M13. Dziew – dur no co ty.

Wakacje, wakacje, wakacje. Słońce, morze i dziewczyny. Musiały być w naszym wakacyjnym życiu. Podrywaliśmy i … byliśmy, tak, tak, byliśmy podrywani. To pierwsze było normalne i naturalne ale to drugie? Moim zdaniem było zjawiskiem co najmniej dziwnym i na młodzieńczym etapie mojego życia rzadko spotykanym. Ale po kolei. Za kilkadziesiąt wierszy sprawa się wyjaśni.

Jakimiś lowelasami nie byliśmy. Wolelibyśmy się na całe życie zakochać niż kolekcjonować dziewczęta które mogły dzielić z nami miejsce pod tropikiem. Ale czasami sama duchowość której hołdowaliśmy nie wystarczała nijak. Nawet ci, którzy uważali się za nieprzyzwoicie brzydkich i z góry zakładali, że jeśli nie z Zanzibaru, to z nikąd żadna kobieta nigdy na nich nie spojrzy, przyjemnie potrafili się rozczarować, poznając całkiem sympatyczna koleżanki na wakacyjny czas.

Dziewczyny które lubiły z nami przebywać i nawet przez jakiś czas, może dwa, może trzy sezony dziwnym trafem kotwiczyć u naszego brzegu, przypływały nad Bałtyk z całej Polski. Warszawa, coś pod Poznaniem, (a Końskie!) te panny szczególnie nas lubiły, no i Gdańsk. Było też swojsko, małopolsko, bo Andrychów wysłał za nami swoją reprezentację pod postacią koleżanki o odmiennej preferencji płciowej, co nijak nam nie przeszkadzało a wręcz było zaletą, bo typ urody koleżanki był nie nasz zupełnie, za to charakterek i uprawianie przez koleżankę siatkówki czyniło z niej naszą, a mnie szczególnie sportowo, bliską koleżankę. A do tego, jak poleźliśmy na dicho ( ja pank i dicho. Matko Boska od Muzyki Pankowej przebacz) to mieliśmy łatwiej jeśli idzie o nawiązywanie kontaktów z płcią przeciwną, bo w końcu była z nami już dziewczyna i się nas nie bała więc mogło z tego wynikać, że nie gryziemy.

Jak to było w kolejności względem czasu?

Najpierw Andrychów. Koleżanka przylepiła się do nas i a ja do niej, i stworzyliśmy razem parę do siatkówki plażowej. To był taki czas, że organizowano sporo turniejów w okolicy i można było wygrać za zwycięstwo czy choćby udział, na przykład papierosy czy jakieś gadżety plażowe. Gdzieś ten temat rozwijam, więc czytajcie wszystko dokładnie.

Potem była Warszawa, stolica Polski i jej reprezentantki. Pocieszycielki a w sumie, to jedna z nich, która moje połamane własnoręcznie serce próbowała składać do kupy jednocześnie szukając we mnie tego na zawsze. Jak często to u mnie bywa, przesadzam, bo po prostu wpadłem jej w zezowate lekko oczy i już mnie miała. Warszawę, raczej jej przedstawicielki, polubiliśmy na tyle, że część kolegów przemieszkiwała jakiś czas w stolicy, gdy ich firmy budowlane rzuciły w wirze pracy właśnie tam. Ja też skorzystałem z okazji i spędziłem tydzień czasu u mojej wakacyjnej koleżanki, bo akurat złapałem po obozie sportowym w Zakopanem poważną kontuzję, zapalenie ścięgna Achillesa i mój pobyt w Krakowie nie był konieczny. Wystarczyło, że zabrałem ze sobą worek zastrzyków, które codziennie aplikowano mi w tyłek w stołecznej przychodni, i wolny od zajęć sportowych mogłem spokojnie rehabilitować się u nowej znajomej. Dlaczego nasza znajomość obróciła się gruzy jak Warszawa w ‘44? Czemu nie zmieniłem miejsca zamieszkania na metropolię lepszą od zapyziałego Krakowa? Przyczyn było co najmniej kilka. Ciągle tliło się we mnie uczucie do grochowej panienki, którą porzuciłem z dnia na dzień wsysając się w wakacyjny wir życia poza Krakowem, byłem jeszcze za młody na związki do końca życia, bo mój plan zakładał stabilizację w dwudziestym ósmym roku życia, no i chyba najważniejsza sprawa, okazało się w końcu ile moja znajoma ma lat.

Jak na swój wiek wyglądała dobrze, otaczała się młodszymi koleżankami, posiadała własne M i miała swój zakład pracy: kwiaciarnię. Jakbym skorzystał z jej adoracji względem mojej skromnej osoby, nie pozostało by mi nic innego jak tylko pachnieć i kibicować Legii Warszawa. Ale u mnie to jest tak, że jak planuję to tak ma być i koniec. Zwłaszcza jeśli dotyczyć to ma całego mojego życia, więc jeśli wbiłem sobie do głowy, że ta jedyna ma się objawić w dwudziestej ósmej wiośnie mojego życia, to tak ma być i koniec, a wszystko co do tego momentu się wydarzy może nie mieć żadnego znaczenia. Oczywiście życie zweryfikuje wszystko szczęśliwie i ta pierwsza okaże się jedyną i będziemy żyć długo, biednie i na pełnej życia mocy.

Wracając do warszawskiej Syrenki, języczkiem u wagi okazał się nie tyle jej wiek, w stosunku do mojego jakieś plus sześć, siedem, obowiązek kibicowania CWKS czy opuszczenie maminych skrzydeł, co po prostu brak chemii w mojej duszy, moje rozrywkowe podejście do dnia codziennego i nie umiejętność pragmatycznego patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Nie umiałem i nie umiem kalkulować. I jest mi z tym dobrze.

Dziewczyny z Końskie, Końskiego, Końska, czyli z pod Poznania zakolegowały się z moimi przyjaciółmi. Ja byłem z koniniańkami na dystans. Jakoś nie czułem ku nim jakiegokolwiek miąchu, ale cieszyłem się ich radością i wspólnie spędzanymi chwilami. Ponieważ nie uczestniczyłem w ich grach i zabawach pozwolę sobie odpuścić szczegółowo kto z kim, jak i dlaczego. Ale było grubo i Greey ze swoimi pięćdziesięcioma twarzami mógłby spakować namiot i spadać na drzewo. Tak myślę nie oglądając w/w filmu nigdy. Jednocześnie obiecuję Państwu, że jeżeli koledzy pozwolą historię owinąć w bawełnę tajemnicy, to ja dodam temu rozdziałowi pikanterii i w ramach erraty spróbuję coś dopisać. Ale ostateczne słowo niech należy do mnie, autora tych wypocin.

W wakacyjnym gąszczu było znajomości chłopacko dziewczyńskich z mojej strony kilka. Moja romantyczna dusza nie przekładała wszystkiego na fizyczność i cielesność, życie na wczesnym etapie wysłało mi sygnał ostrzegawczy, opisany w rozdziale gdzieś wcześniej, który zapalał czerwone światło częściej niż należało i żyłem sobie bez większych zmartwień i rozterek. A jednym z przykładów kiedy sygnał ostrzegawczy zawył na całego była przygoda z dziewczynami z Trójmiasta.

Patrząc teraz przez pryzmat tego co mi życie zgotowało w XXI wieku, mogę z pewną odpowiedzialnością powiedzieć, że był to mój pierwszy, na szczęście nie pełny, kontakt z wymiarem sprawiedliwości.

Wszystko zaczęło się od jednego kolegi, który miał niebywały talent do wyłapywania zamożnych znajomych. Jak się wkrótce okaże, sytuacja była całkiem odwrotna i to on a my z nim zostaliśmy złowieni, pewnego gorącego lata w sieć. Ku chwale młodzieńczej beztroski, nie wszyscy daliśmy się uwędzić w ogniu zapomnienia. A było to mniej więcej tak.

Mat przybiegł któregoś poranka wielce zaaferowany i od progu namiotu zaczął bełkotać
– Tata, poznałem takie fajne dziewczyny. Są starsze, mieszkają w domku obok naszego pola i maja kasę. Kupę kasy. Zapraszają nas na piwo.
– To kogo? – chciałem wiedzieć kogo pańskie oko sobie uwidziało do stawiania rano alko.
– Ciebie, mnie, Esa – sapał z podniecenia na darmową konsumpcję.
– Idziemy, zbiórka za dwadzieścia minut – zadecydowałem bo picie dobrego za nieswoje było zbyt kuszące żeby wybrzydzać.

I poszliśmy. Raz, drugi, trzeci i czwarty. Już samo mieszkanie dziewczyn na kwaterach było dla nas wrażeniem nie lada, bo takich bogatych znajomych nie posiadaliśmy, my dzieci pola namiotowego i spirytusu Royal. Ale zaraz, zaraz, ja napisałem dziewczyn? To natychmiast muszę sprostować bo to były dwie trzydziestoletnie kobiety , o urodzie nijakiej i bardzo nijakiej. Ale były bardzo sympatyczne, miłe i miały siano na alkohole jakie tylko sobie mogliśmy wymarzyć. Zakolegowaliśmy się więc szybko. Brygada nowohuckiego kwiatu młodzieży i dwie kobiety w wieku średnim z których jedna była….. sędziną a druga panią prokurator. Teraz już kumacie skąd wezmą się moje problemy z prawem za lat dwadzieścia? No kurwa karma zła, zaraza jakaś, skaza się wtedy przyczepić musiała.

Polubiliśmy się bardzo, spędzaliśmy z paniami sporo czasu i wszystko było z naszej oraz ich strony cacy. Nic nie zapowiadało Armagedonu który miał nadejść. Nic. A zasady, że w życiu nie ma nic za darmo, nie wiedzieć czemu nie znałem.

No bo one nas zaprosiły w sierpniu do siebie…

 

Wszystko pilotował Mat. Skład wykrystalizował się bojowy. On, ja, taki jeden i ten drugi. Plan był niesamowicie przepiękny. Mamy dach nad głową, jedzenie, alkohole świata w pakiecie i zwiedzanie Trójmiasta. Gdynia, Gdańsk, Sopot. Żyć nie umierać! Ahoj piękna przygodo!

 

Ruszyliśmy pełni nadziei na cudowny weekend. Zaczęło się wspaniale. Zostaliśmy odebranie przez nasze panie prawniczki na gdańskim dworcu i sprawnie przemieściliśmy się taksówkami (!) do jednej z nich. Mieszkanko było przytulne, takie M-2 z jasną kuchnią, pod czterdzieści metrów mogło mieć. Po szybkim rozpakowaniu i wrzuceniu coś na ząb, w towarzystwie kilku piw, udaliśmy się na zwiedzanie Gdyni. Tam leniwie snuliśmy się, podziwiając statki, morze i lokalne piwiarnie, które chyba interesowały nas najbardziej. Ale reszta też nawet bardzo.

Tak podlani, na niezłych humorach, wieczorową porą przejechaliśmy przez Gdańsk i na nieszczęście naszych starszych koleżanek wpadliśmy na chwil kilka na studencką dyskotekę. I tam to, po raz pierwszy, popełniliśmy, jak się później okaże wielki błąd. Bo zamiast adorować nasze gospodynie, rzuciliśmy się jak głodne psy na nasze rówieśniczki, które urodą przewyższały wszystko co do tej pory w życiu widzieliśmy no i były w naszym wieku. Może wyprostuję, że to co widzieliśmy do tej pory w Trójmieście, a ze byliśmy po raz pierwszy, to czegokolwiek byśmy po paru piwach nie zobaczyli, szansa na sukces była bardzo duża. Czara goryczy u naszych matron przelała się w jednej chwili. Któraś z podrywanych rówieśnic, zapytała z niesmakiem:

 

– A po co braliście starsze siostry ze sobą?

 

Nas zamurowało, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że z boku wyglądało to  aż tak źle, przedstawicielki Temidy wpadły w furię, natychmiast zamawiając taksówki dwie, i zapakowawszy nas niemal siłą, nawet słyszeć nie chciały nic o naszym pozostaniu tam albo zabraniu chociaż kilku młodych panien na chatę

Nie i koniec. Tego dnia było to wszystko. Foch.

Rano postanowiliśmy wszyscy wspólnie dać sobie szansę na kontynuowanie dnia wspólnie i z radością. My niczym nie przejęliśmy się za bardzo, ale nasze towarzyszki miały nerwy na postronkach.

Koło południa ruszyliśmy na Sopot, może Gdańsk, na pewno nie na Zakopane. Nasz sponsoring wydawał się być przygasać, ale myślałem, że to tylko złudzenie. Tak to musiało być złudzenie – pomyślałem, kiedy wieczorem robiliśmy zaopatrzenie na naszą wewnętrzną, bez żadnych gości, DOMÓWKĘ!

 

Było wszystko. Alkohole świata, jedzenie dla głodnej i ciągle rosnącej młodzieży, na ciepło, na zimno, do woli. Gadaliśmy o wszystkim. Szczęśliwi, najedzeni, spełnieni.

Ale, ale, ale. Im dalej w las, tym sytuacja stawała się, dla mnie pierwszego lekko krępująca. Alko zaczęło popuszczać lejce u wymiaru sprawiedliwości, ja się przestraszyłem, że będę musiał całować się z najstarszą kuzynką z Gdańska, strzeliłem szklankę wódki, udałem pijanego i zataczając się uciekłem do sypialni. Tam zaległem w kącię i czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie, ktoś, albo precyzyjniej któraś przyszły sprawdzić jak się mam. Zacząłem chrapać, sapać i udawać, że mi niedobrze. A było mi dobrze tylko byłem przerażony tym co sobie pomyślałem o młodym chłopcu i starszej, niekoniecznie ładnej koleżance. Ta szczęśliwie oceniła mnie na mniej niż zero i jako truchło zostałem porzucony precz. Tak też usnąłem i śniło mi się, że w drugim pokoju ktoś krzyczy, kłóci się i ogólnie jest niemiło.

Rano wstałem pierwszy i zastałem pobojowisko. Koledzy w jednej części, spali pijani jak Kmicic z kolegami w Rozłogach, a wymiar ściśnięty na łóżku sobie pochrapywał. Kiedy wymiar się obudził, foch był straszny. Jak poprosiłem o kasę na zakup śniadania , zostałem wyobraźcie sobie ofukany nieprzyjemnie. Któryś z kolegów wstał, coś pokurwował pod nosem i poszliśmy na zakupy za nasze. Wystarczyło na jabcoki. Po powrocie zaczęliśmy w ciszy konsumować, pakować się i opuszczać gościnne progi naszych kochanych znajomych, które do nas ani be ani me albo jeśli już cos to na chłodno bardzo. No i Gdańska albo Sopotu nie zwiedziliśmy. Mało tego, ledwie nam na bilety do Krakowa Głównego wystarczyło. Jak tak można gości potraktować.

W drodze powrotnej koledzy opowiedzieli mi co się po moim zniknięciu wydarzyło. Otóż szczebel prokuratorski zaczął rozbierać jednego z nich. A że trafił na charakternego i z zasadami chłopca, mało nie skończyło się plaskaczem.  Szczebel sądowniczy na aż takie kroki fantazji nie miał, ale też coś próbował mieszać przy młodocianych, ale już nie dzieciach. Ogólnie skończyło się wszystko lekką awanturą, szczęśliwie beze mnie!

Po jakimś czasie okazało się, że część kolegów podtrzymała znajomości i jeszcze kilka razy dokonała nalotu na nasze Wybrzeże. W końcu starszą siostrę z kasą mieć, czy to taka straszna rzecz? Oceńcie sobie sami.

2 odpowiedzi do “M13. Dziew – dur no co ty.”

  1. Dużo błędów kochasiu. Źle się czyta. Z bawełną się pogubiles. Za dużo pierdół. I wierz mi nikt nie będzie dokładnie przeszukiwal twoich grafomanostworów jak nawet tobie się nie chce.

    1. Dzień dobry.

      Dziękuję za opinię. Muszę się przyznać, że ja to na razie napisałem i jeszcze nie przeczytałem:)))

      Uwagi zostaną rozpatrzone i ewentualnie zastosowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *