3. Powrót na drugoligowe saluny.

Koniec pierwszego roku drugiego tysiąclecia naszej ery  mijał mi na III ligowej siatkarskiej szarzyźnie. Przepaść pomiędzy zawodami drugo a trzecioligowymi była ogromna. Małe miejscowości, niedoświetlone i zimne sale, kamienne piłki i nieobliczalni rywale. Taka był moja sportowa codzienność. Łączona tydzień po tygodniu z pracą zawodową, zajmowała mi cenny czas i odciągała mnie od rozrywkowej strony życia. W wieku dwudziestu siedmiu lat zaczynałem się starzeć.

Z niewielką zazdrością śledziłem też poczynania moich kolegów w I ligowym Wawelu. Początek rozgrywek i udział w Pucharze Polski był w wykonaniu wojskowej sekcji siatkówki niezwykle efektowny.  Przyjeżdżały topowe zespoły z najwyższej ligi, i nawet jeśli nie w najsilniejszych składach, to i tak czuć było wyraźnie, że siatkówka w naszym kraju idzie w dobrym kierunku. Wszystko zaczynało być poukładane jak nigdy wcześniej. I finansowo i organizacyjnie i jakościowo. Młode wilki które wychodziły ze szkół sportowych, i z którymi przez lata rywalizowałem, były coraz lepiej przygotowane do podnoszenia poziomu siatkówki na poziom światowy. Szło nowe. Świeże, silne, sprawne. Trenerzy zmieniali ruski tryb pracy, którego hasłem przewodnim było: słaba kość pęka na przygotowanie ogólnorozwojowe, dostosowane do potrzeb młodych organizmów z mocnym naciskiem na techniczną stronę siatkówki.

W Wawelu było podobnie, w kwestii poukładania finansowego i organizacyjnego. Trwał ten sen tak gdzieś do szóstej kolejki, kiedy to zespół bez zdobyczy punktowych zamykał tabelę i stał się murowanym kandydatem do spadku. Wszystko, podobnie jak przez kilka wcześniejszych sezonów, zaczęło się walić. Tym razem szybciej i z większym hukiem. Nie było wyników, nie było pieniędzy, nie było drużyny. Nawet wypłat  „zakontraktowanych” umowami i innymi zobowiązaniami. Jedynymi wypłacanymi zawodnikami byli nowi. Parkiet i kolega. Ich kontrakty kontrolował przed podpisaniem prawnik, i klub chcąc nie chcąc, bojąc się skandalu płacił im regularnie, nawet wtedy kiedy spadek był już pewny w stu procentach. Reszta dostawała jakieś ochłapy. Swojego można było bezkarnie dymać.

Kłopoty finansowe kolegów wojskowych umocniły mnie w przekonaniu, że moja droga była prawidłowa. Mój klub, co prawda trzecioligowy, był wypłacalny, a przynajmniej sponsor z którym miałem umowę, a dodatkowym smaczkiem miała być specjalna finansowa nagroda za awans i coś jeszcze. Coś o czym śpiewał mój kolega Kazik i miało się po tym katar. Taka, wisienka. Albo nie. Raczej kreseczka na torcie. A co tam. Wsiąkałem w końcu w rokendrolla to i wymagania miałem bliższe tej branży.

Liga toczyła się leniwie, robiliśmy swoje sumiennie trenując, żeby forma przyszła w odpowiednim momencie, późną zimą czy wczesną wiosną, na rozstrzygnięcia finałowe. Jednocześnie laliśmy wszystkich, prawie wszystkich, liderując niemal cały czas. Rozrywek nie było żadnych, poza tradycyjną, klubową wigilią.

Wigilia miała swoją wieloletnią tradycję w sekcji siatkarskiej mężczyzn Wandy Kraków. Specjalnie wynajmowano salę w zaprzyjaźnionym lokalu, zamawiano wymyślne potrawy i zimne alkohole. Do wyboru i do koloru. I były też gorące talerze. Te talerze stanowiły dla mnie największą zagadkę. Były elementem kilkuletniej tradycji, której kompletnie nie kumałem. Cała zabawa polegała podobno na tym, że kelnerzy wnosili ciepłe talerze, a cały zespół wstawał, opuszczał gacie i na te talerze każdy wywalał swój interes . Ale to podobno. Zakładam zresztą, że była to legenda klubowa w którą miałem wierzyć dla zabawy. Jednak postanowiłem być czujny, i na moją prośbę, tego roku z tradycji tej zrezygnowaliśmy. Na wszelki wypadek trzeba było coś pozmieniać. Talerze, nawet ciepłe, w awansie nie były jakimś istotnym elementem.

– Słuchaj Gómiś, a słyszałeś tę historię, jak starszyzna jednego klubu ruszyła na agencję i trafiła im się reklamacja. A konkretniej, jednemu z zawodników? – ktoś z najdłuższym stażem zapytał. Koledzy mieli takich opowiadań na kopy, w których rzeczywistość mieszała się z fikcją, jak mi się wtedy wydawało.

– No nie. A jaką agencję? – odparłem, bo jedyne skojarzenie po latach gry w Wawelu jakie mi przyszło na myśl, to była Agencja Mienia Wojskowego.

– No burdel Gómiś. Zwykły burdel.

– A to nie słyszałem. – odparłem zgodnie z prawdą, jednocześnie ciekaw byłem jak to jest w burdelu, w którym nigdy nic mojego nie stanęło. – Opowiadaj!

– Po jakimś meczu, kilku siatkarzy postanowiło się odstresować. A kiedy im w głowach zaszumiało, postanowili odwiedzić agenturkę. Wszyscy sprawnie wybrali sobie dziewczyny, przy czym jeden z nich miał specjalne wymagania. Duże piersi i okulary.

– I co? Znalazł taką? – słuchałem ciekaw, jednocześnie pochlipując barszcz z uszkami.

– Znalazł. Znalazł. A jak. Po godzinie wszyscy spotkali się przy barze, a tego od okularów nie było. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, gościa nie ma. Pojawił się przeszczęśliwy po trzech kwadransach.

– Pewnie dopłacił! – próbowałem zgadywać znając burdele jedynie z filmów.

– A nie. Reklamował!

– Jak to reklamował? W burdelu? – nie wierzyłem, bo reklamacje nie były mi w codziennej pracy handlowca obce. Ale że taka przyziemność miała by mieć miejsce w burdelu?

– No tak. Ta pierwsza z którą poszedł, w pewnym momencie zaczęła mu opowiadać o swoim chłopaku. I gadała, gadała, gadała, aż ten nie wytrzymał i poszedł z reklamacją i żądaniem zmiany dziewczyny.

– I co? Dostał wpierdol i wywalili go? – taka opcja była w filmach i książkach jedyną poprawną opcją.

– Nie. Reklamacja została uznana i nasz bohater zyskał dodatkową godzinę. I to z inną panią. Dobre, co?

– Niesamowite! – odparłem, bo nie wiedziałem co mam powiedzieć. W końcu w życiu w burdelu nie byłem, zasad tam panujących nie znałem, tyle tylko co z książek, filmów czy takich właśnie opowieści.

Nowe środowisko rządziło się swoimi prawami. I zasadami. Ja miałem zapewnić kolejny sportowy krok dla klubu. Starsi koledzy atmosferę. Szczególnie mnie, bo najmłodsi zawodnicy jeszcze mieli czas na głupoty. Po wigilii poszliśmy więc reklamować, a przynajmniej sprawdzić czy to działa.

Pierwszym poważniejszym sportowym egzaminem był półfinał w Jaśle. Zdaliśmy go dobrze, zajmując drugie miejsce. Pierwsi byli gospodarze, Czarni Jasło, wśród których spotkałem wielu znajomych z Karpat Krosno, którzy podobnie jak ja, po sezonie musieli zmienić klub, bo Krosno przegrywając z nami, czytaj Wawelem, batalię o I ligę, zaczęło się sypać. Z tego turnieju pamiętam pierwszy mecz, z jakimiś dzieciakami, którzy mieli w swoich szeregach chłopaka, który miał dzień konia i czego się tego dnia nie dotknął, to kończył punktem. Zdobył ich chyba ze czterdzieści. Niewiele zabrakło, a ograł by nas w pojedynkę i wszystko skończyło by się w połowie drogi. Moim kolegom i mnie udało się jednak opanować tremę i wszystko poszło po naszej myśli. Całe szczęście. Mogliśmy przygotowywać się do finałowej batalii w Legnicy.

W Wandzie przed finałem nikt nie panikował. Nie szukano wzmocnień na siłę. Liczono na swoich ludzi i na mnie. To dawało nam taki wewnętrzny spokój i przekonanie, że będzie dobrze. Tym bardziej, że Legnica była kolejnym miastem, a Ikar klubem, w którym miałem wielu kolegów.

Zabawa zaczęła się w piątek od zwycięstwa nad MOS Wola Warszawa. W sobotę mogliśmy zapewnić sobie awans. Mecz stał, jak na warunki trzecioligowe, na bardzo wysokim poziomie. Kibice, którzy szczelnie wypełnili halę, byli zadowoleni nie tylko z poziomu zawodów, ale i ze zwycięstwa swoich chłopaków w stosunku 3-2. Nie wiem dlaczego wszystko jakoś tak się przedziwnie poukładało, że to my mieliśmy awans w kieszeni pomimo porażki. Już wygranie dwóch setów dało nam to, na co Wanda czekała od lat. Awans do II ligi! Dla mnie też było to wydarzenie niesamowite. Rok po roku świętowałem promocję poziom wyżej.

Po zawodach skorzystałem z zaproszenia kolegów z Legnicy i wyskoczyliśmy razem na miasto na kolację. Wspominaliśmy nasze potyczki, kiedy przyjeżdżałem do nich z Wawelem. Ponieważ turniej trwał, a Ikar musiał postawić kropkę nad i w temacie awansu, zakończyliśmy spotkanie o czasie i trzeźwym umyśle. Do hotelu udałem się spacerem i wtedy, albo miałem już telefon komórkowy, albo w jakiś inny sposób dostałem sygnał od naszych niedzielnych rywali, że jest sprawa do obgadania. Umówiłem się w naszym hotelu, czując pismo nosem.

– Panie kolego, my do pana w temacie jutrzejszego meczu. Proszę przyjąć gratulację za awans. Wy już jesteście po wszystkim, więc może na jutro jakoś byśmy się dogadali? – ktoś, kto przedstawił się jako osoba mocno związana z Grudziądzem, postanowił wybadać mnie na okoliczność sprzedania meczu.

– Ale o co chodzi i dlaczego ja? – udałem, że się nie domyślam.

– Pan, bo jest pan najbardziej rutynowany, utytułowany i znany. I pewnie to pan masz najwięcej do powiedzenia.

– Może mam, może nie mam. No to ile?

– To lubię. Wygrywamy z wami i kosztuje nas to cztery tysiące złotych.

– Nie wiem. Wam i tak to może nic nie dać. Wasze ryzyko. Gotówka? – grałem w grę nie mając na nią ochoty.

– Tu jest problem. Proponuję weksel. In blanco.

– Hmmm. Muszę pomyśleć. Potrzebuję czasu. Dam znać przed meczem. – grałem na zwłokę. Musiałem wszystko poukładać sobie w głowie, mając na uwadze przede wszystkim drużynę. Tym bardziej, że weksel nie robił na mnie żadnego wrażenia.

Ktoś opuścił hotel, a ja ruszyłem w stronę restauracji, w której po kolacji koledzy pozwolili sobie na symboliczne świętowanie.

– Tomek! Siadaj. Fajnie że szybko wróciłeś! – koledzy ucieszyli się, że sprawnie i w sportowym duchu, znaczy na trzeźwo się ogarnąłem.

– Jutro mecz, trzeba się szanować. Słuchajcie. Mam poważną sprawę do obgadania. – rozmowy ucichły szybciej niż mogłem się spodziewać. – Jest propozycja. Żeby jutro przegrać. Zanim powiem za ile, chcę żebyście się poważnie zastanowili. Wiem, że gracie za darmo, a tu jest szansa zarobić parę groszy. Tylko czy to ma sens? Ja jestem na nie.

– Kto chce kupić? Za ile? Dlaczego? – pytania były konkretne.

– Stal. 4000 zł, weksel in blanco kurwa. Jak przegramy z nimi to przy korzystnym wyniku drugiego meczu mają jeszcze szanse. Jeśli chcecie, to ja jutro nie zagram i kasa jest wasza. Załatwię te kwity. Jak chcecie.

Cisza zapadła przy stole. Ktoś pociągnął piwo cichaczem, ktoś liczył w pamięci po ile to wyjdzie, a ja czekałem i patrzyłem jak hartują się młode charaktery.

– Do jutra. Spadam, o dziesiątej gramy. Na śniadaniu dajcie mi znać co ustaliliście.

– Chyba nie chcemy. Tak, nie chcemy. Nie ma tematu – ktoś z młodych odważnie zabrał głos. Może Paweł, może Mariusz. – Zagramy jutro dla siebie!

Temat został zamknięty.

A rywal w niedzielę pokonany. Wanda i Ikar awansowały na wyższy level. Zgodnie z zasadami gry. Tymi  boiskowymi, a nie zakulisowymi.

– Tomek, Tomek. Chodź na chwilę. – ktoś ze starszyzny machał do mnie z szatni kilkanaście minut po naszym meczu.

Poszedłem zaciekawiony. Wszystkie ustalenia z przedsezonowych ustaleń zostały zachowane. Jak w dobrym riderze. I miałem troszeczkę kataru.

Trasa z Legnicy do Krakowa była męcząca. Po trzydniowym wysiłku fizyczno – psychicznym, powrót, jeszcze wtedy nie autostradą, dawał w kość. Wracaliśmy jednak szczęśliwi, wyposażeni we wszelkiego rodzaju płyny i aniołów stróżów.

– Mogę jeszcze drinka? – zapytałem kolegów którzy zajęli się polewaniem.

– Ostatniego. – Jurek przysiadł się do mnie. – Wystarczy na razie. Wypiłeś już ponad miarę.

– Tak? Dziwne, wcale tego nie czuję. – odparłem zaskoczony, bo faktycznie mocny alkohol piłem jak wodę. I nic. Nie mogłem zasnąć, nie mogłem złapać jakiejkolwiek fazy.

– To po wizycie w szatni po meczu. – klepnął mnie w plecy po przyjacielsku i powtórzył – Ostatni i koniec.

Dojeżdżaliśmy do Katowic.

– Prezesie, jeść nam się chce! No i wylać by się można.– Paweł w imieniu młodszej części zespołu, przypomniał o podstawowych potrzebach ludzkich.  

Prezesowi zaświeciły się oczy, mrugnął do Adama, naszego kapitana a swojego przyjaciela i zaordynował:

– Jeszcze dziesięć minut wytrzymajcie. Jeszcze dziesięć minut. Nie będziecie żałować!

Faktycznie po dziesięciu minutach z małym okładem, wjechaliśmy w las, żeby po kilkudziesięciu sekundach zatrzymać się przed sporych rozmiarów przybytkiem.

Wysiedliśmy żwawo, chcąc jak najszybciej zamówić coś do jedzenia i przy okazji skorzystać z toalety. Do głównej sali wchodziło się przez sporych rozmiarów pomieszczenie z kilkoma stołami i i wielką ilością krzeseł. W głównym pomieszczeniu było ciemnawo ,więc dla bezpieczeństwa usiadłem przy drzwiach. Zmęczenie, pomimo przyjętych środków różnego rodzaju, zaczęło się kumulować. Czekałem na kelnerkę, której nigdzie nie było widać, co nie dziwiło specjalnie, bo i ruch w niedzielny wieczór był żaden. Kiedy wszyscy z naszej ekipy usiedli przy stolikach, światło się lekko poprawiło, rzucając silniejszy strumień na srebrzystą rurę na środku pomieszczenia, a w jej kierunku energicznym krokiem ruszyła skąpo odziana dziewczyna.

Mocno się zdziwiłem, kiedy dziewczyna tę rurę tanecznym krokiem zaatakowała. Wskoczyła najwyżej jak się dało, poczym podciągnęła się pod sufit, wykonała jakieś rozkroki, nożyce, okręcenia i zjechała na sam dół. Tam wykonała kilka skłonów, przysiadów, obtarć rury pośladkami, przez które przechodził jedynie sznureczek. To co widywałem w gazetach, albo na kasetach z filmami dla dorosłych, zmaterializowało się. Jak wyjście powigilijne do agencji towarzyskiej. Dziewczyna tańczyła zapamiętale pokazując figury, których my, wysportowani młodzi ludzie, nie wykonalibyśmy nigdy i nigdzie, a mnie przycisnęło na pęcherz. Od wyjazdu z Legnicy nie byłem w toalecie.

Ruszyłem ostro, z kopyta, pomimo poturniejowych bólów członków, bo zobaczyłem w przycienionych okolicach baru, kilka kolejnych dziewcząt i chciałem zaprezentować się wszystkim w wersji mocno dynamicznej . Przegiąłem niestety z energią, szybkością, pominąłem spostrzegawczość na szczegóły i pierdolnąłem na samym środku sali w podest z grubej pleksi, na której była rura i tancerka, piszczelem. Zwinęło mnie z bólu, tancerka przystanęła w dziwnej pozie, machnąłem na to ręką, że wszystko jest porządku i pokuśtykałem do kibla ze łzami w oczach. Cały sezon bez kontuzji i nie wiele zabrakło żebym już po wszystkim, w ostatnim, nie za bardzo chcianym akcencie, złamał sobie nogę.

Zaraz za mną do kibla wpadł jak tajfun prezes.

– Tomek wybierajcie! Ja płacę!

– Ale co mamy wybierać? Tu nie ma nic do jedzenia. – podjąłem temat znad pisuaru.

Prezesa zamurowało.

– Noooo. Wybierajcie dziewczyny! Ja płacę. – klarował mi jak juniorowi.

– Jakie dziewczyny? Boguś, prezesie. My chcemy tylko jeść i do domu. Proszę. Zrób to dla mnie. Zapłać jeśli jest za co i jedźmy coś zjeść i do domu. Młodzi też już mają dość. Jesteśmy zjebani turniejem, drogą, emocjami. Proszę…

– Tak zrobimy, tak zrobimy! – Prezes był rozsądny i potrafił słuchać.

Po pięciu minutach, głodny i coraz bardziej umęczony kondukt, przy ogólnym rozczarowaniu pięknych pań, opuszczał lokal.  I kiedy tak człapaliśmy ku drzwiom, spod jednego ze stołów wyczołgał się jakiś chłopak.

– Dzień dobry. – przywitał się nieśmiało – Nie mają panowie zapalić?

– Adam, poczęstuj pana. – ktoś poprosił naszego kapitana.

– Ależ oczywiście! – Adam wyciągnął może i Marlborasy i podchodząc do chłopaka, zapytał – A kolega co tu pod stołem wyrabia?

– A ja tu pracuję. Jestem bramkarzem. Ale jak zobaczyłem jak wychodzicie z autobusu, jeden większy od drugiego, to się wystraszyłem i schowałem. Ale teraz widzę, że wy normalni jesteście.

– No a jacy mamy być? – Adam się zdziwił i po chwili roześmiał, częstując pracownika miejscowej bramki – My jesteśmy siatkarzami z Krakowa. Normalnymi. Bierz. Bierz kilka. Nas nie trzeba się bać.

Niezłe miejsce, pomyślałem i udałem się do pojazdu. Wpatrzony w okno i pogrążony w rozmyślaniach co dalej z tak pięknie rozpoczętym rokiem zrobić, ani się obejrzałem i byłem w domu.

Wanda awansowała, Wawel spadł i się posypał. Postanowiłem kontynuować zabawę na nowohuckiej ziemi. Przynajmniej przez najbliższy rok. I przy okazji zająć się ogarnianiem przyszłości i tworzeniem komórki. Najlepiej rodzinnej. Trwałej i na zawsze.

Taki miałem plan. 

5. Jak pan Janek muzykę w Kijowie robił

Do kina Kijów chodziło się na filmy. Bo kino Kijów, jak sama nazwa wskazuje jest kinem, choć już niekoniecznie w Kijowie.  Kino z wspominkowego opowiadania mieści się w Krakowie i poza serwowaniem filmów, za sprawą mojego kolegi stało się też sceną muzyczną. Na której sztukach miałem przyjemność być nie raz.  

Ale od początku.

Pierwszy film jaki tam obejrzałem to było „ Imperium kontratakuje”. W Kijowie wypadła mi chyba szósta projekcja filmowa „Kontrataku”, na którą poszedłem. Wcześniej byłem pięć razy w Świcie, u nas, w  Nowej Hucie. Bilety do kina były tanie w latach osiemdziesiątych, programy telewizor wypluwał dwa, to oglądało się filmy w kinie po kilka razy. Kto biednemu miał zabronić?

W Kijowie kinie przeżywałem też swoją decyzję o porzuceniu studiów na Akademii Wychowania Fizycznego. Z ukrytą za pazuchą butelką jabol punka, pochlipywałem nad losem swoim i Żydów, których uwalniał Schindler według stworzonej przez siebie listy. Moje decyzje, wybory i codzienne życie w obliczu tego co ludzie przeżyli, choćby w czasie drugiej wojny światowej, były mało istotną i jednak sielanką.

Kto wie jaki był muzyczny początek kina? Krążą tylko miejskie legendy na ten temat. Że Prezes Galicji Janusz był na jakimś bliżej niezidentyfikowanym filmie, zapewne polskiej produkcji,  może i kinie moralnego pokoju, czyli po prostu, dramacie. I pewnie by usnął, jak to często bywa w kinie, gdyby nie muzyka. A ta musiała płynąć dźwiękiem na tyle dobrym, że Janka coś natchnęło .

To mu w zupełności wystarczyło. Uśmiechnął się spod okularów i uknuł plan.

W 2014 roku, wyprodukował w kinie Kijów, w centrum miasta Krakowa, serię koncertów unplugged, czyli naszych swojskich anplaktów  .

Na pierwszy ogień poszło coś tam, co dla statystyków jest do wyguglowania na stronie Galicji Productions, a potem zagrał Roguc ze swoim solo projektem.

– Wpadnij Gómi i posłuchaj. Wszystko się zgadza. Kino to kino, jest dobra akustyka i koncerty brzmią tam bardzo dobrze. – sam Prezes zaprosił mnie na sztukę.

– No dobra na Rogiego podejdę. Daleko z pracy nie mam. – odparłem zaciekawiony nowym pomysłem serdecznego kolegi.

I faktycznie Janusz miał rację. Było prawie jak w bajce. Kopciuszek, czyli mła, zamiast pantofelka dostał wygodny fotelik w klimatyzowanej sali, wspaniale nagłośnionej i po drugim kawałku usnął. Zadziałała magia kina, zmęczenie po pracy i niezbyt duże obycie z solową twórczością wokalisty Comy, która była raczej mało energetyczna i cicha w swej formie. Na szczęście mikro sen trwał tylko jeden utwór. Do tego siedziałem na uboczu, a że sala była pokryta ludźmi w połowie ( aż prosi się napisać, że większej albo mniejszej, aż prosi) i nie oświetlona, nikomu nie przeszkadzałem, bo jeszcze nie zacząłem pochrapywać. Na szczęście nie zacząłem, bo by mnie za chrapanie powieszono u powały, albo, co gorsza, kazano by mi kupić za karę wszystkie solowe produkcje Roguca, płyty Comy i diabli wiedzą co jeszcze. A na to drugie nie byłem gotowy ani finansowo ani mentalnie.

Reasumując, koncert w kinie Kijów zrobił na mnie wielkie wow!, wypadł na ogromne tak, i na kolejne sztuki, które lada tydzień Janusz miał robić, wprosiłem się pod pozorem społecznej pomocy i społecznego opróżniania stołów z jedzenia a butelek z procentów. Fajna fucha, nie? Ale co kasy na barze zostawić miałem za piołunówkę, to moje. Oczywiście ze zniżką jak dla organizatora.


Gwiazdy Janek zaprosił z pierwszej ligi. Dzień po dniu kino Kijów miało tętnić muzyką przez duże M.

Kolejność była taka: Hey Unplugget, potem TSA, też na miękko, i na koniec gwóźdź na trumnie, wisienka do tortu, pankowcy z Lady Pank akustycznie. Hat, kurde, trick. Trzy dni w cieple, na miękkim fotelu i nie za głośno. Czego więcej chcieć? Z browarami, wódką, popcornem i bez natarczywych stroboskopów, po których mam migreny, bo Bartek Lightrules z diabłami po świecie latał, a jego brat Wojtek, też z branży oświetleniowej, trochę mnie słuchał i stroby jeszcze wtedy oszczędzał. Trochę.

Na pierwszy ogień, tego marcowego weekendu poszedł HEY. Był ciepły, słoneczny piątek. Ruszyłem na piechotę prosto po robocie, ujebany jak nie wiem co całym tygodniem, ale też nie tak na śmierć. „Podejdę, tak ze trzy kawałki posłucham, postaram się nie usnąć i będzie kulturalnie, miło i uroczo. I szybko, po angielsku, zawinę się do domu, bo mi sobota pracująca wypada” – pomyślałem.

Cały plan angielskiej ucieczki legł w gruzach na widok tak zwanego zaplecza z angielska zwanego bekstejdżem. Matko Boska Hejahowska. Czego tam nie było? Kanapeczki, pierożeczki, zupy dla wege i mięso żerców. Owoce afrykańskie, amerykańskie i z innych kontynentów. Ciastka, kawa, słodycze. No wszystko. I wódeczka. Biała, kolorowa, na myszach, a browarów to z kilka rodzajów. I wina.

„Masz to w domu ?” – pomyślałem śliniąc się na samą myśl popróbowania tych rarytasów.

No i zespół Hey był, tak po ludzku przemiły w pełnej krasie. I menago, i technika, i kierowcy i ziomal Nastimento za gałami. I Kasia i chłopaki. Ale to Jankowi wyszło.

Za wo do wo.

I tak zamiast trzech kawałków, cały koncert się przeszwędałem po kinie za wódką, piwem, a i łzę nie raz uroniłem w wygodnym fotelu, jak nogi już nie nosiły i koncentrowałem się na muzyce. Bo kto by nie uronił, kiedy pani Kasia śpiewała smutno:

Są chwile
gdy wolałabym martwym widzieć Cię
Nie musiałabym
Się Tobą dzielić nie nie

Gdybym mogła schowałabym
Twoje oczy w mojej kieszeni
Żebyś nie mógł oglądać tych
Które są dla nas zagrożeniem

Do pracy
Nie mogę puścić Cię nie nie
Tam tyle kobiet
Każda w myślach gwałci Cię

Złotą klatkę sprawię Ci
Będę karmić owocami
A do nogi przymocuję
Złotą kulę z diamentami*

*( piosenka HEY „Zazdrość)

Każdy by uronił. Zwłaszcza jakby był podlany na smutno i miał romantyczną dupę. Znaczy duszę.

Już wiedziałem, że za tydzień, na kolejnym koncercie HEYa, bo postanowiono na okoliczność super zainteresowania zrobić kolejny koncert, będę z Kasią, moją Notoryczną Narzeczoną, żeby przypomnieć sobie czasy szczenięce i miło spędzić czas w przemiłym otoczeniu.

Po sztuce dość szybko się zawinąłem do domu. Raz, że od rana wzywała praca i trzeba było się wyspać, a dwa po pracy wracałem do Kijowa na TSA, które miało zagrać na miękko, czyli też takie bardziej anplakt. TSA nie było w mojej młodości zespołem dla którego rzuciłbym wszystko i poszedł na piechotę za nimi, na przykład do Bochni, ale dzięki Mickowi, koledze z siatkarskiej drużyny Okocimskiego, z twórczością grupy byłem zapoznany i szanowałem nawet to co robili. Na tyle, że do udziału w darmowym koncercie, w fajnym miejscu, dałem się skusić. A bilety tanie nie były, więc tym bardziej było miło. Zaoszczędzone środki mogłem przeznaczyć na piołunówkę.

Koncert był świetny, nie powiem. Nie za głośno, same hity, więc nie było się do czego przyczepić. Znowu nie usnąłem, więc o poziomie sztuki świadczy to jak najlepiej. A i usnąć było by trudno, bo muzykę przeplatały akcje, takie jak ta ze snickersem, wpleciona pomiędzy utworami, kiedy to niespodziewanie Andrzej z gitarą chciał Marka z mikrofonem poczęstować batonem, a Marek uciekał, nie chcąc przyjąć podarunku, a my patrząc na tę kochającą się rodzinę, popuszczaliśmy ze śmiechu w fotele. A zamiast śmiechu powinien być płacz. Dlaczego?

Po koncercie wszystko zaczęło się wyjaśniać. Po zejściu ze sceny zespół przestawał być rodziną. Ba. Nawet grupą towarzysko obojętną nie potrafił być. Jakby się nie znali. Abo jeszcze gorzej. Jakby się znali i nienawidzili. Oho. Początek. Początek końca nadchodził. Nie pierwszy dla TSA. Ale jeden z ostatnich.

Pierwszego z wielkiej dwójki poznałem Mario Piekario. Wokalistę z miasta Bochni i właściciela charakterystycznego jak diabli głosu. Szybko znaleźliśmy wspólny temat, bo Bochnia jest rzut pługiem od Leszczyny, wsi moich dziadków i miejsca mojego dzieciństwa i młodości. Okazało się też, że Marek ma ciotkę w rodzinnej wsi mojej mamy. Byliśmy więc jakby rodziną i przy lekkich alkoholach knuliśmy, nie wiedzieć czemu, jakąś akcję przeciwko angolom, narkomanom, Roling Stonsom i Bóg wie komu.

– Jeszcze Polska nie umarła! – zaintonował w momencie uniesienia.

A że jest wokalistą, to miało być z klasą. Ale, kurwa, lata śpiewania falsetem, czy jakimś innym piskiem, spowodowało małą konsternację słuchających, aż Andrzej po ojcu Nowak się uśmiechnął z zażenowaniem na drugim końcu sali. Na to Mario Piekario zebrał się ze swoją uroczą i niezwykle sympatyczną żoną do hotelu, a ja kończąc nucić z ustami wypełnionymi kanapką „z ziemi włoskiej do włoskiej”, udałem się do baru.

Endrju z domu Nowak zaatakował mnie rozmową po dziesięciu minutach. Na pijacki czas, tak gdzieś przy trzecim drinku.  Zaczął mówić o wszystkim. O akcji ze snickersem, która była zrobiona na złość Markowi, żeby przestał gwiazdorzyć, o przetaczaniu tego i owego, o znaku towarowym TSA, który wokalista bez zgody wykorzystał na jakimś występie sylwestrowym i o innych mniej lub bardziej istotnych sprawach. Jak dla nie fana, taka spowiedź zaczynała być mecząca. Tym bardziej, że następował skomasowany atak na kolegę z Bochni, a ja nie chciałem stawać po którejś ze stron tej wojny.

Słuchałem monologu w skupieniu tak wielkim, jak wielkie były moje możliwości tego dnia, po tygodniu tyry na trzy fronty, alko zmęczeniu i potrzebie snu. Potrzebowałem się uwolnić i zwiać do domu. Do łóżka. Do spania. Zagrałem więc va bank, przerywając w pół zdania legendzie polskiej gitary, królowi solówek i jednak fajnemu człowiekowi o pewnie ciężkim charakterze. 

– Kurde, stary. Żebyśmy się rozumieli. Bardzo was lubię. Ciebie, Marka. Ale ja Was nigdy jakoś specjalnie nie słuchałem, nie słucham i słuchał pewnie nie będę. – sam nie wierzyłem skąd w sobie znalazłem tyle odwagi na taką szczerość, przed, było nie było obcym, ale bardzo znanym i bezpośrednim człowiekiem. Ale skoro on rozpoczął swoje osobiste wycieczki o swoim życiu, to musiałem jakoś sprytnie to zakończyć, bo nie byłem godzien tego słuchać . Poza tym za chwilę miałem ostatni autobus, a na taksówkę kasy nie zamierzałem tracić.

–   A Micka z Brzeska znasz, harleje składa ? – zaskoczyłem nowego kolegę, nawiązując do jego motocyklowej pasji.

– Nie. – powiedział dostojnie, lekko zdziwiony moim pół pijackim pytaniem.

– Bo ten Micek, to mnie w drodze na trening do Brzeska katował waszymi płytami. A teraz harleje składa. Niewiarygodne. Że nie znasz. Może kiedyś poznasz. Do widzenia. I przestańcie się kłócić, pogódźcie się. Jesteście fajnym zespołem na scenie, niech tak też będzie poza nią.

– Yyyyyyyyyyy … – coś sklecał powoli, mocno zaskoczony moją paplaniną.

Może i coś sklecił, ale ja już tego nie słyszałem. Nadciągała niedziela, a w niedzielę była znowu robota. Musiałem żyć.

I żyłem. Po przebudzeniu nawet bardzo dobrze, bo po południu miałem ochotę posiedzieć sobie znowu w kinie, tym razem przy Lady Pank. Tak było o ósmej dziesięć, bo o ósmej siedemnaście wszystko się zmieniło. Zamiast siedzenia miałem robotę. Samodzielne ogarnięcie Buldoga w Lizardzie.

 Tak mi się to kino jako scena muzyczna spodobało, że na kolejny koncert czekałem jak na szpilkach. Tym bardziej, że grać miał ponownie HEY, kończąc pomalutku trasę unplugget na polskiej ziemi i szykując na krakowską sztukę jakąś mega niespodziankę. Zgłosiłem więc prezesowi gotowość do wszelakiej pomocy, a mojej kochanej Notorycznej obiecałem udział w tym wydarzeniu.

Czwartek nadszedł  szybko. Zresztą czas płynął wtedy jednym szybkim strumieniem, bo tak bywa, kiedy siedem dni w tygodniu jest się w boju, łącząc kilka etatów w jeden. W budynku kina Kijów pojawiłem się z godzinę przed wyznaczonym czasem, w myśl zasady, „że lepiej być godzinę wcześniej niż minutę za późno”.  To daje poczucie wewnętrznego spokoju i jest wtedy czas na wszystko. Nawet na kieliszeczek piołunówki na pobudzenie krążenia.

 Jako współpracownik Galicji Production dostałem zadanie wyopaskowania zespołu i całej ekipy technicznej. Kręciłem się więc po obiekcie w poszukiwaniu Heyowców i ich załogi. Niektórych chciałem zaopoaskować po trzy razy, ale to tylko z tego powodu, że oni wydawali mi się tacy do siebie podobni, wszędzie było już ciemnawo a piołunówka i adrenalina działały na wysokich obrotach. Do tego gości zespołu było więcej niż ostatnio i głupiałem z lekka. Poza Kasią wokalistką, dobrze kojarzyłem basistę, pamiętając go z Kolaborantów czy Dezertera. Do twarzy wiele razy widzianych pamięć miałem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Po wykonaniu zadania, czuwałem. Kręciłem się tu, kręciłem się tam, pilnując, żeby nikt obcy nie wlazł za kulisy i nie naruszył świętego garderobianego spokoju. Tu wypaliłem z muzykami papieroska, tam wypiłem kawusię, cały czas zachowując czujność. Było bardzo miło. W końcu drugi koncert w Krakowie wyprzedany, na przestrzeni tygodnia grany, a i w całej Polsce trasa okazała się sukcesem. Niesamowite. Często zastanawiałem się jak to jest, że HEY daje radę dublować w Krakowie wydarzenia, a z Kultem nigdy nie pojawiła się szansa na taką akcję? Ciekawe.

Kasia moja Notoryczna Narzeczona dojechała o czasie, na kilka minut przed rozpoczęciem koncertu. Żeby nie przebijać się przez główne wejście, wprowadziłem ją przejściem zarezerwowanym dla zespołu. Znany zespół onieśmielił narzeczoną bardzo, ale to co stało się kiedy zobaczyła jednego, a precyzyjniej jedną z jego gości, zaskoczyło nawet mnie, obytego ze światem szoł, biznesu i audio wideo. Kiedy przechodziła przed kobietą w wieku średnim, którą ja wcześniej opaskowałem i z którą zamieniłem już nie jedno słowo, zamurowało ją tak bardzo, że nawet dzień dobry nie wydukała. Notoryczna, nie kobieta gość. Jako nieobeznaną w świecie artystów, szybko przemieściłem ją na widownię. Potem wróciłem na tyły dopilnować punktualnego wyjścia zespołu.

Na sali, moja narzeczona trwała dalej w szoku, coś bełkocząc o aktorach, aktorkach, muzykach, zaskoczeniu, kiedy przysiadłem się na moment posłuchać soundu. Nie kumałem kompletnie o co jej chodzi, za to poczułem nagle, że skoro koncert się już rozpoczął a wszystko gra, to mógłbym sobie wyskoczyć, tak na jednej nodze, na zwiady posłuchać co tam w garderobie piszczy, a przy okazji strzelić darmowego maluszka za fatygę. Pierwsze napięcie związane z rozpoczęciem sztuki schodziło, pomimo tego, że nie ja byłem organizatorem.

– Zaraz wracam. Lecę skontrolować teren. – zakomunikowałem partnerce i poszedłem rozprostować wątrobę. Znaczy kości.

Na antresoli przy barze Janusz sączy wodę. Nie pił już rok z okładem, ale problem alkoholizmu nie był mu obcy. Widział, że mnie nosi jakoś dziwnie, więc zanim otworzyłem gębę, Pan Jan z uśmiechem i po żołniersku zapytał:

– Banieczkę?

Ochotę miałem wielką, ale że w tygodniu starałem się nie nadużywać, byłem twardy.

– Nie, stary, podagra nie puszcza. – zdecydowanie odmówiłem podpierając się chorobą, która kilka miesięcy wcześniej mnie dopadła.

I tak jak szybko odmówiłem, tak równie szybko dałem wszystkim, a głównie sobie, ostatnią szansę.

–  A piołunóweczkę macie? –  skierowałem zapytanie do barmanki, co zabrzmiało niemal jak „sprawdzam” w pokerze. Tylko co chciałem sprawdzić, skoro godzinę temu z okładem, już przy barze parkowałem i piołunowałem się?

– Oczywiście że mamy. Podać dwadzieścia czy czterdzieści? – dziewczę za barem z niezwykle miłym uśmiechem nie pozostawiło mi wyboru. Na szczęście. Praca w muzyce bez picia jest jak burza bez deszczu. Przynajmniej tak wtedy myślałem.

– Czterdzieści poproszę miła pani, w końcu mały nie jestem. – oddałem dobro  z uroczym uśmiechem, przetwarzając na pozytywną energię myśl o bani, lufie, wódzie.

Koleżanki pani barmanki z podziwem patrzyły jak sprawnie trzepnąłem malucha, przegryzłem cytryną i niemal jednocześnie wyciągnąłem kasę żeby uregulować za wypite.

– Ja stawiam. – rzekł prezes szybko ucinając spekulację co do rachunku.

– To ja na druga nogę poproszę. – szybko podniosłem poprzeczkę korzystając z darmowego baru – Strzelę i lecę do garderoby sprawdzić czy wszystko jest okej.

Zadowolony z  faktu uroczej współpracy na linii organizator – społeczny pomocnik, zgodnie z obietnicą, polazłem na obchód zaplecza i jednocześnie korzystając z okazji postanowiłem coś przekąsić pod wcześniej pite. Kiedy dobierałem sobie na chleb razowy gruboziarnisty wędlin, serów i warzyw różnorakich, poczułem smród.

I nie był to tylko smród ode mnie. Oczywiście byłem podpity lekko, w dodatku po całodziennej pracy w robocie, w niezbyt świeżym ubraniu i jeszcze na deser upocony od ciągłej szwędaczki. Już notoryczna zwróciła mi na to uwagę jak zapadliśmy się w fotele na sali, że niestety ale śmierdzę. Ten smród poczuty był smrodem palonych na potęgę papierosów. Tak. Na potęgę i do tego w garderobie, miejscu prawie że świętym, w którym szef wprowadził zakaz palenia kategoryczny. Sam będąc palaczem potrafiłem rozróżnić smrody od zapachów. Palenie w miejscach niedozwolonych było tym pierwszym. Nadszedł czas żeby się wykazać i do tego pokazać wszystkim, kto tu ustala reguły i jeszcze je skutecznie egzekwuje.

Dla kurażu nalałem sobie w plastikowy kubek rudej wódki, wylewając kilka gram na sandała, trzepnąłem szybko i zacząłem węszyć.

W ciemnym kącie bekstejdżu kobieta gość HEYa jarała fajki jak smok wawelski siarkę. Postanowiłem działać zdecydowanie i ostro, ale trochę obleciał mnie strach, żeby sobie nie nagrabić u zespołu. Postanowiłem więc przed pokazaniem swojej bezwzględności, scedować zadanie na barmana i to jemu kazać rozwiązać problem.

– Kolego, tu nie wolno jarać, a tam ktoś pali. Nie przeszkadza ci to?

– W tym konkretnym przypadku nie. – odpowiedział budując zdanie oparte na czterech słowach dziesięć sekund, bo tyle czasu zajęło mu zaklasyfikowanie mnie w kategorii debili, nieuków i tumanów, którzy na dodatek chyba telewizora na chacie nie mają i chuja w życiu widzieli.

„Dobra, dobra”, pomyślałem sobie, „po chuj ta spinka? Komu i na co potrzebna. Sam załatwię sprawę”, przy czym kątem oka wyłapałem kolejną szarą na myszach, stojącą obok kopcącej czarnej damy.  Podszedłem płynnie, bo już byłem w takim płynnym stanie, i niby że tak od niechcenia, niby niechlujnie, zacząłem sobie nalewać łyski, ale z dbałością, starannością, żeby nie uronić ani kropelki, bo pani już na mnie zerkała . To wyuczone niechlujstwo miało pokazać całą moją maczowatość. W końcu sroce spod ogona nie wyskoczyłem, znany być powinienem, bo przecież znałem samego Kazika i w Kult Ochronie dziesiąty rok chodziłem. Odwaga mi wracała do wprowadzenia porządku żelazną ręka.

W myślach zacząłem układać formułkę o niepaleniu w danym miejscu, gdy nagle uświadomiłem sobie, że leję sobie łychę nie do szklanki a do sandała.

– Kurwa mać! – puściłem przez zęby a na ramieniu poczułem silną męską dłoń.

– Co się dzieje? – menadżer zespołu nadszedł niespodziewanie.

– A nic, nic. Tylko ta dziewczyna co jest z wami pali tu, w garderobie. A tutaj palić nie wolno. No Janusz mówił. Musi wyjść na pole.

– Ona nie musi. Ona tu może. – popatrzył na mnie jak na debila, uśmiechnął się i odszedł.

Ale się wykazałem, nie ma co. Pod moim nosem takie łamanie żelaznych reguł i zasad? Jak się Janusz dowie, to mnie już nigdy nie zaprosi. Ani jako gościa ani do pomocy. Zacząłem siebie i całą sytuację usprawiedliwiać. „Może chłop ją rzucił albo co?” pomyślałem i dlatego jest ona taka smutna i jara na smutno, zamiast koncertu słuchać. Nagle zszedłem na ziemię i  przypomniałem sobie, że ja na koncercie kurwa jestem, i jeszcze z Kasia moją kochaną. I że moje kontrolowanie niewiadomo czego strasznie się przedłużyło.  Wykonałem więc setę łychy na szybkości i pobiegłem na swoje miejsce.

Nie minęło więcej jak półtorej kawałka, kiedy następny utwór Pani Katarzyna zapowiedziała w najlepszym konferansjerskim stylu. Z emocjami. Pięknie jej to wyszło. Było o dzieciństwie, przyjaźni, Szczecinie i Warszawie. A wszystko to spinać miał gość zespołu, specjalnie na ten koncert zaproszony. Zespół zaczął grać, gość wyszedł na scenę a Kasię jakby  piorun trzepnął. Drżąc z emocji, pokazując na scenę, wydukała:

– To ona!

– Jak ona? – zapytałem zaskoczony, bo kobieta którą chciałem ustawiać kilka minut wcześniej w garderobie, teraz miałą zagrać co prawda z HeYem na ukulele, ale czy to miał być powód do takiego zaskoczenia?

– Tomek, to Róża z tego filmu „Róża” w kanał plus. Tego który razem oglądaliśmy. Tego takiego strasznego. A ty nawet popłakiwałeś.

– Że ja? Płakałem? A z Róży to ja tylko Dorocińskiego pamiętam, bo go uwielbiam, to fakt, ale że ona też tam gra? Kogo?

– Różę pijaku.

– No co ty. Nie wierzę. – taki jestem jak widać znawca.

– Naprawdę.  Od godziny próbuję ci o niej opowiedzieć! Że jak ją zobaczyłam to mnie zamurowało. Tomek, to jest Róża, naprawdę. – Kasia dalej była w szoku.

A ja zaczynałem być. Bo stanęła mi przed oczami ta okropna scena gwałtu, przez którą nie spałem przez kilka nocy. I w ogóle był to jeden z nielicznych polskich filmów które obejrzałem od deski do deski, w milczeniu. I ja tę pokrzywdzoną w filmie dziewczynę chciałem ustawiać. Wstyd.

Świętowanie po sztuce odbyło się natychmiast. Nikt specjalnie nie czekał, bo choć alkoholi mało nie było, to i koncert był bardzo udany, tak w odczuciu zespołu jak i gości i organizatora, więc świętować było co. 

Pobudzony i ożywiony wcześniejszymi trunkami, zgodnie z zaleceniem Janka wsparłem menagera w akcji podpisywania płyt i wspólnych z gwiazdami zdjęć. Działałem bez usterek. Może za szybko i za sprawnie, ale przy ogólnym śmiechu i zadowoleniu zespołu,  przemielając tabun fanów w trymiga. Po wszystkim odnalazłem swoją Notoryczną i rzuciliśmy się w wir życia towarzyskiego.

Pierwszą zaatakowałem świetną wokalistkę, która siedziała na uboczu z wybitną aktorką.

– Noooo! Piękne to było! Koncert jak marzenie. Znakomity. A ten kawałek z koleżanką? Bomba. Aaaaa. Nie przedstawiłem się. Gómi, znaczy Tomek, a to Kasia, moja narzeczona. Ja tu ledze pomagam trochę.

– Siadajcie. Cieszę się ze się podobało. Siadajcie.  – świetna wokalistka była w nastroju bardziej niż przysiadalnym. – Agatę znacie?     

– Znacie, znacie. Znaczy ja to nie poznałem ale Kasia to tak. Aż ją zamurowało. Serio. A ja to nie poznałem, bo na filmie to jakaś inna mi się wydawała. No i  tam grał, ten, no, zapomniałem. A nie, mam. Dorociński. A ja go uwielbiam. Ale teraz to tak. Poznaję. Jasne że poznają! – paplałem jak potłuczony, bo tak miałem jak byłem w drugim biegunie choroby dwubiegunowej, tym wysokim, a do tego wódkę niejedną przyjąłem, a może i coś jeszcze chemicznego, na perfekcyjne pobudzenie. Gęba mi się nie zamykała a i czasy szczenięce mi się przypomniały, jak to z muzyką Hey się poznałem – U Kury, to było, Pani Kasiu, u Kury. Pyta nas Kura, jak żeśmy do niego przyszli po szkole, czy Hey już słyszeliśmy ? I my mu mówimy że nie, a co to za zespół? I Kura mówi, że zespół polski, nowy, fajnie grają i tam taka dziewczyna w tym zespole na wokalu śpiewa i tak fajnie, no tak, jak on to powiedział…, no że tak po pankowemu charczy! – wypaliłem jak głupi, bo raczej Kura tak nie powiedział.

– CO ROBI ??? – przygwoździła mnie wzrokiem do podłogi – CHARCZY ???!!!

– No tak Kura powiedział, że charczy Pani, i jak puścił kasetę wtedy, to myśmy się zakochali  w pani głosie na amen. No wtedy, jak mieliśmy jakieś dziewiętnaście lat. Naprawdę. – nawijałem już zupełnie pogubiony .

Chciałem wszystko poprostować, bo Kura pewnie o żadnym charczeniu nie powiedział, tylko co najwyżej o charakterystycznej chrypce. Ale brakowało mi słów, a aktorka Agata patrzyła na mnie przez łzy, parskając śmiechem, a wokalistka zebrała się w sobie i wypaliła we mnie ostro i bardzo groźnie:   

– Przestań mi mówić Pani Kasiu!

Ci najbliżej nas zamilkli i zerkali w stronę gwiazdy.

– Jestem Kasia. – powiedziała spokojnie i do tego z cudownym uśmiechem na twarzy.

Ciśnienie które wytworzyłem przez swoje ubogie słownictwo i słabą pamięć opadło z wielkim sykiem, i wszystko wróciło na właściwe tory. Moja głupota i gadulstwo też. Złapałem oddech i zabrałem się za filmową Różę. Tym razem przy wsparciu Notorycznej.  Mogło więc być podwójnie dziwnie, ale tego już tak dobrze nie pamiętam.

Tak mniej więcej, ale z mojej strony więcej, wyglądały pierwsze koncerty w Kinie Kijów, które położyły podwaliny pod dziesiątki późniejszych sztuk jakie tam pan Janusz zorganizował. W kilkunastu uczestniczyłem, w kilu pomogłem, a kilka nawet współtworzyłem. Ale o tym będzie innym razem.

Resurrection FC Barcelona

Resurrection FC Barcelona

Są rzeczy które nie mają się prawa wydarzyć. Są chwile których powinno nie być. Są historie nie z tego świata.

Posłuchajcie.

Zawsze kibicowałem Barcelonie. Nie jakoś fanatycznie, ale kibicowałem. A po feriach spędzonych w 2017 roku w stolicy Katalonii, to już miąch stał się taki poważny. W końcu byliśmy tam z synem.
Tam.
W świątyni futbolu. Najpierw, w drugim dniu pobytu, na nieziemskim meczu z Atletico, a dwa dni później na zwiedzaniu muzeum i obiektu. Byliśmy na trybunach, bez mała na płycie, w szatni gości i w tunelu z którego wychodzi się, żeby pokazać się całej galaktyce. Tak. Galaktyce.

I żeby tylko jednej.

Tym bardziej smakować miały mecze Barcy oglądane w TV. Zwłaszcza te w Lidze Mistrzów.
Po naszym powrocie Barcelona FC pojechała do Paryża, żeby w 1/8 zagrać z PSG. Zagrali na zero. Na zero z przodu i na cztery z tyłu. Pogrom, deklasacja, upokorzenie. Rewanż wydawał się formalnością którą trzeba było z przyzwoitości odbyć.

Ale dopóki piłka w grze i takie tam pierdolenie.

Zasiedliśmy z synem o 20:45 przed TV, nażarci stekami okraszonymi wanną frytek. Pozwoliłem sobie zażartować, na minutę przed zawodami, że jak strzelą nasi dwie bramki do piątej minuty, to jest szansa. Wiara więc była potężna. A kiedy po dwóch czy trzech minutach padł gol dla FCB wszystko było jasne. Barca awansuje.
I chociaż potem była męka, to przecież komentator powiedział, że Neymar obiecał kolegom, zakładając się z nimi, że dwie bramy zapoda. Do przerwy 2-0 ( Iniesta, Iniesta, Iniesta), a zaraz po przerwie Messi na 3-0 i potrzeba było już tylko jednej bramki do dogrywki a dwóch do awansu do kolejnej rundy. A czasu było w cholerę. Czterdzieści minut z okładem, plus to co mógł doliczyć Pan Bóg Rozjemca tu na murawie, zesłany pod postacią sędziego.

I bramka padła. W 61 minucie. Na 3-1. Paryżew pozamiatał wszystko i wszystkich.

Para z kotła zeszła, szalik spadł na podłogę, a wkurwiony syn, człowiek małej wiary, uciekł do komputera, bo tam z joystickiem w ręce był panem sytuacji. Tego przed TV nie czuł.
Ja wierzyłem. Wierzyłem bardzo. Z podłogi przeniosłem się na sofę i przytulając się do ulubionej poduszki-serca w kolorze czerwonym, szukałem pozytywów.

Znalazłem.

Krychowiak. Polak. Reprezentant, któremu w PSG ni chuja nie idzie, przejdzie dalej ze swoją drużyną. Takie małe coś na otarcie łez. Może wszyscy ci, którzy go wygryźli z zielonej murawy, nałapią kartek i kontuzji i Krycha wróci do gry.
Tak pomyślałem i nie wiem czy skończyłem myśl i około 78 minuty…..

Tak kurwa.

USNĄŁEM!!!

Tak jak wtedy gdy Liverpool odrobił 0-3 z pierwszej połowy, a Jurek Dudek tańcząc przy rzutach karnych Dudek Dance, bronił strzał Szewczenki jak natchniony, żeby wznieść po wszystkim Puchar Europy.
A ja spałem od 48 minuty i rano nie wierzyłem w to co straciłem.

Tomek junior przypałętał się dokładnie w 95 minucie i chyba 16 sekundzie. Stanął przed telewizorem jak wryty, a ja jak wryty przebudziłem się. Na ekranie biegali jak oszaleli piłkarze Barcelony, młody patrzył z rozdziawionym ryjem to na mnie to na ekran. I kiedy w górnym rogu zobaczyłem wynik 6-1 uśmiechnąłem się słodko. Sen był piękny.

Sen. Sen który stał się jawą.

– Tato. Czemu nie wołałeś…
– O kurwa! Synu. Ja usnąłem…

Wykorzystując zdobycze techniki, cofnąłem rzeczywistość o 10 minut. Tom zasiadł na fotelu, ja usiadłem milcząc długo. Zakrzywiliśmy czasoprzestrzeń i była znowu 85 minuta, wynik brzmiał 3-1 i nic nie wskazywało na to, że to co widzieliśmy przed chwilą było prawdą.
Syn, jak gdyby nic się nie stało strasznego, mocniej zacisnął szalik na szyi i patrzył jak zahipnotyzowany w ekran. Hipnoza narastała wprost proporcjonalnie do opóźnionego przekazu, bo w 86 minucie Di Maria sunął od połowy sam na sam. I palnął, nie wiedzieć czemu, minimalnie obok bramki. Pewnie mój junior, piłkarskie beztalencie, by to ukłuł.
A potem było już to czego nie miało prawa być. 4, 5 i w 95 minucie, ostatniej z doliczonego czasu gry 6!
6-1 !!!
Straty odrobione z nawiązką.
Po raz pierwszy w historii światowego futbolu, zespół przegrywając 4-0 w pierwszym meczu, na takim poziomie rozgrywek, odrobił stratę i awansował dalej.

A ja po raz kolejny przespałem to co niewiarygodne, niemożliwe, nierealne.

Dlatego nie wierząc w to co dziś miało miejsce, musiałem to spisać. Bo przecież szybko po tym wszystkim nie usnę….

Pies Ceramiczny

Pies Ceramiczny

Pan Poeta wpadł mi do sklepu jak ten sam wiatr. Jak na niego nadspodziewanie energicznie i żwawo.

– Marc Ribot gra w Katowicach 24 listopada. Jedzie? – rzucił mi za biurko informację.
– Jasne! – odparłem natychmiast i natychmiast zapomniałem kto gra, bo pamięci do imion nie mam , a co dopiero do nazwisk, czy nie daj Bóg do imion i nazwisk razem.
– Znakomicie. Mam obiecane pięć wejściówek. Jedziesz ty, Maciek, Tekla i Ola. Zmieścimy się?
– Oczywiście. Bezproblemowo. – Turanik to pojemne auto i taka miła piąteczka dawała szansę na podróż w komforcie.

Coś tam jeszcze pogadaliśmy, zanotowałem datę w telefonie komórkowym i Pan Poeta, który jest także Panem Wokalistą poszedł.

Jak już sobie poszedł, a klienci przemielili mi się nawet żwawo, odpaliłem telefon, żeby zobaczyć jak ja w ogóle z czasem stoję. Do Rajota, bo tak po dziesięciu minutach go nazywałem w swoim tumańskim braku pamięci do nazwisk, było jeszcze ze dwa miesiące. A ta niedziela, właśnie ta, 24 listopada miała być moją pierwszą niedzielą w listopadzie wolną i poświeconą na spędzenie czasu z rodziną, polską ekstraklasą, na kanapie, przy grzejniku odkręconym na 4. Bo na 5 termostat nie działa i grzejnik grzeje jak pojebany a ja na to muszę zarobić. Dlatego w planach marzyłem o grzejniku na 4.

Ale obiecałem.

W sumie bardziej niż nieobecności w domu obawiałem się zmęczenia po trasowego i depresji, która podstępnie już kilka razy zaatakowała wtedy, kiedy za oknem było szaro, buro i ponuro. Jesienią i bezśnieżną zimą. Wtedy to, nawet jakby nie wiem kto grał, to moje umęczone ja miało to w dupie i kazywało mi leżeć przed telewizorem i tempo wpatrywać się w byle co. Ale nie ze mną te numery Bruner i walczę. I jest od dłuższego czasu wszystko pod kontrolą.

Trasa z Kultem, w roli łapacza-ochroniarza w dziesięciu przypadkach i współorganizatora w przypadku jednym, przeminęła płynnie i cudownie.

Nawet taki grafik:

– Piątek. Na 10.00 do pracy. O 14.00 koniec i szybko na dworzec. 15. 17 pociąg do Łodzi Widzew. Tam dzięki serdecznemu koledze na salę. 19.00 – 23.00 robota fizyczna w hałasie ( ale mam stopery!)
– Sobota. 2.15 autobus do Krakowa. 7.15 w domu. 7.30-8.15 śniadanie, toaleta i na 9.00 do pracy. Ale to sobota więc tylko do 13.00. Stamtąd do domu, obiad, leżakowanie i 16.30 start do Katowic. 19.00-23.00 fizycznie w hałasie ( stopery dalej mam. Zawsze mam, jak nie zapomnę kupić w aptece). 23.47 powrót do domu. Jestem kierowcą, więc czysty jak łza. Dzięki temu mam taką znakomitą formę w codziennym życiu.
– Niedziela. Od 11.00 w Łaźni Nowej praca. Umysłowo fizyczna. Stres jak Rudy 102 pod Studzienkami. Do tego przed koncertem w hotelu gaśnie prąd, na jedną dobę, na sali jest ciepło jak w Afryce, a zespół co gra jest po Spodku i spodkowych baletach przy trunkach różnej mocy. Trudno. 
– Poniedziałek. O 1.30 jestem w domu. Umęczon jak Pącek pod Piłatem. Na 10.00 stawiam się w pracy. Byle do czwartku. Trzy Warszawy i jedynka w hotelu niosą 
nadzieję na regenerację.

O. Taki grafik nie złamał mnie tego roku. Ani fizycznie ani psychicznie. ( Dzięki Roman! Dzięki Seba!)

Na tydzień przed występem Ceramicznego Psa, w tym całym kotle pracowniczo-koncertowym, o całej wycieczce już zapomniałem. W głowie mi latał wianek, badylek i baran, a wszystko to działo się tu,tu,tu. Bo mój mózg mieszkał w Polsce. Do tego wszystkiego, żeby nie wypaść z muzycznego obiegu zbyt gwałtownie, na dzień przed wypadem do Katowic miałem dla Galicji oporządzić Lady Pank w teatrze Łaźnia Nowa, bo szef Janusz sobie Jarocin z lat 80 tych we Wrocławiu urządził. To pachniało mega zmęczeniem, planowałem więc po robocie z Pankami lekko nadużyć tego i tamtego, a niedzielę spędzić z rodziną i polską, tfu, ekstraklasą.

Koło środy albo czwartku misternie tkany plan uległ całkowitej zmianie.
Zanim pierwszy klient do teleskopów kropka pl dotarł, wpadł On. Pan Poeta i Pan Wokalista w jednym.

– Jadę do Łodzi. Ola poszła do pracy. I ten tego.
– Jasne. – zrozumieliśmy się w mig w sprawie akcja 200.
– A w niedzielę o której jedziemy? Musimy być przed osiemnastą pod klubem. Zanim zaczną wpuszczać ludzi, organizator nas wprowadzi. Jedziemy we czwórkę. Najwyżej sobie kogoś jeszcze weźmiemy. Szkoda żeby wejściówka przepadła.

O kurwa, zakląłem siarczyście w środku siebie, ale tak, żeby kolega nie zauważył, że o wszystkim w sumie trochę zapomniałem. A o koncercie na wyjeździe, całkowicie.

– A gdzie ten koncert jest dokładnie? – dobrze, że pamiętałem chociaż, że na koncert żeśmy się umawiali. 
– W Hipnozie. Na placu takim a takim w Katowicach.

Zanotowałem, żeby za chwil kilka nie zapomnieć. Na Google mapy sprawdziłem kilometraż i ustaliłem odjazd Turana na 16.30 spod sklepu z wiatrówkami. Żeby pasażerowie mieli blisko od Pana Poety do środka transportu. Usatysfakcjonowany Pan Wokalista, Poeta i zapomniałem wcześniej dodać,Pan Pisarz, w jednej osobie, wyszedł kontent bardzo, zająć się muzykowaniem w Polsce centralnej.

Czyli niedziela wypada mi w Kato. A tu jeszcze imieniny Notorycznej Katarzyny Narzeczonej w niedzielę oczywiście wypadły. Szczęście w starzejącym się nieszczęściu, w naszym gospodarstwie domowym imienin nie obchodzimy. Potrafimy co roku starzeć się z godnością i urodziny z tej okazji celebrujemy. Ale telefon na chatę wykonać musiałem.

– Heloł kochanie. Bo ja w niedzielę ze Świetlikiem do Katowic jadę. – rzekłem w aparat komórkowy.
– Wiem. Mówiłeś mi już dawno temu. – odparła narzeczona z wnętrza aparatu komórkowego.
– Tak? Znakomicie. To mogę?
– Jasne.

Jedno miałem poukładane. Teraz musiałem tylko nie ochlać się po Lejdich Pankach i obietnicę wspólnej podróży mogłem realizować zgodnie z obietnicą.
W między czasie wyguglowałem sobie wydarzenie, poczytałem z kim mam mieć przyjemność i nawet sobie na jutubie coś zapuściłem. Nie zmrowiło mi karku i rąk od łokci do dłoni, ale te dwa wysłuchane kawałki dawały nadzieję na coś bardzo fajnego.

W ogóle to ja mam kopę szczęścia. Do znajomych. Zwłaszcza tych mających trochę więcej czasu niż zwykli śmiertelnicy. Artystów tak zwanych. Oni czytają, oglądają, słuchają na potęgę i od czasu do czasu wyślą sms:
– To dobre. Przeczytaj!
– Znakomity serial. Musisz!
– Słuchałeś? Nie? Posłuchaj koniecznie.

Dzięki temu oszczędzam czas i dostaję zwykle porządny produkt do skonsumowania.

Niedziela nadeszła. Jak zwykle po sobocie. Wstałem rano nabuzowany, na lekkim, bardzo lekkim kacu i niestety bez auta w garażu. Piłeś nie jedź, zadziałało. Auto odebrałem zaraz przed wyjazdem. Spod nowohuckiego teatru. Zdrowy i gotowy do powożenia. I odkrywania nowego.

Ruszyliśmy punktualnie, nawet byłoby lekko przed czasem, ale kompania zebrała się pod sąsiadującymi z wiatrówkami teleskopami kropka pl. Zrobił się komplet, bo Ola jednak zdecydowała się na uczestnictwo. Pod Hipnozą, klubem ukrytym w wielkim budynku, przy dużym placu w centrum Katowic, wylądowaliśmy o umówionym czasie. Weszliśmy do środka przed publicznością biletowaną, zaraz po próbie, a w trakcie krzesłowania sali. Koncert na siedząco? Niech będzie. W końcu miał być też grany dżez.

Organizator zabrał naszą kamandę, z tym Panem Poetą na czele, pod scenę na której siedziało dwóch prawie dziadków. Jaśniejszy i ciemniejszy, a ten ciemniejszy z przedziwną jak na człowieka czaszką. Ktoś, nawet wiem kto, stwierdził, że ta dziwna dwuczłonowa czaszka to od słuchawek jest. Ta. Na pewno.

Pierwszy był tym na którego przyjechaliśmy, gitarzystą nie z tej ziemi, a drugi też był tym na którego przyjechaliśmy. Basistą z palcami pianisty. Zaraz okaże się oczywiście, że nie mniej genialnym. Ribot przez jakiś dłuższy czas nawet na nas nie spojrzał. Grzebał przy swojej gitarze akustycznej. Spojrzał za to basista i się ucieszył i z Panem Poetą naszym przywitał. Po tym wstępie poszedł sygnał, żeby Nasz Człowiek od słowa pisanego i śpiewanego z gośćmi od Ceramicznego Doga zaśpiewał. Na to ten Znany od nas się lekko mocno stremował i poszedł z resztą załogi palić papierosy w palarni, a ja się zabrałem za pomoc w krzesłowaniu sali. Z nudów, bo nie jaram od ponad roku.

W przed koncertowym międzyczasie doszło do spotkania na zapleczu naszego Pana Poety z zespołem. Trema Panu Poecie, który miał lada chwila być wokalistą u Wielkiego Gitarzysty, uleciała, Ola tłumaczyła to co organizator tłumaczyć pozwolił, jutube zagrało w telefonie „To ten sam wiatr” i mieliśmy gotową niespodziankę. No i basista pochwalił się znajomością twórczości pisanej naszego Mistrza.

Zasiedliśmy się w rzędzie pierwszym, bo tam organizator zorganizował nam miejscówki. Równo piętnaście minut po wyznaczonym czasie zaczęło się. Lekko niemrawo, nie wszystko chodziło jak trzeba, ale kilka grzebnięć w podłodze do której była wpięta gitara pana Marca, kilka poprawek ze stołu realizatorskiego i ruszyło. Po trzech kawałkach byłem już pozamiatany. 
Ze sceny leciał taki pank rock dżez, że ja cie nie pier… i te sprawy. Gitara tak szyła, że Matko Boska nie uwierzysz. Był pank, była szczypta dżezu, blusa, byli Bisti Bojsi jak żywi. Była improwizacja, zrozumienie wzajemne grających i cuda na gitarę, bas i perkusję, którą obsługiwał chłopak jak z amerykańskiego snu, co stwierdziła Ola. Sen snem, nawet amerykańskim, ale chłopak zasuwał mistrzowsko.

Tekla tańczyła siedząc, panowie Świetliccy czujnie obserwowali spektakl, co chwilę potrząsając głowami z zachwytu, a ja zbierałem szczękę z podłogi. Było kurwa mać ZAJEBIŚCIE.

Set składał się z dwóch części, jedna lepsza od drugiej. A na bis Mistrz Gitary Marc Ribot zaprosił na wokal Naszego Człowieka. I poszła siedmiominutowa interpretacja „Tego samego wiatru”. Bez przygotowania. Z serca, z duszy, z talentu i miłości.

Tak było.

Dzisiaj jest wtorek. A w uszach dalej gra. Ostatnia płyta Ceramic Dog. Przesłuchana już z sześć razy. Lecę na internety szukać wcześniejszych historii. Bo nie ma wyjścia, trzeba się z tym dalej mierzyć. I tak uczynię.

Taki dobry Didi.

Taki dobry Didi.

– Psesuńcie się. Z dlogi. Ja jestem na okładce płyty! – rumor robił się gdzieś w połowie placu.

– Z dlogi kulwa! Z dlogi! Jestem na okładce płyty! – Łysy, lekko sepleniący koleś bezpardonowo przepychał się prze tłum zgromadzony na koncercie Kultu w mieście Tarnów, żeby zainstalować się przed barierkami a najlepiej na samym ich środku.

Jak już to zrobił, bo hasło „ jestem na okładce płyty” zadziałało, dawał znać wokaliście zespołu Kult, że oto jest.

– Kazik! Kazooooooo! Kaziiiiiik! – darł się w niebogłosy i w charakterystyczny sposób składał dłoń, w taką formę jakby wody chciał nabrać, albo jakby nasz Papież Jan Paweł Second pozdrawiał wiernych. I kiwał nią od siebie i do siebie, trzymając ją na wysokości głowy częścią zewnętrzną ku wokaliście..

On, Warszawiak, fan Kultu, najwierniejszy z najwierniejszych kibic warszawskiej Legii jest tutaj, gdzie nikt jakoś specjalnie by się nie wybierał, jeśli nie był by z Tarnowa albo chociaż spod bliskiej Tarnowowi okolicy. Istniała jeszcze inna opcja. Taka jaka kierowała moją, Wojtka i właśnie tego łysego z Warszawy rzeczywistością. Fanatyzm. Do Kultu, Kazika i wszystkiego co się z tym wiązało.

Wszystko to miało miejsce z początkiem XXI wieku, gdzieś w jego czwartym albo trzecim roku. To, że Kult zagra w Tarnowie i że ja tam będę było oczywiste. Nasze,czyli notorycznej i moje, gospodarstwo domowe było wyposażone w samochód osobowy marki Seat Cordoba koloru zielonego i dawało to poczucie swobody w spełnianiu swoich ukrytych dziwactw. Takimi jawiły się znajomym moje podróże z i pod prąd, za Kultem po Polsce południowej.

Dla towarzystwa i też z miłości, bo jeszcze wtedy ją do Kultu miał, zabrał się ze mną Wojtek, znany w kultowym światku jako Człowiek Łoś. Ksywka wzięła się od czapki w jakiej paradował kolega miły na koncertach Kultu, zawsze będąc w okolicach barierek, co zostało mu do dziś, tylko ulubieńcy się lekko zmienili. Ale dalej są to zespoły trzymające wysoki poziom zarówno muzyczny jak i tekstowy. Jak mój Kult.

Daleko nie mieliśmy i nawet brak jeszcze wtedy autostrady nie stanowił problemu, bo słynna E 4, trasa na wschód i zachód Polski od Krakowa, prezentowała się, jak na warunki drogowe tych czasów, znakomicie. W końcu śledziłem jej rozwój od czasów grube Brzesku. Koncert miał odbyć się gdzieś niedaleko rynku, w czymś, co przypominało amfiteatr. Fajna miejscówka, a to już była połowa sukcesu. Ludzi naszło się sporo, w końcu Kult w Tarnowie nie zdarza się często albo i nawet bardzo rzadko.

I trwał ten koncert i trwał, jak wiele innych w tym czasie, kiedy to co napisałem na początku, czyli przebicie łysego kolesia pod scenę nastąpiło i stało się dla mnie wydarzeniem które wpłynęło znacząco na resztę mojego życia. I jego też.
Po koncercie uzbrojeni w identyfikatory udaliśmy się na tyły sceny pogadać z zespołem. Łysy go nie miał i stał przy ochronie krzycząc ile sił w płucach:

– Kazo, Piotlek, Janus. To ja! Didi! Chłopaki! Nie chcą mnie wpuścić!

Długo to nie trwało, bo i ochrona miała go dość i chyba Pewu usłyszał Didiego i wpuścił go na tyły. Jezus Maryja Józef i wszyscy święci do roku 780. Ale gość miał gadane. Gadał i gadał i gadał. Wyrzucał z siebie dziesiątki informacji na minutę.

– To Didi. Kolega z Warszawy. Jest ze znajomymi w Bieszczadach. Stwierdził, że skoro jest niedaleko, to przyjechał na koncert. – Kazik przedstawił nam gadułę. – Słuchajcie. Śpimy pod Tarnowem w zajeździe, jedźcie z nami.

– Jasne. Mam auto, zabierzemy Didiego i przyjedziemy.

Nowo poznany kolega zabrał się z nami. Trochę mniej mówił, był czujny, skoncentrowany, teraz to on słuchał i najwyraźniej nas rozpracowywał. Wyglądał na kolesia, który łatwo się nie zaprzyjaźnia, dopóki nie rozpozna w drugiej osobie kogoś, komu można zaufać. Ale tak czy siak, pierwsze wrażenie było z mojej strony pozytywne. Kolega Kazika jest też moim Kazikiem. Znaczy kolegą.

Do hotelu dotarliśmy błyskawicznie i równie błyskawicznie rozpoczęliśmy biesiadę. Kazik z kolegami, Łosiem i Didim poszli w wódeczkę, a ja jako kierowca rzuciłem się na koka kolę.

– Wies. Pojechaliśmy w Biescady zeby się zabawić. No wies. Całą bandą. A ja tu bez biletu dojechałem bo mi się pieniądze skońcyły. Ale co tam. Wlucę tak samo. – Nawijał bez zatrzymania nowy znajomy. Jak karabin maszynowy a lekka wada wymowy nadawała jego słowom takiego radosnego polotu.

– Idę do kibla. – powiedział w pewnej chwili wokalista Kultu i wstał.

– Kazo. Kazo. Ale wlucis? No weź. Wluć kulwa. Pogadamy. – Nawijał Didson, jakbyśmy trzy godziny spędzili w ciszy. – No weź. Nie idź. Siadaj. Ale wlucis?

– Wrócę. Ale teraz muszę do kibla – Kazimierz zaśmiewał się obiecując powrót a Didi i tak nie wierzył. No tak miał wtedy.

Oczywiście Kazo wrócił, wódeczka za wódeczką znikały i zaraz po pierwszej w nocy Rafał, bo tak Didiemu dali na chrzcie, umarł. Jak każdy spożywający, który przeholuje. Z głową wbitą w stół.

– Kurde. Nie dam rady go przenocować. Gómi, zawieziesz go na dworzec? Ma wracać w Bieszczady, pociąg ma rano. Tu nie ma miejsca.

– Zawiozę. Nie ma sprawy. – zgodziłem się bez problemu, pomimo tego że osoba podwożona nie działała, nie żyła, nie kontaktowała. Do tego Łosiu też był podlany, ale przynajmniej chodził i kontaktował. O tyle o ile.

Wspólnymi, Kazikowo-Gómianymi siłami zapakowaliśmy Didiego na tylną kanapę Seacika i ruszyłem na dworzec PKP w Tarnowie. Liczyłem w duchu na zmartwychwstanie pasażera, ale kiedy to miało nastąpić, nie wiedziałem. Nawet Jezus potrzebował przecież czasu.

Głęboką nocą na dworcu w Tarnowie nie działo się nic. Poza kilkoma taksówkami nie było nikogo. Do tego było ciepło, bo wszystko działo się raczej wiosną już rozkwitłą ciepłem i soczystą zielenią. Obok dworca, Tarnów ma mały park. Były ławki, była nadzieja na regenerację. Wytargałem Didiego, który dalej nie chciał współpracować ani trochę i ułożyłem go na najbliższej ławce. Coś wtedy zabełkotał i stwierdziłem, że mi po prostu dziękuje. Z całego serca i nieżywego ciała. Taki dobry chłopak. Didi.

Dla uspokojenia sumienia podszedłem do taksiarzy i poprosiłem, żeby mieli oko na kolegę. Żeby go nikt nie zaczepiał, nie budził i tak dalej. O to, że go okradną się nie martwiłem. Didi był materialnie goły jak noworodek. To dawało komfort i pewność, że goło i wesoło jest, było i jeszcze czas jakiś będzie.

Wsiadłem do maszyny, odpaliłem silnik, wrzuciłem jedynkę, poprawiłem lusterko wsteczne, to koło głowy. Najpierw spojrzałem na Wojtusia który usypiał, potem zwolniłem sprzęgło i już jadąc spojrzałem jeszcze w poprawione przed chwilą lusterko wsteczne. Postać którą złożyłem na ławkę zmartwychwstawała. Nieprzytomnie zwlekła nogi na twardy grunt, wstała niepewnie, kiwając się na boki i jak w zwolnionym filmie, niczym starzec blisko setki na olimpiadzie dla weteranów, ruszyła za mną. Za seatem.

Na ten widok oczy mało mi nie wyskoczyły z orbit. O ja cię nie pierdolę. Nie teraz! Didi! Nie teraz zmartwychwstawaj. Ja muszę do domu! Do narzeczonej, do dziecka. Ja sobie z Tobą nie poradzę. Nie dziś. Nie teraz. Błagam!

Oczy mi się zaszkliły, wcisnąłem gaz do dechy i tak po ludzku spierdoliłem, zostawiając Rafałka na pastwę losu.

Histeria literackiego spotkania o Kaziku i Kulcie.

 Histeria literackiego spotkania o Kaziku i Kulcie.

To, że zrobię spotkanie literackie odnośnie Białych Ksiąg Kazika i Kultu wiedziałem już od dawna. Momentem decydującym było spotkanie z młodym Kaziem Staszewskim, synem starszego Kazimierza Staszewskiego, na koncercie w katowickim Spodku.

– Kazio, masz książki ze sobą? – zagaiłem, bo jako fanatyk musiałem uzupełnić księgozbiór, chociaż co do Białej Księgi Kultu, Kazik mnie tonował w zakupie, bo doszły do księgi tylko opisy ostatnich dwóch płyt, a to co dołożone, można już było znaleźć w Teraz Rock.

– Mam Goomi. W hotelu.

– A gdzie śpicie?

– A tam, za rondem, w hotelu Katowice. Wpadnij jutro to ci dam.

– Jakie dam. Zakupię. – określiłem się, bo książki tanie nie były i nie chciałem młodego Kazika ciąć na koszty –
To do jutra, wpadnę przed śniadaniem.

Po sobotnich „spodkowych balach” czyli największym od lat koncercie Trasy Pomarańczowej, ruszyłem nie zarzyganymi chodnikami, spacerkiem do hotelu w którym bazę mieli moi serdeczni znajomi z KosmosKosmos, Kazio i Karolina.

– Czekam na dole. – przekazałem telefonicznie swoje położenie, będąc w holu hotelu Katowice.

Po chwili w moich rękach wylądowało kilka kilo słowa pisanego, pod postacią ogromnych ksiąg, na dodatek oprawionych na twardo. Kompendium wiedzy o Kulcie i projektach solowych Kazimierza Staszewskiego trafił w dobre ręce.

– To prezent Goomi. Nic nie płacisz. Naprawdę. To dla nas przyjemność. – usłyszałem.

– Dziękuję kochani. A jakby co to ja pomogę przy spotkaniu w Krakowie jakby ktoś chciał takie zrobić! – zgłosiłem gotowość w zamian za prezenty.

– Super. Będziemy w kontakcie!

I już po wyjściu z hotelu zacząłem knuć co i jak. Wszystko zgłosiłem bohaterowi ksiąg Kazimierzowi, żeby nie było. Ucieszył się i pobłogosławił pomysł.

Tak minął rok. A dokładniej z dziesięć miesięcy.
W międzyczasie spotkaliśmy się na Teneryfie, dokonaliśmy kilku wymian myśli internetowymi i telefonicznymi kanałami i nic z tego, w sprawie spotkań, nie wynikło. A to terminów nie było, a to Wokalista był poza Rzeczypospolitą, a to to, a to tamto.

W tym samym międzyczasie, a nawet dużo wcześniej, kilka albo i naście takich spotkań z pisarzami przeżyłem. A bo to człowiek nie zwierze i czasem coś tam przeczyta. Tak mam, że czytać lubiłem i lubię, a teraz mi się coś we łbie przestawiło to i pisać co nieco próbuję, tak dla hobbystycznego zabicia czasu. I dla wspomnień połapania.

Wieczorki autorskie ze Sławkiem, Zośką, Marcinem, Pawłem, Kazikiem, Leszkiem, Jarkiem i innymi piszącymi i opisywanymi, były przesympatycznie spędzonym czasem. Czytać fajne rzeczy, rozmawiać o fajnych rzeczach, poznać piszących fajne rzeczy, to cudowna odskocznia od szarości dnia codziennego. Taki miodek na torcie życia. Szkoda tylko, że doba nie ma czterdziestu ośmiu godzin. Można by wtedy pójść dalej i dalej i dalej i dalej…

Przy pierwszym spotkaniu literackim tak bardziej czynnie uczestniczyłem po napisaniu prze Jarka Dusia „Taty mimo woli”. Wszystko zaczęło się od telefonu.

– Cześć. Tu Kazik.

– Cześć co tam?

– Empik robi nam spotkanie. Mnie i Jarkowi. Zwracają za przejazdy a za noclegi nie. I pomyślałem, że może u ciebie moglibyśmy przenocować?

CO??? – oniemiałem wewnętrznie. Mój idol od młodego chce u mnie prze no co wać???

– No jasne. Nie ma sprawy panie Kaziku! – zameldowałem przeszczęśliwy.

– Fajnie. To bliżej terminu się odezwę.

W sumie to już raz odebrałem podobny telefon. Ale nie taki z noclegiem u mnie. Ale to był taki pierwszy i najważniejszy. Taki który każe ci się postawić w szeregu z napisem „Kolega Kazika”, z dumnie wypiętą piersią i głową w chmurach. Ale ty wiesz, że pokora, kurwa mać, tylko pokora każe ci nie oszaleć ze szczęścia.

Jakoś tak to było, w roku 2007. Od dwóch lat byłem już członkiem Kult Ochrony, od mniej więcej osiemnastu zagorzałym fanem,a od piętnastu fanatykiem. Do tego od ośmiu lat bliską zespołowi Kult i innym kazikowym formacją osobą.

Telefon zadzwonił wtedy naprawdę niespodziewanie.

– Cześć. Tu Kazik. Bo my byśmy z tego zaproszenia skorzystali. Tylko żeby był ten hotel na Kazimierzu.

– Jasne. A kiedy?

– Przyjedziemy w przyszły piątek. Do niedzieli.

– Znakomicie! Wszystko pozałatwiam i zorganizuję.

– Dobra. Zdzwonię bliżej przyjazdu.

To była, pamiętam jak dziś, najbardziej niespodziewanie niespodziewana rozmowa telefoniczna. Taka z serii: siedzi Pan? Nie? To niech Pan lepiej usiądzie!

Przebić ją mogła tylko rozmowa nocna, podczas której wokalista Kultu i innych odwołał nagranie się dla Wu-Hae na płytę. Ale o tym innym razem.

– Kaśka!!! – darłem się do słuchawki- Kaśka!!! A bo Kazik z Anią w piątek przyjadą do nas!!!

– Jezus Maria. Jak to do nas?! – zdziwienie u Notorycznej było nie małe.

– No do nas do Krakowa. Zapraszałem Kazika kiedyś tam, nawet mi to z głowy wypadło, no i on z tego zaproszenia chce skorzystać!!! Uwierzysz???

– No co ty… – nie wierzyła jeszcze.

– No. Ale jaja. Ale nie martw się. Hotel im ogarnę na Kazimierzu. Pozwiedzamy, posiedzimy. Będzie fajnie.

– Nie wierzę. – powiedziała dalej jakby kosmici z kosmosu nas mieli nawiedzić a nie znajomi z Warszawy.

Wszystko toczyło się jak w książce „Przygody Tomka szczęściarza” gdyby nie jedno ale. Ale ja miałem do piątku wieczorem być na szkoleniu z podłóg drewnianych za Poznaniem. Od czwartku rano do piątkowego popołudnia. Wybór był tylko jeden: spierdalam ze szkolenia, choćby nie wiem co.

Na szkoleniu dawałem z siebie wszystko. Leciałem poza obszary, za które bym się polecieć nie odważył. A wszystko to z powodu jutrzejszych odwiedzin. Byłem naładowany takimi emocjami, że o ja cię nie pierdolę. Działałem na naprawdę wysokich obrotach. Do tego stopnia, że postanowiłem sobie podróż powrotną zrobić jeszcze bardziej kolorową niżli zwykły powrót jakich tysiące za i przed nami.

Po pierwsze, zakupiłem sobie kuszetkę, bo miałem w planach rozerwać się przed podróżą lekko za pomocą sporej dawki alkoholu. Po drugie, z bankietu postanowiłem uciec trzy godziny wcześniej, bo w Poznaniu była kultowa knajpa Kultowa i postanowiłem o nią zahaczyć.

Plan realizowałem precyzyjnie. Bankiet był na poziomie. Wódka, wino, piwo, łyski. Dziewczyny i chłopaki. Dziewczyny wpadały chłopakom w oko i odwrotnie. Nawet ja wpadłem jakiejś pannie, ale będąc w związku narzeczeńskim i mając jechać do Krakowa bo „Ten Kazik” przyjedzie, nawet nie zareagowałem. Przez co zostałem uznany za pedała, bo jak tak można odmówić towarzystwa jej. Ja mogłem wszystko mała. Taki już ze mnie buc.

Na przed 22,00 zamówiłem sobie taksi i ładnie podlany przemieściłem się te kilkadziesiąt kilometrów do Poznania. Do Kultowej. A tam właściciele-przyjaciele jeńców nie brali i poprosiłem tylko, że jeśli nie dam rady z powodów nadużycia płynów różnych dotrzeć na dworzec, to ich patriotycznym kultowym obowiązkiem jest wrzucić mnie do składu, kierunek Kraków i poprosić o zmartwychwstanie na Dworcu Głównym. Jednak rutyna i przeogromne doświadczenie w spożywaniu, nabyte w młodości, pozwoliły mi samodzielnie wykonać te nieskomplikowane czynności, jakimi jest samodzielna podróż trzydziesto czterolatka przez pół Polski.

W domu wylądowałem na dużym skacowaniu o świcie. A w południe odbierałem już Anię i Kazika. Jak to Tomasze mają w strukturze od czasów tego niewiernego imiennika, wtedy uwierzyłem, że to wszystko jest prawdą a nie snem.

W drodze do hotelu ustaliliśmy plan. Do wieczora praca w podgrupach i wieczorem kolacja na Kazimierzu i co dalej to się zobaczy. Sobota Stare Miasto, niedziela Nowa Huta.

Zaczęliśmy od kolacji na Szerokiej. Kasia akurat zakończyła pracę i mogliśmy biesiadować w komplecie. Po kolacji spacerując to tu to tam, dotarliśmy pod Habanę, którą prowadziła znajoma Kazimierza. Utknęliśmy tam jak auta w korku, a że hotel był za rogiem, nie żałowaliśmy żołądkowej gorzkiej. Było cudownie.

Drugi dzień zwiedzania zaczęliśmy od naszego krakowskiego Rynku i po kawie na jego północnej ścianie, zanurzyliśmy się w mało uczęszczane uliczki, liznęliśmy Plant i ruszyliśmy nad Wisłę. Spacer się lekko komplikował. W końcu przechadzkę urządził sobie, znany ze wszystkich środków przekazu, artysta. Nawet zakupiona czapka niewiele zmieniła i co jakiś czas Kabura Stachura musiał pozować, odpowiadać czy coś podpisać. Mnie najbardziej zaskoczył chłopiec, który całował swoje dziewczę na plantowej ławeczce z otwartymi, ba z coraz bardziej otwierającymi się oczami, by po chwili porzucić obiekt miłości i całuśności i polecieć za artystą krzycząc:

– Kazik! To naprawdę ty?!

Tak to był naprawdę ON.

Obiad zjedliśmy na barce u brzegów Wawelu. W towarzystwie naszego przyjaciela Leszka, który to pierwszy napisał o Kulcie. Kulcie Kazika. Reszta dnia minęła nam leniwie na spacerach ku Kazimierzowi. Oczywiście dzielnicy. Wieczór spędzaliśmy w rodzinnych podgrupach, żeby nabrać siły przed obowiązkową wycieczką po Hucie i nieuchronnym powrotem naszych gości do stolicy.

Niedziela siadła znakomicie. Z dłuższym popasem w 1945 Club, czołgiem na Górali i kopcem Wandy. Resztę zrobiliśmy objazdowo, rzucając okiem na starą Nową Hutę z okien samochodu. Obiad na Kazimierzu, odjazd z Centralnego i wypełniło się. Albo stało się to co miało się stać, jeśli ktoś by umiał sobie takie coś wymyślić.

Bliżej terminu spotkania w Bonarce w sprawie „Taty mimo woli” wiedziałem już że:

– będzie Kazo, Jaro i Lucek.

– nocleg zrobimy, w wolnym w okresie wiosenno letnim, mieszkaniu moich rodziców, żeby było przestronniej.

– zaczynają się mistrzostwa świata 2014 i zobaczymy mecz na inaugurację tegoż wydarzenia.

Punktem spotkania ustaliłem sklep teleskopy kropka peel. Do czternastej miałem szychtę, a na nasze krakowskie: zmianę. Ekipa zajechała przed czasem, pooglądała co mamy w salonie, poczytała prasę, i o czternastej z minutami siedzieliśmy już na rynku w nieodżałowanej Miss Golonko, który to lokal był moim i Kazika miejscem popasów kulinarnych przy okazji wizyt koncertowych w naszym mieście.

Pojedzeni wylądowaliśmy w bazie noclegowej na osiedlu Kościuszkowskim. Pod samymi drzwiami napotkaliśmy problem nie lada. Miałem kłopot z ich otwarciem, a wokalista zespołów młodzieżowych i nie tylko potrzebował pilnie toalety. Ponieważ grzebanie w zamkach nic nie dawało, poleciałem do sąsiadki, Pani Lidki, na szóste. Z drugiego to kawałek, więc nie tyle pobiegłem, co po prostu skorzystałem z windy. Miałem nadzieję, że ona ma klucze kompletne, bo mnie jednego brakowało i stąd mogłem mieć problem ze sforsowaniem drzwi. Niestety nie było jej, a mnie zamajaczyła twarz kolegi, który musiał natychmiast być w łazience. Biegłem po schodach na dół obmyślając plan awaryjny, kiedy zatrzymałem się przed otwartymi na oścież drzwiami do mieszkania moich rodziców.

Kurwa mać. Wywarzania nie brałem pod uwagę, ale skoro tak trzeba było, to trzeba było i już. W końcu jest z nami prokurator! – myślałem sobie i wlazłem do środka. A tam w najlepszej komitywie lekarz, prokurator w stanie spoczynku i mój brat dyskutowali o wszystkim i niczym, a Mistrz korzystał w najlepsze w zaciszu toalety, w bloku z wielkiej płyty z lat siedemdziesiątych. Po liftingu.

Na spotkaniu zająłem się czynnie usprawnianiem kolejki do podpisów i zdjęć, fotografowałem i dbałem o sprawną przepustowość chętnych do zbliżenia z bohaterami spotkania. Potem dla relaksu udaliśmy się na Plac Szczepański, odwiedziliśmy Bombę i Sławka który był albo i go nie było i poszliśmy na miejsce noclegu. Ponieważ nie chciałem zostawiać kolegów samych, postanowiłem zostać z nimi. Obejrzeliśmy mecz otwarcia w całkowitej abstynencji, bo koledzy towarzyszyli wokaliście Kultu w mocnym postanowieniu niepicia. Co prawda niewiele brakło, a wszystko mogło lec w gruzach na widok zawartości barku moich kochanych rodziców. W końcu goście moi nie pili jednak, a ja ponieważ nic nikomu nie obiecywałem, strzeliłem kilka piw. Kasia zrobiła kolację, wpadła mama kolegi Tomka i było miło.

Po wszystkim poszliśmy spać w konfiguracji: wokalista i lekarz razem w mały, zwanym też, odkąd się z bratem wyprowadziliśmy, sypialnią, a gospodarz ( czyli ja) i prokurator w stanie spoczynku i pisarz w jednym, w pokoju dużym. A łóżka były małżeńskie. Co bliskim kolego nie wadzi. Bo jak? Dzień zaczęliśmy skoro świt. Nie mogliśmy się nagadać. Tym bardziej, że Lucek musiał koło ósmej lecieć na Śląsk.
Koło południa odwiozłem kolegów na dworzec i pierwsze czynne uczestnictwo w spotkaniu literackim miałem za sobą.

A kiedy te dziesięć miesięcy od wydania „Białych Ksiąg” minęły, zaczęło się co nieco klarować. Przypomniałem się wydawcom i artyście i połapaliśmy termin. Na dzień po koncercie zespołu Kult w Krakowie. Na dodatek czas ten pasował też autorowi tego co zostało spisane, Wiesławowi Weissowi. Teraz wszystko leżało po mojej organizacyjnej stronie.

Postanowiłem upiec trochę dobra na jednym ogniu i po głębokich przemyśleniach, postanowiłem w ciągu jednego popołudnia zrobić dwa spotkania. U dobrych znajomych. W Nowej hucie w Klubie B1, co miało być takim ukłonem w stronę Nowej Huty i promocją nowej miejscówki na naszym lokalnym firmamencie, oraz w zaprzyjaźnionym od dłuższego czasu z moją osobą Pięknym Psie. Lokale wielkościowo były idealne na takie spotkania.

Przekazałem pomysł Mistrzowi. Z godzinową rozpiską, tu tyle a tu tyle, żeby nie za długo i nie za męcząco było. Wysłałem też w wiadomości propozycję prowadzącego. Leszka, Łukasza, Mateusza i jako głęboką rezerwę siebie. Mistrz postawił na rezerwę i napisał: Dasz radę.

Ba! Jak to dasz radę? Ja? Jak? Wystraszyłem się nie lada. Kilka pierwszych nocy po wybraniu mnie na prowadzącego miałem z pobudkami. Śniły mi się pytania. Wstawałem i je zapisywałem. Na dodatek musiałem odświeżyć sobie białą księgę o Kaziku, poszukać smaczków. Im było bliżej, tym stres stawał się coraz większy.

„ I zwróć uwagę by było tyle samo pytań do mnie i do Weissa” – przyszedł kolejny esemes. Poprzeczka szybowała wyżej i wyżej. Ale miałem duże ambicje. Nie strach nie błąd, nie krzyk. Pracowałem bez usterek. Do tego byliśmy w trasie, spędzaliśmy wspólnie dużo czasu, pytania rodziły się same przy każdej okazji. Koncertu, wspólnych wizyt u znajomych, wszędzie. Ale o co pytać Wiesława, żeby utrzymać remis w spotkaniu literackim? Tu walka była bardziej skomplikowana. Pytań szukałem
w książkach, sieci i w codzienności.

Kiedy wszystko było już połapane na cacy, dotarła dostawa z drukarni pod postacią kilkudziesięciu kilogramów pachnących książek, wielki Poeta z Delty Dietla zaprosił po spotkaniu na wódkę, a tylko ja z tymi pytaniami jeszcze lekko kulałem, 1 listopada zadzwonił telefon. Niestety. Teściowa Kazimierza a mama Ani, która od dłuższego czasu walczyła o każdy dzień życia, odeszła.
To skomplikowało sytuację spotkań literackich i na szybko postanowiliśmy je przenieść na inny czas. Na jaki, mieliśmy zadecydować lada dzień. I lada dzień zadecydowaliśmy, że zrobimy to za równy tydzień, też w poniedziałek, przed wtorkowym koncertem Kazik i Zdunek Ansambl. Ulżyło mnie i znajomym z klubów, które udostępniły mi lokale na spotkanie. I tym wszystkim, którzy na te spotkania czekali.

Żeby jednak nie było za lekko, na cztery dni przed drugim terminem spotkań, odwołaliśmy wspólnie z Galicją i menedżmentem Kazika koncert Ansamblu. Kraków nie stanął na wysokości zadania i przedsprzedaż wypadła fatalnie. Nie było wyjścia. Niestety. Tak to jest jak robisz za swoje. Bałem się, że w takiej sytuacji, przyjazd do Krakowa na same spotkania nie zmobilizuje Mistrza.

Myliłem się. Po drugim koncercie Wieszcz zwołał naradę.

– Słuchajcie uważnie. – usłyszałem z Piotrkiem menadżerem – Pojadę pociągiem. Nie autem. Bez Ani. Piotrek. Kup mi, bo mam remont i nie mam teraz internetu bilet. Żebym był w Krakowie w poniedziałek na 15.00 i powrót żeby był rano. Tak o 9.00 mniej więcej. A ty – teraz patrzył na mnie- dzwoń do Weissa i zapytaj czy jedzie ze mną. Bo on lubi sobie pospać i nie wiem czy mu będzie tak rano pasowało. Jasne?

– Jasne. – potwierdziliśmy jednocześnie. Ja i Piotrek.

– Na pewno? Ty kup bilety a ty dzwoń. Tak?

– No tak. Ja kupuję a ty dzwoń. Ty dzwoń a ja kupuję. – Piotrek zaczął sobie robić jaja.

– Ale zrozumiałeś? Ja dzwonię a ty kupuj! – lubię jego żarty i nie trzeba było mnie namawiać żeby w nich uczestniczyć.

– To dzwoń, ja kupuję ale dzwoń. Ty. – i tak to szło.

Zadzwoniłem i dodzwoniłem się koło południa dnia następnego do Wiesława. Piotrek bilety na wspólną podróż zakupił i do realizacji spotkania pozostała tylko udana podróż do Krakowa. Tak też się stało.

Pierwsze spotkanie mieliśmy o godzinie 17.00 na osiedlu Centrum B w Klubie Nowa Huta B1. Zabrałem załogę wcześniej. W końcu mieliśmy dwa spotkania i należało coś przekąsić przed. Wybrałem najstarszy lokal nowohucki, w którym czuć początki naszej dzielnicy, Stylową. I tatara do spróbowania bo to i kultowa potrawa dla tego lokalu i obaj z Kazikiem jesteśmy miłośnikami tego rodzaju jedzenia. Wiesiek poszedł w pierogi. I też mu smakowało. Znając swojego Idola całkiem nieźle, wiedziałem po pięciu minutach, że strzeliłem w dziesiątkę. Spodobało się. I to bardzo.

– Następnym razem jak będę w Krakowie to tu wrócimy.
Dobrze?

Dobrze, dobrze. Bo tatar lubi moc a tej wtedy zażyć nie mogliśmy.

Samo spotkanie u Państwa Lendów wypadło wspaniale. Lekko, wesoło, rodzinnie. Kto nie był, ten niech poszuka w sieci. Warto!
Po wszystkim ruszyliśmy na Kazimierz. Przed czasem zameldowaliśmy się w Psie Pięknym u Maćka Prusa i nieocenionego Daniela. Tam lejce zaczęły mi ulegać popuszczeniu i strzeliłem piwo. Może i dwa. Ale im bliżej spotkania tym włosy na głowie i brodzie zaczęły mi siwieć z tremy. W końcu pytania do Wieśka skurczyły mi się strasznie, do poziomu 1 na 2. A do tego na trybunach zasiedli profesjonaliści. Leszek i Mateusz.

Pot oblewał mnie strumieniami. Walczyłem ile fabryka dała. Widziałem zmęczenie na twarzy moich gości i już wiedziałem, że dwa spotkania to jednak za dużo. Ale stawaliśmy, mam nadzieję dzielnie i lipy nie było. Zwłaszcza po mojej stronie. Po wszystkim, czyli po gadaniu, podpisywaniu, fotografowaniu i innych, można było dać na luz. Luz był jak trzeba.

– Jasiu. A z kim to byłeś na biegunach? Z Kukuczką? – Kazik wypalił w stronę Jasia Meli, który też nas odwiedził.

– Taa. Z Kukuczką. Chciałbym. Z Kamińskim. Bo Kukuczka już niestety nie żył.

Było przemiło. Luz i małe alko robiły swoje. Miejsce obiadokolacji zaproponowała Notoryczna Kasia Narzeczona.
– Karakter. Na Brzozowej. Marsz.

Trafiła w sam środek naszych żołądków. I znowu kulinarnie byliśmy na szczycie. A to takie nasze małe hobby. Dobre jedzenie. Dobre towarzystwo. Dobry czas.

I to by było na tyle. Nie strach, nie błąd, nie krzyk. Pracujesz bez usterek!
Czego Wam i sobie w granicach zdrowego rozsądku życzę.

2. Natalia w Brooklynie.

2. Natalia w Brooklynie.

 

Jeśli napisałem w rozdziale wcześniejszym, że wiek XXI rozpoczął się dla mnie nieszczególnie, to okres ten dotyczył co najwyżej kilku, czy kilkunastu dni. Po czym wszystko, jak to u mnie bywa najczęściej, ruszyło ostro z kopyta. A najwspanialsze dla mnie zrodziło się już w drugiej połowie roku 2000, prosto z Dupy. Ukochanej i umiłowanej do granic możliwości Dupy. El.

 

Ta historia zaczyna się na JFK
Zanim mnie posłuchasz na razie się nie śmiej.
Żenujące przesłuchanie przez robota z ambasady
W Łomży nie ma teraz żadnej roboty.

Na Greenpoincie jest już siostra i kilka koleżanek
Trochę jej pomogą, bo trudno jest samej
Zdobyć pracę na samym początku
Potem wszystko wraca do porządku.

Najpierw popatrz proszę tu jest Naszoł Avenue
Niedaleko stąd, w dwupiętrowym domu
Mieszka Łukasz Bułka z Nowego Dziennika
Tu jest jak w domu, chociaż to Ameryka.

Pierwszą pracę miała w restauracji na Bronxie
Bała się wracać po nocy pociągiem.
Poza tym łapał ją za pupę szef, jak to u Włochów
Znalazła coś innego, rzuciła ją bez żalu.

O! Greenpoint, Greenpoint jest wielki na wieki
Największa atrakcja światowej turystyki
Turyści tu spędzają przeciętnie osiem lat
Mimo, że jeszcze gdzieś indziej jest piękny
świat.

Maspeth na Quinsie, albo cuda na Jackowie
Też jest cudownie, i tego mi nie powiesz
Ale ona jednak na to miejsce trafiła
I tutaj chyba będzie żyła.

Natalia, Natalia, Natalia w Bruklinie
Ona nigdy, nigdy w naszej pamięci nie zginie.
O tak, o tak!
O! Natalia, Natalia, Natalia w Bruklinie
Ona nigdy, nigdy w naszej pamięci nie zginie.*

*( El Dupa „Natalia w Brooklynie część 1”)

 

Jak ja to usłyszałem w Antyradio, po prostu i po ludzku zwariowałem na całego. To było to. Przecież może i na Brooklynie gdzieś pracował mój brat, może znał Natalię i Grinpoint zwiedził i na Naszoł Awenju był. Kawałek który rozpierdolił mnie po całości. Był i jest znakomity i do tego siadł mi w tęsknocie, którą czułem do brata będącego gdzieś tam w Nowym Jorku, za wielką wodą. Aż mnie ciary do teraz przechodzą.

Brat jako pracownik Zakładów Tytoniowych imieniem „Raka Płuc” dostał wizę do USA i korzystając z obecności w Ameryce naszego sąsiada , pana Jurka, ruszył po dolary. Jak wracał, pomieszkiwaliśmy razem i razem mieliśmy moc przygód a najbardziej zapamiętałem tę:

Rodzice nie skąpili. Mieszkanie na osiedlu Oświecenia doposażyli mi  w garaż oddalony o dwie klatki o mojego wejścia. Do tego mogłem korzystać z Seata Cordoby koloru zielonego często i gęsto, czego nie nadużywałem za bardzo, bo wolałem nadużywać piwo, a te nadużycia nie szły niestety w parze. Z auta korzystał za to chętnie brat, jak wracał na ojczyzny łono, na tę Hutę naszą kwieciem umajoną  rozmaitem, posrebrzaną siwizną, pozłacaną żytem.

Stop. Poniosło mnie.

Pojazd rodziców parkowaliśmy więc w moim garażu. Jednego popołudnia brat zawiózł rodziców do cioci Ireny na Piaski i wrócił do naszego gniazda. Miał wrócić po rodziców około 23,00, więc zostawił auto pod garażem, zaniechując wjazd autem do środka. Ja też wróciłem na chatę po swoim siatkarskim meczu, a że w niedzielę nie graliśmy, to kupiłem sobie kilka puszek piwa dla uzyskania relaksu i regeneracji. Wieczorem zasiedliśmy przed odbiornikiem TV i oddaliśmy się we władanie polskiej ekstraklasie, której fanatykami jesteśmy, niestety, po dziś dzień.

Gdzieś w przerwie oglądanego meczu, od strony północnego balkonu, a mój lokal ma dwa balkony, a tak naprawdę balkoniki, usłyszeliśmy krzyki jak pod Grunwaldem. Poszliśmy popatrzeć. Pijąc piwo spoglądałem z piątego piętra na dwie ganiające się, kilkudziesięcioosobowe grupy. Na moim osiedlu mieszkali kibice piłkarscy, których nazywano „Żydami” a na osiedlu obok mieszkali kibice o wdzięcznej nazwie „Psy”. No i te „Psy” goniły „Żydów” a „Żydy” „Psów”. Ponieważ byłem podpity a do tego miałem i mam inklinacje do bycia „sygnalistą” postanowiłem zareagować, zanim będzie za późno.

997

– Halo, komenda miejska Policji w Krakowie.

– Dzień dobry. Na osiedlu Oświecenia ganiają się dwie bandy bandytów z kijami.

– I co z tego?

– Gówno. Dzwonię za nim nie będzie za późno. Niech pan zadysponuje radiowóz na sygnale i ich pogoni. Tyle.

– Bo co? Nie będzie mi pan rozkazywał. Piiiiiiii – piiies się rozłączył.

Trudno, pomyślałem i wróciliśmy z bratem unurzać się w rozkoszy polskiego futbolu. I nawet zaczął padać ulewnie deszcz, jakby z żalu, że to oglądamy. Około 22.00 brat wyszedł, żeby pojechać po rodziców. Jak szybko wyszedł, tak jeszcze szybciej wrócił. Ponieważ byłem już po sześciu piwach, to nie czułem zbyt precyzyjnie czasu i myślałem, że już miasto objechał. Nie objechał.

– Stary! Ale kurwa jaja. Szybę nam w aucie wybili!

– Co ty pierdolisz? Kiedy? – przeraziłem się nie na żarty, bo auto było nowe,  trzyletnie, salonowe, zielone a do tego nie poważałem wandalizmu ani trochę.

– Nie wiem. Chyba przed chwilą. Radiowóz jest pod blokiem, leje jak cholera, pozalewa ludziom auta. Chodź.

Wybiegliśmy przed blok od strony garaży, bo mój blok ma dwie strony jak każdy blok, ale dwa wyjścia jak nie każdy blok. Lało jak z cebra. Widok był makabryczny. Kilkanaście aut miało wybite tylne szyb i woda wlewała się do ich wnętrz. Gdzieś w tej ulewie trzy metry przed naszym autem stał radiowóz.

– Ja popatrzę które auta znam i pójdę do sąsiadów, a ty idź pogadaj z policją czy możemy wjechać do garażu – Jacek zarządził sprawnie.

O! To była misja dla mnie. Dyplomata to przecież moje drugie imię.

Nucąc pod nosem:

„Хоп со слишком песня интересна,
Вoт сo всем успехом всё известна,
Расскажу я вам ребята, свою дельность дипломата,
Вoт какие были там дела.”*

*(Kult, „Dyplomata”)

Pobiegłem do poloneza. No do auta nie do tańca. Otwarłem drzwi tylne, dygnąłem skromnie i moknąc w ulewie grzbietem, bo łeb wsadziłem do pojazdu, zapytałem tak:

– Dzień dobry. Czy możemy wjechać do garażu? O tutaj stoi nasze auto. Zalewa nas – powiedziałem i wskazałem na Seacika z robitą szybą.

– Nie – burknął gość na tylnym fotelu – Jedź dalej – zakomenderował kierowcy i odjechali na koniec bloku.

Stałem więc samotnie jak ten cieć, lało po mnie jak po burej suce i na dodatek auto dalej zalewał deszcz a mnie było jeszcze gorzej, bo zalewała mnie gorąca jak lawa krew.

Podbiegłem za policyjnym autem jak łania. Skocznie i niezwykle dynamicznie. Łącząc bieg z niespotykaną gdziekolwiek w Hucie gracją. Byłem gotowy do walki ze całym złem tego świata. Szarpnąłem tym razem za drzwi z przodu, od strony  pasażera i bardzo grzecznie zapytałem:

– Panowie, kurwa wasza mać! Co wy odpierdalacie? Auto mi zalewa.

– Proszę odejść. Wiemy co robimy – powiedział pasażer, który tak jak i kierowca ubrany był w mundur burka, czyli policjanta niższego szczebla.

– Gówno wiecie. Macie spisać protokół z naszego auta bo my z bratem jesteśmy i nie ma tu kurwa nikogo więcej. NIKOGO! – wykrzyczałem i piredolnąłem  drzwiami z impetem. Chociaż w sumie polonezy tak się zamykało, więc mogło to nie zostać odebrane jako niegrzeczność z mojej strony.

Brat zlokalizował jednego sąsiada, Rafała, ten drugiego i informacja o nieszczęściu poszła w blok. My staliśmy dwie minuty pod otwartym garażem i brat mnie rugał.

– Po co się drzesz? Jeszcze pijany. Uspokój się.

– Co kurwa uspokój – wyciszałem się – co kurwa uspokój?

Polonez wycofał w nasz rejon. Dopadłem do niego ponownie. Teraz znowu szarpnąłem za drzwi tylne. Wsadziłem głowę do środka i oniemiałem. Może ja byłem pijany ale pies cywil też! Co za zbieg okoliczności. Swój swego zawsze wywącha. Zostawiłem go i dawaj do mundurowych, jak najlepszy donosiciel.

– Wasz kolega jest pijany! Proszę dać alkomat. On jest pijany.  Alkomat! Już!

Cisza. Cisza jak makiem zasiał zapanowała, a tylko krople deszczu stukające w dach policyjnego poloneza przypominały nam o szarej nowohuckiej rzeczywistości. Zostawiłem ich więc w tej deszczowej ciszy i wróciłem do brata.

– Mamy czekać. Ale ten koleś z tyłu, ten bez munduru, jest pijany.

– Jak pijany? Ty jesteś pijany.

– On też – powiedziałem a z poloneza, prawie polonezem, na miękkich nogach przypłynął funkcjonariusz.

– Proszę wjechać do środka– zadysponował nareszcie coś przełomowego.

– Mogę usiąść? – zapytał i usiadł w szybich potłuczynach naszego auta.

– Panowie. Przepraszam. Jestem cywilnym pracownikiem policji. Byłem na urodzinach żony, kiedy mnie wezwano. Wypiłem trochę, przyjechał radiowóz i mnie tutaj przywieźli. Robię protokół. Nie powinno mnie tutaj być, ale nikt poza mną nie odebrał ani nie zgłosił się do pracy.

– To dlaczego nie podjechałeś najpierw do nas jak prosiłem? – zapytałem.

– Nie wiem. Przepraszam.

– Ja też przepraszam. Zróbmy swoje i idziemy do domu.

Zrobiliśmy. A kiedy skończyliśmy, policji na osiedlu było jak psów w schronisku. Zjechali się z całego miasta. Kilka godzin za późno.

Kilka tygodni później chciano zaprosić brata do białego domku na przesłuchanie w sprawie samochodowej. Brat ich wyśmiał i dał namiar na mnie. Polazłem i okazało się, że cywilnego pałkera chcą zwolnić i ja miałem napisać na niego donos. To napisałem. Przy samej pani komendant. Donos na krakowską policję. Za wszystko.

 

Jesień jak to jesień. Przełom. Coraz ciemniej, zimniej. Szaro buro i ponuro. A w moje życie, właśnie wlała się nadzieja. Nadzieja na wspólne życie z kimś.

– Drrryn. Drrryn. – dryndolił telefon to odebrałem – Halo?

– Tu mama. Dzwoniła Kaśka, dałam jej twój numer.

– Jaka Kaśka? – zapytałem, bo osiemdziesiąt jeden procent moich byłych dziewcząt to były Kaśki.

– No TA.

– TA? No co ty? Co chciała? – oniemiałem. Bo TA Kaśka mnie zostawiła i wyszła za innego precz.

– Przecież ci mówię. Telefon chciała to jej dałam. Nie wiedziała, że już u nas nie mieszkasz.

– Dobra. Dzięki.

Osłupiałem. Oniemiałem. Oszalałem. I w takich stanach czekałem aż zadzwoni. Zadzwoniła. Przyszła. I za jakiś czas została. Do dziś.

Notoryczna narzeczona.

 

Ale zanim została, żyłem jeszcze przez pół roku jak pyłek na wietrze, jak pączek w maśle, jak mucha na gów… Stop.

Żyłem se spoko.

W internetach wyczytałem, że moja nowa miłość muzyczna El Dupsko, z Kazimierzem, a jakże, Staszewskim aka Kabura Stachura, zagra w Zakopanem. Nie mogło mnie zabraknąć. Urwałem się więc z roboty dwie godziny przed końcem, obiecując wszystkim, że jutro na dziesiątą wrócę. W jakimkolwiek stanie, ale wrócę.

Na dworcu zakupiłem bilet, chyba na Szwagropol i już przy wsiadaniu czekała mnie miła niespodzianka, bo powoził autobusem jakiś znajomy kierowca. Miejscówkę miałem z tego powodu leżącą. Na rano z powrotem, czyli do domu, od piątej rano miała też na mnie czekać. Wszystko układało się więc per fe kcy jnie!

Do klubu miałem siedem minut, doszedłem w trzy.

– Bilet poproszę – w kasjerze poznałem Pewusa.

– 200 złotych – wypalił.

Jaki dwieście? Bilety miały być po złotych piętnaście i nagle zrobiły się po dwieście? Świat oszalał. Może to przez halny,  pomyślałem.

– Żartowałem! – Piotrek wstał dynamicznie, wyściskał mnie i wpuścił, być mogło, że i za free.

Podczas tej magicznej nocy poznałem Yrego. Doktora przekochanego, twórcę mojej Dupy El kochanej. Z Kaburą zamknąłem Pstrąga, siedząc i dyskutując przy barze, o wszystkim mniej lub bardziej istotnym, do czwartej rano, po czym z pieśnią na ustach wróciłem z zaprzyjaźnionym kierowcą do Krakowa.

Ależ chciało się żyć! Ależ chciało się żyć! Jak zawsze!

1. Ligowa i nie tylko. Cofka.

1. Ligowa i nie tylko. Cofka.

 

Wiek XXI rozpoczął się dla mnie niespecjalnie specjalnie. Raz, że nie pamiętam gdzie spędziłem sylwestra, tak, tego niezwykle ważnego, jak mi się wydawało sylwestra. Dwa. Miała być katastrofa informatyczna, a jej nie było, nic a nic, co w sumie wyszło mi na zdrowie, bo mieszkałem na swoim i w tym okresie jakiekolwiek katastrofy były mi nie na miejscu. Trzy. Mieszkałem na swoim i musiałem się samodzielnie utrzymywać, co spowodowało ograniczenie do minimum wszelkiego rodzaju rozrywek, poza koncertami oczywiście, a to spowodowało, że do siatkówki zacząłem podchodzić bardziej na serio. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ale to na serio to było bardziej w stronę na trzeźwo, bo na serio to było zawsze, ale i na pijano, nie raz i nie dwa, się niestety zdarzyło.

Poza tym na dziesiątą dymałem na drugi koniec Krakowa, na ulicę Dauna do roboty, a po robocie pędziłem na kolejny koniec miasta, do Bronowic, na trening i wracałem na trzeci koniec miasta, do domu, na osiedle Oświecenia.  Wyjebany byłem po takim dniu nieźle. Ale na duchu podtrzymywało mnie to, że w domu czekała na mnie obiadokolacja, którą samodzielnie musiałem sobie zrobić. Więc w sumie nie czekała, ale precyzyjniej rzecz ujmując, była w planach. Pieniędzy za dużo w moim gospodarstwie domowym nie było, bo w Wawelu graliśmy za damski chuj, co już nie raz podkreślałem, więc jedzenie na mieście odpadało, do mamy już siły podejść nie miałem, więc gotowałem sobie sam.

Dzięki temu przybrałem na masie kilka kilo i z chłopca zrobiłem się tłuścioszkiem. Nie takim jak teraz, ale +6 kilo, no dobra, może +8, w siatkówce robi różnicę i to sporą. Nigdy nie skakałem wysoko, więc teraz było jeszcze gorzej. Za to poczułem się lepiej jako człowiek i nie zawracałem sobie głowy takimi pierdołami jak skoczność czy dynamika. Ważniejsza była moja kuchnia. Chciałbym napisać molekularna, ale takiej wtedy nie znano. To może zbilansowana? No ni chuja. Też ją odkryłem niedawno i jeszcze nie zastosowałem do końca, pomimo podagry. Zrównoważona? Zdrowa? Wegańska? Nie. Nie. Nie.

Swojska! Tak, moja kuchnia była swojska i nieskomplikowana. Najczęściej w jej skład wchodziły:  frytki (dużo!), pół kurczaka (ograniczałem się, dlatego tylko pół) i sześć piw (nawodnienie!). Wszystko przygotowywałem szybko, bo w kuchni miałem piekarnik, u Potasa w robocie kupiłem frytkownicę w dobrej cenie, a piwo brałem ze sklepu. Byłem królem życia! Naprawdę.

Czasami moje menu wzbogacały kotlety schabowe, szynki pieczone i inne (schab i inne mięsiwa dostawałem z Leszczyny od dziadka Mariana i wujka Staszka, zdrowe i ekologiczne!).  Kiedy pomieszkiwał ze mną brat, który akurat nie tyrał w USA, jedliśmy jakieś dziwne, ale smaczne kotlety mielone z grubo siekanych piersi kurczaka. I piwo. Koniecznie. Dla nawodnienia.

Tak upasiony mogłem brać się z życiem zawodowym i sportowym za bary, z czego wniknął awans sportowy Wawelu Kraków do I ligi Serii B. Niespodziewany, nieoczekiwany, zaskakujący, sensacyjny i jakby go nie nazywać, zrobiony w ośmioosobowym składzie plus trener. I ten awans jak to każdy awans, niósł nadzieje i niepewność.

Ale najpierw była radość. W klubie zorganizowano nam bankiet na bogatości. Stoły uginały się od jedzenia, butelki różnorakich napitków uśmiechały się do nas kusząco, przyprawiając nas o ból głowy bo reprezentowały te napitki wszystkie kalibry. Od piwa beczkowego, butelkowanego, wina, wódki po whiskey. Jak na ludzi sukcesu przystało, zanim rzuciliśmy wszytki siły na zastawione stoły, wysłuchaliśmy przemówień wszystkich możnych gości. Od prezesa klubu, sekcji, hali, magazynku sportowego do trenera. Jako zasłużonemu zawodnikowi, klub ufundował mi taki plastikowy rozdrabniacz do orzechów. Mama się bardzo ucieszyła, ja raczej średnio, bo klub wisiał mi sporo kasy a wartość tego suweniru ni jak nie przystawała do wartości zaległości.

Ale chuj tam. Postanowiłem się bawić na całego. Rzuciłem się na stół z jedzeniem jakby miało mi zabraknąć. Napakowałem sobie szynki, schabu pieczonego, salcesonu i kiełbasy. Ledwo dotaszczyłem to do stołu. A jak usiadłem, to dostałem plaskacza w kark.

– Pojebało cię? – w ten ojcowski sposób próbował do mnie dotrzeć Bobi – Co ty kurwa jesz? Idź to odnieś i weź sobie ŁOSOSIA! Wiesz jak wygląda łosoś?

– Tak. Nie wiem. To ryba, no nie?

– Ryba. A co? Przecież nie świnia. To najzdrowsze jedzenie jakie tu jest. Złoto mórz i oceanów – coś w ten deseń mi powiedział i już nie miałem szansy się nawpierdalać po swojemu. Tym bardziej, że siedzieliśmy koło siebie i Robo, żebym nie zawalił sprawy poszedł pokazać mi tego łososia i pilnował, aż nałożę sobie kopiato.

Miał rację. Łosoś wyszedł pierwszy. Potem się najebaliśmy i kolejnych miejsc odnośnie wyjścia nie pamiętam.  Raczej byliśmy z Bobim i kolegami z drużyny na szarym końcu wychodzących.

 

*

 

Okres roztrenowania i zobowiązań kontraktowych, które obowiązywały tylko w jedną stronę, miał kres z końcem czerwca albo maja. W tym czasie prezes sekcji Adamu z trenerem Riszardem knuli. Knuli co to by chcieli mieć a na co było ich stać. Mieliśmy się wzmocnić znacznie, bo nie dość, że było nas mało, to do tego na grę poziom wyżej byliśmy w tym składzie węgla i papy, podobno, za ciency. Myślałem też, ze skład nam się nie uszczupli, a co najwyżej dołożą nam ze dwa konie, dwa kucyki i będziemy ten wózek ciągnąć pod górę razem. Nie wszyscy jednak tak myśleli.

– Trenerze, kiedy będą wypłacone zaległości? Mieszkanie urządzam, Jarek chce pralkę zmienić a Potas ma kolejne dziecko – jak już, to walczyłem o siano dla wszystkich.

– Tomuś, będzie. Naprawdę. Prezes jest po rozmowach ze sponsorami i jest nadzieja. Najpierw zaległości a potem jedziemy dalej.

– Nadzieja to jest od początku sezonu. Zrobiliśmy wam wynik jakiego nikt się nie spodziewał, macie argumenty a my chcemy tylko kasy za robotę. Rysiu, weź bądź z nami.

I Rysiu był. Był z nami, z prezesem ze wszystkimi. Ale nasze drogi nie szły tym samym torem. Najpierw zaczęto kontraktować nowych. Potem wypłacać kasę zaległą tym, którzy mieli zostać na kolejny sezon, a na szarym końcu zostaliśmy my. Czyli  ja i Potas.

– Chłopaki, trzeba się zastanowić co z wami. Wiecie, to pierwsza liga, nie przelewki. Trzeba trenować dwa razy dziennie. A wy macie przecież pracę.

– Super. To trenujcie. Ja z pracy nie zrezygnuję, jeszcze mnie nie pojebało.  Gdzie kasa za ten sezon? Tak jak za trzy poprzednie zostanie tylko na papierze? Nie róbcie jaj – zaczynałem się niecierpliwić a precyzyjniej rzecz biorąc, zdrowo wkurwiać.

– No nie, co wy. Na jakim papierze. Ale na razie nie mamy. To co będziecie trenować dwa razy dziennie?

I takim to sposobem okazało się, że jesteśmy, a ja na pewno, bo nie miałem tego efektownego pierdolnięcia przy ataku, za chujowi na reprezentowanie WKS Wawel w I lidze w Serii B. Oczywiście, znając dobrze prozę życia, z pracy zrezygnować nie mogłem. W grę wchodziło tylko łączenie roboty i treningów. Musiałem się utrzymać samodzielnie. Nie mogłem dać dupy.

I kurwa nie dałem.

O naszych zawirowaniach dowiedział się piszący o sporcie do Przeglądu Sportowego kolega redaktor. Trafił mnie na telefonie u kolegi. Miało być coś o siatkówce w Wawelu pisane. Więc wylałem gorzkie żale pełnym wiadrem pomyj. O wszystkim, co tylko miało związek z moimi niewypłaconymi  pieniędzmi. Rano odebrałem telefon od prezesa.

– Tomek, tak nie wolno. Nie sra się we własne gniazdo. A ja pieniądze dla ciebie mam.

– Znakomicie. Czyli mogę odebrać na wieczornym treningu?

– No tak. Ale z tym wywiadem to mógłbyś coś zrobić. Co?

– Pomyślimy. Do wieczora.

I tak utaplany w gównie, ale jeszcze siedząc we własnym gnieździe, postanowiłem wszystko odszczekać, a dokładniej zablokować. Skoro kasa miała zostać wyrównana, postanowiłem pobłogosławić sekcję piłki siatkowej Wawelu na nowy sezon i zamilknąć.

Zadzwoniłem do redaktora i poprosiłem o niecytowanie moich oskarżeń rzucanych na klub. Wojna nie była nikomu potrzebna. Siatkówka w Krakowie miała szansę powrócić na właściwe tory. Za to teraz trzymałem kciuki, usuwając się dyskretnie w cień. Wieczorem odebrałem siano, kartę i byłem wolnym człowiekiem. No bez jaj. Wystarczy po prostu: wolnym siatkarzem.

Kur jeszcze trzy razy nie zapiał tego czasu, kiedy odezwał się do mnie nowohucki klub sportowy Wanda Kraków sekcja piłki siatkowej. Z propozycją podjęcia współpracy, a dokładniej, w pomocy w wywalczeniu awansu do drugiej ligi. Oczywiście miałem tego dokonać nie za darmo.

Sportowo miałem na rok zdegradować się do pozycji siatkarza wioskowego, ale finansowo miało być fajnie i co najważniejsze regularnie. I mogłem spokojnie łączyć sport z pracą. A to był dla mnie priorytet, żeby w tych pojebanych czasach trzymać dwie sroki za ogon.

Kluby trzecioligowe. Temat rzeka. Pasja, zamiłowanie i nierzadko prężni sponsorzy, którzy ściągani przez swoich znajomych siatkarzy, inwestowali niemałe pieniądze w marzenia o awansach. Niestety, najczęściej nic z tego nie wynikało, bo popełniano za dużo grzechów zaniechania.

Był sobie taki klub, gdzieś na Pomorzu, wschodnim albo i zachodnim, a może i na samym wybrzeżu, który miał sponsora bogatego, zespół liczny i bojowy, ale co roku niespełniony sportowo. Chłopcy byli w czołówce i witali się z gąską, nie raz i nie dwa, ale kropki nad j postawić nie umieli. W sumie to nie ma się co dziwić, skoro jeden z ich wyjazdów finałowych wyglądał mniej albo więcej tak:

 

Spuszczeni ze smyczy młodzi ludzi, zostawiający w domach żony, dziadki i inne takie tam, głupieli i zapominali o nadrzędnym celu, jakim był wynik sportowy. Do tego mając ojca łatę w postaci zamożnego sponsora, głupieli wszyscy na potęgę do sześcianu razy sto. Bo jakiego innego wzoru można użyć, kiedy sponsor wynajmuje hotel najlepszy w mieście, a wieczorem dla sportowej grupy zamawia panie lekkiego obyczaju? Żeby tego było za mało, kiedy hotel nie zgodził się na goszczenie cór Koryntu, mecenas zamówił taksówki i zmienili chłopcy hotel na bardziej tolerancyjny chędożeniu. Zabawa była przednia a wyniku znowu zabrakło.

Na szczęście byłem już mądrzejszy i priorytety miałem poustawiane prawidłowo. Ale dalej byłem kawalerem poszukującym na gwałt, tfu co za słownictwo jest w tym polskim języku, powinienem się wybatożyć z tego powodu chyba, narzeczonej i docelowo żony. Byłem już na to gotów, zgodnie z obietnicą daną sobie, że w wieku lat dwudziestu ośmiu założę komórkę rodzinną. Miałem mieszkanie, siebie do oddania i poszukiwałem drugiej połowy do udziału w opłatach za lokal i wspólnego dryfowania przez życie aż po jego kres.

Siatkówki, taj jak jazdy na rowerze nie zapomina się, wiec byłem gotowy na wyzwanie. Pierwszy mecz graliśmy na wyjeździe w Tarnowie. Jechaliśmy po swoje a dostaliśmy taki wpierdol, że zgłupiałem po całości. Nie wiem czy koledzy myśleli, że wygra się samo, przy mojej pomocy tylko? Że przeciwnik uklęknie i przeprosi, że żyje jak mnie zobaczy? Nie. Nic takiego nie nastąpiło. Ciemna zimna hala, piłki jak kamienie, trochę chęci u gospodarzy i polegliśmy na dzień dobry. Ale co tam! Liga dopiero wystartowała, więc korzystając z wyjazdu dyrekcja postanowiła rozpocząć sezon na bogato. Zamiast biczować się w autokarze, najlepiej bez ogrzewania, pojechaliśmy, zbaczając z trasy ze trzydzieści kilometrów, na bankiet do fajnego lokalu na trasie Brzesko-Nowy Sącz. Lokal był zamknięty dla nas, wódka była zmrożona do białości a bufet z ciepłymi daniami był obfity jak na najlepszym z wesel na których byłem. Niewiarygodne.

Dałem się ponieść. Do  samego końca. Poleciałem na dno. Zmęczenie plus ocean wódki odebrały mi pamięć w momencie wsiadania do autobusu. Na szczęście obudziłem się rano w swoim mieszkaniu. U siebie. Na nieszczęście śpiąc na przedpokoju z głową obok zwrotu jedzenia z kolacji. Paw był wielki jak pół mnie. Umarłem na cały dzień z żalu. Nie tak to miało wyglądać.

Na poniedziałkowym treningu dowiedziałem się, że do domu doszedłem samodzielnie, śledzony przez młodszego kolegę, który nawet wyszedł za mną po schodach pod moje drzwi, i kiedy usłyszał jak upadam z hukiem na swoim, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udał się do siebie. Nie było mi do śmiechu. Po treningu polazłem do sponsora.

– Szefie, sorry. Ale tak się nie da. Albo się bawimy w picie albo robimy wynik.

– Spokojnie Tomek, to dopiero początek ligi. Mamy być gotowi na wiosnę.

– Żeby być gotowym na wiosnę to musimy zapierdalać już dzisiaj. Nie widzę tego inaczej. Albo robimy to na takich zasadach albo daję sobie spokój.

– Spokojnie. Pogadam z trenerem.

– Tu nie ma co gadać z trenerem. Jeśli w sezonie mają być takie imprezy, to tylko przy wyjątkowych okolicznościach i nie do spodu. Trzeba się szanować – jako doświadczony alkoholik musiałem grać w otwarte karty.

– No dobrze. Ale wigilia być musi.

– To będzie. I awans też!

Akcja, reakcja i realizacja. Do końca sezonu było już spokojnie. Prawie spokojnie. Przed nami z dnia na dzień wyrastał jeden, wielki i konkretny cel do zrealizowania. AWANS. I temu wszystko było podporządkowane. W końcu Wanda miała specjalistę od awansów.

Pana Gumisia.

 

M21. End-dur.

M21. End-dur.

 

Szanowni Państwo.

W przypadku znajomości z ludźmi znanymi, artystami, ważne jest utrzymywanie odpowiedniego dystansu i nie narzucanie się zbyt często. Wytrzymałem więc pełne dwa tygodnie od spotkania w Pubie U Fishera, i ruszyłem do Jastrzębia Zdroju na koncert Kultu. Musiałem czuwać nad odpowiednim rozwojem mojej znajomości z Kazikiem i Pewusem. A tak na serio, to chciałem skorzystać z okazji, że Kult gra w mieście moich przyjaciół i mając wolny czas i stosunkowo niedaleką odległość postanowiłem się rozerwać co nieco. W końcu miałem tam, za granicą, na Śląsku, przyjaciół, bazę noclegową i czułem się jak u siebie w domu.

Pierwszy raz pojechałem w śląskie odwiedziny przy okazji urodzin Wacława. Zabrałem ze sobą koleżankę do towarzystwa. Dojechaliśmy sprawnie, wykorzystując moc i siłę PKS-u. Osiedle mojego przyjaciela odnalazłem bez problemu. Wielkie jak na Kościuszkowskim bloki sprawiły, że czułem się jak u siebie na dzielni. Niestety, pod klatką przypomniałem sobie, że ja tak naprawdę nie pamiętam jak Esu ma na imię i głupio mi się zrobiło, że nawet nie wiem co mam domofonowemu głosowi odpowiedzieć jak zapyta. Raz kozie śmierć, pomyślałem i nacisnąłem guzik pod numerem zapisanym na kartce. Liczyłem że Esu odbierze, wstydu nie będzie a ja przypadkiem dowiem się jak mu ojciec dali na chrzcie. Oczywiście, odebrał tato przyjaciela i usłyszałem w głośniczku:

– Słucham.

– Dzień dobry. Ja do Bartka. Kolega z Krakowa.

– Tu żaden Bartek nie mieszka – padło zdecydowanie i połączenie zostało zerwane.

– No co ty? Nie wiesz jak twój kolega ma na imię? – koleżanka, z którą kiedyś nawet chodziłem ( co za zwrot. A co, miałem się z nią czołgać?) zaczęła się irytować lekko.

– No wiem. Esu, znaczy Bartek. Może numer nie ten? – sprawdziłem ponownie zdenerwowany.

Numer na kartce odpowiadał numerowi który wciskałem. Postanowiłem spróbować jeszcze raz. Tym razem ktoś nacisnął bez gadania spust u siebie i weszliśmy do blokowego molocha. Pięter to miało ze dwanaście, klatek z sześć a we windzie guziczków pięć. Noż kurwa, jak to? Co to? Winda do piątego tylko jedzie? Ale jajca. Szczęśliwie kolega mieszkał na piątym. Ale po wciśnięciu przycisku z numerem pięć, wylądowaliśmy po kilkunastu chwilach na piętrze jedenastym. Prawdziwy zachód, ten mój Śląsk kochany. Jak tu żyć? Wylazłem z windy i odkryłem, że dźwig zatrzymuje się na półpiętrach. Genialne w swej skomplikowatości, nie ma co.

Teraz tylko wystarczyło w labiryncie korytarzy, pięter i pół pięter odnaleźć drzwi z wiadomym numerem i już. Zapukałem a może nawet zadzwoniłem. Otworzył nam wielki jak dąb mężczyzna.

– Dzień dobry panu. Ja do Bartka. Tomek z Krakowa – przywitałem się serdecznie.

– Dzień dobry. Bartek z Jastrzębia! – przywitał się się Bartek który nie był Esem.

Miałem już tego dość. Pewnie pomyliłem klatki, bloki albo nawet miasta. Tak kończą się wódczane znajomości wakacyjne. Co za żenada.

A może nie?

– Tata, daj spokój – usłyszałem zza pleców kolosa znajomy głos– wchodźcie.

Ulżyło mi bardzo, a jednocześnie zgłupiałem do reszty. O co w tym wszystkim chodzi. Okazało się ze Esu to Bartosz a nie Bartek i popełniłem wielkie fo paus. Szczęśliwie poczucie humoru w górniczej krainie było na poziomie wielkim i po wyprostowaniu imion, nazwisk i innych pseudonimów, można było udać się na miejsce docelowe do jubilata Wacława.

Tam lało się bogato i jadło się bogato i było wszystko in perfekter ordnung. Jednak wszystko co piękne kiedyś się opije, i nad ranem trzeba było wracać do mieszkania rodziców Bartosza. Tylko jak to wykonać kiedy nogi słabo niosą, zmysł równowagi nie działa za dobrze a kilometr do przejścia jest. Taksówka? Nie. Spacer. Koniecznie spacer. W końcu Jastrzębie to Zdrój, więc inaczej być nie mogło. Choć zapewne o trzeciej nad ranem taksówka to był produkt niedostępny w tamtych czasach w tym zdroju, i dlatego musieliśmy po prostu leźć z buta.

Na szczęście mieliśmy koleżankę, która stała się dla nas opoką i prawdziwą Matką Polką. A był to miesiąc luty. Mróz na minusie, z dychę do tyłu albo lepiej. Do tego wiatr mocno wiejący i potęgujący uczucie zimna do sześcianu. Mnie i Esowi to nie przeszkadzało, wicie rozumiecie, bo byliśmy pijani bardzo, ale dziewczę marzło. Dobrze, że miałem w kurtce odpinany kaptur który dałem naszej opoce. Jakoś takoś, za nogą noga, pod blok doszliśmy nawet sprawnie. I kiedy już byliśmy w ogródku i witaliśmy się z gąską, ta zaczęła uciekać. A nawet zdupcać na potęgę.

– Ale który to klucz? – pytała ona mając w ręku pęk kilkunastu kluczy które Esu przekazał jej drżącymi z zimna albo nietrzeźwości rękoma.

– Żółty – odpowiedział gospodarz.

– Żółte są trzy – przekazywała ona.

– To ten najbardziej żółty – pomagał jak mógł on.

Nie wtrącałem się. Do czasu. Ale kiedy zacząłem spać na stojąco a zimno przeniknęło pod ubranie, instynkt zadziałał.

– Ratunku! Zamarzniemy! Ratunku! Otwórzcie nam! – krzyczałem do domofonu, naciskając wszystkie możliwe przyciski licząc na cud albo zwykłą ludzką litość.

– Wypierdalać pijaki! I to już! – ze skrzynki domofonowej wydobył się głos męski nie anielski, stosunkowo szybko reagujący na moje skomlenie.

Bartosza aż odrzuciło na dwa metry od wejścia. Mimo tego, że był czynnym uczestnikiem polskiej ligi chuliganów i jego ekipa była w czołówce tejże ligi , taki brak kultury u jego sąsiadów go poraził niczym prąd.

– Ja ci kurwa dam wypie…. – zamilkł, zlustrował okolicę i wybuchnął śmiechem – to nie ta klatka! Następna.

Zdębieliśmy. Kilkanaście minut bezsensownej walki z wiatrakami? Wódko, pozwól żyć. A ty mrozie nie mroź już nas biednych. Poszliśmy dalej. Kolejna klatka, kolejna nadzieja. Numery na domofonie przypominały już bardziej liczby widziane na mieszkaniu państwa Kutów. Jednak sytuacja z kluczami trwała w nieskończone. Nie pasował żółty pierwszy, żółty drugi, trzeci, niebieski, srebrny i pięć złotych. Daj babie klucz a zamarzniesz na śmierć.

– Ja już nie mogę. Nie mam siły – powiedziała ona i oddała klucze bujającemu się na boki ze zmęczenia koledze – To bez sensu.

Ten przejął plik zdecydowanie, przyłożył go do oczu, na odległość kilku centymetrów i stwierdził pewnie:

– To nie te klucze – Po czym zagrzebał w kurtce i podał niewieście plik kluczy sześć razy mniejszy. Ręce nam opadły, szczęki nam opadły, ale nadzieja wróciła. To było to. Po trzydziestu bez mała minutach, na przerażającym śląskim mrozie, dostaliśmy się do klatki. Przemrożeni, wycieńczeni, umarli.

Rano wiedziałem, że ten nasz powrót to nie był sen, niestety, bo jakimś dziwnym trafem czułem że żyję. Życie szczególnie pulsowało mi z prawej strony głowy. Coś dziwnego stało się z moim uchem. Pobiegłem do łazienki i zdębiałem. Prawe ucho było wielkie jak u słonia. Wielkie i czerwone. Niespotykane u normalnych ludzi.

– Cześć, żyjesz? – Esu drapał się po lewym uchu.

-Żyje, żyję ale słabo. A co ty masz takie dziwne ucho? – zdębiałem bo czułem jakbym się w lustrze przeglądał.

Okazało się, że nasz nocny spacer i walka z wejściem zaowocowały odmrożeniem uszu. Ponieważ ja szedłem z prawej a on z lewej strony dziewczyny, to uszy wystawione na odkryty teren przyjęły zimno na chłodno i zachorowały. Jak na pierwszą wizytę, kolejne zapowiadały się arcy ciekawie.

 

Do Jastrzębia lubiłem jeździć bardzo. Ba, do dzisiaj czasami wpadam. Jak tylko Kult, KNŻ, Buldog grały gdzieś w pobliżu i miałem czas, to korzystałem z bazy wypadowej. Nie zapominajmy też, że Jastrzębie było i jest miejscem zamieszkania Falona, założyciela i lidera Psów Wojny. Z okien mieszkania rodziców Esa podziwiałem w latach dziewięćdziesiątych jego balkon z wymalowanym na ścianie portretem Sida Viciousa, basisty Sex Pistols. Chodziłem też na piwo do pobliskiego baru, żeby poczuć klimat „Ballady o barze Relax”. Ech te śląskie miasta, knajpy, osiedla i ludzie. Prawdziwy kosmos, gdzie obok biblii musi być „Przerwana dekada” Edwarda Gierka, jedynego prawdzi- wego, ich zdaniem, dobroczyńcy. Kraina młodych emerytów i barów które wypełniają od rana. Polubiłem tą naszą zagranicę mocno.

Dlatego w dwa tygodnie po poznaniu Kazika, Wieteski i Ireneusza ruszyłem na koncert do mojego zaprzyjaźnionego miasta. Już po drodze knułem jak dostać się na back stage, żeby poobcować z moimi nowymi kolegami. Zalogowałem się u Esa i ruszyliśmy naładowani pozytywnie chmielem, na stadion miejscowego GKS-u Jastrzębie. Na koronie pokręciliśmy się troszkę i po kilku chwilach postanowiłem podziałać na własną rękę. Tak zawsze jest najlepiej. Jednostka ma zawsze większe szanse przeniknąć na strzeżony teren niepostrzeżenie.

Z grubsza określiłem gdzie może znajdować się garderoba. Teraz tylko należało się przebić, znaleźć zespół i liczyć na to że jeszcze mnie pamiętają i nie wydadzą na zgubny los uzbrojonej po zęby ochronie. Kręciłem się chwilę w okolicy budynku klubowego, patrząc z niewielkiej odległości na ochroniarza pilnującego głównego wejścia. Czas do koncertu zbliżał się nieubłaganie, więc trzeba było jakoś zaryzykować i działać. Tylko jak? Co tu wymyślić? Jaką bajerę sklecić żeby być wiarygodnym i przebić się do środka? Tysiące pomysłów kotłowały się w pustej głowie, tylko żaden nie wydawał się być na tyle błyskotliwy, aby szanse powodzenia były wystarczające do odniesienia sukcesu. No nic. Nie ma co sobie komplikować życia, w myśl maksymy: kto nie próbuje ten nic nie ugra. Dziarskim krokiem podszedłem pod wejście na zaplecze i uderzyłem z grubej rury:

– Kult już przyjechał?

– Tak są w garderobie, szatnia chyba numer 5.

– Ok. Dzięki – i wszedłem jak do siebie.

Bez żadnego: gdzie masz identyfikator, opaskę, podpaskę, cokolwiek. Dwadzieścia minut myślenia nad taktyką, techniką, gadką a tu taka niespodzianka. Nie do wiary. Widocznie Ślązacy są porządni i nikt nie wchodzi tam gdzie wchodzić nie powinien, a skoro ktoś jednak wchodzi, to wchodzi bo ma powód i już. Polazłem więc ośmielony do granic swoich skromnych możliwości. Im bliżej garderoby Kultu byłem, tym nogi bardziej mi miękły. Przecież na pewno mnie nie pamiętają. Wracam. Przed drzwiami wykonałem zawrót o tyle stopni ile trzeba, żeby zwiać w podskokach, i w tym momencie drzwi się otwarły i stanął w nich Jeżyk.

– Górni? A co ty tutaj robisz?

Górni? Jaki kurwa Górni? No nic. Przyjąłem na klatę pokręcenie z poplątaniem mojego nicka, ksywki, przezwiska.

– Na koncert przyjechałem. Chciałem się tylko przywitać.

– Wchodź chłopie! – Jerzyk najszybciej jak mógł wskazał mi kierunek do garderobo szatni.

W niej odbywało się zamieszanie małe, bo zespół zbierał się na koncert. Przywitałem się i przedstawiłem tym, których jeszcze osobiście nie poznałem. Po kilku chwilach już siedziałem z piwem w ręce i gadałem z Wietechą, Kazikiem o wszystkim co nas spotkało od ostatniego spotkania. W szczególności o odejściu Janusza Grudzińskiego, któremu jak się okazało pojechało sodówką po głowie i oszalał. Odszedł z Kultu i postanowił ruszyć w Europę, żeby złapać oddech i dystans do rzeczywistości. To pewnie z tej wyprawy przywiózł podagrę i depresję. Za kilka lat obiema mnie zarazi.

Zespół powoli ruszał pod scenę, został tylko nowy, było nie było, nabytek, zamiennik Grudy, Jacek, Kazik i ja. Kazik rozpoczął rozpracowywanie nowego członka Kultu.

– Masz już Your Eyes? – zapytał Jacka, a w jego głosie już czuć było, że zna odpowiedź.

– A Your Eyes. Nie no jeszcze nie mam, bo cos tam coś tam – padła spodziewana odpowiedź.

– Ale już dawno miałeś mieć przesłuchane – wyczułem wyraźnie zdenerwowanie lidera.

– W tym tygodniu, obiecuję, że w tym tygodniu posłucham. A ty co porabiasz Gómi? – odwrócił kota ogonem z gracją niespotykaną, wykorzystując moją obecność wśród nich – Bo ja to zajmuje się konserwacją zabytków. A teraz mamy taki środek, wiecie, którym można usuwać napisy z pomników. Kazik słyszałeś o tym?

Bajerę miał koleś zdrową. Zagadał nas w sekundzie i pociągnął do samego koncertu. Słuchaliśmy go. Ja bo wypadało, a Kazik bo nie chciał zaognić sytuacji przy gościu. Ale czuć było jakiś ferment w powietrzu. Koncert był jak to koncert. Kultu. Świetny jak zawsze. Do tego plener i to wysłuchany w całości nie w ścisku przedscenicznym, tylko z boku sceny w luźności wielkiej i najbliższym kontakcie z Kultowymi idolami. Po raz pierwszy poczułem się jak bym był częścią Kultu. Otwarły się pewne granice, złamały bariery, coś poszło do przodu o lata świetlne. Kult Kazika zaakceptował wariata w całej postaci. A zespół zyskał oddanego fanatyka. Na najbliższe kilkanaście lat. Co najmniej.

 

Wiek dwudziesty dotoczył się do kresu swoich dni. Nadchodziło nowe. Jakie ono będzie?  Komu przyniesie spełnienie? Komu święty spokój? Komu radość i szczęście? Miłość? A może wojnę i głód?  Spokojnie. Przeżyliśmy komunę bo mieliśmy sport i muzykę to przeżyjemy i XXI wiek. A przynajmniej jego część. Byłem spokojny, bo byłem gotowy. W końcu ja już wiedziałem, bo Dezerter przepowiedział co nas czeka.

XXI wiek – skryta okupacja
XXI wiek – degeneracja
XXI wiek – wiek bezprawia i głodu
XXI wiek – zagłada narodów

XXI wiek!

XXI wiek – obozy koncentracyjne
XXI wiek – kominy krematoryjne
XXI wiek – politycy i szydercy
XXI wiek – praworządni mordercy

XXI wiek!*

*(Dezerter „ XXI wiek”)

 

I tego się trzymałem mocno, bo zapowiadało się arcyciekawe kilkadziesiąt kolejnych lat! Lat o jakich nawet nie marzyłem.

No to co? Do zobaczenia w drugiej części!

M20. Kul(t)de moll

M20. Kul(t)de moll

 

Pierwsze juwenalia na które się wybrałem, na początku lat 90 tych, miały miejsce na miasteczku studenckim AGH. Polazłem tam nie tylko z przyjemności, ale też z obowiązku. Po prawdzie studentem jeszcze nie byłem, ale obowiązek był, bo grał Kult. A może i KNŻ grał na drugi dzień? Mogło tak być. Bo wtedy było po prostu mocno inaczej.

Scena była zlokalizowana pomiędzy akademikami. Wjazd na koncerty juwenaliowe, na początku ostatniej dekady XX wieku był darmowy. Zabawa toczyła się żwawo, niczym nieograniczona. Klasa i kultura bawiących się wtedy osób stała na wysokim poziomie. Było miło i bezpiecznie, Odbiorcy żakowskich zabaw koncentrowali się głównie na przeżywaniu muzyki i to był ich podstawowy, obok picia na umór, cel. To przyciągało miłośników chlania i grania na żywo, wśród których byłem i ja.

Kazik odkąd sięgam pamięcią, występował w Krakowie od początku mojego juwenaliowania. Z Kultem i z KNŻ. W początkowej fazie lat dziewięćdziesiątych, dzień po dniu. Prawdziwa uczta dla Kazofanatyka. I nawet powroty na piechotę kilkunastokilometrowe, z miasteczka AGH do Nowej Huty, nie były mnie w stanie zatrzymać w domowych pieleszach i odwieść od zabawy. Na taksówkę nie było mnie stać i warianty powrotu pozostawały dwa. Nogi własne albo poranne autobusy. W czasach technikum opcja pierwsza była wykorzystywana najczęściej, bo było jak było, czyli biednie. Potem już w portfelu przybyło, dzięki zawodowemu uprawianiu sportu i zabawa trwała do rana. Do pierwszych promieni majowego słońca. Inna sprawa,  że przez jakiś czas byłem jako student zobligowany do uczestnictwa. I korzystałem z tego garściami.

Ale wszystko co piękne musi się kiedyś skończyć. Początkiem końca darmowego stanu rzeczy stało się biletowanie koncertów juwenaliowych. Zabawę przeniesiono na boisko mineralne TS Wisła. Teren był ogrodzony a wstęp biletowany. Pierwsze imprezy to były opłaty symboliczne bardzo, ale były i to z lekka przerzedziło towarzystwo. Zrobiło się więc luźniej i bardziej przejrzyście. Zaczęło też występować zjawisko obfitości opadów, które towarzyszyło plenerowym występom Kultu w Krakowie, przez kolejnych kilka lat. Odbiorcy sztuki granej zaczęli przeważać nad osobnikami, dla których nie ważne było kto i co gra, byle było głośno i pełno w plastiku.

Coroczne spotkania z Kultem na świeżym powietrzu wpisałem w swój dożywotni kalendarz. Nawet jak pomagałem dziadkowi w prowadzeniu gospodarstwa rolnego, hektary trzy ze sadem, to na czas juwenaliów brałem wolne na żądanie, wsiadałem w małego fiata 125 p. i jechałem do miasta Krakowa się bawić. Ładunek energii który zabierałem w sobie po takim koncercie, wystarczał mi na kilka miesięcy ciężkiej pracy w polu, sadzie, przy gnoju i innych rolniczych zajęciach. Następnie trzeba było tylko ten ładunek podtrzymać za pomocą nośników z muzyką, dostępnych w danym czasokresie i można było tyrać.

Pod sam koniec dwudziestego wieku wszystko szło już w trybie ekspresowym. Zakończyłem pracę w Hucie imienia Tadka Sendzimira i zająłem się prowadzeniem mojemu chlebodawcy salonu z materiałami wykończeniowymi do mieszkań. Handel zaczął otwierać mi nowe horyzonty, a ja co tylko mogłem adoptowałem na swoje potrzeby. Salonik w którym pracowałem, pewnego pięknego dnia został wyposażony w Internet, który dostarczała Telekomunikacja Polska. Z tej okazji czasami pozwalałem sobie na surfing po kablu.  Nie pytajcie co wpisałem w wyszukiwarce po raz pierwszy. To jest jasne jak czarne słońce.

Kult.

Mieliło to wszystko okrutnie. Samo połączenie trwało, wydawać się mogło, w nieskończoność. Transfer musiał być dramatyczny, więc i czasu na głupoty się nie traciło. Szybkie wejście, przeszukanie i jest. Błyskawicznie okazało się, że ten mój Kult ma swoją stronę internetową. Mało tego ma swoje FORUM! I to forum okazało się bazą dla ludzi zjednoczonych wokół zespołu. A przynajmniej tak mi się początkowo wydawało. Większość tematów kręciła się tam wokół zespołu naszego ulubionego. Mało tego. W początkach forum muzycy tam od czasu do czasu pisywali. A nawet kilka lat później też byli obecni. Wszystko to trwało do czasu.

Poza muzykami, Kult Forum pozwalało poznać wiele osób o podobnych zainteresowaniach. Pod koniec dwudziestego wieku niewiele osób miało dostęp do Internetu. Nie był on chlebem naszym powszednim. Grup wspólnych zainteresowań też nie było tak wiele jak teraz. Ludzie zbierali się do sieciowej kupy, między innymi, przy zespołach muzycznych. Dla mnie było to głównie miejsce do poznawania zespołu i przechwytywania wszystkich około zespołowych wiadomości. Pożerałem je z wypiekami na twarzy. To miała być świątynia, w moim mniemaniu, takiej elity zjednoczonej wokół Kultu, żyjącej Kultem, myślącej non stop o Kulcie. I czekającej na Kult w lodówce.

Nie wszyscy jednak tak myśleli i prawda o tym wyszła niczym szydło z worka, podczas spotkania forumowego w Krakowie, przed którymś juwenaliowym koncertem zespołu na Ku.

Nie wiem dlaczego Kraków wybrano na centrum wydarzeń, ale zapewne duże znaczenie miało w tym przypadku stosunkowo dobre skomunikowanie miasta królów z resztą kraju, popularność krakowskich pubów i wysokie zdolności organizacyjne naszych krakowskich pKracych. Nie za bardzo dzisiaj pamiętam kto nas wtedy nawiedził ani kto z ramienia miasta naszego stawał w roli gospodarza . Stawiam na pKracego, wtedy krakowskiego guru formowego. Zapewne on pamięta osoby które przybyły. Ja zapamiętałem tylko długie dyskusje przy piwie o muzyce i ten moment, kiedy zbliżał się wielkimi krokami koncert i już trzeba było wyjść, wyjść szybko, żeby nie uronić ani jednego dźwięku, ani momentu koncertu nie przegapić. Zbierać się szybko. Już i teraz. I nie zwlekać.

I wtedy to okazało się, że to nie zespół jest tutaj fundamentem, a ludzie na forum piszący. Większa część z obecnych była spełniona, bo mogła się spotkać twarzą w twarz i pogadać, napić piwa, posiedzieć. Zaskoczenie dla mnie było ogromne. Coś się przestawiło w kierunku niezbyt zgodnym z moim wyobrażeniem. Moje priorytety były inne. Zespół Kult był podstawą wszystkiego. Fundamentem i prawdziwą świętością.

Z tego też powodu musiałem biec na koncert. Nie było wyjścia. Kilka osób zdecydowało się pójść, bo czuli podobnie jak ja, że to koncert ma być finalną częścią spotkania, klamrą spinającą naszą internetową znajomość.  Chyba też wtedy doszło do pierwszego posłuchania za bębnami Tomka Ghoesa. Dziesiątki wysłuchanych koncertów ze Szczotą za garami i nagle nadeszła zmiana. Szczota odszedł niespodziewanie, a maszyna musiała przecież jechać dalej. Tryb wymieniono i poszło. Jazda naprzód. Ale to pierwsze posłuchanie nowego perkusisty było dziwne. To był jednak inny styl. Taki bardziej poukładany. Bębnione było jak w zegarku. Trzeba było się zatem przestawić i dostosować do gry nowego pałkera. Udało się. Zaakceptowałem go. Dla dobra nas obu.

Forum Kultu wchłonęło mnie na długie lata. Było miejscem planowania, organizowania i działania. Przenosiło pomysły z cyberprzestrzeni do świata realnego. Szybko, sprawnie, konkretnie. Dzięki internetowi i trochę przypadkowi wszystko stało się dużo łatwiejsze. Pomimo tej pierwszej z lekka rozczarowującej akcji, wdepnąłem w kult forum na maksa. Uczyłem się z nim żyć i maksymalnie go wykorzystywać. Czerpać korzyści, zdobywać cenne informację i poznawać wspaniałych ludzi. Jednak wszystko co piękne ma i swój koniec. W następnym wieku forum mnie zmieli, przetrawi i wysra na śmietnik e-historii. Wcześniej pokopie  Kazika i przegna zespół precz, pokazując swoją siłę zza monitora. Ale to się stanie za kilkanaście lat.  Przy którejś tam kolejnej zmianie forumowiczów.

 

 

Po zagłębieniu się w strony www oraz teksty piosenek Kultu, na własnym organizmie przekonałem się, że można mieć też troszeczkę kataru niekoniecznie z przeziębienia.  Jeśli wiesz o czym ja mówię. Wystraszony jak uczeń szkoły podstawowej zameldowałem o tym komputerowi. Ten wiadomość przyjął i wrzucił na stronę forum Kultu. I stało się to co miało się stać. ON odpisał. Odpisał na to młodzieńcze odkrycie. Potem odpisywał jeszcze czasami i czuć było w tym jakiś miąch taki. Taki dziwny jak podczas pierwszego zauroczenia. Mrowienie pod palcami. Pewnie każdy komu odpisywał miał to samo i czuł się wyjątkowy.

Na internetowych stronach zespołów Kazikowych, nowy menager Kultu, niejaki Piotr Wieteska, współtwórca mojej muzycznej miłości, przedstawiał plany grupy z odpowiednim wyprzedzeniem. Można było precyzyjnie ustawiać akcje koncertowe. Jedna z nich wypadła zaraz po forumowym zauroczeniu. Wyczytałem, że na hali Wisły zagra Kazik Na Żywo.  Wybrałem się więc odpowiednio wcześniej, żeby poskomleć pod drzwiami, pokręcić się gdzieś i niby przypadkiem i z ukrycia podejrzeć swojego kolegę z forum, a jednocześnie idola z prasy, radia i telewizji. I pewnie plan niespotkania by się udał doskonale gdyby nie to, że byłem tam w dniu swoich urodzin i tupetu mi tego dnia nie brakowało. Pierwsze wbicie próbowałem zrobić głównym wejściem, na bezczelna.

– Gdzie? – wielki jak ja plus jeszcze pół mnie ochroniarz nie pozostawiał złudzeń, że nie tędy droga.

– Na koncert – odparłem zgodnie z najprawdziwszą prawdą.

– Wpuszczamy za dwie godziny. Uciekaj stąd – pozamiatał mnie profesjonalnie.

Nic z tego chyba dzisiaj nie będzie, tak mi się wydawało i skierowałem swoje kroki do restauracji przy hali. Zakupiłem sobie piwo i wizualizowałem jak zespół Kazika Na Żywo pije moje zdrowie dzierżąc w dłoniach butelki piwa. Butelki? Dlaczego butelki?

– Ma pani piwo w butelkach? – wystrzeliłem jak Filip z Konopii.

– Coś tam mam. A ile potrzebujesz?

– Skrzynkę! – wypaliłem szybko.

– Skrzynki to nie mam, ale kilkanaście sztuk to się znajdzie – barmanka poczuła frajera. W końcu kto przepłaca w lokalu, mając sklep niedaleko. – Siedem, osiem, piętnaście. Mam piętnaście Żywców.

– Super. To proszę policzyć ile płacę i zapakować mi je do jakiegoś pudła – zaryzykowałem zakupami ponad stan, ale co miałem innego zrobić? W końcu miałem urodziny. Najwyżej wypiję sam jak mnie nie wpuszczą do garderoby.

Zapłaciłem, zabrałem pudło i polazłem przed siebie. Prosto na halę, korytarzem łączącym obydwa przybytki.

– Gdzie! Tu nie wolno! – kolejny bramkarz też był profesjonalnie czujny na swoim posterunku.

– Ja do zespołu. Piwo mam dla chłopaków – wyrecytowałem jakbym był dostawcą piwa wszystkich zespołów grających w Krakowie.

– Aaa… Chyba że tak! To idź – nie wierzyłem w to co słyszę. Sezam się otworzył, a przynajmniej pierwsza jego część. Teraz wystarczyło pokręcić się przy scenie i zobaczyć co się z tego urodzi.

Pierwsza zaczęła rodzić się katastrofa, bo mi się pudło z piwami zaczęło rozlatywać. Ledwo dolazłem w okolicę garderoby i nagle jeb. Ktoś na mnie wpadł.

– Uważaj, piwo dla zesp… Kazik?

– No.

– Cześć. Jestem Gómi. Gómi z forum – zmieszałem się lekko, ale tylko na moment –  To dla was. Urodziny dzisiaj mam, to pomyślałem, że przy okazji po piwie wypijemy. Razem.

– A, Gómi! – udał że poznaje, a może nie udał bo kojarzył? Dzisiaj wiem że pamięć do nazwisk, przezwisk ma kolega genialną, wybieram więc wariant drugi  – Fajnie. Chodź do garderoby.

Polazłem szczęśliwy jak dziecko, że ten oto idący krok przede mną, idol mój wielki zaprasza właśnie mnie. A może to o piwo bardziej chodziło? Zacząłem się bać, że jednak przeinwestowałem i dam się wykorzystać jak licealistka.

– Postaw tutaj – glos Staszewskiego Kazimierza ocucił mnie z przemyśleń – Wiesz, właśnie mamy próbę, a potem jeszcze na chwilę do hotelu jedziemy, ale po koncercie idziemy na imprezę. Musisz przyjść. Na Grodzkiej, w pubie, tam gdzie Jeżyk mieszka.

– A Jeżyk! Basista Kultu? Wiem gdzie. Na Grodzkiej. U Fishera.

– Tak, będzie tam na nas czekał. Wpadniemy z zespołem.

– Pod filarami. Fisher Pub? – upewniałem się żeby nic nie pomylić i nie stracić tej, być może jednej na milion szansy na wspólną biesiadę.

– Tak. Tam. To do zobaczenia. Przyjdź koniecznie. – w jego głosie usłyszałem, że nie jest to pospolite zbywanie, a faktyczna chęć spotkania się artysty z lokalnym odbiorcą.

– Dobra. Będę. Do zobaczenia.

I wyszedłem oszołomiony jak bokser wagi ciężkiej po dwunastorundowej walce. We łbie się kotłowało, a koncert do którego jeszcze trochę czasu zostało, zdawał się odciągać spotkanie w nieskończoność. Nie pamiętam z niego nic. Kto supportował, jak długo grali i ile osób bawiło na hali Wisły. Nic. Tylko Fisher Pub, Fisher Pub. Po koncercie. Po koncercie.

Miejsce pierwszego spotkania z idolem nie było mi obce. To tam, od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych do likwidacji pubu, zostawiłem w formie gotówki samochód osobowy średniej klasy. Bez mała co weekend, przez kilka ładnych lat, biesiadowaliśmy z przyjaciółmi od piątku do niedzieli. Nie tylko siadła nam knajpka pod względem klimatu, obsługi i sympatycznego właściciela, ale też z powodu znajomych na bramce, w tym Borysa, przyjaciela serdecznego, który w trakcie studiów czuwał tam nad porządkiem. Czuliśmy się w tym pubie jak w domu. Właściciel miał do mnie tak wielkie zaufanie, że jako jednemu z niewielu klientów pozwalał mi w trakcie swojej obecności puszczać muzykę do zabawy. Do dzisiaj czerwienię się na myśl o tańcach które wyprawiałem przy barze, chociażby do  „Kałasznikowa” Bregowića.

Jak tylko koncert się skończył, poleciałem jak oszalały w dobrze znane mi miejsce. Daleko nie było. Do tego kondycja była wypracowana, więc gnałem ile sił w nogach. W końcu Kazik zaprosił.

Do klubu wpadłem grubo przed wszystkimi.

– Cześć chłopaki. Kazika nie było z zespołem? – wolałem się upewnić przy barze.

– Nie. Ale są stoliki zarezerwowane. Irek był i zarezerwował.

– To poczekam na nich.

Zakupiłem piwo i zacząłem umacniać swoją wiarę w to, że zaraz będziemy razem z Kazikiem, Irkiem i innymi imprezować. Nie do wiary. Nie śniłem o takich urodzinach. Jedną z osób, które na forum Kultu wiodły prym, był niejaki Pewu. Menager zespołu, wszystko wiedzący, zawsze gotowy do pomocy i udzielenia każdej informacji. Oczami wyobraźni widziałem wielkiego, grubego gościa, który ogarnia wszystkie zespołowe tematy siedząc wygodnie przed komputerem, w wielkim fotelu. Teraz miałem poznać też jego. Głównego sterującego kazikowym kramem.

Nie pamiętam kto przyszedł pierwszy a kto ostatni. Wszystko odbywało się jak na przyspieszonym filmie. Nagle małe zamieszanie, ktoś wchodzi, przechodzi, podchodzi i słyszę:

– O! Fajnie że jesteś, tam siedzimy. Chodź do nas – Kazik wyrósł nagle nie wiadomo skąd.

– O! Dziękuję. Jak po koncercie?

I zaczęliśmy gadać o koncertach, o muzyce, o kult forum które już działało prężnie i było wdzięcznym tematem do rozmowy. W końcu to ono stawało się  miejscem zawierania pierwszych wirtualnych znajomości, które przekuwaliśmy na realne spotkania. A tego jeszcze wcześniej nie grali i podjara była wielka. Przy stolikach siedziało kilka osób. Jerzyka znałem, więc szybko złapaliśmy kontakt i zamieniliśmy kilka słów. Jednak brakowało mi menagera zespołu. Nikt z siedzących nie pasował do tej roli. Same konusy, nie przypominające w niczym dowódcy, szefa czy chociażby jakiegoś przewodnika tej całej załogi.

– Kazik, a na forum dużo pisze Pewu, menager. Nie ma go z wami? – nie wytrzymałem.

– Wieteska? To ten naprzeciw nas – wskazał na młodego człowieka, spokojnie siedzącego przy stole.

– O rany! Nie tak go sobie wyobrażałem. Nigdy bym nie pomyślał, że to jest Twój menager!

Gość z naprzeciwka patrzył na mnie, ja na niego i w końcu nadeszła chwila prawdy. Prawie koledzy zza monitora stanęli oko w oko.

– Piotrek Wieteska? – zapytałem nieśmiało – Gómi z forum jestem.

– Gómi? To ty? Nie wierzę. Nie tak sobie ciebie wyobrażałem.

I się wtedy zaczęło. Dokładnie wtedy. Wszystkie Kazikowe projekty, Kulty, KNŻ ety, potem El Dupy, Proformy,  zyskały najbardziej wścibskiego i bezwzględnego fana. Pewnie gdyby Piotrek wiedział, że tak to się skończy to nie był by taki szczęśliwy z naszego pierwszego spotkania. Ale czy on mógł przewidzieć, że ze mnie taki gaduła, maruda i wścibski typ? I że kiedyś coś napiszę o naszej znajomości? Chyba nie. Bo pewnie przemyślał by wszystko tysiąc razy i wytworzył odpowiedni dystans. Ale stało się jak się stało i zacząłem wstępować do jądra kultowej rodziny.

 

Organizatorem spotkania z KNŻ po koncercie, w Fisher Pub, był Irek Wereński. Często koledzy widywali go tam, ale ja tyle szczęścia nie miałem żeby go spotkać i poznać. Basista Kultu, człowiek niezwykle miły i sympatyczny. Prawdziwy łącznik Kult Forum i zespołu. Najpewniejszy reprezentant wszelakich spotkań po koncertowych na terenie nie tylko Polski ale i Europy.

Pierwszy raz rozmawiałem z nim podczas najmniejszego koncertu Kultu na jakim w życiu byłem, w krakowskim klubie pod Jemiołą. Klub ten mieścił się na ulicy Floriańskiej, a miejscem koncertowym był plac przed klubem, a dokładniej dziedziniec kamienicy w której się klub mieścił, mogący pomieścić nie więcej jak dwieście, może dwieście pięćdziesiąt osób. Ponieważ wiedziałem całym sobą, że z biletami na ten koncert będzie problem, poprosiłem Żuchola o dokonanie rezerwacji biletów. Dzień przed koncertem poszedłem je odebrać, a średnio rozgarnięty barman, co to źle sobie nazwisko Tomasza zapisał, a może i Tomasz rezerwacji wcale nie dokonał, twierdził z wiarą godną Piotra Świętego że:

– Nie ma rezerwacji biletów na nazwisko Żuchowski. Może kolega podał inne nazwisko.

– Jakie inne? Żuchowski podawał, trzy bilety miały być, rezerwował tydzień temu.

– Nie ma takiej rezerwacji. Nie ma i już.

– To sprzedaj mi trzy bilety i sprawa załatwiona.

– Ale nie ma. Są ostatnie do odebrania z rezerwacji i to wszystko.

– To mi kurwa sprzedaj z rezerwacji. Żuchowski, trzy bilety potrzebuję! – myślałem, że wyjdę z siebie i dokonam kradzieży.

Czułem że koncert będzie wyjątkowy. Przecież Kult już halę Wisły potrafił zapełnić, grubo ponad tysiąc osób przychodziło, a tu taka sztuka, dla bez mała narodu wybranego, albo dla przytomnych i zorientowanych, do których tego dnia nie mogłem się zaliczyć i wypadałem z gry. Miałem opuścić pierwszy koncert Kultu od czterech lat? Nie dzisiaj i nie teraz.

– A jakie masz nazwiska na rezerwacji? Może źle ktoś zapisał? – szukałem punktu zaczepienia.

– No mam Żuchowicz. Ale ten pacjent cztery bilety rezerwował – gość się otworzył jak kwiat lotosu.

– Żuchowicz! No tak, kurwa, Żuchowicz a nie Żuchowski. To nasza rezerwacja! – teraz pozostawało tylko wmówić gościowi, że czarne jest białe a Żuchowski to Żuchowicz czy jakoś tak.

– No ale chciałeś trzy bilety a tutaj są cztery. No nie wiem – gość łapał równowagę umysłową czując , że walę z nim w chuja po całości.

– Trzy, ale pewnie dzwonił i domawiał jeszcze jeden. Masz zapisane trzy plus jeden? – wmawiałem swoją rację najlepiej jak umiałem .

– No nie. Mam cztery – chłop czuł bardzo wyraźnie, że ktoś z nas zwariował i że to raczej nie on.

– No właśnie cztery. Bo on coś mówił, że cztery a ja myślałem że trzy. Ile płacę za cztery? –  no to teraz albo nigdy.

– Osiemdziesiąt. Ale czy to na pewno wasza rezerwacja? – gościowi zwoje nie podawały już informacji i strasznie zamulał rzeczywistość.

– Nasza, nasza. No pisze Żuchowicz. Tak, Żu cho wicz. Cztery bilety. Dzięki stary. My musimy tu być!  –   kasa przeszła z ręki do ręki i bilety drogą powrotną. Też z ręki do ręki.

Udało się szczęśliwie dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności. Mogłem iść spokojny na trening. Obowiązki siatkarza półzawodowego wzywały. A na treningu przydarzył mi się wypadek, który mógł przekreślić koncertową zabawę.  Ciapa podczas małych gier wpadł na mnie z wielkim impetem i przyładował mi z łokcia w głowę. Siła ciosu była potężna. Straciłem na chwilę świadomość, która szybko jednak wróciła, wraz z szybkością fontanny krwi płynącej z mojej głowy. No ładnie. Dzisiaj impreza w Fisher Pubie z przyjaciółmi, jutro koncert a ja kontuzjowany. Ale czy kontuzja mogła to powstrzymać?

Chociaż we łbie kręciło mi się mocno a krew ciężko było zatamować, planów nie mogłem skorygować. O wizycie w szpitalu słyszeć nie chciałem, bo przecież po treningu miałem imprezkę ustawiona z kolegami. Postanowiłem zaryzykować. Obandażowany jak mumia w części górnej, polazłem na małe co nieco. A że ból był nie do zniesienia, z małego zrobiło się duże co nieco. W domu byłem późną nocą.

Obolały i z zapitym ostro bólem, postanowiłem się ponaprawiać przed czekającym mnie koncertem. Przygotowałem wodę utlenioną a może spirytus nawet, bo to prędzej można było spotkać w moim mieszkaniu, uwolniłem głowę z okowów bandaży i zacząłem oceniać straty. Strup na głowie był potężny, włosy leżały w krwistej galarecie, a stan w jakim się znajdowałem, przypomniał mi wszystkie filmy w których bohaterowie naprawiają się sami. Chciałem być jak Terminator a zostałem zwykłym Rambo.

Najpierw zmyłem krwawą galaretę i nożyczkami wyciąłem wielki kawał włosów. Ciąłem i płakałem z bólu. Potem lałem na to spirytus i wyłem. Ale odkazić trzeba się było bez dwóch zdań. Szrama na głowie miała dobre kilka centymetrów. Przemyłem wszystko raz jeszcze, odkaziłem i postanowiłem, na szczęście, samodzielnie się nie zszywać. Założyłem czapkę z bandażu, strzeliłem dobijającego drinka i poszedłem ze spokojem śnić o nadchodzącym koncercie.

Na koncert stawiliśmy się lekko przed. Wykorzystując przewagę wzrostu i masy, wbiłem się pod samą scenę. Ta odgrodzona była od publiczności ławkami. Zwykłymi ławkami zarekwirowanymi stolikom. Aha. Będzie ciekawie jak ludzie ruszą, pomyślałem zapobiegawczo. Gdzieś za drzwiami szklanymi widać było zespół. I Kazika ze swoimi synami. Małe szkraby plątały się koło taty ciekawe wszystkiego dookoła. Prawie punktualnie maszyna ruszyła. Było wspaniale, klimat zrobił niesamowity. Taki bardzo różny od tego co widziałem i czułem do tej pory. Kontakt z zespołem miałem na wyciągnięcie ręki.

Od tego momentu postanowiłem wyszukiwać sobie jak najmniejszych koncertów, bo one mają całkiem inną magię. Przy drugim kawałku ławki wjechały niemal na scenę. Ilość ludzi przekroczyła pojemność dziedzińca i masa zaczęła szukać ujścia. Stojąc w pierwszym rzędzie postanowiłem pomóc ochronie w zabezpieczeniu prowizorycznej zapory oddzielającej publiczność od zespołu. Ale jaja. To proroctwo jakieś było, czy co? Za piętnaście lat zacznę swoją przygodę jesienną porą w organizacji paramilitarnej zwanej Kult Ochrona. Może już wtedy czujne oko menagementu wyłowiło mnie z tłuszczy? Żartuje oczywiście. Wtedy o czymś takim jak Kult Ochrona chyba nikt nie myślał. Ale to wie tylko Pewu.

W połowie sztuki została zarządzona przerwa. Zespół gramolił się ze sceny, a Wereński skorzystał z mojej rannej głowy żeby przebić się do baru.

– Ałaaaaaaaaaaa! Boli! – zawyłem, bo wczorajszy uraz był świeży.

– Przepraszam. Nie chciałem. Co ci jest?

– Łeb mam rozwalony ale na koncercie być musiałem – ściągnąłem czapkę i pokazałem pokrwawione bandaże.

– O rany przepraszam. A wiesz ja miałem niedawno to samo. Ale opowiem kiedy indziej. Teraz szybko muszę siku – powiedział i poleciał opróżnić zbiornik przed drugą częścią koncertu.

Jerzyk. Najpierwszy najbliższy kultowy kolega. Za niedługo się skolegujemy i drżyjcie lokale gastronomiczne, drżyjcie.

Koncert Pod Jemiołą był szczególny z jeszcze innego powodu. Był jednym z ostatnich koncertów, na jakim miałem okazję słyszeć grającego na garach Szczotę. Los tak sprawił, że niedługo po tym wydarzeniu wyjdzie „Ostateczny krach systemu korporacji”. Do tego z nim w roli głównej, w sensie promocyjnym. Krach niedługo wyjdzie a Szczota odejdzie. Na zawsze. Takie życie….