18. Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

Świetliki. Gdańsk, Łódź, styczeń 2020.

To, żeby wybrać się ze Świetlikami aż nad morze, wyszło samo z siebie. Albo inaczej, było pokłosiem naszych wcześniejszych spotkań i wzajemnego zaakceptowania. W pewnym momencie swojego żywota, poza byciem fanem grupy, zostałem niespodziewanie ich sklepikarzem.

Doszło do tego zupełnie przypadkowo, podczas koncertu w Pięknym Psie, jeszcze na Bożego Ciała 8. Zakolegowany wcześniej z Panem Poetą, wydawałem się więc odpowiedzialnym oraz odpowiednim kandydatem na obsługę świetlistego stoiska.

W Psie poszło mi nad wyraz dobrze, a i sprzęt pomogłem zapakować do busa, więc kandydatura sklepikarza – fizycznego została mi zaproponowana – jak tylko będę chciał i kiedy będę chciał.

To był początek roku 2019, a pod koniec tegoż roku znowu stanąłem „za ladą” w krakowskim Zaścianku, a dzień później w tyskim klubie jakimś tam. Sklep rozbuchałem do maksimum, dając ludowi poezję, muzykę i odzienie. A wszystkiego miałem w ilościach pchających mnie w dalszą współpracę. A ta układała się znakomicie bo „nieprzysiadalny” poeta zrobił się u mojego boku poetą „przysiadalnym” i zakupy okraszał wpisami, podpisami a nawet rysunkami, co podnosiło naszą sprzedaż na zadowalający mnie poziom.

Z początkiem roku 2020 wypadł nam wyjazd za miasto. Do Gdańska oraz Łodzi. Nie zastanawiałem się długo, bo przebywanie z ludźmi kultury zawsze mną kręciło, a jeśli ci od kultury jeszcze są w piątce twoich ulubionych zespołów, to nie można nie skorzystać z okazji, żeby ruszyć z nimi w świat. Pomiędzy koncertami dostałem też zadanie zmobilizowania wokalisty do wytężonej pracy nad płytą i po kilkutygodniowych podchodach mogłem zameldować światu, że i to zadanie udało się wykonać.

Wyprawę nad Bałtyk rozpoczęliśmy wcześnie rano, odbierając sprzęt z zespołowej próbowni w ostatniej chwili, która miała nastąpić o godzinie ósmej, bo wtedy teren z którego startowaliśmy opanowywała cesarzowa fitnessu, jej chudość Chodakowska. Z bazy wyruszyłem, patrząc od przodu busa, z kierowcą Remikiem, doktorem Grzegorzem, Tomkiem, psem na VAT i poprawnie zapłacony podatek, Zuzką która na koncertach skrzypi pięknie, Jackiem „Pistoletem” akustykiem. Usiadłem w ostatnim, pustym jeszcze rzędzie, zajmując, zgodnie z arkanami kultury najdalsze miejsce. Niestety, nie trafiłem z wyborem i kiedy poeto – wokalista wsiadł, zrobił wielkie oczy, jak rozpruwana strzyga i powiedział:

– Eno. Siedzisz na moim.

Gorszego wejścia w busa nie mogłem sobie wymarzyć.
„Gdyby wszystko było inaczej, gdyby było odwrotnie, mógłbyś siedzieć, tak jak ja teraz siedzę, mógłbyś siedzieć przy oknie” – przebiegły mi przez głowę słowa piosenki Kultu, przez plecy przeleciały krople zimnego, wielkiego potu a przez myśl, że to już koniec. Na samym początku. Bo za takie coś, to nawet Banana z Kultu wywalili.

– Przepraszam. Już się przesiadam. – zaskomlałem chcąc dostać szansę na poprawę.

– A siedź se. Stąd będę miał bliżej na fajkę jak staniemy. – przyszły noblista pokazał swoją klasę, choć nie wierszem.

Ostatni wsiadł Marek od hałasu czynionego perkusją i ruszyliśmy z kopyta. Do drugiej stacji Orlenu na płatnym odcinku Kraków – Katowice, gdzie dokonaliśmy śniadania, uzupełniliśmy płyny i odbyliśmy pierwsze zebranie, na którym doktora od basu, i nie tylko, wyprowadziliśmy z równowagi, podając nazwiska proponowanych recenzentów nowej płyty Świetlików. Doktor dostał szału i nas poustawiał po kątach, pokazując swój samczo – alfi charakter. Mareczek się zjeżył, obszczekał samca alfa, a ja z poetą, jak kundle, opuściliśmy nisko głowy, chichrając się do podłogi. Reszty chyba zebranie nie obeszło jakoś wielce.

Kolejne kilometry zjadaliśmy przy fantastycznym kinie akcji, gdzie główny aktor o ciemnej karnacji, czyli murzyn, grał siebie oraz swojego syna. Ich walka wręcz na motocyklach terenowych przejdzie do annałów moich filmowych wspomnień z szufladki „nie do odzobaczenia”. Ponieważ od środy atakowała mnie grypa, emocje filmowe na pokładzie busa rozchwiały mi umysł, a dwa wypite ukradkiem piwa rozleniwiły mocno, końcówkę przespałem. Na szczęście po obudzeniu się przekazano mi informację uzupełniającą, że dobro jak zwykle wygrało ze złem i od razu poczułem się lepiej. Tym bardziej, że kolejną propozycją filmową miał być wiedźmin.

Ale kiedy zobaczyłem rozpiskę odcinków na ekranie pokładowego odbiornika TV, a przy nich napis The Witcher, to mi się przykro zrobiło, bo chciałem Wiedźmina a nie Wiczera. Jednak kiedy tylko film ruszył, okazało się, że Wiczer to jednak Wiedźmin i mogłem zanurzyć się w fajnym serialu. Zanurzyliśmy się zresztą wszyscy, jak czas pokaże, przez calutką trasę.

Oglądanie filmu po raz kolejny, do tego w miłym, kilkuosobowym gronie powoduje, że odkrywasz na nowo widziane wcześniej postaci, dostrzegasz wyraziściej szczegóły, które za pierwszym razem przeoczyłeś i inne takie tam. Zanim dojechaliśmy do Gdańska, Jacek przekonał nas do głębszej analizy postaci Myszowora, którego tydzień wcześniej zignorowałem jak amator. Dzięki temu Myszowór stanął na podium naj naj fajowszych postaci z serialu Wiedźmin, obok Geralcika i Yenuni. Zaraz za nimi byli Jeż, strzyga i znienawidzony i opluwany przez wszystkich Szczurołap, którego brzydota i charakter nas mierziły okrutnie i nie został fajowy tylko głupi.

I w taki sposób minęła nam podróż do Trójmiasta. Połowa serialu była za nami, a przed nami już tylko robota. Powitani przez Bronkosława od Karrota, połapaliśmy swoje obowiązki i na kilka chwil przed sztuką oddaliśmy się smakowaniu dwudziestojedno letniej whisky, której spożywania uczył nas patolog. Czy patomorfolog? Następnym razem sprawdzę, jak to jest naprawdę. Po wypiciu połowy trunków postanowiłem wspólnie z organem skarbowym odciąć zespół od alkoholu i dokonaliśmy ukrycia procentów pod wersalką. Jak dzieci…

Klub mnie urzekł klimatem, gabarytami i nowoczesnością. Od samego początku przy moim stoisku trwał wzmożony ruch, kieszenie wypełniały się banknotami, a z pudeł ubywało. Na koncert dojechali moi znajomi z Trójmiasta, Marta, która po usłyszeniu pierwszych dźwięków oddała się słuchaniu moich kolegów muzyków, oraz Karol i Maciek, którzy nieodstępowali mnie na krok. Na butelkę, na fajkę. I czas płynął jak Wisła do morza. Bajkowo.

Do połowy koncertu. Kiedy to do Karola podszedł gość, że coś mu nie pasuje. Więc Karol go obśmiał i przekierował do mnie. Do kierownika sklepu.

– Słucham kolegi. W czym rzecz? – zapytałem poetyckim językiem, do czego obligowało mnie reprezentowanie zespołu z którym przybyłem.

– Szanowny panie. Chciałem dokonać zwrotu książki, gdyż propagowane ze sceny treści kłócą się z moim światopoglądem oraz spojrzeniem na życie. – wypalił równie poetycko młody, może dwudziestopięcioletni klient przebrany za inteligenta.

„Że co kurwa?” – już niepoetycko przelała mi się przez głowę myśl, bo myślałem, że kogoś lekko chyba pojebało, ale udając przejęcie spuściłem wzrok niczym pensjonariuszka dziewczęcego gimnazjum prowadzonego przez siostry zakonne bose i widząc, że poezja jest jeszcze nie rozpakowana, postanowiłem szybko zamknąć temat zwrotu. Ale on był szybszy.

– To co? – wybudził mnie z letargu.- Odda mi pan pieniądze.

– Ależ oczywiście! Sklep nie odpowiada za treści które padają ze sceny. Ale skoro pana coś ukłuło w samo serduszko, a książka jest nie rozpakowana, reklamacja zostaje uznana a zwrot trzech dych niech się dokona.

– Dziękuję. – odparł klient.

– Żegnam! – odparłem ja przekazując banknoty.

„ Co oni tam wygadują?” pomyślałem, czując w kościach, że niedługo stanę się nie tylko sklepikarzem ale i ochroniarzem trupy. Jednak dalszych lamentów reklamacyjnych ze strony klientów nie było i mogłem się piwem lanym oraz czerwonym Marllboro z miękkiej paczki uspokoić.

Nie na długo. Kolejny był chyba samobójca. Ale kupił i tym ukoił moje skołatane sumienie. A było to jakoś tak:

Od dobrej pół godziny kręcił się przed moim stoiskiem, elegancko ubrany, w marynarkę i kapelusz, pan w wieku średnim. A to wlazł na salę posłuchać zespołu, a to przeparadował mi przed ladą, nerwowo rzucając spojrzeniem na moje fanty, i tak kilkanaście razy. Oceniłem go jako osobowość o wysokim stopniu niezdecydowania, kiedy w końcu usłyszałem jak mówi do moich pleców:

– Przepraszam pana serdecznie. Mogę przeszkodzić?

– Oczywiście. W czym mogę służyć! – wypaliłem ładnie, bo jako sprzedawca wierszy pisanych i śpiewanych musiałem wypalać ładnie. Choć mając też w asortymencie koszulki z gołą babą, mogłem być tez chamem. Ale nie chciałem.

– Drogi panie, poszukuję takiej płyty, grającego tutaj zespołu, po przesłuchaniu której będę mógł popełnić samobójstwo!

– Że jak kurwa???!!! – szepnąłem sam do siebie, dając sobie czas na analizę posiadanej muzyki, żeby doradzić profesjonalnie, i odpowiedziałem, już po nowohucku – Sromotę se pan weź.

– A ile taka płyta kosztuje? – zapytał, jakby przed śmiercią samobójczą miało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

– No pięć dych. Ale to dwie płyty. – odparłem, nie wychodząc ze zdziwienia, które mną szarpało.

– Tylko po co mi dwie płyty, skoro po przesłuchaniu pierwszej się zabiję? – to chyba była próba targowania.

– Bo może – tu zbudził się we mnie terapeuta, pies na samobójców – po przesłuchaniu pierwszej, stwierdzi pan, że zanim skończy ze sobą, to jednak posłucha też drugiej płyty?

– No nie wiem. Plan jest na śmierć po przesłuchaniu jednej. Druga może to zaburzyć albo wręcz odłożyć w czasie niepotrzebnie.

– No to nie wiem. Pinć dych. Taniej nie będzie. – skończyłem dywagacje, zapominając nawet o ty, że album jest trzypłytowy. W sprawach życia i śmierci takie szczegóły schodzą u mnie na plan dalszy.

Desperat kupił proponowaną płytę i śmiejąc się radośnie odstąpił od mojego miejsca pracy, zostawiając mnie nad rozmyślaniem o psychicznych problemach tych znad morza i tych z gór.

Sklep na koncert w Gdańsku został doposażony w rarytasy. Tak nazwałem to, co przywlekł po przeszukaniu piwnicy nasz gitarzysta. Żona kazała mu wyrzucić koszulki na śmietnik, a on dołożył mi je do sklepu i postanowiliśmy te rarytasy opędzić na stawce dwukrotnie przebijającej to, co do tej pory miałem. Mieliśmy nawet koszulkę Pudelsów, matulu miła. Dzięki Tomusiowi mój sklep stał się straganem. Ale…

Koszulki z wielką gołą panią wyszły wszystkie dwie. Pierwszą zakupił chłopak z Pisza na Mazurach, który od dziesięciu lat tyrał na wyspach brytyjskich, a na koncert specjalnie stamtąd przyleciał. A ponieważ uważał się za fanatyka, pomstując na cenę i na mnie, koszulkę kupił. A jak mu jeszcze powiedziałem, że Pan Poeta po koncercie zakupy podpisze, a i inni członkowie naszej trupy może też, to stwierdził, że mnie chyba pojebało, bo oni nigdy nie podpisują.

– Nigdy, to było jak mnie nie było. – odparłem koledze, kładąc na karb swój wiedźmiński honor o wiarę w trupę świetlistą.

I stało się. Zaraz po skończeniu spektaklu muzyczno – papierosiano – poetyckiego, zespół stawił się w okolicach sklepu i oddał się we władanie rozanielonej publiczności.

Po wszystkim miałem już dość wrażeń, ale postanowiłem z Karolem i Maćkiem podjechać na małe piwo do jakiejś wybornej piwiarni. Po zapakowaniu w busa i przeliczeniu zespołu, oraz ustaleniu gdzie mam nocować, udałem się na miasto. Lokal w którym wylądowaliśmy serwował piwo znakomite, choć swoją przytulnością przypominał mi lokale szóstej kategorii na Kazimierzu. Klimat jednak miał fajny, z głośników leciała dobra muzyka, a towarzystwo moje było z najwyższej nadmorskiej półki.

Około godziny drugiej, umęczon jak Poncek Piłat, wylądowałem w swoim jednoosobowym pokoju z mocnym postanowieniem wyspania się za cały dotychczasowy trud i kierat w jaki się wpędziłem po śmierci mojego taty ukochanego. Ułatwić mi to miały późny wyjazd, ustalony na godzinę 10.45 oraz podawane do 11.00 śniadanie.

Ale wyszło jak wyszło. Wstałem o siódmej i targany wyrzutami sumienia, że będąc kilka kilometrów od piaszczystej plaży z lenistwa mógłbym jej nie zobaczyć, zerwałem się na wczesne śniadanie, po którym ruszyłem miejscowym tramwajem do Jelitkowa. Żeby połazić po piachu i poczuć smagnięcie bryzy na swojej twarzy. Wszystko ogarnąłem w półtorej godziny i spełniony udałem się na miejsce odjazdu. Zdążyłem jeszcze wysłać wiadomość do Kazika, że mógłbym mieszkać w takim Jelitkowie, bo kiedyś dyskutowaliśmy o tym gdzie, poza domem, moglibyśmy zamieszkać. Więc napiszę, że w Jelitkowie obok pętli mogę.

Nasz busik był zaparkowany naprzeciw rzędu starych garaży. Takich z lat siedemdziesiątych, krytych papą i zamykanych na grube, zardzewiały kłódki. Co mogły kryć ich wnętrza nawet nie byłem sobie w stanie wyobrazić, kiedy nagle, dziarskim krokiem do garażu naprzeciw naszego busa podszedł stary staruszek. Stary i schorowany. Miał takiego parkinsona, że trząsł się jak galareta bez odpowiedniej ilości żelatyny albo piersi Pameli Anderson biegnącej po plaży i plaskającej swoimi cycami, plask, plask, na lewo i prawo.

Kiedy po kilku minutach walki z kłódką, wielką jak pół mojego plecaka, otworzył drzwi swojego garażu i po dokonaniu tego czynu, wtarabanił się do samochodu osobowego, zamarłem z wrażenia. I kiedy odpalił auto, to i z przerażenia. Bo nasz pojazd był w pobliżu i mogło mu grozić coś niedobrego.

Ale dziadzio, nad podziw sprawnie wyjechał z ciasnego garażu, pociągając za sobą jedynie starą łopatę i grabie, które przy okazji przywaliły w bok auta, potem w podwozie, a potem rozjechane stanęły dęba i upadły. Ocipłem na ten widok, a żar z palonego papierosa oparzył mi opuszki palców i dobrze zrobił, bo myślałem że śnię.

Poprosiłem naszego kierowcę Remika, żeby czem prędzej przestawił auto, a sam ruszyłem na pomoc grabiom i łopacie, stawiając je na baczność w garażu. Pan galareta był zaskoczony moją grzecznością, wypadek zwalił na karb zbyt blisko zaparkowanego busa, pozwolił mi zamknąć wrota i powiedział:

– A bo ja to jestem nie stąd.

– A skąd?

– Z Lublina. Bo ja panie, to jak ruscy weszli do nas w czterdziestym czwartym, to złapałem za broń i po lasach się z nimi goniłem. I jak mnie złapali, to za karę zesłali tu, nad morze, do roboty w pegeerze. Za karę! Było ciężko. Bardzo ciężko. Ale jak już swoje odrobiłem, to i zostałem. Na zawsze.

– O rany! Z Lublina! Nasz kolega też jest z Lublina. Ale pan przeszedł w życiu. Ja nie mogę. A jeździć się pan nie boi? – zagaiłem patrząc jak dziadziunio wtacza się do auta będąc, tak jakby, non stop pod działaniem prądu o bardzo wysokim napięciu. Prądu który skutecznie pobudza galaretę.

– A czego mam się bać? Jak mnie tylko dziady nie zastawią i sobie nakręcę, to już dalej idzie!

– Cudownie! To z Bogiem. Do widzenia. – pożegnałem nowego znajomego i pobiegłem do naszego busa, żeby poprosić Remika o szybką ucieczkę, bo jestem człowiekiem małej wiary w kierowców mających już swoje lata i choroby na karku. Zwłaszcza te widoczne.

Przelot na trasie Gdańsk – Łódź upływała nam z oczami wlepionymi w przygody Geralta z Rivii. W pewnym momencie Pan Poeta Wokalista, zaczął łapać się za głowę i mówić:

– Niemożliwe! To jest niemożliwe!

– Marcin spokojnie. – zwróciłem się do starszego kolegi – Musisz w to uwierzyć. Ta historia jest oparta na faktach. Po-wa-żnie!

Nie wiem czy go przekonałem, czy też nie, ale jak tylko strzyga rozłupała czarodziejowi-dupie korpus, a jego flaki wypłynęły na zamkową posadzkę, poczułem głód. Nie tylko ja. Wszyscy. Dlatego zarządziliśmy popas na najbliższej stacji.

Trafiliśmy znakomicie, bo stacja miała swój bar z jedzeniem typowym dla naszego kraju. Koledzy przede mną poszli w fasolkę po bretońsku, a ja…

– Jest zestaw Myszobora? – zapytałem jak już nadeszła moja kolej zamawiania.

– Że co? – starsza pani, pracująca na sprzedaży w barze, zapewne z jakiejś wioski obok stacji, zdziwiła się lekko – Chyba nie. Są flaki.

– Flaki! – oniemiałem z zachwytu – Flaki strzygi? – oczy pani się znowu otwarły na full, więc zacząłem tonować swoje potrzeby – to poproszę flaki i bułeczkę i herbatkę.

Prawie wszyscy z nas poszli w polskie klasyczne dania, tylko Zuzia wymyśliła sobie zestaw fit, który krył się pod skromną nazwą, zestaw osy, czy jakoś tak. No i dostała nasza pszczółka kopę frytek, smażone na głębokim tłuszczu kawałki kurzych piersi i marchewkę. Fit dla pracowników pegeeru.

Po konsumpcji przepysznych flaków na wiedźmińską modłę, bo bardzo pikantnych, dociągnęliśmy do Łodzi wiedźminując się dalej. Dotarliśmy, jak zwykle, punktualnie. Klub TU, mieszczący się w starej kamiennicy, w mieście Łodzi, od razu wprowadził mnie w stan depresji. Czułem się jakbym przez zły portal przelazł. Nie mam widać szczęścia do portali i serca do starego budownictwa. Jak jeszcze wspomnę, że nasz backline transportowało się ręcznie, przez wąską klatkę schodową na wysokie piętro, to może choć jedna osoba nad moim i kolegów losem zapłacze. Bo my nie mieliśmy czasu na płacz, robota była do zrobienia.

O ile klub odebrałem wizerunkowo nienajlepiej, to cała reszta była na najwyższym poziomie. Od przepysznego obiadu, dobrze brzmiącej salki i zimnej wódeczki, do naszych, wzniesionych na wiedźmiński poziom, humorów. Doszło nawet do powstania nowej piosenki, na nową płytę, „Wiedźmin zrucha Myszowora, jak już na to przyjdzie pora”, której tekst jest dokładnie taki:

Geralt srelart 
Pies na baby
Pies na strzygi
Gwałci żaby
Zjada rzygi
I sarence nie przepuści
Na Yennefer też się spuści
Geralt srelart
Geralt z Rivii
Geral srelart
Wiedźmin sredźmin…

Tekst jest już w Zaiksie, a nut nie podam, bo jeszcze ktoś nam pomysł ukradnie.

Kiedy nadszedł już czas występu, wystarczyło tylko poprzestawiać oświetlenie, żeby światło nie wybiło muzyków, jak wybijało w filmie strzygi i ruszyło show. Do czasu, bo poza byciem sklepikarzem, musiałem się przeistoczyć w ochroniarza, bo ktoś się nam na zaplecze przedostał. Po wywaleniu intruzów, sklęciu ich na czym świat poezji stoi, oddaliłem się tanecznym krokiem na swoje, otoczone zapachem smażonego oleju, stanowisko.

Aplauz po koncercie nie miał końca. Stojący przy mnie wokalista, który magicznie przeszedł przez publiczność, darł się w niebogłosy:

– Więcej bisów nie będzie! Myśmy tu przyjechali płyty sprzedawać! Kupujcie, bo nie ma czasu!

Po pięciu minutach oklasków na stojąco, kto miał kasę ruszył na zakupy i po autografy. W tym czasie zespół się popakował, ja się pozwijałem, przy pomocy miejscowych zapakowaliśmy busa i przez KFC ruszyliśmy do domu. Do Krakowa i Nowej Huty, kończąc ostatnie dwa odcinki Witchera.

Ostatni odcinek, podobnie jak w domu, przespałem. To co? Do trzech razy sztuka? Chyba tak.

17. Jak zostałem członkiem. Zorganizowanej grupy przestępczej.

Praca w Bel-Polu zaczynała mnie uwierać. Wszystko się pierdoliło. Sławek Shuty został pisarzem, a ja utknąłem na stanowisku sprzedawcy drzwi i paneli podłogowych. I co z tego że kierowniczym i z dobrą pensją? Kiedy do domu przychodziłem tak mocno sfrustrowany, że moi ukochani musieli uciekać przede mną w sobotnie popołudnia tam gdzie pieprz nie rośnie, czyli na działkę kochanych teściów.

Na początku roku 2008 kontaktu do mnie szukał Jasiek, były bramkarz z Night Clubu 66, który wykorzystując zdolności i wykształcenie swojej mamy, postanowił założyć biuro tłumaczeń. Wszystko rozrastało się w tempie ekspresowym i ludzie byli potrzebni na już. Pół roku zajęło mi analizowanie plusów ujemnych i minusów dodatnich, zanim podjąłem decyzję o skierowaniu swojej kariery pracowniczej na inne tory.

Analiza była długa, podlewana procentami i walką z myślami „co dalej chłopie”. Aż któregoś weekendu obudziłem się w pustym mieszkaniu zlany potem, bo miałem koszmarne wspominkowe sny, które przypomniały mi jak w salonie na ulicy Dobrego Pasterza dwa razy uniknąłem śmierci. Pierwszy raz na moje życie zapolowała paleta podłogi panelowej o wadze sześciuset kilo.

Stałem sobie pod stosem, wysokim na trzy palety, podłóg i paliłem dyskutując z magazynierami, wspaniałymi chłopakami, o robocie. Kiedy wypaliłem, wróciłem do swoich obowiązków sprzedawcy-kierownika. Po jakichś dwu minutach jeden z magazynierów przybiegł spocony i nie mogący się poprawnie wysłowić.

– Tomek. Ja cię. Ja cię. Tomek.

– Co się dzieje? Stało się coś?

– Tomek, Tomek nie uwierzysz. Te palety przy których stałeś, te palety…

– Co te palety? Przyjechało nie to co miało przyjechać czy co kurwa? – pozwoliłem sobie na męskie zaakcentowanie zdania, bo nikogo na salonie nie było poza sprzedawcami.

– Nie!

– No to co?

– Jedna z palet pod którymi stałeś się zsunęłą.

– Zsunęłą? Sama? I co? Duże starty?

– Zsunęła się w to miejsce na którym stałeś…

Zbladłem. Poderwałem się po chwili na równe nogi i pobiegłem zobaczyć co i jak. Papieros który zgasiłem butem w miejscu w którym kilka chwil wcześniej paliłem został zmiażdżony. Na śmierć. A mogłem to być ja…

Drugi raz był bardzie efektowny, bo śmierć chciał mnie zabrać do krainy umarłych albo bardzo ciężko rannych, na moich oczach. Sanawa Bicz.

Wokół naszego firmowego, wysokiego na dwa piętra, parter z wielkim magazynem i piętro biurowe, baraku rosły wielkie stare topole. Którejś soboty, już na fajrant, około godziny dwunastej w samo południe, nadciągnęła straszna nawałnica. Najpierw deszcz lunął ogromny. Tak mocno lało, że woda zaczęła się wlewać przez szczeliny w dachu. Pobiegłem wiec na piętro pozamykać okna w biurach, bo kadra nie sprzedawców miała soboty wolne. Oczywiście okna pozostawiali pootwierane, żeby w poniedziałek mieć wywietrzone biura, i nie brali pod uwagę okoliczności innych niż swoja wygoda. A natura ma to w dupie i wtedy pokazała to z całą swoją ogromną siłą.

Jak zamykałem okna, zerwał się wiatr. A tam wiatr. Piździło jak na dworcu w Kielcach co wtorek. I kiedy zamykałem ostatnie okno, z pobliskiego drzewa oderwał się wielki konar i jak zestrzelony szybowiec zaczął pikować w moją stronę. Zdążyłem domknąć klamką okno, odwróciłem się, a wszystko było jak na zwolnionym filmie, i odbiegłem na metr i siedem centymetrów, a wtedy konar szybowiec pierdolnął w okno tłukąc szybę i wyłamując futrynę okna. Szkło z rozbitej szyby obsypało mnie jak konfetti zwycięzcę Bitwy na głosy, wbijając się swoimi drobinami w prawe ramię, a konar, wielkości mojego uda zawisł kilkadziesiąt centymetrów od mojego odwłoku i pustej jak zawsze głowy. Dobrze, że oddałem mocz pół godziny wcześniej bo bym nie utrzymał z przerażenia. Choć i tak byłem mokry jak diabli, to nikt by nawet nie zauważył.

Te wspomnienia przyspieszyły moją decyzję o zmianie profilu zawodowego na cokolwiek. „Do trzech razy sztuka nie zadziała w moim przypadku, wiec ratuj się kto może” postanowiłem i kilka dni później dałem zaskoczonej szefowej, która pofatygowała się wraz z dyrektorami z dalekiej Świdnicy, wypowiedzenie.

Po prostu chciałem żyć i tyle.

Kilka dni później rozpocząłem najkrótszą pracę swojego życia, która zaprowadziła mnie przed oblicze prokuratury i wysokiego sądu. Takich jaj nie wymyślił by najlepszy scenarzysta. A ja to po prostu przeżyłem.

Zmian potrzebowałem z kilku powodów. Towarzystwo belpolostwo mnie mierziło strasznie. Najpierw urodził się problem z pracownikami, których jakość w czasach jakiej takiej prosperity Rzeczypospolitej spadła, i szukało się jako tako rozgarniętych ludzi jak igły w morzu siana, a jak do tego dodam, że miałem pod sobą między innymi alkoholiczkę i mężczyznę z chorobą psychiczną, to sam się sobie dziwię, że mogłem w takim towarzystwie pracować. Całe szczęście był Darek na sprzedaży, super ziomek z Nowej Huty, wspaniała ekipa magazynierów, a i chory nie ukrywał przede mną swoich problemów i wszystko było pod jaką taką kontrolą.  Gorzej było z dziewczyną chorą na alkoholowe nadużycie.

My alkoholicy to potrafimy się kryć z naszą chorobą jak nikt inny. Dopóki nie zaczniemy przeginać. W moim przypadku, bagaż doświadczenia jaki niosłem na swoim garbie, zdobyty podczas przygody sportowej, plus doświadczenie życiowe i wyciągane odpowiednie wnioski, w pracy zawodowej działały. Już nie mówię nawet o picu w pracy, ale nawet o przychodzeniu w stanie ograniczonej świeżości. Trzeba było trzymać poziom podczas pracy z ludźmi. Niestety w domu zdarzało mi się odreagowywać robotnicze stresy i to było mega słabe.

Dziewczę, które z nami pracowało, to była już kobieta tuż przed okresem przekwitania, z bagażem dwójki dzieci i jeśli mnie pamięć nie myli, z rozwodem w życiowym ciwi. Jako sprzedawca była nawet ogarnięta, może trochę wolno działała, ale dzięki temu unikała większych wpadek. Czyli ogólnie wszystko się zgadzało, ale wadę miała jedną i w przypadku sprzedawcy trochę słabą. Pachniała/śmierdziała ( wybrać można odpowiednie) czosnkiem. Z tego powodu nasze rozmowy ograniczałem do maksymalnego minimum, bo mnie zapach czosnku i palonych papierosów, zmieszany i wypuszczany paszczą zniechęcał do konwersacji. Jeśli teraz dodam do tego jeszcze smród trawionego alkoholu, bo szydło z wora wyszło, to sami sobie wyobraźcie jak wątpliwej przyjemności był to pracownik.

Finansowo nie mogła narzekać. Podstawa może nie powalała na kolana, ale w sumie z premią można było wyrwać miesięcznie niezłą pensję. Ale to finanse powodowały, że dziewczyna ciągle szukała czegoś lepszego i w końcu znalazła. Trafiła jakiegoś kolesia, zwolniła się i pojechała z nim do Irlandii chyba. Tam miało być eldorado na miarę jej potrzeb. Szkoda tylko, że zapomniała o wszystkim poinformować dzieci, które dzwoniły do salonu, miesiąc po jej rezygnacji z pracy, bo chciały się dowiedzieć kiedy mama wróci do domu. Niewiarygodne. Jak i to co z nią było nie halo, odkryliśmy podczas sprzątania pracowniczej szatni. Po odsunięciu regałów, zza ich czeluści wysypały się opróżnione z alkoholu buteleczki zwane małpkami. Kobieta wysmoliła w trakcie swojej kilkumiesięcznej kariery kilka litrów wódy! Ciekawe ile przy tym czosnku zeżarła? A to wszystko przecież kosztuje…

W jej miejsce poszukiwaliśmy kogoś na sprzedaż detaliczną. Ja selekcjonowałem wstępnie, a następnie kierownik odpowiadający za cały Kraków dokonywał zaklepania i kandydat stawał się sprzedawcą. Ten jeden jedyny, wyselekcjonowany jak ziemniak na frytki w Maku, od samego początku, kiedy otrzymał angaż, zaczął dawać po dupie. Podczas rozmów wszystko było w jak najlepszym porządku, a jego praca w podobnej branży zadecydowała o jego „być” na naszym okręcie. Od poniedziałku.

Zaczął jakoś tak, że zadzwonił tego dnia z informacją, że mu dziadek umarł, więc dałem mu dzień na ogarnięcie, bo rozumiałem jak człowiek może się czuć w takiej sytuacji. We wtorek dalej nie był gotowy, bo ogarniał pogrzeb. Zjawił się więc z końcem tygodnia, spóźniony o dobre dwie godziny, bo zapomniał na którą ma być w pracy. Szok po pogrzebowy pomyślałem, ale kiedy wziął mnie na bok i jak starego kumpla zaczął się radzić co ma zrobić, bo dostał dom po dziadku i musi zapłacić duży podatek, zacząłem się go bać, tym bardziej, że rozmowa zmierzała do tego, żebym mu kasę pożyczył. Przeprosiłem go serdecznie i kazałem zabrać swoje problemy do domu i zająć się przystosowaniem do działań sprzedażowych.

Zrozumiał i po trzydziestu minutach szkolenia poprosił o przerwę śniadaniową. Trwała ona ze czterdzieści minut i wprowadziła naszego magika w stan innej świadomości. W jakim on świecie się znalazł, zrozumiałem kiedy zaczął do mnie głośno artykułować, że klient wynosi nie zapłacone drzwi ze sklepu. Poprosiłem go o spokój, bo klient zapłacił i wynosił drzwi przez sklep a nie przez magazyn. Magik nie odpuszczał i wybiegł za klientem, a ja polazłem na magazyn, żeby uspokoić swoje sto procent pewności, że wszystko gra. Kierownik magazynu Darek potwierdził że jest ok., ale i zasygnalizował, że koleś jest jakiś lewy i chyba uzależniony od wysokoprocentowego alkoholu, bo jak wrócił z przerwy, to za paletami, w części magazynowej pochłonął pół litra jak kompot. Nie wierzyłem w to co usłyszałem, ale jak zobaczyłem flaszkę osuszoną do ostatniej kropli, a po chwili najebanego jak działo nowego pracownika w salonie, nie miałem wyjścia i porosiłem swojego kiera o natychmiastowe usunięcie wrzoda z dupy. To była najkrótsza kariera zawodowa jaką ktoś przeżył na moich oczach.

I jak ja miałem być normalny w takim środowisku?

Próbowałem sobie to zrekompensować finansowo, bo sprzedaż hulała jak trzeba, a ja od sprzedaży miałem płacone gratyfikacje pieniężne. Ale progi premiowe jakie miałem ustawione wyrabiałem w połowie miesiąca. Niestety nikt z centrali nie potrafił podjąć decyzji, a szefowa całą jesienią przebywała w Grecji na urlopie, bo w naszym pięknym kraju miała alergię na jakieś pyłki. A dyrekcja, pod postacią dwóch młodych wilków, zainteresowana była bardziej pracownicami na szkoleniach, wprowadzaniem nowego towaru za finansowe małe co nieco na boczku, ustawianiem kariery, niekoniecznie w firmie szefów, ich dzieciom i innymi mniej lub bardziej ważnymi sprawami. A ja byłem w finansowej dwunastnicy, a mogłem być już dużo dalej.

Gwoździem do mojej belpolowskiej trumny okazał się jeden ze sprzedawców, który wmówił nam, że ma raka. Jestem człowiekiem wrażliwym na krzywdę innych i na trasie jesiennej z Kultem, podczas grania „Zegarmistrza światła purpurowego” zdarzało mi się za Darka pochlipywać. Czy on tego raka miał czy nie miał, nie wiem do dziś, ale że postanowił firmę na kilkanaście koła wydymać, dowiedziałem się wczesną wiosną, bo jego kombinacje z kreatywnym fakturowaniem towaru nie mogły trwać w nieskończoność.

Brak wsparcia od najbliższego szefostwa, które, co okazało się po moim opuszczeniu zakładu, przygotowywało się do przejścia na swoje, pracownik kutas, problemy ze znalezieniem kogokolwiek normalnego do pracy i kompletne niedocenienie mnie finansowo, przelało czarę goryczy i postanowiłem skorzystać z propozycji pracy w Biurze Tłumaczeń Symultanka. Tam miało być Eldorado na jakie chciałem zasługiwać, a wyszło jak wyszło. Mega do dupy.

Ale co nas nie zabije to nas nie zabije, bo życie jest za piękne żeby się poddawać. Trzeba tylko wyciągać odpowiednie wnioski i żyć. Jakby nie było jutra.

Pracę w Symultance rozpocząłem jakoś w dzień matki. Co prawda wcześniej na ulicy Balickiej byłem ze dwa dni, jeszcze jako belpolowiec, żeby powąchać co i jak. Rozmach jaki zastałem na miejscu, plus godna miesięczna kwota , wysokości najlepszego miesiąca w poprzedniej pracy, ale miesiąc w miesiąc mająca być wypłacana, kilka znajomych twarzy dających jaką taką gwarancję spokojnego wprowadzenia w tematykę pracy biura tłumaczeń, gwarancja legalności przedsięwzięcia, którą dawali zatrudnieni tam tłumacze przysięgli i wypalenie w sklepie z materiałami wykończenia wnętrz, pozwoliły mi podjąć decyzję na tak.

Jednak nie wszystko jest złotem, nawet jeśli się jako tako świeci. Pierwsze objawy, że mogłem postąpić zbyt pochopnie podejmując decyzję o zmianie ścieżki kariery zawodowej nadchodziły od strony najbardziej przyziemnych spraw. Primo, miałem godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę do roboty, co przy kwadransie tam i z powrotem do Bel – Polu, uciskało, a pracowałem dziennie po dziesięć godzin. Weekendy miały być wolne, ale po tygodniu okazało się, że w soboty i nawet w niedziele kierownictwo, a na takim szczeblu zostałem zatrudniony, spotyka się też. Po dwóch tygodniach i mnie kazano się stawić na takich dodatkowych godzinkach, w sumie to wuj wie po co. Akurat tę sprawę chciałem rozstrzygnąć na swoją korzyść, bo z takim zapierdolem, sześć dni w tygodniu o życiu rodzinnym nie mogło być mowy, a i godzinowo wychodziło to do dupy bardzo, bo co z tego, że zarabiałem lepiej, skoro kosztowało mnie to czasowo nieporównywalnie więcej , jeśli idzie o godzinowy pobyt w pracy.

Po trzech tygodniach moje rozterki się pogłębiły jak Rów Marjański, dalej nie wiedziałem co mam konkretnie robić, bo wszystko pędziło jak koń bez głowy, do tego ktoś mi wysłał wiadomość, że firma rok wcześniej miała w jednym z oddziałów nalot policji, że niby to co robi jest nielegalne, ale skoro po roku nikt tej Hydrze łba nie ukręcił, to trochę się uspokoiłem i nawet podjąłem strategiczną decyzję o zakupie liczarki do banknotów. Był to sygnał ode mnie w firmowy świat, że powalczę o rozwój firmy i spróbuję uporządkować siebie w jej strukturach.

Młodszym czytelnikom wyjaśnię czym zajmowała się firma. Otóż, na początku dwudziestego wieku, do Polski płynęły szerokim strumieniem używane samochody z zachodniej europy i żeby je w naszym pięknym kraju zarejestrować, trzeba było u tłumacza przysięgłego przetłumaczyć dokumenty z języków zachodnich na polszczyznę. A tłumaczenia było tam jak kot napłakał, bo wszystkie informacje były szablonowe i jedynie jakieś wpisy w dowodach  wymagały znajomości języka na poziomie ponad gimnazjalnym. Ale wyszkolony tłumacz musiał do tego być, bo nie po to się na studiach męczył jak Jezus na drodze krzyżowej, żeby byle kto miał brać za niego ten lekki kawałek chleba z masłem, szynką i pomidorem.

No i Jasiek zrobił kombinat tłumaczeń na cały kraj. Może i nie wszystko tam hulało zgodnie z przepisami jakie obowiązują podmioty gospodarcze w naszym kraju, ale żeby zrobić raban na cały kraj za coś, co nawet przy Amber Gold nie stało? Tak mogło stać się jedynie w przypadku ataku na jakiś tam odłam kasty, za który uważali się i pewnie uważają, tłumacze przysięgli, a nie grabieży na zwykłych ludziach. Bo w przypadku Symultanki okazało się, że po usprawnieniu machiny tłumaczeń, można, przy odpowiednim zaangażowaniu, zjadać największy i najsmaczniejszy kawałek tortu, bez lizania kogoś po stopach. Klient dostał szybko i tanio, tłumacz stracił dużo i za nic, i trzeba było zrobić potężny raban.

Nawet nie zdążyłem się przystosować do jakichkolwiek zadań kierowniczo-robotniczych, kiedy po czterech tygodniach mojej przygody, w piątek,  z samego rana do Symultanki wparowały oddziały policji, pod kierownictwem panów walczących z przestępczością zorganizowaną. Coś chyba wisiało w powietrzu, bo tego dnia frekwencja robotników nie była  zaduża, ale może to przez piątek tak się stało? Ja przylazłem jak zwykle, bo jako świeżynka nie miałem wyboru. Prawa do urlopu nie nabyłem jeszcze, a spóźnianie się do roboty nie jest w moim stylu. Tak oto zostałem najwyższym rangą pracownikiem firmy, pod kuratelą którego policjanci zabezpieczali dokumenty, komputery i nawet moje oczko w głowie, liczarkę do banknotów.

Ludzi którzy tego dnia przyszli do pracy spisano, za kierownictwem wydano polecenia zatrzymania lub dowolnego zgłoszenia się na wskazane komisariaty. Pierwsze osoby wylądowały w aresztach. Sam z siebie strachu nie czułem, bo moja wiedza na temat działalności firmy była jeszcze wtedy taka sobie i nie zdawałem sobie sprawy jak wielki atak przypuszczono na firmę. A okazja była znakomita, żeby upierdolić bandę dzieciaków za nic. Bo uskładało się nas przestępców ponad osiemdziesiąt osób, a w takim Amber Goldzie winne okazały się tylko trzy osoby. Za to średnia na dwie grupy wyszła ponad czterdzieści osób na organizację. Da się zrobić statystyki? Da!

Cały dzień zszedł mi na pilnowanie zabezpieczanego sprzętu, podpisywanie protokołów i objazdy innych krakowskich punktów, z czego odnalazł się nawet taki, którego super grupa od przestępczości zorganizowanej nie zauważyła. Z całego kraju spływały meldunki o przejmowaniu punktów Symultanki. Po wszystkim polazłem do domu, nie zdając sobie sprawy co za dwa dni się wydarzy.

A było tak. Mój najbliższy współpracownik, opoka firmy od samego początku, dostał sygnał żeby stawić się na komendę, albo będą na niego polować. Skontaktował się więc ze mną i poprosił, żebyśmy pojechali razem, bo czuł, że może to być wycieczka w jedną stronę. Umówiliśmy się na niedzielę, bo wymiar sprawiedliwości pracuje jak monopolowy, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na ulicy Mogilskiej stawiliśmy się zaraz po godzinie dziewiątej. Kolegę zabrali na przesłuchanie, które trwało i trwało i trwało. Zdążyłem zjeść śniadanie w kantynie, poumawiać się na wieczorny finał Mistrzostw Europy 2008, którego jeden z meczy, naszej repry i Austrii widziałem na żywo, i kiedy już miałem dość siedzenia bezczynnego, policjanci dostali od prokuratury rozkaz przesłuchania mnie, bo i ja zostałem podciągnięty pod udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Przemaglowano mnie ekspresowo i po trzech godzinach wspólnego zastanawiania się z funkcjonariuszami którzy rozpracowywali Symultankę, na jakiej podstawie, skoro ledwo co robotę zacząłem, jestem zorganizowanym bandytą, kazano mi czekać na decyzję z góry. Kolegę zabrano do aresztu, a moje „oglądnę czy nie oglądnę finał” ważyło się przez kolejne dwie godziny. Łaska prokuratury była wielka. Tym razem mi się upiekło. Ale byłem tak zmaglowany, że z finału nie pamiętam nic.

Kolejne kilkanaście dni meldowałem się na Mogilskiej, bo okazało się, że przygotowania organów były niekompletne i o kilku oddziałach nikt nic nie wiedział. A do mnie dochodziły informacje, że robotnicy chcą kasy, pomimo tego, że płacone mieli tygodniówki i jakichś zaległości wielkich nie było, pomimo tego postanowili sobie wyrównać stratę w pasywach firmy. Ogałacania firmy wolałem uniknąć, nie wiem czy wierząc w to, że sprawa się wkrótce wyjaśni i ruszymy z kopyta, czy bardziej z wkurwu na hołotę, która nie kumała jak się sprawy mają.

W międzyczasie dostałem zarzuty, z artykułu 258 kodeksu karnego, zakaz opuszczania kraju, meldowanie się raz w tygodniu na komendzie i straciłem właśnie robotę. Zostałem z gołą dupą na lodzie i świeżo podpisanym kredytem na najbliższe trzydzieści lat. Ależ chciało się żyć!

Spinki z wymiarem sprawiedliwości, pod wszystkimi postaciami, były nieustające. Moim punktem meldunkowym był oddział policji na os. Złotej Jesieni. Jako dziewica w sprawie dozoru, udałem się pełen pokory na pierwsze meldowanie, pokazać że jestem. Grzecznie stanąłem w kolejce do okienka, i kiedy po kilkunastu minutach usłyszałem smutne „Czego?” i tylko kurwy zabrakło w zdaniu, pewnie z grzeczności do petenta, odparłem:

– Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Cisza i wzrok spode łba nie wróżyły, że się zaprzyjaźnię z panem policjantem z dyżurki. Po kilku minutach w okienku pojawił się w okienku zeszyt i instrukcja słowna. Krótka i rzeczowa.

– Tu się podpisać.

– Dziękuję. Pożyczy mi pan długopis?

– A co to jest? Instytucja charytatywna? – wydarł się na mnie obrońca sprawiedliwości i już mnie tym kupił.

– A co ja kurwa, bandytą jestem? Jeszcze mi nikt kurwa niczego nie udowodnił! Ma pan problem z pożyczeniem długopisu? Bez łaski! – podjąłem rękawicę i odwróciłem się na kolanie i wyszedłem poirytowany.

Do najbliższego kiosku, gdzie zakupiłem pięć długopisów.

Znowu stanąłem w kolejce i powtórzyłem jak mantra:

–  Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Gomółka i mam dozór. Przyszedłem i się zgłaszam.

Z drugiej strony było tylko milczenie i wyraz twarzy sugerujący mega wkurw. Osobnik podał mi zeszyt, gdzie złożyłem swój autograf, czytelnie, żeby nie dać mu powodów do kolejnego ataku. Pomimo tego dalej patrzył na mnie spode łba, na co ja położyłem na blacie wszystkie długopisy i powiedziałem:

– Prezent dla krakowskiej policji od nowohucian.

Chłop się zdziwił, zaskoczył i jak odchodziłem, darł mordę:

– Zabieraj to? Co to jest?

„Gówno” myślałem w myślach, „Gówno, zjedz je równo”

Latem, jak to latem, pojechałem z rodziną do Unieścia, jak co roku od lat kilkunastu, wcześniej składając wniosek o możliwość zameldowania się w komendzie w Koszalinie. Pani prokurator oczywiście nie poszła mi na rękę i musiałem dymać w połowie urlopu przez cały kraj, żeby jaj nie było, czyli jakiegoś aresztu. Dzięki temu miałem kilkadziesiąt godzin na myślenie i wymyśliłem. Prokuratorka staje się moim wrogiem numer jeden. Nie mogłem doczekać się następnego spotkania.

Bez pracy nie ma kołaczy. Zostałem więc z gołą dupą i rodziną na utrzymaniu. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnął do mnie brat i jego wspólnik, a mój przyjaciel Borys. Zatrudnili mnie w swoim zakładzie pracy, nie byle jakim, bo był to Night Club. Coś tam próbowałem robić, ale ciągle szukałem roboty na stałe w mniej rozpraszającym życie środowisku.

Koło roku dwa tysiące dziewiątego zostałem wezwany do prokuratury na przesłuchanie. Baba mnie tak wyżęła, że po kilkugodzinnym przesłuchaniu wróciłem do domu. Podczas tego spotkania podziękowałem jej za urozmaicenie urlopu i kilka razy zadałem pytanie dla mnie kluczowe:

– A co ja tutaj psze pani kurator robię?

– Niech pan nie udaje. Był pan w grupie!

– W jakiej dupie, yyy, grupie? Przez cztery tygodnie chodziłem do pracy, jak każdy. Mam umowę, zapłacone składki. Jaka dupa, yyy, grupa???

– Mamy pana zdjęcia z niedzielnych zebrań kierownictwa.

– No i? Odrabiałem dwa dni wolnego, które wziąłem żeby pojechać do Wiednia na Mistrzostwa Europy. Dlatego byłem dwa razy w niedzielę w pracy.

– Na spotkaniach! Na spotkaniach kierownictwa. Niech pan z siebie nie robi idioty.

– No tak. Wystarczy, że pani to robi…

W mózgu pani prokurator musiała się otworzyć jakaś klapka chyba wtedy, bo podczas naszych spotkań w sądzie chciała we mnie poszukać sobie wsparcia dla swojej tezy o mega grupie. Ale ja miałem to gdzieś.

W dwa tysiące czternastym roku naszej ery zaczęła się prawdziwa zabawa. Zabawa w (o)Sąd. Miałem już wybranego adwokata do obrony mojej godności osobistej, i do momentu rozpoczęcia rozpraw, korzystałem z jego pomocy. I pewnie korzystał bym dalej, gdyby nie bieda i matematyka. Okazało się bowiem, ze sprawa Symultanki jest jedną z największych spraw jakie wydarzyły się w Krakowie w ostatnich latach, liczba oskarżonych jest imponująca jak mało kiedy, i kroi się kilkadziesiąt rozpraw, co najmniej. Dostałem oczywiście odpowiednią zniżkę, ale proste działanie matematyczne mnie rozłożyło na łopatki.

Jeśli udział w jednej rozprawie ma kosztować mnie trzysta złotych, rozpraw niech będzie sześćdziesiąt, to muszę wyskoczyć z osiemnastu koła! Takich jak ja jest ponad osiemdziesięciu, czyli robi się piękna kwota, ponad półtorej miliona! A jeden z kolegów, już popłynął wtedy ponad dwadzieścia tysięcy, czystych, nieopodatkowanych pieniędzy i dostał za to nic, czyli przesiedział w areszcie swoje. Wiwat sądy! Wiwat sprawiedliwość.

Nie bardzo chciałem stawać naprzeciw hydry zmutowanej samotnie, więc po ustaleniach, wraz z adwokatem, złożyliśmy pismo o obrońcę z urzędu. Po kilku miesiącach otrzymałem pismo, że dwa lata temu miałem majątek jak półKulczyk, i ogólnie mam się pocałować w dupę. To wystarczyło, żebym podjął decyzję o SAMODZIELNEJ OBRONIE SWOJEJ GODNOŚCI OSOBISTEJ.

I wysłałem tez pisemko do prokuratury, co o tym sądzę. ( Kopia oryginału poniżej)

KRAKÓW 03.03.2014

Sąd Okręgowy w Krakowie

Dotyczy sygn. akt X XXX/XX z dnia 4.02.2014

Po przeczytaniu Państwa uzasadnienia do zarządzenia w sprawie przyznania obrońcy z urzędu, śmiem stwierdzić, że uzasadnienie o nie przyznaniu mi obrońcy z urzędu, zastosowane w Państwa piśmie jest co najmniej skandaliczne. Tylko przez grzeczność postaram się nie używać mocniejszych sformułowań.

Przypomnę tylko Państwu że nasza przygoda rozpoczęła się w roku 2008.  Od 6 lat, zdaniem prokuratury, ciążą na mnie zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Mało tego, po 20 kilku dniach pracy, zostałem zaliczony w poczet kierownictwa tej organizacji. Nie wiem czy to miało na celu połechtanie mojej próżności, czy po prostu przygotowanie mnie do wysupłania dużej kwoty pieniężnej w celu oczyszczenia się z zarzutów.

Czemu więc oświecone, wykształcone głowy odrzucają mój wniosek? Bo zarabiam 2000 zł ( zazwyczaj sporo mniej ) miesięcznie, jestem właścicielem mieszkania ( tego jeszcze nie wiecie, jak wnioskuję z pisma ) współwłaścicielem drugiego mieszkania ( tutaj już coś Państwu świta ale jak udowodnię poniżej nie do końca), kupionego na kredyt za franki szwajcarskie które zorganizowana grupa przestępcza bankowa ( której do dzisiaj włos z głowy nie spadł) wywindowała po 6 miesiącach celowego działania franka do kwoty, która powoduje, że mieszkanie jest warte 50 % kredytu. W tym przypadku mogę się uznać za głupka i frajera. Dałem się oszwabić w „Państwie prawa”. Mea culpa. Kolejny kwiatek do sądowniczego kożucha dotyczy oszczędności. Sic, 6 lat od zebrania twardego materiału dowodowego, wspomniane wyżej oszustwo kredytowe, 5 lat kryzysu, w którym 6 miesięcy spędziłem na bezrobociu, a Państwo mówicie o moich oszczędnościach ?! Gratuluję wspaniałego samopoczucia. Informuję zatem ze za oszczędności zakupiłem auto, które po 4 latach jest warte  15 000 zł i służy do tego, żeby moje dziecko mogło bezpiecznie być zawożone do i przywożone ze szkoły. Ponieważ Państwo nie jesteście w stanie w mieście Krakowie zapewnić swoim obywatelom minimum bezpieczeństwa, posiadanie samochodu jest niezbędne i proszę zapomnieć, że będę się zastanawiał nad jego sprzedażą, żeby za 10 000 zł oczyścić się z tak niewiarygodnych i absurdalnych zarzutów.

Do zobaczenia na sali sądowej.

Nie pozdrawiam

Tomasz Gomółka

Na pierwsza rozprawę poszedłem stremowany, ale mimo wszystko bojowy. Oczywiście wystroiłem się na tę okazję odpowiednio, bo nie ma niczego lepszego niż dobre samopoczucie. Jako katol, wystroiłem się w koszulkę Luxtorpedy z Maryjką Zawsze Dziewicą, nałożyłem na klatę różaniec i okryłem to wszystko bluzą. Też Luxów i też z Maryją. Wśród pań i panów w sukienkach, „bandytów” w garniturach i garsonkach, wyglądałem jakbym się z choinki urwał. I o to mi chodziło. Ta sprawa to nie była moja bajka, choć miałem w niej grać jedną z głównych ról. Pani prokurator parsknęła na mój widok, ja odwdzięczyłem się wilczym pomrukiwaniem i było bosko. Wojna trwała w najlepsze.

Największym problemem w tym całym zamieszaniu było wygospodarowanie czasu na osobiste stawiennictwa się na rozprawach. Jako robotnik w sklepie, musiałem brać urlopy, żeby być w sądzie. Po kilku żenujących spektaklach nabrałem rutyny, i ustalałem z panią sędziną, kiedy mam być, bo będzie o mnie gadane. Szła mi na rękę, choć na którejś z rozpraw doprowadziłem ją do szewskiej pasji. Długo nie mogłem nauczyć się odpowiedniego słownictwa, co nie dziwi, byłem naturszczykiem amatorem adwokatem, i zamiast wysoki sądzie, zwracałem się do sądu na pani, choć najchętniej przeszedł bym na ty, bo jej wysokość była, na oko, młodsza ode mnie. Do poprawności sądowej przywołała mnie możliwa kara finansowa, którą chciano mi wlepić, więc się spinałem w sobie, koncentrowałem odpowiednio, i sąd, pomimo tego, że był niższy ode mnie, został najwyższym.

Rozprawy były, albo ich nie było, chociaż większość z nas przychodziła na wskazane terminy. A to sąd się pochorował, a to prokuratura, a to obrońca z urzędu nie dotarł a miał być i bez niego maszyna nie mogła zadziałać. Zaobserwowałem też, że na naszych spotkaniach, adwokatów zastępują ich praktykanci, zainteresowani bardziej grzebaniem po Onecie, niż robotą. Zwracałem więc im uwagę na niestosowne zachowanie, i na piątej rozprawie siedziałem już sam, bo chyba byłem nie miły. Lody zaczęły się przełamywać w okresach mojej aktywności, zwłaszcza podczas zadawania pytań oskarżonym, jeśli ci zgodzili się na to, żeby im pytania zadawać. Byłem, modne słowo będzie, kurewsko merytoryczny i wprowadzałem chaos w procesie. Teza z góry założona pokrywała się pajęczyną pęknięć, jeśli chodzi o moją osobę.

W końcu nadeszła godzina zero, i miałem stanąć przed obliczem naszej najwyższej. Sześć albo siedem lat po tym, jak zostałem członkiem. Zorganizowanym. Przygotowywałem się sumiennie. Konsultowałem ruchy u oryginalnego adwokata, przyjaciela rodziny, czytałem swoje zeznania z pierwszego w życiu przesłuchania przez prokuratorkę i czerwieniłem się ze wstydu. Faktycznie wyglądałem jak człon w tych zeznaniach, ale szybko połapałem się w tym, że miały one miejsce rok po zamknięciu biur, a moja wiedza była wtedy o kilka poziomów do potęgi entej większa. Musiałem to tylko udowodnić. Postanowiłem więc odwołać swoje poprzednie zeznania i złożyć je na świeżo. Sąd się wkurwił, bo dodawało mu to roboty, ale z zaciśniętymi zębami maglował mnie jak juniora. I to wystarczyło, żebym zaczął się wkurwiać i gubić. I wtedy nastąpił cud nad cudy. Adwokaci innych oskarżonych zaczęli mnie wspierać, wykazywać błędy proceduralne, błędy w spisywaniu moich zeznać, przekręcaniu znaczeniu zdań. Poczułem wtedy taką jedność ze mną z ich strony, że do dzisiaj na samą myśl o tym, łza mi się w oku kręci. Zaczęliśmy grać w jednej drużynie.

Lata leciały, rozpraw było już ponad setkę i zbliżał się Grand Finale, ale nadchodziły kolejne wakacje. Najwyższy sąd chciał w wakacje zakończyć zabawę, ale na ogłoszenie terminów rozpraw w lipcu, odezwał się głos rozsądku pod postacią prawie siedemdziesięcioletniej Pani Adwokat.

– Wysoki sądzie! – rozpoczęła z klasą jakiej ja dopiero się uczyłem. – Ja od czterdziestu lat mam w lipcu urlop i składam wniosek o nie wyznaczania terminów posiedzeń w miesiącu lipcu.

– Dobrze pani mecenas. W lipcu się nie spotykamy.

Siedzący obok mnie młody wilk adwokatury, bąknął pod nosem z wielce skwaszoną miną:

– A ja mam w sierpniu kurde.

To mi wystarczyło.

– To weź i zgłoś.

– Taaa. Sam se zgłoś. – odparł dalej skwaszony.

A mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać więc podniosłem rękę jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wysoki sąd zauważył.

– Tak panie Gomółka.

– A ja jako obrońca Tomasza Gomółki, Tomasz Gomółka, mam urlop od lat dwudziestu w sierpniu i wnioskuję o nie wyznaczanie terminów na miesiąc sierpień.

– Dobrze. Zatem najbliższe spotkanie wyznaczam na wrzesień.

Czułem się jak u siebie i zaczynałem żałować, że na prawo nie poszedłem, tylko siatkówka i picie i muzyka były mi w głowie. Pewnie bym teraz sądów bronił, a może i Sharksów i Judegangów.

W końcu w tym wrześniu żeśmy się zaczęli spotykać, ale odczytać wyroku sądu nie szło, bo co rusz kogoś brakowało z tych, którzy być powinni. Aż w końcu zebrał się komplet i ogłoszono co następuje. W wielkim skrócie podam tylko, że wszystkie wyroki zostały utrzymane, poza jednym łajzom, któremu obniżono proponowaną karę, do minimalnego minimum, czyli pół roku w zawieszeniu na rok. Ciekawe czy wiecie komu?

Część z osądzonych pogodziła się z wynikiem i postanowiła olać sprawę, bo miała już dość, po dziesięciu latach kopania się z koniem i postanowiła przeżyć zawiasy i oczekiwać na zatarcie wyroku, pozostali się postanowili odwołać, i liczyć na cud. Najmniej zadowoleni byli ci, którzy mieli obrońców z urzędu, bo jako przegrani dostali wyrok i jeszcze muszą kasę zapłacić jako pokonani.

Dla mnie podjęcie decyzji było najmniej istotne i pewnie bym sprawę już olał ostatecznie, ale skoro jestem niewinny, o czym przypomniał mi zawodowy adwokat, przyjaciel rodziny, to czemu o to nie powalczyć? Złożyłem więc pismo do sądu drugiej instancji, w ostatniej chwili, o godzinie dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt ostatniego możliwego dnia i biję się dalej.

I wiecie co? Jest ciekawie, bo jak się okazało, skazały nas pisiory a odwołujemy się u platfusów, a ci mogą po złości odwrócić konia ogonem.

I tylko gdzie jest w tym wszystkim sprawiedliwość? No jak to gdzie?

W DUPIE! 😉

Ściskam. Członek.

16. Jak Henry powrócił na łono.

16. Jak Henry powrócił na łono.

Jadwinia zakochała się w Henryku jak miała lat siedemnaście. W sumie to osiemnaście, rocznikowo. Henryk też zwrócił na nią uwagę przy pierwszym spotkaniu i mu coś w żołądku zabuzowało i postanowił działać.

„Może to ta jedyna?” – pomyślał i po miesiącu byli parą. Niestety nie mogli tego odznaczyć w mediach społecznościowych, bo za ich młodości takowych nie było. Nie było nawet internetów. Wszystko odbywało się analogowo. Ba, nawet analogowo wierzyli w Pana Boga i kościół katolicki. Henryk był jednak bardzo energicznym Henrykiem i zostawił Jadwinię jakoś przed jej egzaminem dojrzałości. Okrutne to być musiało, bo ona bardzo, ale to bardzo go pokochała. Miała za to na tyle oleum w głowie, że pomimo obiektywnych trudności, pozbierała się do kupy i nie tylko zdała ten egzamin ale i dostała się do szkoły dla lekarzy. A nie było to takie proste, bo proletariackie pochodzenie wymagało bycia lepszym od reszty kandydatów na medyków o siedem długości. I była. O osiem.

Henryk za to poszukiwał i porównywał. Wszystkie inne kandydatki na żonę okazywały się być tylko przelotną bryzą na jego sercu. Żadna nie miała „tego czegoś” i kiedy nasz bohater się w końcu ocknął, było już po obiedzie. A właściwie to została po nim, obiedzie, tylko herbata. Zimna, gorzka i z fusami. A lata leciały jak włosy z głowy i Henryk został sam jak palec w du. Jak palec został sam. Coś tam na siłę kombinował, dodawał i odejmował, ale po tym jak dowiedział się, że Jadwinia wyszła za Władysława, wszystkie wybory były jak chodzenie po cienkim lodzie.

Czemu więc ona to zrobiła? Skoro w jej serduszku Henryk wyrył się głęboką trzcionką, pozostawiając swoje znamię na całe życie? Znamię które było tak potężne, że nawet najlepszy ginekolog nie był w stanie go usunąć. Musiało coś w tym Henryku być takiego, czego najznakomitsi z najznakomitszych nie byli w stanie z Jadwini usunąć. Ale lata leciały, dziewczyna była trochę staroświecka, podobno nawet interesowała się jakimiś wierzeniami starodawnych Słowian i stwierdziła, że kobiety po dwudziestym piątym roku to nawet grabiami nikt nie tyknie. I zakochała się, tak bez serca w bankierze. A ksiądz to związał węzłem małżeńskim w świątyni i zabronił młodym rozwiązywać. Bo tak mówi pismo.

Całe szczęście bankier był lekko poprzestawiany życiowo i tak naszą bohaterką sterował, że ta nawet mając dyplom medyczny, musiała mieć priorytety poustawiane według jego zasad. Sami rozumiecie, że prasowanie bielizny czy skarpet, o parowaniu ich nie wspominając, było dla wykształconej dziewczyny co najmniej lekkim upokorzeniem. O wspólnym mieszkaniu z teściową nie wspomnę, bo teściowe są różne. Jak pory roku. Ciepłe, kolorowe, słoneczne albo lodowate, chłodem wyniosłe albo i szare, bure i ponure. Nawet odesłanie na „swoje”, teściowej wiele nie zmieniło. Bo Jadwinia by chciała dzieci a on by wolał bank.

Henryk pozostał sam. Kombinował więc jak koń pod górę. Bo miał nawet własne M, przed trzydziestką, co nawet wśród jego znajomych nie było chlebem powszednim, ale nie miał gospodyni co mu nie tylko mieszkanie ogarnie ale i serce odda. W zamian za serce jego, oczywiście. Bo wiara kościoła katolickiego była w nim duża, pomimo potknięć i upadków, po których zawsze jego Anioł Stróż ciągnął go za uszy ku górze. Bo nie miał kto. Rodzice mieszkali kilka osiedli dalej, więc nie wszystkie wywrotki syna widzieli.

Pewnego dnia coś się w galaktyce Drogi Mlecznej zaczęło przestawiać. Być może następowało przesuwanie osi ziemi, co nie pozostaje przecież bez wpływu na ludzi zamieszkujących planetę ziemię. Wtedy to Jadwiga powiedziała: DOŚĆ i nawiała ze śródmieścia, a jak tylko przekroczyła granicę Nowej Huty, serce ją zakuło, ciśnienie podskoczyło, a w każdym wysokim i chudym brunecie zaczęła zauważać Henryka.

„ Do Światowida praojca narodu polskiego i rusałek ” – pomyślała jadąc koło kina Świt na osiedlu Teatralnym, „skoczę do apteki bo coś ze mną nie tak”. Ale zamiast do apteki rzuciło ją do rodziców Heńka, a ci w trosce o przyszłość syna dali jej jego numer telefonu. Nie czekając długo, zadzwoniła, żeby wiedzieć na czym stoi. Henryk był zaskoczony, bo w codziennych wieczornych modlitwach wznoszonych na trzeźwo i po wypitku, pytał Boga dlaczego ona to zrobiła bez uprzedzenia go, nie dając mu szansy na poprawę, a skoro zrobiła, to może też odzrobić i męża zostawić, choć to nie po katolicku. Chociaż nie do końca, bo w życiu można wszystko unieważnić poza swoją śmiercią. I to Henio wiedział doskonale.

Po pierwszym spotkaniu wszystko było już jasne, a po drugim to gagatki  z łóżka przez dwa dni potrafiły nie wychodzić, w myśl zasady, że młodość ma swoje prawa i musi się wyszumieć. Z tego szumienia ona poczęła, urodziła, i szybko założyła przed ziemskim sądem sprawę o rozwód. Poszło szybko. Czasowo w okolicach niewiary świętego Tomasza, kilkanaście dni, nad którym Pan nasz Jezus się w końcu ulitował i pozwolił mu w ranach pogrzebać paluchami. W sądzie ziemskim niczym grzebać nie trzeba było. Wystarczyło tylko, żeby na górze była oliwa sprawiedliwa, czyli teczka z dokumentami jej.

Dla Henryka był to znak, że to ta jedyna i żeby wypełniły się jego marzenia poprosił Jadzię o uporządkowanie spraw kościelnych. I ona to zrobiła, pomimo tego, że Henryk okazał się trochę słabawym Henrykiem. A to popijał, a to o jakiejś depresji bredził, a to pieska nogą popchnął, roboty tracił, a to na przyszłych teściów poburczał. Ale gdzieś tam w głębi miał potencjał, o czym sam pewnie nie do końca zdawał sobie sprawę, ale ona to czuła i postanowiła wydobyć.

Sądy pierwszej ligi kościelnej, pod kapitanatem biskupa krakowskiego, sprawę rozpatrzyły i postanowiły, po wnikliwym sprawdzeniu WAR u  ze wszystkich kamer ziemskich i pozaziemskich, unieważnić ślub. I przesłały dokumenty do kurii katowickiej. A Katowice to już zagranica i sprawa utknęła jak węgiel na zapomnianej hałdzie.

Do tego wszystkiego Henryk został dziwkarzem i Jadwiga miała go dość. „Nie dość że głupek, pijak i agresywny buc, to jeszcze dziwkarz” myślała o Henryczku. Ten jednak dość szybko się zreflektował i postanowił budować swój związek na skale a nie na kupie niedomówień i wątpliwej jakości cemencie.

W międzyczasie, po rozwodzie świeckim, młodzi postanowili się połączyć przed naczelnikiem stanu cywilnego. Ale nie wyszło, bo Henryk jako termin wybrał długi weekend, pani go w urzędzie wyśmiała, ochrona pogoniła, zaliczka w domu weselnym przepadła i Henryk zgłupiał jeszcze bardziej. Choć wydawało się, że bardziej to już nie można. Oj, nie zbadane są pokłady ludzkich możliwości, co Henio udowadniał codziennie.

Ludzie po wsiach gadają, że mądrość przychodzi w wiekiem. On nie był tego sztandarowym przykładem, ale się starał. Bo czuł, że jak ona to zobaczy, to popędzi te Katowice i przed ołtarz go poprowadzi. Niby się starała, niby jakieś ruchy wykonywała ale nic to nie dawało. Za to ruchy niezależne wykonywały się same i nastały czasy papy Franciszka. Ten czując, że mu owce do domu nie wracają, zniósł drugą instancję unieważniającą małżeństwa. Katowicka kuria miała jednak swoją interpretację papieskich rozkazów i Jadwiga z Henrykiem dalej żyli w grzechu. Co prawda, Henryk zaproponował białe małżeństwo, czyli rok bez konsumpcji, na co Jadwiga zareagowała stanowczym:

– To ja się wyprowadzam do mamusi!

I tak to Henryk, stając na główce, raz na kwartał robił to, o co ona prosiła. Dobrze, że ona była tolerancyjna, bo tak rzadko to nawet dla świętego może być za mało.

Sprawy wskoczyły na wyższy level i nabrały prędkości, kiedy w rodzinie Henryka wystąpiła śmierć osoby bardzo mu bliskiej. Coś w nim się poprzestawiało. Zaczął moczyć nogi w wodzie z magnezem, pić witaminę c lewoskrętną chemiczną i jakoś tak dbać bardziej o siebie. Pomimo tego, że był jeszcze przed pięćdziesiątką.

Któregoś ranka zaraz po wschodzie słońca, wyskoczył z łoża przedmałżeńskiego i pobiegł do swojej parafii, do proboszcza. Jak wrócił, Jadwiga go nie poznała. Był blady, drapał się po brodzie, trzęsły mu się ręce, a nie pił już dwa dni, i szeptał sam do siebie:

– Jak tak można. Jak tak można. Tyle lat. Tyle lat czekania. Jak tak można.

Jadwiga podeszła do Henryka, przytuliła go i powiedziała, że dalej go kocha, co trochę go przywróciło do realnego świata.

–  Ubieraj się Jadziu. Jedziemy do kurii.

– Co? Zwariowałeś do reszty!

– Jadziu. Nie ma już drugiej instancji i ty to chyba już wolna jesteś. Nie musimy grzeszyć więcej.

– Oj tam. Poluzuj kalesony. Nie bluźnij.

– A ni mi to w głowie. Ubieraj się!

I ubrała się błyskawicznie i pojechali. Heniek był tak naładowany jakąś energią negatywną, że Jadwiga postanowiła pójść sama do księży. Bała się, że Henio, który ze dwa dni nie dotknął alkoholu, może mieć w sobie duże zdenerwowanie i narobi ich przyszłości kłopotów. Wysłała go więc na spacer uspokajający na planty, co okazało się zbawienne dla jego skołatanych nerwów. Sama zaś wykonała znak krzyża na swojej ubogaconej klatce piersiowej i ruszyła ku prawdzie.

Ta była banalna. Od dziesięciu lat mogła brać chłopa przed ołtarz, żeby ten jej poprzysięgał cuda niewidy i żeby mogli żyć jak Pan Bóg przykazał.

W Henryka wlała się radość tak wielka, że przy niedzielnej mszy świętej, po dziewiętnastu latach ruszył pojednać się z Bogiem. Nad wszystkim czuwał jego osobisty Anioł Stróż, który podprowadził go pod odpowiednią budkę ze spowiednikiem, który był młodą krwią w jego parafii. Do tego ksiądz miał okulary, był postawny jak Henryk, co sprawiało wrażenie człowieka inteligentnego i otwartego na nowinki nowego papieża. Wrażenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Przy sakramencie nawet się Henryk popłakał, kiedy ksiądz mu powiedział, że mu odpuszcza. Z wrażenia nawet, albo bardziej z kłopotów z dłuższym klęczeniem na dwóch kolanach, Henio się osunął i walną głową w konfesjonał, na szczęście bez konsekwencji zdrowotnych. Bo Jezus już czekał, żeby Henryk przyjął go do swojego Henrykowego serduszka. Jak za dzieciaka.

Po tym wszystkim, napełniony boską mocą Henio, zaczął z kopyta przygotowywać wesele. Zaliczkował salę, szuka zespołu do przygrywania, ludzi liczy i selekcjonuje. To nic, że to dopiero za dwa lata. To nic. On ma czas. W końcu tyle lat czekał.

Trochę gorzej jest z Jadzią. Posmutniała troszkę, bo Henio ciągle w łasce uświecającej pozostaje. I przez sen chłopina mamrocze mamrocze, nie dając jej spać:

„ Nie kradnij. Nie zabijaj. Nie cudzołóż! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!…”    

15. Początek naszego końca.

Początek naszego końca.

Zastanawialiście się kiedyś, w którym momencie rozpoczyna się początek naszego końca? Kiedy? Wtedy kiedy dowiemy się że mamy raka, białaczkę, nieuleczalną wadę serca, chore nerki? Kiedy pęknie nam kręgosłup albo urwie nogi i ręce? Nie. To wszystko jest do opanowania.

Początek naszego końca jest wtedy, kiedy przychodzimy na ten świat.

Jak mój Tata. To, że przeżył narodziny i pierwsze swoje miesiące i lata, już było cudem. Nie jakimś wielkim, ale było. Biedna wieś, rok 1942. Jesień. Udało się. Ale były i matki i dzieci, które tyle szczęścia nie miały. Ile ich było? Nie wiem, nawet ich nie liczyłem. Pamiętam Tato, jak kilka dni temu, po Twojej śmierci załatwialiśmy formalności i wszyscy młodzi lekarze i pracownicy biurowi, pytali zdziwieni:

– Przepraszam państwa. Miejsce urodzenia Mokra Wieś?

Chciałem krzyczeć: „tak kurwa! Co was tak dziwi? Co wy kurwa wiecie o życiu?”  Ale nie wypadało. Poza tym Mama zawsze mnie wyprzedzała i spokojnie i dumnie odpowiadała:

– Tak. Mokra Wieś. Wszystko się zgadza.

O dzieciństwie Tata dużo nie opowiadał, chyba, że wtedy kiedy chciał mnie i brata zmobilizować i pokazać jak nam jest w życiu prosto, łatwo i wygodnie. Że niczego nam nie brakuje, chociaż lata osiemdziesiąte wydawały się temu przeczyć, to pomimo braku czekolady, trzeciej pary spodni, butów do grania w siatkówkę, czy Bóg wie czego, byliśmy prawie w raju.

Nie tak jak on, który chodził do kościoła ponad pięć kilometrów, boso, a dopiero przed kościołem albo zakładał buty albo czekał, aż z wcześniejszej mszy świętej wyjdzie brat, który mu je przekaże. Żeby w świątyni wyglądać godnie. Żeby Pan Bóg mógł zobaczyć, że się starasz jak tylko możesz.

Potem to nie wiem jak było chronologicznie. Tata nie był jakimś wielkim opowiadaczem. Tego mi dzisiaj brakuje. Jak cholera. O tyle spraw chciałem Ciebie zapytać Tato. Żebyś mi wszystko opowiedział, bo teraz mam tyle lat, że już potrafię słuchać. Ale zawsze było coś ważniejszego, pilniejszego, coś co teraz jest niczym w porównaniu do tych chwil, które będę musiał przeżyć bez Ciebie.

Ale coś pamiętam, opowiadałeś. Było wojsko. Ochrona Pogranicza. W czasach najgorszej komuny prawdziwa służba w piekle. Pamiętam jak starszy stopniem skurwysyn Cię prześladował, bo byłeś wysoki. Jak Cię próbował upokarzać, ale Ty byłeś ponad tym. I nawet jak to opowiadałeś po latach, to nie miałeś do nikogo o to żalu. Nie czułem nigdy u Ciebie nienawiści do kogokolwiek. Nigdy.

Budowałeś drogi jako młody chłopak, pracując w takich warunkach, które ja znam co najwyżej z filmów. Aż wreszcie przyszła nadzieja, że powstająca Nowa Huta będzie Twoją przystanią. Że tam dadzą Ci szansę, a Ty tę szansę swoją pracowitością i zaangażowaniem wykorzystasz. I tak się stało. Skromny, pracowity jak nikt na świecie, doczekałeś się pierwszego garnituru, (o tak! Jaki Ty byłeś z tego dumny w swoich wspomnieniach. Nie musiałeś już pożyczać ubrań na specjalne okazje od starszych braci, którzy też przyjechali do Huty, żeby spełniać swoje marzenia). Dostałeś po latach mieszkanie. Oczywiście, nie byłbyś sobą, jakbyś nie wziął mniejszego, dwupokojowego zamiast tego, które wziąć mogłeś z jeszcze jednym dodatkowym pokojem. Bałeś się, że za duże, że nie znasz przyszłości, że jakby było ciężko, to mniejsze łatwiej utrzymać i takie tam. Zawsze myślałeś na kilka lat naprzód. Razem z mamą wyprzedzaliście nawet to, o czym ja bałem się pomyśleć. No tak. Nawet grobowiec sobie zbudowaliście. Grobowiec. I nie tylko dla siebie ale i dla innych. Może też dla nas. Wiesz, że odwlekaliśmy czas przepisania go na nas, bo bałem się, że to przyspieszy coś, o czym głośno nie mówiłem. Przyspieszy czyjąś śmierć.

Dziś wiem, że wszystko zaczyna się wtedy, kiedy przychodzimy na świat. Już wtedy.

Kolejny etap twojego życia obserwowałem dokładnie i wnikliwie. Bo byłeś dla mnie wzorem. Nawet jak nam nie było po drodze, umieliśmy się przeprosić i wyjaśnić sobie dlaczego mamy inne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość.

Kombinat wysysał z Ciebie życie powoli. Praca na trzy zmiany, w soboty i niedziele. W pyle, zimnie, upale. Najpierw dała Ci chorobę zawodową stawów. Pewnie już wtedy Twoja kość udowa zaczynała umierać. Ale Ty nie odpuszczałeś. Czas wolny, urlopy, przeznaczałeś na pomoc dziadkom w Leszczynie i bratu Kubie w Mokrej Wsi. Zabierałeś nas często ze sobą i uczyłeś szacunku dla ludzi, ciężkiej pracy, zwierząt i przyrody. Uratowałeś mnie z ognia, jak się podpaliłem w suszarni u Kuby.

Po pracy zawsze mieliśmy ciepły obiad. Mama przygotowywała dzień wcześniej, a Ty obierałeś ziemniaki, grzałeś zupę i mięso i karmiłeś nas jak królów. Poza piątkami. Do dziś na widok makaronu z serem czy kopytek mam mdłości. No ale piątek miał być bez mięsa. A ja, jako sportowiec musiałem Tatusiu mięso, bo po godzinie od zjedzenia tego pieprzonego makaronu byłem głodny. To jechałem na hamburgery pod dworzec, bo zawsze mi dawałeś pieniądze na drobne wydatki.

Nigdy nie widziałeś jak gram. Bo sport mógłby dla Ciebie nie istnieć. Rozumiem. Chciałeś żebym umiał grać na akordeonie i żebym był inżynierem. W obydwu przypadkach dałem dupy, ale jak widzisz radzę sobie. Zawsze mnie wspierałeś i dalej wspierasz. Czuję to. Mam też coś, czego nikt mi nie odbierze. To podglądnąłem u Ciebie. Staram się jak mogę, żeby jak Ty, być dobrym człowiekiem. Bo to jest w życiu najważniejsze Tato. I choć czasem kładę się zły na siebie, że nie do końca mi się udało, to wstaję z nadzieją, że dostałem kolejną szansę, żebyś był ze mnie dumny.

Pierwsze rysy na Twoim ciele pokazały się, kiedy po dwóch latach (!) lekarze odkryli, że gnije ci panewka kości udowej. Operację przeszedłeś jak burza. Pamiętasz, jak mi opowiadałeś, że miałeś znieczulenie miejscowe i prosiłeś operujących Cię o odsłonięcie parawanu, żebyś mógł zobaczyć jak to się robi? Tato… Żarty z takich spraw? To tylko Ty umiałeś. Rehabilitację rozpocząłeś jak prawdziwy sportowiec obóz przygotowawczy. Kazali Ci wyjść po schodach dwa razy, tam i z powrotem, a Ty wychodziłeś trzy razy. Żeby szybciej wrócić do wnuków, na działkę, do Mamy, do nas.

Potem te cholerne biodra. Po pierwszej operacji, powiedziałeś że już nigdy więcej. Tyle Cie to bólu kosztowało. Ale jak poczułeś poprawę, byłeś gotowy na kolejne biodro. Ale Bóg nie pozwolił Ci przejść przez to za łatwo, bo pół roku po operacji pierwszego biodra, to operowano wypadło ci z panewki i i rwąc ledwo co zrośnięte mięśnie, spowodowało ból jakiego w życiu nie doznałeś. I to w piątek po południu, kiedy lekarze byli już ciałem i duchem poza pracą. Po operacji drugiego biodra wszystko zaczęło się psuć. Wszystko. Organizm nie nadążał z regeneracją, osłabione serce pracowało coraz słabiej, a woda zaczęła zbierać się w organizmie. Dzisiaj żałuję, że nie pogoniliśmy Ciebie do szybszej rehabilitacji. Może by to coś pomogło.

Pierwszego ratunku szukałeś jak każdy z nas. Albo inaczej. Jak większość z nas. Stojąc w kolejkach, albo szukając przez Mamusię specjalistów. Śmiałem się z tych Twoich wizyt przed chorobami, że miejsce zdrowym zajmujesz. Jaki ja jestem głupi, Tato. Po pierwszej wizycie w szpitalu Dietla Józefa, kiedy woda ustąpiła powinien być zrobiony kolejny krok. Ale lekarze kazali czekać. Czekać w kolejce.

Woda wróciła szybciej niż zwolniło się miejsce w szpitalu. Tego czasu może zabrakło a może nie. Tego nie dowiemy się nigdy. Za to zaczęła się nasza Golgota. Najpierw nie byłeś na pogrzebie brata Władka. Jeszcze wtedy łudziłem się, że może nie chciałeś. Ale po wieczornej rozmowie z Tobą, wiedziałem, że jest źle. Bardzo źle. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem strach w Twoich oczach Tato. Pierwszy raz.

Brat Jacek zadziałał błyskawicznie. Dzięki pomocy rodziny dostaliśmy się do najlepszych z najlepszych. Położyli Cię na Kopernika i rozpoczęła się ostatnia bitwa naszego wspólnego życia. A tu przecież wakacje. Jak Cię zostawić? Jak jechać odpoczywać, kiedy Ty Tato walczysz o życie. Lekarze nas uspokajali, że będzie dobrze. Ty nawet słyszeć nie chciałeś, ze mamy plany korygować.

  • Przecież jest Mama. – mówiłeś. – A jak Jacek wróci to Ty pojedziesz i ciągle będę miał opiekę.

Z Kopernika przewieźli Cię do Jana Pawła,  a w dzień naszego powrotu Ty byłeś operowany. Popłakałem się wchodząc do samolotu. Dobrze, że miałem ze sobą moich najbliższych, rodzinę i przyjaciół Kazików, bo bym chyba zwariował. Lot dłużył się niemiłosiernie, ale pierwszy telefon po wylądowaniu wlał nadzieję. Operacja się udała.

Gówno prawda. W nocy znowu walczyłeś wraz z lekarzami, bo był stan krytyczny po operacji. Po dwóch dniach wpuścili nas do Ciebie. Wyglądałeś cudownie. Świadomy, bystry i silny. To nic, że maszyny Ci pomagały, że wystawało z Ciebie kilka rur różnej średnicy. To nic. Ten etap wygrywałeś.

Wszystko zaczęło się psuć na dobre, jak przenieśli Cię z intensywnej terapii na tą sale dwuosobową. Myśleliśmy, że to dobrze, bo przestałeś liczyć ile osób odeszło do Boga. W trakcie Twojego leżenia tam, trzech pacjentów opuściło ziemski padół. Pamiętam Twoje smutne oczy, jak mi pokazywałeś wzrokiem tego pana obok Ciebie i szeptałeś: „Patrz synu, ten nie może umrzeć”.

W czwartek było źle. Karmiłem Cię zupą, potem próbowałem Ci włożyć zęby które Ci Kasia zrobiła przed laty, żebyś teraz w szpitalu kanapki mógł pogryźć. Nie umiałem. Zrobiliśmy to w sobotę. Jak ładnie wtedy wyglądałeś. I pytałeś Kasi, czy zdąży zrobić Ci na wesele Marcelinki nowe. Miała zdążyć…

W sobotę zginął Piorun. Pochowałem go na facebooku. W niedzielę wpadliśmy do Ciebie, jak zwykle po piętnastej. W godzinach odwiedzin. Z Tomusiem. Byliśmy kilkanaście minut, bo lekarz powiedział, że przegrywasz i stan jest krytyczny. Od dziewiątej rano czekałeś Tato na operację. Była niedziela i lekarz który miał dyżur walczył o inne ludzkie życie do godziny szesnastej trzydzieści. Po dziewiętnastej zawalczyli o Ciebie. Z całą siłą i swoimi umiejętnościami jaki mieli. Oni są Tatusiu najlepsi. Jak wychodziliśmy od Ciebie, Tomek się podłamał.

– Wczoraj Piorun, dzisiaj dziadek.

– Dziadek synku walczy. Będzie dobrze. – powiedziałem płacząc, bo cały czas wierzyłem.

W poniedziałek Piorunka odnaleźliśmy i zaraz pobiegłem Ci o tym powiedzieć.

W środę rano zadzwonili ze szpitala, że dzisiaj może być ostatni dzień Twojego życia. Rzuciliśmy wszystko i pobiegliśmy do Ciebie, żebyś nie odchodził. Dalej mieliśmy nadzieję. Czekaliśmy na cud. Bo tylko cud mógł zmienić bieg tragicznych dla nas wydarzeń.

Po pracy miałem jechać do Ciebie. Trzy razy szedłem na tramwaj który miał mnie dostarczyć pod szpital. Ale zmieniałem plany i postanowiłem, że pojadę do synka i Notorycznej Ukochanej, a co u Ciebie dowiem się o dwudziestej pierwszej i jak dalej będzie źle, to pojadę pobyć z Tobą.

Po dziewiętnastej siedziałem na przystanku i paliłem któregoś tam papierosa i słuchałem muzyki. Nagle ni z tego ni z owego, muzyka się wyłączyła. Nie odczytałem tego, choć dwie godziny wcześniej prosiłem Ciebie o znak. Znak, że jak powiesz koniec, to masz mnie poinformować. Tylko nie tak jak Twój najstarszy brat Józek, który zrzucił z szafy ciężką walizkę przed Ciocię Marysię. Bardziej subtelnie. Posłuchałeś. Włączyłem muzykę znowu i po chwili sama się wyłączyła. To był znak, że skończyłeś i idziesz do Boga. Dziś to wiem.

Miałem dużo znaków które przybliżały mnie do Twojego odejścia. Ignorowałem je jak mogłem, ale przeznaczeniu nie jesteśmy się w stanie przeciwstawić skutecznie. Nie mamy żadnej szansy Tato. Żadnej.

W czwartek załatwiliśmy z Mamą i Ciocią Ireną wszystko. Formalności w szpitalu, na cmentarzu i w zakładzie pogrzebowym. Szybko i sprawnie. Bo Ty nad tym czuwałeś. Nie było korków, wszędzie byliśmy o czasie. Tak łatwo w życiu nie ma, a w ten dzień było. Najgorsze przeżycie jakie nigdy mnie nie opuści, to ta chwila, kiedy wychodziłem ze szpitala z dwoma workami na śmieci, pełnymi Twoich rzeczy Tatusiu. Szedłem i wyłem. Widziałeś zresztą Tato sam.

Pogrzeb miałeś piękny. Przepiękny. Bo byłeś dobrym człowiekiem. Dobrym jak chleb Tato.

Teraz wreszcie odpocznij że sobie kochany, ale miej nas w swojej opiece. Dawaj nam siłę do życia, podnoś jak upadniemy i przypominaj codziennie, żebyśmy kochali się w każdej sekundzie naszego życia. Bo resztę spraw na ziemi załatwiłeś za swojego pięknego życia. Dziękujemy Ci, Tatusiu kochany.

Żyj z Bogiem, w Bogu i w nas. Na wieki wieków.

Do zobaczenia…      

14. O tym, jak żywego psa na fejsbuku pogrzebałem. Czyli słów kilka o niewiernym Tomaszu.

Było tak. W sobotę o 13,00 babcia zadzwoniła że Piorun zaginął na działce. A tam, znajdzie się. O 15,00 byliśmy z Notoryczną Kasią Narzeczoną u mojego ciężko chorego Taty w szpitalu. O 16,00 zadzwoniłem, a zapłakana teściowa, mówi, że psa dalej nie ma. A on chory. Od trzech lat trzustka, cukrzyca, ślepy, węch osłabiony, przygłuchawy, słaby i schorowany. Dalej niż 50 metrów od domu nie odchodził. A działka w szczerych polach, kilkanaście hektarów pól, nieużytków i 2 hektary kukurydzy.

Ruszyliśmy więc prosto od taty ze szpitala do Iwanowic. Schodziliśmy pola w promieniu 2 kilometrów, zjeździliśmy okoliczne wsie i około 19,00 z płaczem ruszyliśmy do domu. Wyliśmy do zdjęć, wspomnień i wszystkiego co nam psa przypominało. Syn płakał, Notoryczna Narzeczona poszła spać o 4 rano, a ja już o szóstej zarządziłem alert: Jedziemy znaleźć ciałko i pochować. Do tego babcia dała zdjęcie i apel na stronę Gminy Iwanowice, i nic. Cisza.

O siódmej rano w niedzielę, ruszyliśmy z Notoryczną w pola nieużytków i kukurydzy. Ni chuja. Pies, jak to psy mają umierając pewnie schował się w lisią norę, albo gdzieś tam wlazł i umarł. No bo był chory bardziej niż niejeden z nas. Ulewa jaka nam towarzyszyła ocierała nam łzy rozpaczy i o dziewiątej z minutami poddaliśmy się, ale z uczuciem dobrze spełnionego psiego obowiązku. Wyliśmy dalej ale mniej, bo nam było mokro i zimno. Po ustaniu deszczu na poszukiwania ruszyli schorowani teściowie i dalej nic.

Dziś rano pojechałem do taty do szpitala, który w nocy przeszedł kolejne dwie operacje ratujące życie. Stan jest krytyczny. Na wizytę nie było rano szans. Czekać – padło hasło od lekarza. Zostawiłem mamę i brata na posterunku przy tatusiu, a sam pojechałem pożegnać kolegę Hansa, który w wieku 46 lat, umarł z miłości do żony, która odeszła na raka kilka lat wcześniej.

Prosto z cmentarza w Wieliczce ruszyłem do taty, ale w międzyczasie zadzwoniła Notoryczna, że ktoś dzwonił i psa widziano trzy czy cztery wsie dalej. Nie wierzyliśmy za bardzo, ale musieliśmy to Piorunowi zrobić i zobaczyć tego znalezionego, powiedzieć, to nie ten i wracać, do pracy i do ciężko chorego taty. Jak już dojechaliśmy to pies okazał się TYM PSEM. Tym PIORUNEM. Naszym ukochanym przyjacielem, który ślepy i chory przeżył. Dzięki sile, woli i chęci przetrwania. Dokładniej opis szukania przez ludzi z wioski, której nazwa mi wyleciała, potem. Już wiem. To Celiny i jej wspaniali ludzie. Celiny to przypadek? Kochany Kaziku, nie sądzę:)

Szczęśliwy wróciłem do szpitala i pozwolono mi pójść do Taty, któremu wszystko opowiedziałem, bo wiem, że On mnie słyszał.

Kochany Tato. Walcz. To nic, że dzisiaj maszyny podtrzymują Cię przy życiu. To nic. Jesteś silny i zdeterminowany. I czekamy na Ciebie. My i Piorun, którego w naszej słabości i niewierze pochowałem fejsbukowo na psie wieki wieków amen. Ja, Twój syn, często działający impulsywnie i za szybko ferujący opinię, ale zawsze walczący i wierzący w to, że może być lepiej. I będzie! Cokolwiek by się nie działo! Do zobaczenia niedługo Tato, już bez tych maszyn i innych. Zupy Ci nagotowaliśmy takiej jak lubisz. Tylko wracaj. Wracaj szybko jak szybko wrócił nasz kochany Piorun. Tato!

ps. jak pięknie śmierdzę psem, to nie macie pojęcia!

   Osobne kilka zdań należą się całej akcji poniedziałkowej.

Wracając z pogrzebu Hansa do szpitala, żeby być przy tacie, miałem wszystkiego dość. Ale tak na spokoju oczywiście. Mijane ciężarówki mnie nie kusiły żeby zmierzyć się nimi czołowo, broń Panie Boże. Ba. Było nawet całkiem nienajgorzej bo poczułem głód. A to dobry znak, że chce się żyć. Padło na maka u Donalda, choć to co prawda nie zdrowo, ale za to kurewsko szybko.

W międzyczasie przychodziły esemesy i inne. W tym od Notorycznej Ukochanej. Niestety wyświetlała się tylko ich część. W tym taki:

„Rodzice szukają psa bo …”

Miło mi się zrobiło, bo to też i ich synek i nie odpuszczają. Całej wiadomości nie otwierałem, bo w stanie w jakim byłem, lepiej nie ryzykować niczego więcej poza paleniem czerwonych Marlboro z Teneryfy w miękkim opakowaniu. Koniecznie palcie, jak już musicie w miękkim, bo ten smak i aromat jest bajeczny. Obiecałem sobie też pomiędzy jednym a drugim buchem, że esemesy odczytam już na spokojnie, żrąc niezdrowe.

Oczywiście nie zrobiłem tego, bo jedzenie podano tak szybko, że nie zdążyłem uruchomić telefonu. Jednak w kieszeni na dupie zawirowało mi kolejne powiadomienie z mojego hujałeja.

„Zadzwoń jak będziesz mógł” – Notoryczna.

Mogłem, więc żując mięso w bułce nacisnąłem przycisk dzwoń.

– Stary! – bo i takich miłosnych określeń używa Ona. – Potrzebuję auto. Bo rodzice szukają dalej.

– Nie dam ci. Albo dam i pojadę do szpitala autobusem. Tylko po co jeszcze szukać? Niech Ewa da spokój już. – zadecydowałem, bo uważam się za osobę najmądrzejszą na świecie, samca Alfa, Beta i Zeta, decyzyjną i zawsze, ale to zawsze podejmującą najszybsze i najtrafniejsze decyzje w galaktyce. Co z małym mózgiem który posiadam w dużej głowie, często okazuje się błędem, ale o tym lepiej nie mówić bo się zamknę w sobie i ludzie stracą samca. Jak ja straciłem psa przyjaciela.

– Ty debilu! Czytałeś esemesa?!

– Kurwa mać. Czytałem. Dajcie mi już spokój!

– Nie wierzę… Przecież ktoś dzwonił, że widział Pioruna…

Wół w bułce na te słowa stanął mi w gębie okoniem.

– Co? Jak to kurwa dzwonił. Jadę do Ciebie. Czytałem tylko że szukają… Daj mi kwadrans.

Resztę niedojedzonego chciałem zabrać do samochodu, żeby dojeść po drodze, ale w ferworze walki wyjebałem wszystko do kosza, razem z telefonem. Dobrze, że kosz był pełen, bo telefon który zgubiłem w zeszły tygodniu cztery razy, mogłem wyjąć bez nurkowania w śmietniku.

Do Iwanowic jechaliśmy skrótami, żeby ominąć popołudniowe korki. Trasę znałem znakomicie i zgubiłem się tylko dwa razy.

– Debilu! Mapę sobie włącz!

– Sama se włącz. Ja KURWA kieruję!

W tej przyjaznej atmosferze czas mijał nam błyskawicznie. Oczywiście Notoryczna ukochana miała swój pomysł na poszukiwania, i zamiast jechać od razu tam gdzie psa widziano, kierowała mnie w punkty na których przylepiała ogłoszenia o dużej nagrodzie. Szlak mnie trafiał, bo tam mi tata umiera, a my szukamy dziury w całym. Przecież już cały fejsbuk płakał z nami, więc co można dać psu jeszcze? Za chwilę, okazało się że można. Dać mu z powrotem własny dom.

Jadąc do Celin, byliśmy czujni. We wszystkich wsiach na trasie pytaliśmy o Pioruna. Nawet dzieci które wychodziły ze szkoły. Jeden chłopczyk tak się przejął, że nawet zaczął rozemocjonawny opowiadać, że takiego psa widział. Pięć minut temu. Oczywiście mu nie uwierzyłem, bo nie byłbym sobą, ale gorąco podziękowałem i popędziliśmy dla świętego spokoju w te miejsca gdzie chłopczyk widział psa. Potem w tej właśnie wsie teściowie odebrali psa… Coś ze mną jest chyba nie tak.

Do Celin jechałem na wolnej pełnej piździe. Notoryczna grzebała w telefonie.

– Patrz na pole, nie grzeb teraz w komórce. Psa szukamy!

– Aha. No tak. – wreszcie zaczęła ze mną współpracować.

Do Celin wjechaliśmy od Sieciechowic, w sam środek wsi. Na krzyżówce pojechałem w prawo i przez otwarte okno darłem się w niebogłosy:

– Piorun! Piorun!

Jednocześnie nasłuchując naszego przyjaciela, ale mam dizla jedenastoletniego i słyszałem tylko wycie silnika na wysokich obrotach. Za to sylwetkę naszego psa widziałem wszędzie. W kamieniu, stosie desek i innych psach. Dobrze, że wizytę u okulisty mam pod koniec września, bo ze mną coraz gorzej. To nie był nasz pies. To była Gómimorgana.

– Jedź pod kościół. – zadecydowała Ona, co mnie oczywiście wkurwiło z lekka, bo sam to wymyśliłem wcześniej, tylko zapomniałem powiedzieć na głos.

– Echchch… – burknąłem pod nosem i wykonałem polecenie.

Pod kościołem kazałem jej wysiąść z auta i się drzeć tym jej falsetem, a sam ruszyłem z piskiem opon pod sklep. Nie. Bez pisku. Auto mamy za ciężkie a silnik jest wolno ssący, więc byłem bez szans na efektowny start . Ruszyłem więc dynamicznie, na tyle na ile, i podjechałem pod ten sklep, z którego nadeszła nadzieja telefoniczna. O trzynastej w prawie samo południe, poza sklepową było dwóch chłopków, którzy albo mieli przerwę w pracy, albo tej pracy akurat dzisiaj nie mieli ale akurat mieli kasę na piwo, lub przynajmniej wielkie chęci. „Poniedziałek” pomyślałem i zrozumiałem wszystko w mig. Przecież sam się na wsi wychowywałem i pamiętałem swoje poniedziałki pod sklepem.

Uchyliłem okno i zapytałem grzecznie.

– Dzień dobry. Szukam psa, wielkości połowy wilczura, czarny z biały krzyżem na klacie. Nie widzieliście takiego?

– Widzieliśmy! – odparła sklepowa. – To koleżanka dzwoniła do pana mamy. Ale ona już do Krakowa pojechała coś se załatwić czy co tam.

Wyskoczyłem szybko i stanąłem na miękkich nogach, bo nie wierzyłem w to co słyszę. Przecież Piorun miał być za słaby, żeby polami zrobić kilka kilometrów i wyskoczyć akurat do Celin. Jak to kurwa możliwe?

– Bo ona jechała do pracy rowerem, i tam – pokazała ręką gdzieś przed siebie – widziała takiego psa.

– Jakiego?

– No tego z Internetu. Jak pił wodę z kałuży. Przyjechała, sprawdziła w telefonie zdjęcie i zadzwoniła do mamy.

– Do teściowej. Dziękuję!

– Pokazać? – zza sklepowej, albo po nowoczesnemu, ekspedientki, wychylił się chłopak w moim wieku, w ubraniu mocno roboczym i upapranym.

– Co?

– No gdzie pies. Bo my tu byli i ona, ta co znalazła, nam powiedziała, żebymy poszli szukać to se coś zarobimy. Ale to daleko i Krzysiek porwał jej rower i pojechał. My do niego dzwonili i mówił, że to ten pies. Ale teraz nie odbiera. Pokazać?

– Pokazać! – zadecydowałem szybko.

Zamknąłem okno i ruszyliśmy w tę część Celin, w której byliśmy z Notoryczną kilka chwil wcześniej. Nawet wysiadłem wtedy z auta i darłem mordę, ale nic nawet nie zaskuczało. Mimo to zapierdalałem jak szalony bo miałem przeczucie. Że zdarzy się cud.

Zaparkowałem we wskazany miejscu a mój nowy kolega powiedział:

– Tu som nasi znajomi. Ja do nich pójdę i zapytom czy Krzyśka nie widzieli.

Wysiedliśmy i on poszedł zapytać a ja wołałem Piorunka idąc wzdłuż pola jebanej kukurydzy która mnie dzień wcześniej wyżęła do cna kilka kilometrów dalej. Ale w sumie to nie taka jebana jest, bo daje paszę i schronienie naszym braciom mniejszym. Wiec służy jak może. Kochana kukurydza.

Po kilkunastu metrach zobaczyłem rower w rowie.

– Ej! Kolego! Tu jest jakiś rower.

Kolega podszedł, popatrzył i stwierdził.

– To tego co on nim przyjechał. To on tego psa musi gonić po polach. Ino gdzie?

– Nie wiem. Dziękuję ci. Chodź, odwiozę cię do sklepu.

I popruliśmy z powrotem jak na skrzydłach. Wysadziłem go i zawołałem na Notoryczną która stała w oddali:

– Chodźże szybko! Wiem gdzie jest pies! Ruszaj się.

Osoba do której krzyczałem odwróciła się zniesmaczona. To nie była moja Kasia. Ja pierdolę. Zostaw ją na chwilę samą to się przepoczwarzy w kogoś innego. Co za jaja.

Odwróciłem się więc za siebie i Kasia stała dokładnie tam gdzie ją porzuciłem i patrzyła na mnie wzrokiem pełnym litości, myśląc pewnie w duchu „co za zjeb. A mogłam wyjść za ginekologa…”

Ruszyła w moją stronę, ale za wolno. Stanowczo za wolno w stosunku do moich emocji. Podjechałem więc po nią te dwanaście metrów i przez okno zapytałem:

– Masz kasę, bo ja mam tylko kartę.

– Mam.

– Daj mi pięć dych.

– Mam stówę.

– Dawaj. Rozmienię w sklepie.

I ruszyłem w kierunku sklepu po zapakowaniu przybranej matki psa, a mojej Narzeczonej. Wyskoczyłem z auta ściskając banknot w spoconej dłoni i mówiłem podekscytowany:

– Zapraszam na piwo. Bierzcie co chcecie! Albo nie. Ma pani rozmienić na pół?

– Mam – powiedziała uśmiechnięta ekspedientka na widok roztrzepanego chłopca w wieku średnim, o wzroście i wadze ponadprzeciętnej, którym byłem i jestem ja.

Rozmieniła sprawnie, ja jeszcze sprawniej podziękowałem nowemu koledze za pomoc, wskoczyłem do auta i znowu nie ruszyłem z piskiem opon, ale jak w nagłych przypadkach, dynamicznie. Wtedy odezwał się telefon Notorycznej, stary telefon, bo ten nowy co sobie kupiła miesiąc temu, żeby piękne zdjęcia na Tenerce sobie robić, zalała w niedzielny poranek w kukurydzy. A mówiłem jej:

-Zostaw telefon w aucie!

– Sam se zostaw. Jak się zgubię w kukurydzy to będę do ciebie dzwonić.

– To se dzwoń. Ja mój zostawiam w samochodzie.

Dzwoniła teściowa. Moja teściowa, czyli jej mama.

– Masz psa? Naszego psa? Pioruna?! – gadała do aparatu a ja nic nie słyszałem i jedynie mogłem się domyślać. – Żyje? Umęczony? Szczęśliwy? Boże jedyny! Dobra. Jedziemy do was! – zadecydowała za mnie, czego nienawidzę.

– Mamusia dzwoniła! Znalazł się Piorun. Jadą na działkę!

– Super! Dała coś chłopu który znalazł? – zapytałem bo chciałem żeby za wzorową pracę była godna nagroda.

– Dała. Miała stówę i tyle dała.

Za mało. Pomyślałem i zawróciłem sprawnie pod sklep. Kolejny raz. Dołożyć jeszcze to pięćdziesiąt co mi zostało.

Na działce Piorunek leżał w kuchni, umęczon jak Pącek pod Piłatem. Ale jak klęknąłm przy nim, poderwał się sprawnie i zaczął mnie całować. I Notoryczną też. Po czym spojrzał na mnie swoimi wielkimi ślepymi oczętami i zaczął zgłaszać jakieś psie pretensje w moją stronę. Albo podziękowania? Po czym zaczął charczeć i po chwili wyrzygał pół wiadra wody z kałuży, która ratowała mu życie, prosto na podłogę. Po raz pierwszy nie miałem do niego o to pretensji. I po raz pierwszy całowaliśmy się prosto w usta. Psi przyjaciel i jego ludzki tata.

Aha. Jak ktoś Piorunkowi pokaże tę całą moją akcję na fejsbuku, to zakurwię z laczka i poprawię z kopyta!

Trzymajcie się dobrze, kochajcie się cały czas i nie traćcie nadziei nigdy! Jak ja.

Czwarty jedzie z nimi

On potężniejszy jest od tamtych trzech

On niesie Ci miłość i wiarę

I miłość i wiarę, nadzieje dla Ciebie ma

Niesie Ci słońce i gwiazdy

On potężniejszy jest od tamtych trzech… *

*(fragment utworu, Kult „Czterej jeźdźcy”)

13. A. W trasie pomarańczowej roku zero siódmego. Odcinek pierwszy.

Po powrocie z Londynu nie miałem za dużo czasu na cokolwiek, bo szesnastego października zlądowaliśmy w Krakowie, a już siedemnastego wskoczyłem w pociąg, żeby dostać się do Warszawy i rozpocząć swoją trzecią trasę październikową zwaną też pomarańczową. W Warszawie miałem połapać się gdzieś tam z resztą Kult Ochrony i ruszyć wespół z nimi  na Toruń.

Ponieważ rok wcześniej wynajmowany bydłobus się zepsuł poważnie, koszty naprawy były znaczne i być może ponosił je zespół, roku zero siódmego jazda odbywała się następującymi pojazdami: bus zespołowy z zespołem, i jeśli było wolne miejsce z kimkolwiek na pokładzie, byle w zgodzie z przepisami, Pewu z Kazikiem i ewentualną doczepką, jeśli byłaby taka konieczność, fordem mondeło, i pojazd ostatni, auto osobowe, z Kult Ochroną, powożony przez przyjaciela zespołu i szczególnie bramki kultowej, Bożka. Aha. I osobny bus miała technika. Ci poruszali się w swojej galaktyce i czasoprzestrzeni. Zawsze pierwsi w robocie i zawsze ostatni w hotelu.

Pierwszy przelot wypadł mi w Bożkowym pojeździe, który był wielkości mondeło, taka osobówka na pięć osób. W skład nasz wchodzili: kierowca Bożko, ja, Guma, Bzyk i nie uwierzycie kto. Zgadujcie. No dobra. I Wafel. Wafel oczywiście pozabierał alkoholi o dużej mocy, bo wymyślił sobie, że pojedziemy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce szczególne. Ale, że kurwa cmentarz? Tego nawet ja bym nie wymyślił.

– Zajedź pod samą bramę. – Wafel rozkazał Bożkowi, a sam zaczął grzebać w teczce którą miał na kolanach. Wyjął z niej dwie wódki półlitrowe, może kolorowe, może białe.

– Kolegów będziesz odwiedzał? – zapytał Guma, bo już wcześniej był w tym przedziwnym miejscu.

– Tak. Idziecie ze mną? – i uderzył butelką w butelkę, co okazało się wystarczającą zachętą dla pozostałej części grupy. I dla mnie.

– Bzyku, a po co tu jesteśmy? – zapytałem Bzyksona jak zostaliśmy kilka metrów z tyłu, bo on też był zorientowany w sytuacji.

–   Idziemy odwiedzić kolegów Wafla. Komandosów. Tych co zginęli w walce. W Magdalence. Słyszałeś?

– Coś słyszałem. To ci o których mówili tak dużo w telewizji swego czasu?

– Tak. To ci.

O sprawie było bardzo głośno, bo i bitwa na posesji była ciężka i niestety z ofiarami po stronie komandosów. A że Wafel też był komandosem, chociaż ni chuja nie wyglądał, bo był za przystojny i za smukły, to naszym obowiązkiem było mu towarzyszyć w odwiedzinach.

– Choć tu Górnik. – chyba do mnie skierował prośbę – Znaczy Gómi. Kręć kurwie łeb! – i podał mi flaszkę.

Przez chwilę zastanawiałem się gdzie ta kurwa jest, ale jak zobaczyłem, że Guma wziął drugą flaszkę i otwierając z trudem syczał:

– Ja teszszszs kręcę! Ja teszszszsz…

Po odkręceniu butelek, pierwsze krople wylaliśmy na grób, za wieczne odpoczywanie naszych obrońców sprawiedliwości, którzy odeszli dużo za wcześnie. Resztę zrobiliśmy w ciszy. Z gwinta. Postaliśmy jeszcze chwilę i jak we łbie zaszumiało, ktoś zwrócił uwagę, że czas leci, do Torunia jest kawałek, a jeszcze mamy przystanąć w smażalni.

Smażalnia. Dopiero co Guma miał w jednej z nich przyjemność opić się na półśmierć, z powodu zepsutego busa, a ja ledwo co uszedłem z tego zamieszania, więc samo słowo „Smażalnia” nie kojarzyło mi się jakoś szczególnie dobrze. Ale ryby lubiłem, lubię i będę lubił. Więc, a co tam, niech będzie smażalnia.

– Gazu Bożku! Gazu! – siedzący z przodu Wafel poganiał naszego kierowcę, w jednej ręce trzymając jakąś szmatę, która bardziej przypominała mi legitymację, ale skoro mówił:

– Mamy szmatę i nic nam kurwa nie zrobią!

to musiała to być szmata o wielkiej mocy, a w drugiej trzymał trzecią flaszkę, którą mieliśmy rozpracować do smażalni. Zgodnie z planem, tam mieliśmy dobrze pojeść i po posiłku spać w aucie, żeby na wieczorne łapanie być zdrowym.

– W lewo! Kurwa! W lewo! – obudziłem się wystraszony, bo przysypiałem, kiedy usłyszałem krzyk, autem zarzuciło i na sporej prędkości wbiliśmy się przed drewniany budynek słynnej Smażalni.

– Wysiadać kurwa! Je dze nie! – darł japę Wafel.

Bzyk wypadł z auta na ziemię, bo Bożko mu nieopatrznie otworzył drzwi, zanim ten pierwszy się obudził,  Guma się zaklinował, a ja nie mogłem się rozprostować bo strasznie ścierpłem.

– Gómi, bierz sandacza. Sandacz jest tu znakomity. Tylko sandacz. – Bzyk już tu był kilka razy, to wiedział co dobre.

Stanęliśmy w kolejce, przed nami były ze dwie osoby, i kiedy przyszedł nasz czas pojedynczo wybieraliśmy według uznania to, na co mieliśmy akurat ochotę. A Wafel przy okazji zabrał z lady wielki słoik z takimi tymi długimi rybami, no z węgorzami, i widząc że nikt tego nie widzi, schował go pod kurtkę. Ale ja widziałem i nie wydawało mi się to zachowaniem godnym policjanta i Kult Ochroniarza.

Pojedzeni pakowaliśmy się do dalszej części podróży, a Wafel zachowywał się jakby nic się nie stało.

– Jeszcze siknę. Minuta. – przekazałem załodze i pobiegłem do baru.

– Przepraszam, ale zapomnieliśmy zapłacić za te długie ryby w słoiku.

– Węgorze? Aha, no tak, brakuje słoika na ladzie.

– Bo wzięliśmy i okazało się, że nikt nie zapłacił, to ja chce uregulować za ten słoik.

– Czterdzieści pięć. Dziękuję. Tacy młodzi a tacy porządni. Wszystkiego dobrego chłopcy. – powiedziała pani szczęśliwa, że kasa się zgadzała, a ja wziąłem to za dobrą monetę przed całą trasą.

Resztę drogi przespaliśmy, a przynajmniej ja. Guma chyba czytał przez część podróży Biblię, a Bzyk przeglądał anglojęzyczne katalogi o betonowych kostkach. Ale miałem kolegów! Pierwsza klasa. Tylko Wafel. Ten śpiąc pochrapywał cicho i popuszczał pianę z pół zamkniętych ust. Cmentarz nie działał na niego za dobrze. Może był niewierzący?

Do klubu Od Nowa dotarliśmy przed czasem. Bożko nie oszczędzał maszyny, a może i liczył na wsparcie tą magiczną szmatą Wafla jakby co. Zespół akurat zaczynał próbę, zbiliśmy więc powitalne piątki w przelocie i  skierowaliśmy się do garderoby. Daro już był i na długo przed koncertem zaczął się rozgrzewać, co lekko wprawiło nas w osłupienie, bo baliśmy się żeby się nie przegrzał. My podeszliśmy do sprawy łapania ludzi troszkę roztropniej, a pomogła nam w tym skrzynka piwa w garderobie zespołu.  Nie słysząc od nikogo „nie wolno”, otwarliśmy sobie po sztuce browara i rozsiadwszy się wygodnie w fotelach garderoby, zaczęliśmy dyskutować o życiu i innych takich tam.  Czas nam mijał milutko, nawet od czasu do czasu ktoś z zespołu wpadł na chwilkę do zespołowej garderoby, najczęściej z koleżeńskim, „a nie przeszkadzajcie sobie” czy z „ a nie za wygodnie wam?”  Uśmiechom i kurtuazyjnym grzecznością nie było końca.

Do czasu. Aż zachciało mi się sikać. I wtedy zobaczyłem coś przerażającego. Cały bez mała zespół siedział pod schodami, albo na korytarzu, w przeciwieństwie do jaśnie państwa ochroniarstwa, które z browarami w ręku polegiwało na sztucznej skórze w garderobie. Aż mi się z wrażenia sikać odechciało. Podszedłem do Janka Zdunka i patrząc mu w oczy zapytałem:

– Jasiu, a może siedlibyście se w garderobie? Co?

– Chętnie. To miłe że nas zauważyłeś.

– Na a jak. To wy jesteście tutaj gwiazdami a nie my. I garderoba jest wasza. E! Muzyki, zapraszam do garderoby, co tak będziecie pod schodami siedzieć. – zarządziłem i do samego koncertu wszystko wróciło na prawidłowe torowisko. A być może zmieściliśmy się wszyscy razem, bo razem było nam dobrze nawet w ciasnym.

Po udanym koncercie toruńskim, w trakcie którego nikt nawet się nie zabił u naszych stóp, dnia następnego z rana udaliśmy się do miasta śledzia, Szczecina. Tylko lekko pijani, bo po sztuce toruńskiej ruszyliśmy na chwilę na miacho Kopernika, tego chłopa od płaskostopia, czy płaskoziemia. Albo od toruńskich pierników. Tak. Według naszej ochroniarskiej wiedzy, Kopernik był niezłym piernikiem raczej i piekł te ciastka jak szalony.

Do Szczecina mogłem już zostać oddelegowany do auta z Pewusem i Kazikiem. To mi się podobało bardzo, bo lubiłem przebywać blisko swojego idola, który większość czasu w podróży przesypiał i mojego bliskiego kolegi, a menadżera i przyjaciela idola, Piotrka, który w przeciwieństwie idola, za kółkiem oka nie zmrużył. Nigdy. Ten przelot pamiętam doskonale, bo po koncercie w Szczecinie wydarzyła się jakaś przykra akcja z oskarżeniem Kaza o śpiewanie po pijaku, co raczej mieć miejsca nie mogło, bo na trasie nie strzeliliśmy nawet po pięćdziesiąt gram. Znaczy ani ja, ani Kazik, ani Pewu kierowca. Nie przyjęliśmy nic. Nawet po piwie, czy po małgorzatce. Ani kropli. A i tak ktoś się sapał, żeby mu kasę zwracać za koncert i takie tam. Patologia. Poza tym jeździł z nami już sierżant alkomat, który przedmuchiwał muzyków przed i po sztuce. Nie pamiętam, czy od początku były już limity na zero promili przy wyjściu i przy zejściu ze sceny, czy jeszcze dopuszczano jakiś zakres tolerancji alko we krwi. Nie pamiętam. Bramki te zasady nie dotyczyły i nie zawracałem sobie za bardzo głowy widełkami u innych. My ochraniacze byliśmy zawsze na zero. Z tyłu, z przodu i z boku. Wzorowi żołnierze Kazika.

Szczecin zapamiętałem jeszcze z innego powodu. Oczywiście zakładam, że to co opisuję zdarzyło się na tej konkretnej trasie, ale równie dobrze mogło wydarzyć się rok wcześniej albo rok później. Z tym, że dla podniesienia dramaturgii i wartkości akcji moich wypocin, piszę tak, jak mi się bardziej wydaje.

Wydaje mi się więc bardziej, że było to tego roku i w Szczecinie zespół spał w jednym hotelu a my w drugim. Ale my raczej nie w hotelu. Nas ulokowano w noclegowni robotniczej. Dostaliśmy przydział do pokoju z najemnymi robotnikami ze wschodu. Nie powiem, dramatu nie było, jeśli było się robotnikiem na wyjeździe, w obcym kraju, ale jeśli sprawowało się ważną funkcję w zespole muzycznym Kult, to smród linoleum, wspólna łazienka na całe piętro i chrapiący współtowarzysze w pokoju, bo pokój był dziesięcioosobowy, lekko irytowały. Może jakbyśmy dostali pokój tylko dla siebie, to jakoś byśmy się poopijali i by poszło, ale razem z innymi nie byliśmy w stanie dzielić alkowy.

Za telefon złapał najszybciej mocno poirytowany, a na ochroniarki język przekładając, wkurwiony Darek.

– Piotlek, co to kulwa jest? Jak my mamy się wyspać? My nie potrzebujemy SPA, ale kulwa w pokoju z obcymi? No nie lubmy jaj! – wściekłość Daria na zaistniały stan rzeczy była wielka, bo zaczął leciuteńko seplenić. – Nawet łazienka jest wspólna dla całego piętla. Nie wypoczniemy przed Gdańskiem. Nie ma szans. Co? Oddzwonisz? Czekamy. Chodźcie. Idziemy stąd.

Wyszliśmy przed prawie hotel i Piotrek oddzwonił do Daria.

– Dobra. Dobra. Tak. Poszukamy. Do sześciu dych? Albo taniej? Dobra. Rachunek na ciebie? Organizatora? To wyślij mi esemesem. Dobra poszukamy. Do jutra. Aha. Zadzwonię jak znajdziemy.

Plan był, musieliśmy się tylko sami sobą zająć. Ale to dawało to nadzieję na lepsze warunki do regeneracji. W końcu pracowaliśmy fizycznie nad bezpieczeństwem ludzi, więc musieliśmy mieć minima noclegowej przyzwoitości zapewnione. I udało się coś znaleźć. W dobrej cenie, dla ludzi i bez nadmiernego obciążania budżetu organizatora.

– Byle do jutra! – pożegnaliśmy się takim okrzykiem z ostatnią butelką tej nocy i poszliśmy spać.

Przelot do Gdańska ze Szczecina był taki rozwleczony jak glizda po deszczu. Jechało się i jechało się i jechało się. Aż dojechaliśmy. I znowu czekała na grupę ochroniarską niespodzianka. Tym razem nocleg zapewniono nam w jakimś budynku Bożym przy kościele. Budynek był piękny, sporych rozmiarów, prawie jak średniej wielkości hotel, i do tego położony był w cichym i zielonym miejscu. Jakby sam Pan Bóg sobie go wybrał na swoją chwałę. I chatę.

Z powodu miejsca noclegowego nie wypadało nam spożywać nic mocniejszego przed łapanką, więc czas na „przed sztuką” wykorzystaliśmy na drzemkę i ewentualnie, jak ktoś chciał, na streczing czyli rozciąganie. Ale chyba nikt nie chciał bo po co?  Za to Wafel zaczął knuć po całości. Dzieliłem z nim pokój i szlak mnie trafiał na jego rozmowy.

– Ale weź, no wpadnij. Czekam na ciebie. To co, że przez rok się nie odzywałem? Przecież słyszysz, że nie zapomniałem. Czekam. Plebania przy kościele… Co? Nie. Nie jestem księdzem. No co ty. Mówiłem ci. Gram w zespole. Tak w takim Kult. Tak. Rok temu też tam grałem. To będziesz? Tak. Zadzwonię zaraz po koncercie. Pa!

Do klubu w Stoczni Gdańskiej, którego nie kumam nic a nic, przyjechaliśmy. Potem połapaliśmy miejscową ludność, i po koncercie jakoś specjalnie się nie spieszyliśmy. Tym bardziej, że nasza kultowa koleżanka Marta zapraszała nas do siebie w gości. Nas , to znaczy ochronę. Bo co to za radość zapraszać muzyków? Bez sensu. No chyba, że Jeżyka. Ale on już się nie zmieścił. Do plebani wielkiej jak hotel dojechaliśmy kilkadziesiąt minut po sztuce. Bez Wafla. Bo ten równo z ostatnim dźwiękiem bisu ulotnił się jak kamfora. Obawiałem się przez to, że mogę nie dostać się do naszego pokoju. A przed wizytą u koleżanki chcieliśmy się odświeżyć,  bo trójmieszczanie nas trochę przepocili. Jak się okazało na plebani, nie słusznie zarzucałem Waflowi, że zablokuje pokój czy coś. Jak dojechaliśmy przed plebanię, pod bramą stała trzęsąca się z zimna dziewczyna, w letnie kurteczce, co przy wieczornej jesiennej aurze wyglądało niezaciekawie.

– Pewnie córka księdza przyszłą po kasę na ubranie. – ktoś chciał być dowcipny, ale to nie byłem ja, bo ja w dziewczynie rozpoznałem kogoś może i znajomego.

Wpadłem do pokoju jak po ogień, Wafel leżał rozwalony na łóżku, jakby był na plaży w Mielnie.

– A co ty Wafel tak sam?

– A bo się pokłóciłem. Pijemy?

– Pijemy. U Marty. Jedziesz?

– Pytanie. Oczywiście.

I pojechaliśmy. Marta podjęła nas po królewsku, a my jak hrabiowie się poopijaliśmy, a Wafel to tak do śmierci, więc go zostawiliśmy precz i wróciliśmy na plebanię z Bożą pomocą. Rano sunąłem na Kraków, tym pośpiesznym o 6.27, choć byłem umówiony z Kazikiem na ten o 5.02, ale nie dałem rady. Sami wiecie jak to jest u Pana Boga za piecem.

Kolejnymi punktami na naszej pomarańczowej mapie były, dzień po dniu dwie Warszawy, po nich Poznań, Wrocław i Łódź. Miasta ciężkie jeśli chodzi o pracę, ale już w temacie rozrywki, prawdziwe kurorty, jeśli zapomnimy na chwilę o Łodzi. Jechałem do Warszawy uskrzydlony. Pięć dni prawdziwego Rock & Rolla, nie licząc stania w fosie przed sceną, planowałem wyssać niczym mleko z matczynej piersi.  

Pierwszy koncert warszawski przeleciał szybko i ciężko. Ludzie z roku na rok stawali się coraz grubsi, a mnie lat przybywało. Łapanie osobników ze sporą nadwagą to nie są rurki z kremem. A jeśli do tego taki jubas lata bez koszulki, upocony jak rybka w akwarium, to sami sobie takie coś zwizualizujcie. Po koncercie poszliśmy z Jeżykiem na spotkanie z warszawskim odłamem Kult Forum. Tam wypiliśmy po kilka piw, tak na humor, który nam tej nocy dopisywał. Najpierw basiście, który ze sztucznymi, świecącymi króliczymi uszami wyglądał bosko, a potem mnie, bo z takimi uszami zacząłem podskoki po całej knajpie. Po tych ekscesach opuściłem znajomych, bez nadużycia specjalnego promili. Taka była etyka ochroniarska. Poza tym chciałem, mając do dyspozycji pokój dwuosobowy tylko dla siebie, wyspać się świadom luksusu jaki mnie otaczał. Drugi dzień w Warszawie spędziłem raczej w pozycji leżącej na hotelowym łóżku, z nogami lekko podkurczonymi, nie wiedzieć czemu. Chyba po to żeby się zrelaksować jak najlepiej przed wieczornym łapaniem fanów na drugim koncercie. Przed samym wyjściem na koncert, dostałem esemesa mniej więcej takiej treści:

„dzisiaj po sztuce zapraszam do mnie” Wafel.

„ok.” Gómi

„tylko weź walizkę to od razu pójdziemy na wyjazd” Wafel

„no ok.” Gómi

Odpisując byłem trochę a)zaskoczony b)przestraszony c)smutny.

  1. Bo Wafel mieszkał z żoną z którą się rozwodził i zapraszanie mnie na pole walki było ryzykowne.
  2. Bo skoro miałem u niego spać to zapowiadało się grubo.
  3. Bo hotelowy „pokój tylko dla mnie” musiałem porzucić.

Ale co tam. Skoro zapraszał to zapraszał i musiałem podejść. Wcześniej pomieszkiwałem przy okazji wizyt, między innymi, u Bzyka, który miał apartament dla krasnoludków gdzieś na Mokotowie. Szczególnie mój syn czuł się tam cudownie, bo jeszcze takiego wielkiego telewizora w żadnym „hotelu” nie widział. A to tylko wrażenie wielkości było, które powstało na tle małego, ale przytulnego i ładnego mieszkania. Tylko weź to dziecku tłumacz, jak sam masz w domu telewizor z kineskopem.

Drugiego dnia odwiedził nas przed koncertem w stodole nie lada gość. Sam Daniel Landa, który został zaproszony na koncert przez naszego kolegę, fotografa, Rafała Nowakowskiego, z zamiłowania czechofila oraz Landowego sympatyka oraz landofana i przyjaciela. Michał zapoznał Landę z twórczością Kazika, Kazik znał twórczość Landy i Rafał chciał ich poznać i doprowadzić do wspólnych koncertów. Ochronę na równi z Danielem zainteresowała prześliczna żona czeskiego muzyka, którą adorowali nieustająco, nie przejmując się zbytnio umiejętnościami walki naszego gościa, który umiał się bić bejzbolem i na piąchy. Ale do niczego takiego nie doszło, bo w końcu wszyscy byliśmy jedną wielką muzyczną rodziną i nasze żony były ich żonami i odwrotnie.

 Krzepę czeskiego muzyka wykorzystaliśmy w walce pod sceną, gdzie Daniel Landa stanął odważnie w koszulce Kult Ochrony i łapał z nami fanów Kultu, jakby się w fosie urodził. Przez kilka kawałków nam pomagał a potem zostaliśmy sami. Resztę koncertu przełapaliśmy bardzo sprawnie, najwyżej trzy osoby nam spadły, ale obrażeń zagrażających życiu nie poniosły. Więc odtrąbiliśmy sukces, umówiliśmy się na rano, na wyjazd i udałem się do Wafla na małe co nieco.

Żona, pani Waflowa, nawet bardzo nie burczała na mój widok, co miało wpływ na miłą atmosferę i ogólną chęć czynienia dobra tu i teraz. Dlatego na informację od kolegi:

– Ale mnie ten zapalnik w kuchence wkurwia!

postanowiliśmy niezwłocznie działać. Tym bardzie, że Wafel, i ja, wyjeżdżał na kilka dni z Kultem, a do tego rano miała się odbyć wizytacja kuratora czy coś w ten deseń, więc pozostawienie niesprawnej kuchenki było ujmą na jego policyjnym honorze. No i na moim. Nowohuckim.

– Pokaż, co się popsuło. – zgłosiłem gotowość działania.

– A ten zapalnik od tego palnika działa co drugi raz.

– Eeee. To spoko. Nie ma sobie czym dupy zawracać.

– Ale mnie to wkurwia. Patrz. – i zapalił palnik, raz, drugi, i trzeci. Działało. Ale czwarty raz już nie. Potem znowu pięć razy działało i znowu raz nie. – No krew mnie zaleje zaraz.

– Zostaw te kuchenkę! – była żona, albo wkrótce była, nie wytrzymała. – Zajmij się lepiej piciem. Pijaku.

– Nie wyjadę jak nie naprawię tego. Gómi mi pomoże bo się na tym zna! Pracował z kuchenkami. Zna się na kuchenkach, zwłaszcza gazowych.

– Co? Ja? No nie wiem. – próbowałem wykrzyczeć, że to nieprawda, ale litr wyborowej który już wypiliśmy zblokował mi szybkość reakcji paszczą.

– No i widzisz, że się zna? – pokazał na mnie po raz kolejny.

 Ona popatrzyła na mnie przerażona i poszła spać.

– Dobra. Dawaj po kielichu i robimy.

I rozpoczęliśmy gdzieś około drugiej w nocy likwidować usterkę, która w niczym i nikomu nie przeszkadzała. O czwartej czuć było gazem w całej kuchni, a kuchenka nie działała. Już w ogóle. Czyli musiała być jednak zepsuta, a my to tylko odkryliśmy po jej rozkręceniu. Walczyliśmy dzielnie do piątej, a o piątej siedem usnęliśmy na kilka chwil. Gaz się już nie ulatniał, ale kuchenka dalej nie działała żadnym palnikiem, za to my czuliśmy, że jak się prześpimy, to może nam się przyśni jakieś rozwiązanie. Ja odleciałem i spałem do dziewiątej, bo wtedy nadszedł czas wyjazdu do Poznania., ale Wafel wstał wcześniej i doprowadził gaz do jednego palnika, co uznaliśmy za sukces, bo mleko dziecku było na czym zagrzać, a argument o pozostawieniu domu w stanie ruiny i ucieczce na kilka dni został obalony. Kurator rodzinny nie miał się do czego czepić. Co prawda kuchenka wyglądała jakby przyniesiono ją ze złomowiska, ale w jednej czwartej działała. Jak wszystko czego się wspólnie dotknęliśmy. Skuteczność dwadzieścia pięć procent zadowalała nas.

Do Poznania lecieliśmy jak na skrzydłach, a to dlatego, że po koncercie szykowała się mega impreza, i do tego dla nas Kult Chłopaków, darmowa, w Kultowej, czyli mekkce kultowych fanatyków. Lokal ten był lokalem niezwykłym. A tam był. Jest. Co prawda jego córki w Katowicach i Wrocławiu nie przetrwały próby czasu, ale ten poznański lokal trzyma się wspaniale. I jeszcze z roku na rok rozwija. Dla tych którzy w Kultowej nigdy nie byli, powiem tylko tyle, że lokal jest cały w plakatach, zdjęciach, koszulkach i innych gadżetach związanych z Kultem. Nasza kultowa Częstochowa, nasza Kazikowa Mekka, nasz ochroniarski darmopój.      

Tego poznańskiego wieczoru robota zeszła na plan dalszy, co nie znaczy, że położyliśmy na niej lagę. Co to to nie. Wszyscy dawali z siebie wszystko co mieli najlepszego, no może poza mną i Waflem, ale my w nocy mieliśmy robotę przy gazie i wszyscy to rozumieli. Po koncercie, a konto nocnej imprezy, postanowiłem być bardzo miły jak nie wiem co do ludzi, i jednej kobiecie, która chciała autograf od pana Kazika, postanowiłem go zdobyć.

– Tylko taki prawdziwy żeby był!

– Tylko taki będzie proszę pani! – obiecałem.

– A najlepiej jakby mnie pan wpuścił do garderoby i sama bym go sobie zdobyła.

– Nie można wchodzić do garderoby. Jest ciasno, zespół jest umęczony i sama pani wie.

– Nie wiem. Proszę w takim razie o tu, na kartce o autograf.

Wślizgnąłem się jak glista ludzka do garderoby, u bram jej stawiając Bzyka, i bez zbędnych słów podstawiłem Kazikowi kartkę, ten dokonał podpisania i wyszedłem drzwiami, jak przywołana wyżej glista. Szybko i sprawnie. 

– Proszę to autograf dla pani! – byłem dumny jak nie wiem co, że pomogłem.

– To nie jest oryginalny autograf! – usłyszałem i znowu poczułem się jak glista. Ludzka.

– A jaki?

– Podrobiony. Pewnie sam się pan podpisał. Muszę wejść i zapytać Kazika.

– Ale powiedziałem wyraźnie, że nie wolno. Nie ma szans.

Obdarowana najprawdziwszym autografem Kazika kobieta popatrzyła mi prosto w oczy, po skosie, bo ją przerastałem o półtorej głowy i wypaliwszy na dowidzenia:

– Ty chuju!

wykonała zwrot o sto siedemdziesiąt trzy stopnie i poszła sobie precz.

Stałem tak chwilę jak zamurowany. Ale szybko mnie odmurowano:

– Rusz kurwa dupę, ile będziemy czekać na ciebie? W Kultowej na nas czekają. – Bzyk chciał już być na miejscu dla nas stworzonym.

– A zespół? Kto będzie pilnował zespołu? – zapytałem, bo nie chciałem zostawiać drzwi do garderoby bez ochrony.

I wtedy wyszedł Zdunas.

–  Jak to kto? Zdunas! – Bzyk zakomenderował, po czym ustawił Janka przy drzwiach i rzekł mu – stój tu i pilnuj. Aż ostatni muzyk nie wyjdzie. Aha. I nikogo nie wpuszczaj!

W Kultowej bawiliśmy do rana. My, ochroniarski lud, zespół w większości, technika, fani i nie fani. W sumie to mogliśmy nie brać hotelu, a co najwyżej śniadanie, na które wpadliśmy prosto z Kultowej.

– Tomuś, jedziesz z nami. – menadżer ustalał kto z kim i o której się przemieszczać ma po Polsce– wyjazd o dziesiątej.

Ucieszyłem się bardzo znad jajecznicy i smażonej kiełbasy, które wchodziły we mnie z trudem. Dobra muzyka, cisza, spokój i bezpieczna jazda to były atuty przemieszczania się z Wietechą.

Ruszyliśmy punktualnie. Albo nawet z minutę przed czasem. Piotrek kierował, Kazo polegiwał na tylnej kanapie a ja pociłem się strasznie na przednim fotelu. Wszystko przez śniadanie, które było wliczone w nasz pobyt, i które zjadłem w ilościach dużych, co po nocnym balecie nie było najlepszym posunięciem. Już na pierwszym skrzyżowaniu byłem blisko największej tragedii swojego kultowego życia.

– Jak jedziesz?! – zakrzyknął Pewu, po czym gwałtownie zahamował, żeby nie wbić się w gościa który zajechał nam drogę.

Mną całym szarpnęło niezwykle ostro do przodu. A jedzeniem, które wypełniało mój żołądek, szarpnęło ku górze, i poczułem jak cała jajecznia, wymieszana ze smażoną kiełbasą, cebulą, chlebem i sokami szuka sobie miejsca przez które mogłaby bezpiecznie opuścić moje trzewia. Wszystko trwało dziesiąte części sekund. Przerażony ścisnąłem wargi, policzki szybko nabrzmiały mi jak naszym dętym muzykantom, ale w przeciwieństwie do nich nie powietrzem, a trawioną paszą, przez nos zaczęło się ulewać i wtedy postanowiłem za wszelką cenę wygrać tę wojnę. Zamiast wypuścić wszystko na deskę rozdzielczą i ewentualnie zapłacić za sprzątanie, wybrałem wariant oszczędny i całe te wymioty połknąłem z powrotem. Na samą myśl o tym co właśnie uczyniłem, znowu mi się cofnęło, ale znowu połknąłem, a z oczu pociekły mi łzy prawdziwe. Zamiast najeść się wstydu, najadłem się zwrotu treści żołądka.

– Tomuś, co jest? W porządku? – kierowca przejął się moim stanem bardzo.

– Yhy. – odparłem wycierając łzy i nos przez który najbardziej przetrawione części śniadania sobie wychodziły.

– Kazik a ty? – menadżer przypomniał sobie o ważnym pasażerze na tyłach.

– Piotrek! Nie hamuj tak ostro, co? – powiedział Kazik, który spadł z kanapy na podłogę i gramolił się z powrotem na kanapę auta.

– To nie moja wina.

– Nie jego. – potwierdziłem bo już mogłem mówić.- Ten tam nam drogę zajechał – pokazałem na auto przed nami.

Trasa z Poznania do Wrocławia była trasą o dużym poziomie trudności. Dwa pasy, po jednym w każdą stronę, duży ruch, sporo ciężarówek, jakieś roboty. Trzeba było być czujnym za kierownicą. I Piotrek był. Do czasu odebrania pierwszego telefonu.

– Cześć kochanie. Co? Jak to koń kopnął? Ale dlaczego? Co z nią? Płacze? Coś ma złamane? Nie wiecie? Dzwonie do opiekuna.

Spojrzałem na Piotrka, potem na leżącego Kazika, i znowu na Piotrka, ale ten nic jeszcze nie chciał nam powiedzieć. Za to zaczął kierować jedną ręką a drugą grzebał w telefonie. Jazda straciła na płynności, i zaczynało robić się mało komfortowo.

– Co z moją córką? To jej wina? To nie jej wina! A gdzie była obsługa? Proszę mnie nie straszyć. Ania jest tam nie pierwszy raz. Chyba pan kpi. Rozłączam się. Zaraz oddzwonię. Płacze jeszcze? Boli ją brzuch? Może żebra złamała.

– Piotrek! Nie gadaj przez telefon jak jedziesz! – nasz wokalista usiadł i zaczął sie martwić o nasze bezpieczeństwo.

– Ania poczekaj. Kazik, córka miał wypadek. Koń ja kopnął. Ania? Zaraz oddzwonię bo ktoś dzwoni. Halo? Nic jej nie jest? A skąd pan wie? Jest lekarz?

– Piotrek!

– Kazik! To nie do pana. Zaraz. Jest lekarz?

– Piotrek zatrzymaj się!

– Ania? Kazik, zaraz! To nie do ciebie. Zaraz oddzwonię.

Sytuacja w naszym pojeździe była napięta pod samą podsufitkę. Jazda szła z trudem. Postanowiłem to wykorzystać, czując, że muszę wypić szybko piwo, bo zaczynałem się czuć jakby i mnie koń kopnął. W głowę.

– Piotrek. Stań gdzieś przy sklepie. Mamy kupę czasu. Ty sobie wszystkich poobdzwaniasz, a my napijemy się soku. O tam jest sklep. – poprosiłem.

Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym wiejskim przydrożnym sklepie. Wyskoczyłem jak z katapulty, Kazo wyczołgał się jak z kanapy i po kilku minutach siedzieliśmy przed sklepem z czterema puszkami dobrze schłodzonego piwa. Wbrew naszym zasadom o trasowej czystości.

Po kilku telefonach „afera końska” została opanowana. I w rodzinie Pewusa i w mojej głowie. Pozostała podróż minęła nam w głuchej ciszy, szybko, sprawnie i bezpiecznie. Piotrek analizował wydarzenia, a my z Kazikiem słodko posnęliśmy sobie. Obudziliśmy się na miejscu, pod hotelem wielkim jak te znane mi z filmów o Ameryce. Pokój miałem na ósmym piętrze, jak większość naszej ekipy. W końcu spaliśmy razem jak rodzina. Postanowiliśmy to wykorzystać.

– E. Gómi, idziemy na basen. – Bzyk przyleciał z ciekawą propozycją.

– Na basen? To tu jest też basen? – byłem wniebowzięty.

– Tak! Jest! Choć. Kazo idzie, Darek i ja.

– A Wafel? Guma?

– Wafel nie. Umie pływać tylko pieskiem i się wstydzi. A Guma śpi pijany.

– No dobra, to idę! Ale nie mam kąpielówek.

– To co? A po co ci kąpielówki? Majtek nie masz?

– Mam!

I nawet jeśli bieliznę mieliśmy nie za świeżą, to nic. W końcu była okazją ją od razu przeprać.

Basen za duży nie był. Ale naszej ferajnie to wystarczyło. Najpierw chwilkę poczekaliśmy aż grupa ciapatych się okąpie, a potem kiedy zostało już tylko dwóch panów z Indii czy Pakistanu, ale raczej byli to Indianie, wskoczyliśmy pobrykać. Znakomicie nam to zrobiło. Nasze ochroniarskie mięśnie zostały rozluźnione, trzewia wymasowane wodą odżyły, galoty się same z siebie poprały i poczuliśmy, że my naprawdę żyjemy! Mogliśmy działać.

W Hali Orbita czuć było od nas taki powiew świeżości. Bramka pachniała nowością i chlorem, Guma wódką, a Wafel psem. Łapanie stało się czystą sztuką, zwłaszcza jak uczestniczyło w niej pięćdziesiąt kilo dziewczyny. Wtedy wyrywali się wszyscy jak po złote runo. Ale runa dotykać nie wolno było. Ani runa ani wzgórka, ani balonu. Zasady Kult Ochrony to świętość.

 Po wzorowo wykonanej pracy, przeprosiłem zespół i łapaczy i udałem się na domówkę z Kult Forumowiczami. Była nas cała masa wielbicieli zespołu Kult. Trini, Likus, Michau i inni, których nie pamiętam. Ale pamiętam, że wyszukiwaliśmy jakieś przedziwne wyrazy w słowniku wyrazów dziwnych, czy jakoś tam ten słownik się nazywał. Zeszło mi tak do rana. O piątej pożegnałem serdecznie kolegów i koleżanki i postanowiłem chwilę pospać w swoim wypasionym łóżku hotelu stugwiazdkowego. Żeby nie wyjść na pijaka, który całą trasę spędza na nocnych eskapadach, koło szóstej rano wpadłem do hotelu z piosenką na ustach, zakładając, że nasza kompania słodko śpi.

Niestety. Lider, wokalista i mój mistrz w jednej postaci już nie spał.

– A skąd to się wraca?

– A od znajomych.

– Taaa. Ładnie. Ładnie.

– Naprawdę.

– Dobra. O dziesiątej jedziemy z Wieteską. Ty z nami. Tylko zjedz śniadanie i nie zaśpij.

– Dobrze. To do zoo za kilka godzin.

– No!

Mistrz mnie pożegnał i już nie usnąłem na wszelki wypadek, żeby nie zaspać. Po szybkim, ale bardzo obfitym bo darmowym śniadaniu wyruszyliśmy do Łodzi. Tym razem obyło się mojej strony bez zwrotów, czy nawet jakichkolwiek ich symptomów. Organizm odpowiednio prowadzony i wytrenowany działał jak dobrze podlana maszyna. Do czasu.

W hotelu w którym w Łodzi spał zespół czekałem na swój transport w kierunku noclegowni dla ochrony. Zespół znowu miał hotel stugwiazdkowy, a na nas czekał jakiś przytułek dla średnio zamożnych. Postanowiłem więc to zapić szarą wódą na myszach z kolą, lodem i cytryną.

– Pan naleje kolego, podwójne łyski z kolą, lodem i cytryną.

– Z kolą? – kelner który nie był jednak moim kolegą się skrzywił okropnie i zapytał czystą angielszczyzną – a którą whiskey?

– Z kolą. Tę czarną. Podwójną.

Nalał. Kolę postawił obok, butelkowaną, bo nie kumał jak można łyski pić z kolą i za nic nie chciał koli do łychy wlać.

– Czterdzieści i osiem.

– Ile? – zdębiałem, bo za taką kwotę mogłem mieć całą butelkę a nie kilkadziesiąt mililitrów.

– Czterdzieści i osiem. – wymówił z takim wyrazem twarzy, jakby poczuł, że mnie nie stać.

Zapłaciłem pięćdziesiątką i nie wziąłem reszty. „A masz chuju i się udław” pomyślałem odchodząc od baru.

To co miałem strzeliłem na raz. Wymieszane jak trzeba. Wbrew prawdziwym łycho smakoszom. I zaraz po tym jak alko dotarło do żołądka, poczułem bulgot w brzuchu, ścisk na ścianki żołądka i jelit, gaz w dwunastnicy i pot na czole. Organizm dał mi znać, że jak za minutę nie usiądę na toalecie, to będę miał przesrane. Wybiegłem więc z restauracji, przed recepcją wpadłem w poślizg, ale zauważyłem kątem oka oznakowanie toalet i ruszyłem sprintem rozpinając przy okazji pasek i guzik.

Kiedy siadałem w wygodnym hotelowyn wychodku wystrzeliło ze mnie całe zło ostatnich dni. I łycha za pięć dych. Tego żałowałem najbardziej. Ale siedząc tak bez gazety, telefonu i książki zacząłem rozmyślać, czemu takie coś mnie dopadło. Analizowałem swój stan i doszedłem do wniosku, że zaczynam się czuć coraz gorzej. Zaczynało mnie mdlić, a dołem schodziło i schodziło. Bez końca. Jak wtedy kiedy zatrułem się parówkami i organizm się oczyszczał na dwa otwory. Przeszył mnie dreszcz grozy na samo wspomnienie i ogarnął strach, jak tu ludzi łapać w takim przesranym stanie.

Wszystko zaczęło się klarować przed koncertem. Cała nasza grupa basenowa, czyli wokalista i ochrona,bez Gumy i Wafla miała takie same objawy. Całe szczęście. Bo głupio by mi było tak cierpieć samemu. A w kupie?

A w kupie zawsze raźniej!

CDN po urlopie.    

12. Z notatnika buldogowego Tur Menagera. I nie tylko.

A opowiadałem wam o tym, jak w tym szalonym roku 2007 pojechałem z Buldogiem w trasę? Przed szalonym pomarańczowym październikiem? Nie? To posłuchajcie.

Wszystko zaczęło się od początku. A na początku był bas. Za ten bas złapał człowiek i tak powstał Buldog. Człowiekiem tym był Piotrek, menadżer Kultu. Kiedyś już zakładał zespół i powstał z tego Kult. Potem, z powodów takich i owakich, porobiło się tak, że Piotrek z Kultu odszedł, aby po ponad dwóch dekadach założyć swój zespół. Pozbierał zaprzyjaźnionych muzyków, z których większość miała z Kultem wiele wspólnego, bo albo w nim grali kiedyś, albo w nim grali w czasie powstawania Buldoga. Wszystko było poukładane, melodie rodziły się jak pąki na drzewach w kwietniu, i zaczęły się poszukiwania tekściarza-wokalisty.

Zanim go znaleziono lider grupy słał mi melodie z prób i byłem nimi zachwycony. Zostałem więc jednym z najpierwszych fanów, próbowałem nawet pisać do tych melodii jakieś teksty, żeby w końcu dostać informację, że na wokalu stanie najlepszy z najlepszych, Kazimierz Staszewski. Na tę wiadomość obkleiłem sobie auto w napisy Buldog i czekałem na rozwój wypadków. 

Wypadki się rozwijały jak wąż strażacki podczas pożaru i kiedy płyta była już nagrana, jako pierwszy fan dostałem próbki na imejla, z informacją, żeby nikomu i nigdzie nie pokazywać, a już wysyłać to po sieci to wcale nie wolno, pod karą śmierci.

I tak zrobiłem. Zapisałem utwory na dysku, a kabel od internetu odłączyłem, żeby ktoś mnie nie przechytrzył jakby postanowił włamać mi się do kompa. Dla stu czterdziesto procentowej pewności słuchałem piosenek które dostałem, tylko wtedy jak byłem w domu sam, i do tego po cichu, żeby sąsiedzi ich czasem nie nagrali i nie puścili w świat. Po prostu sfiksowałem na punkcie utrzymania tajemnicy. Ale to co ja robiłem to jedno, a jak ktoś coś spierdolił to drugie. Bo i tak zawsze jest na mnie.

– Cześć. Piotr z tej strony. Słuchaj. Mam sprawę. – telefon od kolegi menadżera Kultu i lidera psiego zespołu był oficjalny jak rząd.

– Cześć. Co tam? – mój ton był jak zawsze radosny, bo ludzie prawi mają prawo być radośni zawsze jak tylko im się chce.

– Dałem ci kawałki Buldoga. Prawda? I prosiłem, żeby nigdy i nikomu nie dawać? Tak?

– Tak! I nie dałem. Nikomu i nigdy.

– To jak to się stało, że nasze piosenki są w sieci? Już je poblokowałem, ale nie tak miało być.

-No co ty? Chyba nie sądzisz, że one wyszły ode mnie? Jak? Przez kabel w ścianie? Nikomu nawet nie mówiłem, że je mam. Nawet Kasi nie puszczałem. A Kazik nikomu nie dawał? Może chłopaki? Co? Tylko my je mieliśmy? Kazo, ja i ty? O kurde. To słabo. Dobra. Jak coś mi się skojarzy, to zadzwonię. Pa.

Sytuacja wyglądała na mocno dramatyczną, a ja wyglądałem w niej na najsłabszy element. Ale byłem ze sobą cały czas, od chwili otrzymania materiału, aż do dramatycznego telefonu i się pilnowałem jak mało kiedy. Zawieść Piotrka przy takim zaufaniu? Nie ja! Postanowiłem oczyścić swoją nieskalaną postać.

Złapałem za telefon i użyłem koła ratunkowego. Wybrałem numer do przyjaciela.

– Słuchaj Kazo. Dzwonił Piotrek, są jaja bo kawałki Buldoga wyszły do sieci.

– Wiem.

– Ale nie ode mnie. Ja nikomu nie dawałem, do sieci nie wrzucałem.

– No ja też nie. Ledwie mejla obsługuję w komputerze.

– No właśnie. I podobno tylko my ten materiał mieliśmy.

– Chyba nie. Zapytam Piotrka.

– Super. Czekam. Cześć!

Sprawa wyjaśniła się w przeciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Okazało się, że Piotrek jeszcze komuś jednak dał nagrania. Dziewczynie. I ta pod wpływem jakiegoś impulsu, wina a może i niespełnionej miłości do sztuki, zaczęła się materiałem dzielić i poszło. Zostałem oficjalnie oczyszczony. I mogłem dalej bezkrytycznie wierzyć sobie.

Kiedy już ten Buldog ruszył, tak pełną psią parą, postanowiliśmy z Dorianem zaprosić Kazika z Buldogiem na nasz świeżutki festiwal Spinacz w kochanej Kolbuszowej. Piotrek się zgodził i byliśmy najszczęśliwsi na Podkarpaciu albo i w Polsce. O Buldogu, Kolbuszowej, Spinaczach to ja jednak gdzie indziej, bo mi się tuszcz w drukarce kończy. Na zachętę wspomnę tylko, ze byłem prowadzącym imprezę, robiliśmy sobie na scenie jaja jak balony a po wszystkim zagraliśmy psi mecz na stadionie Kolbuszowianki o godzinie drugiej w nocy. Tak, tak. Sam to chętnie przeczytam! Tak jak i o pierwszym koncercie Buldoga w Hybrydach i Forumowych Kazelotach, czyli nagrodach od forumowej społeczności.

Tydzień po Spinaczu byłem w ogromnej zwyżce formy. Energia mnie rozsadzała od środka i tradycyjnie nie mogłem na dupie usiedzieć. Tym trudniej mi było, posiadając samochód marki Seat zielony, przepuścić taką kombinację wyjazdową:

Sobota 21.07.2007 Kult pod Wałbrzychem w Radkowie

Niedziela 22.07.2007 Buldog w Jarocinie

Zacząłem wiec urabiać Notoryczną, która po mojej fenomenalnej konferansjerce na Spinaczu znowu dostrzegła we mnie to coś, na kilka dni przed wyjazdem. Może urabiałem jednak na dzień przed wyjazdem?

– Ale przecież w sobotę pracujesz.

– No tak. Ale do czternastej. Jak ruszę po pracy, to zdążę!

– To jedź ty latawcu.

– Super. Dziękuję kochana! A potem z tego Radkowa to ja sobie podjadę, bo to nie daleko, do Jarocina. Bo wiesz. Buldog tam gra. A to rzut beretem, no i przecież ci mówiłem, że byłem w Jarocinie w 1993 roku i bym sobie porównał jak jest w tam dzisiaj. Co?

– Ciebie chyba popierdoliło… – Narzeczona nie przeklinała nigdy, ale sami wiecie jak to jest, kiedy dzielicie życie codzienne z chamem, burakiem i wieśniakiem. Bez przekleństw się do niego nie dotrze. – W poniedziałek masz pracę.

– Dokładnie! I jak po Buldogu ruszę z powrotem, to akurat na dziesiątą do pracy dotrę! – wszystko miałem mniej więcej obczajone.

– Nie wierzę ci. Ale jedź. Tylko ostrożnie.

– Kocham Cię! – wykrzyczałem, ucałowałem Notoryczną i dziadka, znaczy syna i poszedłem planować eskapadę bardziej szczegółowo.

W sobotę w pracy dupa mi się paliła żywym ogniem, bo chciałem już być w trasie, żeby to wszystko przeżyć na spokojnie, żeby nie było tak na hura, po łebkach i szaleńczo. Żeby zdążyć na koncert, na piwo, na wszystko. Do pokonania miałem 308 kilometrów, za Kłodzko. O 14.09 wyruszyłem na swoją przygodę weekendu. Bo nawet nie roku, skoro co tydzień działy się takie rzeczy, że o ja pierdolę!

Dojechałem zgodnie z wytycznymi google mapy, jeśli ona wtedy już działała. Parkując nieopodal hotelu w którym spał zespół, lekko się zdziwiłem, bo miasteczko było wymarłe. Nawet spożywczy, gdzie chciałem kupić sobie na obiad pasztet „Świński Ryj”, bułki i piwo, był zamknięty. Dziwnie spokojnie to wszystko wyglądało, jak na miejsce na styku granic Polski, Czech i Słowacji gdzie ma zagrać wielki Kult. Wlazłem więc do hotelu i trafiłem na Jeżyka.

– Dzień dobry panu Górniemu! – basista powitał mnie kręcąc mój kult forumowy pseudonim niemiłosiernie, ale on akurat mógł, bo tak przeczytał w komputerze kiedyś. Górni zamiast Gómi. I przez jakiś czas myślał, że ja to w ogóle ze Śląska jestem, pracuję w kopalni i na cześć górników mam ksywę Górni. Matko…

– Cześć Jeżu! Ty, to tutaj te występy macie?

– No tutaj. Tylko pod miastem, zaraz jedziemy. Pan się z nami wybierze?

– Wybierze. Po to przyjechałem. – odparłem i po kwadransie jechałem z zespołem na miejsce.

A miejsce było wybornie przepiękne. Scena stała u podnóża góry, na wielkim zielonym terenie. Było jak na wsi. Koncert był przepyszny, przepyszne były kiełbasy z grilla i inne takie te. I właśnie chyba takie te, które miejscowi wypili w zbyt dużej ilości, spowodowały pobudzenie organizmów, i kiedy już szykowaliśmy się do wyjazdu, rozpętała się bójka. Wieś stanęła naprzeciw wsi i ruszyły w wir walki sztachety, ławki, pięści, kopniaki i inne formy honorowego pojedynku. Szczęściem front nie objął naszej drogi wyjazdowej i udało nam się czmychnąć. Może nawet wszystkim, tylko kto tam Jeżyka zrozumie i ścieżki jego działań rozkmini?   

W hotelu zostałem przydzielony do pokoju kierowcy. I fajnie, bo kierowcy to ludzie spokojni, wcześnie chodzą spać, nocą nie wariują i bardzo mi to pasowało, bo sam miałem być kierowcą w drodze ku Jarocinowi. Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że dla zespołu i jego gości przygotowano salę bankietową tak suto zastawioną, że oszalałem. Nakręcony emocjami zacząłem robić nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Zapomniałem nawet, że mam od rana powozić. I to nie tylko siebie, ale i Wojtka, gitarzystę Buldoga, oraz nasze forumowe królewny: Trini i Ewę. Dziewczyny podjechały na koncert z Wrocławia i na hasło: Jarocin! Postanowiły skorzystać z moich czterech kółek. Ale zanim ruszyliśmy, wszyscy na kilka godzin staliśmy się królami życia. Kazik śpiewał, tańczył, właściciel hotelu puszczał pankowe standardy z lat siedemdziesiątych z wysp i było mega mega fajnie.

Na szczęście posiadałem resztki zdrowego rozsądku i gdzieś przed czwartą rano, na ostatnich nogach doszedłem do pokoju. Kierowca spał, a telewizor chodził dość głośno. W półmroku, potknąwszy się tylko trzy razy, znalazłem pilota i wyłączyłem tiwi. Wtedy kierowca wstał, włączył tiwi i wrócił do spania. Łeb mnie bolał, telewizor skuczał, a sen nie przychodził. Rano był problem.

Ale od czego są problemy? Od tego żeby je rozwiązywać.

– Piotrek, to ja pojadę za tobą. – ustaliliśmy kolejność naszej ferajny, na wszelki wypadek jakby jakaś kontrola drogowa czyhała.

– Dobrze. Tylko jedźcie ostrożnie.

I ruszyliśmy ostrożnie, Piotrek z Kaburą, Zdunasem i Glazem, ja z Trini, Królewną Ewą, Wojtkiem i zgrzewką piw. Piwa były dla Wojtka i może dziewczyn, jeśli Wojtek by miał ochotę im coś odstąpić. Ale raczej nie miał. Na każde syknięcie otwieranej puszki przez moje skacowane ciało przechodziły ciarki. Ale nie mogłem być Durczokiem swojego losu i nie wypiłem ani łyka piwa. Leciałem na mineralnej gazowanej, żeby jak najszybciej wyzerować organizm, żeby nie było jakby coś było. Mój bufor bezpieczeństwa w postaci Piotrka Buldoga zgubiłem już na drugim rondzie. Ja tak szybko jeździć nie potrafiłem. Drogę umilała nam świeżo poznana przeze mnie nowohucka kapela Wu-Hae, której płytę „Życie na raty” katowałem przez większą część drogi, bo to jest znakomita płyta.  W naszej podróży do mekki polskiego Punk Rocka szczególne miejsce miał, ten apokaliptyczny dla tych najsłabszych utwór, „Alkoholik”

Razem ze mną jest osób parę
Które się poddały
Z nałogiem przegrały
Wenflon w żyle
Kroplówka leci
A w domu płacze matka
A w domu płaczą dzieci
Taki to los jest alkoholika
Leczy cię Kobierzyn
Lub inna klinika
Niektórzy żywot
Oni kończą tu swój
Byle ten koniec
On nie był mój

Czy świat na trzeźwo jest do przyjęcia
To co widzisz
Czy to Cię przygnębia?
Czy dasz sobie rade z tym wszystkim sam?
A czy
Świat na trzeźwo czy jest do przyjęcia
Czy to, co widzisz
Czy to Cię przygnębia?
Czy dasz sobie rade z tym wszystkim sam?*

*Wu-Hae fragment utworu  „Alkoholik”

Po wysłuchaniu takich piosenkach nie miało się ochoty na kroplę alkoholu. Oczywiście jeśli było się kierowcą. Wojtek nie był i nie zakładał też czarnego scenariusza jaki nakreślili Bzyk z  Guzikiem w swojej piosence. Chociaż gitarzysta Buldoga miał wtedy ciężki czas w oparach fajek i niestety wódki. Ale dał sobie radę sam! Mistrz.

Droga się dłużyła, ale dojechaliśmy bezpiecznie. Żaden pachołek czy babcia na pasach nas nie zaatakowali. To były czasy dla kierowców! Stare i dobre. Rozstaliśmy się z zespołem pod hotelem, poszliśmy odebrać wejściówki i  dziewczyny zabrały mnie na spotkanie z naszymi Kult Forumowcami. Jak doniosła mi Triniasta po dwunastu latach, byli z nami:

Meehau, The Mizerny (jadł buraka cukrowego z pola na surowo) qman, A.gata, Marcysia, zapomniałam jaki nick miał gość co tą czarno-białą relację sfabrykował (Lucas czy jakoś tak?), chyba passengerka.

Taką mniej więcej grupą ruszyliśmy na miasto. Czułem, że lata które minęły od mojego ostatniego pobytu w Jarocinie, zmieniły  wszystko. Na duży plus, jeśli chodzi o zmiany w otoczeniu, ale na taki sobie plusik i minusik jeśli szło o sam festiwal. Ducha lat dziewięćdziesiątych nie czułem. Inna muzyka, inni ludzie. Wszystko szło do przodu. Może to i dobrze? Każdy czas ma swoich bohaterów, czy jakoś tak, jak to ktoś śpiewał czy mówił.

Brać forumowa była zgrana, zżyta i sporo ode mnie młodsza. Byłem wśród nich takim dziadem borowym, ale otoczyli mnie opieką i nie pozwalali się wśród siebie źle czuć. Między innymi to dzięki nim jestem tak dobrze zakonserwowanym starcem. Dziękuję Wam kochani!

Kiedy zbliżała się godzina koncertu ruszyliśmy pod hotel dodać otuchy naszym muzykom. Kiedy wsiedli do busa machaliśmy im, pokazywaliśmy na palcach, że będzie okej i takie tam. Aż drzwi się otwarły i usłyszałem:

– Wsiadaj. Jedziesz z nami.

Wsiadłem i ruszyliśmy. Chyba w myśl zasady „z Kult Ochroniarzem bezpieczniej”. A na pewno śmiesznej.

Kiedy jechaliśmy wzdłuż sceny, na telebimie pokazał się zespół który grał przed Buldogiem. Wojtek przylepiony do szyby, umęczony pitymi w moim aucie browarami, nagle się ocknął i uśmiechnął od ucha do ucha.

– O patrzcie! Tam! Na telebim. Gość gra na takiej gitarze jak moja!

Popatrzyliśmy  znudzeni. O rany. Ale jaja. Straszne.

– Jak moja? Kurwa, jak moja? – Wojtek zaczął się podnosić z siedzenia a uśmiech zastąpiło wkurwienie – Bo to jest kurwa moja gitara! Kto mu ją dał? Zabiję.

I zanim dojechaliśmy na parking, Wojtas wyskoczył z busa i jak sprinter w finale olimpijskiego biegu na czterdzieści dwa kilometry, pobiegł wyjaśniać sprawę. Kilka chwil potem okazało się, że kolesiowi z zagranicznego zespołu zepsuła się jego własna gitara i ta Wojtkowa mu najbardziej pasowała, i Seba, nasz mistrz fachu techniki scenicznej i proszkowy książe ( najlepsze proszki do prania z Berlina!), może po konsultacji z Wojtkiem albo i nie, dla uratowania sztuki gości z zagranicy, zadecydował o jej wypożyczeniu.

Koncert był wspaniały, a ja czułem się troszkę jak podczas pierwszego dnia mojego starego Jarocina. Senny i strasznie zmęczony. A przecież po koncercie Buldoga miałem jechać prosto do pracy. Czterysta kilometrów nocą. No to się wjebałem jak śliwka w herbatę, pomyślałem i zamiast rzetelnie słuchać koncertu, zacząłem myśleć o tym, jak bezpiecznie dojechać do domu. Na szczęście do Wrocławia jechała ze mną Trini, więc wsparcie towarzyskie miałem zapewnione. Dalej liczyłem na dobrego ducha autostrady.

Po pięknej sztuce pożegnaliśmy zespół, forumowiczów i ruszyliśmy w ciemną noc. Pierwszy kryzys miałem na drodze za Jarocinem, w ciemnym lesie, i jakby nie:

– Może mogłabym skorzystać z toalety?

– Ale gdzie? – obudziłem się.

– W lesie!

to moglibyśmy skończyć w rowie albo na drzewie. Trini była naszą forumową wojowniczką, bo uprawiała jakąś krawt magię czy coś w ten deseń. Dlatego mogłem sobie pozwolić na niewysiadanie, bo nawet jakby Sylwię coś zaatakowało, to miało by, to coś, przejebane. Do szybkiej śmierci tego czegoś lub do jego zaczarowania. Z drugiej strony, chwilę tę wykorzystałem nie na zapewnienie koleżance bezpieczeństwa w leśnej toalecie, czy nie dasz bór czasem, na podglądanie jej, a na sen.

– Już. – w krótkich i żołnierskich słowach zostałem wytrącony z mikro snu i ruszyliśmy dalej w ciemną noc.

Aż do Wrocławia.

Pierwsza część trasy minęła dzięki towarzystwu Sylwi szybko, sprawnie i bezpiecznie. Ale kiedy zostałem już sam na sam ze sobą, wszystko zaczęło się gmatwać. Nuda autostradowa i noc usypiały szybko i skutecznie. Po trzecim przysypianiu powiedziałem „pit stop” i zjechałem na parking. Usnąłem dwie sekundy po zaparkowaniu i zgaszeniu auta. Wstałem z kurami, tirowcami, grzybiarkami, i ruszyłem do roboty, żeby odpracować za swoje szaleństwa, których nie można kupić za żadne pieniądze.           

Dzisiaj nie pamiętam jak to było dokładnie. Wersje mogą być różne. Po primo: to ja poprosiłem o to, żeby pojechać w trasę z Buldogiem jako sklepikarz, albo po sekundo: to mnie lider, menadżer i basista w trójcy jedyny zaproponował robotę. Do tego razem z Janusze Productionsem robiliśmy koncert Buldoga w Loch Nessie. Jak by nie było, zgodziłem się bez namysłu. Na pierwsze trzy koncerty. Bo po nich z Krzeczem i naszymi rodzinami mieliśmy krótkie wakacje w Zakopanem mieć.

Poustawiawszy sobie godziny pracy odpowiednio, ruszyłem koło południa dnia trzynastego września roku zero siódmego drugiego tysiąclecia naszej ery na Uć. Znaczy na Łódź. Tam startowała pierwsza i jak pokaże historia największa trasa tego projektu. Zaczęliśmy zabawę z wielką pompą, a ja to nawet z wielką…. No, przycisnęło mnie, a w Łodzi Fabrycznej była taka toaleta z lustrem weneckim. Jakie to uczucie jest dziwne, kiedy siedzisz na tronie, w potrójnej koronie, a przed tobą kręci się ludzi tłum. Te emocje są niesamowite. Spróbujcie kiedyś tak się ze. A zresztą.

Naszym gościem w Łodzi był oczywiście Bodzio W. Jakże mogło by go zabraknąć, skoro akurat meczu nie kopał nigdzie. To wpadł i jeszcze prezent dla Kaza przyniósł. Koszulkę ŁKS. Trochę mieliśmy obawy, czy Kazik w podzielonym piłkarsko mieście powinien w takim prezencie wystąpić, ale jak dostał nasze wsparcie, że jakby co to się będziemy za niego bić, to w koszulce od przyjaciela zaśpiewał sztukę. Publiczność zrozumiała powagę sytuacji i nie było nikogo na nie. Nawet bramka, która chyba bardziej była za Widzewem, odebrała ten akcent pozytywnie. Po koncercie pojechałem do hotelu zrobić podsumowanie moich sprzedażowych sukcesów. Po rozliczeniu się i przepakowaniu sklepu do zespołowego busa chciałem jechać do domu, bo emocje związane z organizacją koncertu na swoim terenie były wielkie i chciałem pomóc szefowi Januszowi od samego początku. Poza tym hotel nie był jakiś szczególnie wybitny i to też nie mobilizowało mnie do pozostania w Łodzi. Jednak rozkaz o wstrzymaniu koni przyszedł od samego generała Kabury Stachury.

– Gómi, a gdzie ty na noc jedziesz?

– Do domu.

– Zwariowałeś? Na noc niebezpiecznie. Zostań.

– Ale tak ustaliłem, nawet nie ma dla mnie łóżka.

– To się zaraz zorganizuje. Jazda nocą jest niebezpieczna. Lepiej się przespać, odpocząć i wyjechać rano. Za dnia. My już od dawna nocą nie jeździmy. Zostań.

– Dobra. – dałem się przekonać.

Z łóżkiem był mały problem, bo wszystkie pokoje były zajęte. Ale pomysłowość kolegów nie znała granic. Wojtuś Jabłoński dał mi swój materac, który rozłożyłem na podłodze, a sam biedaczyna spał na deskach. Takich ludzi miałem wokół siebie. I mam. Do dziś.

Rano, zanim kogut zapiał trzy razy, byłem już w trasie. Może nawet poszedłem do pracy? Wszystko jest możliwe, bo pracować w pracy też kiedyś musiałem, zakładam więc, ze poszedłem.

Po południu była sztuka w klubie Loch Ness. Sprzedało nam się wszystko przepięknie, na dwa dni przed koncertem biletów już nie było. Loch Ness to był klub legenda. W samym centrum Krakowa, naprzeciwko Dworca Głównego, w starym pokolejowym przedszkolu chyba, ktoś kto miał dojścia tam gdzie trzeba, przejął przedszkole, założył klub i trzepał kasę aż furczało. Janek znał właścicieli i robił tam koncerty, głównie punkowe. I działo się, działo jak diabli. To były czasy. Spędzałem tam kupę czasu, a to na koncertach jako widz, a to jako pracownik, a od czasu do czasu jako współorganizator. Nie wiem dokładnie, czy wtedy też nie organizowaliśmy z fanami Kazika jakiegoś spotkania Kult Forum. Chyba było to spotkanie, bo przy okazji koncertów Buldoga spotykaliśmy się najczęściej. Najpierw w Warszawie, gdzie przy pierwszym koncercie, w styczniu, zrobiliśmy imprezę pod tytułem Kazeloty, czyli ogólnopolskie spotkanie miłośników 3xK, z nagrodami za aktywność, kreatywność i wszystko co tylko można było nagrodzić. Do tego i do Loch Nessa wrócę szerzej w innym miejscu.

Po koncercie odesłaliśmy z Jankiem zespół do spania a sami jeszcze chwilę świętowaliśmy sukces. Nie za długo, bo w sobotę musiałem ruszyć do pracy do Katowic, gdzie tak jak w Łodzi i Krakowie prowadziłem Buldogowy sklep. 

Do Katowic zabrałem swojego jedynego pierworodnego, za matki sprawą nazwanego po ojcu Tomaszem, po papieżu Karolem, a po pradziadach Gomółką. Chłopak miał już pięć i pół roku, więc według standardów azjatyckich mogłem go zaprzęgnąć do roboty. Co z radością uczyniłem.

W jednej z najstraszniejszych sal koncertowych Polski południowej, a jednocześnie miejscu jednak magicznym, z którym było mi w przyszłości po drodze nie raz i nie dwa, rozłożyłem psi sklep pod schodami. Do baru było blisko, wejście na bekstejdż zabezpieczałem i wszystko było znakomicie, poza tym, że przyjechałem swoim Seatem zielonym i nie mogłem pić. Młody, a nawet mały, czyli mój synuś, oddał się sztuce malowania, co okazało się zajęciem bardzo intratnym, bo za jego obraz „Kazik na scenie z Tomusiem” zainkasował od jakiegoś fanatyka chyba z dwieście złotych. Ale w przyszłości sztukę oleje, bo skorzysta z Jarkowego pięćset plusa. Poza tym malarskim incydentem i dobrym koncertem nie wydarzyło się już nic godnego uwagi, bo przecież za taki nie można uznać przyjazdu do pracy dwóch grzybiarek, które zamówił sobie ktoś z klubu, a które uparły się przechodzić do roboty przez mój sklep. Na szczęście zdążyłem młodemu oczy zasłonić, bo spod kusych spódniczek wylało się nie jedno dziwo, puszczając oko to tu to tam.

Po koncercie uściskałem załogę i życzyłem im samych sukcesów na artystycznej drodze, ze szczególnym uwzględnieniem reszty trasy. Moja misja dobiegła końca i mogłem ruszać do Zakopanego na zasłużony rodzinny wypoczyn.

Nasza komórka rodzinna była w familijnym niebie. Tata, mam, syn i przyjaciele Krzeczowscy którzy z nami wyjechali na tydzień odpoczynku. Jednak we wtorek stało się coś, co wstrząsnęło naszym dolcze witem. Zadzwonił telefon.

– Cześć Tomuś. Piotrek z tej strony. Co tam u ciebie? – w trójcy jedyny Pewu mówił do mnie przez telefon.

– Wszystko w porządku. Jesteśmy w Zakopcu, odpoczywamy, zwiedzamy i takie tam. Jak w górach.

– To super. A ja mam do ciebie bardzo ważną sprawę. Bo rozmawialiśmy wczoraj z chłopakami na twój temat i chcielibyśmy żebyś z nami pojechał na resztę trasy jako tur menadżer.

– Tur menadżer? Ja? Naprawdę? – ochujałem ze szczęścia wizualizując sobie siebie przebranego za tura z plakietką na szyi menadżer Buldoga. – No jasne, że bym chciał. Tylko co na to Kasia? Daj mi chwilę.

– Dobrze, to czekam na sygnał.

Notoryczna ma ósmy zmysł. Wie kiedy kłamię, kiedy jaki mam humor, i wie też kiedy się coś święci.

– Kasia. Mam sprawę. Piotrek dzwonił i mówił, że beze mnie to ta trasa się rozleci. Chciałby żebym z nimi pojechał jako tur.

– Ty jako kto? Jako tur? Chyba jako idiota alkoholik i pijak.

– No taki tur ale menadżer. Wiesz, zarobił bym sobie coś, o laptopie marzę, taka okazja. Ty byś z Januszami została, a ja bym dorobił do naszego budżetu. Co ty na to?

– Ale po co ty mnie pytasz? Przecież i tak zaraz pojedziesz. Przecież ty masz pusto w głowie. Dla ciebie rodzina mogła by nie istnieć. Co z ciebie za ojciec? Dziecko cię potrzebuje a ty tylko Kazik i Kazik. Albo Kult i Kult. A teraz jeszcze Buldog i Buldog. Dzwonię do mamusi. Może ona do nas przyjedzie? Szkoda żeby się miejsce zmarnowało.

– Dziękuję kochana! Wiedziałem, że mnie zrozumiesz. A jak tego laptoka sobie kupię to też ci dam skorzystać!

– Laptopa debilu. Laptopa.

Po sześciu sekundach od końca rozmowy kręciłem już do Piotrka.

– Piotrek, Piotrek, słuchaj. To ja tak. Ja chcę. Ale do Opola się nie wyrobię, i zaczął bym od Wrocławia. Da radę? Tak? Może być? Za je bi ście! To ja będę we Wrocławiu. Ja też się cieszę. Do zo!

Nie wiedziałem co prawda jakie obowiązki ma tur menadżer, ale liczyłem na to, że taki ktoś będzie też mógł prowadzić sklepik. Bo sklepik przynosił profity nie lada i laptop zaczął się zbliżać do mnie wielkimi krokami. Megabajtami szybki kroków. Terabajtami podskoków.

Urlop zawiesiłem, pożegnałem uściskiem dziadka maleńkiego i ukochaną Notoryczną, żeby via Kraków, za pomocą PKP ruszyć na Wrocław.

We Wrocławiu sztukę robiliśmy w klubie Alibi. Było to moje najlepsze miejsce na wrocławskiej mapie koncertowej. Czułem się tam jak u siebie. Waldi, właściciel klubu potrafił zadbać o gości, współpracowników i wszystkich tych, którzy korzystali z gościnności jego klubu. Wyjście obunożne czasami było niemożliwe. Zwłaszcza jak za nagłośnienie odpowiadał jego brat zwany Owcą, znany w Polsce realizator dźwięku i wszystkiego co z tym związane. Przyjaźń krakowsko – wrocławska kwitła tam jak ta lala. Cieszyłem się, że moja przygoda buldogowego tur menadżera zaczyna się właśnie tam, w miejscu dobrze mi znanym. Przed próbą zostałem wezwany przed oblicze najważniejszych osób w Buldogu. Pewusa, Jacka syna Stanisława i Adama perkusisty. Przedstawiono mi zakres moich obowiązków, który miał polegać na połapaniu spraw związanych ze sprawnym przeprowadzeniem koncertu, od próby po wyjazd do hotelu, kontrolę nad przemieszczaniem się pomiędzy miastami i ogarnięcie psiego sklepu. We Wrocławiu za sklep odpowiadał Quman, który jako pierwszy odpowiedział na forumowe zapytanie o pomoc przy dilerce.    

Ponieważ stolica dolnego Śląska obfitowała w silne środowisko Kult Forumowe, to po koncercie, a może już przed urządziliśmy małe spotkanie na zapleczu klubu. Była Kraft Magia Trini, Likus, który miał najlepiej poinformowaną do czasu afery, stronę o Kaziku i jego produktach oraz inni. Sam koncert wypadł doskonale, frekwencja była bardzo dobra i mogłem siebie pochwalić za wspaniałe rozpoczęcie pracy na nowym stanowisku. Z tej okazji, żeby pokazać profesjonalizm najwyższej próby, za bardzo się nie opiłem. W końcu rano miałem dowodzić wyjazdem dalej. Na Poznań.

Rano udało mi się zgromadzić załogę punktualnie i dzięki temu wyjechaliśmy niezwykle sprawnie. Było to poniekąd pokłosiem sportowego trybu życia jaki przyjęliśmy za warunek wzorowej współpracy. Oczywiście nie było tak, że my nic a nic, no nie. Ale z umiarem i pro zdrowotnie bardziej popijaliśmy. Poza gitarzystą, który z koncertu na koncert przesuwał granicę popijania w rejony mocno niebezpieczne.

W Poznaniu graliśmy w Eskulapie, sala duża, fajna, chyba wcześniej mi nie znana. Sklepikarzy miałem czterech, bo tak sobie miejscowa młodzież wymyśliła. Był Kazio Latawiec, Kuba Czerwiński, i jeszcze dwie osoby których nie pamiętam z ksywy ale mam ich zdjęcie. Koncert chyba był udany. W końcu jeździli z nami Kajetan, inżynier dźwięku o niebywale wysublimowanym słuchu, który nagłaśniał wszystkie projekty Kazikowe, oraz Seba, monitorowiec z Poznania, który dbał o higienę dźwięku na scenie. Do tego światło robił świetlik, ten, no, zapomniałem. Ale świecił dobrze i pomimo ograniczeń w dziedzinie światła, starał się ukręcić coś z tego co zastawał przed koncertami. I znowu się udało, a weźcie pod uwagę, że w składzie nie było jeszcze Jarka Ważnego. Tym  bardziej mogliśmy sobie gratulować. Ponieważ w Poznaniu nie poszaleliśmy po koncercie, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, rano wstałem wcześniej i udałem się z pomocnikiem sklepowym na wizytację stadionu miejscowego Kolejorza. Postanowiłem bowiem nie tylko być, ale i widzieć coś ponad to, co oferowały nam widoki za oknami busa.

Gdzieś w międzyczasie zaczęliśmy otrzymywać pogróżki. A precyzyjniej Kazik I Pewu. Jakaś szuja oszalała i wysyłała bardzo niepokojące informacje na temat tego co stanie się  z chłopakami na koncercie w Gdyni. Nie powiem, trochę się przejęliśmy. A nawet bardziej niż trochę i postanowiliśmy działać. Z tej okazji zamówiliśmy sobie osobistego ochraniacza. Najlepszego z najlepszych. Profesjonalistę w każdym calu. Człowieka którego nic się nie imało. Gołotę światowego ochraniania ludzi, Grzesia Gumę z Kult Ochrony. Dzięki temu nasz przedostatni koncert w Szczecinie mogliśmy odbyć w atmosferze względnego spokoju, wiedząc, że w Gdyni Guma będzie nas strzegł.

Z tej okazji po koncercie w Starej Cykowni, super nazwa dla klubu znajdującego się na piętrze w jakiejś starej kamienicy, postanowiliśmy pójść troszkę grubiej. W sensie przyjętego alkoholu. Tym bardziej, że jakoś przed koncertem dostaliśmy nasze dotychczasowe gaże. Jak dobrze, że poza tur menadżerowaniem zarządzałem też sklepem buldożym, bo bym w życiu na laptopa nie uskładał. Dysproporcje w zarobkach sklepikarza a tura były potężne. Na niekorzyść tego drugiego. Ze Szczecina pamiętam jeszcze, że sklep prowadził Królowa Życia, odwiedzili nas Błażej z małżonką, a w hotelu spaliśmy u boku Leppera świętej pamięci Andrzeja, który nawet chyba coś od Kazika chciał, ale co, tego nie mogę sobie przypomnieć.

Po koncercie lejce nam troszkę poluzowało i na wyraźny sygnał od lidera grupy Pewusa, wypiliśmy kilka piw więcej niż zazwyczaj. Symbolem tego „więcej” stał się Glazo, który kupił koszulkę zespołu w którym grał razem z wieszakiem i taki komplet ubrał na siebie. Wszystko pasowało jak ulał. Szczególnie dobrze prezentował się wieszak na plecach Glaza, który wplątał się pod koszulkę. Glazo nic nie czuł, a my czuliśmy, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty i pozostało tylko dobrze zaprezentować się w gdyńskim Uchu, na finałowym koncercie trasy.

Jak zobaczyłem zespół rano, przed odjazdem, zacząłem mieć wątpliwości czy finał uda się zagrać na wysokim poziomie. Gitara nam od rana odlatywała, a i saksofon też był taki jakiś nie za świeży. Reszta jednak wyglądała dobrze i wystarczyło mi tylko popracować nad słabymi elementami układanki, a bardzie na przypilnowaniu zagrożonych, co do spożywanych płynów. Na trasie Szczecin – Gdynia wszystko było perfekcyjnie dopilnowane. Ale za to w hotelu…

– Tomek. Wojtek nie może nawet powąchać alkoholu do koncertu. On już ledwo żyje. Przypilnuj go proszę, bo jak się nie uda, to bez gitarzysty nie damy sobie rady. – lider i założyciel nakreślił mi zadanie priorytetowe. – I Gumę poinstruuj co i jak. Śpicie razem w pokoju.

– Oczywiście! Zrobione! – czułem się pewny, że dam radę przypilnować Wojtka i poinstruować Gumę w kwestiach zabezpieczenia koncertu.

Niestety nie wziąłem jednego pod uwagę. Że nasz ochraniacz nie przyjedzie z pustymi rękami. Podobno i ja miałem jakąś flaszkę, którą przekazała mi Trini i którą mieliśmy wypić na sam koniec trasy.

– Hoho! No to po maluszku! – Grzesio umiał namówić.

– A czemu nie? – nie umiałem odmówić.

– No to na drugą nóżkę!

– Na drugą!

I po dwóch rozlaniach nie było połowy butelki. I kiedy mieliśmy resztę zostawić sobie na po pracy, ktoś zapukał.

– Wlazł! – zaprosiłem kogoś.

– Gumaaaa! – Wojtek czuł chyba jakimś jedenastym zmysłem, że coś jest u nas pite.

– Wojtuś! Jak leci!

– Dobrze. Co robicie?

– Nic. – zblefowałem.

– Flaszeczkę! – Grzesio zagrał w otwarte karty i spierdolił mi cały plan.

– To może ja też bym się napił? – Wojtek zrobił kocie oczka, ja nie zdążyłem zainterweniować i pół szklanki zmieniło właściciela.

– No. Wystarczy, zaraz jedziemy na próbę. – chciałem zakończyć smakowanie.

– Jakie zaraz? Jeszcze mamy dziesięć minut. To już trzeba skończyć te resztki. – Guma złapał wiatr w żagle, co nie dziwiło mnie bardzo, bo raz że lubił łapać wiatr, a już jak był nad morzem, to szczególnie dobrze to na niego działało.

– Ale Wojtek nie może już. Wystarczy. – zaoponowałem, chcąc wziąć jego porcje na swoją wątrobę.

– Ja nie mogę? Bo co? Wietechy się boisz? Przestań Gómi.

– Nie boję. Ale prosił, żebym cie pilnował.

– Mnie? Lej Guma.

– Hehehehe! – Grzegorz już lał.

Skończyliśmy więc to co Guma przytachał, a może i to co ja miałem, i lekko podlani pojechaliśmy na próbę. W klubie zamówiłem sobie i Grzesiowi piwo i obserwowałem próbę, jednocześnie tłumacząc koledze co ma pilnować i na co ma zwracać szczególną uwagę.

– Po lewej stronie jest przejście do garderoby. Nikt poza zespołem i techniką nie ma prawa wejść. Nikt. Chyba, że ja albo Piotrek ci powiemy, że możesz kogoś tam wpuścić, to wtedy wpuścisz. Poza tym nikogo! Nawet własnej mamy nie wpuszczaj.

– Hehehehe. No jasne! – nasz osobisty ochraniacz stuknął swoim kuflem o mój kufel, po czym wyzerowaliśmy to co w szkłach mieliśmy i zamówiłem po kolejnym jasnym pełnym.

Zespół akurat skończył próbę. Wojtek wyskoczył jak z katapulty i chciał sobie kupić piwo, na co barman rozłożył w nieludzkim geście ręce i wyszeptał:

– Tobie nie mogę. Ten tu zabronił. – i pokazał na mnie.

Odstawiłem piwo na bar i odciągając Wojtka tłumaczyłem jak dziecku co i jak.

– Teraz jest woda w garderobie. Nie wolno pić piwa.

– Gómi, co to kurwa znaczy? Pić mi się chce. Ty pijesz.

– Ja nie gram. Ty wypijesz po koncercie. – byłem ostry.

– Teraz.

– Po.

– Guma wie co ma robić? – pojawił się Pewu i lekko spięty dopinał tematy, które mogłem przegapić.

– Hehehehe. – Guma wiedział, co potwierdził podniesieniem kufla i wyzerowaniem go w tempie ekspresowym.

– Ehhhh. – Pewu zaczął sie załamywać. – Wojtek! Co ty robisz? Gómi, prosiłem.

– Ale ja… – nie dokończyłem patrząc z przerażeniem jak Wojtek opróżnia pozostawione przeze mnie na barze piwo. – O kurwa. – westchnąłem i zaczynałem mieć wszystkiego dość.

Kufla piwa nie potrafiłem obronić, a miałem czuwać nad atakiem na zespół. Ale nie sam, pomyślałem odważnie i wzrok mój skierowałem na naszego Anioła Gumę Stróża. Anioł właśnie kończył kolejne piwo. A do koncertu jeszcze chwile było.

Ile tych piw nasz agent specjalny wypił tego nie wie nikt. Bo nikt tak liczyć do nieskończoności nie potrafi. W każdym bądź razie, gdzieś w połowie koncertu musiałem dostać się do naszej garderoby. W Gdyni byłem sklepikarzem, poza turowaiem. Sklep zostawiłem pod czujnym okiem naszej Kult Forumowej znajomej Marty, a sam przeciskając się przy ścianie, zerkałem na miejsce pracy Grzesia i niestety nie widziałem go na posterunku. Dopiero kiedy dotarłem pod wejściową bramkę, zobaczyłem, że Guma się na niej opiera, a dokładniej rzecz ujmując, śpi na niej.

– Guma! Przepuść mnie! Muszę wejść do garderoby.- stanąłem przed ochraniaczem i dość głośno prosiłem, bardzo grzecznie. – Guma. Kurwa. Wpuść mnie.

– Guma. Kurwa mać. Muszę do garderoby! – do proszenia dołożyłem szarpanie odwłoka kolegi.

– Nieee. – kolega nawet nie spojrzał.- Nieee wolno.

– Guma to ja. Gómi.

– Nie wolno!

– Ale to ja do kurwy nędzy. – zaczynałem się wściekać i złapałem Grzegorza za głowę i ustawiłem ją jej oczami na siebie. – Guma. Obudź się!

–   Guma? – Oczy patrzyły na mnie nieprzytomnie zza profesjonalnych okularów a usta próbowały mówić. – Ty nie jesteś Guma. Nie wpuszczam nikogo. Idź stąd.

– Ja pierdolę! Ale to ja! Gómi! Nie Guma. Poznajesz? – zacząłem mówić łamiącym się głosem, bo potwór którego zatrudniliśmy stał się groźniejszy od potencjalnego terrorysty. – Guma. Grzesiu. To ja. Gómi. Grzesiu…

– Gómi? Ty jesteś Gómi? – coś zaczynało się w Grześku orientować w sytuacji. Złapał mnie dwoma rękami za głowę, którą przyciągnął do swoich oczu i uradowany zaczął krzyczeć – Gómi. To ty! Gómi. Ale mi się chce pić! Kup mi piwo Gómi. Gómi! Proszę.

– Kupię, kupię, ale wpuść mnie szybko. I nikogo więcej.

– I nikogo więcej! Nikogo. Piwo Gómi. Pić.

Teraz nie pamiętam, czy przyniosłem Grzesiowi piwo czy nie. Jeśli nie, to mu jesienią kupię, bo zasłużył jak nikt. Sprawdził się na posterunku zawodowo. Nikt nas nie zaatakował, a nawet jakby próbował, to miał do pokonania nie byle jaką przeszkodę. Pijane zwłoki naszego kolegi.

Po sztuce chwilę posiedzieliśmy. Buldogi podpisywały płytę, koszuli, był czas na małe podsumowanie. Czekaliśmy też, aż nasza ochrona zmartwychwstanie, bo nikt nie miał tyle siły, żeby takiego klocka dźwigać. W hotelu poumieraliśmy szybko snem sprawiedliwych. Trasa, a szczególnie jej końcówka wyżęła nas z sił fizycznych i psychicznych. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, ale nasz agent do specjalnych poruczeń, obudził się w naszym wspólnym pokoju.

– Gómi. Ja pierdolę. Ale to był koncert! Mistrzostwo!

– Naprawdę? Pamiętasz coś?

– No wszystko! Było cudownie! – Grzenio udawał, że wczoraj to nie on, nie on umarł, tylko ktoś obcy. Ale zdradziły go okulary. A raczej ich nie pełne wyposażenie.

– Ty, a gdzie ty szkła pogubiłeś?

– Jakie szkła? Moje?

– No twoje. Chyba nie masz jednego szkła w okularach.

– O kurwaaa. Moje okulary. Moje okulary. – Guma nie wierzył w to co widział. Albo nie widział, bo bez okularów mogło i tak być. – Ja pierdolę. Co tu się działo?

– No nic. Pamiętasz coś z wczoraj?

– Nooo. Jak przyjechałem do hotelu przed koncertem.

Cały Guma. Jak go poniosło to nie było przebacz.

Zespół wyjeżdżał zaraz po śniadaniu, do Warszawy. Mój pociąg ruszał bezpośrednio do Krakowa koło południa. Byłem umęczony i postawiłem na podróż bez przesiadek. Że wygrałem tym sposobem kilkanaście godzin, wyszło nie długo po tym jak mój skład ruszył na południe.

Gdzieś na stacji Gdańsk Główny dostałem pierwszego esemesa:

„Bus nam się popsuł” Guma

„Gdzie?” Gómi

„Godzina od Gdańska” Guma

„Poważnie się posuł?” Gómi

„Tak. Kazik wściekły pojechał po wódkę” Góma

Ale mi się udało! Bo kiedy ja jechałem sobie wygodnie pociągiem, bus zespołu odmówił posłuszeństwa. Nie dość, że popsuł się tak na amen, to jeszcze ostatnie tchnienie wydał przy smażalni ryb, gdzie jedynym napojem na skołatane serca było piwo. Kazik ani jednego ani drugiego nie szanował, a ryb to nienawidził. Od przedszkola. Jednak znalazło się rozwiązanie i Kazo pojechał na stację ostatnim dychaniem busa, gdzie zakupił mocniejsze trunki i korzystając z rozpoznania przez swoich wielbicieli, został dostarczony z powrotem do smażalni. Razem z dwoma reklamówkami wódki. Trochę czasu chłopakom zleciało, zanim dotarli do domów. Ja zdążyłem przejechać całą Polskę a oni biedni czekali na zbawienie. I w końcu coś po nich przyjechało, chyba zaraz po tym jak ja usnąłem zmęczony, ale szczęśliwy i spełniony w swoim nowohuckim łóżku u boku ukochanych. Musiałem odpoczywać szybko, bo zbliżało się kolejne pomarańczowe przedsięwzięcie, w którym i ja miałem zaznaczyć swoją obecność.

„Powodzenia. Jestem z wami!” Gómi. – wysłałem przedostatniego esemesa w przestrzeń, do nikogo. Bo ci do których był skierowany, dawno już rozładowali swoje telefony. „Do października kochani!” Gómi        

11. Traso 07 zgłoś się!

Z dedykacją dla Dorka i Cioci Moniki, za niezapomnianą wizytę.

Zanim nadeszła trasa w roku zero siódmym drugiego tysiąclecia, musiałem coś sprawdzić. Ponieważ pierwszy koncert był rzut łopatą od Nowej Huty, i do tego był pierwszym koncertem po „Aferze Spodkowej”, to postanowiłem się na tę okoliczność na niego wybrać. Żeby jako niewierny Tomasz zobaczyć czy ktoś jeszcze w Kult wierzy i rozeznać nastrój na przyszłość. Bałem się trochę, że moja robota w Kult Ochronie może się zakończyć szybciej niż się zaczęła.

Ruszyłem więc pewnego grudniowego wieczoru na wschód. Klub Planeta był ulokowany gdzieś na obrzeżach miasta, zresztą tak też odbierałem Stalową Wolę. Jako obrzeże galaktyki. Ale to chyba przez zimową aurę. Bo wtedy, kiedy wszędzie ciemno, buro, zimno i ponuro, wszystko jest raczej do dupy, poza terenami górskimi, gdzie zima może być. Ludzie w Planecie dopisali, bo albo byli niezrażeni ostatnim koncertem, albo liczyli na podobny występ jak ten w Katowicach. Ale Kazik ich przechytrzył i był trzeźwy. Jak ja. Z tym, że ja byłem kierowcą, więc niestety musiałem zachować się na zero procent w wydychanym. Koncert, jakby to napisał za lat kilka kronikarz bardzo Ważny Jarosław, był udany. Mój wyjazd też był udany, ponieważ zaprosiłem się do warszawskiego Palladium, żeby zobaczyć pierwszy koncert młodzieżowej grupy Kult w roku 2007. I chyba dobrze, że tam pojechałem, bo było na kogo zwalać.

A zaczęło się od telefonu.

– Cześć. Tutaj Janek. Słuchaj, skoro będziesz w Warszawie to ja ciebie zapraszam do mnie przed koncertem. Musisz wpaść koniecznie.

– Dobrze Janku. Bardzo chętnie! – ucieszyłem się, bo chciałem wiedzieć jak żyje typowy warszawski muzyk.

– To zapisz sobie, bardzo cię proszę adres, Filtry coś tam coś tam. – Pan Janek niezwykle kulturalnie przekazał mi swój adres. Wszystko przekazywał niezwykle kulturalnie. I przekazuje. Niezwykle kulturalnie. Do dziś.

Notoryczna dała zgodę na wypad, pobłogosławił mnie w imię ojca i syna, albo chyba jakoś tak:

– A jedź latawcu. Tylko byś gonił i gonił. Może byś zaczął pieniądze wreszcie jakieś zarabiać?  Popatrz na swoich kolegów. Domy budują, auta mają nowe. A ty? Tylko Kazik i Kazik. Albo Kult i Kult. Ja cię na starość niańczyć nie będę. Dla dziecka nie masz czasu, bo co chwilę koncerty i koncerty. Może byś się zastanowił czasem?

– Też cie kocham. Lecę!

I poleciałem. Około ósmej rano, 18.01.2007 roku. U Pana Janka zameldowałem się zaraz po południu. Nie sam, bo miałem ze sobą butelką wiśniowej wódki. Z pustymi rękami nie wypadało. Zanim zrobiliśmy jedną trzecią flaszki, czyli nic, zdążyłem zwiedzić mieszkanie, podotykać eksponatów wszelakich i posłuchać o solowych projektach Grudy. Pozostałe dwie trzecie wypiliśmy z koleżanką gospodarza, która się pojawiła niby z nienacka. Taka pani aktorka, z takich bardziej korpulentnych aktorek. Ale fajna babka. Dowcipna, kulturalna i nie stroniąca od wiśniówki. Do tego szybko ją łapało, bo może jak na aktorkę warszawską przystało miała depresję, albo jakieś tam inne kłopoty, które starała się pod maską śmiechu i zabawy ukrywać, żeby nie zepsuć mi nastroju wielkiej wyprawy. Po wypiciu tego i owego, co tam  Janek jeszcze wygrzebał w swoich szafkach, w doskonałych nastrojach zaatakowaliśmy Palladium.

Na miejscu okazało się, że wszyscy mają dobre nastroje. Ba! Lepiej niż dobre. Cały zespół świętował rozpoczęcie nowego sezonu koncertowego. Poza wokalistą. Ten się zawziął w sobie i postanowił wystąpić na czysto. Poza powodem estetycznym, na koncert mieli przyjść przyszli teściowie syna wokalisty, Kazia juniora, i to zadecydowało w głównej mierze o nieużywaniu procentów przez piosenkarza grupy Kult. Nie wierzyłem, że tak można ale nasz mistrz był dzielny i niczego nie tykał. To wtedy Kazik zaczął wprowadzać nowe standardy. Ale pozostała część zespołu nic nie wprowadzała, poza sobą w stan upojenia. Nawet gdzieś tam zasłyszałem, że to Palladium miało być zagrane „spodkowo”. Z tą różnicą, że tym razem wokalista miał być tym dobrym a instrumentaliści mieli być źli. I chyba większości udało się osiągnąć poziom zła jak trzeba.

– Nie no, panowie. Tak się nie da. Nie stroiło, było nierówno. Wstyd. – po koncercie przyszedł czas na podsumowanie ze strony lidera.

– Co się nie da? Dobrze było. – ktoś miał swoje zdanie.

– No nie dobrze to wyszło. Bardzo źle.

– Chyba nie gorzej niż w Spodku. Co Kazik? – to chyba pan Jan chciał być niemiły.

– E tam, nieźle było, naprawdę. – włączyłem się do rozmowy, chociaż większość  koncertu spędziłem z Kult Forumowymi znajomymi chlejąc piwo przy barze i miałem już nieźle w czubie. Do tego mało co słuchałem i raczej chciałem bronić tych z którymi przed koncertem popijałem.

Kazik popatrzył na mnie z litością, jak na piąty element, albo bardziej po naszemu, jak na piąte koło u wozu.

– Ale oni są pijani przecież. Popatrz. Prawie tak jak ty.

– Ale to wszystko przez niego! – najszybciej zareagował Morawka, pokazując na mnie ręką uzbrojoną w drinka. – Gómi przyniósł wódkę i kazał nam pić.

Zdębiałem.

– No co ty, Piotrek? Ja?

– A kto? Namawiałeś, polewałeś, więc piliśmy. Ale było dobrze. Sam mówiłeś. Więc umiemy zagrać po drinku.

– No tak. Chyba tak.

I tym sposobem zostałem tego wieczoru pierwszym rozpijaczem w szajce i ofiarą własnej dobroci. Od tej pory postanowiłem nigdy więcej nie przynosić alkoholu do garderoby. Jeśli już, to tylko do hotelowych pokoi. I oczywiście po pracy.

Rok był szalony. Mogło to też być spowodowane tym, że Kult w którym się zadurzyłem po uszy, świętował stulecie pracy twórczej. Wróć. Maryla Rodowicz i Budka Surfera świętowały stulecie, a moi koledzy byli w kwiecie wieku i na scenie byli od lat dwudziestu pięciu. Z tej okazji program III Polskiego Radia postanowił zorganizować koncert jubileuszowy na Myśliwieckiej 3/5/7, w ogródku na polu. Znaczy na dworze.

– Cześć Tomuś. Piotrek z taj strony. Nie chciałbyś popracować w lipcu w Warszawie? Jeden dzień.

– No jasne że bym chciał. A co to?

– Trójka robi nam jubileusz z okazji 25 lecia i wymyśliliśmy, żeby stanęła tam nasza ochrona. Płacą dobrze, zwrot, umowa zlecenie. Tylko jest mały problem, bo nasi koledzy z Warszawy wtedy nie za bardzo mogą i może mógłbyś mi kogoś zaproponować.

– No jasne. Mam takich wyrośniętych fanów. Kumana kojarzysz? Kuman trenował jakieś walki i spokojnie da sobie radę. 

– Kojarzę, może być. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Nie wiem skąd mi taki pomysł wpadł do głowy, ale na 25 lecie zespołu Kult pojechałem w garniturze. Chyba Kazikowi naopowiadałem, że skora jest taka ważna chwila, to uczczę ją godnie. I jak idiota do Warszawy pojechałem w gangu. Z powrotem też, ale już pijany, więc mi latało, że tak jest.

Koncert był fajny, kameralny i transmitowany na żywo na cały kraj. Z powodu ciągłego wrzucania na scenę kartek z pozdrowieniami, sztuka przeciągnęła się strasznie. Pierwsze, drugie i piąte pozdrowienia były jeszcze spoko, ale kolejne, które Kazik niechętnie, ale konsekwentnie czytał, zamuliły sztukę bardzo.

Po wszystkim poszliśmy do jakiejś mordowni, możliwe nawet, że do słynnego wśród kibiców Legii „Źródełka”. Z zespołowej bandy był Banan, Morwa, może Irek. Kult Forum w pokaźnym zespole, ja i Kuman.  Jakiegoś wielkiego baletu nie było. Nie ma się co dziwić, lata leciały i nie było się czym chwalić. Poza tym trzeba było wracać do domu.

Trasę październikową tego roku zero siódmego, postanowiliśmy z moim prawie bratem-przyjacielem, oraz z moją rodziną rozpocząć od wizytacji koncertu w Londynie. Świat nagle zaczął się kurczyć i to co kiedyś nie miało prawa zamarzyć się nawet we śnie, teraz było na wyciągnięcie ręki. A wszystko zorganizował Dorek i ciocia Monika.

Dorek był najpierw moim kolegą z Kult Forum, potem zwróciłem na niego uwagę, bo został najmłodszym radnym w Polsce, a znać radnego to jak znać papieża, i w przepięknej Kolbuszowej zaczął organizować oraz współorganizować koncerty. Aż w końcu wymyślił festiwal Spinacz i przy mojej niewielkiej pomocy zrobił coś, co wydawało się nie do zrobienia. I trwa to do dzisiaj. Ale o tym będzie w specjalnie poświeconym rozdziale.

Londyn mogliśmy zaliczyć dzięki cioci Doriana, która była niewiele od niego starsza, jak na ciocię, i która to ogarnęła nam cały pobyt od strony logistyczno noclegowej.  Nam pozostało już tylko dolecieć i żyć.

Z życiem problem był duży jeszcze w Polsce. Wylot mieliśmy w niedzielę bardzo rano, koncert był  późnym popołudniem, dzień zostawał nam na szybki rekonesans po miasteczku Londyn, i we wtorek mieliśmy wracać. Plany lekko komplikowała nam sobota, bo w przeddzień naszego rannego wylotu mieliśmy wesele Mirka Skowronka. Komplikacja polegała na tym czy nie pójdę na weselu do spodu z radości i przez to nie dotrę na lotnisko, albo mnie do samolotu nie wpuszczą. Wesele było bardzo udane, bo wesela pod miastem zawsze są bardzo udane i tak żeśmy świętowali, że Kurka lekko zwariował i rzucał przed siebie szklankami. A że przed nim siedzieli ludzie, to sytuacja był mocno podbramkowa i zagrażająca zdrowiu. Na szczęście sytuację udało się opanować, opić i skoro świt, odebrani przez Doriana ruszyliśmy w świat. Jednak droga do świata nie była drogą usłaną różami. Przy odprawie okazało się bowiem, że to, co podrukowałem sobie i miało być biletem, nie jest żadnym biletem i mogę sobie tym co najwyżej tyłek podetrzeć. Za wydruk zapłaciłem na lotnisku jak za trzy kolejne bilety i najchętniej jebnął bym tym wyjazdem w chuj. Ale nie wypadało aż tak afiszować swojej głupoty. Zagryzłem więc zęby, zapłaciłem i polecieliśmy. Rodzina była szczęśliwa.

Potem wszystko szło już chyba dobrze. Po zameldowaniu się w południowej części miasta kolosa Londyna, zostawiliśmy Kasię Notoryczną i Tomka juniora, a sami, ja, Dor i ciotka Monika ruszyliśmy pod klub. A klubem tym była słynna Astoria Theatre. Kiedyś teatr, potem kino, a wtedy sala koncertowa z zajebistą akustyką. Dwa lata po tym koncercie klub został zburzony i chyba Kult zagrał tam swoją ostatnią sztukę tego roku.

Na koncert wystroiłem się w koszulkę Kult Ochrony i z dumnie wypiętą piersią paradowałem po centrum Londynu. Jeśli coś takiego tam jest.

– O patrzcie! Kult przywiózł swoją ochronę! – ludzie pokazywali mnie palcami i przybijali, piątki, szóstki i siódemki. Byłem szczęśliwy.

Przed koncertem spotkaliśmy się z naszym człowiekiem z Kult Forum na obczyźnie, kibicem Łódzkiego Widzewa, Holbą. Ludzie sprzed monitorów stawali się realnymi postaciami, co cieszyło bardzo.

Menedżment zespołu w osobie PeWusa poinformowałem o przybyciu chyba dopiero przed sztuką, żeby zdziwko było jaki to jestem światowy a Szczecin to nie jest kres moich możliwości. A może zapowiedziałem się wcześniej, żeby nie popuścić ze wstydu jakbym nie wszedł na koncert? To jest do ustalenia w Londynie, w pubie przy piwie. W każdym bądź razie weszliśmy, a ja jako gość samego zespołu, dostałem na klatę nalepkę dla gości bardzo ViPażnych. Dla cioci Moniki i Dorka nalepki miały być załatwione po sztuce. Dorek został więc z ciocią na sali, a ja ruszyłem odkrywać to, co do tej pory było dla mnie nie odkryte.

Sala Astorii była duża, z balkonem na kilkaset osób, może na trzysta, może czterysta, wysoka bardzo. Obok sceny, z prawej strony było wejście do klatki schodowej, którą szło się na drugie piętro do garderoby. W klubie obowiązywał całkowity, ale taki całkowity zakaz palenia. I chcąc zapalić, a paliliśmy wtedy wszyscy bez mała, trzeba było zejść na dół i wyjściem za sceną udać się na zewnątrz, na ulicę. I jak na ulicy można było palić, to już nie można było pić alkoholu. 

– Eeee tam, pierdolenie. – Wojtuś Jabłko, który robił wtedy w technice, nie wierzył w angielską prewencję. – Patrzcie, mam drinka w kubku po kawie. I co?

I staliśmy, paliliśmy sobie, gadaliśmy, Kazik wspominał jak do Londynu jeździł lat temu kilkanaście i nagle, ni stąd ni zowąd podjechała londyńska policja. My, poza Kazikiem ,to raczej ani me ani be wtedy po angielsku i sytuacja zaczęła się napinać jak guma w majtach. Na szczęście szybko zjawił się Tomek Buch, londyński organizator tej i setek innych sztuk i pogadał za nas. Poprosił Wojtka o zabranie kubka do środka, bo w przeciwnym razie koncert się nie odbędzie. Szczęki nam opadły na angielski bruk. Mieliśmy jeden kubek na pięciu, do tego nie świadczący o jego alkoholowej zawartości, a i tak nas rozczytano zawodowo. Postanowiliśmy więc już być grzeczni i stosować się do przepisów.

Wystrojony w koszulkę Kult Ochrony, z nalepką formatu „pół a 4 na klacie”, miałem wejście wszędzie. Może nawet do łóżka królowej anielskiej, znaczy angielskiej, ale nie sprawdzałem bo zaczął grać Kult. Uwierzcie, że jak to wszystko ruszyło to publika zwariowała, a mnie włosy stanęły dęba. Nasi, tam w stolicy królestwa, spijali Kazikowi z ust każde słowo. Łaziłem, kręciłem na kamerze, ( mam gdzieś materiał, poszukam), przeżywałem bardzo. W pewnym momencie obszedłem scenę od dupy strony i stanąłem za Tomusiem Ghoesem. Kazik stanął obok mnie i zaczął do mnie mówić, a ja wszystko słyszałem jakbyśmy byli sami na scenie.

– Dobrze jest?

– Znakomicie.

– Patrz jak to tutaj brzmi. Na scenie nie ma hałasu i wszystko słychać. A jak z przodu?

– Bardzo dobrze. Głośno, czysto, selektywnie. Dla mnie bomba.

– Dobra akustyka jest, bo to był kiedyś teatr.

– Niesamowite. Nie musimy do siebie krzyczeć. Jest zawodowo. – byłem zdziwiony, bo Kazo był już lekko głuchawy a rozmawialiśmy cicho.

Po tym co odbywało się na naszej ziemi, miałem wrażenie, że jestem na prawdziwym zachodzie. Sprzętowo i organizacyjnie różnica była duża. Ale nie dwadzieścia siedem do jednego, może tak ze dwanaście do trzech? A wyprzedzając fakty, za kilka lat dogonimy a nawet przegonimy angoli o kilka długości. Przynajmniej w sztukach muzycznych średnioformatowych.

Koncert był znakomity, a Polskę wyśpiewała cała sala, podnosząc emocje do niespotykanej dla mnie wcześniej granicy. Włosy stawały mi dęba na głowie, na rękach a jak ktoś był hobbitem, to mogły by mu stanąć i na stopach.


Po koncercie w garderobie na drugim piętrze rozpoczęliśmy świętowanie. Pościągaliśmy najwierniejszych znajomych i zaczęło się przeżywanie tego czego byliśmy świadkami. Tomasz Buch, znakomity organizator, zadbał o odpowiednie zaopatrzenie w napoje i ruszyliśmy w tany. Do hotelu było niedaleko, więc nikt się specjalnie nie spieszył. Kiedy już mieliśmy w czubie tak w sam raz, najtrzeźwiejszy z nas, bo nie pijący, Piotrek menadżer skinął na mnie.

– Tomuś, jak było?

– No super. Zajebiście.

– Akustyka ci się podobała?

– Bardzo.

– To poznaj tego kolegę, jest z Australii, on robił dźwięk.

– Wow! Najs tu miczju. Wery gód dżob, men! Ajem Tomek! – poleciałem harwardzkim angielskim, żeby dać nowemu koledze szansę na złapanie o co mi kaman.

– Tutaj on coś mi mówi, przedstawia się, a że ja nic nie kumałem, to tak z grubsza piszę co on niby wtedy mówił. – powiedział.

– Wery super gód. Duj u from Australia podobno? Piotrek mi spiking.– to już ja mówiłem rozumiejąc siebie doskonale.

– Yes, yes. Melbern. – znowu on, z akcentem australijskim odpowiadał, więc jednak coś kumał.

– Gómi, weź się z nim wymień koszulkami. Daj mu koszulkę Kult Ochrony. Dobra? – Piotrek się wtrącił, chcąc mnie pozbawić mojej koszulki roboczej a czasem odświętnej.

– Jasne! Ale w Polsce mi dasz nową?

– Oczywiście! Wymień się z nim, nakręcę was!

– Dobra! Tylko weź mu wytłumacz o co chodzi.

– Dobra! Lisin tu mi frend. Giw Gómiemu jur szirt! Okej? – Piotrek znał język angielski z naleciałościami oksfordzko bruklińskimi.

– Łot? – realizator się uśmiechnął, bo chyba myślał, że chcemy od niego kasę pożyczyć.

– No ten szirt. Ty ju giw szirt Gómiemu a on giv szirt Gómiego ju. Okej? – i Piotrek zaczął go szarpać za przepoconą koszulkę. – Ałer koszulka is de Best. Espeszjal. Patrz. – i szarpał dla odmiany za moją.


Australijczyk się uśmiechnął. Ale kasy nie chciał pożyczyć. Chyba nie miał gotówki.

– Kazik, chodź nam pomóż. Kolega chyba nie rozumie po angielsku. – szukałem pomocy.

– Ale że co?

– No powiedz mu, że wymieniamy się koszulkami. Ja mu dam naszą, kult ochrony, a on mi swoją. – streściłem temat.

– Aha. – i Kazik zaczął mu mówić po australijsku chyba, bo koleś załapał.

To była wymiana życia. Ale nie dla mnie. Dostałem śmierdzący, sprany i znoszony tszirt za moją cudowną zbroję. Zajebiście. Realizator opowiadał, że koszulka którą mi daje, jest jakaś specjalna, z jakiegoś spotkania serferów australijskich  i takie tam pierdoły. Z nerwów naszło mnie na palenie.

– Idę palić.

– Ja też. Ale nie chce mi się schodzić. – Kazimierz też potrzebował nikotyny tak jak i ja.

– Tomek, gdzie tu możemy zapalić? – rzuciłem w stronę Bucha.

– Tylko na zewnątrz. Tutaj w Anglii przepisy są bardzo surowe. Wszędzie są czujki, które działają na najmniejszy dym. Musicie zejść na dół.

– Aha. To idziemy. – wziąłem Kazika pod rękę i wyszliśmy z garderoby.

Po zamknięciu drzwi, złapałem za klamkę w sąsiednim pomieszczeniu, które stanęło przed nami otworem.

– Co ty robisz? – Kabura się zdziwił.

– Nic. Wchodź. Zobaczymy co tu jest. Może można palić?

Podszedłem do okna i po chwili mocowania się z brytyjskim zamykaniem otworzyłem okno. Ale nie na oścież, bo się nie dało, tylko tak bardziej uchyliłem, na kilka centymetrów.

– Patrz! Jest szpara. Jak będziemy w nią dmuchać to czujniki nie zareagują. Dawaj fajki, jaramy. – zadecydowałem pijany.

– A jak się coś włączy? – Kazik miał więcej do stracenia, a mnie mogli nawet teleportować.

– To uciekniemy. Dawaj! Jaramy.

I zajaraliśmy jednego na spółę, z twarzami wciśniętymi w szczelinę uchylonego okna Astorii Theatru. I tak to wyjebaliśmy brytyjski system na cacy. Jakby nas Niemcy mieli przy inwazji w 1940 roku, to by się dzisiaj w Londynie prawą stroną jeździło, jak w faterlandzie.

Po opróżnieniu butelek w garderobie ruszyliśmy do hotelu, zobaczyć jak hotel ma bar wyposażony. Okazało się, że całkiem nieźle i dotankowaliśmy do pełna.

– Jutro pójdziemy tu do takiego fajnego pabu. Zbiórka o siedemnastej! Gdzie śpicie? – Kazik ustalał plany na poniedziałek.

– Na południu. Koło stacji Tooting Bec.

– To do jutra. Idę spać. Cześć. – Kazik poszedł, a my wróciliśmy na chwilę do reszty ekipy dopić piwo i się pożegnać.

Ponieważ była już ciemna noc, a my byliśmy lekko zaorani miejscowymi trunkami i emocjami, postanowiliśmy wracać prawdziwą, angielską taksówką, wersją oryginalną z szybą pomiędzy pasażerami a kierowcą. Taką też złapaliśmy na machnięcie ręką. Monika ustaliła, gdzie dojedziemy za posiadane pieniądze i okazało się, że tylko kilometr trzeba będzie przejść. Taksówkarz był niezwykle miłym chamem i co chwilę poprawiał ciociny akcent, co mnie strasznie wkurwiało. Ciocię też i mu dogryzała. Ona po angielsku, ja trochę po Polsku ale mnie cham nie poprawiał bo się raczej na polskim nie znał. Nie polubiliśmy się ani trochę. Może to przez tą australijską koszulkę, która dość mocno śmierdziała albo za dogryzanie mu? Może. W każdym razie nie pojechaliśmy ani metra dalej niż nasza kasa pozwalała. Cham wysadził nas gdzieś w londyńskiej dupie i obsikując teren jak psy, ruszyliśmy do cioci domu.  

Poniedziałek mieliśmy napięty okrutnie w plany i marzenia. Zrealizowaliśmy prawie wszystkie. Ja, Notoryczna, junior Tomasz i Dorek. Najpierw Condon Eye, czyli takie wielkie koło młyńskie, dzięki któremu zobaczyliśmy Londyn po horyzont.  Fajna sprawa, godna tej miejscowości. Wielka, potężna i luksusowa maszyna. Wszystko odbywało się w klimatyzowanych wagonikach, które podczepione u koła kręciły się powoli z dołu do góry i znowu w dół. Cudowna sprawa.

Potem zaliczyliśmy hamburgerownię sieciową. Dor, jako najbardziej znający englisz lengłicz poszedł zamawiać.

– Helloł! Plis giw mi for zestaw. Tri for old pipol end łan for czildren.

– Okej. A możemy rozmawiać po Polsku? Będzie nam łatwiej. – usłyszał i dzięki temu dostaliśmy to na co zasłużyliśmy.

Kolejnym punktem naszej wyprawy był taki wielki sklep z zabawkami. Junior miał tam używania i wyszedł z fajnymi prezentami, z których większość ma do dzisiaj. I do dzisiaj mi nie oddał za nie kasy. Ale za to ja przejąłem jego komunijne wpłaty i w sumie jestem sporo do przodu.

Przedostatni punktem, przed spotkaniem z Kultem, były odwiedziny znajomego z Krakowa w dzielnicy Arsenal. Ponieważ komunikacja w Londku jest znakomita, to odległość jak z Rynku w Krakowie do Bochni pokonaliśmy migiem, czyli metrem. Znajomy pracował w miłej restauracji, wiec zrobił nam coś espeszjal for as, i to espeszjal jedliśmy pałeczkami i było jak za granicą Europy. O czasie ruszyliśmy na nasze ostatnie spotkanie w pubie, w okolicach klubu Astorii. I wtedy się zaczęło wszystko gmatwać.

Dzisiaj są dwie wersje. Notorycznej, i ta wersja jest wersją z dupy bardzo, różną od rzeczywistości, przekłamaną i nudną. Druga jest moja, taka jaka została zapamiętana. Realna, oparta na faktach, zaskakująca, wartka, błyskotliwa i wręcz niesamowita. Nic więcej. Dorek mógł mieć swoją, ale do dziś nie pamięta, że wtedy był z nami. Ale są zdjęcia i mam na niego haka. Przeczytajcie więc moją wersję wypadków tego pięknego popołudnia w mieście Londyn, w dzielnicy Arsenal.

Na naszej stacji było sporo ludzi, którzy wracali z pracy. Przeszliśmy przez pierwsze barierki i ruszyliśmy do schodów ruchomych, które miały zwieźć nas w dół, na naszą platformę, czyli inaczej stację, skąd odjeżdżało nasze metro. Niestety, junior puścił moją rękę i zatrzymał się przed zainstalowanym w ścianie przyciskiem alarmu, który należało uruchomić przez naciśniecie w przypadku zagrożenia. Takie przyciski powstały chyba po zamachach w Londynie w 2005 roku. Zanim do młodego podbiegłem, ten już nacisnął przycisk i dał znać służbą, że coś jest nie tak. Czy coś zaczęło sygnalizować dźwiękiem czy nie użycie alarmu, nie pamiętam. Staliśmy za to chwilę, żeby w razie pojawienia się kogoś, wytłumaczyć zachowanie dziecka jako przypadek. Czekaliśmy minutę, nikt nie przyszedł, więc postanowiliśmy wiać. Zjechaliśmy na nasz przystanek, wskoczyliśmy do metra, drzwi się zamknęły, potem otwarły i ktoś zaczął bełkotać coś przez mikrofon. Pasażerowie po wysłuchaniu bełkotu, który w przeciwieństwie do nas zrozumieli, ruszyli do wyjścia na powierzchnię. I my z nimi.

Przed budynkiem metra było jakieś zamieszanie. Policja na koniach, policyjne suki na sygnale i takie tam. Chyba to wszystko spowodował mój syn korzystając z przycisku. Ale za bardzo nam się spieszyło, żeby tłumaczyć policji o co chodzi. Zresztą pewnie nikt z nich nie mówił po Polsku to i nic by nie zrozumieli. Zadecydowałem więc, że wskakujemy do pierwszego lepszego autobusu i jedziemy w siną dal. W autobusie mieliśmy się zorganizować za pomocą map transportu miejskiego które dała nam ciocia Monia. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy wskakując do klasycznego piętrusa. Nasza wesoła, a wtedy przerażona jednak czwórka i obca nam trójka policjantów. Usiedliśmy na dole. Wszyscy. My pośrodku autobusu, służby na końcu. Na kolejnym przystanku poszliśmy na autobusowe pięterko. Policjanci za nami. My siedliśmy z przodu, tamci z tyłu. Czuliśmy się bezpieczni i zadbani. Po kilkunastu minutach ustaliliśmy miejsce przesiadki, które miało nastąpić za godzinę. Jazda autobusem była ciekawsza ze względu na widoki, ale dużo wolniejsza od podróży metrem. Po półgodzinnej wspólnej podróży, nasi aniołowie coś przez nadajnik pogadali i nie spuszczając nas z oka wyszli. Wygląda na to, że musieli nas śledzić od momentu naciśnięcia przycisku alarmowego. Najpierw w monitoringu, potem osobiście. Ale po stwierdzeniu, ze jesteśmy co najwyżej wioskowymi głupkami z europy wschodniej a nie poważnymi terrorystami, dali nam spokój.  Mogliśmy więc bez stresu pruć do kolegów z zespołu.   

 Z tym pruciem to nam trochę zeszło i jak dojechaliśmy na miejsce, to część zespołu poszła w miasto, część do spania, a ci którzy czekali na nas, potrzebowali bardziej mojego ramienia jako wsparcia w drodze do hotelu. Wspólne biesiadowanie odłożyliśmy więc do  czwartku, bo w czwartek rozpoczynaliśmy polską część trasy pomarańczowej.

Nasza rodzinna wyprawa skończyła się we wtorek wizytą u królowej pod pałacem. Wspólnej herbaty nie było, bo królowa chyba na wieś pojechała, ale pokręciliśmy się w okolicy, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy na lotnisko Stansted, żeby wrócić do naszej polskiej, ligowej rzeczywistości.  

Z tym, że nie dotyczyło to mnie. Bo na mnie czekała kolejna przygoda życia na pomarańczowo. Wracałem więc z radością i nadzieją, licząc na kolejne przygody z Kultem, Kult Ochroną, fanami i wszystkimi tymi którzy już nie mogli się nas doczekać. Nas i Wafla, który miał przyciągać przygody jak jogin joginki. A czy tak się stało? Zobaczymy.

10. Pomarańczowa 2006 contyunejszyn end Big Fajnal w Spodku.

Do Wrocławia wyruszyłem zapewne pociągiem. 19.06.2006 roku. Piszę to bardziej z kronikarskiego obowiązku, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Nie pamiętam żeby wtedy coś szczególnego we Wroclovju się wydarzyło. Pewnie nawet na miasto nie wyszliśmy, w obawie, że nas po zeszłorocznej aferze prądowej mogą szukać. Może wszystko skończyło się jakąś siłownią i zdrowym jedzeniem do spania? A fuj!

Tak samo jak nie pamiętam jakoś szczególnie koncertu w Krakowie dzień później. Może poza tym, że odbył się on w klubie Studio, w którym za dwa lata będę współorganizatorem koncertu zespołu Kult i tak będzie przez pół dekady, może dłużej.  

Na krakowski koncert Dario Niepotario zaprosił piłkarza krakowskiej Wisły, wcześniejszego Lechitę, Polonistę, Legionistę, czyli piłkarza ekstraklasowego, Pawła Kaczorowskiego. Paweł wsławił się tym, że kibice Legii Warszawa go znienawidzili bo śpiewał brzydkie piosenki o niej, kiedy grał w stołecznej Polonii. I jak potem do Legii poszedł kopać, to go miło nie przyjęli i musiał stamtąd wiać. I wylądował w Wiśle. A skoro był w Krakowie, to dostał zaproszenie, bo Darek lubił zapraszać piłkarzy, a wielu piłkarzy znał i szanował. Pod warunkiem, że grali w Legii. Koncert się Pawłowi bardzo podobał i bar mu się podobał, a nam podobała się jego bezpośredniość, zwyczajność i chęć do wspólnego biesiadowania. Może to wtedy ruszyliśmy na Kazimierz większą częścią bandy? Ja na chwilkę, bo sobotę zamiast z Kultem spędzać w Rzeszowie planowałem spędzić na weselu Jarka Ordika. Bez problemu dostałem wolne, bo Rzeszów jeśli korzystał z naszej bramki, to symbolicznie. Szybko więc zwiałem zostawiając bramkarzy Kazika na mieście. Co się tam wtedy działo tego nie wiem. A ponieważ wszyscy byli poukładani, to nie działo się nic. Prawie nic.

Bo Wafla poniosło grubo na żydowskim Kazimierzu. Na wspólny aquarobik zaczął jakaś blondynkę świeżo poznaną namawiać i może by i ją namówił, ale w pewnym momencie prąd mu odcięło i obudził się w sobotę rano, chwilę przed wyjazdem w hotelu trzeciej kategorii, bo taki dostaliśmy . Obudził się sam. Ale czuł jakby nie był wcześniej sam. Przynajmniej tak sądził, że jednak aqua było uprawiane, kiedy rano w swoim łóżku znalazł czepek. I to nie taki na głowę, a bardzie taki na siusiaka raczej. Taki mały, podłużny i gumowy. Do tego w czepku było jakieś takie dziwne coś. Jakby płyny ustrojowe. Jak to zobaczył, mało z dumy nie pękł. Bo nie dość, że aqua było robione, to jeszcze dopłynął w rozkoszy do samego końca. Jak rakieta. Do eksplozji.

Jeszcze w trakcie trasy, ktoś tam się przyznał, chyba ten co z Waflem spał w pokoju w Krakowie, że tak mu się żal Wafla zrobiło, który gadał przez sen, „Żaneta, Żaneta kocham twoje blond włosy”, że postanowił jakoś spełnić nocne marzenia senne kolegi. Zakupił więc kondom, rozpakował go, napluł do niego, zmiętolił go i podłożył śpiącemu jako dowód na wspólną noc w rytmie aqu. Niewiarygodne. Co to za głupole były. Przy reszcie załogi odstawali wyraźnie swoim zachowaniem, brakiem savuoru  a nawet viwru i było nam przez to trochę wstyd.

Sobotę spędziłem pod Krakowem, na weselu. Było wspaniale, swojsko, swojako, przyjacielsko i takie tam same superlatywy różne bym sypał, jakbym umiał. Jarek jest w szczęśliwym związku do dzisiaj, ma dwójkę super dzieciaków, a ja mam nadzieję, że kiedyś i na moim weselu będzie równie wspaniała atmosfera. Ale to jak dorosnę do swych lat. Bo garnitur z tego wesela mam do dzisiaj i w niego wchodzę bez problemu. Dacie wiarę?

Kiedy ja pląsałem i się weseliłem, moi kompani od łapania robili Sodomię i Gomorię w Rzeszowie. Poniosło ich strasznie. W Rzeszowie nie było to zbyt skomplikowane, bo właściciel rzeszowskiej Akademii, otwierał alko podwoje już przed koncertem. To wprowadzało Kult ekipę w nastrój sielski i anielski. Pierwszy w tłum wskoczył ze sceny Kazik. Publika niosła go po całej hali sportowej, bo w takim miejscu koncert miał miejsce. Potem latała Kult Ochrona a na końcu nasz osobisty, bydłobusowy kierowca. Tak mu się to latanie spodobało, że latał kilka razy i po każdym lataniu opijał swój wyczyn. A ponieważ był kierowcą i jednocześnie człowiekiem o słabym trawieniu alko, w niedzielny poranek nie nadawał się do jazdy. Ale od czego była bramka? Jak trwoga to do Bzyka, Darka, Gumy, można było walić jak w dym. Tym razem kołem ratunkowym został Bzyk. Busem umiał powozić doskonale, bo nie raz i nie dwa kostkę po kraju woził i dzięki temu wyniki naszej ligi były takie jakie były.

Z wesela wróciliśmy nad ranem. Notoryczna poszła spać, a ja tanecznym krokiem ruszyłem na wylotówkę na Katowice, skąd bydłobus miał mnie zabrać do Bielska i Białej. Kilka chwil przyszło mi poczekać na transport, bo przez całą trasę nowy kierowca uczył się powozić nie swoim pojazdem. Na widok Bzyka za kierownicą, zrozumiałem, że Rzeszów nie brał ofiar i po wgramoleniu się do środka, zająłem miejsce leżące obok umierającego oryginalnego kierowcy. Długo nie pospałem, bo przy zjeździe w Katowicach na Bielsko, siedzący obok kierowcy Wafel zakomenderował:

– Stań przy tej grzybiarce Bzyku.

Bzyk stanął a Wafel przeszedł do rzeczy.

– Po ile lody?

– Piatdiesiat.

– Kurde, ale drogo! A pokaż balony w promocji. Kolega nam tam z tyłu umiera i może by chciał loda. Te kierowca chcesz loda?

– Niue! Niue chce. – bełkotał biedny a ja bałem się żeby mu się na mnie nie ulało paszczą.

– A ty? Górnik? – zapytał mnie myląc moją ksywę okrutnie.

– Może bym wziął dwie gałki? Albo trzy. – zdecydowałem się.

– Ty, Bzyk. Co to za debil? – Wafel nie wierzył, że ktoś taki jak ja jeździ z nimi. – Jedziemy. – zakomenderował, a do okna krzyczał. – Za drogo! Za drogo! Spasiba! Do swiedanja!

I szlak lody trafił przez niego i o grzyby nie zapytał.

Do Bielska daleko nie było. W hotelu odsypialiśmy czas do sztuki, przynajmniej robili to ci których poniosło, czyli ja weselnik i kierowca latawiec. Reszta, poza Waflem, który gdzieś zginął po przyjeździe, poszła na siłownię. Darek, Guma i Bzyk dbali o tężyznę i jak tylko okoliczności pozwalały, pracowali nad sobą i swoim ciałem, w co do dzisiaj nie mogę uwierzyć. A wy?

Bielski koncert został zorganizowany w centrum handlowym, na poziomie plus drugim. Żeby dostać się do garderoby, musieliśmy przejść przez galerię, potem schodami ruchomymi pokonaliśmy kolejne poziomy, pod czujnym okiem klientów, wśród których było już wielu fanów, a ci machali do zespołu i przy okazji do nas, ciesząc się na nadchodzącą sztukę. Kiedy przyszła godzina prawdy, zostaliśmy przeprowadzeni obok kręgielni do czegoś na kształt wielkiej dyskoteki. Stanowisko naszej pracy usytuowane było naprzeciwko baru, co spowodowało u mnie najpierw odruch wymiotny, który po chwili zastąpiła tak zwana potrzeba uzupełnienia płynów. Skoczyłem więc szybko do garderoby i duszkiem wypiłem butelkę elektrolitów Żywca albo Heinekena. Teraz mogłem pracować. Oczywiście do czasu.

Bo jak zespół zaczął grać, publiczność naparła na nas, barierki się zsunęły i w ostatniej chwili zdołaliśmy się uratować przed zgnieceniem. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze nastąpiło wtedy, kiedy publika zaczęła skakać. Podłoga zaczęła pracować góra-dół, spojrzeliśmy po sobie, potem złapaliśmy kontakt wzrokowy z zespołem ,który też poczuł, że wszystko faluje i nie wiem jak reszta, ale ja zacząłem się modlić i zastanawiać jednocześnie jakie mam szanse ocaleć z katastrofy budowlanej. Wyszło mi coś około dwóch procent. To chyba było mało. Ale uciec nie mogłem, bo byłem twardzielem z Kult Ochrony, formacji paramilitarnej w skład której wchodzili sami najlepsi z najlepszych. I Wafel.

W połowie koncertu zauważyłem, że wszyscy moi koledzy przyzwyczaili się do sytuacji, Kazik biegał po scenie, Jerzyk tuptał w miejscu, Gruda próbował nie usnąć, Banan stał z miną tak poważną, jakby chciał butelki wzrokiem potłuc, Morwa koncentrował się na chwytach w swojej gitarze, dęciaki radośnie popierdywały a Ghoes patrzył w lustro czy dobrze wygląda jak gra. Bo on wtedy grał do lustra. Tak się kochał bardzo, że ciągle musiał się sobie przyglądać. Z takim podejściem mógłby robić w Bon Jovi albo Modern Talking.

Ochrona też przestała zwracać uwagę na falujące podłoże i tylko ja klepałem zdrowaśki, żeby po ewentualnej katastrofie i śmierci, prosto z Bielska Białej unieść się ku wyżynom raju niebieskiego, albo przynajmniej polecieć do czyśćca. W końcu żyłem na kocią łapę a tacy mogą rozkoszy raju nie dostąpić. Zdrowaśkami chciałem poprawić swój status i liczyłem na cud.

Pierwszy wymodliłem po dwóch godzinach i trzydziestu minutach. Koncert się zakończył szczęśliwie. Kogo mieliśmy złapać , złapaliśmy, kto miał spaść ten spadł, a konstrukcja galerii okazała się na miarę naszych potrzeb. Drugi cud czekał na mnie w garderobie, bo nie wszystkie piwa wypito i można było kolejne przeżycie świętować. Po kilku jasnych pełnych, nucąc pod nosem:

Znowu dziś widzę zachód słońca 
Znowu udało się doczekać końca 
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było 
Wielu, nawet ich nie liczyłem 

Codzienne żniwo swoje zbieram 
Kres podróży każdego dnia 
Być czy mieć? – takie dwa pytania 
Bliżej ku celom posiadania 

Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć 
Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele 
Gdy wszystko skończy się jak myślałem 
Wsyp mnie do ziemi, stąd przyjechałem 

Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon 
Bim-bom, bam-bim-bom 
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
*  

   *Kult, fragment utworu” Komu bije dzwon”

udałem się do hotelu. Jeszcze dobrze nie usnąłem a już trzeba było wstawać, żeby zdążyć na pociąg o 5:00, dzięki czemu mogłem prosto z dworca udać się do pracy. A towarzyszył mi nieodłącznie mój kochany Kult, który podśpiewywałem sobie leząc na dworzec.

Więc głowa do góry, gdy dzień wstaje rano 
Od tego są nogi, by łazić na nich 
We dni, czy gorsze, czy lepsze 
Ten jest ostatni, który nie pierwszy 

Brzdęk, pękła czara pełna goryczy 
Rozlanych kropel już nie policzę 
Który dzień będzie ten dzień ostatni 
Byłem czy miałem? – dwie zagadki 

Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć 
Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele 
Gdy wszystko skończy się jak myślałem 
Wsyp mnie do morza, stąd przyjechałem*

 *Kult, fragment utworu „ Komu bije dzwon”

Na dworcu poza sobą samym spotkałem też Janka Zdunka, który okazał się rannym ptaszkiem i korzystając z dobroci połączeń krajowych ruszył do najbliższych. Mieliśmy kilka dni na połapanie domowych spraw, podchowanie pacholąt i w moim przypadku między trasową harówkę w robocie. Byle do czwartku pomyślałem, bo tam czekała na nas sama Stolnica! Znaczy stolica wszystkich Polaków, Warszawa.

Koncerty trasy pomarańczowej w Warszawie miały miejsce w Stodole. Takim klubie. Żeby było po warszawsku, koncerty były dwa i to dzień po dniu. Młodzi Warszawiacy byli liczniejsi niż Młodzi Polacy w reszcie kraju, a już o Polsce C to nie wspomnę, bo tam żeśmy nie grywali. Tylko w Polsce A ( stolica) i Polsce B ( na zachód od Wisły). W C nie spodziewaliśmy się zastać słuchaczy naszej grupy którzy kupili by wystarczającą ilość biletów.

Pokój w hotelu miałem tylko dla siebie. Sam i dwa łóżka! I dwie noce. Z tego powodu jedną spędziłem na łóżku od ściany a drugą na łóżku od okna. Jak król. Z koncertów pamiętam niewiele. Sama Stodoła co prawda robiła na mnie wrażenie, tym bardziej, że byłem tam po raz drugi i trzeci, a pierwszy i drugi spędziłem od strony sceny. Na pewno było sporo znajomych z Kult Forum i poza łapaniem z tyłu głowy miałem myśli o szybkim końcu i wspólnym piciu piwa z nimi. Nasi stołeczni Kult Ochroniarze na swoim terenie zmieniali się w owieczki i przychodzili do pracy, a po niej zmykali do domu. Ja za to byłem królem życia.

Najpierw poznawałem wszystkich znanych których nie znałem, rodziny i przyjaciół zespołu,, potem łapałem, a po łapaniu leciałem do znajomych forumowiczów, bo w Warszawie ich obrodziło najwięcej z powodu najszybszego rozwoju sieci internetowej. Część znałem na żywo wcześniej, część poznałem tego dnia i na żywca mogliśmy się skonfrontować. Bo życie w sieci i życie w realu to jednak dwie różne sprawy. Wtedy wszystko siadło i było miło.

W naszej ochroniarskiej ferajnie też następował szybki rozwój. Dużo podśpiewywaliśmy z publicznością, tańczyliśmy, klaskaliśmy w dłonie do rytmu, a Guma, który okazało się umie grać na gitarze, z moim ukochanym zespołem występował na scenie. Było bosko, było rodzinnie, było cudownie. Spełniał się mój sen.

Z Warszawy, po dwóch udanych i wyprzedanych koncertach, uderzyliśmy na Łódź, na przedostatni koncert tej trasy. Niestety nie z tym śmiesznym kierowcą co ostatnio, bo mu  po Bzyczej jeździe na trasie Rzeszów – Bielsko padła skrzynia biegów. Uć. Tam miejscówkę w tych czasach mieliśmy w Dekompresji, w której dowodziła Emila. Łodzi nie lubiłem wtedy za bardzo. Tam wszystko budziło się trochę wolniej, czas zatrzymał się jakby w końcowej fazie komunizmu. Niby centrum Europy, a z tego co za oknem widziałem, czułem się jakbyśmy w Rumuni byli. Do tego jesień mogła mieć  wpływ na takie postrzeganie przeze mnie  rzeczywistości, albo osobny hotel dla bramki, który lokował się w piątej kategorii klasy na klas sześć, i klub który powstał w starym, mocno zaniedbanym kinie. Starym ale dużym. Jak Świt i Światowid w mojej rodzinnej dzielnicy. Łódź była pod względem pracy miejscem niezwykle ciężkim. Bo latający tubylcy mieli sporą nadwagę i wysysali z nas resztki energii. Tak bardzo, że po wszystkim nie mieliśmy już siły na nic. Nawet na powieszenie się w smutnym hotelu w smutny jesienny dzień.

Ostatni koncert roku Pańskiego 2006 wypadł w największej hali jaka w naszym kraju chyba istniała wtedy. W legendarnym katowickim Spodku. Emocje jakie towarzyszyły temu wydarzeniu czuć było już od początku trasy. Piotrek co jakiś czas sprawdzał sprzedaż i rozemocjonowany przekazywał Kazikowi, muzykom a i nam, że grupa Kult idzie na rekord frekwencji. Z powodu spodziewanych tłumów, wzmocniliśmy ilościowo, choć chcieliśmy też jakościowo wzmocnić, naszą ochronę. A jak to wyszło? Zaraz zobaczycie.

Jednego bramkarza załatwiłem ja. Esa, mojego starego przyjaciela z Jastrzębia Zdroju, fana Kultu, chłopa na schwał. Dwóch niewąskich zawodników dostarczył Dario. Jacka i Koziego. Dla Koziego było to ważne wydarzenie, bo zaaklimatyzował się w naszej grupie szybko i zaraz po tym, jak nauczył się rozróżniać Kult od KNŻ tu i Kazika solo, których też znał chujowo, został żelazną podporą, pierwszym bawidamkiem i podkręcaczem publiki w naszej szajce.

Ponieważ z Nowej Huty do Spodka jest rzut Seatem, zabrałem rodzinę całą w sile trzech osób. Siebie, Notoryczną Narzeczoną i Tomasza Juniora. Nocleg był zaplanowany w hotelu Olimpijskim, z którego na halę przechodziło się w kapciach. Była więc szansa, że nasz pięciolatek bez mała, Tomasz Karol, da radę przetrwać sztukę i dowie się z jakiego to powodu jego ojca pojebało bez reszty.

Na miejsce dotarliśmy grubo przed czasem. Jak wszyscy. Zbiórkę urządziliśmy u Darka w pokoju. Nowi nie byli w ciemię bici i mieli zaopatrzenie w postaci kilku wiśniówek. Postanowiliśmy więc jedną, góra dwie rozpracować przed robotą. Tym bardziej, że w Spodku było zimno. Przynajmniej na początku. Zanim odbiliśmy pierwszy flakon, zjawił się Esu. Też coś miał, ale odłożyliśmy to na potem i zaczęliśmy się rozprawiać z wiśnią nowych. W trakcie suszenia butelki drugiej wpadł do nas Kazik, wypił maluszka, może nawet dwa i poszedł koncentrować się do swojego pokoju przed najważniejszą sztuką sezonu 2006. Tym bardziej, że zanosiło się na rekordową frekwencję. Sześć tysięcy Ślązaków, wspartych ludnością polską wypełnił nić miało katowickie UFO po brzegi.

Wspomniałem wyżej, o małym co nieco, które przyjęliśmy przed pracą. Bramka i Kabura. To było naprawdę małe co nieco, bo jak ująć dwie półlitrówki na sześciu? A to co wydarzy się poniżej jest dla mnie tak niezrozumiałe, jak w czasach obecnych, popularność Tomka Organka jako pisarza.

W korytarzu, z którego zespół muzyków wchodził na, a my, bramka pod scenę, byliśmy tak ze dwadzieścia minut przed czasem. Wszyscy niemalże. Nawet moi ukochani, których zaopatrzyłem w kamerę do kręcenia mnie przy robocie, oraz opaski pozwalające krążyć im wszędzie, gdzie tylko by mieli  ochotę. Wszystkich związanych z trasą nosiło po całym korytarzu. Tylko zespół stał po kątach, skoncentrowany i przypominający sobie ostatnie nuty, żeby coś nie pochrzanić. Bramka krążyła od ściany do ściany, jak dziki w żołędziach. I wtedy, nie wiadomo kto i nie wiadomo czemu, wyjął biały marker i całej warszawskiej części bramki, poza Bzykiem, wymazał na Kult Ochroniarskich koszulinach znak Legii w kółku i słowo W-Wa. Na całej klacie! Jak to Wieteska menadżer Piotr zobaczył, to mało nie klęknął. Tym bardziej, że sam chylił się bardziej ku Polonii Warszawa, choć i Legii ciepła nie żałował. Decyzja była więc tylko jedna.

– Panowie! Tak nie można! To jest zespół muzyczny i nie chcemy siać antagonizmów. Czy was Bóg opuścił? – powiedział Piotrek, choć nie mam pewności czy użył Boga jako autorytetu, czy powiedział raczej, że nas, a raczej ich, tych z Warszawy po prostu pojebało. – Idę po nowe koszulki i nie chcę drugi raz tego widzieć. Kto to wymyślił?

– Wafel! – zakrzyknęliśmy razem choć Wafla wtedy nie było z nami, bo miał zlot joginów pod Łomżą.

Koncert rozpoczął się punktualnie z dziesięciominutowym opóźnieniem. Zespół zaczął grać, tłum ruszył w stronę barierek, barierki przesunęły się w stronę sceny, ale szczęśliwie zatrzymały w odpowiedniej odległości. Ludzie zaczęli płynąć wartkim strumieniem po swoich głowach w naszą stronę, więc nie było czasu na myślenie. Złapać, odstawić, patrzeć czy złapany nie chce na scenę wleźć, złapać, wyciągnąć, postawić, przesunąć, złapać. Uważać na nos, uskoczyć, przykucnąć, osłonić się. I nie za piersi, kuciapy czy moszny. Kontrolować miejsce chwytu. Wszyscy dawali radę. Prawie wszyscy.

Bartek, mój protegowany jakby stracił panowanie nad swoim ciałem. Brakowało mu wyczucia odległości, zachowywał się tak, jakby nie zauważał płynących do niego po ludzkich głowach wariatów. Jak już kogoś zauważył, to robił jakiś dziwny koszyczek, taki chwyt jakiś niespotykany i ludzie koło niego spadali. Kątem oka zobaczyłem Pewusa jak stoi i patrzy czy dajemy radę. Bartek nie dawał i wyglądało to słabo. Ale tak od trzeciego kawałka, wszystkie oczy i uszy zaczęły wytężać swoje zmysły do granic możliwości ponieważ Mistrz zaczął wokalnie kuleć. A Bartek zaczął łapać prawidłowo. Tylko nikt tego już nie widział bo mieliśmy problem na mikrofonie.

A dokładniej, precyzyjniej, tak prosto z mostu napiszę, że Kazik zaczął mocno fałszować i mylić teksty. Sam stojąc w fosie miałem problem ze śpiewaniem pod nosem wraz z moim idolem, bo nic się nie zgrywało. Zespół robił dobrą minę do złej gry, Kazik walczył sam ze sobą i z muzyką.  Raz było lepiej a raz gorzej. Kasia kręciła zamiast mnie muzyków, młody Gomółka po kilku kawałkowej euforii usnął na trybunie, a ja zastanawiałem się czy uda się ten koncert dokończyć. Ale przecież Kazik to Kazik, i dał radę jakoś dośpiewać do bisów, pomimo problemów z samym sobą.

W przerwie miała miejsce mała uroczystość, która odbywała się co roku na zakończenie trasy. Kazik wyczytywał wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z trasą, od menadżera do kierowców. Nasza Kultowa paka, poza zespołem i łachudrami spod bramek, wyglądała tak: Kajtuś realizator, Sebuś techniczny monitorowiec, Wojtek Jabłko, wtedy techniczny, Stanisław, legenda warszawskiej i polskiej techniki, i wszyscy inni których nie pamiętam. Mnie odwalało równo tego wieczoru. Koniec koncertu łapałem ubrany w czyjąś śmierdzącą i przepoconą czapkę, może i swoją, potem pod nią ubrałem worek foliowy z wody mineralnej i wyglądałem jak kretyn, choć wtedy myślałem, że jestem zabawny i ładny. Nie byłem.

Po całej ceremonii Kazik podszedł do Darka i coś mu na ucho powiedział. Już w fosie Dario podszedł do mnie i przekazał:

– Góma, będziemy Polskę śpiewać.

– Jak to śpiewać?

– No do mikrofonu. Zespół zacznie grać, my wskoczymy na scenę i zaśpiewamy pierwszą zwrotkę. Pamiętasz?

– No jasne. Wszystko pamiętam. – mówiłem jak automat, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego co się dzieje.

Po chwili Irek ruszył z pochodem basowym rozpoczynającym kultowy prawie hymn, Darek przycupnął przy krawędzi sceny i na znak Kazika pociągnął mnie za sobą. Wszystko zadziałało mechanicznie. Złapaliśmy wspólnie za mikrofon i jak na członków Kult Ekipy przystało, stanęliśmy na wysokości zadania śpiewając mocno i równo:

Poranne zorze, poranne zorze 
Gdy idę w Sopocie nad morzem 
Po plaży brudno-piaskowej 
Bałtyk śmierdzi ropą naftową 
Poranne chodniki 
Gdy idę, nie rozmawiam z nikim 
Jak jest w niedzielę nad ranem 
Po sobotnich balach chodniki zarzygane 

Polska 
Mieszkam w Polsce 
Mieszkam w Polsce 
Mieszkam tu, tu, tu, tu
*

*Kult, fragment utoru”Polska”          

I na czwarte „tu” przekazaliśmy mikrofon Mistrzowi, przybiliśmy piątki i wróciliśmy do pracy pod sceną. Byłem wniebowzięty. Spełniły się moje najskrytsze marzenia o których nawet nie marzyłem śnić.

Po robocie wiwatom nie było końca, nikt nawet jakoś specjalnie nie wspominał o niedyspozycji Kabury, a jeśli nawet to w żartach. Cieszyliśmy się że już koniec, nie spodziewając się burzy ,która zbierała się nie tyle nad naszymi, co nad naszego lidera głową. Ale zanim burza nadeszła ruszyliśmy w tany.

W hotelu Olimpijskim jest fajna knajpka z dobrym jedzeniem i napitkami wszelkiego rodzaju. Tam rozpoczęliśmy zabawę. I w pokojach, bo tam znowu można się było na start zaprawić niskim kosztem. Zabawa zabawą, ale mieliśmy też jakąś zbiórkę do wsparcia. Bzyczyna więc zorganizował koszulkę Kult Ochrony i poszliśmy razem do pokoju Kazika poprosić o autograf.

Na hotelowym korytarzu wpadłem na Janka Grudzińskiego.

– Słułułuchaj Goomi. Czy ja mógłby się jutro zabrać z tytyobą do Krakowa? Mam wynajęty apartament, narzeczona przyjeżdża i chcemy kilka dni spędzić to tu to tam.

– Ależ oczywiście! Nie ma sprawy. Ruszamy koło południa. Może być?

– Zyzynakomicie. Dziękuję. Ucałuj małżonkę.

– Sam ucałujesz jak Tomka uśpi. – cieszyłem się strasznie, że mogłem być pomocny moim idolom jakkolwiek tylko potrafiłem. I pognałem za Bzykiem do Pana Kazika.

Puk.Puk.Puk.

– Co tam? A to wy. – powiedział Kazik na nasz widok, wchodźcie.

– Kazo, my na chwilę. Koszulkę chcemy dać na licytację. Kult Ochrony. I żeby poszła drożej, to chcemy cię prosić o autograf? Możemy? – zapytałem.

– Możemy? – powtórzył ironicznie – Zawsze możecie. Lucka znasz Gómi? Bo Bodzia to pewnie kojarzysz?

W pokoju wokalisty gościli od prawej, mojej prawej, lekarz medycyny konwencjonalnej Lucek i bramkarz Łódzkiego Klubu Sportowego, Bodzio W. Lucek mieszkał w Katowicach i miał niedaleko, a Bodzio po meczu wziął taksówkę i przyjechał na koncert z Łodzi. Prosto po meczu. Obydwoje mieli swoje miejsca w Kazika sercu i jego twórczości.

Przywitałem się serdecznie, przedstawiłem dygając jak uczennica i po załatwieniu sprawy z koszulką wyszedłem obiecując powrót za jakiś czas. W międzyczasie zaliczyłem wizytę w knajpie, pokój ochrony i rozmowę z Esem, który był załamany.

– Nie wiem co się ze mną stało. Od dwóch dni się strasznie denerwowałem, nie mogłem spać i jeść. Gómi! Sraczkę miałem ze stresu. A jak zobaczyłem tyle ludzi to się przeraziłem i było jak było. Chujowo. – nawet dużego Bartka emocje pokonały.

– Nie martw się. Może jeszcze kiedyś połapiesz w Kulcie. Będę się starał, żebyś dostał szansę.

– Przeproś Wieteskę. Głupio mi.

– Sam se przeproś. Tylko za co? Zdarza się najlepszym.

Po sprawdzeniu jak tam moja rodzina sobie radzi, zdrowo podlany wróciłem do Kazika i jego gości.

– Aaa. To jest ten Gómi z Huty. – Lucek zaczął mnie badać. Jak lekarz.

– Aaa. To jest ten Lucek z piosenki? – Odparłem atak i się polubiliśmy od razu.

Bodzia to jak bym znał od lat. Jak jeździłem do Mielca na obozy kadry Makroregionu Małopolskiego, to nie raz oglądałem na żywo treningi Stali, w której Bodzio zaczynał. Poza tym Kazik mi o nim sporo opowiadał, bo zakolegowali się razem kiedy Boguś kopał w Legii. W pewnym momencie, mocno już podlany zaproponowałem Bodziowi prezent.

– Bodzio, a Nową Hutę lubisz? – zapytałem.

– Lubię. Hutnika znam. No lubię.

– To mam dla ciebie prezent! – i ściągnąłem piękną bawełnianą bluzę z kapturem w kolorze szarym, z wielkim, pięknym napisem Nowa Huta. – Masz. Jest twoja!

– No co ty?

– Masz! – brzmiało to już trochę jak „ze mną się kurwa nie napijesz”?

– No bierz jak ci daje! – Kazik się nie zastanawiał i wziął bluzę z moich rąk i dał Bodziowi.

– Dzięki. – Bodzio był zaskoczony.

– To napijmy się! Luceeeeek! Polewaj! – wokalista obudził doktora.

Doktor burknął:

– Czego? – i znowu zasnął, więc jako najmłodszy polałem ja i zaczęliśmy rozmawiać o futbolu w wydaniu naszym krajowym.

A że pod futbol wódeczka wchodzi jak ta lala, to po pół godzinie byliśmy już mocno porobieni. Ja najbardziej, potem wokalista i na końcu, najlepiej wytrenowany z nas, Pan Bramkarz Piłkarski. Wtedy też uświadomiłem sobie, że bluza która stałą się  prezentem była jednak droga, jak na mój portfel, i postanowiłem o nią powalczyć.

– Boguś, ale obiecaj mi, że będziesz w niej chodził. Obiecasz? – mówiłem ze łzami w oczach.

– Będę! – Bodzio był konkretny.

– To dobrze, ale jak byś nie chciał w niej chodzić, to nie musisz. Możesz mi ją oddać. Dobrze?

– Dobrze. Masz.

– Ale nie. Nie oddawaj. Bo jak będziesz chodził to jest twoja. Ale jak nie no to wiesz, szkoda by było.

– Kurwa. Gómi! – Kazik się wtrącił, a że przeklina niezwykle rzadko, o musiałem go zezłościć mocno – Skoro już mu dałeś to mu nie zabieraj. A ty mu – spojrzał w stronę Bodzia – prezentu nie oddawaj.

– Nie zabieram. Ale zrozum, że jakby miał nie chodzić w tej bluzie, to się zmarnuje. – kluczyłem jak mogłem. – Bodzio! Będziesz chodził? Obiecaj! – prawie płakałem.

– Będę. – Bodzio był nieugięty i lekko już zdezorientowany całym bluzowym zamieszaniem.

– To napijmy się! Luceeek! Pobudka!

Lucjusz nie wstał, Bodzio postanowił wracać, bo koledze taksówkarzowi fajnie się nas słuchało, bo siedział z nami i za brak jego postaci w tym co spisałem przepraszam, ale czas naglił a droga była daleka. Ja też się ocknąłem, że przecież rano mam jazdę do domu i pora najwyższa przestać pić. A za oknem prószył pierwszy śnieg i droga do domu nie jawiła się jakoś kolorowo. Wstałem, pożegnałem gromkim cześć żyjących kolegów, ostatni raz rzuciłem smutnym okiem na bluzę i kiedy łapałem za klamkę poczułem na ramieniu rękę Mistrza. Odwróciłem się a ten spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał:

– Powiedz szczerze, jak przyjaciel. Naprawdę było tak źle? Tylko szczerze!

Ale mnie zaskoczył. Dawno zapomniałem o tym, że tego wieczoru coś  mogło być źle i odpowiedziałem jak przyjaciel.

– Nie było źle. Naprawdę. Nie było dramatu. Nie martw się. – i z takim przekonaniem uściskałem swojego Mistrza i poszedłem spać.

Długo nie spałem bo emocje trasowe ciągle we mnie buzowały i postanowiłem zejść na śniadanie wcześniej, spokojnie posiedzieć, pożegnać kolegów z szajki i w miarę sprawnie wyzerować organizm z alkoholu. Miałem mieć na pokładzie rodzinę i Grudę, to musiałem być czysty jak łza.

Restauracja była już zaludniona. Był Piotrek, był Banan, był Jeżyk.

– Piotrek, którym pociągiem jedziesz? – zapytał Banan.

 – Tym ósma pięćdziesiąt. – odpowiedział menadżer.- Zaraz będę zamawiał taksówkę na dworzec.

– To zabiorę się z tobą.

– Dobra.

Atmosfera była jakaś taka niewyraźna. Zespół siedział porozrzucany po całej sali, jakby się nikt nie znał. Może nie aż tak, ale czuć było jakiś dystans. Zapewne dosiadłem się do Irka. Pewu szybko zjadł i wyszedł, Banan z kimś gawędził i nie spieszył się jakoś specjalnie.

– Szkoda tej wódki co miała być na koniec trasy. – Jerzyna zagadał od razu o chlebie.

– Jakiej wódki? Coś miało być na finał? – nic wcześniej nie słyszałem w tym temacie, bo pewnie bym po sztuce naciskał żeby było za darmo pite. Bo nie po to się jeździ i te sprawy.

– Miała być skrzynka wódki. Ale po tym zamieszaniu z Kazikiem, Wieteska się wściekł i nie pozwolił z busa premii wyciągać.

– Aha. – zrozumiałem, że jednak nie wszystko wczoraj było okej. – A Kazik już jadł?

– Kazik? Nie. Nie wziął gaży za koncert i pojechał pierwszym pociągiem o piątej.

– Ale jak to? Siedziałem u niego do drugiej. Gadaliśmy. Bodzio był, Lucek. Ty, Jerzyk, przecież dramatu nie było. Sam widziałeś.

– Jasne, że nie było. Ale ludzie to ludzie i swoje wiedzą. I może być z tego zamieszanie. – prorokował basista pomiędzy jednym a siódmym kęsem.

Śniadanie przebiegało w spokojnej atmosferze. W końcu i Banan ruszył na pokoje, żeby się ogarnąć. Pojawił się po kilkunastu minutach, akurat jak Zdunas przyszedł jeść.

– Widział ktoś Wieteskę? – waltornista był podenerwowany.

– Ja widziałem. – Janek Zdunek aka „siła spokoju” był zorientowany w sytuacji – wsiadł do taksówki i odjechał pięć minut temu.

– Co? Jak to? Miał mnie zabrać? Tak się kurwa nie robi. – Banan się wściekł, zabrał walizkę i wrócił do hotelu.

Wróciłem i ja. Pojedzony i szczęśliwy. Promile schodziły, pogoda była raczej do dupy a ja czekałem aż moja kamanda wstanie, bo zamierzałem zjeść przed wyjazdem drugie śniadanie, nie po to i te sprawy znałem już i praktykowałem. Szedłem sobie rozanielony do siebie, kiedy w połowie korytarza zobaczyłem Banana i jego walizkę, Morawkę, i jeszcze kogoś.

– O! Idzie. Przydupas Wieteski! – wypalił Banan na mój widok.

Aż mnie zagotowało na takie porównanie. Przydupas. Jakby to był ktoś inny, z innego zespołu najlepiej, to bym mu nagadał, że hoho. Ale to był Banan. Krzysiu, którego waltornia w „Niejednym” rozkładała mnie na łopatki.

– A co ci się kurwa nie podoba? – po pierwsze grzecznie, taką miałem zasadę. – Jaki kurwa przydupas?

Ależ się koledze skojarzenia nasunęły. Starałem się wszystkim nieba przychylić, i jako osoba niekonfliktowa wtedy, kochałem ich jak braci. Bez względu na jakim instrumencie kto grał. A nawet tych nie grających lubiłem bardzo, bo zespół to nie tylko ten co na przedzie, ale i ci którzy w cieniu na niego pracują. Kazik mnie tego nauczył. Oczywiście, że z Piotrkiem byłem troszkę bliżej. Relacje nasze wybiegały daleko poza relacje pracodawca – pracownik, zresztą nigdy tak się nie czułem. Kult Ochrona nie była pracą a pasją, za którą, poza rodziną, dałbym się pokroić. Do tego mocno trzymałem kciuki za nowy projekt menadżera Kultu o nazwie Buldog, a to już nie wszystkim pasowało.

– No nie Gómi. Żartowałem. – Krzysztof zluzował napięcie – Ale bliskim kolegom jego jesteś. Buldog ci się podoba. Ale to co twój kolega dzisiaj zrobił, to jest przegięcie.

– To prawda. Słabe to było. – nie miałem argumentów, nawet waleta w rękawie, żeby Piotrka bronić. Poza tym kim ja byłem wtedy żeby zespół ustawiać po kątach? Może za rok…

– Przykro mi. – powiedziałem i poszedłem do pokoju. – Idę do pokoju. Dziecko muszę zabrać na śniadanie.

Po tym cały zamieszaniu, około godziny pierwszej po południu, załoga  zielonego Seata zgromadziła się po w okolicy pojazdu. Notoryczna Kasia Narzeczona, jej i mój syn Tomasz Karol Junior, ja jego ojciec a Notorycznej, Notoryczny Narzeczony i Pan Janek, klawiszowiec i gitarzysta mojego ukochanego zespołu na świecie.

– Jasiu, dawaj walizkę do bagażnika i siadaj z przodu. – pokazałem koledze miejsce w szeregu, a dokładniej w aucie. – Ruszamy powoli, bo pogoda jest do dupy i szybko nie pojedziemy. Rozumiesz. Rodzina na pokładzie.

W samochodzie każdy zajął wskazane mu miejsca, zapaliłem silnik, włączyłem światła i dałem na maksa wentylator. Ale ten nie zadziałał.

– No nie kurwa. Wentylator nie działa. Ja pierdolę. – dostałem ataku jak zawsze. Mam to po dziadku Marianie, który jednak nie przeklinał jak się denerwował. Więc po kim ten język mam? Chyba po synu swoim, bo on też klnie jak szewc.

– Kochanie nie przeklinaj. Dziecko jest w aucie. I gościa mamy. Co sobie kolega o tobie pomyśli?

Pan Janek wiercił się nerwowo, bo może nie znał mnie od tej strony, a ja opanowywałem sytuację najlepiej jak tylko mogłem.

–  Nie przeklinaj. Nie przeklinaj kurwa mać. Szyby mi parują, chuja widzę, droga zaśnieżona, a opony mam letnie. Matko Boska…! – potrafiłem mieszać przekleństwa i osoby boskie w jednym słowotoku jak nikt. – No nic kurwa. Jedziemy.

– Damy radę! – Jasiu był wzorem spokoju, opanowania i natychmiast wprowadził atmosferę damyseradejakośchoćjestdodupy.

Ruszyłem, wspomagając się jakąś szmatką do szyb. Jednak cztery osoby w zimnym aucie nie pomagały szybom. Nie pomagało ich uchylanie, a po przetarciu zostawały rozmazane i jeszcze gorzej przez wytarte miejsca widziałem.

– Bo ja to czasem tak mam. – Jasiu postanowił zabawić nas historiami swojego życia – Jakbym jakiegoś pecha przyciągał. Przy mnie lubią się psuć przedmioty. Bardzo rzadko oczywiście, ale się zdarza.

Spojrzałem na niego spod oka, groźnie i Janek się uspokoił, bo pomyślał zapewne jak ja, że jeśli go wyrzucę to wszystko się naprawi.

– Wiem, wiem. Miałem tak w Bel – Polu. – postanowiłem opowiedzieć swoją sytuacją, bo jednak zacząłem wierzyć w PanaJankowe możliwości. – Do nas też przyszedł gość. Jak mu zacząłem fakturę drukować, to drukarka w połowie drukowania stanęła. Poszedłem do stanowiska obok, a tam drukarka nawet nie ruszyła. Zrestartowałem swoją i nic. Wtedy chłop mi opowiada, że rzeczy martwe przy nim wysiadają.

– I co? – Notoryczna też słuchała zainteresowana.

– I kazałem mu wyjść na papierosa. Zrestartowałem wszystko jeszcze raz, jak chłop wyszedł i ruszyło. Janek. Wysiadasz. Może to pomoże?

– No co ty Gómi? Serio? – Jasiu się wystraszył.

– Żartuję. – uśmiechnąłem się, bo udało się przez miasto Katowice przejechać bez kolizyjnie i było już z górki. Autostrada, Kraków i jesteśmy u celu.

Ale nie było. Po pięciu kilometrach miałem dość. Nic nie widziałem i musiałem jechać autostradą pięćdziesiąt na godzinę.

– Będę ci szyby wycierał! – wpadł na pomysł pan Janek chcąc być użytecznym.

Ale szmatka do szyb była już wilgotna i tak rozmazywała, że było tylko gorzej.

– Jest gorzej. Zostaw.

– Lepiej. Przynajmniej na chwilę.

– Gorzej. Bo mi rozmazujesz tę szczelinę na dole szyby, a ja przez nią widzę dobrze.

Szczeliną była niewielka przestrzeń u dołu szyby, w której widoczność była bardzo dobra dzięki temu, że tam dmuchało powietrze które wytwarzał pęd jadącego auta. I jak zsunąłem się na fotelu i przekrzywiłem głowę, to mogłem jechać i sto na godzinę. Ale Janek tego długo nie kumał i mi zamazywał przed oczami świat .

– Przestań mi mazać!

– Wycieram.

– Mażesz. Mam szczelinę jak w czołu i tam widzę super. Nie dotykaj.

– Jak chcesz. Będę wycierał tylko sobie. To opowiem wam o depresji, bo ostatnio znowu miałem.

I zaczął opowiadać o depresji. Czymś o czym w wieku trzydziestu trzech lat nie miałem bladego pojęcia. Bo czy ktoś w Nowej Hucie słyszał za komuny o jakiejś depresji? Czy ktoś znał taką chorobę? Ja na pewno nie. Ale niestety wkrótce ją poznałem. Zachorowałem na depresję i miałem ataki bardzo często. Wtedy przypominałem sobie tę podróż z panem Jankiem kochanym i już wiem gdzie się tą depresją zaraziłem i od kogo. Jak katarem.

Po dwóch niecałych godzinach dotarliśmy do granic miasta królów. Wtedy klątwa Janka co do rzeczy martwych uległa rozszerzeniu na żywych ludzi i mały Tomek zaczął wymiotować. Psuło się już wszystko. Przedmioty i ludzie. Aż strach było jechać do nas. Ale skoro już Janka na kilka godzin zaprosiłem, zanim mu kwaterą ogarną i narzeczona nadjedzie, to wstyd było to nagle zmieniać. Raz kozie śmierć pomyślałem, bojąc się o komputer, pralkę, telewizor, lodówkę i papugi.

Na szczęście w domu nic nie padło, dziecko wyzdrowiało, a my z drinkami w ręce rozsiedliśmy się przed komputerem. Wleźliśmy na Kult Forum, żeby po Katowicach poczytać peany na naszą cześć. I wtedy doznaliśmy szoku.   

Gównoburza jaka się rozpętała na internetowych stronach Kult Forum rozłożyła nas na łopatki.  Czytaliśmy z rozcapierzonymi gębami:

(Poniżej, pismem pochylonym na prawo, pisownia oryginalna ze strony Kult Forum z roku 2006)

Włsnie wrocilem ze „Spodka” gdzie byłem na???? konercie kultu….masakra. Kazik się najebał i próbował spiewać ale na probach sie skonczylo… mylił teksty itp.(przynajmniej dedykacje z kartek ładnie czytał.!) Jedna wielka kuuuupa. W sektorach siedzacych zapanowała konsternacja.I tak sie zastanawiam moze jestem juz na to za stary,(mam 23lata) za dużo wymagam czy co??? Jak ide na koncert to see chce dobrej muzyki posluchac czysto zaspeiwanej. Moim zdaniem danie w banie i tym spsobem zjebanie wystepu to lekcewazenie widza,myle sie???? (Żal mi chlopakow z zespolu bo na instrumentach zapierdalali az milo)…Na koncert K. juz sie nie wybiorę bo zostałem wyruchany w dupe. Lubie ta kapele i slucham jej od dawna nie wiem co mam myslec. Moze gdybym poszedl na plyte inaczej bym to odebrał? Albo ja się starzeje albo….Kazik?

*

 kurwa, tego sie nie spodziewalem… jesli to prawda (w co szczerze watpie!!!) to… nieciekawie. 
jakby nie mogli paru godzin z tym piciem poczekac. ech…
 

*

musze niestety po czesci przyznać racje Miloszowi. 
Kazik niestety był nawalony, mylił teksty prawie w każdym kawałku..
przy „lewe lewe loff” miałem jedną myśl w głowie: kończ waść…  
8  bełkot

*

Na koncercie nie byłem, ale czuję jakbym w pysk dostał…
Ej…. jaja sobie robicie….?
W sumie to wokaliście najtrudniej ukryć, że jest pod wpływem

No to pięknie. Mógł być najlepszy koncert trasy, ale dzięki Kazikowi był najgorszy. Dobrze, że nie byłem, ale bym był wkurwiony. Tak to jestem tylko, kurwa, zniesmaczony.

P.S. Trzeba mieć nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz. Raz coś takiego można wybaczyć. Po drugim takim wyczynie to by ludzie przestali tak licznie na ich koncerty chodzić.

Tak na marginesie, to Kazik- ile to będzie 5000 (może 6000) razy 35 złotych??

*

najgorszy koncert Kultu na jakim bylem. A bylem na kilkudziesieciu.
Najebany Kazik belkotal. Czasem zamiast spiewac – PROBOWAL mowic, ale i to mu ciezko przychodzilo.
Juz nie mowiac o TONACJI, bo wszystko, caly koncert na jednej tonacji przeszedl. Zadnych mocniejszych czy wyzszych tonow. Porazka. Czasem cos tam probowal spiewac, zapominal tekstu, to „bla, bla bla” dospiewal az zaskoczyl po kilku linijkach. Wogole 3/4 koncertu byl uwieszony na mikrofonie z glowa w dol by moc czytac teksty z kartek.
PORAZKA.
A myslalem, ze jak na wienczacy koncert z trasy – to dadza czadu. A tu dali dupy.
A szanowalem tego czlowieka.
Teraz czuje sie, jakby ktos wyludzil odemnie te 35zl.
Za rok to chyba lepiej jak wokal by poszedl z playbacku.

He he – najczysciej zaspiewany kawalek calego koncertu byl na bisach, jak do mikrofonu spiewalo 2 z ochrony Kulcich  O niebo lepiej od Kazika spiewali cala zwrotke 

Na szczęście rozpoczęły się już nocą próby obrony, głównie przez brać kultforumową znaną nam w realu, kiedy my świętowaliśmy i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co w Kult świecie piszczy:

Spoko, spoko. Sex, drugs & rock and roll. Fani sami są sobie winni, że nie przyjęli odpowiedniej dawki napojów relaksacyjnych 😉
Rotten, Cobain etc. oni też robili takie jazdy i nikt im tego nie wypominał. Kult to nie jest opera, to nie muzyka dla melomanów – to jest punk rock. Nie bronię Kazika, zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi przychodzi na koncerty nie po to aby się pobawić czy spotkać ze znajomymi tylko dlatego, żeby podelektować się muzyką, ale nie traktujcie Kultu jak Budkę Suflera. I tak grają po 3 godziny każdy koncert często kilka dni pod rząd. Kazik ma już swoje lata i nie będzie śpiewał czysto każdej piosenki, nie będzie stał jak kołek popijając colę bo ma już ponad 40 lat – nie wiem, może psychicznie nie wytrzymał. Może jest już za stary na takie muzyczne maratony, może warto by było pomyśleć nad ograniczeniem liczby koncertów Kultu, dać sobie spokój z Juvenaliami a pomarańczową trasę ograniczyć do największych miast. Z relacji innych zrozumiałem, że najlepsze koncerty Kult dawał na początku trasy – może to jest jakaś wskazówka ? Nie wiem co wpływa na terminaż ustalania koncertów, ale może warto by było zrobić przynajmniej 4 dni przerwy po każdym koncercie ?
Nie będę nic więcej pisał, wiem, że skoro taka sytuacja miała miejsce wielu czuje się zawiedzionych, oszukanych, okradzionych czy coś tam jeszcze, ale staram się zrozumieć kolesia, który wypruwa sobie na scenie żyły, żeby dogodzić publice – i to od kilkudziesięciu lat. Może za bardzo nas rozpieścił ? Kulci, mierzcie siły na zamiary.
Sprawa jest jasna – Kazik dał dupy, schlał się i zawalił koncert. To było nie w porządku wobec tłumnie przybyłej widowni. Ale ja dla odmiany nie napiszę jaki to z niego złodziej i skurwysyn bo to z tego co obserwuję właśnie to najłatwiej jest ludziom powiedzieć. Ja życzę panu Staszewskiemu powrotu do formy i zdrowia. No i żeby się trzymał, bo wierzcie lub nie, ale on gdy już wytrzeźwieje i dojdzie do niego co się stało to będzie się czuł gorzej niż miliard zdegustowanych Spodków razem wziętych. Trzym się Kazek.

Ostatnio edytowany przez qman (Dzisiaj 00:23:49)

Nawet ja ratowałem sytuację zaraz po koncercie, a słowa moje natychmiast były we wszechświecie.

   KroY napisał:

Jutro zamieszcze lewe lewe loff, mam filmik nagrany i jeszcze pare innych to sę zobaczycie Kazelota w formie:)

Mi Gómi powiedział, ze on jest na antybiotykach. Więc pewnie wypił 3-6 piw, i w środku koncertu mu weszła bania i chujnia.

No ale tak to juz bywa…

*

Eee tam – ostygłem, pysk mnie już nie boli 
W sumie uczestniczyliście w wydarzeniu bez precedensu. To taki biały kruk w historii koncertów Kultu. Jeszcze kiedyś swoim dzieciom powiecie : „tak, byłem wtedy tam”.
 
Napiszcie coś oprócz wokalu. Ma ktoś pew(ł)ną setlistę?

*

zawsze mam to samo zdanie – to jest olewanie publiki, płacisz, to liczysz na jako – taki poziom, który zazwyczaj jest trzymany. 
dwa razy w życiu byłam na koncercie tak pijanej gwiazdy, że nie mogła śpiewać.
 

raz to była kajah, koncert się nie odbył, zaczęła rzucać przekleństwami i ją ściągnęli ze sceny. może lepiej, bo wcale mi sie nie chciało tam być, a za bilety chyba oddali kasę. dwa – plenerek i Wodecki, który próbował w stanie wskazującym grać na skrzypcach. to jest trauma z dzieciństwa i bardzo boleśnie ją wspominam do tej pory.
 

macie więc szczęście, że nikt Kaziczynie skrzypiec nie podał.
 

co nie zmienia faktu, że chętnie bym to zobaczyła. szczególnie kult ochronę, śpiewającą nie za barierką, a na scenie(:

Ostatnio edytowany przez Krolowa Życia (Wczoraj 12:59:43)

Po przebrnięciu przez trzy strony ruszyliśmy z Jankiem do boju:

nawet nie wiem co napisać
za rok trasa z plejbeku, zakaz wnoszenia aparatów i kamer, ochrona klubowa

nikogo nie bronię, za nikogo sie nie wypowiadam
ale tylu bredni i pomówień, jeszcze kurwa niewidziałem

pozdrawiam
uczestnik


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

*

 Gómi napisał:

persona_non_grata napisał:

… Kazik się przewrócił i 10 minut nie mógł się podnieść  Widze że ten koncert miał niewielka wartość artystyczną.

CO TY PIERDOLISZ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie mów mi że wziąłeś na poważnie zdanie zakończone

W walce nie wiedziałem już co jest prawdą a co fantazją piszących.

Do tego na zmianę dzwoniliśmy do Kazika, ale ten odciął się od rzeczywistości i walczyliśmy sami. Janek i ja.

Adam napisał:

Żenada, żenada, żenada. 
Kazik obrazil klika tysiecy osob, wiec wyszlismy wczesniej. Pieniedzy nie żaluję ale przez kilka lat NIE wybiorę się na ich kocert. Będę też odwodzil innych, żeby nie byli zaskoczeni jak ja wczoraj. A bylem już na ich koncertach i bylo bardzo dobrze, grupa zawsze wyróżniala się pozytywnie na tle innych kapel. Dobrze, że nie widzialem leżącego Kazika, bo chyba bym już NIGDY nie poszedl na koncert Kultu. Teraz z pewnością też nie pójdę – a szkoda, bo bardzo lubię muzykę Kultu. Może kiedyś…

A póki co – czekam na przeprosiny od Kazika Staszewskiego!

Wstyd, dziwię się pozostalym, że wytrzymali do konca! Jak by (Kazik) na Was plul to też pewnie blibyście mu brawo! Nie macie za grosz honoru! Powinno się Go obrzucić jajkami czy pomidorami żeby popamiętal, że nie tak traktuje się fanów. Pewnie jest już duzo nagrań z koncertu – powinny się znaleźć obok nagrań Mandaryny z Sopotu czy gdzie Ona tam wystąpila…

Gómi napisał:

JAKIEGO , KURWA LEŻĄCEGO ?!!!!!!!!!

NIE WIDZIAŁEŚ TO NIE PIERDOL DO CIĘŻKIEJ KURWY !!!!!


i widzisz persona jak niewiele potrzeba by dać pożywkę dla pojeba !

   donkey napisał:

Można mieć różne zdanie na ten temat. Tak jak pisałem wcześniej, można raz (a nawet trzeba) takie zachowanie wybaczyć- mówię o ludziach, co tam byli. Natomiast sam kiedyś Kazimierz mówił, że zdaje sobie sprawę, że dla młodych ludzi to dużo jest 35 zeta (jeszcze trzeba brać pod uwagę kasę z podróż, nieraz większą niż bilet na koncert). Szczególnie, że Spodek, to miejsce kultowe i na ten koncert czeka wiele ludzi przez cały rok. A tutaj Kazio się nawalił (może był też taki fajny wtedy, jak Nasz mały Kazio po dużym piwie- czytaj były premier). Szkoda, że w siatkówkę nie grał . Jednak dużo ludzi jest delikatnie mówiąc zniesmaczonych.

Z argumentacją qmana się nie zgadzam, szczególnie, że pomiędzy Łodzią, a Spodkiem było dużo czasu na odpoczynek. Wydaje mi się, że to nie zmęczenie, tylko po prostu banka świadoma. Choć nie do końca, bo ktoś mówił, że słyszał od gómiego, że Kazik był po antybiotykach (o ile to prawda?). Natomiast, jeżeli tak, to jak pisałem, wtedy szkoda pić, szkoda zdrowi i ludzi szkoda. Ponadto, oni nie śpią w busach. Spią w hotelach. Przecież mogą rano wyjechać do następnego miasta. Śmiech na sali. Jeszcze kilka takich argumentów było.

pzdr

Gómi napisał:

tak, przejazdy po 400 km to chuj
próby na  godziny przed koncertem, potem siedzenie na salach, gzie warunki na zapleczu zostawiaja sporo di życzenia, to też chuj
i jeszcze spotkania z fanami, po koncertach,które sa częścią tego cyrku, to tez chuj, niech lepiej wypoczywają w hotelu a jutro im dopierdolimy że nas mają w dupie i nie chcą się z nami spotykać, podpisywać itd

masakrowanie Kazika po koncertach o autografy, gdzie spocony 40 latek, często chory, w zimnie podpisuje wam płyty i robi zdjęcia z cierpliwośćią anioła, to też chuj


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Pera napisał:

qman napisał:

To wypierdalaj na festiwal w Sopocie i nie zawracaj dupy.

Heh to mnie człowiek rozbawił.

Jak będzie Cie przyjmował pijany lekarz i wytnie Ci nerkę zamiast migdała to przecież nic się nie stało bo lekarz też człowiek i napić się musi.

Tak czy siak nie ma co się rozpisywać Pan Kazimierz przyszedł do pracy pijany i olał całą publikę,  ludzie przejechali kawał drogi i zostali obsłużeni jak w sklepie za komuny.. jak się nie podoba to wyp… A przecież tak się nie traktuje ludzi dzięki którym masz na chleb.

PS Reszta zespołu szacunek.

Gómi napisał:

kazik wybrał zawód muzyka rockowego, ponieważ w ten zawód wpisane są różne ekscesy, które nadają kolorytu tej zabawie (vide Ryszard R., Morisson, i inni )

porównywanie tych profesji jest kurwa, bardzo głupie

a może napiszesz 20 punktów do których się Kazo ma dopasować, co by było ok ?

Adamie, wydaje mi się że nie trzeba przepraszać kilku tysięcy, a jedynie kilkadziesiąt, może kilkaset osób.
A to co zrobił Borysewicz i porównywanie tego do koncertu wczorajszego jest fatalne.

Dla mnie fana wcZorajszy koncert był jedną z niewielu sztuk które zapamiętam na zawsze, i to nie dlatego że sobie Polskę zaśpiewałem, ale dlatego że było INACZEJ. A dla mnie 80, czy 70 któryśkoncert kultu miał swój smak, który będe pamiętał zawsze.

Pozdrawiam serdecznie


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Za przekleństwa tutaj zaprezentowane przepraszam.
Poniosło mnie troszke.


BULDOG

KOSZULKA KULT OCHRONA
JEST JAK IKONA

Walczyliśmy jak lwy. Jak tygrysy. Byliśmy na Pierwszej Światowej Wojnie Internetowej. Do codzienności przywrócił nas telefon do Janka.

– Co mamusia mówi? Że co Kazik? Że pijak? No co mamusia opowiada. Aaaaa. Że w telewizji mówią, że pijany grał. Aha. Śpiewał. Gdzie? W wiadomościach? To nie prawda mamusiu. Oni kłamią. Wszystko dobrze. Jestem u Gómiego w Hucie. Nie w bucie. W Nowej Hucie. U kolegi. Tak. Nic mi nie jest. No. Pa. Pa. Zadzwonię jak wrócę. Nie. Nikt Kazika nie zamknie. Kłamią. Pa mamusiu.

– Co się dzieje? – patrzyłem na posty, na Janka i głupiałem.

– Moja mamusia dzwoniła i nawet w wiadomościach mówili, że Kazik śpiewał pijany. Koniec świata.

I tak to więcej wyglądało. Wieczorem Janek Grudziński pojechał do apartamentu i kolejnej życiowej narzeczonej, ja walczyłem na froncie Kult Forum w pierwszej linii obrońców Kazika  do wyimaginowanej krwi. Do zmęczenia. Aż w końcu padłem na wznak.

Nowy dzień i nowy tydzień przynosiły samo dobro. Najpierw naprawiła się wentylacja w samochodzie. Wystarczyło Janka odesłać na kilka kilometrów od pojazdu i już wszystko było okej. Potem Kazik napisał oficjalne przeprosiny i przyznał się do śpiewania po pijanemu a świat zaczął mu pomału przebaczać. W domu miałem porządek, królowała miłość i zrozumienie, więc na takiej podwalinie zaczynałem knuć nowe plany na przyszłość i oczywiście na kolejne koncerty. I jak tylko w zakładce „koncerty” na stronie www.kult.art.pl pojawiły się Stalowa Wola i Warszawa to wiedziałem już jedno, że…

NA PEWNO MNIE TAM NIE ZABRAKNIE. A jak!   

9. Pomarańczowy weekend 2006. Część pierwsza.

Lat parę już minęło, jak się wszystko zaczęło 
Jedni przyszli i poszli, ale paru zostało.
Tak widać na tym świecie jeszcze ciągle dojrzewasz, 
I w miarę jak dojrzewasz, przyjaciół dobierasz.
To co myślę o świecie nie musi być typowe,
Lecz ważne by rozumieć się, gdy padną pierwsze słowa.
Gdy źle napiszesz słowo, to szybko potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.

Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta 

Gdy ktoś, kto patrzy z dala co mamy i robimy,
Głupawym stadem, wiem, niejednemu się jawimy.
Nie jest to duża rzecz, bo kod ma to do siebie,
Że sierżant go nie pojmie nim nie skręci się.
Lat parę już minęło i myślę że dokładnie,
Nie mam marzeń innych poza
Tej danej chwili trwaniem.
Gdy źle napiszesz słowo, to jednak potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.*

*Kult, fragment utworu „Kulcikriu”.

Po kilku koncertach mojej pierwszej pomarańczowej jesieni roku pańskiego dwa tauzeny piątego, poczułem się ważnym elementem szajki. Lekkie obawy miałem tylko co do poziomu kultury i zachowania moich kolegów z fosy, szczególnie do Wafla i kolegów, których Wafel sprowadzał od czasu do czasu na trasę jako uzupełnienie. Chciałem żeby wyszła ze mnie precz taka ciemna strona Huty, przeklinanie, chamstwo i wieśniactwo a zagościł świat. Kultura, poezja, malarstwo, dyskusje do rana o muzyce i takie tam inne kurtularne sprawy. Koledzy byli ze stolicy, innej galaktyki, w której chciałem zagościć przynajmniej mentalnie. Ale ciężko było liczyć na to , że tak się stanie, chociażby dla tego, że bramka zazwyczaj jeździła osobnym pojazdem, zwanym pogardliwie bydło busem, w którym zamiast roztrząsania czy Mistrz był Małgorzatom, czy może Małgorzata Mistrzem, a Bułachakow miał w przedszkolu ksywę Buła czy Hak, odbywała się konsumpcja alkoholu w ilościach hurtowych i zamiast lektur królowały opowieści z życia brane garściami, po których włos jeżył się na głowie. Wszystko to była wina Wafla. Więc skończyło się na chęciach i jak byłem głupi po takich podróżach, tak głupi pozostałem. Ale chyba koledzy podciągnęli się przy mnie i nabrali ogłady, a w zamian pokazali mi co to znaczy koleżeństwo a nawet przyjaźń jeśli się kogoś polubi. Po mimo tego, że ten ktoś jest z Krakowa Nowej Huty, czyli jest ogórkiem z tak zwanej głębokiej prowincji.

Wyjazd na pierwszy koncert kierownik wyprawy PeWus ustalił na godziny poranne z miasta Warszawa. Nasz bydłobus miał nas, bramkę, dostarczyć do Poznania, miasta w którym rozpoczynaliśmy na polskiej ziemi trasę październikową albo pomarańczową, do wyboru do koloru, po jej rozpoczęciu w Wielkiej Brytwannie u Bucha. Nasza kultowa trupa jeździła w konfiguracji bus zespołowy z zespołem, bus z techniką, bus z ochroną i Kazik z Wietechą osobówką.

Na miejsce zbiórki dotarłem punktualnie przed czasem. Tak jak lubię najbardziej. Niestety byłem na wyjazd kompletnie nieprzygotowany. Bo co z tego, że miałem torbę z ubraniami na cztery dni, szczotkę, pastę i nawet mydło w kostce, skoro nie zabrałem wódki albo chociaż wiśniówki. Połóweczki albo lepiej zero siedem. Na trasę, na rozgrzewkę, na lepsze łapanie. Takie zasady ustalił Wafel, i chociaż Darek, Bzyk i Guma protestowali mocno, nie mieli za dużo do powiedzenia.

Wafel był w naszej sforze samcem Alfa i Omega. Wodził nas na pokuszenie jak nikt i nigdy. On nawet nie rozkazywał, on mówił a my to robiliśmy. Oczywiście starszyzna czasem stawała okoniem, ale przy szczupaku można było sobie stawać. PODOBNO dziadek i ojciec Wafla byli w milicji. I tym przetartym szlakiem poszedł Wafa, bo droga była utarta, a dla swoich to nawet wyasfaltowana. Może nawet był w jednostce specjalnej czy nawet kierował jakimś posterunkiem? Nawet Bzyk tego nie wiedział a Bzyk wiedział wszystko.

Bzyk handlował PODOBNO kostką taką betonową i jak legenda ludowa głosi, jego ojczymem był Fryzjer. Tak ten Fryzjer przez duże FY i jak Bzyczy ojczym trząsł polską ligą piłkarską, co dwudziesty piłkarz, co piąty trener i każdy sędzia piłkarski mieli wyłożone kostką podwórka, stodoły, a co odważniejsi kładli betonowe klocki w salonach. Aż przyszywanego tatusia uwalili za niezgodne z prawem ingerowanie w tabele ligową i Bzyk poszedł z kostką w detal, i dodatkowo został bramkarzem w Stodole, gdzie nawet nie tyle dorabiał sobie, ile jako były bokser, amatorsko maglował niedobrych klientów. Tam wypatrzył go Kazik albo PeWu i przy formowaniu organizacji Kult Ochrona dostał, jako drugi po Waflu powołanie. To on wciągnął Gumę.

Guma PODOBNO był komiwojażerem pieszym. Chodził po stolicy i sprzedawał do kiosków Ruchu wszelkie rodzaje gum. Od prezerwatyw, kondomów, gum do żucia, skakania i majtek, gumowych opon i wszystkiego co z gumami miało cokolwiek wspólnego. Dzięki temu, że miał dostęp do najfikuśniejszych kondomów świata, wołano za nim też na dzielnicy Pies. Pies na baby. To dziwne, bo Gumy nigdy na trasie nie widziałem żeby podrywał jakiekolwiek kobiety. Nawet jak łapał to robił to z takim wyczuciem i elegancją, że do dziś jest dla mnie wzorem niedoścignionym. Znakomicie potrafi się ustawić, okopać na skraju każdej sceny. Stąd ma oko i po koncertach nas strofuje. Jednego do dzisiaj nie rozgryzłem jednak. Skąd ta ksywa Guma?

O Darku pisałem. PODOBNO pracował jako weterynarz w schronisku. A że pozostali leczyli u niego swoje psy, to się poznali i zaprzyjaźnili. Często też spotykali się w schronisku, palili klubowe, Camele i przesiąknęli do szpiku. Stąd też jak siedliśmy razem w busie, to strasznie dawało od nich psem. A od Wafla ani trochę. Dacie wiarę?

Początek formularza

Zanim wsiedliśmy do busa, Darek, którego znałem najdłużej, wziął mnie na bok i zapytał:

– Zrobiłeś?

– Co?

– No kurs.

– Jaki kurwa kurs? – lekko zbladłem.

– No ten co ci mówiłem dwa lata temu, jak się poznaliśmy. Kurs ochroniarza. Trzeba mieć kurs ochroniarza żeby w Kult Ochronie pracować. To podstawa.

– Nie zrobiłem. Kurwa. Na serio trzeba było? Wietecha mi nic nie powiedział.

– Zapomniał. Znowu zapomniał. Eeeee chłopaki, kolejny bez kursu! – krzyknął do reszty swory przy busie.

– A zameldowanie ma? – coś się Bzykowi przypomniało, jakby brak kursu nie wystarczył.

– Jakie zameldowanie? – zbladłem bardziej jeśli się dało.

– W stolicy pało. Masz?

– Ja? W stolicy? A skąd.

– Z dupy. Masz?

– Nie mam. – nic nie rozumiałem. Może faktycznie trzeba było mieć kurs i zameldowanie? Ale Piotrek mi nic nie powiedział a to on mnie powołał. – Ale Piotrek mi naprawdę nic nie powiedział. – powtórzyłem szybko swoje myśli.

– Dobra. – Bzyk dał mi szansę. – Nikomu ani słowa. Bo jak się ktoś dowie, że jesteś spoza Warszawy i nie masz kursu to będą jaja. Masz flaszkę?

Tego było za wiele, krew mi z mózgu odeszła.

– Ale jaką flaszkę?

– Wafel on jest nie gotowy! Bierzemy go?

– Wsiadać kurwa. Pić się chce. I jak będziemy tak marudzić to się na koncert spóźnimy. Gomółka! Ruchy pastuchu.

Takie były zwyczaje i na najbliższej stacji benzynowej, przy granicy miasta stołecznego Warszawy, musiałem swój błąd naprawić. Tym bardzie, że wszystko co mieliśmy było już wypite. Tempo konsumpcji alko było kosmiczne. A wszystko to , bo ciebie kocham! Wróć. A wszystko to po to, żeby po przyjeździe do pracy być wyzerowanym. Wcześniej zaczynasz, wcześniej dochodzisz. Maksyma stara jak świat.

Oczywiście ani kursu nie zrobiłem ani nawet nie zdążyłem się przemeldować, więc dokupiłem większe co nieco, które szybko wypiliśmy i sto kilometrów przed celem, zmęczeni pousypialiśmy. Dzięki temu w pracy pod sceną byliśmy zorganizowani i poważni. Uczesani i pachnący dobrze strawionym alkoholem.

Z poznańskiego koncertu za wiele nie pamiętam, poza tym, że Bzyk kazał mi się rozciągać, Darek rozrysowywał ustawienia pod sceną, Guma próbował pożyczyć parę złotych od zespołu na piwo po sztuce, a Wafel odpierdalał jogę pod prysznicem. Sam ze sobą. Czyli jak widzicie nic specjalnego. Poza tym, że garderobę mieliśmy wspólną i ocierałem się o moich kultowych bogów wciąż. A ci rozpoczęli trasę w Dublinie, Edynburgu i Londynie więc opowieści o zgniłym zachodzie mieli co nie miara. Chłonęliśmy je jak gąbka wodę.

W Poznaniu koncert był w Arenie, skąd po noclegu w Koziołkowie i zapewne odwiedzeniu nocą rynku, ruszyliśmy rano na Szczecin. Tam zespół dał sztukę grania i śpiewania, my pokazaliśmy klasę światową w chronieniu ludzi pod sceną i po zawodach poszliśmy się wspólnie… . Spotkać wspólnie i pogadać. Z tego gadania to wyszło jakoś tak, że jeden z członków zespołu został przesunięty do naszego bydło busa. Może i za karę? Nie pamiętam dokładnie, a bardziej kojarzę, że jak do Trójmiasta dojeżdżaliśmy to wpadliśmy w mega korek i nasz grajek musiał się tłumaczyć dlaczego jeszcze go nie ma na próbie. Jazda w korku była tak wolna, że zdążyłem pójść do Maka Donalda i zjeść zestaw. Bus w tym czasie pokonał pięćdziesiąt może metrów. W końcu się wszystko odblokowało i w ostatniej chwili dotarliśmy dać ludziom szoł. Szoł to oczywiście zespół dawał a my poczucie, i oczywista sprawa, spełnienie poczucia. Bezpieczeństwa.

Głowy sobie nie dam obciąć, że ta historia wydarzyła się wtedy. Ale skoro była to jesienna niedziela, to musiało tak być. Trójmiasto jak to Trójmiasto, jest rozwleczone od Sasa do morza. Po koncercie Gruda zadecydował, że jedziemy do Spatifu, w Spocie.

– Jasne. Tacy ujebani i śmierdzący? – ktoś z nas ochroniarzy przytomnie zauważył, bo kochany Pan Janek ma robotę siedzącą, a my nie dość, że na stojaka, to jeszcze w gorącu operujemy na żywym organizmie.

– Tytytyto, słuchajcie chłochłopcy – Pan Jan się lekko jąka, zwłaszcza jak mu się specjalna mineralna skończy. – Tototo my pppojedziemy, a wy dojedziecie!

– Dobra! – zakrzyknąłem, bo zabawa z zespołem miała być spełnieniem moich najskrytszych marzeń i snów. – Jedziemy. Szybko. Ochronaaaa! Za dwie minuty zbiórka w bydłobuise! – darłem japę, bo czas naglił.

Spieszyło się nam prawie wszystkim. Darek miał umówioną wizytę u kolegi weterynarza, mieli jakieś młode suczki czy kocice oglądać i decydować czy odrobaczać je czy nie, Wafel oczywiście poznał jakąś dziewczynę na koncercie, i umówił się z nią na jogę w pokoju, ja z Fornim, moim kolegą z pokoju, postanowiliśmy uderzyć do części zespołu, do Spatifu, a Bzyk z Gumą powiedzieli, że pierdolą i zostają w hotelu i będą robić jakiś środek na porost mięśni, na bazie mleka, owsa, ryżu i spirytusu.

Forni był bardzo ważną personą na jesiennej trasie. Prowadził kultowy sklep odkąd pamiętam. Do tego znaliśmy się z Kult Forum, obaj byliśmy z małych zapyziałych miast (ja Nowa Huta, Formalina Lublin), działaliśmy w handlu, w życiu przeczytaliśmy kilka książek i stąd nasze koleżeństwo było zrozumiałe i sypiało nam się wspólnie bardzo dobrze.

Zegar tykał i zanim się z Fornim ogarnęliśmy, było koło północy. Ponieważ sklepik kultowy chodził na wysokich obrotach to i pieniędzy trochę było. Drobnych też. Postanowiliśmy więc rozmienić swoje grube banknoty, na banknoty o najmniejszych nominałach. Takimi były dziesięciozłotówki. Napchaliśmy sobie tym kieszenie, zamówiliśmy taksówkę i ruszyliśmy na podbój Sopotu. Miałem spodnie krojone na modłę bojówek, więc dzięki napchaniu kieszeni na udach, moje nogi wyglądały wreszcie jak u dorosłego atlety a nie dziecka.  

Do naszego Bajabongo był kawałek drogi, więc wylądowaliśmy na Monciaku przed pierwszą w nocy. Zaskoczyła nas cisza, spokój i pozamykane knajpy. Chcieliśmy się bawić, poznawać nowe sytuacje a tu klops. No tak, był już przecież poniedziałek. Lekko skonfudowani postanowiliśmy się nie poddawać i wycisnąć z tej wyprawy maksa. Pomóc miał nam w tym sklep nocny i miejscowe molo.

– Dobry wieczór. Poproszę sześć piw, chleb i kilo kiełbasy w pętku. – złożyłem przy kasie zamówienie.

– W czym? – sprzedawca popatrzył dziwnie.

– W jednym kawałku. – odparłem i zmieniłem temat- Proszę pana, a co tu tak pusto? Niedziela jest a knajpy pozamykane. Stało się coś?

– A co się miało stać? Październik jest, po sezonie. No i już poniedziałek a nie niedziela.

– Aha – zaczęło do mnie docierać o co kaman, jak pakowaliśmy nasze zakupy. Jako nowohucki krakus, miałem u siebie sezon non stop.

Wyposażeni zawodowo ruszyliśmy na Molo. A na Molo, dostaliśmy od życia po raz kolejny w pysk. Tym razem wiatrem. Wiało i było zimno jak na kole podbiegunowym. Ale byliśmy walczakami i drżąc z zimna wypiliśmy po dwa piwa, zakąsiliśmy kiełbasą i zadzwonił telefon zbawienia.

– Halo. – odebrałem.

– Co halo? Jest impreza? – Wafel się aktywował.

– Nie ma. Jestem z Formaliną na molo. Zaraz wracamy. Strasznie piździ.

– Bohaterowie. Mogę was zabrać. Zaraz będę jechał taksówką przez Sopot. Jak nic się nie dzieje, zabiorę was do hotelu.

– O tak. Dzięki. Idziemy pod wejście do molo. Dzięki.

– Nie dzięki, tylko składamy się na taksówkę.

– Jasna sprawa. – odparłem zadowolony bo i tak byłem na plusie. Spatif by mnie wyczyścił pewnie do spodu i wracalibyśmy zapewne na nogach.

W hotelu było lekkie pobojowisko. Technika sceniczna, którą wtedy ciągnęło się z Poznania po kraju, padała na korytarzu na pysk. Ze zmęczenia i z nadużycia. Trzeba było nad nimi przeskakiwać idąc długim korytarzem. W sumie to się nie dziwię. Oni pierwsi zaczynali pracę, ostatni kończyli i mieli najcięższe tematy do ogarnięcia. Ale też pewnie wypijali najmniej po takiej robocie. Było więc tanio.

Wafel był, pomimo późnej pory pobudzony. I spostrzegawczy.

– E, ty, a co ci tak uda popuchły? – spojrzał na mnie jak przechodziłem nad śpiącym technikiem, któremu już lekko ulewało się z kącika ust od chrapania.

– A to tylko pieniądze. Napchałem sobie kieszenie żeby dobrze na mieście wyglądać.

– Ty debilu. Po co? Wystarczy mieć to coś. Właź! – rozkazał i wszedłem do jego pokoju.

Z półki ściągnął telefon i zaczął w nim czegoś szukać.

– Te. Gomółka, ty to sportowiec jesteś?

– Raczej byłem. Skończyłem zabawę rok temu.

– A o aqua aerobiku na sucho słyszałeś?

 – W życiu! Jeden aerobik to na kadrze polski robiłem i mało się nie połamałem. Taki na sali.

– To sobie popatrz. – i podał mi telefon do ręki, a sobie otworzył piwo.

Na telefonie leciał film. Pan i pani rozebrali się jak na basen i zaczęli ćwiczyć. Niby że jest jak w wodzie. Ale wody nie było to ćwiczyli wolno i buchało od tego taką erotyką, że jacie nie mogę. Stanęły mi włosy na rękach, członki w spodniach i zaczęło mnie boleć, bo spodnie miałem za ciasne na takie filmy. Oddałem telefon i się spłoniłem. Tym bardziej, że na filmie ćwiczył Wafel i poznana na koncercie dziewczyna.

– Dobre co? Jestem w tajnym kole jogginów, a teraz jak będziemy pracować nad morzem, to do tajnego koła aquaaerobiczan się zapiszę. Jak byś chciał, mogę cię wciągnąć.

– Kogo? Mnie? Nieeee. Ja mam na razie dość sportu.

– Jakiego kurwa sportu? Ty to jakiś dziwny jesteś i nie kumaty. Ale jakby coś, to mów.

– Dobra. Powiem. Uciekam.

I uciekłem pozostawiając perspektywy wspólnych ćwiczeń za drzwiami u Wafla. A w głowie włączył się szybko Kult, podsumowywujący tę szaloną noc.

O tej nocy szybko chcę zapomnieć 
A o tym, co nad ranem było, nie wiem 
Teraz na słońcu pod parasolem dużym 
Chcę przeczekać dopóki noc nie wróci 
I w tym miejscu na razie chcę pozostać 
Aż ujrzę wieczorem znajomą Twoją postać 
Co ruszy mnie spod parasola wartko 
Na spotkanie nowych przygód tu zupełnie niedaleko*

*Kult, fragment utworu „Krótkie kazanie na temat jazdy na maxa” 

Ten pomarańczowy weekend kończyliśmy w Toruniu, w słynnym klubie „Od Nowa”. Czuć było w nim historię. Cała garderoba i korytarze były wylepione plakatami. Robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Czułem się jak w muzeum i ciarki mi po ciele szły. Do tego spaliśmy w wypasionym hotelu na starówce, a po koncercie cały zespół plus wszyscy około kultowi zostaliśmy zaproszeni na bankiet do jakiegoś klubu, gdzie zarezerwowano dla nas całą salę. Dla nas i tylko dla nas. A wszystko co na stole mieliśmy mieć za całkowite darmo i zaczął się sprawdzać sen jednego z nas, że:

– Nie po to jadę z Kultem, żeby za coś tam* (*w miejsce „coś tam” wstawić wódkę, piwo), płacić.

Zostaliśmy wiec beneficjentami talentu naszych Mistrzów.

Lokal był odstrzelony jak na wesele. Picia wszelakiego było w opór. Jedzenia nie do przejedzenia. Zimna płyta i płyta podgrzewana żywym ogniem. I ten ogień chyba rok później spowodował, że ten piękny i gościnny lokal spłonął. A może się mylę? Jerzyk będzie wiedział.

No więc wszystko było. Poza Kazikiem i częścią zespołu. Kazik był usprawiedliwiony, bo Toruń to rodzinne miasto Ani, jego od zawsze żony i może poszedł do rodziny. Pozostałą część zespołu reprezentowała godnie technika i ochrona. W technice brylował na party Wojtek Jabłoński, a ze strony zespołu Banan. Było to z perspektywy czasu bardzo wymowne, bo za kilka lat los zamiesza w życiu Wojtka i Krzyśka dość mocno. Ze strony ochrony brylowaliśmy wszyscy po równo i dopóki nie przyszedł Jeżyk to nawet dziewczyny z nami rozmawiały, bo potem pozostało nam już tylko zająć się piciem i jedzeniem. Do bladego świtu. Do dna.

Dużo czasu nie mieliśmy po Toruniu na odpoczynek, bo kolejny kultowy wekkend zaczynaliśmy już w czwartek. Jeden kończył się bladym wtorkowym świtem a kolejny już majaczył na widnokręgu życia. Trzeba było szybko wrócić do domu, przepakować się i przygotować na kolejne nowe wyzwania. Cieszyłem się z tego, że kolejna cześć „pomarańczowej” wypadła na południu naszego kraju, w tym jedna ze sztuk w moim rodzinnym Krakowie. W międzyczasie wziąłem wolną sobotę od Rzeszowa bo miałem wesele mojego przyjaciela Jarka a Rzeszów nie potrzebował wszystkich rąk do pracy.

Z tak poukładaną przyszłością czekałem „byle do do czwartku” czując dreszczyk emocji na Wrocław, Kraków, wesele Jarka i Bielsko Białą. Może i tam coś się wydarzy? Coś co będzie można powspominać a może i za parę lat opisać? Miejmy nadzieję, że tak.