilku dniach obydwu sztuk, pozwoliło mnie i Jankowi na minimalne wyjście finansowe do przodu. Była to akcja z cyklu: tu plus sześćset, tam minus pięćset, czyli na dwóch została stówa do podziału, czyli tyle co nic, za taki ogrom roboty. Ale co się nauczyłem to moje, a tego kupić się nie dało. Janusz też był zadowolony, bo złapał kontakt do Wietechy, dał się poznać jako profesjonalny organizator i na najbliższe kilkanaście lat miał pierwszeństwo w okołokazikowych koncertach.  

Po takim wstępie z najlepszymi, mogłem do El Dupnego Tourne podchodzić z mniejszymi obawami, tym bardziej, że z Polski dochodziły nas sygnały o sporym zainteresowaniu powrotem zespołu na koncertowy szlak. Wystarczyło więc tylko przepracować trzy dni w regularnej robocie i byłem gotowy na kolejną szaloną akcję, która wystartowała z Krakowa około godziny 23.00, w środową noc 30 stycznia 2008 roku. Po półtoratygodniowej harówce, dzień w dzień, musiałem złapać lekki oddech i trasę Kraków – Warszawa pokonałem na pace galicyjnego busa. Kiedy już usypiałem, dostałem sms od wokalisty: „Trochę się obawiam. Tylko gitarzysta potrafi tu grać”. „Haha” – to było w mojej głowie pierwsze – „Czyli jednak próba była, a tak się zastrzegali, że ruszą w trasę bez próby”, a za chwilę zacząłem się bać, i wyobrażać sobie, że oglądam koncert, na którym ze sceny leci taki fałsz, że gorszy może być tylko występ Grupy Pieseek. Wystraszony ponad normę, postanowiłem z nikim nie dzielić się tą wiadomością i mimo wszystko spróbować się kilka godzin zregenerować.

Pod Hybrydami, bo tam swój sprzęt miał zespół, zameldowaliśmy się około godziny czwartej albo piątej rano. Razem z muzykantami zapakowaliśmy graty, usadowiliśmy zespół i ruszyliśmy nad morze, do Gdyni. Zabrakło tylko Kazika, który dojechać miał z Piotrkiem, swoim menagerem i przyjacielem. Wszystko przebiegało jak w zegarku. Przejazd, montaż, próba. Pogorszenie sytuacji nastąpiło kiedy zameldowaliśmy się w hotelu. Ponieważ ryzykowaliśmy swoim majątkiem, szukaliśmy jako organizatorzy oszczędności, wszędzie tam gdzie coś uszczknąć można było. Na przykład na hotelu niższej kategorii. I takim też jawił się Dom Marynarza, obiekt dwugwiazdkowy naciągany, który pamiętał koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, wyglądem i zapachem, i w takim to miejscu ulokowaliśmy el dupną załogę. A ponieważ Kult był już zespołem mającym swoje wymagania noclegowe ,więc Kazo i Wietecha przywykli do wyższego komfortu niż zaproponowane przez nas dwie gwiazdki, pierwszy swoje zastrzeżenia zgłosił Piotrek.

Stukanie w drzwi, które wybiło mnie umęczonego, z półdrzemki, podniosło mi ciśnienie. Do koncertu pozostała godzina i marzyłem o krótkiej drzemce. Ktoś mi w tym nie chciał pozwolić.

– Proszę – wycedziłem niechętnie przez zęby formułę zaproszenia na pokoje.

– Cześć Tomuś – Wietecha musiał mieć ważny powód skoro postanowił mnie odwiedzić jeszcze przed koncertem – Słuchaj, woda mi z prysznica kapie.

– Aha. To weź zgłoś w recepcji – szybko znalazłem rozwiązanie problemu.

– Zgłosiłem. Pan przyszedł, popatrzył i powiedział, że nic się nie da zrobić – Pewu był i jest błyskotliwy w swym działaniu. Nigdy dupy bez potrzeby nie zawraca.

– To co ja mogę skoro on nic nie może? – byłem załamany.

– Nie wiem. Chodź, popatrz, może coś poradzisz.

– Dobra – odparłem i zwlekłem się niechętnie z wyra swojego pokoiku ósmej kategorii.

W pokoju Piotrka panowała cisza.

– Nic nie słyszę – odparłem zaskoczony.

– Siadaj, siadaj tutaj – wskazał mi miejsce na fotelu, a sam ruszył otworzyć drzwi od łazienki – A teraz?

Przez chwilę czekałem w napięciu i w końcu usłyszałem – takie przytłumione i niespieszne: kap, kap, kap. Coś musiałem szybko zrobić i zrobiłem.

– Siadaj – teraz to ja usadowiłem kolegę – Tu, na swoim łóżku.

I kiedy Piotr usiadł wygodnie, podszedłem do drzwi, które wcześniej otworzył i je zamknąłem.

– A teraz? Lepiej? Słyszysz coś? – pytałem samemu nasłuchując i wmawiając sobie, że nic a nic nie słychać, choć słychać było, ale tak jakoś nijak.

– No słyszę.

– Lepiej nie będzie, musisz jakoś noc wytrzymać – wypaliłem i już uciekając, z korytarza zmieniałem temat – Do zobaczenia za godzinę na sali!

Wiedziałem, że Kazo i Pewu doznali upadku komfortu wypoczynku, ale co mogłem na to poradzić? Nic – poza obietnicą, że w kolejnych miastach będzie lepiej. Ale nie tu, nie teraz i nie w Gdyni. Za to koncert w Uchu poszedł jak ta lala, zawodowo, o ile w przypadku załogi Dupy, można używać takich górnolotnych sformułowań. Oczywiście nie dla wszystkich.

W trakcie koncertu zajmowałem miejsce przy wejściu/wyjściu, bo przed sztuką wpuszczałem klientelę a w trakcie sztuki obsługiwałem ją, bo mieliśmy swoje stoisko ze specjalnie zrobioną na tę trasę koszulką, oczywiście taką troszkę z dupy, jeśli idzie o wzór, oraz wypuszczałem tych, którzy zakończyli już kontakt z muzyką i postanowili opuścić klub.

– Pan to jest organizator? – zaczepił mnie, opuszczając w połowie występu klub, starszy człowiek.

– Ja. Noaboco?

– To weź pan i powiedz temu co gra na klawiszach, że on wcale grać nie umi. To jakiś amator.

– Panie, to taki styl jest. Panu się tylko wydaje, że on nie umie.

– Wydaje? Panie ażeś pan powiedzioł. No ale ten cały Kazik, to śpiwo dobrze. Powiedz mu pan. Naprawdę dobrze śpiwo.

– Cieszę się. Przekażę na pewno!

I takich to, między innymi, znawców przywiało na proponowane przez nas wydarzenie kulturalne. Wbrew takim opiniom, a właściwie opinii, pojedynczej i nic nie znaczącej, byłem bardzo szczęśliwy, bo nie sprawdziły się kompletnie przypuszczenia, które dostałem smsem, że tylko gitarzysta grać potrafi. Wszyscy grali wspaniale. Kazan, Dżordżu, Yry, Xero, Glazo, a nawet Lipka, perkusista, co potwierdziła Marta, wybitna znawczyni formacji w których udzielał się Kazik, a prywatnie mieszkanka trójmiejskiego Gdańska.

Po wszystkim zespół zawinął się sprawnie, podobnie uczyniliśmy my – Galicjanci, i można było iść spać. Na żadne hopsztosy nie miałem siły, więc skierowałem kroki prosto do swojego pokoju, żeby w samotności wypić ze dwie puszki piwa i odespać podróż, koncert i całe okołokoncertowe zamieszanie. I kiedy tak sobie lazłem po schodach, w otwartych drzwiach na pierwszym piętrze, zobaczyłem siedzącego na łóżku Kazimierza, który pokazywał na mnie palcem i mówił do kogoś:

– To on! To on ten hotel załatwił.

Tak zachęcony, postanowiłem podejść, żeby posłuchać o co Mistrzowi chodzi.

– Co jest Kazo? Wszystko w porządku?

– W porządku. Tylko znajomi pytają, poznaj proszę, to Karol i załoga, i oni pytają kto nam taki słaby hotel wynajął. A, że szedłeś to powiedziałem, że ty. Organizator.

– No ja. Ale coś się nie podoba? – spiąłem się lekko i popatrzyłem spod oka na Kazikowych znajomych.

– Ależ wszystko elegancko – powiedział podpity blondynek, posiadacz lekko długich i kręconych blond włosów, niejaki Karol, który kilkanaście lat później wyłysieje jak kolano i zostanie moim serdecznym przyjacielem – Wszystko elegancko. Tylko jak Kult przyjeżdża do Trójmiasta, to śpi w dużo lepszych hotelach.

– Ale to nie jest Kult tylko El Dupa. I hotel jest jaki jest. Ale w Krakowie i Wrocławiu, obiecuję będzie lepiej – zakończyłem patrząc na Kazika, który przenikał mnie wzrokiem.

– Ale słuchajcie! Cisza! – Kazo uspokoił towarzystwo – Mnie się tutaj naprawdę podoba.

Znajomi popatrzyli na Kazika jakby ten oszalał.

– Naprawdę. Chyba do tego hotelu przyjechałem z mamą jak byłem mały. Nic się nie zmieniło. Prawie nic. To były piękne czasy i teraz wszystko mi się przypomniało.

Jeszcze takiego rozczulonego wspomnieniami Kazika nigdy wcześniej nie widziałem. Zrobiło mi się bardzo miło i chciałem go wyściskać za to, że nie pojechał po mnie jak po starej kobyle, tylko znalazł w tym wszystkim coś pozytywnego. Wiedziałem, że teraz będzie już lepiej i przepełniony spokojem, że kolega mnie obronił przed szyderką, pożegnałem znajomych Kaza i udałem się na zasłużony sen. W końcu teraz miało już być lepiej.

Ale nie było.

Śniadanie jakie zaserwowała nam hotelowa kuchnia, nie tylko nie powalało, ale wręcz nie zachęcało do próby podjęcia konsumpcji czegokolwiek. A to cokolwiek, to były parówki niższej kategorii, mortadela, jeden rodzaj sera pożółkłego, dżem i keczup oraz musztarda. Na szczęście muzycy popili nocą solidnie i za bardzo na śniadanie nie zwracali uwagi. Poza Kazikiem, który wyczarowywał z tego co było na stole prawdziwą kuchnię świata.

– Bo najciekawsze w jedzeniu jest szukanie nowych smaków. Próbowaliście kiedyś dżem z musztardą? Wspaniała sprawa. Nikt nie próbował? Spróbujcie koniecznie – powiedział, po czym założył sobie na talerzyk wspomniane produkty i zaczął je ze smakiem konsumować.

Nikt nie podjął wyzwania, za to parówki i mortadela popijane piwem zeszły do końca. Ci którzy się spóźnili na śniadanie, nie mogli ocenić ich walorów, bo okazało się, że to co podano rano to było wszystko czym kuchnia dla naszej grupy dysponowała. Po tych kulinarnych doznaniach podzieliliśmy ekipę na tych, którzy jadą busem Galicji i na tych, którzy pojadą z Wieteską i Kazikiem fordem. Do forda wylosowano jednogłośnie mnie i zaraz po ósmej albo i dziewiątej, ruszyliśmy. Znaczy ruszył bus. Ale jak szybko ruszył, tak szybko stanął. Po kolejnym sprawdzaniu obecności dalej brakowało perkusisty. A Lipka to jest gość. Ma swoje ścieżki i z nich nigdy to a nigdy nie zbacza. Reszta załogi próbując poskładać pokoncertowy czas, doszła do wniosku, że już po  sztuce chłopak musiał się zawieruszyć. Spakował perkusję i wziął się i znikł.

– Panowie, musimy jechać. Kawał dogi przed nami – Janusz ponaglał lekko opóźniony wyjazd, a Lipki jak nie było tak nie było.

Po pięciu minutach podjęliśmy decyzję, że ruszamy, a obsługujący bębny artysta dojedzie jak się ocknie, odnajdzie, czy co tam jeszcze, prosto do Warszawy. I kiedy bus ruszył, pod hotel nadjechała, dość agresywnie, taksówka, z której wytoczył się najszczęśliwszy na wybrzeżu człowiek, mistrz rytmu ustalanego na werblu, jego ekscelencja Lipa. Wszystkim ulżyło, a kolega zameldował, że się spóźnił bo po koncercie pojechał do Gdańska, do kuzynki i zaspał, choć nawet się chyba nie położył, bo i tak twierdził. Nie ważne. Ważne było tylko to, że mieliśmy pełny skład i mogliśmy ruszać na podbój Warszawy, rodzinnej miejscowości zespołu na El. Co niezwłocznie uczyniliśmy, najpierw my w fordzie, a potem reszta w Galicjobusie.

Osobówka oczywiście zameldowała się pierwsza w stolicy. Piotrek podrzucił mnie pod samą Progresję, która wtedy mieściła się na Bemowie, obok Wojskowej Akademii Technicznej, na ulicy Kaliskiego. Patrząc na mapę Warszawy, klub znajdował się na końcu świata, ale był już uznanym ośrodkiem muzycznym, szczególnie jeśli szło o miłośników metalu. Pamiętam jedną z moich pierwszych wizyt w Progresji, kiedy to jechałem spod Dworca Centralnego tramwajem ponad godzinę, w pewnym  momencie mając wrażenie, że już dawno wyjechałem poza Warszawę. Takie to były odległości od centrum stolicy. Ale dla fanów dobrej muzyki odległości nie mają znaczenia, o czym przekonałem się wieczorem, kiedy to z radością patrzyłem na wypełniający się po brzegi klub.

Zanim jednak klub się wypełnił, jako pierwszy dotarłem w jego gościnne progi i mając przewagę czasową nad busem, polazłem w kazamaty klubu podrzemać. Wesoła załoga dotarła o czasie, o czasie dotarł też suport, którym tego dnia był sam Zacier. Z takim składem podbiliśmy stolicę i późną nocą mogliśmy ruszać na Kraków, na swój teren, bo tam prezentowaliśmy Dupsko po raz trzeci. O samym koncercie za dużo nie piszę, bo spędziłem go w sklepiku przy wejściu, co rusz witając się z miejscowymi znajomymi, których liczne grono, głównie poznane przez Kult Forum, przybyło tego dnia na koniec miasta. Sama sztuka przeleciała więc jakby obok towarzyskich spotkań.

Krakowski koncert odbył się w legendarnym klubie Loch Ness. Kiedyś przedszkole dla dzieci pracowników kolei, usytuowane w samym środku miasta, naprzeciw Dworca Głównego, stało się po przejęciu klubem muzycznym. Jeśli dodamy do tego bliskość Politechniki Krakowskiej, której mury nawiedzało liczne grono studentów, którzy po, przed i w trakcie zajęć korzystali z Loch Nessa jako „swojej” piwiarni, to łatwiej będzie zrozumieć dlaczego to miejsce od początku stało się kurą znoszącą złote jajca. Swoje trzy grosze do rozkwitu klubu dołożył też Janusz, który został w Lochnessie czymś na wzór kierownika muzycznego, organizując w klubie dziesiątki, albo i setki koncertów. To były złote czasy punk rocka i szeroko pojętego rocka w Krakowie. Każdy szanujący się słuchacz muzyki alternatywnej i nie tylko, musiał o Loch Nessie słyszeć.

Na swoich śmieciach, w dobrze znanym sobie miejscu, zrobiliśmy sztukę jakiej świat nie widział. Klub pękał w szwach, zespół był w szczytowej formie, odpowiednio podkręcony procentami. Zabawa trwała do późnej nocy i tylko niedzielny wyjazd  do Wrocławia nie pozwolił nam pójść na całość. No dobrze, pozwolił, ale nie wszystkim, o czym przekonałem się rano. Bo rano odebrałem sms od wokalisty, że w klubie zostawił swoją ulubioną koszulkę i jakbym był uprzejmy jej poszukać, to byłby najszczęśliwszym człowiekiem w Krakowie. Odpisałem mu więc, że jakąś koszulkę, mokrą jak nie wiem co, zabrałem z klubu po odjeździe zespołu, opisałem jak wygląda i postanowiłem ją dostarczyć w porze śniadania, z którego też miałem ochotę skorzystać, bo tym razem położyliśmy zespół w bardzo fajnym hotelu na Kazimierzu. Po godzinie ósmej zaparkowałem samochód na ulicy Bożego Ciała i ruszyłem w stronę hotelu. Kazimierz w niedzielę rano jest wreszcie enklawą spokoju. Słychać śpiew ptaków, bicie dzwonów i można zatopić się w ciszy o jaką trudno na co dzień, nie mówiąc o wieczorach i nocach piątkowo-sobotnich, kiedy dzielnica żyje pełnią życia i na cały regulator.

Jednak coś mi nie pasowało, bo tradycyjną ciszę niedzielnego poranka zakłócał pijacki głos, który na cały głos darł się po okolicy:

– Kebab! Kebab! Świeży kebab!

Zrobiło mi się przykro, że z samego rana ktoś zakłóca ludziom ciszę i nie pozwoli się spokojnie wyspać. Znowu miejsce noclegu nie gwarantowało zespołowi wypoczynku w ciszy i skupieniu. Ktoś był uparty jak osioł i nie przestawał zachęcać do kebabu. Ale im bliżej byłem hotelu, tym bardziej znajomy wydawał mi się głos kebabiarza. Kazik? Nie no, to niemożliwe. Ale niemożliwe okazało się możliwym, kiedy na parapecie okna na parterze dostrzegłem znajomą postać. Postać dostrzegła też mnie i na mój widok wydała okrzyk radości:

– Gómi najlepszym naszym przyjacielem jest! Masz koszulkę?

Podszedłem pod okno i wyjąłem to co miałem.

– Jeeeest! Moja koszulka! Gómi najlepszym naszym przyjacielem…

– Jestem, jestem. A co się tu dzieje? Kazo, wieczorem Wrocław.

– Wrocław! Oczywiście! Do Wrocławia będzie wszystko dobrze! Ale teraz jemy śniadanie, bo wiesz, doktor Yry poszedł rano kupić coś do picia i wypatrzył takie tanie wina. No i kupił na śniadanie i je pijemy!  Kebab! Kebab! Świeży kebab! – Kazik czuł się jak u siebie w domu, szczęśliwy i radosny jak rzadko kiedy z innymi formacjami.

Bo granie z El Dupą miało takie właśnie zadanie, zero napięcia, zero stresu, maksymalny czilałt. Bez nagminnego myślenia o jakości sztuki, wszystko miało iść na żywioł i nie powodować zmartwień, jakich pełno było w Kulcie czy KNŻ. El Dupa miała być terapią i wtedy taką chyba była. Szczególnie dla wokalisty.

Do Wrocławia wyjechaliśmy mocno opóźnieni, bo nasz bus odmówił posłuszeństwa i Janusz musiał awaryjnie pożyczyć coś o podobnych gabarytach. Udało się pożyczyć jakiegoś volkswagena T2 i po przepakowaniu gratów ruszyliśmy na zachód, do Alibi, do Owcy, naszego wrocławskiego przyjaciela. Pomimo opóźnienia z wyjazdem, na miejscu byliśmy o czasie i bardzo szybko przygotowaliśmy się do wieczornego występu. Alibi miało jedną bardzo dużą zaletę, posiadało bowiem przestronną garderobę, w której można było rozłożyć stół do ping-ponga, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Szczególnie zainteresowany rozegraniem jak największej ilości setów był Kazo, po którym nie było znać śladów porannego „kebabowania” na Kazimierzu. Co rutyna to rutyna – pomyślałem odbijając z nim piłeczkę.

Po kolejnym udanym koncercie, którego jakość i frekwencja zadowoliły wszystkich zainteresowanych, postanowiliśmy kontynuować trasę, ale już wiosną, licząc, że uda nam się powtórzyć zimowy sukces. Szczegóły mieliśmy dograć już mejlowo, po powrocie do domów. Pierwsza i najlepsza trasa jaką miałem przyjemność odbyć w swoim życiu zakończyła się nad ranem, w poniedziałek, kiedy zmęczony, ale szczęśliwy wylądowałem w swoim mieszkaniu. I zamiast przespać się chwilę przed kolejnym dniem pracy, już oczami wyobraźni widziałem nas na kolejnej, wiosennej części touru. Oby równie udanego jak ten, który właśnie się skończył. W poniedziałkowy poranek 4 lutego roku 2008.     

19. Szczecin i Gorzów Wielkopolski, czyli Świetlisty Tour po Polsce Północnej. Zachód. Luty 2020.

Z Krakowa do Szczecina jest daleko. Nawet bardzo daleko i wyjazd na jeden koncert w tę część naszego kraju, jawił się jako eskapada skazańców. Na szczęście na kilkanaście dni przed godziną zero doszlusował koncert w Gorzowie Wielkopolskim i lekko nam ulżyło. Przejazd na koniec Polski na dwie sztuki nabrał sensu. Żeby dotrzeć na czas należało wyjechać nie tylko punktualnie, ale też o czasie. A czas wyjazdu ustaliliśmy na godzinę 7:30 spod miejsca, w którym trzymamy sprzęt. Tym razem za załadunek mieli odpowiadać, poza niezbędnym Remikiem, który jest przy pakowaniu i rozpakowywaniu busa, Mareczek, Pan Poeta Marcin oraz ja.

Załadunek wyznaczyliśmy na godzinę 7:10 i dwadzieścia minut miało nam wystarczyć, żeby zrobić to bez napinki, z przysłowiowym palcem w du…, no w nosie. Ale! Kiedy moja Oficjalna Narzeczona podwiozła mnie pod punkt zbiórki, nic nie było tak jak zwykle. Było inaczej, a nad wszystkim unosił się leniwie smród końskiego łajna. Cały obiekt był ogrodzony, a części parkingowe zostały wysypane piaskiem.
– Korona wirus! – zawołała Oficjalna, gdyż od kilku tygodni jest szczerze zafascynowana tym zjawiskiem i nawet z tej okazji mamy w domu schowaną butelkę wódki żołądkowej gorzkiej, za pomocą której mamy się bronić przed złym.
– A dejże spokój. Chyba jakaś impreza się szykuje. Nie dobrze. Będzie kłopot z zabraniem sprzętu. – sprowadziłem ją na ziemię bliższymi mi problemami.
Wyskoczyłem z auta przed szlabanami i popędziłem na miejsce spotkania. Bus już czekał i jak poprawnie założyłem, nie miał dostępu na naszej kanciapy. Mareczek już działał, biegając to tu, to tam, w celu zdobycia pozwolenia na zabranie gratów. A czas biegł jak koń po torze wyścigów konnych, nieubłaganie i strasznie szybko. Wysłałem więc do pozostałych członków trupy Świetliki telefoniczny mesydż, że możemy się spóźnić lekko. Po czym zacząłem działać. W niedalekiej oddali wypatrzyłem dwóch groźnych ochroniarzy, a w bliskiej bliskości, na wysypanej piaskiem części parkingowej, koło naszej bazy, dostrzegłem konia z jeźdźcem na grzbiecie.
Siódma rano, o piątej wstałem, mam jakieś omamy – zawyrokowałem sam do siebie i ruszyłem ku ochroniarzom. W końcu sam hobbystycznie uprawiam od czasu do czasu taki zawód, więc uznałem, że prędzej dogadam się z bramkarzami niż z koniem i jego panem.
– Dzień dobry. Tomek Gomółka, zespół Świetliki – zapytałem jednocześnie wyciągając rękę na powitanie. Taka ochroniarska sztuczka, że jesteśmy z tej samej gliny. – Klamoty chcemy zabrać, a tam jakiś chłop na kuniu popierdala. Hłehłe hłe. Gdzie dowódca?
Po takim wstępie miałem ich kupionych.
– A nie wiem. Ty wiesz? – odpowiedział starszy i wpuścił na minę młodszego, który zrobił wielkie oczy, jakby właśnie się dowiedział, że ma dowódcę.
– Nieee… – rozwlekał, grając na zwłokę. Pewnie był przed poranną kawą.
– Chuj. Nieważne! – użyłem języka starego, doświadczonego ochroniarza, żeby wiedzieli jakie mają szczęście się o mnie otrzeć – To ja wchodzę wpuścić auto, a wy dajcie cynę dowódcy, jak się sprawy mają.
– Okej! – odparli po zagranicznemu i niemal w tym samym czasie, zadowoleni, że wielki ciężar odpowiedzialności ktoś wziął na swoje bary.
Galopem podbiegłem pod bramę, w skład której wchodziły takie lekkie przęsła ogrodzeniowe na kółkach. Niestety spięte trytkami. Rozerwanie nie wchodziło w grę, bo tyle siły to i wiedźmin by nie miał, więc użyłem dostępnych mi mocy i za pomocą zapalniczki trytki poprzepalałem. Następnie machnąłem na konia i jeźdźca, żeby kłusem się stawili koło mnie.
– Panie kolego! – zakrzyknąłem trochę do konia, trochę do chłopaka na jego grzbiecie – Wjeżdżamy tu busem, uważajcie! I żebyś mi się nie spłoszył! – rzekłem, klepiąc szkapę po szyi.
Jeździec pokazał dłonią znak „w porządku” i odszedł tym samym kłusem w kąt parkingu.

Mareczek jak wrócił, to my już byliśmy gotowi do załadunku. Oficjalna próba pozwolenia na wjazd spaliła na panewce, więc ruchy które wykonałem okazały się zbawienne. Po kilkunastu minutach byliśmy załadowani i gotowi do drogi. Z minutowym poślizgiem ruszyliśmy po resztę muzykantów, jedną muzykantkę i realizatora dźwięku, żeby zabrać ich ku przygodzie!

Droga mijała nam niezwykle przyjemnie, pomimo zacinającego deszczu i jeździe pod wiatr. Śniadanie zjedzone na stacji Orlenu wprawiło nas w dobry nastrój, którego nie mogła nawet popsuć pomieszana kolejność wydawanych jajecznic, niedosmażony bekon, czy awaria kosmicznych, takich tych, no, informatorów – komputerków odpowiadających za poprawność zamawianych posiłków. Nic nie mogło nas złamać tego dnia. Nic.
Ale nie mnie.
W trasie otrzymałem informację, że jeden z moich bardzo bliskich znajomych, ba przyjaciel i idol, ciężko zachorował po wizycie u mnie i został zawieszony w pracy. Do samego Szczecina zastanawiałem się, dlaczego tak się stało. Czemu nikt mnie nie uprzedził, że są pewne tematy, których należało z kolegą bezwzględnie unikać. Że nie wszystko co można pić, pić się powinno. Ale mleko się rozlało, znowu to ja zostałem tym złym i nic nie mogło mi już przywrócić naturalnej równowagi wyjazdowej. „Gdybym wiedział to co wiem. Gdybym wiedział to co wiem” kotłuje mi się do dziś. I ciągle w tyle głowy mam, co mogłem zrobić, żeby było dobrze.
Drogę umilały nam filmy, z tym, że problem był z doborem tytułu, który odpowiadałby wszystkim. Większość tytułów na pokładzie była już przez zespół oglądnięta, część pozostała nie znalazła poparcia wszystkich, więc stanęło na serialu „Chyłka”, który miał być złotym środkiem na zabijanie chyłkiem czasu. Serialu kryminalnego i polskiego. Ilość przekleństw jaka w nim padła zaskoczyła nawet mnie – człowieka o ponadprzeciętnej umiejętności używania słów wulgarnych. Ale chyba dobrze, że to zobaczyłem i wysłuchałem, bo taki chlew jaki leciał z telewizorka, powinien wpłynąć na mnie pozytywnie, ponieważ obiecałem sobie szczerą poprawę i ograniczenie wszelkich słów na k. oraz na ja pie. .

Do naszego celu wykonaliśmy jeszcze kilka szybkich postojów i nie było by o czym pisać, gdyby nie to, że u jednego z kolegów, na części podeszwowej jego buta, odkryliśmy kupę. Poruszyło nas to na tyle, że kilkanaście minut analizowaliśmy kto ją wydalił. Człowiek? Pies? Koń? Kosmita? Co innego podpowiadała analiza konsystencji, co innego wskazywał, lekko wyczuwalny smród, a co innego analiza trasy naszego „Kupiarza”. Ponieważ to ja odkryłem to coś, i to ja jako jedyny miałem chusteczki higieniczne, więc w nagrodę mogłem posprzątać. Fajnie jest znać swoje miejsce w szeregu. A mogłem być szanowanym weselnym akordeonistą…

Na dwie godziny przed miejscem naszego koncertowania część grupy posnęła. I była to ta część, która oponowała za oglądaniem serialu kryminalno – erotycznego „Emanuelle” z roku 1974. Pozostali wciągnęli się w wartka akcję i co chwilę słychać było chichot z miejsc zajmowanych przez miłośników kobiecej urody obdartej z tego, z czego można było legalnie kobiety obedrzeć w tych zamierzchłych czasach. Za scenę oskarową serialu uznaliśmy, przez aklamację, przeplatanie sceny kopulacji ładnej pani z brzydkim panem, z ujęciami przedstawiającymi dokładanie węgla do pieca lokomotywy. Nieźle miał ktoś namieszane pod czaszką, ja nie mogę. Po wszystkim, to znaczy po obejrzeniu wszystkiego, okazało się, że intryga była tak poplątana, że całkowicie się w tym wszystkim pogubiliśmy. Całe szczęście byliśmy już na miejscu i nie musieliśmy oglądać tego gniota jeszcze raz.

Miejscówka do grania koncertu była piękna, choć zlokalizowana jakby na uboczu miasta, przy kanale odrzańskim co prawda, ale od strony niczego. Miejsce nazywało się Stara Rzeźnia, a my zagościliśmy w miejscu, a precyzyjniej, w tej części rzeźni, w którym krowy były szczęśliwe. Taką to bowiem informację otrzymaliśmy od organizatora. Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko przejąć to szczęście z panującej aury, w czym wybitnie pomogły nam przepyszny obiad oraz niecała, półlitrowa butelka jakiegoś płynu z ziemniaków, wypita na pięciu. Po takiej ilości mleka z tego nie było, jakby ktoś zapytał.

Swoje stanowisko ułożyłem blisko sali koncertowej, dzięki temu mogłem rzucić się w wir handlu, jednocześnie słuchając koncertu. A w chwilach wolnych kończyłem lekturę Kuby Żulczyka „Czarne słońce”, która mimo chęci spalenia jej po sześćdziesięciu stronach, wessała mnie niczym nienawiść, która zagościła w Gruzie. Koledzy grali, ja się oddawałem lekturze oraz śledzeniu zawodów o mistrzostwo ekstraklasy, od czasu do czasu podglądając czy na scenie wszystko gra. I grało! Pomimo długiej drogi przebytej przez Zespół Brutalnych Doświadczeń. Niezłą rzeźnię mam z nimi. Naprawdę! Niczym szczęśliwe ciele na niedzielę.

Po zakończonej sztuce Naczelny Wokalista, znany też jako Pan Poeta, tradycyjnie dokonał wpisów w zakupionym towarze, następnie popakowaliśmy graty i udaliśmy się do hotelu, ustalając po drodze miejsce spotkania w hotelowym barze, w celu dokonania lekkiej konsumpcji przedsennej, po której zrealizowaniu udaliśmy się na pokoje odespać trudy podróży i pracy w kulturze i sztuce. Czasu mieliśmy na regenerację pod dostatkiem, bo kolejny przelot, do Gorzowa, był krótki i mogliśmy się kisić na pokojach do południa. Ale nie wszyscy. Bo mnie, chłopca ukrytego w ciele modela, oraz pomysłodawcę Pana Doktora, a także operatorkę aparatu, który wkomponowano w telefon Iphone, pannę Zuzannę czekała sesja. A tak na poważnie, to kolega Grzegorz miał wizję, żeby zrobić do najnowszej płyty wkładkę, którą będzie moje zdjęcie w klapkach i szlafroku. Skoro tak, to nie wypadało mi odmówić, tylko zapakować szlafrok do walizki i oddać się pozowaniu. Zanim to nastąpiło, odbyłem poranną rozmowę z jednym znanym wokalistą ze stolicy, który poprosił mnie o pobudkę na galę boksu w niedzielny poranek, kiedy to w telewizji miała lecieć wielka walka wagi ciężkiej Króla Cyganów z Wielkim Murzynem z Alabamy.

Sama sesja przebiegła sprawnie i bezboleśnie. Złapaliśmy kilka znakomitych ujęć, które oddawały w pełni wizję doktora pod tytułem „Zbudź mię zanim pocałujesz”. Efekty wkrótce. Cała zabawa polegała na sfotografowaniu mnie, szlafroka, klapek i kwiatów. Kwiaty pożyczyłem z recepcji hotelu, bo to tam wypatrzyłem przepiękny bukiecik w wazoniku. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym podczas zabawy w modela nie miał przygody. A taką było poruszanie się windą bez karty. Bo żeby jeździć gdzie się chce, to trzeba było mieć przy sobie kartę wejściową do pokoju. A tej nie zabrałem i zamiast na drugim piętrze, wywiozło mnie na parter. Zdziwienie jakie zapanowało na recepcji i w holu hotelu, było zaskakujące. Ludzie z twarzy wyglądali na takich, którzy zobaczyli przerośniętego chłopa pod pięćdziesiątkę w szlafroku, klapkach, skarpetach z kwiatkiem w ręce. Niesamowite. Ja tam nic niesamowitego nie zobaczyłem. Obiegłem więc kłusem, który podejrzałem u koni jak wyjeżdżaliśmy, wzdłuż recepcji, ku najbliższym schodom, po których wgramoliłem się, jak na siebie i swój strój, błyskawicznie, żeby klatką schodową dostać się na piętro drugie, na którym czekali moi foto towarzysze. Ale po otwarciu drzwi okazało się, że zamiast klatki schodowej wparowałem na salę konferencyjną, gdzie odbywał się jakiś zlot kobiet w wieku średnim. Tym razem ja zdziwiłem się pierwszy, bo pomyślałem sobie, że na klatce schodowej jest jakieś magiczne spotkanie. I zwiałem. W podskokach, schodami w dół, wzdłuż recepcji, do windy. W niej, po raz kolejny przypomniałem sobie, że przecież nie mam karty i muszę szukać schodów. Pokłusowałem znowu ku recepcji i ze łzami w oczach zapytałem się, gdzie jest jakaś klatka schodowa prowadząca na drugie piętro. Pani pokazał mi ręką kierunek, patrząc z opadem szczęki na moją postać. Pokierowany odpowiednio zwiałem, tym razem galopem i po dotarciu na poszukiwany poziom hotelu, oznajmiłem swoim towarzyszom, że na dziś mam już dosyć.

W samo południe wyruszyliśmy dalej, żeby po godzinie z niewielkim okładem dotrzeć na miejsce noclegu. Zostaliśmy zakwaterowani w magicznym miejscu, jakim jawił się hotelik przy gorzowskim amfiteatrze. Pokoje mieliśmy ogromne, bez okien, które jak nie były sypialniami, stanowiły garderoby dla wielkich gwiazd z gminy, województwa, a pewnie i kraju. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na miasto, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo miałem ochotę na małe piwo, może nawet dwa. Niestety lokal w którym wylądowaliśmy okazał się wziętą, miejscową cukiernią. Z zespołem nomen omen rockowym, w takim miejscu to mnie jeszcze nie widzieli. Pobraliśmy wszyscy ciastek, torcików i kaw. Szybko skonsumowałem swoje specjały, po których ochota na piwo mi nie minęła. Udałem się więc do miejscowej Żabki i jednak postawiłem na swoim. Mało tego, nawet jedno piwo wypiłem przed wyjazdem na koncert, a drugie przywiozłem do domu. Niesamowite, prawda?

Miejscowy dom kultury, żywcem wyjęty z połowy lat osiemdziesiątych, zlokalizowany w miejscu gdzie zawracają kruki i wrony, a przebiegające obok tory sprawiają wrażenie jakby zaraz do domu kultury miał wjechać pociąg towarowy z węglem z Rosji, tworzył iluzję magii i powrotu do przeszłości. Ale jak wszyscy dobrze wiemy, nie miejsce a człowiek i odpowiednie środki tworzą to prawdziwe coś. Miejscowi byli bardzo mili i przyjaźni, więc skoczyłem po brakujący element tej układanki i zakupiłem dwie, półlitrowe, butelki wódki, którymi mieliśmy wznieść toast za pomyślność koncertu, udany koncert, a to co zostanie wypić na lepszy sen. I to był strzał w jedenastkę.

Pierwszy i jedyny, bo na chwilę przed koncertem w depresję zaczął popadać wokalista. Może to z powodu kłopotów po obiedzie? A i tak wybrał nieźle, bo rosół z boczniaków był znakomity. Co prawda dorsz pod pierzynką brzmiał ryzykownie, ale wyglądał nieźle. W przeciwieństwie do ryzyka jakie ja podjąłem, zamawiając arabski specjał, którego prawie nie tknąłem, z powodu braku mięsa mielonego, o którym wspominano na ulotce opisującej moje jedzenie. Sam placek mączny z pieca nie przekonał mnie do siebie i obiadu nie zjadłem. Najlepiej trafili ci z zespołu, którzy postawili na pizzę. Poza Panem Doktorem, którego pizza miała nietrafione składniki. Ni jak nie zgadzały się one z tym co sobie wymarzył. Ten wyjazd był dla naszego basisty kulinarnie nie trafiony. A to obsuwa czasowa przy śniadaniu, a to pizza nie z tym, z czym sobie zamówił. No cóż, życie.
Na kwadrans przed godziną zero, poza nami, obsługą i rodziną Mareczka, nie było nikogo. A biletów w przedsprzedaży trochę wyszło. Niepotrzebnie się martwiliśmy. Wszyscy zainteresowani dotarli do godziny 19.10, w liczbie, która przy ilości koncertów odbywających się tego dnia na mieście, była zadowalająca, plus kilka osób które stanowiły jakoby premię za nasze przybycie. Dalej już leciało wszystko według szablonu: udany koncert, zadowalająca sprzedaż odzieżowo-książkowo-koszulkowo-płytowa, wsparta autografami Pana Wokalisty, pakowanie i po korekcie planów po koncertowych, które jeszcze rano miały nas zaprowadzić do czeskiego miejscowego pubu, ruszyliśmy na pokoje. W końcu cały hotel był tylko dla nas. I nikogo innego. Z drugiej strony, chcieliśmy wyjechać skoro świt, więc balety na mieście nie chodziły w grę.

Po dotarciu na miejsce wybraliśmy pokój z najlepiej działającym odbiornikiem tv, jako miejsce zespołowej schadzki. Tam, przy małym, baaa, bardzo małym co nieco, oddaliśmy się we władanie jakiemuś programowi telewizyjnemu, w którym ludzie mieli prezentować swoje umiejętności wokalne, przed znanymi autorytetami krajowej sceny muzycznej. Nawet niektóre autorytety rozpoznaliśmy z twarzy, niekoniecznie z ich dokonań muzycznych, które odkrywaliśmy z youtube podczas reklam. Nie były to dokonania rzucające na ryj, ale położyliśmy to na karb odsłuchu z telefonu i na słowo uwierzyliśmy, że oglądamy gwiazdy. I amatorów z talentem, bo za takiego, według gwiazd miał uchodzić jakiś młody kastrat o dziewczęcym głosie. I po nim wszystko się skończyło. Nawet skromna buteleczka napoju ziemniaczanego. Ale wtedy świat zawirował, Pan Poeta poleciał po kanałach jakby czytał Wiersze Wisławy noblistki ze Szymborga, szczęka mu opadła i rzekł:
– To jest to! Dzieci kukurydzy. Horror. Ale będą jaja! Oglądamy!

I były. Kukurydza robiła co chciała. Wycinała w pień ludność miejscowej wsi, a jedynymi których nie tykała, była grupa dzieci, która z tą kukurydzą kolaborowała. W połowie filmu przypomniałem sobie, że ja tę kupę już widziałem, a poza tym ma rano wstać na walkę bokserską o mistrzostwo świata i do tego obudzić znanego warszawskiego wokalistę, znawcę i miłośnika boksu. Leżąc w łóżku, które wyskoczyło ze ściany wcześniejszej garderoby, zamieniając ją magicznie w sypialnię, sprawdziłem godzinę walki głównej, nastawiłem zegarek na piątą rano i poszedłem spać.

O czwartej obudził mnie sms od Oficjalnej, że w Krakowie wieje, a ona nie może z tego powodu spać, i że jakbym był, to by pewnie mogła. To ją uspokoiłem, żeby się przełamała i spała pomimo braku swojego wiedźminka, poleżałem do pół do piątej i z tego leżenia zgłodniałem. Polazłem więc w okolice wejścia do hotelu, bo tam miałem wifi, odpaliłem kompa, złapałem TVP Sport i po sprawdzeniu poprawności odbioru polazłem do kuchni zrobić sobie kawę i obfite śniadanie. Tuż przed walką obudziłem telefonicznie kolegę ze stolicy, pożegnałem klawisza Michałka, który miał pociąg do Gdańska o siódmej i czekałem zrelaksowany na walkę wieczoru. I kiedy już miała się rozpoczynać, przyszedł Pan Poeta i powiedział, że już nie śpi i żebyśmy poszukali kanału z boksem na telewizorze w jego pokoju. Znaleźliśmy po chwili szukania i mogliśmy się przenieść na najbliższą godzinę do Las Vegas w Kalifornii. Tak też uczyniliśmy, patrząc z opadającą coraz bardziej szczęką na wychodzących bokserów, którzy prezentowali się podczas tego wyjścia prześmiesznie. Dwa korona wirusy, biały i czarny. Przy czym prawda o tym, że czarny jest czarny wyszła na jaw jak zrzucił przebranie kosmity w ringu. Co oni palą jak to wymyślają? Do dziś nie ustaliliśmy.

Sama walka była prawdziwą arią na cztery rękawice. Przez pierwszych kilkadziesiąt sekund dostrzegliśmy przewagę po stronie boksera o murzyńskich korzeniach. Miał w oczach kurwiki, napakowane muskułami ciało i tańczył w ringu jak Romek Kostrzewski z Kata na scenie. Sytuacja uległa zmianie w połowie pierwszej odsłony. Murzyn posmutniał, król cyganów, który wcześniejszym wyrazem twarzy wszystkich ocyganił, zmienił mimikę na „ja cię zaraz dopadnę i ci dodupcę”, po czym zaczął zdecydowanie przeważać. Przeważał już do końca meczu, tłukąc byłego mistrza na kwaśne jabłko, że aż mu krew uszami poszła. W siódmej rundzie było po wszystkim. Ręcznik na ringu uratował czarnoskórego zawodnika od bolesnego nokautu, a cyganom świata ogłosił, że teraz Cygany Pany, ajeja eja o!

Równo z werdyktem powstała świetlista kapela, żeby zbierać się do powrotu na rodziny łono. Po szybkim śniadaniu, siedzieliśmy wygodnie w busie i popędzaliśmy Remika do odważnej jazdy, na którą liczyliśmy na pustej drodze szybkiego ruchu. Remik gnał ile fabryka dała, tracąc co godzinę tylko kwadrans w stosunku do tego, co wyliczał gogle maps. Czyli było nieźle. Żeby strat nie powiększać, ograniczyliśmy postoje do minimum. Drogę urozmaicał nam, puszczony w ramach pokuty, przepiękny przez pierwsze siedem minut, film o świętym Ignacym Lojoli. Było to chyba odczynianie audio-wizualnej części pojazdu z wcześniejszego erotyka. Tak bywa, kiedy pod jednym dachem zderzą się ludzie o mocnych charakterach.
Kiedy Ignacy zrobił swoje, zaproponowałem nieśmiało, żebyśmy wreszcie odsłuchali najnowsze dzieło zespołu, bo mieliśmy to zrobić od czterdziestu godzin. Czas leciał nieubłaganie, a to co miało być priorytetem, było odsuwane w czasie. A ten się kończył. Moja propozycja została zaakceptowana. Po każdym kawałku następowała krótka dyskusja co się podoba a co nie w prezentowanych utworach. Najbardziej konkretny był Pan Wokalista, orzekając innym co kawałek:
– Może być. Następny.
I wszystko było pięknie, do utworu numer ileś tam. Co prawda już drzemałem, bo wczesne wstawanie wychodziło mi bokiem, a i niezwykle spokojne utwory zabierały moją świadomość w objęcie Morfeusza. Wtedy doszło do zderzenia dwóch gór lodowych, dwóch głównych postaci odpowiadających za ostateczny obraz dźwiękowy płyty.
– Ale nie będziesz mnie namawiał, żebym powiedział, że to co mi się podoba to mi się nie podoba!
– Ale posłuchaj tego. Te fleciki to straszna kupa.
– Dobrze. Wytniemy. Ale nie mów mi co ma mi się podobać!
– Przecież nie mówię. Ale…

Piękna to była potyczka o ostateczny kształt utworu. Żeby zobrazować poetyckość tego dialogu, usunąłem wszystkie kurwy i inne wyrazy nie licujące z potęgą sporu. I skróciłem to dziesięciominutowe spieranie się do trzech linijek. Kto ma rację? Na czyim stanie? Dowiecie się Państwo lada chwila. I to Wy ocenicie to, co po kilku latach milczenia wyszło z zespołu. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik, nowe niedługo będzie się kręcić!
Do zobaczenia w Krakowie! 29.03.2020 w klubie Kwadrat, na premierze nowej płyty. Pa!

Ps. Aha. Dojechaliśmy w dobrym czasie, pomimo fatalnej pogody i wiatru w plecy. Jak to niestety często się zdarza pielgrzymom kultury i sztuki.