11. Traso 07 zgłoś się!

Z dedykacją dla Dorka i Cioci Moniki, za niezapomnianą wizytę.

Zanim nadeszła trasa w roku zero siódmym drugiego tysiąclecia, musiałem coś sprawdzić. Ponieważ pierwszy koncert był rzut łopatą od Nowej Huty, i do tego był pierwszym koncertem po „Aferze Spodkowej”, to postanowiłem się na tę okoliczność na niego wybrać. Żeby jako niewierny Tomasz zobaczyć czy ktoś jeszcze w Kult wierzy i rozeznać nastrój na przyszłość. Bałem się trochę, że moja robota w Kult Ochronie może się zakończyć szybciej niż się zaczęła.

Ruszyłem więc pewnego grudniowego wieczoru na wschód. Klub Planeta był ulokowany gdzieś na obrzeżach miasta, zresztą tak też odbierałem Stalową Wolę. Jako obrzeże galaktyki. Ale to chyba przez zimową aurę. Bo wtedy, kiedy wszędzie ciemno, buro, zimno i ponuro, wszystko jest raczej do dupy, poza terenami górskimi, gdzie zima może być. Ludzie w Planecie dopisali, bo albo byli niezrażeni ostatnim koncertem, albo liczyli na podobny występ jak ten w Katowicach. Ale Kazik ich przechytrzył i był trzeźwy. Jak ja. Z tym, że ja byłem kierowcą, więc niestety musiałem zachować się na zero procent w wydychanym. Koncert, jakby to napisał za lat kilka kronikarz bardzo Ważny Jarosław, był udany. Mój wyjazd też był udany, ponieważ zaprosiłem się do warszawskiego Palladium, żeby zobaczyć pierwszy koncert młodzieżowej grupy Kult w roku 2007. I chyba dobrze, że tam pojechałem, bo było na kogo zwalać.

A zaczęło się od telefonu.

– Cześć. Tutaj Janek. Słuchaj, skoro będziesz w Warszawie to ja ciebie zapraszam do mnie przed koncertem. Musisz wpaść koniecznie.

– Dobrze Janku. Bardzo chętnie! – ucieszyłem się, bo chciałem wiedzieć jak żyje typowy warszawski muzyk.

– To zapisz sobie, bardzo cię proszę adres, Filtry coś tam coś tam. – Pan Janek niezwykle kulturalnie przekazał mi swój adres. Wszystko przekazywał niezwykle kulturalnie. I przekazuje. Niezwykle kulturalnie. Do dziś.

Notoryczna dała zgodę na wypad, pobłogosławił mnie w imię ojca i syna, albo chyba jakoś tak:

– A jedź latawcu. Tylko byś gonił i gonił. Może byś zaczął pieniądze wreszcie jakieś zarabiać?  Popatrz na swoich kolegów. Domy budują, auta mają nowe. A ty? Tylko Kazik i Kazik. Albo Kult i Kult. Ja cię na starość niańczyć nie będę. Dla dziecka nie masz czasu, bo co chwilę koncerty i koncerty. Może byś się zastanowił czasem?

– Też cie kocham. Lecę!

I poleciałem. Około ósmej rano, 18.01.2007 roku. U Pana Janka zameldowałem się zaraz po południu. Nie sam, bo miałem ze sobą butelką wiśniowej wódki. Z pustymi rękami nie wypadało. Zanim zrobiliśmy jedną trzecią flaszki, czyli nic, zdążyłem zwiedzić mieszkanie, podotykać eksponatów wszelakich i posłuchać o solowych projektach Grudy. Pozostałe dwie trzecie wypiliśmy z koleżanką gospodarza, która się pojawiła niby z nienacka. Taka pani aktorka, z takich bardziej korpulentnych aktorek. Ale fajna babka. Dowcipna, kulturalna i nie stroniąca od wiśniówki. Do tego szybko ją łapało, bo może jak na aktorkę warszawską przystało miała depresję, albo jakieś tam inne kłopoty, które starała się pod maską śmiechu i zabawy ukrywać, żeby nie zepsuć mi nastroju wielkiej wyprawy. Po wypiciu tego i owego, co tam  Janek jeszcze wygrzebał w swoich szafkach, w doskonałych nastrojach zaatakowaliśmy Palladium.

Na miejscu okazało się, że wszyscy mają dobre nastroje. Ba! Lepiej niż dobre. Cały zespół świętował rozpoczęcie nowego sezonu koncertowego. Poza wokalistą. Ten się zawziął w sobie i postanowił wystąpić na czysto. Poza powodem estetycznym, na koncert mieli przyjść przyszli teściowie syna wokalisty, Kazia juniora, i to zadecydowało w głównej mierze o nieużywaniu procentów przez piosenkarza grupy Kult. Nie wierzyłem, że tak można ale nasz mistrz był dzielny i niczego nie tykał. To wtedy Kazik zaczął wprowadzać nowe standardy. Ale pozostała część zespołu nic nie wprowadzała, poza sobą w stan upojenia. Nawet gdzieś tam zasłyszałem, że to Palladium miało być zagrane „spodkowo”. Z tą różnicą, że tym razem wokalista miał być tym dobrym a instrumentaliści mieli być źli. I chyba większości udało się osiągnąć poziom zła jak trzeba.

– Nie no, panowie. Tak się nie da. Nie stroiło, było nierówno. Wstyd. – po koncercie przyszedł czas na podsumowanie ze strony lidera.

– Co się nie da? Dobrze było. – ktoś miał swoje zdanie.

– No nie dobrze to wyszło. Bardzo źle.

– Chyba nie gorzej niż w Spodku. Co Kazik? – to chyba pan Jan chciał być niemiły.

– E tam, nieźle było, naprawdę. – włączyłem się do rozmowy, chociaż większość  koncertu spędziłem z Kult Forumowymi znajomymi chlejąc piwo przy barze i miałem już nieźle w czubie. Do tego mało co słuchałem i raczej chciałem bronić tych z którymi przed koncertem popijałem.

Kazik popatrzył na mnie z litością, jak na piąty element, albo bardziej po naszemu, jak na piąte koło u wozu.

– Ale oni są pijani przecież. Popatrz. Prawie tak jak ty.

– Ale to wszystko przez niego! – najszybciej zareagował Morawka, pokazując na mnie ręką uzbrojoną w drinka. – Gómi przyniósł wódkę i kazał nam pić.

Zdębiałem.

– No co ty, Piotrek? Ja?

– A kto? Namawiałeś, polewałeś, więc piliśmy. Ale było dobrze. Sam mówiłeś. Więc umiemy zagrać po drinku.

– No tak. Chyba tak.

I tym sposobem zostałem tego wieczoru pierwszym rozpijaczem w szajce i ofiarą własnej dobroci. Od tej pory postanowiłem nigdy więcej nie przynosić alkoholu do garderoby. Jeśli już, to tylko do hotelowych pokoi. I oczywiście po pracy.

Rok był szalony. Mogło to też być spowodowane tym, że Kult w którym się zadurzyłem po uszy, świętował stulecie pracy twórczej. Wróć. Maryla Rodowicz i Budka Surfera świętowały stulecie, a moi koledzy byli w kwiecie wieku i na scenie byli od lat dwudziestu pięciu. Z tej okazji program III Polskiego Radia postanowił zorganizować koncert jubileuszowy na Myśliwieckiej 3/5/7, w ogródku na polu. Znaczy na dworze.

– Cześć Tomuś. Piotrek z taj strony. Nie chciałbyś popracować w lipcu w Warszawie? Jeden dzień.

– No jasne że bym chciał. A co to?

– Trójka robi nam jubileusz z okazji 25 lecia i wymyśliliśmy, żeby stanęła tam nasza ochrona. Płacą dobrze, zwrot, umowa zlecenie. Tylko jest mały problem, bo nasi koledzy z Warszawy wtedy nie za bardzo mogą i może mógłbyś mi kogoś zaproponować.

– No jasne. Mam takich wyrośniętych fanów. Kumana kojarzysz? Kuman trenował jakieś walki i spokojnie da sobie radę. 

– Kojarzę, może być. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Nie wiem skąd mi taki pomysł wpadł do głowy, ale na 25 lecie zespołu Kult pojechałem w garniturze. Chyba Kazikowi naopowiadałem, że skora jest taka ważna chwila, to uczczę ją godnie. I jak idiota do Warszawy pojechałem w gangu. Z powrotem też, ale już pijany, więc mi latało, że tak jest.

Koncert był fajny, kameralny i transmitowany na żywo na cały kraj. Z powodu ciągłego wrzucania na scenę kartek z pozdrowieniami, sztuka przeciągnęła się strasznie. Pierwsze, drugie i piąte pozdrowienia były jeszcze spoko, ale kolejne, które Kazik niechętnie, ale konsekwentnie czytał, zamuliły sztukę bardzo.

Po wszystkim poszliśmy do jakiejś mordowni, możliwe nawet, że do słynnego wśród kibiców Legii „Źródełka”. Z zespołowej bandy był Banan, Morwa, może Irek. Kult Forum w pokaźnym zespole, ja i Kuman.  Jakiegoś wielkiego baletu nie było. Nie ma się co dziwić, lata leciały i nie było się czym chwalić. Poza tym trzeba było wracać do domu.

Trasę październikową tego roku zero siódmego, postanowiliśmy z moim prawie bratem-przyjacielem, oraz z moją rodziną rozpocząć od wizytacji koncertu w Londynie. Świat nagle zaczął się kurczyć i to co kiedyś nie miało prawa zamarzyć się nawet we śnie, teraz było na wyciągnięcie ręki. A wszystko zorganizował Dorek i ciocia Monika.

Dorek był najpierw moim kolegą z Kult Forum, potem zwróciłem na niego uwagę, bo został najmłodszym radnym w Polsce, a znać radnego to jak znać papieża, i w przepięknej Kolbuszowej zaczął organizować oraz współorganizować koncerty. Aż w końcu wymyślił festiwal Spinacz i przy mojej niewielkiej pomocy zrobił coś, co wydawało się nie do zrobienia. I trwa to do dzisiaj. Ale o tym będzie w specjalnie poświeconym rozdziale.

Londyn mogliśmy zaliczyć dzięki cioci Doriana, która była niewiele od niego starsza, jak na ciocię, i która to ogarnęła nam cały pobyt od strony logistyczno noclegowej.  Nam pozostało już tylko dolecieć i żyć.

Z życiem problem był duży jeszcze w Polsce. Wylot mieliśmy w niedzielę bardzo rano, koncert był  późnym popołudniem, dzień zostawał nam na szybki rekonesans po miasteczku Londyn, i we wtorek mieliśmy wracać. Plany lekko komplikowała nam sobota, bo w przeddzień naszego rannego wylotu mieliśmy wesele Mirka Skowronka. Komplikacja polegała na tym czy nie pójdę na weselu do spodu z radości i przez to nie dotrę na lotnisko, albo mnie do samolotu nie wpuszczą. Wesele było bardzo udane, bo wesela pod miastem zawsze są bardzo udane i tak żeśmy świętowali, że Kurka lekko zwariował i rzucał przed siebie szklankami. A że przed nim siedzieli ludzie, to sytuacja był mocno podbramkowa i zagrażająca zdrowiu. Na szczęście sytuację udało się opanować, opić i skoro świt, odebrani przez Doriana ruszyliśmy w świat. Jednak droga do świata nie była drogą usłaną różami. Przy odprawie okazało się bowiem, że to, co podrukowałem sobie i miało być biletem, nie jest żadnym biletem i mogę sobie tym co najwyżej tyłek podetrzeć. Za wydruk zapłaciłem na lotnisku jak za trzy kolejne bilety i najchętniej jebnął bym tym wyjazdem w chuj. Ale nie wypadało aż tak afiszować swojej głupoty. Zagryzłem więc zęby, zapłaciłem i polecieliśmy. Rodzina była szczęśliwa.

Potem wszystko szło już chyba dobrze. Po zameldowaniu się w południowej części miasta kolosa Londyna, zostawiliśmy Kasię Notoryczną i Tomka juniora, a sami, ja, Dor i ciotka Monika ruszyliśmy pod klub. A klubem tym była słynna Astoria Theatre. Kiedyś teatr, potem kino, a wtedy sala koncertowa z zajebistą akustyką. Dwa lata po tym koncercie klub został zburzony i chyba Kult zagrał tam swoją ostatnią sztukę tego roku.

Na koncert wystroiłem się w koszulkę Kult Ochrony i z dumnie wypiętą piersią paradowałem po centrum Londynu. Jeśli coś takiego tam jest.

– O patrzcie! Kult przywiózł swoją ochronę! – ludzie pokazywali mnie palcami i przybijali, piątki, szóstki i siódemki. Byłem szczęśliwy.

Przed koncertem spotkaliśmy się z naszym człowiekiem z Kult Forum na obczyźnie, kibicem Łódzkiego Widzewa, Holbą. Ludzie sprzed monitorów stawali się realnymi postaciami, co cieszyło bardzo.

Menedżment zespołu w osobie PeWusa poinformowałem o przybyciu chyba dopiero przed sztuką, żeby zdziwko było jaki to jestem światowy a Szczecin to nie jest kres moich możliwości. A może zapowiedziałem się wcześniej, żeby nie popuścić ze wstydu jakbym nie wszedł na koncert? To jest do ustalenia w Londynie, w pubie przy piwie. W każdym bądź razie weszliśmy, a ja jako gość samego zespołu, dostałem na klatę nalepkę dla gości bardzo ViPażnych. Dla cioci Moniki i Dorka nalepki miały być załatwione po sztuce. Dorek został więc z ciocią na sali, a ja ruszyłem odkrywać to, co do tej pory było dla mnie nie odkryte.

Sala Astorii była duża, z balkonem na kilkaset osób, może na trzysta, może czterysta, wysoka bardzo. Obok sceny, z prawej strony było wejście do klatki schodowej, którą szło się na drugie piętro do garderoby. W klubie obowiązywał całkowity, ale taki całkowity zakaz palenia. I chcąc zapalić, a paliliśmy wtedy wszyscy bez mała, trzeba było zejść na dół i wyjściem za sceną udać się na zewnątrz, na ulicę. I jak na ulicy można było palić, to już nie można było pić alkoholu. 

– Eeee tam, pierdolenie. – Wojtuś Jabłko, który robił wtedy w technice, nie wierzył w angielską prewencję. – Patrzcie, mam drinka w kubku po kawie. I co?

I staliśmy, paliliśmy sobie, gadaliśmy, Kazik wspominał jak do Londynu jeździł lat temu kilkanaście i nagle, ni stąd ni zowąd podjechała londyńska policja. My, poza Kazikiem ,to raczej ani me ani be wtedy po angielsku i sytuacja zaczęła się napinać jak guma w majtach. Na szczęście szybko zjawił się Tomek Buch, londyński organizator tej i setek innych sztuk i pogadał za nas. Poprosił Wojtka o zabranie kubka do środka, bo w przeciwnym razie koncert się nie odbędzie. Szczęki nam opadły na angielski bruk. Mieliśmy jeden kubek na pięciu, do tego nie świadczący o jego alkoholowej zawartości, a i tak nas rozczytano zawodowo. Postanowiliśmy więc już być grzeczni i stosować się do przepisów.

Wystrojony w koszulkę Kult Ochrony, z nalepką formatu „pół a 4 na klacie”, miałem wejście wszędzie. Może nawet do łóżka królowej anielskiej, znaczy angielskiej, ale nie sprawdzałem bo zaczął grać Kult. Uwierzcie, że jak to wszystko ruszyło to publika zwariowała, a mnie włosy stanęły dęba. Nasi, tam w stolicy królestwa, spijali Kazikowi z ust każde słowo. Łaziłem, kręciłem na kamerze, ( mam gdzieś materiał, poszukam), przeżywałem bardzo. W pewnym momencie obszedłem scenę od dupy strony i stanąłem za Tomusiem Ghoesem. Kazik stanął obok mnie i zaczął do mnie mówić, a ja wszystko słyszałem jakbyśmy byli sami na scenie.

– Dobrze jest?

– Znakomicie.

– Patrz jak to tutaj brzmi. Na scenie nie ma hałasu i wszystko słychać. A jak z przodu?

– Bardzo dobrze. Głośno, czysto, selektywnie. Dla mnie bomba.

– Dobra akustyka jest, bo to był kiedyś teatr.

– Niesamowite. Nie musimy do siebie krzyczeć. Jest zawodowo. – byłem zdziwiony, bo Kazo był już lekko głuchawy a rozmawialiśmy cicho.

Po tym co odbywało się na naszej ziemi, miałem wrażenie, że jestem na prawdziwym zachodzie. Sprzętowo i organizacyjnie różnica była duża. Ale nie dwadzieścia siedem do jednego, może tak ze dwanaście do trzech? A wyprzedzając fakty, za kilka lat dogonimy a nawet przegonimy angoli o kilka długości. Przynajmniej w sztukach muzycznych średnioformatowych.

Koncert był znakomity, a Polskę wyśpiewała cała sala, podnosząc emocje do niespotykanej dla mnie wcześniej granicy. Włosy stawały mi dęba na głowie, na rękach a jak ktoś był hobbitem, to mogły by mu stanąć i na stopach.


Po koncercie w garderobie na drugim piętrze rozpoczęliśmy świętowanie. Pościągaliśmy najwierniejszych znajomych i zaczęło się przeżywanie tego czego byliśmy świadkami. Tomasz Buch, znakomity organizator, zadbał o odpowiednie zaopatrzenie w napoje i ruszyliśmy w tany. Do hotelu było niedaleko, więc nikt się specjalnie nie spieszył. Kiedy już mieliśmy w czubie tak w sam raz, najtrzeźwiejszy z nas, bo nie pijący, Piotrek menadżer skinął na mnie.

– Tomuś, jak było?

– No super. Zajebiście.

– Akustyka ci się podobała?

– Bardzo.

– To poznaj tego kolegę, jest z Australii, on robił dźwięk.

– Wow! Najs tu miczju. Wery gód dżob, men! Ajem Tomek! – poleciałem harwardzkim angielskim, żeby dać nowemu koledze szansę na złapanie o co mi kaman.

– Tutaj on coś mi mówi, przedstawia się, a że ja nic nie kumałem, to tak z grubsza piszę co on niby wtedy mówił. – powiedział.

– Wery super gód. Duj u from Australia podobno? Piotrek mi spiking.– to już ja mówiłem rozumiejąc siebie doskonale.

– Yes, yes. Melbern. – znowu on, z akcentem australijskim odpowiadał, więc jednak coś kumał.

– Gómi, weź się z nim wymień koszulkami. Daj mu koszulkę Kult Ochrony. Dobra? – Piotrek się wtrącił, chcąc mnie pozbawić mojej koszulki roboczej a czasem odświętnej.

– Jasne! Ale w Polsce mi dasz nową?

– Oczywiście! Wymień się z nim, nakręcę was!

– Dobra! Tylko weź mu wytłumacz o co chodzi.

– Dobra! Lisin tu mi frend. Giw Gómiemu jur szirt! Okej? – Piotrek znał język angielski z naleciałościami oksfordzko bruklińskimi.

– Łot? – realizator się uśmiechnął, bo chyba myślał, że chcemy od niego kasę pożyczyć.

– No ten szirt. Ty ju giw szirt Gómiemu a on giv szirt Gómiego ju. Okej? – i Piotrek zaczął go szarpać za przepoconą koszulkę. – Ałer koszulka is de Best. Espeszjal. Patrz. – i szarpał dla odmiany za moją.


Australijczyk się uśmiechnął. Ale kasy nie chciał pożyczyć. Chyba nie miał gotówki.

– Kazik, chodź nam pomóż. Kolega chyba nie rozumie po angielsku. – szukałem pomocy.

– Ale że co?

– No powiedz mu, że wymieniamy się koszulkami. Ja mu dam naszą, kult ochrony, a on mi swoją. – streściłem temat.

– Aha. – i Kazik zaczął mu mówić po australijsku chyba, bo koleś załapał.

To była wymiana życia. Ale nie dla mnie. Dostałem śmierdzący, sprany i znoszony tszirt za moją cudowną zbroję. Zajebiście. Realizator opowiadał, że koszulka którą mi daje, jest jakaś specjalna, z jakiegoś spotkania serferów australijskich  i takie tam pierdoły. Z nerwów naszło mnie na palenie.

– Idę palić.

– Ja też. Ale nie chce mi się schodzić. – Kazimierz też potrzebował nikotyny tak jak i ja.

– Tomek, gdzie tu możemy zapalić? – rzuciłem w stronę Bucha.

– Tylko na zewnątrz. Tutaj w Anglii przepisy są bardzo surowe. Wszędzie są czujki, które działają na najmniejszy dym. Musicie zejść na dół.

– Aha. To idziemy. – wziąłem Kazika pod rękę i wyszliśmy z garderoby.

Po zamknięciu drzwi, złapałem za klamkę w sąsiednim pomieszczeniu, które stanęło przed nami otworem.

– Co ty robisz? – Kabura się zdziwił.

– Nic. Wchodź. Zobaczymy co tu jest. Może można palić?

Podszedłem do okna i po chwili mocowania się z brytyjskim zamykaniem otworzyłem okno. Ale nie na oścież, bo się nie dało, tylko tak bardziej uchyliłem, na kilka centymetrów.

– Patrz! Jest szpara. Jak będziemy w nią dmuchać to czujniki nie zareagują. Dawaj fajki, jaramy. – zadecydowałem pijany.

– A jak się coś włączy? – Kazik miał więcej do stracenia, a mnie mogli nawet teleportować.

– To uciekniemy. Dawaj! Jaramy.

I zajaraliśmy jednego na spółę, z twarzami wciśniętymi w szczelinę uchylonego okna Astorii Theatru. I tak to wyjebaliśmy brytyjski system na cacy. Jakby nas Niemcy mieli przy inwazji w 1940 roku, to by się dzisiaj w Londynie prawą stroną jeździło, jak w faterlandzie.

Po opróżnieniu butelek w garderobie ruszyliśmy do hotelu, zobaczyć jak hotel ma bar wyposażony. Okazało się, że całkiem nieźle i dotankowaliśmy do pełna.

– Jutro pójdziemy tu do takiego fajnego pabu. Zbiórka o siedemnastej! Gdzie śpicie? – Kazik ustalał plany na poniedziałek.

– Na południu. Koło stacji Tooting Bec.

– To do jutra. Idę spać. Cześć. – Kazik poszedł, a my wróciliśmy na chwilę do reszty ekipy dopić piwo i się pożegnać.

Ponieważ była już ciemna noc, a my byliśmy lekko zaorani miejscowymi trunkami i emocjami, postanowiliśmy wracać prawdziwą, angielską taksówką, wersją oryginalną z szybą pomiędzy pasażerami a kierowcą. Taką też złapaliśmy na machnięcie ręką. Monika ustaliła, gdzie dojedziemy za posiadane pieniądze i okazało się, że tylko kilometr trzeba będzie przejść. Taksówkarz był niezwykle miłym chamem i co chwilę poprawiał ciociny akcent, co mnie strasznie wkurwiało. Ciocię też i mu dogryzała. Ona po angielsku, ja trochę po Polsku ale mnie cham nie poprawiał bo się raczej na polskim nie znał. Nie polubiliśmy się ani trochę. Może to przez tą australijską koszulkę, która dość mocno śmierdziała albo za dogryzanie mu? Może. W każdym razie nie pojechaliśmy ani metra dalej niż nasza kasa pozwalała. Cham wysadził nas gdzieś w londyńskiej dupie i obsikując teren jak psy, ruszyliśmy do cioci domu.  

Poniedziałek mieliśmy napięty okrutnie w plany i marzenia. Zrealizowaliśmy prawie wszystkie. Ja, Notoryczna, junior Tomasz i Dorek. Najpierw Condon Eye, czyli takie wielkie koło młyńskie, dzięki któremu zobaczyliśmy Londyn po horyzont.  Fajna sprawa, godna tej miejscowości. Wielka, potężna i luksusowa maszyna. Wszystko odbywało się w klimatyzowanych wagonikach, które podczepione u koła kręciły się powoli z dołu do góry i znowu w dół. Cudowna sprawa.

Potem zaliczyliśmy hamburgerownię sieciową. Dor, jako najbardziej znający englisz lengłicz poszedł zamawiać.

– Helloł! Plis giw mi for zestaw. Tri for old pipol end łan for czildren.

– Okej. A możemy rozmawiać po Polsku? Będzie nam łatwiej. – usłyszał i dzięki temu dostaliśmy to na co zasłużyliśmy.

Kolejnym punktem naszej wyprawy był taki wielki sklep z zabawkami. Junior miał tam używania i wyszedł z fajnymi prezentami, z których większość ma do dzisiaj. I do dzisiaj mi nie oddał za nie kasy. Ale za to ja przejąłem jego komunijne wpłaty i w sumie jestem sporo do przodu.

Przedostatni punktem, przed spotkaniem z Kultem, były odwiedziny znajomego z Krakowa w dzielnicy Arsenal. Ponieważ komunikacja w Londku jest znakomita, to odległość jak z Rynku w Krakowie do Bochni pokonaliśmy migiem, czyli metrem. Znajomy pracował w miłej restauracji, wiec zrobił nam coś espeszjal for as, i to espeszjal jedliśmy pałeczkami i było jak za granicą Europy. O czasie ruszyliśmy na nasze ostatnie spotkanie w pubie, w okolicach klubu Astorii. I wtedy się zaczęło wszystko gmatwać.

Dzisiaj są dwie wersje. Notorycznej, i ta wersja jest wersją z dupy bardzo, różną od rzeczywistości, przekłamaną i nudną. Druga jest moja, taka jaka została zapamiętana. Realna, oparta na faktach, zaskakująca, wartka, błyskotliwa i wręcz niesamowita. Nic więcej. Dorek mógł mieć swoją, ale do dziś nie pamięta, że wtedy był z nami. Ale są zdjęcia i mam na niego haka. Przeczytajcie więc moją wersję wypadków tego pięknego popołudnia w mieście Londyn, w dzielnicy Arsenal.

Na naszej stacji było sporo ludzi, którzy wracali z pracy. Przeszliśmy przez pierwsze barierki i ruszyliśmy do schodów ruchomych, które miały zwieźć nas w dół, na naszą platformę, czyli inaczej stację, skąd odjeżdżało nasze metro. Niestety, junior puścił moją rękę i zatrzymał się przed zainstalowanym w ścianie przyciskiem alarmu, który należało uruchomić przez naciśniecie w przypadku zagrożenia. Takie przyciski powstały chyba po zamachach w Londynie w 2005 roku. Zanim do młodego podbiegłem, ten już nacisnął przycisk i dał znać służbą, że coś jest nie tak. Czy coś zaczęło sygnalizować dźwiękiem czy nie użycie alarmu, nie pamiętam. Staliśmy za to chwilę, żeby w razie pojawienia się kogoś, wytłumaczyć zachowanie dziecka jako przypadek. Czekaliśmy minutę, nikt nie przyszedł, więc postanowiliśmy wiać. Zjechaliśmy na nasz przystanek, wskoczyliśmy do metra, drzwi się zamknęły, potem otwarły i ktoś zaczął bełkotać coś przez mikrofon. Pasażerowie po wysłuchaniu bełkotu, który w przeciwieństwie do nas zrozumieli, ruszyli do wyjścia na powierzchnię. I my z nimi.

Przed budynkiem metra było jakieś zamieszanie. Policja na koniach, policyjne suki na sygnale i takie tam. Chyba to wszystko spowodował mój syn korzystając z przycisku. Ale za bardzo nam się spieszyło, żeby tłumaczyć policji o co chodzi. Zresztą pewnie nikt z nich nie mówił po Polsku to i nic by nie zrozumieli. Zadecydowałem więc, że wskakujemy do pierwszego lepszego autobusu i jedziemy w siną dal. W autobusie mieliśmy się zorganizować za pomocą map transportu miejskiego które dała nam ciocia Monia. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy wskakując do klasycznego piętrusa. Nasza wesoła, a wtedy przerażona jednak czwórka i obca nam trójka policjantów. Usiedliśmy na dole. Wszyscy. My pośrodku autobusu, służby na końcu. Na kolejnym przystanku poszliśmy na autobusowe pięterko. Policjanci za nami. My siedliśmy z przodu, tamci z tyłu. Czuliśmy się bezpieczni i zadbani. Po kilkunastu minutach ustaliliśmy miejsce przesiadki, które miało nastąpić za godzinę. Jazda autobusem była ciekawsza ze względu na widoki, ale dużo wolniejsza od podróży metrem. Po półgodzinnej wspólnej podróży, nasi aniołowie coś przez nadajnik pogadali i nie spuszczając nas z oka wyszli. Wygląda na to, że musieli nas śledzić od momentu naciśnięcia przycisku alarmowego. Najpierw w monitoringu, potem osobiście. Ale po stwierdzeniu, ze jesteśmy co najwyżej wioskowymi głupkami z europy wschodniej a nie poważnymi terrorystami, dali nam spokój.  Mogliśmy więc bez stresu pruć do kolegów z zespołu.   

 Z tym pruciem to nam trochę zeszło i jak dojechaliśmy na miejsce, to część zespołu poszła w miasto, część do spania, a ci którzy czekali na nas, potrzebowali bardziej mojego ramienia jako wsparcia w drodze do hotelu. Wspólne biesiadowanie odłożyliśmy więc do  czwartku, bo w czwartek rozpoczynaliśmy polską część trasy pomarańczowej.

Nasza rodzinna wyprawa skończyła się we wtorek wizytą u królowej pod pałacem. Wspólnej herbaty nie było, bo królowa chyba na wieś pojechała, ale pokręciliśmy się w okolicy, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy na lotnisko Stansted, żeby wrócić do naszej polskiej, ligowej rzeczywistości.  

Z tym, że nie dotyczyło to mnie. Bo na mnie czekała kolejna przygoda życia na pomarańczowo. Wracałem więc z radością i nadzieją, licząc na kolejne przygody z Kultem, Kult Ochroną, fanami i wszystkimi tymi którzy już nie mogli się nas doczekać. Nas i Wafla, który miał przyciągać przygody jak jogin joginki. A czy tak się stało? Zobaczymy.

Jedna odpowiedź do “11. Traso 07 zgłoś się!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.