4. Komórka rodzinna, czyli żelazo nie klęka.

Sukces jest zawsze dobrym kamieniem węgielnym pod imprezę, a za taki uznałem awans w lidze siatkówki z Wandą, i w myśl tej zasady w pierwszy wolny weekend po turnieju zaprosiłem najbliższych znajomych. Przyjaciół. Nawet brat jakoś zjechał z Nowego Yorku bo mu się czas wizyty w USA skończył. I to nie tak zwyczajnie wrócił, tylko z przypadkowym przytupem.

Będąc już na ziemi Jana Pawła Seconda, a precyzyjniej w domu, w Nowej Hucie, znalazł w bagażu jakieś zielone coś w foliowym worku, może sreberku, co to tam, jeszcze tam w Ameryce, miał komuś przekazać. Ale zapomniał i lecąc przez pół świata, przechodząc kilka kontroli granicznych, nieświadom niczego, przemycił na ziemię ojców narkotyk. Pamięć mu wróciła chyba na lotnisku we Frankfurcie, kiedy zobaczył na taśmie swoją walizkę czy może torbę, rozerwaną i owiniętą folią. Przez głowę mu przeszło, że pewnie kontrola wyłapała to małe zawiniątko, którego miało nie być a było przypadkiem, i teraz przy odbiorze dopadną go służby kryminalne świata i pójdzie siedzieć.  Tylko gdzie? Wrócą go do USA? Osądzą w RFN czy zapuszkują w Polsce, w domu.

Nic takiego nie nastąpiło i pierwszorzędny, bo z północnej Ameryki towar, a jak wiemy z opowiadań, to w Ameryce wszystko jest pierwszorzędne, trafił pod nowohucką strzechę. Towarzystwo nasze nie miało ani ciągot, ani umiejętności ani jakiejś specjalnej wiedzy jak to ugryźć. Tym bardziej, od końca dwudziestego wieku byliśmy zadeklarowanymi przeciwnikami i wrogami wszelkiej maści używek, poza oczywiście alkoholem i papierosami, bo te były ogólnie akceptowane, prawie że święte, i to na nich chcąc nie chcąc się chowaliśmy. Ale skoro weszliśmy w nowe tysiąclecie, świat się dookoła zmieniał na ten znany z telewizora, zachodni, to i my postanowiliśmy nie pozostawać w tyle i skorzystać z okazji jaką był staff z Nowego Jorku.  Podkręceni kilkoma drinkami, postanowiliśmy to wypalić klasycznie, znaczy chyba z fifki ( tylko kto by ją miał mieć i po co?), albo, co bardziej prawdopodobne, w jakimś papierosie. Oczywiście nie wszyscy palili to coś, tylko mniejsza mniejszość w której oczywiście, pomimo kilku fatalnych doświadczeń z tym czymś, byłem ja, wtedy jeszcze sportowiec, mocno zadeklarowany wróg wszelkiego narko. W gadaniu byłem mocny, a w życiu byłem giętki jak gałązki wikliny z których można było wyplatać byle gówno albo i kosze. Zadeklarowany przeciwnik, ojciec krucjaty  który tydzień wcześniej próbował już produkty z wysokiej półki, zwane produktami twardymi. Człowiek z plasteliny można było mi mówić.     

I się zaczęło. Oczywiście tylko dla mnie, bo ja to jakiś niestworzony dla halucynogenów byłem i jestem. Po przyjęciu specyfiku do płuc, bardziej po dłuższej, niż krótszej chwili, zaczęło mnie wyciągać przez okno w kuchni. Okno nie było otwarte „na oścież”, tylko uchylone i zablokowane. Mimo tego powstał taki dziwny ciąg od kuchni na pole (nie na dwór. Jak już to na zewnątrz), który mnie zasysał. Spanikowałem i zacząłem je zamykać, jednak dosyć nieudolnie. W końcu zaparłem się o nie i trzymałem z całych sił. Jednak okno za wszelką cenę chciało się otworzyć i mnie wyciągnąć. A mieszkam na piątym piętrze, więc walczyć musiałem do końca żeby nie spaść raz i na zawsze.

– Gomół, co ty robisz? – zapytał Ogon zauważywszy moją dziwną pozycję.

– Próbuję okno zamknąć, bo mnie chce wyssać na pole. Pomóż.

– Ale jak to wyssać?

– No przez tę szczelinę. Normalnie. Nie czujesz tego przeciagu?

– Czuję, czuję. Posuń się. – Mateusz zwany Ogonem był, jest i będzie wśród ludzi z naszej paczki rozsądny i raz dwa rozwiązał moje problemy.

Na chwilę. Bo okno w kuchni poza próbą wyssania mnie z chaty, dawało też tlen i było notorycznie otwierane.

– Ogon. Okno się na mnie uparło. Ty, weź mnie przywiąż do materaca w sypialni.

– Zwariowałeś?

– No nie. Ale jak będę miał powierzchnię większą od okna, to się zaklinuję jakby co. Przywiąż mnie paskiem.

I do teraz nie wiem czy mnie przywiązali czy nie. Ale obstawiam, że raczej tak. Z oknem na piątym piętrze żartów nie ma.

                                                                          *

Notoryczna Narzeczona zakończyła swój związek małżeński, jeszcze co prawda nie oficjalnie sensie prawnym, i mieliśmy się kolejny raz ku sobie. Docieraliśmy się mocno, żeby podjąć na tysiąc procent decyzję co do dalszej przyszłości. Zaczęliśmy pomieszkiwać ze sobą, jeść wspólnie schabowe, spać na jednym łóżku oraz wspólnie jeździć na koncerty, które były moją wielką pasją. I takim to sposobem udaliśmy się, wraz z Boćkiem, na koncert El Dupy do Oświęcimia.

Podział ról był prosty. Ja byłem kierowcą a oni mieli relaks. Klub w którym Dupa grała znajdował się w trzypiętrowej kamiennicy. Na piętrze był klub, a na półpiętrze garderoba. Jako gości zespołu podjęto nas z honorami i usadowiono w loży obok sceny. Do tego serwowano nam drinki i inne napoje, które na hasło „Gość El Dupy” kosztowały nic. Tak to nam Pewu pozałatwiał wszystko przepięknie.

Było bogato. Drinki miały przedziwne nazwy, od coś tam Małysza, po przez krew i inne, mniej lub bardziej zaskakujące określenia. Pomimo bycia kierowcą, dwa najdziwniejsze musiałem wypić. I dobrze zrobiłem, bo Doktor Yry niespodziewanie zaprosił mnie na scenę i kazał śpiewać z Kazikiem. Dzięki przyjętym wcześniej płynom tremy nie miałem i nawet nieznajomość pełnego tekstu „Wojen” i „Zabiłem kolegę na poligonie” nie stanowiła problemu. Było wybornie, wspaniale i tak… rodzinnie.

Po koncercie zszedłem do garderoby w której Kazo i Yry polegiwali na tapczanach.

– Przepraszam, mogę skorzystać z toalety? Kolejka na górze straszna.

– Pytasz czy możesz? – Kazik spojrzał na mnie z pozycji horyzontalnej – Ty możesz wszystko. Bo jesteś z rodziny. Wchodź.

No i wszedłem, na resztę swojego życia. Tak daleko jak tylko mogłem, nie wadząc za bardzo nikomu. Taką mam nadzieję.

Do Santa Cruz wiodą drogi cztery
Ta kwestią wiedzy jest, a ta druga wiary
Do Santa Cruz wiodą drogi cztyry
A to jest domena Doktora YRY

Ból jest duży, to już koniec podróży
Słaabo?! Silna ręka, na zawsze
Żelazo nie klęka!

Ból jest duży, to już koniec podróży
Czysta dusza, silna ręka, na zawsze
Żelazo nie klęka!

Solo – Doktor YRY!

Moc jest z nami chłopakami, dziewczynami
Ekstaza i udręka, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Czas ucieka, a wróg nie czeka
Słaabo?! Się nie lękaj, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Głód jest silny, ale stan stabilny
Słaabo?! Silna ręka, pamiętaj
Żelazo nie klęka!

Ten wieczór był magiczny tak jak nic wcześniej. Wszedłem do kultowej i nie tylko załogi, z Notoryczną postanowiliśmy iść przez życie na dobre i na złe, a nasza komórka rodzinna zaczęła się w tej miłosnej euforii, przy udziale El Dupy powiększać.  O czym mieliśmy się przekonać naocznie za dziewięć miesięcy.

                                                                 *

Rok 2001 był ważny z jeszcze z jednego powodu. Czysto piłkarskiego a dotyczącego naszej, przeklętej w 1986 roku przez Zbigniewa
Bońka, reprezentacji narodowej w piłce kopanej. Chociaż uprawiałem pół zawodowo siatkówkę, to miłością sportową życia był futbol. I w kolejnym wcieleniu muszę pójść piłkarską ścieżką.

Tego roku zaczynaliśmy się liczyć w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2002 roku, które miały odbyć się w Korei i Japonii. Po 16 latach śmichów chichów w naszej kopanej coś drgnęło. A wielką zasługę w tym mieli, kiedyś koledzy klubowi z Hutnika Kraków, Tomek Hajto, Marek Koźmiński – medalista niezapomnianej Olimpiady w 1992 roku, oraz najważniejszy piłkarz polski tych czasów, pierwszy czarnoskóry reprezentant naszego kraju, Emmanuel Olisadebe. Coś, co jeszcze kilka lat temu było nie do wymyślenia, zostało wymyślone. Świat zaczął się zmieniać, a Europa była w tych zmianach najszybsza. Dzięki temu Polak został murzynem. Albo murzyn Polakiem. Byliśmy z tego dumni.

Pierwszą jaskółką zmiany na lepsze, była wygrana z Ukrainą na rozpoczęcie eliminacji, ale prawdziwym kamieniem węgielnym stał się zwycięski mecz wyjazdowy z Norwegami. Zapamiętałem to szczególnie. Ja i moi nowi sąsiedzi w naszej nowej, wspólnej klatce. A wszystko co złe, było z winy Norwegów, którzy zawody wyznaczyli na godzinę 16;00. Czyli stosunkowo za wcześnie jak na nasze możliwości imprezowe.

Bo skoro miałem swoje mieszkanie, całe sześćdziesiąt metrów dla siebie, i pomieszkującego ze mną brata i starą/nową narzeczoną, czyli ludzi młodych i rozrywkowych, wspólne oglądanie zawodów sportowych u mnie ze znajomymi musiało mieć miejsce. Rozpoczęliśmy przygotowania do meczu około godziny czternastej. Zapewne byliśmy nastawieni, jeśli chodzi o wynik, na nie, ale za to jeśli chodzi o spożywanie alko, to tu dla odmiany byliśmy na tak. Były więc plusy ujemne i plusy dodatnie całego wydarzenia.

Mecz był istnym wariactwem. Mieliśmy wikingów na tacy, prowadząc 2-0 do przerwy, a radości i toastom nie było końca. Kiedy w 67 minucie zrobiło się cicho, bo Solskiaer ( czytaj Soszia albo Solskier) doprowadził do remisu, toasty zastąpiło picie na smutno. Ale na krótko, bo końcówka była dla nas i Karwan Bartosz dał nam niespodziewane 3 punkty w meczu wyjazdowym. Szok i niedowierzanie. Kilkanaście lat futbolowego marazmu, w którym brodziliśmy po uszy w bagnie, zaczęło odchodzić precz. Radości nie było końca. Ponad dwadzieścia osób piło, płakało z radości, dyskutowało, komentowało i przeżywało mecz tak, jakbyśmy byli mistrzami świata w kopanej. Ciśnienie które się wytworzyło przez te kilkanaście lat uszło jak z przebitego balonu. BUCH!

Może to wtedy uknuto hasło: w Europie nie ma już słabych drużyn. Skoro Polska wygrała w Norwegii…

Nogi sobie nie dam uciąć.

A wcześniej było piłkarsko źle. Dramatycznie. Nawet Kazik, który w swoich tekstach poruszał sprawy poważne i o miłości, był sfrustrowany bardzo, skoro w „4 pokojach” nie wytrzymał i nawiązał do naszego reprezantacyjnego futbolu śpiewając:

 4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam dopóki jeszcze mogę stać 
4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam póki jeszcze prosto stoję 

Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola 
To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola
 *

*fragment piosenki Kazika „Cztery pokoje”

Nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, rodziny z małymi dziećmi. Tak to mniej więcej wyglądało w mojej klatce. Już o dziewiętnastej zaczęły się pielgrzymki przerażonych ludzi z prośbami o ciszę. Co kwadrans pukał kto inny. Prośbom, groźbom i błaganiom nie było końca. Lokatorzy byli załamani. Co za patologia im się zalęgła na nowym, za ciężkie pieniądze kupionym mieszkaniu? Jak z takim towarzystwem iść przez życie? Jak doczekać ciszy nocnej.   I zapewne mieli by ciężką noc, gdyby nie pomoc z nieba. Przed dwudziestą drugą padliśmy jak Norwegowie. Na ryj, na pysk, na wznak. Jak nasz futbol po 1996 roku. Ale my tylko na chwilę zapadliśmy w sen. Do świtu, do dnia. Do życia. Zgodnie z regułami i zasadami sąsiedzkiego współżycia, od dwudziestej drugiej do ósmej rano, kiedy to z gramofonu poleciała w osiedle kilkanaście razy, puszczona przez mojego brata na full płyta Moskwy, z akcentem na jeden kawałek:

Powiem ‚tak’ i będę taki sam 
Tak jak wy nie warty nic! 
Stare gry łajdaków wciągną was! 
Układy sił wykończą wszystkich z was! 

Nowe hasła zawładną wami 
Za taką cenę będziecie kukłami 
Mówicie tak, bo to jest rozkaz! 
Gdzie wasze ja? Tak ginie Polska! 

Nigdy! – Nie powiem tak jak wy! 
Nigdy! – Nie sprzedam się jak wy! 
Nigdy! – Nie będę kukłą! 
Nigdy! – Nie zawładną mną nowe hasła! 
Nigdy!*

     *Utwór zespołu Moskwa „Nigdy” Nowe miejsce na ziemi zostało ochrzczone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *