13. W trasie pomarańczowej roku zero siódmego. Odcinek pierwszy.

Po powrocie z Londynu nie miałem za dużo czasu na cokolwiek, bo szesnastego października zlądowaliśmy w Krakowie, a już siedemnastego wskoczyłem w pociąg, żeby dostać się do Warszawy i rozpocząć swoją trzecią trasę październikową zwaną też pomarańczową. W Warszawie miałem połapać się gdzieś tam z resztą Kult Ochrony i ruszyć wespół z nimi  na Toruń.

Ponieważ rok wcześniej wynajmowany bydłobus się zepsuł poważnie, koszty naprawy były znaczne i być może ponosił je zespół, roku zero siódmego jazda odbywała się następującymi pojazdami: bus zespołowy z zespołem, i jeśli było wolne miejsce z kimkolwiek na pokładzie, byle w zgodzie z przepisami, Pewu z Kazikiem i ewentualną doczepką, jeśli byłaby taka konieczność, fordem mondeło, i pojazd ostatni, auto osobowe, z Kult Ochroną, powożony przez przyjaciela zespołu i szczególnie bramki kultowej, Bożka. Aha. I osobny bus miała technika. Ci poruszali się w swojej galaktyce i czasoprzestrzeni. Zawsze pierwsi w robocie i zawsze ostatni w hotelu.

Pierwszy przelot wypadł mi w Bożkowym pojeździe, który był wielkości mondeło, taka osobówka na pięć osób. W skład nasz wchodzili: kierowca Bożko, ja, Guma, Bzyk i nie uwierzycie kto. Zgadujcie. No dobra. I Wafel. Wafel oczywiście pozabierał alkoholi o dużej mocy, bo wymyślił sobie, że pojedziemy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce szczególne. Ale, że kurwa cmentarz? Tego nawet ja bym nie wymyślił.

– Zajedź pod samą bramę. – Wafel rozkazał Bożkowi, a sam zaczął grzebać w teczce którą miał na kolanach. Wyjął z niej dwie wódki półlitrowe, może kolorowe, może białe.

– Kolegów będziesz odwiedzał? – zapytał Guma, bo już wcześniej był w tym przedziwnym miejscu.

– Tak. Idziecie ze mną? – i uderzył butelką w butelkę, co okazało się wystarczającą zachętą dla pozostałej części grupy. I dla mnie.

– Bzyku, a po co tu jesteśmy? – zapytałem Bzyksona jak zostaliśmy kilka metrów z tyłu, bo on też był zorientowany w sytuacji.

–   Idziemy odwiedzić kolegów Wafla. Komandosów. Tych co zginęli w walce. W Magdalence. Słyszałeś?

– Coś słyszałem. To ci o których mówili tak dużo w telewizji swego czasu?

– Tak. To ci.

O sprawie było bardzo głośno, bo i bitwa na posesji była ciężka i niestety z ofiarami po stronie komandosów. A że Wafel też był komandosem, chociaż ni chuja nie wyglądał, bo był za przystojny i za smukły, to naszym obowiązkiem było mu towarzyszyć w odwiedzinach.

– Choć tu Górnik. – chyba do mnie skierował prośbę – Znaczy Gómi. Kręć kurwie łeb! – i podał mi flaszkę.

Przez chwilę zastanawiałem się gdzie ta kurwa jest, ale jak zobaczyłem, że Guma wziął drugą flaszkę i otwierając z trudem syczał:

– Ja teszszszs kręcę! Ja teszszszsz…

Po odkręceniu butelek, pierwsze krople wylaliśmy na grób, za wieczne odpoczywanie naszych obrońców sprawiedliwości, którzy odeszli dużo za wcześnie. Resztę zrobiliśmy w ciszy. Z gwinta. Postaliśmy jeszcze chwilę i jak we łbie zaszumiało, ktoś zwrócił uwagę, że czas leci, do Torunia jest kawałek, a jeszcze mamy przystanąć w smażalni.

Smażalnia. Dopiero co Guma miał w jednej z nich przyjemność opić się na półśmierć, z powodu zepsutego busa, a ja ledwo co uszedłem z tego zamieszania, więc samo słowo „Smażalnia” nie kojarzyło mi się jakoś szczególnie dobrze. Ale ryby lubiłem, lubię i będę lubił. Więc, a co tam, niech będzie smażalnia.

– Gazu Bożku! Gazu! – siedzący z przodu Wafel poganiał naszego kierowcę, w jednej ręce trzymając jakąś szmatę, która bardziej przypominała mi legitymację, ale skoro mówił:

– Mamy szmatę i nic nam kurwa nie zrobią!

to musiała to być szmata o wielkiej mocy, a w drugiej trzymał trzecią flaszkę, którą mieliśmy rozpracować do smażalni. Zgodnie z planem, tam mieliśmy dobrze pojeść i po posiłku spać w aucie, żeby na wieczorne łapanie być zdrowym.

– W lewo! Kurwa! W lewo! – obudziłem się wystraszony, bo przysypiałem, kiedy usłyszałem krzyk, autem zarzuciło i na sporej prędkości wbiliśmy się przed drewniany budynek słynnej Smażalni.

– Wysiadać kurwa! Je dze nie! – darł japę Wafel.

Bzyk wypadł z auta na ziemię, bo Bożko mu nieopatrznie otworzył drzwi, zanim ten pierwszy się obudził,  Guma się zaklinował, a ja nie mogłem się rozprostować bo strasznie ścierpłem.

– Gómi, bierz sandacza. Sandacz jest tu znakomity. Tylko sandacz. – Bzyk już tu był kilka razy, to wiedział co dobre.

Stanęliśmy w kolejce, przed nami były ze dwie osoby, i kiedy przyszedł nasz czas pojedynczo wybieraliśmy według uznania to, na co mieliśmy akurat ochotę. A Wafel przy okazji zabrał z lady wielki słoik z takimi tymi długimi rybami, no z węgorzami, i widząc że nikt tego nie widzi, schował go pod kurtkę. Ale ja widziałem i nie wydawało mi się to zachowaniem godnym policjanta i Kult Ochroniarza.

Pojedzeni pakowaliśmy się do dalszej części podróży, a Wafel zachowywał się jakby nic się nie stało.

– Jeszcze siknę. Minuta. – przekazałem załodze i pobiegłem do baru.

– Przepraszam, ale zapomnieliśmy zapłacić za te długie ryby w słoiku.

– Węgorze? Aha, no tak, brakuje słoika na ladzie.

– Bo wzięliśmy i okazało się, że nikt nie zapłacił, to ja chce uregulować za ten słoik.

– Czterdzieści pięć. Dziękuję. Tacy młodzi a tacy porządni. Wszystkiego dobrego chłopcy. – powiedziała pani szczęśliwa, że kasa się zgadzała, a ja wziąłem to za dobrą monetę przed całą trasą.

Resztę drogi przespaliśmy, a przynajmniej ja. Guma chyba czytał przez część podróży Biblię, a Bzyk przeglądał anglojęzyczne katalogi o betonowych kostkach. Ale miałem kolegów! Pierwsza klasa. Tylko Wafel. Ten śpiąc pochrapywał cicho i popuszczał pianę z pół zamkniętych ust. Cmentarz nie działał na niego za dobrze. Może był niewierzący?

Do klubu Od Nowa dotarliśmy przed czasem. Bożko nie oszczędzał maszyny, a może i liczył na wsparcie tą magiczną szmatą Wafla jakby co. Zespół akurat zaczynał próbę, zbiliśmy więc powitalne piątki w przelocie i  skierowaliśmy się do garderoby. Daro już był i na długo przed koncertem zaczął się rozgrzewać, co lekko wprawiło nas w osłupienie, bo baliśmy się żeby się nie przegrzał. My podeszliśmy do sprawy łapania ludzi troszkę roztropniej, a pomogła nam w tym skrzynka piwa w garderobie zespołu.  Nie słysząc od nikogo „nie wolno”, otwarliśmy sobie po sztuce browara i rozsiadwszy się wygodnie w fotelach garderoby, zaczęliśmy dyskutować o życiu i innych takich tam.  Czas nam mijał milutko, nawet od czasu do czasu ktoś z zespołu wpadł na chwilkę do zespołowej garderoby, najczęściej z koleżeńskim, „a nie przeszkadzajcie sobie” czy z „ a nie za wygodnie wam?”  Uśmiechom i kurtuazyjnym grzecznością nie było końca.

Do czasu. Aż zachciało mi się sikać. I wtedy zobaczyłem coś przerażającego. Cały bez mała zespół siedział pod schodami, albo na korytarzu, w przeciwieństwie do jaśnie państwa ochroniarstwa, które z browarami w ręku polegiwało na sztucznej skórze w garderobie. Aż mi się z wrażenia sikać odechciało. Podszedłem do Janka Zdunka i patrząc mu w oczy zapytałem:

– Jasiu, a może siedlibyście se w garderobie? Co?

– Chętnie. To miłe że nas zauważyłeś.

– Na a jak. To wy jesteście tutaj gwiazdami a nie my. I garderoba jest wasza. E! Muzyki, zapraszam do garderoby, co tak będziecie pod schodami siedzieć. – zarządziłem i do samego koncertu wszystko wróciło na prawidłowe torowisko. A być może zmieściliśmy się wszyscy razem, bo razem było nam dobrze nawet w ciasnym.

Po udanym koncercie toruńskim, w trakcie którego nikt nawet się nie zabił u naszych stóp, dnia następnego z rana udaliśmy się do miasta śledzia, Szczecina. Tylko lekko pijani, bo po sztuce toruńskiej ruszyliśmy na chwilę na miacho Kopernika, tego chłopa od płaskostopia, czy płaskoziemia. Albo od toruńskich pierników. Tak. Według naszej ochroniarskiej wiedzy, Kopernik był niezłym piernikiem raczej i piekł te ciastka jak szalony.

Do Szczecina mogłem już zostać oddelegowany do auta z Pewusem i Kazikiem. To mi się podobało bardzo, bo lubiłem przebywać blisko swojego idola, który większość czasu w podróży przesypiał i mojego bliskiego kolegi, a menadżera i przyjaciela idola, Piotrka, który w przeciwieństwie idola, za kółkiem oka nie zmrużył. Nigdy. Ten przelot pamiętam doskonale, bo po koncercie w Szczecinie wydarzyła się jakaś przykra akcja z oskarżeniem Kaza o śpiewanie po pijaku, co raczej mieć miejsca nie mogło, bo na trasie nie strzeliliśmy nawet po pięćdziesiąt gram. Znaczy ani ja, ani Kazik, ani Pewu kierowca. Nie przyjęliśmy nic. Nawet po piwie, czy po małgorzatce. Ani kropli. A i tak ktoś się sapał, żeby mu kasę zwracać za koncert i takie tam. Patologia. Poza tym jeździł z nami już sierżant alkomat, który przedmuchiwał muzyków przed i po sztuce. Nie pamiętam, czy od początku były już limity na zero promili przy wyjściu i przy zejściu ze sceny, czy jeszcze dopuszczano jakiś zakres tolerancji alko we krwi. Nie pamiętam. Bramki te zasady nie dotyczyły i nie zawracałem sobie za bardzo głowy widełkami u innych. My ochraniacze byliśmy zawsze na zero. Z tyłu, z przodu i z boku. Wzorowi żołnierze Kazika.

Szczecin zapamiętałem jeszcze z innego powodu. Oczywiście zakładam, że to co opisuję zdarzyło się na tej konkretnej trasie, ale równie dobrze mogło wydarzyć się rok wcześniej albo rok później. Z tym, że dla podniesienia dramaturgii i wartkości akcji moich wypocin, piszę tak, jak mi się bardziej wydaje.

Wydaje mi się więc bardziej, że było to tego roku i w Szczecinie zespół spał w jednym hotelu a my w drugim. Ale my raczej nie w hotelu. Nas ulokowano w noclegowni robotniczej. Dostaliśmy przydział do pokoju z najemnymi robotnikami ze wschodu. Nie powiem, dramatu nie było, jeśli było się robotnikiem na wyjeździe, w obcym kraju, ale jeśli sprawowało się ważną funkcję w zespole muzycznym Kult, to smród linoleum, wspólna łazienka na całe piętro i chrapiący współtowarzysze w pokoju, bo pokój był dziesięcioosobowy, lekko irytowały. Może jakbyśmy dostali pokój tylko dla siebie, to jakoś byśmy się poopijali i by poszło, ale razem z innymi nie byliśmy w stanie dzielić alkowy.

Za telefon złapał najszybciej mocno poirytowany, a na ochroniarki język przekładając, wkurwiony Darek.

– Piotlek, co to kulwa jest? Jak my mamy się wyspać? My nie potrzebujemy SPA, ale kulwa w pokoju z obcymi? No nie lubmy jaj! – wściekłość Daria na zaistniały stan rzeczy była wielka, bo zaczął leciuteńko seplenić. – Nawet łazienka jest wspólna dla całego piętla. Nie wypoczniemy przed Gdańskiem. Nie ma szans. Co? Oddzwonisz? Czekamy. Chodźcie. Idziemy stąd.

Wyszliśmy przed prawie hotel i Piotrek oddzwonił do Daria.

– Dobra. Dobra. Tak. Poszukamy. Do sześciu dych? Albo taniej? Dobra. Rachunek na ciebie? Organizatora? To wyślij mi esemesem. Dobra poszukamy. Do jutra. Aha. Zadzwonię jak znajdziemy.

Plan był, musieliśmy się tylko sami sobą zająć. Ale to dawało to nadzieję na lepsze warunki do regeneracji. W końcu pracowaliśmy fizycznie nad bezpieczeństwem ludzi, więc musieliśmy mieć minima noclegowej przyzwoitości zapewnione. I udało się coś znaleźć. W dobrej cenie, dla ludzi i bez nadmiernego obciążania budżetu organizatora.

– Byle do jutra! – pożegnaliśmy się takim okrzykiem z ostatnią butelką tej nocy i poszliśmy spać.

Przelot do Gdańska ze Szczecina był taki rozwleczony jak glizda po deszczu. Jechało się i jechało się i jechało się. Aż dojechaliśmy. I znowu czekała na grupę ochroniarską niespodzianka. Tym razem nocleg zapewniono nam w jakimś budynku Bożym przy kościele. Budynek był piękny, sporych rozmiarów, prawie jak średniej wielkości hotel, i do tego położony był w cichym i zielonym miejscu. Jakby sam Pan Bóg sobie go wybrał na swoją chwałę. I chatę.

Z powodu miejsca noclegowego nie wypadało nam spożywać nic mocniejszego przed łapanką, więc czas na „przed sztuką” wykorzystaliśmy na drzemkę i ewentualnie, jak ktoś chciał, na streczing czyli rozciąganie. Ale chyba nikt nie chciał bo po co?  Za to Wafel zaczął knuć po całości. Dzieliłem z nim pokój i szlak mnie trafiał na jego rozmowy.

– Ale weź, no wpadnij. Czekam na ciebie. To co, że przez rok się nie odzywałem? Przecież słyszysz, że nie zapomniałem. Czekam. Plebania przy kościele… Co? Nie. Nie jestem księdzem. No co ty. Mówiłem ci. Gram w zespole. Tak w takim Kult. Tak. Rok temu też tam grałem. To będziesz? Tak. Zadzwonię zaraz po koncercie. Pa!

Do klubu w Stoczni Gdańskiej, którego nie kumam nic a nic, przyjechaliśmy. Potem połapaliśmy miejscową ludność, i po koncercie jakoś specjalnie się nie spieszyliśmy. Tym bardziej, że nasza kultowa koleżanka Marta zapraszała nas do siebie w gości. Nas , to znaczy ochronę. Bo co to za radość zapraszać muzyków? Bez sensu. No chyba, że Jeżyka. Ale on już się nie zmieścił. Do plebani wielkiej jak hotel dojechaliśmy kilkadziesiąt minut po sztuce. Bez Wafla. Bo ten równo z ostatnim dźwiękiem bisu ulotnił się jak kamfora. Obawiałem się przez to, że mogę nie dostać się do naszego pokoju. A przed wizytą u koleżanki chcieliśmy się odświeżyć,  bo trójmieszczanie nas trochę przepocili. Jak się okazało na plebani, nie słusznie zarzucałem Waflowi, że zablokuje pokój czy coś. Jak dojechaliśmy przed plebanię, pod bramą stała trzęsąca się z zimna dziewczyna, w letnie kurteczce, co przy wieczornej jesiennej aurze wyglądało niezaciekawie.

– Pewnie córka księdza przyszłą po kasę na ubranie. – ktoś chciał być dowcipny, ale to nie byłem ja, bo ja w dziewczynie rozpoznałem kogoś może i znajomego.

Wpadłem do pokoju jak po ogień, Wafel leżał rozwalony na łóżku, jakby był na plaży w Mielnie.

– A co ty Wafel tak sam?

– A bo się pokłóciłem. Pijemy?

– Pijemy. U Marty. Jedziesz?

– Pytanie. Oczywiście.

I pojechaliśmy. Marta podjęła nas po królewsku, a my jak hrabiowie się poopijaliśmy, a Wafel to tak do śmierci, więc go zostawiliśmy precz i wróciliśmy na plebanię z Bożą pomocą. Rano sunąłem na Kraków, tym pośpiesznym o 6.27, choć byłem umówiony z Kazikiem na ten o 5.02, ale nie dałem rady. Sami wiecie jak to jest u Pana Boga za piecem.

Kolejnymi punktami na naszej pomarańczowej mapie były, dzień po dniu dwie Warszawy, po nich Poznań, Wrocław i Łódź. Miasta ciężkie jeśli chodzi o pracę, ale już w temacie rozrywki, prawdziwe kurorty, jeśli zapomnimy na chwilę o Łodzi. Jechałem do Warszawy uskrzydlony. Pięć dni prawdziwego Rock & Rolla, nie licząc stania w fosie przed sceną, planowałem wyssać niczym mleko z matczynej piersi.  

Pierwszy koncert warszawski przeleciał szybko i ciężko. Ludzie z roku na rok stawali się coraz grubsi, a mnie lat przybywało. Łapanie osobników ze sporą nadwagą to nie są rurki z kremem. A jeśli do tego taki jubas lata bez koszulki, upocony jak rybka w akwarium, to sami sobie takie coś zwizualizujcie. Po koncercie poszliśmy z Jeżykiem na spotkanie z warszawskim odłamem Kult Forum. Tam wypiliśmy po kilka piw, tak na humor, który nam tej nocy dopisywał. Najpierw basiście, który ze sztucznymi, świecącymi króliczymi uszami wyglądał bosko, a potem mnie, bo z takimi uszami zacząłem podskoki po całej knajpie. Po tych ekscesach opuściłem znajomych, bez nadużycia specjalnego promili. Taka była etyka ochroniarska. Poza tym chciałem, mając do dyspozycji pokój dwuosobowy tylko dla siebie, wyspać się świadom luksusu jaki mnie otaczał. Drugi dzień w Warszawie spędziłem raczej w pozycji leżącej na hotelowym łóżku, z nogami lekko podkurczonymi, nie wiedzieć czemu. Chyba po to żeby się zrelaksować jak najlepiej przed wieczornym łapaniem fanów na drugim koncercie. Przed samym wyjściem na koncert, dostałem esemesa mniej więcej takiej treści:

„dzisiaj po sztuce zapraszam do mnie” Wafel.

„ok.” Gómi

„tylko weź walizkę to od razu pójdziemy na wyjazd” Wafel

„no ok.” Gómi

Odpisując byłem trochę a)zaskoczony b)przestraszony c)smutny.

  1. Bo Wafel mieszkał z żoną z którą się rozwodził i zapraszanie mnie na pole walki było ryzykowne.
  2. Bo skoro miałem u niego spać to zapowiadało się grubo.
  3. Bo hotelowy „pokój tylko dla mnie” musiałem porzucić.

Ale co tam. Skoro zapraszał to zapraszał i musiałem podejść. Wcześniej pomieszkiwałem przy okazji wizyt, między innymi, u Bzyka, który miał apartament dla krasnoludków gdzieś na Mokotowie. Szczególnie mój syn czuł się tam cudownie, bo jeszcze takiego wielkiego telewizora w żadnym „hotelu” nie widział. A to tylko wrażenie wielkości było, które powstało na tle małego, ale przytulnego i ładnego mieszkania. Tylko weź to dziecku tłumacz, jak sam masz w domu telewizor z kineskopem.

Drugiego dnia odwiedził nas przed koncertem w stodole nie lada gość. Sam Daniel Landa, który został zaproszony na koncert przez naszego kolegę, fotografa, Rafała Nowakowskiego, z zamiłowania czechofila oraz Landowego sympatyka oraz landofana i przyjaciela. Michał zapoznał Landę z twórczością Kazika, Kazik znał twórczość Landy i Rafał chciał ich poznać i doprowadzić do wspólnych koncertów. Ochronę na równi z Danielem zainteresowała prześliczna żona czeskiego muzyka, którą adorowali nieustająco, nie przejmując się zbytnio umiejętnościami walki naszego gościa, który umiał się bić bejzbolem i na piąchy. Ale do niczego takiego nie doszło, bo w końcu wszyscy byliśmy jedną wielką muzyczną rodziną i nasze żony były ich żonami i odwrotnie.

 Krzepę czeskiego muzyka wykorzystaliśmy w walce pod sceną, gdzie Daniel Landa stanął odważnie w koszulce Kult Ochrony i łapał z nami fanów Kultu, jakby się w fosie urodził. Przez kilka kawałków nam pomagał a potem zostaliśmy sami. Resztę koncertu przełapaliśmy bardzo sprawnie, najwyżej trzy osoby nam spadły, ale obrażeń zagrażających życiu nie poniosły. Więc odtrąbiliśmy sukces, umówiliśmy się na rano, na wyjazd i udałem się do Wafla na małe co nieco.

Żona, pani Waflowa, nawet bardzo nie burczała na mój widok, co miało wpływ na miłą atmosferę i ogólną chęć czynienia dobra tu i teraz. Dlatego na informację od kolegi:

– Ale mnie ten zapalnik w kuchence wkurwia!

postanowiliśmy niezwłocznie działać. Tym bardzie, że Wafel, i ja, wyjeżdżał na kilka dni z Kultem, a do tego rano miała się odbyć wizytacja kuratora czy coś w ten deseń, więc pozostawienie niesprawnej kuchenki było ujmą na jego policyjnym honorze. No i na moim. Nowohuckim.

– Pokaż, co się popsuło. – zgłosiłem gotowość działania.

– A ten zapalnik od tego palnika działa co drugi raz.

– Eeee. To spoko. Nie ma sobie czym dupy zawracać.

– Ale mnie to wkurwia. Patrz. – i zapalił palnik, raz, drugi, i trzeci. Działało. Ale czwarty raz już nie. Potem znowu pięć razy działało i znowu raz nie. – No krew mnie zaleje zaraz.

– Zostaw te kuchenkę! – była żona, albo wkrótce była, nie wytrzymała. – Zajmij się lepiej piciem. Pijaku.

– Nie wyjadę jak nie naprawię tego. Gómi mi pomoże bo się na tym zna! Pracował z kuchenkami. Zna się na kuchenkach, zwłaszcza gazowych.

– Co? Ja? No nie wiem. – próbowałem wykrzyczeć, że to nieprawda, ale litr wyborowej który już wypiliśmy zblokował mi szybkość reakcji paszczą.

– No i widzisz, że się zna? – pokazał na mnie po raz kolejny.

 Ona popatrzyła na mnie przerażona i poszła spać.

– Dobra. Dawaj po kielichu i robimy.

I rozpoczęliśmy gdzieś około drugiej w nocy likwidować usterkę, która w niczym i nikomu nie przeszkadzała. O czwartej czuć było gazem w całej kuchni, a kuchenka nie działała. Już w ogóle. Czyli musiała być jednak zepsuta, a my to tylko odkryliśmy po jej rozkręceniu. Walczyliśmy dzielnie do piątej, a o piątej siedem usnęliśmy na kilka chwil. Gaz się już nie ulatniał, ale kuchenka dalej nie działała żadnym palnikiem, za to my czuliśmy, że jak się prześpimy, to może nam się przyśni jakieś rozwiązanie. Ja odleciałem i spałem do dziewiątej, bo wtedy nadszedł czas wyjazdu do Poznania., ale Wafel wstał wcześniej i doprowadził gaz do jednego palnika, co uznaliśmy za sukces, bo mleko dziecku było na czym zagrzać, a argument o pozostawieniu domu w stanie ruiny i ucieczce na kilka dni został obalony. Kurator rodzinny nie miał się do czego czepić. Co prawda kuchenka wyglądała jakby przyniesiono ją ze złomowiska, ale w jednej czwartej działała. Jak wszystko czego się wspólnie dotknęliśmy. Skuteczność dwadzieścia pięć procent zadowalała nas.

Do Poznania lecieliśmy jak na skrzydłach, a to dlatego, że po koncercie szykowała się mega impreza, i do tego dla nas Kult Chłopaków, darmowa, w Kultowej, czyli mekkce kultowych fanatyków. Lokal ten był lokalem niezwykłym. A tam był. Jest. Co prawda jego córki w Katowicach i Wrocławiu nie przetrwały próby czasu, ale ten poznański lokal trzyma się wspaniale. I jeszcze z roku na rok rozwija. Dla tych którzy w Kultowej nigdy nie byli, powiem tylko tyle, że lokal jest cały w plakatach, zdjęciach, koszulkach i innych gadżetach związanych z Kultem. Nasza kultowa Częstochowa, nasza Kazikowa Mekka, nasz ochroniarski darmopój.      

Tego poznańskiego wieczoru robota zeszła na plan dalszy, co nie znaczy, że położyliśmy na niej lagę. Co to to nie. Wszyscy dawali z siebie wszystko co mieli najlepszego, no może poza mną i Waflem, ale my w nocy mieliśmy robotę przy gazie i wszyscy to rozumieli. Po koncercie, a konto nocnej imprezy, postanowiłem być bardzo miły jak nie wiem co do ludzi, i jednej kobiecie, która chciała autograf od pana Kazika, postanowiłem go zdobyć.

– Tylko taki prawdziwy żeby był!

– Tylko taki będzie proszę pani! – obiecałem.

– A najlepiej jakby mnie pan wpuścił do garderoby i sama bym go sobie zdobyła.

– Nie można wchodzić do garderoby. Jest ciasno, zespół jest umęczony i sama pani wie.

– Nie wiem. Proszę w takim razie o tu, na kartce o autograf.

Wślizgnąłem się jak glista ludzka do garderoby, u bram jej stawiając Bzyka, i bez zbędnych słów podstawiłem Kazikowi kartkę, ten dokonał podpisania i wyszedłem drzwiami, jak przywołana wyżej glista. Szybko i sprawnie. 

– Proszę to autograf dla pani! – byłem dumny jak nie wiem co, że pomogłem.

– To nie jest oryginalny autograf! – usłyszałem i znowu poczułem się jak glista. Ludzka.

– A jaki?

– Podrobiony. Pewnie sam się pan podpisał. Muszę wejść i zapytać Kazika.

– Ale powiedziałem wyraźnie, że nie wolno. Nie ma szans.

Obdarowana najprawdziwszym autografem Kazika kobieta popatrzyła mi prosto w oczy, po skosie, bo ją przerastałem o półtorej głowy i wypaliwszy na dowidzenia:

– Ty chuju!

wykonała zwrot o sto siedemdziesiąt trzy stopnie i poszła sobie precz.

Stałem tak chwilę jak zamurowany. Ale szybko mnie odmurowano:

– Rusz kurwa dupę, ile będziemy czekać na ciebie? W Kultowej na nas czekają. – Bzyk chciał już być na miejscu dla nas stworzonym.

– A zespół? Kto będzie pilnował zespołu? – zapytałem, bo nie chciałem zostawiać drzwi do garderoby bez ochrony.

I wtedy wyszedł Zdunas.

–  Jak to kto? Zdunas! – Bzyk zakomenderował, po czym ustawił Janka przy drzwiach i rzekł mu – stój tu i pilnuj. Aż ostatni muzyk nie wyjdzie. Aha. I nikogo nie wpuszczaj!

W Kultowej bawiliśmy do rana. My, ochroniarski lud, zespół w większości, technika, fani i nie fani. W sumie to mogliśmy nie brać hotelu, a co najwyżej śniadanie, na które wpadliśmy prosto z Kultowej.

– Tomuś, jedziesz z nami. – menadżer ustalał kto z kim i o której się przemieszczać ma po Polsce– wyjazd o dziesiątej.

Ucieszyłem się bardzo znad jajecznicy i smażonej kiełbasy, które wchodziły we mnie z trudem. Dobra muzyka, cisza, spokój i bezpieczna jazda to były atuty przemieszczania się z Wietechą.

Ruszyliśmy punktualnie. Albo nawet z minutę przed czasem. Piotrek kierował, Kazo polegiwał na tylnej kanapie a ja pociłem się strasznie na przednim fotelu. Wszystko przez śniadanie, które było wliczone w nasz pobyt, i które zjadłem w ilościach dużych, co po nocnym balecie nie było najlepszym posunięciem. Już na pierwszym skrzyżowaniu byłem blisko największej tragedii swojego kultowego życia.

– Jak jedziesz?! – zakrzyknął Pewu, po czym gwałtownie zahamował, żeby nie wbić się w gościa który zajechał nam drogę.

Mną całym szarpnęło niezwykle ostro do przodu. A jedzeniem, które wypełniało mój żołądek, szarpnęło ku górze, i poczułem jak cała jajecznia, wymieszana ze smażoną kiełbasą, cebulą, chlebem i sokami szuka sobie miejsca przez które mogłaby bezpiecznie opuścić moje trzewia. Wszystko trwało dziesiąte części sekund. Przerażony ścisnąłem wargi, policzki szybko nabrzmiały mi jak naszym dętym muzykantom, ale w przeciwieństwie do nich nie powietrzem, a trawioną paszą, przez nos zaczęło się ulewać i wtedy postanowiłem za wszelką cenę wygrać tę wojnę. Zamiast wypuścić wszystko na deskę rozdzielczą i ewentualnie zapłacić za sprzątanie, wybrałem wariant oszczędny i całe te wymioty połknąłem z powrotem. Na samą myśl o tym co właśnie uczyniłem, znowu mi się cofnęło, ale znowu połknąłem, a z oczu pociekły mi łzy prawdziwe. Zamiast najeść się wstydu, najadłem się zwrotu treści żołądka.

– Tomuś, co jest? W porządku? – kierowca przejął się moim stanem bardzo.

– Yhy. – odparłem wycierając łzy i nos przez który najbardziej przetrawione części śniadania sobie wychodziły.

– Kazik a ty? – menadżer przypomniał sobie o ważnym pasażerze na tyłach.

– Piotrek! Nie hamuj tak ostro, co? – powiedział Kazik, który spadł z kanapy na podłogę i gramolił się z powrotem na kanapę auta.

– To nie moja wina.

– Nie jego. – potwierdziłem bo już mogłem mówić.- Ten tam nam drogę zajechał – pokazałem na auto przed nami.

Trasa z Poznania do Wrocławia była trasą o dużym poziomie trudności. Dwa pasy, po jednym w każdą stronę, duży ruch, sporo ciężarówek, jakieś roboty. Trzeba było być czujnym za kierownicą. I Piotrek był. Do czasu odebrania pierwszego telefonu.

– Cześć kochanie. Co? Jak to koń kopnął? Ale dlaczego? Co z nią? Płacze? Coś ma złamane? Nie wiecie? Dzwonie do opiekuna.

Spojrzałem na Piotrka, potem na leżącego Kazika, i znowu na Piotrka, ale ten nic jeszcze nie chciał nam powiedzieć. Za to zaczął kierować jedną ręką a drugą grzebał w telefonie. Jazda straciła na płynności, i zaczynało robić się mało komfortowo.

– Co z moją córką? To jej wina? To nie jej wina! A gdzie była obsługa? Proszę mnie nie straszyć. Ania jest tam nie pierwszy raz. Chyba pan kpi. Rozłączam się. Zaraz oddzwonię. Płacze jeszcze? Boli ją brzuch? Może żebra złamała.

– Piotrek! Nie gadaj przez telefon jak jedziesz! – nasz wokalista usiadł i zaczął sie martwić o nasze bezpieczeństwo.

– Ania poczekaj. Kazik, córka miał wypadek. Koń ja kopnął. Ania? Zaraz oddzwonię bo ktoś dzwoni. Halo? Nic jej nie jest? A skąd pan wie? Jest lekarz?

– Piotrek!

– Kazik! To nie do pana. Zaraz. Jest lekarz?

– Piotrek zatrzymaj się!

– Ania? Kazik, zaraz! To nie do ciebie. Zaraz oddzwonię.

Sytuacja w naszym pojeździe była napięta pod samą podsufitkę. Jazda szła z trudem. Postanowiłem to wykorzystać, czując, że muszę wypić szybko piwo, bo zaczynałem się czuć jakby i mnie koń kopnął. W głowę.

– Piotrek. Stań gdzieś przy sklepie. Mamy kupę czasu. Ty sobie wszystkich poobdzwaniasz, a my napijemy się soku. O tam jest sklep. – poprosiłem.

Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym wiejskim przydrożnym sklepie. Wyskoczyłem jak z katapulty, Kazo wyczołgał się jak z kanapy i po kilku minutach siedzieliśmy przed sklepem z czterema puszkami dobrze schłodzonego piwa. Wbrew naszym zasadom o trasowej czystości.

Po kilku telefonach „afera końska” została opanowana. I w rodzinie Pewusa i w mojej głowie. Pozostała podróż minęła nam w głuchej ciszy, szybko, sprawnie i bezpiecznie. Piotrek analizował wydarzenia, a my z Kazikiem słodko posnęliśmy sobie. Obudziliśmy się na miejscu, pod hotelem wielkim jak te znane mi z filmów o Ameryce. Pokój miałem na ósmym piętrze, jak większość naszej ekipy. W końcu spaliśmy razem jak rodzina. Postanowiliśmy to wykorzystać.

– E. Gómi, idziemy na basen. – Bzyk przyleciał z ciekawą propozycją.

– Na basen? To tu jest też basen? – byłem wniebowzięty.

– Tak! Jest! Choć. Kazo idzie, Darek i ja.

– A Wafel? Guma?

– Wafel nie. Umie pływać tylko pieskiem i się wstydzi. A Guma śpi pijany.

– No dobra, to idę! Ale nie mam kąpielówek.

– To co? A po co ci kąpielówki? Majtek nie masz?

– Mam!

I nawet jeśli bieliznę mieliśmy nie za świeżą, to nic. W końcu była okazją ją od razu przeprać.

Basen za duży nie był. Ale naszej ferajnie to wystarczyło. Najpierw chwilkę poczekaliśmy aż grupa ciapatych się okąpie, a potem kiedy zostało już tylko dwóch panów z Indii czy Pakistanu, ale raczej byli to Indianie, wskoczyliśmy pobrykać. Znakomicie nam to zrobiło. Nasze ochroniarskie mięśnie zostały rozluźnione, trzewia wymasowane wodą odżyły, galoty się same z siebie poprały i poczuliśmy, że my naprawdę żyjemy! Mogliśmy działać.

W Hali Orbita czuć było od nas taki powiew świeżości. Bramka pachniała nowością i chlorem, Guma wódką, a Wafel psem. Łapanie stało się czystą sztuką, zwłaszcza jak uczestniczyło w niej pięćdziesiąt kilo dziewczyny. Wtedy wyrywali się wszyscy jak po złote runo. Ale runa dotykać nie wolno było. Ani runa ani wzgórka, ani balonu. Zasady Kult Ochrony to świętość.

 Po wzorowo wykonanej pracy, przeprosiłem zespół i łapaczy i udałem się na domówkę z Kult Forumowiczami. Była nas cała masa wielbicieli zespołu Kult. Trini, Likus, Michau i inni, których nie pamiętam. Ale pamiętam, że wyszukiwaliśmy jakieś przedziwne wyrazy w słowniku wyrazów dziwnych, czy jakoś tam ten słownik się nazywał. Zeszło mi tak do rana. O piątej pożegnałem serdecznie kolegów i koleżanki i postanowiłem chwilę pospać w swoim wypasionym łóżku hotelu stugwiazdkowego. Żeby nie wyjść na pijaka, który całą trasę spędza na nocnych eskapadach, koło szóstej rano wpadłem do hotelu z piosenką na ustach, zakładając, że nasza kompania słodko śpi.

Niestety. Lider, wokalista i mój mistrz w jednej postaci już nie spał.

– A skąd to się wraca?

– A od znajomych.

– Taaa. Ładnie. Ładnie.

– Naprawdę.

– Dobra. O dziesiątej jedziemy z Wieteską. Ty z nami. Tylko zjedz śniadanie i nie zaśpij.

– Dobrze. To do zoo za kilka godzin.

– No!

Mistrz mnie pożegnał i już nie usnąłem na wszelki wypadek, żeby nie zaspać. Po szybkim, ale bardzo obfitym bo darmowym śniadaniu wyruszyliśmy do Łodzi. Tym razem obyło się mojej strony bez zwrotów, czy nawet jakichkolwiek ich symptomów. Organizm odpowiednio prowadzony i wytrenowany działał jak dobrze podlana maszyna. Do czasu.

W hotelu w którym w Łodzi spał zespół czekałem na swój transport w kierunku noclegowni dla ochrony. Zespół znowu miał hotel stugwiazdkowy, a na nas czekał jakiś przytułek dla średnio zamożnych. Postanowiłem więc to zapić szarą wódą na myszach z kolą, lodem i cytryną.

– Pan naleje kolego, podwójne łyski z kolą, lodem i cytryną.

– Z kolą? – kelner który nie był jednak moim kolegą się skrzywił okropnie i zapytał czystą angielszczyzną – a którą whiskey?

– Z kolą. Tę czarną. Podwójną.

Nalał. Kolę postawił obok, butelkowaną, bo nie kumał jak można łyski pić z kolą i za nic nie chciał koli do łychy wlać.

– Czterdzieści i osiem.

– Ile? – zdębiałem, bo za taką kwotę mogłem mieć całą butelkę a nie kilkadziesiąt mililitrów.

– Czterdzieści i osiem. – wymówił z takim wyrazem twarzy, jakby poczuł, że mnie nie stać.

Zapłaciłem pięćdziesiątką i nie wziąłem reszty. „A masz chuju i się udław” pomyślałem odchodząc od baru.

To co miałem strzeliłem na raz. Wymieszane jak trzeba. Wbrew prawdziwym łycho smakoszom. I zaraz po tym jak alko dotarło do żołądka, poczułem bulgot w brzuchu, ścisk na ścianki żołądka i jelit, gaz w dwunastnicy i pot na czole. Organizm dał mi znać, że jak za minutę nie usiądę na toalecie, to będę miał przesrane. Wybiegłem więc z restauracji, przed recepcją wpadłem w poślizg, ale zauważyłem kątem oka oznakowanie toalet i ruszyłem sprintem rozpinając przy okazji pasek i guzik.

Kiedy siadałem w wygodnym hotelowyn wychodku wystrzeliło ze mnie całe zło ostatnich dni. I łycha za pięć dych. Tego żałowałem najbardziej. Ale siedząc tak bez gazety, telefonu i książki zacząłem rozmyślać, czemu takie coś mnie dopadło. Analizowałem swój stan i doszedłem do wniosku, że zaczynam się czuć coraz gorzej. Zaczynało mnie mdlić, a dołem schodziło i schodziło. Bez końca. Jak wtedy kiedy zatrułem się parówkami i organizm się oczyszczał na dwa otwory. Przeszył mnie dreszcz grozy na samo wspomnienie i ogarnął strach, jak tu ludzi łapać w takim przesranym stanie.

Wszystko zaczęło się klarować przed koncertem. Cała nasza grupa basenowa, czyli wokalista i ochrona,bez Gumy i Wafla miała takie same objawy. Całe szczęście. Bo głupio by mi było tak cierpieć samemu. A w kupie?

A w kupie zawsze raźniej!

CDN po urlopie.    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *