M4. C-dur codzienności

M4. C-dur codzienności

 

Co jakiś czas następowała rewolucja w sposobie odtwarzania muzyki. O szpulaku, magnetofonie Grundig, radiu Unitra czy adapterze od kuzyna Wieśka już pisałem. Ostatnim szczeblem na drabinie postępu długo pozostawała wieża, składana z elementów Diory i Technicsa. Dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Niezakłóconego Odsłuchu Domowego służyła i w Diorowej części służy mi jeszcze w XXI wieku. Technicsa jak ostatni matoł wyniosłem na śmietnik w 2010 chyba. Z dwoma paczkami kaset magnetofonowych po jabłkach. Trzeba być debilem, co nie?

Ale kiedyś tam w międzyczasie pojawiły się też walkmany. Urządzenie to było niewiele większe od kasety magnetofonowej, miało własne małe słuchawki – i pozwalało zabierać muzykę z domu i mieć ją ze sobą wszędzie! Pierwszy odtwarzacz który miałem nie był jakimś specjalnym cudem techniki i elektroniki, ale potrafił skutecznie wyizolować od otoczenia i dzięki przyzwoitemu przekazowi stereo zmienić percepcję otaczającej rzeczywistości o co najmniej sto dwadzieścia osiem stopni. Nazywał się  Panasonic, był produktem z niższej półki i pożerał baterie jak smok dziewice, ale takie szczegóły za pierwszym razem były najmniej istotne. Ważne było to, że byłem użytkownikiem tego cudu techniki.

Sprzed pierwszego spaceru z walkmanem pamiętam, jak drżącymi z podniecenia rękami pakowałem delikatnie kasetę do środka. Akurat zdało mi się, że wspaniała na kontemplacyjne łażenie po osiedlu i ościennych będzie Bielizna i ich „Taniec lekkich goryli”. Lubiłem bardzo głos Jarka Janiszewskiego – słysząc faceta, wyobrażałem sobie jak śpiewa trochę jakby przez nos, a trochę jakby nie skończywszy przeżuwać jeszcze kopytek z drugiego dania, a tu mikrofon ktoś mu podstawia i mówi: „no weź zaśpiewaj”. Kręciło mnie to nie mniej niż ironiczne teksty z życia codziennego, jak choćby „Stefan” – historia o szukaniu swojego miejsca w codziennym życiu przy maksymalnym wykorzystaniu własnego potencjału intelektualnego i niebanalnej urody:

 

Pomarszczona skóra i wygięty kark,
Kiedy się urodził nie miał wiele szans.
W bardzo dużej głowie pływał mały mózg,
Starczał ledwie tyle, by zrozumieć kilka słów.

 

W pewien mroźny ranek przesądzono los,
Jego ojciec stwierdził, że uprawiać będzie boks.
Wszyscy mu najbliżsi podchwycili plan,
Słychać było setki identycznych, mądrych rad:

 

Bij ile sił, z tego nieźle można żyć,
Jeśli ty utrzymasz się, nas utrzymasz także,
Bij ile sił, może wygrasz złoty pas,
W takim pasie, uwierz nam, możesz mieć kobietę”.*

 

*(Bielizna fragment utworu „Stefan”)

 

 

…i nagle JEB!

Testując nowy sprzęt audio na polu, chodniku i ulicy, nurzając się po raz pierwszy w bieliźniarskich tematachzapomniałem o Bożym świecie – i wpadłem pod auto. Czy raczej: na auto. Kierujący jechał na szczęście na tyle wolno, że skończyło się tylko na drobnych otarciach. No i na opierdolu, jakiego świat nie słyszał. Ja też zresztą nie bardzo słyszałem, gdyż słuchawki mi ze łba nie spadły, ani ich nie zdjąłem – tylko godnie wstałem, otrzepałem się i z wybałuszonymi gałami patrzyłem na dziwnie zachowującego się gościa, który wyskoczył z samochodu i pokazywał, machając rękami, na światła dla pieszych.

No tak. To moje było jednak czerwone, ale wyizolowany z realiów przez muzykę, nie zwracałem szczególnej uwagi na otoczenie.

 

„Ciągle giną ludzie gdzieś daleko
Nie słychać tylko wybuchów w środku miast
Ktoś przypadkowy zostanie kaleką
Bojówek dzieckiem jest permanentny strach”*

*(Bielizna fragment utworu „Terrorystyczne bojówki”)

 

 

Kopała ta muzyka przez słuchawki jak środki odurzające. Musiałem wzmagać czujność, żeby nie zostać rozjechanym przez szarą zwyczajność na czerwonym świetle życia, które lubiło niespodziewania zaświecić .

 

 

***

 

 

 

Krzysiek Michalik miał walkmana wysokiej klasy – wypasiony chyba Sony w porównaniu z moimi niskopółkowym Panasonicem podnosił kulturę słuchania o kilka poziomów. Ale żeby to dostrzec, tzn. usłyszeć, potrzebna była kaseta z godną uwagi zawartością.

Któregoś popołudnia zebraliśmy się pod XI LO na osiedlu Teatralnym, by odbyć kolejny trening siatkarski. Zawsze zbieraliśmy się wcześniej – żeby poprzedzić trening dyskusją o pierdołach dnia codziennego. Krzysztof podszedł, przywitał się i wyłączył walkmana, żeby wrócić na ziemię z muzycznej galaktyki.

– Co słuchasz? – zagadnąłem zaraz, bo czego Krzysztof na ogół słuchał, to było dobre, a co było dobre, to ja też łykałem błyskawicznie.

– The Doors – odpowiedział i już byłem zaintrygowany, bo przecież nazwa zespołu nic mi jeszcze nie mówiła. – Masz, posłuchaj.

Namawiać nie trzeba było. Ja założyłem słuchawki, on wcisnął play.

 

„Break on through to the other side
Break on through to the other side
Break on through to the other side, yeah”*

*(The Doors fragment utworu „Break on trough”)

 

Nie wiem, co mnie trafiło mocniej: głos  Morrisona czy klawisze Manzarka? Zdaje się, że jednak klawisze zrobiły mi z mózgu kisiel średniowiecza. To był cios jakiego się nie spodziewałem – a Morrison zapewne z zaświatów patrzył i się śmiał, myśląc sobie, że lepiej późno niż wcale. Słuchawki oddałem niechętnie.

– Pożyczysz?

– Jasne.

Stuku, puku, przyszli goście – drzwi otwarły się na oścież.

 

 

***

 

 

W tym samym mniej więcej czasie poznałem kolejny zespół, który może mną nie wstrząsnął jakoś drastycznie, ale zaintrygował – na tyle, że umieściłem go we łbie w szufladce „do głębokiej analizy”. A poznałem się z nim na obozie sportowym w Makowie Podhalańskim.

Obóz rozwijał moje umiejętności sportowe i niestety alkoholowe, ale pozostały wolny czas – poświęcany na długie lub bardzo długie spacery – spędzałem z walkmanem na uszach. Zaopatrzony w pokaźną kasetotekę do bólu katowałem się Kultem oraz zażywałem innych kasetowych specyfików, które zabrałem ze sobą. Na jeden niedzielnych spacerów, obliczony na kilometrów kilkanaście, zaopatrzyłem się w kasety Kolaborantów i wraz z kolegą Piotrkiem poszliśmy prosto przed siebie. Razem, noga za nogą, bark w bark – ale obaj przyporządkowani do osobnych muzycznych światów, co umożliwiały przenośne odtwarzacze. U niego grało coś spokojniejszego, a u mnie:

 

„Kolarze niosą flagę pokoju

Od dawna wiem o tym dobrze

Bo jak taką flagę wieść do cholery

Gdy wciąż nawalają rowery?”*

*(Kolaboranci „Transparenty”)

 

Jak dobrze w głowie gra, to się idzie i idzie. I my właśnie tak szliśmy, szliśmy i doszliśmy – do Zawoi.

Przed drogą powrotną okazało się jednak, że zabraliśmy – jak na tak długi spacer – za mało materiału muzycznego skrojonego pod aktualne gusta. Postanowiliśmy więc wymienić się nośnikami. Czy Kolaboranci go zachwycili – nie wiem, ale mnie materiał z jego kasety zauroczył (chociaż się bałem, że to będzie jakaś bryndza straszna – nie wiem dlaczego w sumie, przecież Piotrek fajnych rzeczy słuchał). To było lekkie, zaawansowane technicznie, jakoś tak wysmakowane. Tak to poczułem. No i przepełnione tęsknotą słowa, z których nic nie rozumiałem, ale je czułem :

 

„A lovestruck Romeo
Sings the streets a serenade
Laying everybody low
With a love song that he made
Finds the streetlight
Steps out of the shade
Says something like:
You and me, babe, how about it?

Juliet…”*

*(Dire Straits fragment utworu „Romeo and Juliet”)

 

A potem skojarzyłem ten miękki głosik i charakterystyczną gitarę z utworem, który już przecież znałem – z trójkowej listy przebojów: „Brothers In Arms” . Chyba nic tak długo nie okupowało pierwszego miejsca tej listy. Wtedy zapadła pewnie decyzja o głębszym rozpoznaniu Dire Straits. Co też po kilkunastu latach, z wielką przyjemnością uczyniłem.

 

 

***

 

 

Lata 80. i 90. zaczęły dostarczać nam nie tylko lepszej muzyki, ale i innych rozrywek wyższej jakości. W temacie kin Nowa Huta wydawała się rajem. Mieliśmy na wyciągnięcie ręki dwa potężne i wspaniałe przybytki o wdzięcznych nazwach: Świt i Światowid. Potężne, samodzielne budynki, każdy z nich z wielką salą główną i małą salą, studyjną, które wypełniały się do ostatniego fotela na „Klasztorze Shaolin”, trylogii „Gwiezdnych Wojen” i wielu innych produkcjach światowej kinematografii tamtych lat.

Zakładam się o chłodne piwo w Drewniaku, kultowej pijalni piwa koło kina Świt, że nie było nowohuckiego dzieciaka, a pewnie i dorosłego, który by z dobrodziejstw tych miejsc nie korzystał. Aha, był jeszcze mały, studyjny Sfinks. Mieliśmy więc jak u mamy.

Moja pierwsza w pełni samodzielna wyprawa, ba, niemal pielgrzymka, miała miejsce w drugiej połowie lat 80. Jej celem była konsumpcja dzieła pt. „King Kong”. Mogłem się już porwać na taką wyprawę samodzielnie, bo wcześniej przerabiałem wychodzenie do kina tylko ze starszakami. Na ostatni seans w mieście „Gwiezdnych Wojen” zabrał mnie Andrzej sąsiad. Po kilku miesiącach grania filmu non stop, musiał w końcu nadejść kres wyświetlania pierwszej części ekranizacji kosmicznej sagi. Miałem więc szczęście być w kosmicznym świecie od początku.  Tym samym Andrzej położył fundamenty pod mój lekko fański stosunek do „Star Wars”, co zaowocowało tym, że  „Imperium kontratakuje” zaliczyłem razy siedem, a „Powrót Jedi” – pięć. Wszystko w kinach naszej kochanej Huty.

A z tym „King Kongiem” to było tak: poszedłem sam, bo albo nikt nie chciał, albo chciałem koniecznie samotnie filmu zakosztować. Obłożenie sali było na poziomie 99-procentowym. Czyli: bez szału, co zaznaczam mając w pamięci kolejkę na „Klasztor Shaolin” która wiła się jak sto stonóg, a kto dotrwał do kasy, kupował bilet na jakąkolwiek godzinę i na jakąkolwiek salę. Gdzie tam więc wyrośniętej małpie do popularności karate, co nie?

Bilet na „King Konga” nabyłem na dobre 30 minut przed „moim” seansem. Ponieważ foyer udostępniono oczekującym w tym samym czasie przed seansowym, wlazłem wraz z innymi żeby napawać się kinową atmosferą. Po pięciu, a może ośmiu minutach zacząłem się niepokoić: czemu jeszcze nie wchodzimy? A jak zaczną projekcję bez nas? Czasu nie kontrolowałem, bo zegarka nie zabrałem, a może go jeszcze nie miałem, i w końcu atak pomroczności jasnej (nie mającej jeszcze w tych latach nic wspólnego z alkoholem) sprawił, że nie wytrzymałem ciśnienia i postanowiłem wleźć na salę. Zlekceważyłem przy tym istotną, jak się miało okazać, okoliczność: trwał jeszcze wcześniejszy seans z przerośniętą małpą w roli głównej. Tego dnia wszystko były przeciwko mnie. Splot wszystkich wydarzeń był niesamowity.

Najpierw zniknęła na moment kobieta-bramkarz, pilnująca wejścia na kinową salę, przez co bez problemu wlazłem do środka, gdzie, jak to w kinie przy seansie, było ciemno jak w dupie u. U kogo tam chcecie.

Oho – pomyślałem sobie – zaczęli beze mnie.  Odnalazłem na wypełnionej sali swój rząd i jedno, jedyne wolne miejsce w tym rzędzie. Było ono – Matko Boska Kinematograficzna, jak to wytłumaczyć? – połączone numerologicznie z moim biletem. To jedno jedyne w rzędzie i numer na moim bilecie zgadzały się i były identycznie takie same. Wtedy byłem już pewny, że na mnie nie poczekali.

Lekko byłem wkurwiony na całą obsługę, że film już leci, tylko ja i garstka ludzi na korytarzu z nieznanych przyczyn sporą jego część spędziliśmy poza salą. Gdy siadałem, małpa już wspinała się na jakiś mega wieżowiec, a seriami z karabinów maszynowych pruto do niej ze śmigłowców. No i tak strzelali, strzelali, aż małpa po przyjęciu sporej dawki ołowiu spadła i zrobiła się całkiem martwa.

No żesz kurwa – pomyślałem – to już tak na początku sztuki główny bohater odchodzi? Spoko, pewnie zmartwychwstanie albo go bohatera, czy ją, tę kudłatą czarną małpę jakoś poskładają do kupy i uruchomią – tak myślałem. I myślałem, że ona wstanie i będzie się mścić na wszystkich za wszystko, aż tu nagle zapalili światła, bo film się właśnie skończył. Po mojemu był to więc co najwyżej „King Kong” krótkometrażowy, bo trwał wszystkiego z dziesięć minut. Co za skandal! Ludzie wychodzili zadowoleni, a ja siedziałem jak wryty, nie wierząc w to, co się stało, ale jednocześnie wierzyłem w ludzki rozsądek, sprawiedliwość i coś tam jeszcze. I wtedy zmaterializowała się kobieta-bramkarz:

– Wychodzimy, chłopcze!

– Ale proszę pani! – zacząłem ze łzami w oczach walkę o ludzki rozsądek, sprawiedliwość i coś tam jeszcze, o, i o godność kinomana-dzieciaka. – Bo ja wszedłem nie na swój seans, 15 minut temu. Tu mam bilet na swoją godzinę.

Wyciągnąłem  swoją chudą witkę, w której drżał bilet dopiero co skasowany.

– Bilet, gówniarzu!? – ryknęła kobita bez zwracania uwagi na dowód mojej prawdomówności. – Ty gnojku, oszuście, ja to was znam! Dwa razy by się chciało film oglądać? Za darmo? Ja ci pokażę, smarku ty jeden!

– Ale ja naprawdę nie…

– Wynocha, bo milicję wezwę!

Zwiałem. A jak wiałem, to płakałem. A jak się wypłakałem, to zacząłem myśleć intensywnie, jak tu przygody tego przerośniętego człekokształtnego jednak obejrzeć. Może kobieta-bramkarz miała zły dzień i nie wystarczyło jej siły na rozwikłanie mojego błędu?  Nie chciała? Nie umiała? Spróbowałem się więc odwołać do tzw. drugiej instancji – czyli pani w kinowej kasie. Wydawała się mądrzejsza i przede wszystkim nieuprzedzona.

Kulturalnie ustawiłem się więc w kolejce i po kilku chwilach włożyłem łeb do okienka, żeby załatwić sprawę bez świadków.

– Dzień dobry. Bo ja tu mam bilet na teraz, ale się pomyliłem i wszedłem na koniec seansu wcześniejszego. Może mi pani jakoś pomóc?

Wydawało mi się, że widzę światełko w tunelu a nawet w okienku kasowym. Pani upizdrzonymi paluchami zabrała bilet, popatrzyła skupiona wielce i orzekła fachowo:

– Skasowany.

– No wiem, to właśnie tłumaczę: przez pomyłkę. Proszę mi pomóc.

– Nie ma pomyłek. Następny.

– Ale zaraz, ja chcę na film!

– To proszę kupić bilet.

– Ale już kupiłem, tylko…

– Kupujesz pan nieskasowany czy nie?

Mea culpa – jak co dzień. Nawet pomyłka, niewiedza, niedoświadczenie gówniarskie było co najmniej wykroczeniem albo próbą oszustwa. Policzyłem kasę na szybkości. Zabrakło mi kilku złotych. Uciekłem spod kasy do domu – popłakany. A „King Konga” w całości nie obejrzałem już nigdy i nigdy nie obejrzę. Masz, małpo, za karę!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.