13. B. W trasie pomarańczowej roku zero siódmego. Odcinek drugi.


Do Dekompresji dotarłem z zespołem na kilka chwil przed próbą. Pomimo oczyszczenia organizmu przez aklamację, znaczy obwolutację, a nie, przez defekację, tak przez defekację, wcale nie poczułem się lepiej. Wręcz przeciwnie. Czułem się coraz gorzej. Z grupy basenowej byłem na próbie jedyny. Kazik nie dojechał bo czuł się źle, a bramka kultowa miała stawić się na pół godziny przed sztuką. Kiedy już wszyscy dojechali, nasza pływacka czwórka blokowała kibel na zmianę. A to defektując, znaczy defekując pupą, a to haftując paszczą. Robiliśmy to solo albo w duetach. Konfiguracje były różne, ale zawsze jeden siedział i pruł dołem, a drugi górą walił do zlewu, a jeśli się nie dopchał do toalety, to upuszczał z paszczy do kosza na śmieci, który był przed toaletą.

– Kurde. Nie ma szans. Nie dam dzisiaj rady. – wokalista Kazimierz czuł się okropnie i był bliski podjęcia decyzji o odwołaniu sztuki.

– Kaziu, no co ty! Może jakieś tabletki. Mamy chyba coś? – Emilka, właścicielka Dekompresji, nie wyobrażała sobie sytuacji, że sztuki nie będzie.

– Kulwa, ja też nie mam siły. – Daro także wyglądał słabo.

– Ja to nawet siebie nie złapię. – wtórował mu Bzyk.

– Może spróbuje… – chciałem wlać nadzieję w nasze serca, ale poszło mi paszczą i zwymiotowałem do kosza.

– Panowie, dacie radę? – Pewu sam nie wierzył w to co mówił.

– Tak. Nie.  – zaprzeczał sobie Bzyk w drodze do toalety, do której daleko nie miał, bo staliśmy przy samych drzwiach, żeby mieć gwarancję dotarcia do niej przed popuszczeniem w portki.

– Ja nie dam. Przepraszam. – Kazik zdecydował, a ja przypomniałem sobie o starej wiejskiej metodzie na problemy z żołądkiem.

– Emi, daj nam wódki z pieprzem.

– Zwariowałeś? – Bzyk wyrwał mi kosz i ulał do niego poprzez usta.

– Spróbujmy. Kurwa, co nam szkodzi? Wódka z pieprzem pomaga na żołądek. Gorzej już nie będzie.

Wszyscy spojrzeli na generała Kazimierza, który spojrzał na Piotrka, potem na nasze trupio blade twarze i powiedział.

– Dajcie te wódkę.

Emilka wysłała co prawda Sławka, swojego męża, ale i tak to ona obróciła raz dwa, niosąc butelkę, i z wielkim trudem zdobyty pieprz. Grzmotnęliśmy po pięćdziesiąt gram, i może nawet poprawiliśmy. Reszta zespołu, a szczególnie reszta Kult Ochrony,  w osobach Gumy i Wafla, bardzo nam zazdrościła, bo byli przed dmuchaniem w alkomat i pewnie niejeden przeklinał w duchu samego siebie, że dzień wcześniej nie skorzystał z basenu.

Po przyjęciu lekarstwa udaliśmy się chwilkę poleżeć, i o dziwo, nikt nie potrzebował jakoś specjalnie kibla. Wszyscy czekali na decyzję Mistrza gry na saksofonie i śpiewania z przepony, co do koncertu.

– Piotrek. Spróbujemy. Ale jak będzie źle, to przerywamy koncert. – Kazelot podjął wyzwanie i popatrzył na nas.

– Damy radę. Guma i Wafel staną na środku i powinno się udać. – Daro zarządził, na co Guma zmierzył go swoim surowym zaokularowym wzrokiem, a Wafel wyszeptał ledwo słyszalne:

– A żebyście się posrali pod sceną wieśniaki.

I ruszyliśmy do roboty ku uciesze miejscowej gawiedzi.

– Dzień dobry kochani! Dzisiejszy koncert mógł się nie odbyć i jeszcze nie wiemy czy uda się go w całości wykonać albowiem część naszego zespołu, w tym ja, jest chora. Spróbujemy. Trzymajcie kciuki!

I poszło. Szybko, sprawnie i do przodu. Wódka zdziałała cuda i jeśli mnie pamięć nie myli,  to wokalista nie zszedł ani razu, a my może po dwa razy biegaliśmy za potrzebą i po wydaleniu zła z organizmu, posiłkowaliśmy się wódczano pieprznym lekarstwem.

Ostatnie dwie sztuki trasy Pomarańczowej roku Pańskiego 2007 wypadły w Spodku i Krakowie. Spodek należało rzetelnie odczarować, i przed koncertem wprowadzono wyjątkową wstrzemięźliwość od napojów wyskokowych. Oczywiście zasada ta została wprowadzona dla zespołu, bo Kult Ochrona zawsze łapała na pełnej trzeźwości. A nawet lepiej, bo jedna z prób wykazała u naszego zespołu ujemne wskaźniki spożycia, w granicach 0,2 – 1,4 promila na minusie. Jaja jakieś. Ale tak to jest, jak przed pracą myśli się o strategii, taktyce, popijając witaminy zmieszane z owocowymi sokami marki krajowej. Wtedy promilaż spada krytycznie, i może u osób ponadprzeciętnych wskazywać minus. Takich ludzi jest na świecie czterech. Goomi, Bzyk, Guma i Daro.

Wzmocnienie przed Spodkiem w naszej ochroniarskiej ferajnie było nie lada. Wskakujący do fosy młodo krwisty Kozi, od następnej trasy nasz stały łapacz, bawidamek, pierwszy wodzirej i porywacz tłumów, Dr Yry – nawet nie napiszę kto to jest, bo jak ktoś nie wie, to niech sobie swoją nogę przez ucho igielne przewlecze, Kuman – karateka, fan Kultu i Kazika, odnaleziony w Krakowie i inni. Może byli też: Irek co Niewiedział, Kuba co Kultową w Katowicach ogarniał. Może i Maciek Kazana, król lewej flanki patrząc od strony publiki i król flanki prawej stojąc dupą do sceny – uśpiony tygrys, ukryty smok, który na ochroniarza czasem nie wygląda, ale jak złapie, to ło Jezus Maryja.

Robota przebiegała sprawnie jak nigdy. Ludzie też spadali jak nigdy, bo i jak nigdy latali, mając dziwne trajektorie, a i my nie byliśmy jeszcze ze sobą zgrani. Szczególnie szwankowała współpraca Wafla z innymi, ale to indywidualista, mruk i introwertyk. My stare ochroniarskie wygi, oraz świeżynki stojące z nami, to był prawdziwy koktajl Młotkowa. Ale nikt nie umarł, a stan wchodzących i wychodzących się zgadzał. Jak wspomnę tylko, że pogotowie ani razu nie interweniowało, to sami Państwo wiecie. Sukces i profeska!

Kazo dawał z siebie wszystko i jeszcze więcej. Reszta chłopaków też wyciskała z instrumentów ile fabryka dała. Nawet basista Jerzyk, który przecież ma tak mało strun i musi starać się za trzech. W pewnym momencie wokalistę poniosło i kazał oddać się, za naszym pośrednictwem, w ręce słuchaczy, żeby sobie polatać na ich rękach. Daro i Bzyk wskoczyli za Mistrzem jako eskorta. Latanie się przeciągało w nieskończoność, a ileż można w środku „Krwi Boga” zapętlać dźwięki? Wtedy jeden z muzyków, na pewno Jerzyna z Zielonej Góry, wskazał wzrokiem na mikrofon. Korzystając z obecności Dr Yry, ściągnąłem mikrofon do fosy i polecieliśmy „Krew Boga” w duecie. A Mistrz sobie spokojnie latał i latał. Aż w końcu powrócił, tyle że bez buta, bo mu go ktoś w trakcie latania zdjął ze stopy. I nie oddał. Wtedy. Bo but wróci po roku albo dwóch, na koncercie KNŻ – tu,  który będę miał okazję współorganizować z Galicją Productions Janus Krzeczowski, oczywiście w Katowicach. ( a może było to już w 2011 roku? Ech ta pamieć…)

Po koncercie nie poszliśmy za bardzo w gazowanie, bo nie chcieliśmy kusić losu przed ostatnią sztuką, poza tym chyba hotel w Spodku był w remoncie i rozdzielono zespół i ochronę według klucza tanio/drogo. Jeśli tak było, to nikt dłużej niż do siódmej rano nie popuszczał łańcucha alkoholizmu. Kraków wzywał, Kraków czekał, Kraków pragnął. I nie wiedzieć dlaczego, miał ugościć zespół w Rotundzie.    

A Rotunda nie była gabarytowo jakimś rarytasem, to raz, a dwa, chyba przez jakiś czas nie działała, ze względów bezpieczeństwa. Przecież to tam Pewu pokazywał mi, kiedy na początku XXI wieku przyszedłem na koncert KNŻ,  jak faluje strop sali koncertowej pod skaczącymi fanami. Podobno coś tam poprawiono i miało być bezpiecznie. I było, bo przeżyliśmy sztukę jak wszystkie do tej pory odbyte. Zanim jednak zagraliśmy, ekipa umościła się w legendarnym hotelu Cracovia, minus ja, bo ja spanie miałem u siebie. Ale i tak większość dnia i nocy spędziłem na terenie hotelu. Przed sztuką zorganizowałem bowiem mojemu przyjacielowi Michałowi, szefowi sportu Interii, wywiad z Kazikiem, na tematy sportowe.

Tymczasem u mnie w domu trwały harce, bo jak to przy trasie bywa, ciągnie się za nami ogon gości złożony z rodzin, żon, narzeczonych i im bliższa zażyłość, tym większy obowiązek ugoszczenia. Tak było i tym razem. Kiedy ja latałem jak pershing przy Kulcie, Notoryczna podejmowała obiadem Forniego z małżonką Izabellą. Co tam się wtedy działo, wiem ze zdjęć, które nie nadają się do publikacji, a nawet do opisania. Coś trzeba sobie zostawić na ciężkie czasy. Może ktoś będzie chciał zdjęcia i wspomnienia odkupić? Niedrogo!

Z hotelu do Rotundy jest pięć minut spacerem, więc większość ekipy ruszyła pieszo i ze sporym wyprzedzeniem. Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba to wtedy zakupiłem kilka biletów, które, biorąc pod uwagę pojemność sali koncertowej, stały się rarytasem i za pomocą znajomego, dokonałem ich sprzedaży, pomnażając pieniądze, jakie w nie zainwestowałem. Mogłem więc stanąć do pracy zarobiony i zadowolony z tego, ile od mojego ukochanego zespołu dostaję. Sam koncert jakoś szczególnie mi w pamięci nie został, nawet po koncertowe harce w Cracovii, na zakończenie kolejnej, udanej trasy też nie. Bardzie pamiętam poniedziałkowe spotkanie Kult Ochrony u mnie w domu, wyprawę do Club NH 1409.

Skoro moi Kult Ochroniarscy Brada byli w Krakowie i mieli czas, zaprosiłem ich na nowohucką ziemię, może na obiad albo i śniadanie oraz zwiedzanie. Wpadł Bzyk, Guma i rodzina Bożków. No i Wafel. Wafel to w ogóle miał zabawę. Najpierw podjarał się wanną i kiedy inni jedli i popijali, poza Bożkiem, bo on prowadził pojazd,  Wafel zażywał kąpieli w pianie, drąc japę na cały blok. A że wanna była trochę większa niż w większości polskich mieszkań, z kąpieli postanowił skorzystać też Guma. I kiedy Guma się pluskał, wpadł mu do łazienki Wafel, bo chciał dokonać dezawualizacji wnętrza, czyli po prostu oddać stolec. Łazienka jest tez toaletą, więc gdzy jeden się kąpał, drugi siedział obok i defektował. Dacie wiarę? Ja tez bym nie dał, ale zdjęcia są!

Po wszystkim podjechaliśmy jeszcze do klubu 1949, znakomitej miejscówki, dziś historycznej, która urządzili Maciek Twaróg i Paweł |Derlatka, i która była punktem obowiązkowym na trasie moich gości. Po przymierzeniu mundurów, zaopatrzeniu się w koszulki nowohuckie i pozycje literackie, goście odjechali do Warszawy a ja mogłem już w spokoju pożegnać trasę 2007 i cieszyć się każdą przeżytą na niej chwilą.  I szykować na kolejną trasę, za rok.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.