16. Początek naszego końca.

Początek naszego końca.

Zastanawialiście się kiedyś, w którym momencie rozpoczyna się początek naszego końca? Kiedy? Wtedy kiedy dowiemy się że mamy raka, białaczkę, nieuleczalną wadę serca, chore nerki? Kiedy pęknie nam kręgosłup albo urwie nogi i ręce? Nie. To wszystko jest do opanowania.

Początek naszego końca jest wtedy, kiedy przychodzimy na ten świat.

Jak mój Tata. To, że przeżył narodziny i pierwsze swoje miesiące i lata, już było cudem. Nie jakimś wielkim, ale było. Biedna wieś, rok 1942. Jesień. Udało się. Ale były i matki i dzieci, które tyle szczęścia nie miały. Ile ich było? Nie wiem, nawet ich nie liczyłem. Pamiętam Tato, jak kilka dni temu, po Twojej śmierci załatwialiśmy formalności i wszyscy młodzi lekarze i pracownicy biurowi, pytali zdziwieni:

– Przepraszam państwa. Miejsce urodzenia Mokra Wieś?

Chciałem krzyczeć: „tak kurwa! Co was tak dziwi? Co wy kurwa wiecie o życiu?”  Ale nie wypadało. Poza tym Mama zawsze mnie wyprzedzała i spokojnie i dumnie odpowiadała:

– Tak. Mokra Wieś. Wszystko się zgadza.

O dzieciństwie Tata dużo nie opowiadał, chyba, że wtedy kiedy chciał mnie i brata zmobilizować i pokazać jak nam jest w życiu prosto, łatwo i wygodnie. Że niczego nam nie brakuje, chociaż lata osiemdziesiąte wydawały się temu przeczyć, to pomimo braku czekolady, trzeciej pary spodni, butów do grania w siatkówkę, czy Bóg wie czego, byliśmy prawie w raju.

Nie tak jak on, który chodził do kościoła ponad pięć kilometrów, boso, a dopiero przed kościołem albo zakładał buty albo czekał, aż z wcześniejszej mszy świętej wyjdzie brat, który mu je przekaże. Żeby w świątyni wyglądać godnie. Żeby Pan Bóg mógł zobaczyć, że się starasz jak tylko możesz.

Potem to nie wiem jak było chronologicznie. Tata nie był jakimś wielkim opowiadaczem. Tego mi dzisiaj brakuje. Jak cholera. O tyle spraw chciałem Ciebie zapytać Tato. Żebyś mi wszystko opowiedział, bo teraz mam tyle lat, że już potrafię słuchać. Ale zawsze było coś ważniejszego, pilniejszego, coś co teraz jest niczym w porównaniu do tych chwil, które będę musiał przeżyć bez Ciebie.

Ale coś pamiętam, opowiadałeś. Było wojsko. Ochrona Pogranicza. W czasach najgorszej komuny prawdziwa służba w piekle. Pamiętam jak starszy stopniem skurwysyn Cię prześladował, bo byłeś wysoki. Jak Cię próbował upokarzać, ale Ty byłeś ponad tym. I nawet jak to opowiadałeś po latach, to nie miałeś do nikogo o to żalu. Nie czułem nigdy u Ciebie nienawiści do kogokolwiek. Nigdy.

Budowałeś drogi jako młody chłopak, pracując w takich warunkach, które ja znam co najwyżej z filmów. Aż wreszcie przyszła nadzieja, że powstająca Nowa Huta będzie Twoją przystanią. Że tam dadzą Ci szansę, a Ty tę szansę swoją pracowitością i zaangażowaniem wykorzystasz. I tak się stało. Skromny, pracowity jak nikt na świecie, doczekałeś się pierwszego garnituru, (o tak! Jaki Ty byłeś z tego dumny w swoich wspomnieniach. Nie musiałeś już pożyczać ubrań na specjalne okazje od starszych braci, którzy też przyjechali do Huty, żeby spełniać swoje marzenia). Dostałeś po latach mieszkanie. Oczywiście, nie byłbyś sobą, jakbyś nie wziął mniejszego, dwupokojowego zamiast tego, które wziąć mogłeś z jeszcze jednym dodatkowym pokojem. Bałeś się, że za duże, że nie znasz przyszłości, że jakby było ciężko, to mniejsze łatwiej utrzymać i takie tam. Zawsze myślałeś na kilka lat naprzód. Razem z mamą wyprzedzaliście nawet to, o czym ja bałem się pomyśleć. No tak. Nawet grobowiec sobie zbudowaliście. Grobowiec. I nie tylko dla siebie ale i dla innych. Może też dla nas. Wiesz, że odwlekaliśmy czas przepisania go na nas, bo bałem się, że to przyspieszy coś, o czym głośno nie mówiłem. Przyspieszy czyjąś śmierć.

Dziś wiem, że wszystko zaczyna się wtedy, kiedy przychodzimy na świat. Już wtedy.

Kolejny etap twojego życia obserwowałem dokładnie i wnikliwie. Bo byłeś dla mnie wzorem. Nawet jak nam nie było po drodze, umieliśmy się przeprosić i wyjaśnić sobie dlaczego mamy inne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość.

Kombinat wysysał z Ciebie życie powoli. Praca na trzy zmiany, w soboty i niedziele. W pyle, zimnie, upale. Najpierw dała Ci chorobę zawodową stawów. Pewnie już wtedy Twoja kość udowa zaczynała umierać. Ale Ty nie odpuszczałeś. Czas wolny, urlopy, przeznaczałeś na pomoc dziadkom w Leszczynie i bratu Kubie w Mokrej Wsi. Zabierałeś nas często ze sobą i uczyłeś szacunku dla ludzi, ciężkiej pracy, zwierząt i przyrody. Uratowałeś mnie z ognia, jak się podpaliłem w suszarni u Kuby.

Po pracy zawsze mieliśmy ciepły obiad. Mama przygotowywała dzień wcześniej, a Ty obierałeś ziemniaki, grzałeś zupę i mięso i karmiłeś nas jak królów. Poza piątkami. Do dziś na widok makaronu z serem czy kopytek mam mdłości. No ale piątek miał być bez mięsa. A ja, jako sportowiec musiałem Tatusiu mięso, bo po godzinie od zjedzenia tego pieprzonego makaronu byłem głodny. To jechałem na hamburgery pod dworzec, bo zawsze mi dawałeś pieniądze na drobne wydatki.

Nigdy nie widziałeś jak gram. Bo sport mógłby dla Ciebie nie istnieć. Rozumiem. Chciałeś żebym umiał grać na akordeonie i żebym był inżynierem. W obydwu przypadkach dałem dupy, ale jak widzisz radzę sobie. Zawsze mnie wspierałeś i dalej wspierasz. Czuję to. Mam też coś, czego nikt mi nie odbierze. To podglądnąłem u Ciebie. Staram się jak mogę, żeby jak Ty, być dobrym człowiekiem. Bo to jest w życiu najważniejsze Tato. I choć czasem kładę się zły na siebie, że nie do końca mi się udało, to wstaję z nadzieją, że dostałem kolejną szansę, żebyś był ze mnie dumny.

Pierwsze rysy na Twoim ciele pokazały się, kiedy po dwóch latach (!) lekarze odkryli, że gnije ci panewka kości udowej. Operację przeszedłeś jak burza. Pamiętasz, jak mi opowiadałeś, że miałeś znieczulenie miejscowe i prosiłeś operujących Cię o odsłonięcie parawanu, żebyś mógł zobaczyć jak to się robi? Tato… Żarty z takich spraw? To tylko Ty umiałeś. Rehabilitację rozpocząłeś jak prawdziwy sportowiec obóz przygotowawczy. Kazali Ci wyjść po schodach dwa razy, tam i z powrotem, a Ty wychodziłeś trzy razy. Żeby szybciej wrócić do wnuków, na działkę, do Mamy, do nas.

Potem te cholerne biodra. Po pierwszej operacji, powiedziałeś że już nigdy więcej. Tyle Cie to bólu kosztowało. Ale jak poczułeś poprawę, byłeś gotowy na kolejne biodro. Ale Bóg nie pozwolił Ci przejść przez to za łatwo, bo pół roku po operacji pierwszego biodra, to operowano wypadło ci z panewki i i rwąc ledwo co zrośnięte mięśnie, spowodowało ból jakiego w życiu nie doznałeś. I to w piątek po południu, kiedy lekarze byli już ciałem i duchem poza pracą. Po operacji drugiego biodra wszystko zaczęło się psuć. Wszystko. Organizm nie nadążał z regeneracją, osłabione serce pracowało coraz słabiej, a woda zaczęła zbierać się w organizmie. Dzisiaj żałuję, że nie pogoniliśmy Ciebie do szybszej rehabilitacji. Może by to coś pomogło.

Pierwszego ratunku szukałeś jak każdy z nas. Albo inaczej. Jak większość z nas. Stojąc w kolejkach, albo szukając przez Mamusię specjalistów. Śmiałem się z tych Twoich wizyt przed chorobami, że miejsce zdrowym zajmujesz. Jaki ja jestem głupi, Tato. Po pierwszej wizycie w szpitalu Dietla Józefa, kiedy woda ustąpiła powinien być zrobiony kolejny krok. Ale lekarze kazali czekać. Czekać w kolejce.

Woda wróciła szybciej niż zwolniło się miejsce w szpitalu. Tego czasu może zabrakło a może nie. Tego nie dowiemy się nigdy. Za to zaczęła się nasza Golgota. Najpierw nie byłeś na pogrzebie brata Władka. Jeszcze wtedy łudziłem się, że może nie chciałeś. Ale po wieczornej rozmowie z Tobą, wiedziałem, że jest źle. Bardzo źle. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem strach w Twoich oczach Tato. Pierwszy raz.

Brat Jacek zadziałał błyskawicznie. Dzięki pomocy rodziny dostaliśmy się do najlepszych z najlepszych. Położyli Cię na Kopernika i rozpoczęła się ostatnia bitwa naszego wspólnego życia. A tu przecież wakacje. Jak Cię zostawić? Jak jechać odpoczywać, kiedy Ty Tato walczysz o życie. Lekarze nas uspokajali, że będzie dobrze. Ty nawet słyszeć nie chciałeś, ze mamy plany korygować.

  • Przecież jest Mama. – mówiłeś. – A jak Jacek wróci to Ty pojedziesz i ciągle będę miał opiekę.

Z Kopernika przewieźli Cię do Jana Pawła,  a w dzień naszego powrotu Ty byłeś operowany. Popłakałem się wchodząc do samolotu. Dobrze, że miałem ze sobą moich najbliższych, rodzinę i przyjaciół Kazików, bo bym chyba zwariował. Lot dłużył się niemiłosiernie, ale pierwszy telefon po wylądowaniu wlał nadzieję. Operacja się udała.

Gówno prawda. W nocy znowu walczyłeś wraz z lekarzami, bo był stan krytyczny po operacji. Po dwóch dniach wpuścili nas do Ciebie. Wyglądałeś cudownie. Świadomy, bystry i silny. To nic, że maszyny Ci pomagały, że wystawało z Ciebie kilka rur różnej średnicy. To nic. Ten etap wygrywałeś.

Wszystko zaczęło się psuć na dobre, jak przenieśli Cię z intensywnej terapii na tą sale dwuosobową. Myśleliśmy, że to dobrze, bo przestałeś liczyć ile osób odeszło do Boga. W trakcie Twojego leżenia tam, trzech pacjentów opuściło ziemski padół. Pamiętam Twoje smutne oczy, jak mi pokazywałeś wzrokiem tego pana obok Ciebie i szeptałeś: „Patrz synu, ten nie może umrzeć”.

W czwartek było źle. Karmiłem Cię zupą, potem próbowałem Ci włożyć zęby które Ci Kasia zrobiła przed laty, żebyś teraz w szpitalu kanapki mógł pogryźć. Nie umiałem. Zrobiliśmy to w sobotę. Jak ładnie wtedy wyglądałeś. I pytałeś Kasi, czy zdąży zrobić Ci na wesele Marcelinki nowe. Miała zdążyć…

W sobotę zginął Piorun. Pochowałem go na facebooku. W niedzielę wpadliśmy do Ciebie, jak zwykle po piętnastej. W godzinach odwiedzin. Z Tomusiem. Byliśmy kilkanaście minut, bo lekarz powiedział, że przegrywasz i stan jest krytyczny. Od dziewiątej rano czekałeś Tato na operację. Była niedziela i lekarz który miał dyżur walczył o inne ludzkie życie do godziny szesnastej trzydzieści. Po dziewiętnastej zawalczyli o Ciebie. Z całą siłą i swoimi umiejętnościami jaki mieli. Oni są Tatusiu najlepsi. Jak wychodziliśmy od Ciebie, Tomek się podłamał.

– Wczoraj Piorun, dzisiaj dziadek.

– Dziadek synku walczy. Będzie dobrze. – powiedziałem płacząc, bo cały czas wierzyłem.

W poniedziałek Piorunka odnaleźliśmy i zaraz pobiegłem Ci o tym powiedzieć.

W środę rano zadzwonili ze szpitala, że dzisiaj może być ostatni dzień Twojego życia. Rzuciliśmy wszystko i pobiegliśmy do Ciebie, żebyś nie odchodził. Dalej mieliśmy nadzieję. Czekaliśmy na cud. Bo tylko cud mógł zmienić bieg tragicznych dla nas wydarzeń.

Po pracy miałem jechać do Ciebie. Trzy razy szedłem na tramwaj który miał mnie dostarczyć pod szpital. Ale zmieniałem plany i postanowiłem, że pojadę do synka i Notorycznej Ukochanej, a co u Ciebie dowiem się o dwudziestej pierwszej i jak dalej będzie źle, to pojadę pobyć z Tobą.

Po dziewiętnastej siedziałem na przystanku i paliłem któregoś tam papierosa i słuchałem muzyki. Nagle ni z tego ni z owego, muzyka się wyłączyła. Nie odczytałem tego, choć dwie godziny wcześniej prosiłem Ciebie o znak. Znak, że jak powiesz koniec, to masz mnie poinformować. Tylko nie tak jak Twój najstarszy brat Józek, który zrzucił z szafy ciężką walizkę przed Ciocię Marysię. Bardziej subtelnie. Posłuchałeś. Włączyłem muzykę znowu i po chwili sama się wyłączyła. To był znak, że skończyłeś i idziesz do Boga. Dziś to wiem.

Miałem dużo znaków które przybliżały mnie do Twojego odejścia. Ignorowałem je jak mogłem, ale przeznaczeniu nie jesteśmy się w stanie przeciwstawić skutecznie. Nie mamy żadnej szansy Tato. Żadnej.

W czwartek załatwiliśmy z Mamą i Ciocią Ireną wszystko. Formalności w szpitalu, na cmentarzu i w zakładzie pogrzebowym. Szybko i sprawnie. Bo Ty nad tym czuwałeś. Nie było korków, wszędzie byliśmy o czasie. Tak łatwo w życiu nie ma, a w ten dzień było. Najgorsze przeżycie jakie nigdy mnie nie opuści, to ta chwila, kiedy wychodziłem ze szpitala z dwoma workami na śmieci, pełnymi Twoich rzeczy Tatusiu. Szedłem i wyłem. Widziałeś zresztą Tato sam.

Pogrzeb miałeś piękny. Przepiękny. Bo byłeś dobrym człowiekiem. Dobrym jak chleb Tato.

Teraz wreszcie odpocznij że sobie kochany, ale miej nas w swojej opiece. Dawaj nam siłę do życia, podnoś jak upadniemy i przypominaj codziennie, żebyśmy kochali się w każdej sekundzie naszego życia. Bo resztę spraw na ziemi załatwiłeś za swojego pięknego życia. Dziękujemy Ci, Tatusiu kochany.

Żyj z Bogiem, w Bogu i w nas. Na wieki wieków.

Do zobaczenia…      

5 odpowiedzi do “16. Początek naszego końca.”

  1. Tomku opisales wszystko tak pięknie… poplakala się cała moja rodzina…Masz niesamowity talent, powinieneś pisać książki. Ściskamy mocno

  2. Ryczę i ryczę….dwa miesiące temu zmarła moja mama…nagle…nikogo w domu nie było..ja w zakopanem brat po weselu, drugi gdzieś na wsi, tatuś poszedł do chorych(jest szafarzem)….i wrócił i mikul leżała w kuchni…zdąrzyła obrać trzy ziemniaki..(bo to niedziela była)….reanimacja karetka…mnie przy tym nie było…dla mnie południe zakopane wychodzę z kościoła sms od brata”zadzwoń pilne”…wystraszyłam się…i słyszę ze są wszyscy na złotym wieku słyszę lamiacy się głos mojego brata i słowa nie udało się…odeszła…mój mózg chyba przez 10 minut tego nie przetwarzał. Nie rozumiałam tych słów. wróciłam najszybciej jak tylko się dało..czekali żebym mogła się pożegnać z mikulem..potem formalności pogrzeb…ale tylko dzięki temu że Ona tam jest u Boga my dajemy rade…naprawde dajemy radę…i głęboko wierzę w to że nasi rodzice są święci…Tomuś…ŚWIĘTYCH OBCOWANIE…Pozdrawiam Cię bardzo gorącą trzymajcie się i kochajcie się.

  3. Gumi, wycisnąłeś ze mnie wszystkie moje łzy, dawno tak nie ryczałam. Piękne to co piszesz i bardzo wzruszające.
    Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą… To prawda, ciągle pędzimy, gonimy, nie mamy czasu porozmawiać z rodzicami a jak już rozmawiamy to szybko i w biegu bo to bo tamto… W chwili kiedy ich tracimy dalibyśmy wszystko żeby z nimi pogadać.
    Gumi, pisz, piszesz pięknie, ja dopóki będę żyła będę czytała. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *