16. Jak Henry powrócił na łono.

16. Jak Henry powrócił na łono.

Jadwinia zakochała się w Henryku jak miała lat siedemnaście. W sumie to osiemnaście, rocznikowo. Henryk też zwrócił na nią uwagę przy pierwszym spotkaniu i mu coś w żołądku zabuzowało i postanowił działać.

„Może to ta jedyna?” – pomyślał i po miesiącu byli parą. Niestety nie mogli tego odznaczyć w mediach społecznościowych, bo za ich młodości takowych nie było. Nie było nawet internetów. Wszystko odbywało się analogowo. Ba, nawet analogowo wierzyli w Pana Boga i kościół katolicki. Henryk był jednak bardzo energicznym Henrykiem i zostawił Jadwinię jakoś przed jej egzaminem dojrzałości. Okrutne to być musiało, bo ona bardzo, ale to bardzo go pokochała. Miała za to na tyle oleum w głowie, że pomimo obiektywnych trudności, pozbierała się do kupy i nie tylko zdała ten egzamin ale i dostała się do szkoły dla lekarzy. A nie było to takie proste, bo proletariackie pochodzenie wymagało bycia lepszym od reszty kandydatów na medyków o siedem długości. I była. O osiem.

Henryk za to poszukiwał i porównywał. Wszystkie inne kandydatki na żonę okazywały się być tylko przelotną bryzą na jego sercu. Żadna nie miała „tego czegoś” i kiedy nasz bohater się w końcu ocknął, było już po obiedzie. A właściwie to została po nim, obiedzie, tylko herbata. Zimna, gorzka i z fusami. A lata leciały jak włosy z głowy i Henryk został sam jak palec w du. Jak palec został sam. Coś tam na siłę kombinował, dodawał i odejmował, ale po tym jak dowiedział się, że Jadwinia wyszła za Władysława, wszystkie wybory były jak chodzenie po cienkim lodzie.

Czemu więc ona to zrobiła? Skoro w jej serduszku Henryk wyrył się głęboką trzcionką, pozostawiając swoje znamię na całe życie? Znamię które było tak potężne, że nawet najlepszy ginekolog nie był w stanie go usunąć. Musiało coś w tym Henryku być takiego, czego najznakomitsi z najznakomitszych nie byli w stanie z Jadwini usunąć. Ale lata leciały, dziewczyna była trochę staroświecka, podobno nawet interesowała się jakimiś wierzeniami starodawnych Słowian i stwierdziła, że kobiety po dwudziestym piątym roku to nawet grabiami nikt nie tyknie. I zakochała się, tak bez serca w bankierze. A ksiądz to związał węzłem małżeńskim w świątyni i zabronił młodym rozwiązywać. Bo tak mówi pismo.

Całe szczęście bankier był lekko poprzestawiany życiowo i tak naszą bohaterką sterował, że ta nawet mając dyplom medyczny, musiała mieć priorytety poustawiane według jego zasad. Sami rozumiecie, że prasowanie bielizny czy skarpet, o parowaniu ich nie wspominając, było dla wykształconej dziewczyny co najmniej lekkim upokorzeniem. O wspólnym mieszkaniu z teściową nie wspomnę, bo teściowe są różne. Jak pory roku. Ciepłe, kolorowe, słoneczne albo lodowate, chłodem wyniosłe albo i szare, bure i ponure. Nawet odesłanie na „swoje”, teściowej wiele nie zmieniło. Bo Jadwinia by chciała dzieci a on by wolał bank.

Henryk pozostał sam. Kombinował więc jak koń pod górę. Bo miał nawet własne M, przed trzydziestką, co nawet wśród jego znajomych nie było chlebem powszednim, ale nie miał gospodyni co mu nie tylko mieszkanie ogarnie ale i serce odda. W zamian za serce jego, oczywiście. Bo wiara kościoła katolickiego była w nim duża, pomimo potknięć i upadków, po których zawsze jego Anioł Stróż ciągnął go za uszy ku górze. Bo nie miał kto. Rodzice mieszkali kilka osiedli dalej, więc nie wszystkie wywrotki syna widzieli.

Pewnego dnia coś się w galaktyce Drogi Mlecznej zaczęło przestawiać. Być może następowało przesuwanie osi ziemi, co nie pozostaje przecież bez wpływu na ludzi zamieszkujących planetę ziemię. Wtedy to Jadwiga powiedziała: DOŚĆ i nawiała ze śródmieścia, a jak tylko przekroczyła granicę Nowej Huty, serce ją zakuło, ciśnienie podskoczyło, a w każdym wysokim i chudym brunecie zaczęła zauważać Henryka.

„ Do Światowida praojca narodu polskiego i rusałek ” – pomyślała jadąc koło kina Świt na osiedlu Teatralnym, „skoczę do apteki bo coś ze mną nie tak”. Ale zamiast do apteki rzuciło ją do rodziców Heńka, a ci w trosce o przyszłość syna dali jej jego numer telefonu. Nie czekając długo, zadzwoniła, żeby wiedzieć na czym stoi. Henryk był zaskoczony, bo w codziennych wieczornych modlitwach wznoszonych na trzeźwo i po wypitku, pytał Boga dlaczego ona to zrobiła bez uprzedzenia go, nie dając mu szansy na poprawę, a skoro zrobiła, to może też odzrobić i męża zostawić, choć to nie po katolicku. Chociaż nie do końca, bo w życiu można wszystko unieważnić poza swoją śmiercią. I to Henio wiedział doskonale.

Po pierwszym spotkaniu wszystko było już jasne, a po drugim to gagatki  z łóżka przez dwa dni potrafiły nie wychodzić, w myśl zasady, że młodość ma swoje prawa i musi się wyszumieć. Z tego szumienia ona poczęła, urodziła, i szybko założyła przed ziemskim sądem sprawę o rozwód. Poszło szybko. Czasowo w okolicach niewiary świętego Tomasza, kilkanaście dni, nad którym Pan nasz Jezus się w końcu ulitował i pozwolił mu w ranach pogrzebać paluchami. W sądzie ziemskim niczym grzebać nie trzeba było. Wystarczyło tylko, żeby na górze była oliwa sprawiedliwa, czyli teczka z dokumentami jej.

Dla Henryka był to znak, że to ta jedyna i żeby wypełniły się jego marzenia poprosił Jadzię o uporządkowanie spraw kościelnych. I ona to zrobiła, pomimo tego, że Henryk okazał się trochę słabawym Henrykiem. A to popijał, a to o jakiejś depresji bredził, a to pieska nogą popchnął, roboty tracił, a to na przyszłych teściów poburczał. Ale gdzieś tam w głębi miał potencjał, o czym sam pewnie nie do końca zdawał sobie sprawę, ale ona to czuła i postanowiła wydobyć.

Sądy pierwszej ligi kościelnej, pod kapitanatem biskupa krakowskiego, sprawę rozpatrzyły i postanowiły, po wnikliwym sprawdzeniu WAR u  ze wszystkich kamer ziemskich i pozaziemskich, unieważnić ślub. I przesłały dokumenty do kurii katowickiej. A Katowice to już zagranica i sprawa utknęła jak węgiel na zapomnianej hałdzie.

Do tego wszystkiego Henryk został dziwkarzem i Jadwiga miała go dość. „Nie dość że głupek, pijak i agresywny buc, to jeszcze dziwkarz” myślała o Henryczku. Ten jednak dość szybko się zreflektował i postanowił budować swój związek na skale a nie na kupie niedomówień i wątpliwej jakości cemencie.

W międzyczasie, po rozwodzie świeckim, młodzi postanowili się połączyć przed naczelnikiem stanu cywilnego. Ale nie wyszło, bo Henryk jako termin wybrał długi weekend, pani go w urzędzie wyśmiała, ochrona pogoniła, zaliczka w domu weselnym przepadła i Henryk zgłupiał jeszcze bardziej. Choć wydawało się, że bardziej to już nie można. Oj, nie zbadane są pokłady ludzkich możliwości, co Henio udowadniał codziennie.

Ludzie po wsiach gadają, że mądrość przychodzi w wiekiem. On nie był tego sztandarowym przykładem, ale się starał. Bo czuł, że jak ona to zobaczy, to popędzi te Katowice i przed ołtarz go poprowadzi. Niby się starała, niby jakieś ruchy wykonywała ale nic to nie dawało. Za to ruchy niezależne wykonywały się same i nastały czasy papy Franciszka. Ten czując, że mu owce do domu nie wracają, zniósł drugą instancję unieważniającą małżeństwa. Katowicka kuria miała jednak swoją interpretację papieskich rozkazów i Jadwiga z Henrykiem dalej żyli w grzechu. Co prawda, Henryk zaproponował białe małżeństwo, czyli rok bez konsumpcji, na co Jadwiga zareagowała stanowczym:

– To ja się wyprowadzam do mamusi!

I tak to Henryk, stając na główce, raz na kwartał robił to, o co ona prosiła. Dobrze, że ona była tolerancyjna, bo tak rzadko to nawet dla świętego może być za mało.

Sprawy wskoczyły na wyższy level i nabrały prędkości, kiedy w rodzinie Henryka wystąpiła śmierć osoby bardzo mu bliskiej. Coś w nim się poprzestawiało. Zaczął moczyć nogi w wodzie z magnezem, pić witaminę c lewoskrętną chemiczną i jakoś tak dbać bardziej o siebie. Pomimo tego, że był jeszcze przed pięćdziesiątką.

Któregoś ranka zaraz po wschodzie słońca, wyskoczył z łoża przedmałżeńskiego i pobiegł do swojej parafii, do proboszcza. Jak wrócił, Jadwiga go nie poznała. Był blady, drapał się po brodzie, trzęsły mu się ręce, a nie pił już dwa dni, i szeptał sam do siebie:

– Jak tak można. Jak tak można. Tyle lat. Tyle lat czekania. Jak tak można.

Jadwiga podeszła do Henryka, przytuliła go i powiedziała, że dalej go kocha, co trochę go przywróciło do realnego świata.

–  Ubieraj się Jadziu. Jedziemy do kurii.

– Co? Zwariowałeś do reszty!

– Jadziu. Nie ma już drugiej instancji i ty to chyba już wolna jesteś. Nie musimy grzeszyć więcej.

– Oj tam. Poluzuj kalesony. Nie bluźnij.

– A ni mi to w głowie. Ubieraj się!

I ubrała się błyskawicznie i pojechali. Heniek był tak naładowany jakąś energią negatywną, że Jadwiga postanowiła pójść sama do księży. Bała się, że Henio, który ze dwa dni nie dotknął alkoholu, może mieć w sobie duże zdenerwowanie i narobi ich przyszłości kłopotów. Wysłała go więc na spacer uspokajający na planty, co okazało się zbawienne dla jego skołatanych nerwów. Sama zaś wykonała znak krzyża na swojej ubogaconej klatce piersiowej i ruszyła ku prawdzie.

Ta była banalna. Od dziesięciu lat mogła brać chłopa przed ołtarz, żeby ten jej poprzysięgał cuda niewidy i żeby mogli żyć jak Pan Bóg przykazał.

W Henryka wlała się radość tak wielka, że przy niedzielnej mszy świętej, po dziewiętnastu latach ruszył pojednać się z Bogiem. Nad wszystkim czuwał jego osobisty Anioł Stróż, który podprowadził go pod odpowiednią budkę ze spowiednikiem, który był młodą krwią w jego parafii. Do tego ksiądz miał okulary, był postawny jak Henryk, co sprawiało wrażenie człowieka inteligentnego i otwartego na nowinki nowego papieża. Wrażenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Przy sakramencie nawet się Henryk popłakał, kiedy ksiądz mu powiedział, że mu odpuszcza. Z wrażenia nawet, albo bardziej z kłopotów z dłuższym klęczeniem na dwóch kolanach, Henio się osunął i walną głową w konfesjonał, na szczęście bez konsekwencji zdrowotnych. Bo Jezus już czekał, żeby Henryk przyjął go do swojego Henrykowego serduszka. Jak za dzieciaka.

Po tym wszystkim, napełniony boską mocą Henio, zaczął z kopyta przygotowywać wesele. Zaliczkował salę, szuka zespołu do przygrywania, ludzi liczy i selekcjonuje. To nic, że to dopiero za dwa lata. To nic. On ma czas. W końcu tyle lat czekał.

Trochę gorzej jest z Jadzią. Posmutniała troszkę, bo Henio ciągle w łasce uświecającej pozostaje. I przez sen chłopina mamrocze mamrocze, nie dając jej spać:

„ Nie kradnij. Nie zabijaj. Nie cudzołóż! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!…”    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *