9. Pomarańczowy weekend 2006. Część pierwsza.

Lat parę już minęło, jak się wszystko zaczęło 
Jedni przyszli i poszli, ale paru zostało.
Tak widać na tym świecie jeszcze ciągle dojrzewasz, 
I w miarę jak dojrzewasz, przyjaciół dobierasz.
To co myślę o świecie nie musi być typowe,
Lecz ważne by rozumieć się, gdy padną pierwsze słowa.
Gdy źle napiszesz słowo, to szybko potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.

Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej szajki jak ta 

Gdy ktoś, kto patrzy z dala co mamy i robimy,
Głupawym stadem, wiem, niejednemu się jawimy.
Nie jest to duża rzecz, bo kod ma to do siebie,
Że sierżant go nie pojmie nim nie skręci się.
Lat parę już minęło i myślę że dokładnie,
Nie mam marzeń innych poza
Tej danej chwili trwaniem.
Gdy źle napiszesz słowo, to jednak potem wróć,
Ale ważne jest by między sobą dobrze się czuć.*

*Kult, fragment utworu „Kulcikriu”.

Po kilku koncertach mojej pierwszej pomarańczowej jesieni roku pańskiego dwa tauzeny piątego, poczułem się ważnym elementem szajki. Lekkie obawy miałem tylko co do poziomu kultury i zachowania moich kolegów z fosy, szczególnie do Wafla i kolegów, których Wafel sprowadzał od czasu do czasu na trasę jako uzupełnienie. Chciałem żeby wyszła ze mnie precz taka ciemna strona Huty, przeklinanie, chamstwo i wieśniactwo a zagościł świat. Kultura, poezja, malarstwo, dyskusje do rana o muzyce i takie tam inne kurtularne sprawy. Koledzy byli ze stolicy, innej galaktyki, w której chciałem zagościć przynajmniej mentalnie. Ale ciężko było liczyć na to , że tak się stanie, chociażby dla tego, że bramka zazwyczaj jeździła osobnym pojazdem, zwanym pogardliwie bydło busem, w którym zamiast roztrząsania czy Mistrz był Małgorzatom, czy może Małgorzata Mistrzem, a Bułachakow miał w przedszkolu ksywę Buła czy Hak, odbywała się konsumpcja alkoholu w ilościach hurtowych i zamiast lektur królowały opowieści z życia brane garściami, po których włos jeżył się na głowie. Wszystko to była wina Wafla. Więc skończyło się na chęciach i jak byłem głupi po takich podróżach, tak głupi pozostałem. Ale chyba koledzy podciągnęli się przy mnie i nabrali ogłady, a w zamian pokazali mi co to znaczy koleżeństwo a nawet przyjaźń jeśli się kogoś polubi. Po mimo tego, że ten ktoś jest z Krakowa Nowej Huty, czyli jest ogórkiem z tak zwanej głębokiej prowincji.

Wyjazd na pierwszy koncert kierownik wyprawy PeWus ustalił na godziny poranne z miasta Warszawa. Nasz bydłobus miał nas, bramkę, dostarczyć do Poznania, miasta w którym rozpoczynaliśmy na polskiej ziemi trasę październikową albo pomarańczową, do wyboru do koloru, po jej rozpoczęciu w Wielkiej Brytwannie u Bucha. Nasza kultowa trupa jeździła w konfiguracji bus zespołowy z zespołem, bus z techniką, bus z ochroną i Kazik z Wietechą osobówką.

Na miejsce zbiórki dotarłem punktualnie przed czasem. Tak jak lubię najbardziej. Niestety byłem na wyjazd kompletnie nieprzygotowany. Bo co z tego, że miałem torbę z ubraniami na cztery dni, szczotkę, pastę i nawet mydło w kostce, skoro nie zabrałem wódki albo chociaż wiśniówki. Połóweczki albo lepiej zero siedem. Na trasę, na rozgrzewkę, na lepsze łapanie. Takie zasady ustalił Wafel, i chociaż Darek, Bzyk i Guma protestowali mocno, nie mieli za dużo do powiedzenia.

Wafel był w naszej sforze samcem Alfa i Omega. Wodził nas na pokuszenie jak nikt i nigdy. On nawet nie rozkazywał, on mówił a my to robiliśmy. Oczywiście starszyzna czasem stawała okoniem, ale przy szczupaku można było sobie stawać. PODOBNO dziadek i ojciec Wafla byli w milicji. I tym przetartym szlakiem poszedł Wafa, bo droga była utarta, a dla swoich to nawet wyasfaltowana. Może nawet był w jednostce specjalnej czy nawet kierował jakimś posterunkiem? Nawet Bzyk tego nie wiedział a Bzyk wiedział wszystko.

Bzyk handlował PODOBNO kostką taką betonową i jak legenda ludowa głosi, jego ojczymem był Fryzjer. Tak ten Fryzjer przez duże FY i jak Bzyczy ojczym trząsł polską ligą piłkarską, co dwudziesty piłkarz, co piąty trener i każdy sędzia piłkarski mieli wyłożone kostką podwórka, stodoły, a co odważniejsi kładli betonowe klocki w salonach. Aż przyszywanego tatusia uwalili za niezgodne z prawem ingerowanie w tabele ligową i Bzyk poszedł z kostką w detal, i dodatkowo został bramkarzem w Stodole, gdzie nawet nie tyle dorabiał sobie, ile jako były bokser, amatorsko maglował niedobrych klientów. Tam wypatrzył go Kazik albo PeWu i przy formowaniu organizacji Kult Ochrona dostał, jako drugi po Waflu powołanie. To on wciągnął Gumę.

Guma PODOBNO był komiwojażerem pieszym. Chodził po stolicy i sprzedawał do kiosków Ruchu wszelkie rodzaje gum. Od prezerwatyw, kondomów, gum do żucia, skakania i majtek, gumowych opon i wszystkiego co z gumami miało cokolwiek wspólnego. Dzięki temu, że miał dostęp do najfikuśniejszych kondomów świata, wołano za nim też na dzielnicy Pies. Pies na baby. To dziwne, bo Gumy nigdy na trasie nie widziałem żeby podrywał jakiekolwiek kobiety. Nawet jak łapał to robił to z takim wyczuciem i elegancją, że do dziś jest dla mnie wzorem niedoścignionym. Znakomicie potrafi się ustawić, okopać na skraju każdej sceny. Stąd ma oko i po koncertach nas strofuje. Jednego do dzisiaj nie rozgryzłem jednak. Skąd ta ksywa Guma?

O Darku pisałem. PODOBNO pracował jako weterynarz w schronisku. A że pozostali leczyli u niego swoje psy, to się poznali i zaprzyjaźnili. Często też spotykali się w schronisku, palili klubowe, Camele i przesiąknęli do szpiku. Stąd też jak siedliśmy razem w busie, to strasznie dawało od nich psem. A od Wafla ani trochę. Dacie wiarę?

Początek formularza

Zanim wsiedliśmy do busa, Darek, którego znałem najdłużej, wziął mnie na bok i zapytał:

– Zrobiłeś?

– Co?

– No kurs.

– Jaki kurwa kurs? – lekko zbladłem.

– No ten co ci mówiłem dwa lata temu, jak się poznaliśmy. Kurs ochroniarza. Trzeba mieć kurs ochroniarza żeby w Kult Ochronie pracować. To podstawa.

– Nie zrobiłem. Kurwa. Na serio trzeba było? Wietecha mi nic nie powiedział.

– Zapomniał. Znowu zapomniał. Eeeee chłopaki, kolejny bez kursu! – krzyknął do reszty swory przy busie.

– A zameldowanie ma? – coś się Bzykowi przypomniało, jakby brak kursu nie wystarczył.

– Jakie zameldowanie? – zbladłem bardziej jeśli się dało.

– W stolicy pało. Masz?

– Ja? W stolicy? A skąd.

– Z dupy. Masz?

– Nie mam. – nic nie rozumiałem. Może faktycznie trzeba było mieć kurs i zameldowanie? Ale Piotrek mi nic nie powiedział a to on mnie powołał. – Ale Piotrek mi naprawdę nic nie powiedział. – powtórzyłem szybko swoje myśli.

– Dobra. – Bzyk dał mi szansę. – Nikomu ani słowa. Bo jak się ktoś dowie, że jesteś spoza Warszawy i nie masz kursu to będą jaja. Masz flaszkę?

Tego było za wiele, krew mi z mózgu odeszła.

– Ale jaką flaszkę?

– Wafel on jest nie gotowy! Bierzemy go?

– Wsiadać kurwa. Pić się chce. I jak będziemy tak marudzić to się na koncert spóźnimy. Gomółka! Ruchy pastuchu.

Takie były zwyczaje i na najbliższej stacji benzynowej, przy granicy miasta stołecznego Warszawy, musiałem swój błąd naprawić. Tym bardzie, że wszystko co mieliśmy było już wypite. Tempo konsumpcji alko było kosmiczne. A wszystko to , bo ciebie kocham! Wróć. A wszystko to po to, żeby po przyjeździe do pracy być wyzerowanym. Wcześniej zaczynasz, wcześniej dochodzisz. Maksyma stara jak świat.

Oczywiście ani kursu nie zrobiłem ani nawet nie zdążyłem się przemeldować, więc dokupiłem większe co nieco, które szybko wypiliśmy i sto kilometrów przed celem, zmęczeni pousypialiśmy. Dzięki temu w pracy pod sceną byliśmy zorganizowani i poważni. Uczesani i pachnący dobrze strawionym alkoholem.

Z poznańskiego koncertu za wiele nie pamiętam, poza tym, że Bzyk kazał mi się rozciągać, Darek rozrysowywał ustawienia pod sceną, Guma próbował pożyczyć parę złotych od zespołu na piwo po sztuce, a Wafel odpierdalał jogę pod prysznicem. Sam ze sobą. Czyli jak widzicie nic specjalnego. Poza tym, że garderobę mieliśmy wspólną i ocierałem się o moich kultowych bogów wciąż. A ci rozpoczęli trasę w Dublinie, Edynburgu i Londynie więc opowieści o zgniłym zachodzie mieli co nie miara. Chłonęliśmy je jak gąbka wodę.

W Poznaniu koncert był w Arenie, skąd po noclegu w Koziołkowie i zapewne odwiedzeniu nocą rynku, ruszyliśmy rano na Szczecin. Tam zespół dał sztukę grania i śpiewania, my pokazaliśmy klasę światową w chronieniu ludzi pod sceną i po zawodach poszliśmy się wspólnie… . Spotkać wspólnie i pogadać. Z tego gadania to wyszło jakoś tak, że jeden z członków zespołu został przesunięty do naszego bydło busa. Może i za karę? Nie pamiętam dokładnie, a bardziej kojarzę, że jak do Trójmiasta dojeżdżaliśmy to wpadliśmy w mega korek i nasz grajek musiał się tłumaczyć dlaczego jeszcze go nie ma na próbie. Jazda w korku była tak wolna, że zdążyłem pójść do Maka Donalda i zjeść zestaw. Bus w tym czasie pokonał pięćdziesiąt może metrów. W końcu się wszystko odblokowało i w ostatniej chwili dotarliśmy dać ludziom szoł. Szoł to oczywiście zespół dawał a my poczucie, i oczywista sprawa, spełnienie poczucia. Bezpieczeństwa.

Głowy sobie nie dam obciąć, że ta historia wydarzyła się wtedy. Ale skoro była to jesienna niedziela, to musiało tak być. Trójmiasto jak to Trójmiasto, jest rozwleczone od Sasa do morza. Po koncercie Gruda zadecydował, że jedziemy do Spatifu, w Spocie.

– Jasne. Tacy ujebani i śmierdzący? – ktoś z nas ochroniarzy przytomnie zauważył, bo kochany Pan Janek ma robotę siedzącą, a my nie dość, że na stojaka, to jeszcze w gorącu operujemy na żywym organizmie.

– Tytytyto, słuchajcie chłochłopcy – Pan Jan się lekko jąka, zwłaszcza jak mu się specjalna mineralna skończy. – Tototo my pppojedziemy, a wy dojedziecie!

– Dobra! – zakrzyknąłem, bo zabawa z zespołem miała być spełnieniem moich najskrytszych marzeń i snów. – Jedziemy. Szybko. Ochronaaaa! Za dwie minuty zbiórka w bydłobuise! – darłem japę, bo czas naglił.

Spieszyło się nam prawie wszystkim. Darek miał umówioną wizytę u kolegi weterynarza, mieli jakieś młode suczki czy kocice oglądać i decydować czy odrobaczać je czy nie, Wafel oczywiście poznał jakąś dziewczynę na koncercie, i umówił się z nią na jogę w pokoju, ja z Fornim, moim kolegą z pokoju, postanowiliśmy uderzyć do części zespołu, do Spatifu, a Bzyk z Gumą powiedzieli, że pierdolą i zostają w hotelu i będą robić jakiś środek na porost mięśni, na bazie mleka, owsa, ryżu i spirytusu.

Forni był bardzo ważną personą na jesiennej trasie. Prowadził kultowy sklep odkąd pamiętam. Do tego znaliśmy się z Kult Forum, obaj byliśmy z małych zapyziałych miast (ja Nowa Huta, Formalina Lublin), działaliśmy w handlu, w życiu przeczytaliśmy kilka książek i stąd nasze koleżeństwo było zrozumiałe i sypiało nam się wspólnie bardzo dobrze.

Zegar tykał i zanim się z Fornim ogarnęliśmy, było koło północy. Ponieważ sklepik kultowy chodził na wysokich obrotach to i pieniędzy trochę było. Drobnych też. Postanowiliśmy więc rozmienić swoje grube banknoty, na banknoty o najmniejszych nominałach. Takimi były dziesięciozłotówki. Napchaliśmy sobie tym kieszenie, zamówiliśmy taksówkę i ruszyliśmy na podbój Sopotu. Miałem spodnie krojone na modłę bojówek, więc dzięki napchaniu kieszeni na udach, moje nogi wyglądały wreszcie jak u dorosłego atlety a nie dziecka.  

Do naszego Bajabongo był kawałek drogi, więc wylądowaliśmy na Monciaku przed pierwszą w nocy. Zaskoczyła nas cisza, spokój i pozamykane knajpy. Chcieliśmy się bawić, poznawać nowe sytuacje a tu klops. No tak, był już przecież poniedziałek. Lekko skonfudowani postanowiliśmy się nie poddawać i wycisnąć z tej wyprawy maksa. Pomóc miał nam w tym sklep nocny i miejscowe molo.

– Dobry wieczór. Poproszę sześć piw, chleb i kilo kiełbasy w pętku. – złożyłem przy kasie zamówienie.

– W czym? – sprzedawca popatrzył dziwnie.

– W jednym kawałku. – odparłem i zmieniłem temat- Proszę pana, a co tu tak pusto? Niedziela jest a knajpy pozamykane. Stało się coś?

– A co się miało stać? Październik jest, po sezonie. No i już poniedziałek a nie niedziela.

– Aha – zaczęło do mnie docierać o co kaman, jak pakowaliśmy nasze zakupy. Jako nowohucki krakus, miałem u siebie sezon non stop.

Wyposażeni zawodowo ruszyliśmy na Molo. A na Molo, dostaliśmy od życia po raz kolejny w pysk. Tym razem wiatrem. Wiało i było zimno jak na kole podbiegunowym. Ale byliśmy walczakami i drżąc z zimna wypiliśmy po dwa piwa, zakąsiliśmy kiełbasą i zadzwonił telefon zbawienia.

– Halo. – odebrałem.

– Co halo? Jest impreza? – Wafel się aktywował.

– Nie ma. Jestem z Formaliną na molo. Zaraz wracamy. Strasznie piździ.

– Bohaterowie. Mogę was zabrać. Zaraz będę jechał taksówką przez Sopot. Jak nic się nie dzieje, zabiorę was do hotelu.

– O tak. Dzięki. Idziemy pod wejście do molo. Dzięki.

– Nie dzięki, tylko składamy się na taksówkę.

– Jasna sprawa. – odparłem zadowolony bo i tak byłem na plusie. Spatif by mnie wyczyścił pewnie do spodu i wracalibyśmy zapewne na nogach.

W hotelu było lekkie pobojowisko. Technika sceniczna, którą wtedy ciągnęło się z Poznania po kraju, padała na korytarzu na pysk. Ze zmęczenia i z nadużycia. Trzeba było nad nimi przeskakiwać idąc długim korytarzem. W sumie to się nie dziwię. Oni pierwsi zaczynali pracę, ostatni kończyli i mieli najcięższe tematy do ogarnięcia. Ale też pewnie wypijali najmniej po takiej robocie. Było więc tanio.

Wafel był, pomimo późnej pory pobudzony. I spostrzegawczy.

– E, ty, a co ci tak uda popuchły? – spojrzał na mnie jak przechodziłem nad śpiącym technikiem, któremu już lekko ulewało się z kącika ust od chrapania.

– A to tylko pieniądze. Napchałem sobie kieszenie żeby dobrze na mieście wyglądać.

– Ty debilu. Po co? Wystarczy mieć to coś. Właź! – rozkazał i wszedłem do jego pokoju.

Z półki ściągnął telefon i zaczął w nim czegoś szukać.

– Te. Gomółka, ty to sportowiec jesteś?

– Raczej byłem. Skończyłem zabawę rok temu.

– A o aqua aerobiku na sucho słyszałeś?

 – W życiu! Jeden aerobik to na kadrze polski robiłem i mało się nie połamałem. Taki na sali.

– To sobie popatrz. – i podał mi telefon do ręki, a sobie otworzył piwo.

Na telefonie leciał film. Pan i pani rozebrali się jak na basen i zaczęli ćwiczyć. Niby że jest jak w wodzie. Ale wody nie było to ćwiczyli wolno i buchało od tego taką erotyką, że jacie nie mogę. Stanęły mi włosy na rękach, członki w spodniach i zaczęło mnie boleć, bo spodnie miałem za ciasne na takie filmy. Oddałem telefon i się spłoniłem. Tym bardziej, że na filmie ćwiczył Wafel i poznana na koncercie dziewczyna.

– Dobre co? Jestem w tajnym kole jogginów, a teraz jak będziemy pracować nad morzem, to do tajnego koła aquaaerobiczan się zapiszę. Jak byś chciał, mogę cię wciągnąć.

– Kogo? Mnie? Nieeee. Ja mam na razie dość sportu.

– Jakiego kurwa sportu? Ty to jakiś dziwny jesteś i nie kumaty. Ale jakby coś, to mów.

– Dobra. Powiem. Uciekam.

I uciekłem pozostawiając perspektywy wspólnych ćwiczeń za drzwiami u Wafla. A w głowie włączył się szybko Kult, podsumowywujący tę szaloną noc.

O tej nocy szybko chcę zapomnieć 
A o tym, co nad ranem było, nie wiem 
Teraz na słońcu pod parasolem dużym 
Chcę przeczekać dopóki noc nie wróci 
I w tym miejscu na razie chcę pozostać 
Aż ujrzę wieczorem znajomą Twoją postać 
Co ruszy mnie spod parasola wartko 
Na spotkanie nowych przygód tu zupełnie niedaleko*

*Kult, fragment utworu „Krótkie kazanie na temat jazdy na maxa” 

Ten pomarańczowy weekend kończyliśmy w Toruniu, w słynnym klubie „Od Nowa”. Czuć było w nim historię. Cała garderoba i korytarze były wylepione plakatami. Robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Czułem się jak w muzeum i ciarki mi po ciele szły. Do tego spaliśmy w wypasionym hotelu na starówce, a po koncercie cały zespół plus wszyscy około kultowi zostaliśmy zaproszeni na bankiet do jakiegoś klubu, gdzie zarezerwowano dla nas całą salę. Dla nas i tylko dla nas. A wszystko co na stole mieliśmy mieć za całkowite darmo i zaczął się sprawdzać sen jednego z nas, że:

– Nie po to jadę z Kultem, żeby za coś tam* (*w miejsce „coś tam” wstawić wódkę, piwo), płacić.

Zostaliśmy wiec beneficjentami talentu naszych Mistrzów.

Lokal był odstrzelony jak na wesele. Picia wszelakiego było w opór. Jedzenia nie do przejedzenia. Zimna płyta i płyta podgrzewana żywym ogniem. I ten ogień chyba rok później spowodował, że ten piękny i gościnny lokal spłonął. A może się mylę? Jerzyk będzie wiedział.

No więc wszystko było. Poza Kazikiem i częścią zespołu. Kazik był usprawiedliwiony, bo Toruń to rodzinne miasto Ani, jego od zawsze żony i może poszedł do rodziny. Pozostałą część zespołu reprezentowała godnie technika i ochrona. W technice brylował na party Wojtek Jabłoński, a ze strony zespołu Banan. Było to z perspektywy czasu bardzo wymowne, bo za kilka lat los zamiesza w życiu Wojtka i Krzyśka dość mocno. Ze strony ochrony brylowaliśmy wszyscy po równo i dopóki nie przyszedł Jeżyk to nawet dziewczyny z nami rozmawiały, bo potem pozostało nam już tylko zająć się piciem i jedzeniem. Do bladego świtu. Do dna.

Dużo czasu nie mieliśmy po Toruniu na odpoczynek, bo kolejny kultowy wekkend zaczynaliśmy już w czwartek. Jeden kończył się bladym wtorkowym świtem a kolejny już majaczył na widnokręgu życia. Trzeba było szybko wrócić do domu, przepakować się i przygotować na kolejne nowe wyzwania. Cieszyłem się z tego, że kolejna cześć „pomarańczowej” wypadła na południu naszego kraju, w tym jedna ze sztuk w moim rodzinnym Krakowie. W międzyczasie wziąłem wolną sobotę od Rzeszowa bo miałem wesele mojego przyjaciela Jarka a Rzeszów nie potrzebował wszystkich rąk do pracy.

Z tak poukładaną przyszłością czekałem „byle do do czwartku” czując dreszczyk emocji na Wrocław, Kraków, wesele Jarka i Bielsko Białą. Może i tam coś się wydarzy? Coś co będzie można powspominać a może i za parę lat opisać? Miejmy nadzieję, że tak.

Jedna odpowiedź do “9. Pomarańczowy weekend 2006. Część pierwsza.”

  1. Dobrze zmontowany tekst. Czyta się płynnie. Jest kawał historii i dużo takiej stylistyki jaką uwielbiam. Na wesoło i konkretnie W oczekiwaniu na c. d.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *