S12. Seniorro.

S12. Seniorro.

Ostatni Mohikanie poważnej siatkówki, Rataj i Jabko wzięli nogi za pas w 1992 roku i poszli, jeden w Polskę, drugi do Turcji. Wróciła za to nadzieja nowohuckiej klepanej, Anioł oraz talent, który nigdy nie eksplodował na miarę opowieści dziwnych treści, Mieeetek. Do tego zostali, Jaro, Dupcia, Czarny, Kobza, Piter  i doszła świeża krew, czyli Żuchol, Darek „Biometr Niekorzystny” i ja.

Ci co pouciekali, zdążyli jeszcze spuścić Hutnika do serii B. Oczywiście przesadzam mocno, bo wszystko już zaczynało być nie tak. Nie ta kasa, trener  może za miękki i  wszędzie wszystko dookoła się obsrywało, i podobnie było u nas, w Hucie.

Nowa Huta w czasie przemian ustrojowych została pozostawiona sama sobie. Można było mieć wrażenie , że stanowiła coś na kształt wrzodu na rozpadającej się socjalistycznej dupie. Wrzodu który pękł i nikt go nie miał zamiaru leczyć. Sztuczny twór socjalistycznej paranoi został wzorowo wydymany. Sypało się wszystko a już najbardziej kombinat. Chłopo – robotnicy przestali być istotnym trybem w nowej Polsce. Walczący i ginący w stanie wojennym nowohucianie zostali marginesem historii. Kochana Huta, waleczna i dumna miała być spuszczona w kiblu zapomnienia. A wszystko to było robione po to, żeby tę Hutę za bezcen sprzedać, biorąc pieniądze pod stołem. Zrobili to postkomuniści, których trzeba było jednak rozliczyć w 89 roku. Jednak byłem zajęty piciem, sportem i muzyką.

W takim to gównianym okresie startowałem do poważnego sportu. Raj z mieszkaniami i talonami na samochody zamienił się w piekło codziennej walki o utrzymanie jakiegokolwiek poziomu przyzwoitości. Na szczęście mogliśmy jeszcze grać a pieniądze nie były naszym bożkiem. Radość i duma z reprezentowania Hutnika napędzały nas wystarczająco mocno do pracy i zawodów. Troszkę się obawiałem wejścia do, było nie było, poważnej ligi. Chudy byłem jak szczapa, nie za silny, i jeszcze ta moja złamana lata wcześniej ręka, która miała odpowiadać za efektowne jebnięcie, ale bez odpowiedniej wtedy rehabilitacji nie nadawała się nawet do marszczenia… Nie ważne. Ale żeby już się tak nad sobą nie znęcać, byłem nadal pracowity, wytrzymały a grabula dziwnie układała się przy kontakcie z piłką i często posyłała ją tam gdzie nikt się tego nie spodziewał. Poza mną.

Trenerem naszym został doktor z AWF, przemiły człowiek i siła spokoju, Marian Fiedor. Marian  wprowadzał do naszej szarej treningowej codzienności nowinki, które nie raz i nie dwa przyprawiały nas o kosmiczny zawrót głowy.

Przynosił na przykład sport testery i jechaliśmy test kogoś tam. Polegał on na tym, że biegało się od linii do linii wyznaczającej boisko do siatkówki, 18 metrów, i na sygnał z magnetofonu należało tej linii dotknąć. Żeby było śmieszniej zaczynało się od marszu, chyba dziesięć dotknięć. Potem trucht i dziesięć dotknięć i coraz szybciej i szybciej. Mało kto dochodził do dziesiątej rundy. Mój rekord to było na bank dwanaście, a może i trzynaście rund. Do posrania i porzygania ten test był. Padało się po tym na ryj.  Na jakim poziomie wytrenowania była moja wytrzymałość, świadczyć mogło to, że podobne do moich wyników osiągi, miało tylko kilku piłkarzy ręcznych. A w dyscyplinie zwanej handbalem to trzeba było popierdalać jak motorek. Tam i z powrotem, tam i sram. I jeszcze do tego popychać, przepychać, tłuc i mocować.

Wyszło więc na to, że coś poza skórą i kośćmi wniosłem do teamu Hutnika. Poza tym byłem chyba lubiany, koleżeński i miałem to co bardzo podobało się najstarszym zawodnikom. Lubiłem się napić i byłem dobrym do tego kompanem. Coś na zasadzie pierwsi na boisku, pierwsi przy kieliszku.

W Hutniku podpisałem pierwszy kontrakt, a raczej stypendium sportowe. Nie                             były to jakieś wielkie pieniądze, ale za to regularne i na pierdoły wystarczały.

Najważniejszym celem jaki miałem w swoim pierwszym seniorskim sezonie, było połączenie szkoły i treningów. We wtorki i czwartki zajęcia treningowe odbywały się dwa razy dziennie i już w sezonie przygotowawczym wiedziałem, że nie będzie lekko.  Siłownia w te dwa dni wyciskała ze mnie szóste poty i wyżymała okrutnie siły z młodego organizmu. Po tym wszystkim na popołudniowych sesjach treningowych to więcej było z mojej strony szwędania się po parkiecie niż zapieprzania. Siły nie było. Chude członki nie nosiły wcale. Ale za to po treningowe sesje w „Drewniaku”, nowohuckiej pijalni piwa, koło kina „Świt”, mekkce halowców HKS-u, stawiały na nogi ciało i ducha. Doświadczając mocy regeneracyjnej w tym lokalu, z wielką przyjemnością kierowałem tam po treningach swoje kroki.

Stypendia, a dla niektórych umowy o pracę na słynnym wydziale, bodajże W-27, były stopniowane w stosunku do wieku, zasług, minut na parkiecie . Początkowo zostałem przydzielony do kasty najniższej. Ekipę mieliśmy fajną. Czterech rutyniarzy, Młody, Anioł – powrócił do Huty z odróbki wojska w Radomiu, Mietek, Mapet zwany przez kibiców Arabem , srebrni juniorzy: Czarny, Opciach, Potas, Kobza, Piter, Dupcia, i młodziaki: Żuchol, Daro i ja.

Jakoś tak, to szło, jeśli idzie o skład.

W końcu ruszyły rozgrywki ligowe. Sól naszej siatkarskiej strawy. Wisienka na treningowym torcie. Dla mnie osobiście spełnienie marzeń i wielki zaszczyt.

Pierwszy mecz ligowy graliśmy z Legią Warszawa. Tego się nie zapomina nigdy. Nie dość, że ligowy chrzest, to jeszcze z Legią. Dwa wielkie kluby, które w wyniku zawirowań ekonomicznych i transformacji ustrojowej, wylądowały na zapleczu siatkarskiej ekstraklasy. W sumie nie tylko one. Bo to zaplecze to wtedy było coś. Po osiem zespołów w Seri A i Seri B. Wystarczy tylko wymienić kto w Serii B wtedy grał: Hutnik Kraków, Legia Warszawa, Resovia Rzeszów, Chemik Kędzierzyn Koźle, Stal Stocznia Szczecin, Avia Świdnik, Beldon Katowice, Stilon Gorzów. Emocje były jak diabli.

Pierwszy mecz sezonu zaliczyłem na Hutniku, na dodatek z Legią Warszawa! Matko Boska Plasowana, bądź z nami. Dopomóż w wiktorii! – dumałem nie mogąc spać po nocach.

Guru w rozpracowaniu rywala i taktycznym podpowiadaczem miał być Mietek. Talent nad talenty, król juniorskich parkietów, nadzieja białych, którego piłka słuchała jak nikogo. Co prawda w okresie przygotowawczym jakoś tego nie zauważyłem. Nie zaobserwowałem w Mieciu ani nadczłowieka, nadsiatkarza ani niczego specjalnego w nim,  co by go wyróżniało ponad nas. A już sama sytuacja, kiedy podczas przygotowań Mietka przygniotła sztanga na siłowni, taka niezbyt ciężka( no bo skoro ja ją dźwigałem, no to sorry wszystkim), kazała się mocno zastanowić nad jego legendą. Ale za juniora kozak był z niego i basta. Czas miał pracować na jego korzyść.

I nadszedł ten mecz prawdy, a Mietek wrócił do nas z Legii, gdzie sobie służbę wojskową odrobił. No i może to wojsko go tak przerzedziło, czy co? W każdym bądź razie ni chuja nie okazywał się być zbawicielem.

Nawet przekaz przed meczem nie był zbyt wylewny w kwestii na kogo i po co zagrywać, kogo i jak blokować, kto jak atakuje, czyli krótko: jak im wpierdol spuścić zgodnie z kanonami siatkarskiej taktyki. Albo inaczej. Zamiast nas mobilizować, lekko nas rozbawił swoim nieogarnięciem. Chwała Bogu, że już sama nazwa CWKS mobilizowała wystarczająco.

Na rozgrzewce widać było pierwsze oznaki naszej nadaktywności. Kobza wykazał się tutaj mistrzostwem. Próbując wstrzelić się zagrywką z wyskoku w boisko rywala, huknął przez całą salę, w najdalszy i najwyższy punkt hali! Nikt nigdy tego nie powtórzył i nie powtórzy. Nie ma bata.

W końcu nadeszła wiekopomna dla mnie chwila. Zaczął się mecz. Trener Marian postawił na rutyniarzy. Ci gryźli parkiet jak bobry drwa nad strumieniem. My darliśmy mordy z ławki, mdlejąc, sikając po nogach, mobilizując starszych do zwycięstwa. Jak  potem się okazało, klub też motywował nas do zwycięstwa, kładąc pod przysłowiowy słupek niemało sianka. Takie sianko za granko. Zwycięskie granko.

W połowie inauguracyjnego seta na zagrywkę, po raz drugi w tej partii dotarł Mietek. Zebrał się w sobie, skupił niemiłosiernie, zwarł zwieracze i chyba przypomniał sobie o swojej rozprawce taktycznej. Sala zamarła, my na ławce już liczyliśmy punkty zdobyte bezpośrednio z zagrywki, kiedy nagle stało się coś niespotykanego na takim poziomie. Miecio podrzucił miękko balon, ale w ostatniej chwili zwolnił rękę, klasyka przy skracaniu zagrywki, i wypalił piłką w trzeci metr.

Trzeci metr, ale naszego boiska. Wszystko nagle legło w gruzach. Świat mi zawirował, rycerze stawali się giermkami, smoki zmutowanymi kozami a prawo grawitacji trwało bezwzględnie tak samo. Na pohybel nam.

Ale od czego trenejro ma zmienników? Od srania po majtkach?

– Tomek, wchodzisz – bez emocji, na zimno ustosunkował się do boiskowych sytuacji trener, doktor siatkówki Marian, który ze spokojem szachisty znosił gromy rzucane przez rutyniarzy Marków z wysokości parkietu na Suchych Stawach. Albo tylko tak mi się wydawało.

– Jaaaaa? Nooo, doobra. Gootowyy. – język mi się plątał ze strachu, łydki drżały jak galareta rzucana z dziesiątego piętra na czyjąś głowę.

– Dawaj! Sędzia! Zmiana! – rozkazywał coach – Za Mietka. Mietek, schodzisz.

Stałem drżący jak osika przy linii bocznej z tabliczką z numerem zmienianego kolegi. Zimny pot mnie oblewał. Trybuny zamarły, wkurwiony na maksa Anioł miał wszystko w dupie, a trenerowi wydawało się, że wie co robi. Mimo tremy byłem gotowy do ligowej seniorskiej inicjacji.

– Gomóła, jak to spierdolisz to ci nogi z dupy powyrywam! –  Marek młodszy powitał mnie na ligowych parkietach po ojcowsku. – Tylko kurwa nie przeszkadzaj!

– Yhy ! – było mi wszystko jedno co mi wyrwie, byle nie przy ludziach. – Rozwalmy ich!

– Cztery, pięć! – ktoś zaordynował na środku okrzyk zwycięstwa.

– Szeeeeeść! – ryknęliśmy.

Ale jest fajnie, pomyślałem i zaczęliśmy grać w prawdziwą siatkówkę.

Mecze były rozgrywane w soboty, w godzinach późno popołudniowych i w niedzielę, najczęściej o godzinie 11.00. Ponieważ drużyn w naszej lidze nie było dużo, graliśmy trybem sobota, niedziela. Dwa mecze jako gospodarz i po tygodniu dwa mecze jako gość. Hala Hutnika, jak wspominałem wcześniej, żyła cały czas, a najmocniej w soboty. W tym czasie swoje mecze rozgrywali tam, obok nas, koszykarze i piłkarze ręczni.  Często zdarzały się prawdziwe sobotnie maratony sporów halowych.

Basketboliści startowali o 13.00 lub 14.00, ręczniki o 15,00 lub 16.00 i na koniec my, wisienki na torcie, vollejbaliści. Dziesiątki sportowców, setki kibiców.

Ochrona czasami nie nadążała za tą kołomyją. Którejś sportowej soboty szliśmy sobie z Jarkiem na swój mecz. Weszliśmy na halę i zastanawialiśmy się co dalej. Iść popatrzeć na mecz ręczników? A może już koncentrować się w szatni? Postanowiliśmy jednak przejść przez halę, bo chciałem rzucić okiem na wynik zawodów piłkarzy grających rękami.

– Cześć.

– Cześć.

Powitanie standardowe, jak co dwa tygodnie, z pilnującym wejścia ochroniarzem. Wlazłem szybko pierwszy i stanąłem sobie na krawędzi parkietu i patrząc co na boisku piszczy.

– Patrz Jaro, jakie mają śmi… – odwróciłem się i zobaczyłem, że gadam do powietrza.

Spojrzałem na wejście, a tam jakaś kłótnia, ochroniarz szarpie się z Jarkiem a ten zrezygnowany zrobił w tył zwrot i poszedł przed siebie. I nie koniecznie do naszej szatni.

– Co jest do diabła? – krzyknąłem i nastąpiła szybka akcja i reakcja.

– Eeeeeeeeeee, nic. Gość chciał wejść na halę bez biletu! – ochroniarz zameldował wykonanie zadania.

– Jakiego, kurwa, biletu? TO NASZ ROZGRYWAJĄCY! – szlak mnie trafił, bo Jarek już drugi sezon wycierał parkiet na Suchych Stawach.

– Jarek!!! – wydarłem mordę i ruszyłem w pogoń za przyjacielem – Co się dzieje?

– A nic. – Jarek jak zawsze ze stoickim spokojem i mega opanowaniem odpowiedział. – Nie chcą mnie wpuścić to idę do domu.

Znałem Jarka dobrze, ale przymurowało mnie do lastrika.

– No co Ty, nie wygłupiaj się, chodź, wyjaśnię… No nie może tak być. No! – błagałem. – W końcu zaraz mecz. Nasz mecz.

Przy ochroniarzu, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, wyklarowałem mu spokojnie:

– Panie to nasz rozgrywacz, przecież torbę ma ze sprzętem. Panie no jak tak można?

– A co ja mam was wszystkich znać ? A skąd miałem wiedzieć że on u nas gra? – bez emocji jak robot wyjaśnił nam powody swojego zachowania bramkarz, po czym łaskawie rzekł – Włazić!

Po takich przygodach na swoich śmieciach adrenalina skakała bez wspomagaczy. I każdy z naszych rywali poczuł to na własnej skórze. Każdy przegrał z nami u nas przynajmniej jeden raz.

Atuty mieliśmy u siebie dwa. Tylko dwa, ale za to potężne. Pierwszy to była hala. W latach dziewięćdziesiątych jawiła się ogromną, wielką budowlą. Szczególnie w środku. Z niesamowitym przepływem powietrza, które odpowiednio uderzoną piłkę, z odpowiedniej odległości, niosło jak Pan Bóg kule na wojnie. Rotacja taka się robiła, że daj Panie Boże zdrowie. Nie raz i nie dwa, gała lądowała, w najmniej spodziewanym miejscu. Nie licząc się z prawami przyciągania ziemskiego, aerodynamiki i diabli wiedzą czym jeszcze.

Ze starych grajków, mistrzem w tym był Zdzisiek Jabłoński. Jabłko stawał obok bramki do piłki ręcznej, podrzucał gałę, i jeb. A piłka leciała i leciała. I albo spadała za siatką zaraz, albo lecąc w dół i górę, w lewo i w prawo, lądowała niespodziewanie na dziewiątym metrze.

Z młodych Piter, ze swojej lewej mańki potrafił tak przyłożyć, że robił prawdziwe szkody na stronie wroga. Czym jest zagrywka, nikomu kto siatkówki liznął tłumaczyć nie trzeba. Innym powiem tylko, że to, równając do alfabetu, litera A. B to przyjęcie, C rozegranie i tak dalej. Ale po dobrym A dalej już nic być nie musi.

Drugim atutem była nasza miłość do klubu. Złączeni z Hutą, w znakomitej większości pępowiną miejsca urodzenia, dalibyśmy się pokroić za Hutnika. A i kibiców przychodziło sporo, to mieliśmy dla kogo wylewać pot na parkiecie i poza nim. Kibice bardzo mocno nam pomagali. Nie jeden mecz wygraliśmy dzięki nim, dzięki dopingowi, wsparciu duchowemu i modlitwie. Poleciałem chyba za mocno. Ale jestem blisko tej magii jaka wtedy panowała.

Kolejnym czynnikiem mającym duży wpływ na gryzienie parkietu, było to co pod słupkiem, czyli premie za zwycięstwa. A te były niemałe, szczególnie dla tych co na boisku zdrowie zostawiali.

Za udział w zwycięskich zawodach miałem drugie stypendium. A tych zawodów trochę było, bo z osiem w miesiącu. Na wyjazdach szło nam średnio, żeby nie powiedzieć szczerze: przechujowo, ale w domu dawaliśmy radę. I po takiej pierwszej premii mogłem sobie kupić, niedostępne wcześniej ze względu na cenę, oryginalne buty adidasa. Takie piękne, że nie wiem czy w nich przez tydzień nie spałem. A ponieważ drogie były jak diabli to mogło i tak być.

Pierwsze stypendium otrzymałem na początku września. Nie była to jakaś wielka kwota. Może 25% tego co zarabiał mój tata na kombinacie metalurgicznym. Za to premie za udział w zwycięskich zawodach wywindowały moje zarobki na bardzo fajny poziom. Stypendium duże na pewno nie było, ale za to regularne i wystarczające do inwestowania w napoje wyskokowe i inne mniej ważne rzeczy. Jak przekazali mi starsi i bardziej doświadczeni życiowo grajkowie, pierwsze pieniądze należało przechlać do ostatniego grosza. Podobno taki był zwyczaj od wieków. A ponieważ ja starszym wierzyłem bardzo i bardzo ich wszystkich szanowałem, to postanowiłem zgodnie z tradycją nakupić za wypłatę napoje zawierające promile.

Bazą naszą zostało mieszkanie Dupci, które klub jemu i kilku piłkarzom ręcznym wynajmował. Dwa albo trzy pokoiki na osiedlu Tysiąclecia, piętro piąte. Czysto, schludnie i przytulnie (dopóki im nie wywaliło szamba na całe mieszkanie). Maciek mieszkał wtedy z Rafałem „Bennym” Bernackim, wielce utalentowanym bramkarzem piłki ręcznej. Człowiekiem o złotym sercu, niezwykle pracowitym, przyszłym reprezentancie Polski i wielokrotnym medalistą Mistrzostw Polski. Lubiliśmy się z ręcznikami bardzo i teraz to my młodzi podtrzymywaliśmy tę platoniczną miłość między sekcjami, tak jak robili to przed nami nasi starsi koledzy. Bywało miło, a już do kanonów anegdociarstwa przeszło nasze wspólne popijanie na Tysiacu u chłopaków.

Napatoczyłem się razu pewnego w odwiedziny. Chłopaki narobili jaj w majonezie, było to ich popisowe danie, do tego strzeliliśmy po kielonie. Jednym, trzecim, piątym. Ponieważ za zarobione pieniądze kupiłem nowe, oryginalne jeansy Levisa, nie uszło to ich uwadze i po chwili padła taka teza z ich ust:

– A czaisz Gomół, że Levisy się nie palą? Taki materiał mają super! – nie wiem czy to nie Rychu rozpoczął podpuszczanie mnie.

– Nocoty? – zakrztusiłem się z przejęcia jajcem. – Nie bujasz?

– No serio! – Rychu potwierdził i przeszedł do etapu eksperymentu. – Kto ma zapalniczkę?

Zapalniczka znalazła się szybko, płomień buchnął, nad kostką zawinąłem spodnie i na ich zagięciu ogień rozpoczął swój taniec .

– Jeden, dwa, trzy, cztery … – odliczaliśmy czas, nie wiem dzisiaj po co, bo jeansy się podobno nie jarają.

Podobno.

Na dwadzieścia dwa płomień przedarł się przez jeans. Błyskawicznie go ugasiłem, rozwinąłem spodnie i pobladłem:

– Ja pierdolę! Moje spodnie! – wpatrzony w małą, osmoloną dziwnie dziurę na moment oniemiałe.

– Chyba nie oryginały. – skwitował ktoś przerywając milczenie . – No to po jednym.

A po jednym to tak! W końcu kto tam na dole dziurę wypatrzy? A wynik był przecież znakomity!

22 sekundy dla Levisów!

Za  pierwsze swoje stypendium zakupiłem, chowając małe co nieco, żeby wszystkiego nie przepuścić, alkoholi bez liku. Poszło ze 300 000 złotych. Siedzieliśmy w gronie młodzieży, się lało, śpiewało, byłych śmichy chichy. Czuliśmy się dobrze. Bardzo dobrze. W garnku gotowała się kiełbasa na zakąskę. Żyć nie umierać!

I tak nam czas płynął przez palce. I kieliszki i puszki i butelki przez palce płynęły, kiedy nagle łomot do drzwi postawił nas na równe nogi. Wydawało się nam, że tajfun jakiś na klatce przemieszczał się i celował tylko w nasze wejściowe wrota.

– Otwierać! – padła komenda.

– Otwierać! HaKaeS! – zabełkotał tajfun po raz drugi.

Dupcia uchylił drzwi i to wystarczyło żeby tajfun się zmaterializował na podobieństwo Marka i Marka, którzy pod naporem swojej masy wtajfunili się do środka.

– Gdzie ten Gomóła?! Miał stawiać! – wyraźnie kogoś szukali.

– Jestem tutaj. – odpowiedziałem bełkotem na bełkot, bo po popołudniowym treningu rozkładało mnie wzorowo.

– No to polewaj młody. – padła komenda.

Polałem więc to co zostało, a że zostało niewiele, po trzydziestu minutach było pusto jak na Saharze w południe. A starszyzna za kołnierz nie wylewała i potrzeby miała spore.

– Jedziemy do knajpy – Anioł zaordynował.

– Czym? – Piękny Marek, zdrowo trzepnięty, zachował zdrowy rozsądek.

– Moim polonezem!

– Nie mamy kierowcy – przytomność starszego Marka zadziwiała.

– Jak to nie mamy? A ja? – młodszy Marek zgłosił gotowość tracąc w niewielkim stopniu równowagę na moment.

Młodzieży to pasowało. Jazda wypasioną furą, którą jawił się Polonez FSO, może nawet Caro, zakupiona za talon, kusiła. I nawet to, że było nas sześć osób do pięcioosobowego pojazdu nikomu nie przeszkadzało.

– Jedziemy! Ubierać kajaki! Szybciej! Posuń się – przekrzykiwaliśmy się.

Na dole, pod klatką schodową, naszła nas mała refleksja. A nawet naszła Anioła, jako właściciela pojazdu.

– Kto nie pił? – popatrzył groźnie na nas.

My popatrzyliśmy na siebie. Jeden się kiwał, drugi sikał pod żywopłotem na swoje buty, komuś tam się niebezpiecznie odbijało. Wybór był ciężki. Oj ciężki. Nikt z nas nie pasował do roli kierowcy.

– Potas już idzie do nas – zauważył Dupcia łapiąc konkretną przyczepność rzeczywistości. – A on jeszcze nie pił.

– Hura!!! Jedziemy!

– Potas, Potas! – krzyczeliśmy, bo kolega majaczył już w oddali – Dawaj tu! Gazem!

– No to wsiadamy! – zadecydował uśmiechnięty właściciel i pootwierał wszystkie drzwi na oścież.

Dzisiaj należy zadać sobie pytanie dlaczego nie poszliśmy na nogach. Pięćset metrów dla wysportowanych chłopaków w kwiecie wieku nie powinno stanowić problemu. Tym bardziej, że byliśmy świeżo po okresie przygotowawczym.

Marek młodszy, dwumetrowy kolos, zajął miejsce pasażera-pilota i wywalił fotel na maksa do tyłu, nie zostawiając nam zbyt dużo miejsca na tyłach. Potas usadowił się szczęśliwy za kółkiem a z tyłu ja, Dupcia, Młody i Jaro. Wszyscy pod albo ponad 190 cm. Jak myśmy tam wleźli?. Po usadowieniu się Poti dostojnie ruszył. Szyby były zaparowane, widoczność mocno nijaka. Po wyjeździe na główną arterię, po kilkudziesięciu metrach, padła komenda pilota:

– W prawo! Jedziemy do Tysiąclatki na dansing!

– Jak się masz? Kochanie, jak się masz! – zawyliśmy szczęśliwi na taką propozycję.

Potas przerażony zamieszaniem skręcił gwałtownie według rozkazu, a przed maską pojawili mu się uciekający ludzie.

– Co oni robią na ulicy? – ktoś pomyślał przytomnie, próbując dokonać rozpoznania terenu przez zaparowane szyby .

Prawie przytomnie, bo okazało się, że to my jechaliśmy po przejściu dla pieszych, po chodniku, bo pod samą knajpą nie było parkingu a nawet podjazdu. Przynajmniej nie od tej strony którą postanowiliśmy zaatakować lokal. Wszyscy jednak zachowali wzorową uwagę, czyli sprawcy zamieszania: Potas oraz piesi i bezboleśnie dotarliśmy pod lokal. Z trudem wygrzebaliśmy się z Poldka i zatoczyliśmy się ku przygodzie. Po naszym wejściu ludność w środku ściszyła głosy, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie dziwię się. Banda półprzytomnych wielkoludów stanowiła nie lada atrakcję, ale jeszcze większe zagrożenie. Ale my byliśmy do rany przyłóż. Bez picu. Bywalcy lokalu mogli się czuć bezpieczni. A zresztą, co to było za towarzystwo? Bumelanci, cinkciarze, stare prukwy, raszple i flądry. Oni już nie jedno widzieli i niejedno przeżyli. Byli zapewne gotowi i na nas.

A my grzecznie zajęliśmy wskazaną miejscówkę pod ścianą, a nasz dowódca i dobroczyńca Aniołek polazł do baru złożyć zamówienie.

– Sześć pięćdziesiątek wyborowej gorzkiej! – zaordynował .

– Abo nie. Dwanaście! – szybki umysł, pomimo dużego wzrostu, był jego atutem.

–  Podam do stołu. Usiąść.– burknęła zza lady miła pani i postanowiła nas, mimo wszystko, obsłużyć.

No i zaczęła się moja przygoda z żołądkową gorzką, do dzisiaj pielęgnowana podczas kultowych tras październikowych które są moją kontynuacją przygód sportowych tylko przy muzyce, gdzie udaję Kult Ochronę. Sto gram które przyjąłem wtedy zapamiętam do końca życia. Tylko wstyd przed chłopakami powstrzymał mnie przed zwróceniem wszystkiego od razu tam. Ten smak, wtedy tak dramatycznie gorzki, gryzący i palący trzewia. DRAMAT. Z wielkim bólem dosiedziałem do końca tych dziesięciu minut które tam spędziliśmy. I przestawałem myśleć. Kto, gdzie i z kim dalej ruszył? Nie wiem. Jak i gdzie auto odstawiono? Nie wiem. Nic nie wiem. Całą pamięć i alkostypendium zwymiotowałem. Jak tylko przekroczyłem próg lokalu i ludzkiego wzroku. Żenujące przedstawienie dokonało się zgodnie z niepisaną sportową tradycją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.