S9. Juniorzenie

S9. Juniorzenie

 

Podczas kolejnego sezonu w juniorach miałem być liderem naszej siatkarskiej kapeli. Do czasu finałowych rozgrywek  wszystko szło jak po maśle. Prawie szło, bo na ostatni mecz przed półfinałami w Olsztynie, drużynę opuścił nasz młody i podstawowy rozgrywający Paweł. No i zostaliśmy z ręką w nocniku, bo drugim rozgrywaczem był kolega Marcin, co to piłkę ręczną zamienił na siatkówkę kilka miesięcy wcześniej i był na etapie przyuczania do zawodu. Wyboru więc nie było. Rozbici psychicznie jak schabowy w barze mlecznym, chętnie wystawilibyśmy swoje chude pupy i poprosili o bezbolesne klapsy. Ale nie było na to możliwe, bo honor nie pozwalał się ugiąć.

Za przeciwnika mieliśmy Okocimskiego Brzesko, drużynę pewną awansu do dalszego etapu rozgrywek, która pewna była też sukcesu w mających się odbyć zawodach. Sytuacja w tabeli wyglądała dla nas nieciekawie. Tylko zwycięstwo dawało nam promocję do półfinałów. Na szczęście graliśmy decydujący dla nas, o być albo nie być, mecz na swojej sali w XI liceum, na osiedlu Teatralnym. Zapowiadała się prawdziwa, siatkarska wojna.

Pierwsze dwa sety, co prawda po walce ale zgarnął fawory z Brzeska. Kurwica w moim organizmie sięgała zenitu. Graliśmy nieźle, ale brakowało tego czegoś co pozwoliło by nam zostać zwycięzcami. Postanowiliśmy całkowicie zmienić taktykę. Ponieważ wszystko czego się nie dotknąłem zamieniało się w punkt, z taktyki na raz, dwa, trzy walisz ty, zaczęliśmy grać raz i dwa walę ja. Ułatwiło to też zadanie rozgrywającemu, bo ściągnęło z niego całą odpowiedzialność i uprościło grę do minimum. Po raz pierwszy w życiu miałem wcielić się w rolę siatkarskiego konia.

W trzecim secie Brzesko puchło a nam skrzydła rosły. Niemożliwe akcje do wygrania wygrywaliśmy, blok siedział jak nigdy. Czego się nie dotknąłem wchodziło. Swoje zrobił Żuchol i Darek i mogliśmy ryknąć po piętnastym punkcie w piątym secie :

– JEEEEEEEEEEEEEEEEEEEST!

Wyrwane z korzeniami łez , potu i krwi zwycięstwo smakowało szczególnie. Jedno z najfajniejszych zwycięstw w mojej sportowej przygodzie. Taki mecz, gdzie każdy z nas wyrobił 200 procent normy i wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności.

Nawet pomeczowe półuśmieszki trenera przeciwników Józka Gawędy, gratulacje w stylu „dali my wam”, nie mogły tego zepsuć. Można było rezerwować hotel w Olsztynie. Półfinał czekał na nas. I Paweł się odobraził i wrócił grać. Mogliśmy więc marzyć nawet o finałach.

Olsztyn to piękne miasto. I fajny turniej się tam trafił. Były cztery drużyny. My, AZS Olsztyn jako gospodarz i faworyt do złota na Mistrzostwach Polski Juniorów Starszych, oraz ONI zbliżeni klasą do nas i jeszcze inni ONI najsłabsi.

Najsłabszych przetrzepaliśmy w piąteczek. Jakby nie stres i emocje, to byłoby lekko i przyjemnie. Ale stres zrobił swoje i poszło jak po grudzie. Na szczęście skończyło się naszym zwycięstwem 3-2. Dzień drugi graliśmy z faworytem całych rozgrywek  AZS -em Olsztyn. Lubiłem takie mecze. Nie jesteś faworytem, skóra na niedźwiedziu podzielona, o szaty nawet kości nie rzucają, bo już ci zabrali, a ty wychodzisz i kąsasz. Żresz, szarpiesz po łydkach, szczypiesz przez siatkę, żeby pokazać, że nie jesteś miękkim czymś tam robionym chłopakiem.

Na początek był set niespodziewanie wyrównany, ale niestety przegrany. Trener Andrzej postanowił posadzić mnie na ławce.

– Jak to? – pytam trenera zaskoczony, bo grałem nienajgorzej. – Dlaczego?

– Odpoczywaj. – Andrzej miał już w głowie plan na jutro.

W końcu to jutro ma być mecz decydujący o tym, kto zamelduje się w pięciogwiazdkowym hotelu Diament w Jastrzębiu Zdroju.

Chłopaki beze mnie walczyli dzielnie, ale nie mieliśmy większych szans. Mecz skończył się wynikiem 0-3, zgodnie z przypuszczeniami, ale po fajnej walce. Kibice, którzy szczelnie wypełnili halę na Kortowie, brawami docenili zawody.

Niedzielne mecze kończyły turniej półfinałowy i miały decydować o tym kto zakwalifikuje się do turnieju głównego. Nasz rywal był z jakiegoś małego miasteczka. Dzisiaj nawet pół nazwy rywala nie pamiętam, nie wiem nawet na jaką  literę się zaczynał ani na jaką kończył. Nazwa, miejscowość? Czarna pustka. Ale mecz był niezwykle wyrównany, szedł cios za cios. Ostatni na szczęście zadaliśmy my i to my mogliśmy zrobić na środku boiska kółko radości. Godnie kontynuowaliśmy Hutniczą tradycję. Byliśmy w wielkim finale Mistrzostw Polski Juniorów Starszych. Wśród ośmiu najlepszych zespołów w kraju.

Przygotowani do jastrzębskich finałów sezonu 1991/92 byliśmy dobrze. Nie jechaliśmy walczyć o medale, ale o jak najlepszą pozycję. Nie mieliśmy typowego konia, a ja co najwyżej mogłem robić za kucyka. No i już na dzień dobry moja kucowatość wyszła jak owies z worka.

Na początek graliśmy z gospodarzem młodzieżowych igrzysk, Jastrzębiem Borynia. W Jastrzębiu miałem kolegów przemiłych, poznanych ze zgrupowania kadry narodowej: Willi Milbrant, Jasiu Papszun. Z innymi zawodnikami gospodarzy przed zawodami bardzo szybko się polubiłem. Fajne, solidne, śląskie chłopaki. Oni mieli walczyć o medale a my mieliśmy im w tym przeszkodzić.

W pierwszym secie Jastrzębianie byli spięci jak gumka w majtkach. Nam nawet nie przeszkadzało to, że gramy na hali z dziesięć razy większej od naszej salki w XI LO.  Jeszcze nie przeszkadzało. Od początku partii niespodziewanie prowadziliśmy, a grało się do zdobycia 15 punktów, lub po osiągnięciu piętnastu, do dwóch punktów przewagi. Pod koniec seta było niespodziewane 14-13 dla nas. Jeszcze jeden punkt i sensacja mogła stać się faktem, bo nawet wygranie jednego seta byłoby wielką sensacją. A kto wie jak dalej sprawy by się potoczyły w kolejnych odsłonach meczu? No i wtedy to jaśnie gwiazda pod postacią mojej osoby stanęła na zagrywce. Mogłem zrobić wszystko co zrobić należało, byle efektem końcowym było przerzucenie piłki na stronę ślązaków. Żeby dać im szansę spierdolić. No i sobie wymyśliłem, że jednak zakończę seta asem. Skróta mi się zachciało. Bohaterem chciałem zostać. W pojedynkę marzyłem Jastrzębie rozwalić i wprowadzić naszą drużynę na białym koniu do wielkiej czwórki.

Nic z tego wyszło. Mój skrót wymarzony wylądował w połowie siatki a mi ze wstydu krew odpłynęła do pięt. Rywale byli zmiękczeni na cacy, a ja im taki prezent zgotowałem. Ech, łajza ja. Łajza.

Potem poszło raz, dwa, trzy z ich strony i było po secie, a za chwil kilka po dwóch następnych, bo już się nie podnieśliśmy. Chłopaki z drużyny pretensji nie mieli, trener też nie miał. Widzieliśmy, że rywal jest kilka siatkarskich długości przed nami. Pozostałe drużyny raczej też. Ale z tym „raczej” to różnie bywa. Zwłaszcza w sporcie.

Następne dni rywalizacji mijały bardzo miło. Stres i emocje zostały wyparte przez ciekawą świata głupotę. Z zawodów już nawet nie pamiętam z kim, ile i dlaczego. Pewnie dlatego, że nie ma czym się chwalić. Dopiero koniec mistrzostw zapamiętałem. Z powodów bankietowo meczowych wrył się w pamięć na zawsze.

Hotel Diament to był wypas jak cholera. Top topów. Nawet winda miała swojego operatora odstrzelonego w służbowy uniform. Taką obsługę dogłębną spotykało się w hotelach z najwyższej półki.  Dla zdecydowanej większości z nas, pobyt w takim miejscu mógł być pierwszym i jednocześnie ostatnim. W środku restauracja, pub i inne cuda, do których nawet się nie zbliżaliśmy, bo nie było z czym. Nasz status finansowy i brak kapuchy nie pozwalał nawet patrzeć przez szybę. Szybko więc znaleźliśmy coś dla siebie. Coś na naszym poziomie finansowym i mentalnym. Tuż za hotelem była bowiem mordownia dla górników, a w niej piwo. Bardzo tanie piwo. Mając taką wiedzę, zaraz po zawodach, cichaczem wyskakiwałem sobie na jedno, dwa lane bronki.

Pod koniec tygodnia okazało się, że będziemy grać o siódme miejsce w Polsce z moim największym wtedy wrogiem, ale szanowanym i lubianym bardzo, Okocimskim Brzesko. Z łaskawcami, którzy się nam podłożyli podobno i dzięki temu graliśmy w olsztyńskim półfinale. Pierdu, pierdu.

A że w Okocimskim też byli fajni chłopcy, no to i dzień przed zawodami o honor i mistrzostwo Małopolski, część z nas poniosło w tan. Tak ostro, że Żuchol musiał mnie holować do pokoju. Windowy nie za bardzo chciał mnie wieźć, kiedy zobaczył mój stan, bo nie mógł uwierzyć, że sport juniorski może być tak brutalny. Byłem nawalony jak stodoła. Rano wstałem na kacu gigantycznym. Nigdy jeszcze takiego nie doświadczyłem.  Ale jedyne o czym myślałem od pobudki, poza wodą mineralna gazowaną i tabletkami na ból głowy, to stanąć trzeźwo na nogi i wygrać z Okocimskim. Wygrać i zmazać haniebne zachowanie wczorajszego dnia i ogólnie średni wynik na mistrzostwach. Ale jak to, kurwa, uczynić? No jak? Kiedy poza kacem w ciele, na moim lewym policzku zaczął kiełkować mi CZYRAK!

Wszystkie klątwy świata miałem doświadczyć w jeden dzień? Zmęczenie turniejem, kac jak diabli i CZYRAK. Próbowałem z nim powalczyć, ale widziałem kilka policzków w lustrze i tylko pogarszałem sprawę. Nie wiedziałem z którego mam sobie wycisnąć czyraka.

Rany boskie. Skoro widzę kilka policzków, to ciekawe ile piłek zobaczę na boisku? I jak poznać tę prawidłową? No nic, do meczu pozostało z pięć godzin a organizm był młody. Dojdziemy, dojdziemy. Spokojna Wasza Okocimska. Na początek poszedłem szukać pomocy do trenera Andrzeja. Oczywiście w sprawie czyrakowej. Niech ratuje. W końcu jak tu się na parkiecie pokazać z zapuchniętym ryjem, na którym wisienką na torcie jest biały gigantyczny syf? A jak mi Ignac w niego przyłoży, to mi głowa pęknie białością. Kto to potem posprząta? Andrzej zareagował antybiotykiem. Jak go łykałem to wyobrażałem sobie, że alkohol który mam w sobie, rozprawia się z antybiotykiem na raz. Ale siłą woli uruchomiłem pokłady tolerancji organicznej i wmówiłem sobie, że tabletka działa. Bo działała. Z tym piciem i antybiotykami to jest ściema.

Same zawody też odpowiednio pobudziły organizm. Resztki testosteronu poruszyły ukatowane dzień wcześniej ciało. Nie wszyscy jednak mogli stanąć do walki. Młody utalentowany bardzo zawodnik z Brzeska, który dzień wcześniej niestety nie powiedział sobie w odpowiednim momencie pas, teraz zamiast na parkiecie przybijać solidnymi atakami powołanie do kadry narodowej, siedział na trybunach sponiewierany, nawalony jak messerschmitt i patrzył w pustkę swojego boiskowego miejsca. Patrzył i pewnie dostrzegał, że przegrał tym jednym kieliszkiem za dużo wszystko. Trener Gawęda był wściekły. Wypadło mu ważne ogniwo, a tu mecz niezwykle istotny się rozgrywał, głównie w kwestiach ambicjonalnych. Po w miarę wyrównanych zawodach, pojechaliśmy kolegów z miasteczka piwa. Wygraliśmy mecz na zakończenie naszych juniorskich przygód. Piwosze udawali, że im nie zależało na wyniku, ale ja tam wiem swoje. W końcu ktoś coś tam nie raz mówił o tym, że ważne jest jak się kończy. Prawda?

Mecz  meczem, a wrzód rósł sobie radośnie na policzku. Po kacu zostało mdłe wspomnienie, a my byliśmy siódmą drużyną w Polsce. Bez talentów, bez gwiazd, bez warunków jakichś szczególnych. Po prostu ciężka praca się opłaciła. I było to wtedy bardzo, bardzo miłe uczucie. Lata treningów dały poczucie spełnienia i pozwalały z ciekawością spojrzeć do przodu.

Żeby jednak równowaga w transformującej rzeczywistości została zachowana, następował niezwykle dynamiczny upadek seniorskiej siatkówki i innych dyscyplin w naszym Hutniku. Podmiana systemu rozpierdoliła w pył dotychczasowe zasady panujące w naszym polskim i przy tym nowohuckim światku sportowym. Dodatkowo w Hucie zaczęto stawiać na futbol, bo to miała być sól ziemi naszej i ta sól potrafiła zeżreć wszystko wokoło i jeszcze było mało. Przez to kasa za sprzedanych siatkarzy nie trafiała na konto sekcji siatkówki, tylko do wymyślonego naprędce przez mądre głowy zarządzające klubem, wspólnego kotła. Wspólny kocioł to było prawdziwe perpetum debile. Zasad działania była niezwykle prosta. Wszystkie pieniądze wypracowane przez sekcje sportowe wpadały lejem szerokim do tego kotła, a potem z tego kotła zagarniało się wielką chochlą. W stronę sekcji piłki nożnej. A reszcie pozostawały ochłapy, z których to sobie można było co najwyżej wróżyć ile czasu zostanie do upadku. Zegar kolektywnej zagłady ruszył nieubłaganie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *