6. 11.11.20 Poznań Trasa Pomarańczowa Covid 6

Poznania o mały włos nie przegapiłem. Po prostu, jak to u mnie bywa, poprzekręcałem sobie dni, daty i wydarzenia. Datę koncertu Kultu w Poznaniu wyryłem sobie w resztkach mózgu na dzień dwunasty listopada, bo dzień wcześniej miało być Polish Independence Day i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pracował w ten dzień przy koncercie. Ale czasy są jakie są, więc zrozumiałem, że trzeba, skoro kultowizna wzywa. Ale zanim ruszyłem, musiałem się wydostać z Przybysławic. Bo kto czytał ostatni odcinek, ten wie, że po odebraniu wiadomości od Grudzianki i Diduchny usnąłem ponownie. Najbliżsi mi towarzysze: technika i Esu pojechali rano, a pozostali pewnie pomyśleli, że ja też pojechałem, jak zwykle bez pożegnania, kiedy ja zapadłem w sen prawie zimowy. Obudziłem się jak już było ciemno, bo właśnie pies mi mordę lizał. Dobrze, że Borys – pies gospodarza Jarosława mnie odnalazł, bo do Poznania bym nie dotarł za Chiny Lutowe.

Spojrzałem na zegarek i wskazówki stanęły mi dęba, albo może włosy? Nie ważne. Było późno a ja nie miałem planu jak dostać się do domu, żeby się oprać, przepakować i uzyskać błogosławieństwo od Notorycznej Narzeczonej na kolejne, tym razem cztery dni trasy. Spałem ubrany, to jedno mi odpadło. Poza tym śniadanie zjadłem na kolację, obiad mi się śnił, a naszybszy transport to teraz ma mleko. I kolej wąskotorowa. Zbiegłem po schodach jak ekspres na Koluszki prosto do sali barowej.

– Jarosław! Gómiego zbaw! Ja muszę do domu. Po jutrze Poznań, robota wzywa!

– Chyba jutro. Kazik mówił, że jedenastego.

– Nie możliwe. – mówiłem odpalając internet w komórce. Jarek miał rację a ja miałem coraz mniej czasu – Gospodarzu, poratujcie! Jak mi Bóg miły, dni mi się poplątały, jestem zatem w białej dupie. Muszę do dom!

– A drezyną kiedyś jechałeś? Bo tak sobie myślę, że jak bym cię drezyną podrzucił do Klimontowa, to zabierzesz się z organistą, co na mszy gra o osiemnastej, do Tarnobrzega, a stamtąd masz busa po dwudziestej pierwszej. Prosto do Krakowa. Pasuje?

– Królu złoty! Zróbmy to.

I zrobiliśmy. Ale co ja się na tej drezynie namęczyłem, żeby te kilka kilometrów zrobić, to moje. Ale udało się. Jarosławie! Nigdy ci tego nie zapomnę, bo jakby ciebie nie było, w gruzy by wszystko runęło. Następnie przez Tarnobrzeg gnałem na Hutę, na Oświecenia. W domu byłem po północy.

– A ciebie to już do reszty powaliło? Telefonów nie odbierasz, znaku życia nie dajesz. Tylko Kazik i Kazik, A weź się ożeń z tym Kazikiem. W domu byś coś zrobił. Instalację solarną byś na balkonie zrobił. Sąsiad na dole to nawet dżakuzję ma. A my co? Tylko koncerty i koncerty. Nawet na zmywarkę cię nie stać. Gary to już w wannie ci składam, bo ze zlewu wypadają. A mogłam se wziąć geologa. Tylu kawalerów do mnie zachodziło, a ja się na takiego głupka nabrałam.

– No już. Przestań. Gary zaraz pomyję. Pranie muszę zrobić. Jutro Poznań.

– Jaki znowu Poznań? Jutro miałeś na dupie siedzieć. Rodziców zaprosiłam.

– Daty mi się pomieszały. Wszystko o jeden dzień dałem do tyłu. A jest do przodu. Muszę jechać. Wiesz jak teraz trudno dostać się do Kult Ochrony? Nie mogę tego zaprzepaścić.

– To se jedź. Tylko mi gary pomyj. I się nie tłucz po całej klatce. Sąsiadów pobudzisz.

Znowu się udało. Po raz kolejny moja pasja została oceniona pozytywnie. Jeszcze tylko gary, pranie i chyba nawet się spać nie położę, bo pociąg mam po szóstej – ogarnąłem plan z grubsza i ruszyłem z robotą. Po czwartej wyciągałem to co wcześniej uprałem, z piekarnika, bo nie mamy w domu suszarki, a mokrego nie mogłem zabrać, żeby mi w torbie nie zgniło. Na dworcu byłem na dwa kwadranse przed godziną odjazdu składu na Poznań. A tam sodomia i gomoria. Pociągi miały jakieś kolosalne opóźnienia. Tory w całej Polsce były poblokowane przez Strajk Kobiet. I tak miało być przez cały dzień, na złość tym, którzy chcieli pojechać na zabroniony, z powodu kowida, Marsz Niepodległości. Akcja, której przedziwną, acz intrygującą nazwę, uroczyście nadała Marta Lampart, „Maciory na tory” trwała w najlepsze. Tym samym mogłem zapomnieć o koncercie. Jakby wszystkich nieszczęść było za mało, padła mi komórka. I ta w mózgu i ta do dzwonienia.

„Los się musi odmienić” zanuciłem pod nosem i stało się. Wpadłem na budkę z preclami.

– A łobuz to co taki nieokrzesany? – zapytała starowinka prowadząca tę franczyzę.

– A przepraszam. Do Poznania miałem jechać, a tu strajki, blokady, Polska płonie, chyba stanę na balkonie, popatrzeć, jak polska płonie… – znowu wrzucił i się podprogowo tekst mistrza.

– A co łon taki gupi? Samolotem trzeba. Nieba nikt nie zablokuje! Łon chce wyżej i wyżej? Łon ma wielkie ambicje? – zapytała starowinka tekstem jakby mi znanym, a minie wmurowało – Co się dziwisz jak kardynał? Leć chłopaku. Leć!

– A polecę! – odparłem – Dziękować! Tak zrobię! Samolotem. Przecież.

Po trzydziestu minutach byłem już na lotnisku. Prawie pustym, bo z powodu kowida, lotnisko działało na pół gwizdka. Szybko zlokalizowałem punkt informacyjny, żeby dowiedzieć się kiedy odchodzi najbliższy naddźwiękowy do Poznania.

– A najbliższy to  w ostatni czwartek miesiąca, a to będzie… – powiedziała pani w budce, która trochę przypominała dziób Boeinga 707.

– Za późno, ja muszę być dziś o siedemnastej, najpóźniej, na Ławnicy – chciałem błysnąć znajomością lotnisk w kraju.

– Nie ma. Mówiłam. Chyba, że z przesiadką. Może być? Z godzinę startuje Berlin, opóźniony z wczoraj, bo musieli dezynfekować. Wirusy to były na nim jak chomiki. W Berlinie złapiesz pan ten południowy na Gdańsk, z lądowaniem na żądanie w Poznaniu. Tylko nacisnąć, że będzie wysiadał, bo inaczej poleci na Gdańsk.

– Pasuje! Kochana pasuje i przez Berlin. Byle ku słońcu, ku niebu, na zachód na wschód, pierwszy dzień ku poznania wrót! – zakwiliłem i poleciałem kupować bilety.

W Berlinie miałem godzinę z okładem, postanowiłem więc, zapewne nieco ryzykownie i mało odpowiedzialnie, naładować sobie telefon niemieckim prądem. Nigdy w Niemczech nie byłem, więc mogłem spodziewać się najgorszego, ale niestety, nawet telefon się naładował jak trzeba. Na minuty przed startem zadzwonił Marek, czy ja już na miejscu.

– A gdzie tam. Berlin zaraz będę mijał.

– Berlin? A to ty nie z Krakowa jedziesz?

– Jakie jedziesz. Lecę. Kolej stoi poblokowana. To lecę.

– To może cię odebrać? Ławica?

– A nie. Ławicy żadnej nie widzę. W sumie to w kiblu jestem. – odpowiedziałem szczerze jak na spowiedzi w krakowskiej kurii.

– Czy odebrać cię na lotnisku w Poznaniu pytam? – Marek mi ułatwiał jak umiał najlepiej.

– Jak możesz, to chętnie. I kup mi kaczora na wynos, bez krwawicy tym razem i marsjańskie rogale.

– A Marcińskie mogą być?

– W ostateczności tak. Niech stracę.

Zanim wystartowałem, zakupiłem znajomej z Warszawy, miłej Hellenium romansidło po niemiecku, i taki mały zestaw: płaszcz i szpadę, żeby można było zrobić sobie teatrzyk domowy o miłości, pojedynkach w warunkach domowych. W Polsce takich nie ma, więc prezent będzie jak znalazł. Nawet po starcie próbowałem coś poczytać, ale po początkowym: heine hoch maj libe Katia, reszta już nie była dla mnie zrozumiała. No to drzemnąłem się, korzystając z tego, że miałem do dyspozycji trzy fotele, bo Niemiec z kulawą nogą nie leciał na jedenastego jedenastego do kraju sąsiada, żeby nie prowokować w dniu święta niepodległości niezbyt lubianym językiem. Chociaż czy w Gdańsku to komuś przeszkadza? Nie wiem.

– Przepraszam, kiedy będziemy na poznańskiej mgławicy? – zapytałem po przebudzeniu uroczej stewardesy.

– Was is das poznanska mglawica? Nicht ferszejent. – odparła z uroczym uśmiechem, odsłaniając przy okazji piękne zęby, oraz wielki biust, który wyglądał jak dwa potężne arbuzy, a na jednym z nich, dam sobie mosznę przyciąć, widziałem dwa czerwone pioruny.

– Du ju spik inglese? – nie dawałem za wygraną, bo na kwadrans przed miałem nacisnąć lądowanie na żądanie.

– Niet. Mejby pogawarim w ruskom jazykie?

– Da. Ja chaciu znat, skolka minut do Poznań. Ja chaciu prosit o posadku.

– Dwadcat minut. Dawaj paznakomimsja. Maja familia Helga, maj zawód Kloss.

– Tomasz Gomolka. Ty zdiełasz dla mienia posadku? Na mgławicy?

– Dla tebia wsio Tomas. Ty takij haroszyj i priekrasnyj mużcina.

Zaczerwieniłem się z lekka. Odparłem, że i ona jest krasiwaja krasawica i żeby mi to lądowanie połapała, i że jak kiedyś będzie w Krakowie, to niech pisze mesengera, to ją na kiełbaski z niebieskiej nyski pod halę zaproszę. I poszła do budki pilota, który po dwóch minutach wypadł z niej jak oparzony.

– A kto będzie lądował w Poznaniu? – zapytał zdenerwowany.

Jako jedyny podniosłem rękę i dumnie odpowiedziałem:

– Ja kapitanie Bomba! – bo tak kapitana przedstawiła stewardesa przed startem.

– To naucz się pan, zanim posadzę maszynę, że poznańskie lotnisko nie nazywa się mgławica, tylko ŁAWICA!  – wrzasnął ostatnie słowo dużymi literami –Ferteszegen? Paniał? Zakumał? Ehhh, ignoranci.

– Paniał. Co pan gienerał taki spięty? Pan z Lao?

– Cham!

– Szynka! A wurst? – zapytałem, bo myślałem, ze to taka gra.

Ale wyglądający trochę jak Konczita kapitan Bomba już nie odpowiedział, za to po pięciu minutach z głośników poszedł sygnał, że będziemy zaraz lądować na Ławicy. Dreszcz emocji postawił mi z wrażenia włosy na przedramionach. Udało się! To co wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Zaraz też pomyślałem o innych, jak oni dotrą. Esu, Cytryn i inni, którzy korzystali z innych środków lokomocji.

Krążyliśmy dobrych kilka minut, bo podobno mgła nad Poznaniem była obfita i Bomba nie mógł trafić w pas. Jak się później okazało, to nie była mgła, tylko kapitanowi zaparowały okulary, co się zdarza, jak lata się w maseczce na paszczy. Na szczęście skapnął się po dłuższej chwili i mogłem, jako jedyny wysiadać. A w sumie to wyskakiwać, bo na przystankach na lądowanie nie podstawia się schodów, a jedynie materace podkłada się pod drzwi. Ale co to dla ochraniacza Kultu? Betka!

W lotniskowym fuaje czekali na mnie miejscowi Kult Turyści, którzy obserwowali moją relację na fejsbuku, dzięki czemu sprawdzili kiedy ląduję i ruszyli z odbiorem. Były Krząściki, Wuja Artur i Marek. Wzruszyłem się bardzo, że tak mnie doceniają i żeby zakryć łzy wzruszenia zaciągnąłem maseczkę na oczy, co spowodowało, że potknąłem się o potykacz „Kocham Lech” i żeby ukryć wypadek, zagrałem sobą, leżąc na glebie, że pocałunkiem witam poznańską ziemię. Teraz to oni się wzruszyli i zaczęli jak na komendę robić relację live na FB. Po przedstawieniu ustaliliśmy, że pojadę z Markiem, bo nawiózł mi kaczora na gorąco i rogali.

– Maro, jeśli było by przy drodze, to chciałbym zatrzymać się na chwilę pod stadionem miejscowego kolejorza. Damy radę?

– Damy. Mamy czas. Marsze i demonstrację krążą wokół rynku, więc miasto jest puste.

I pojechaliśmy. Pod stadionem wysiadłem sam, i zrobiłem to, o co prosił mnie Didi. Wysmarowałem wielkie L  w trójkącie, po czym zrobiłem zdjęcie i wysłałem Blacholowi na wyspę. Teraz mogłem skoncentrować się wyłącznie na sztuce. Z tym, że odpowiedź przyszła na wykonane zadanie szybko: „Brachu, ale czemu trójkąt?”, „A co miało być?”, „Koło. L w kole, okręgu. Ale trójkąt?”. Na tak zadane pytanie nie znałem odpowiedzi. W końcu figura, to figura, a pobazgranie to pobazgranie. Jeśli do tego weźmiemy, że był to trójkąt równoboczny, dwa i pół metra boki mający, to raczej był to wyczyn. Co nie?

Marek wysadził mnie pod halą i pojechał odstawić auto, a ja wlazłem od tej strony gdzie włazi publika. Z trudami, bo nie miałem opaski, ale pokazałem tatuaż Kultu, koszulkę Kult Ochrony i dostałem pięć minut na zorganizowanie opaski, bo na bramie szefował Tomasz z Akwinionu, takiej wsi pod Poznaniem, i nie uwierzył dopóki nie zobaczył. Teraz powinno paść zasadnicze pytanie: ale jak to koncert mógł się odbyć, skoro pandemia, lokdaun i takie tam? Ano kochani. Organizator na polecenie Pewusa zastosował nowoczesną metodę odkażania. I od tego koncertu ta technologia miała jeździć z nami zamiast wizualizacji, bo te, pomimo starań kolegi od nich, chuja robiły wirusowi.

 Primo: temperatura, sekundo: maseczki, tertio: spryskiwacz „AntyCov 4” na wejściu (taki zraszacz na wszystkich zasponsorowany przez Orlen) voto: na sali zawieszone były wielkie grille, które zabijały wszelkie bakterie jakie świat widział. Małe i duże. Podobno jak wysłano projekt Morawieckiemu, to i kota Jarosława zamurowało, jak naród sobie radzi. Zaczęto nawet zastanawiać się, czy zespołu i całej bandy nie odznaczyć medalem Orła Burego, za postępowość kulturalną w tych ciężkich czasach. A kierownictwo nawet Białego Orła, bo kilka medali miano odebrać w kręgach kościelnych, i szkoda żeby się zmarnowały, ktoś rezolutnie pomyślał. Wszystko miało się rozstrzygnąć do koncertu w Gliwicach, największego i najefektowniejszego, bo żeby Cowida dobić, w Gliwicach miały też być pożyczone ognie od Ramstaina, które napędzić miała ropa nierektyfikowana z Orlenu. Nadzieja ludzkości miała kolor pomarańczowy, a my byliśmy w jego jądrze.

Do garderoby wpadłem na miękkich nogach, akurat w chwili alkotestu. Alkomat wskazywał wszystkim pod pół promila, a mnie wyskoczyło półtorej.

– No to mamy problem. Hjuston! Mamy problem – powiedział Morawka – bo ja nic od wczoraj nie piłem.

– Ani ja, ja i ja. – powiedzieli inni i tylko technika milczała, czekając na rozwój sytuacji.

– Dobra. Wszyscy mają to samo, ale Goomi przekroczył zdecydowanie, w takim razie nie robi dziś przy koncercie – powiedział dyrektor generalny Kazimnierz.

– Ale jak to, skoro ja dziś tylko darmowego drinka na trasie Berlin – Gdańsk z lądowaniem na żądanie w Poznaniu wypiłem. To niemożliwe. Ja znakomicie trawię alko! – broniłem swojego horroru, bo wiedziałem co przyjąłem.

I wtedy przypomniałem sobie, że pod zraszaczem Orlenu, zamiast sekundy, stałem ponad minutę, bo mi się torba zblokowała, i zanim mi pomogli, to lało się po mnie, jak  mokrym kurczaku. Postanowiłem działać.

– Mistrzu! Chyba wiem czemu mi wywaliło ponad normę. To zraszacz na wejściu. Misztrz podejdzie ze mną.

Ale mistrz akurat leżał, więc oddelegował miejscowego. Perkusistę Tomka Ghoesa. I poszliśmy razem z menago. Przed wejściem pod zraszacz Tomasz dmuchnął i miał minus zero siedemdziesiąt dwa promila.

– Teraz wejdź proszę – powiedział menago.

– Ale tam jest alkohol! – Tom zaooponował.

– Ale on morduje wirusy. Wejdź proszę. Musimy sprawdzić prawdomówność Goomiego.

– Jestem przeciwko mordowaniu czegokolwiek.

– Albo ty albo wirus albo Goomi! – powiedział zrezygnowany Pewu i perkusista wszedł.

Stał minutę i aż go trzepało, bo alkohol to dla niego największy wróg. Jak wyszedł i go przedmuchaliśmy, miał zero pół na plusie. Pewu spojrzał na mnie, na Ghoesa, który zaczął się uśmiechać jak ja po dobrej bombie, i powiedział patrząc mi w oczy:

– Pracujesz!

Dostałem takiej radości, że tanecznym krokiem pobiegłem się przebierać.

– Pracuję! To zraszacz! Seba! Zraszacz! – wpadłem na Sebę, który w poznaniu robił odsłuchy i jego żonę Kasię, którą wyściskałem i już brałem się do całowania, kiedy coś mnie potężnie odciągnęło od niej.

– Młody, czy ty aby nie przesadzasz? Ściskanie wystarczy łobuzie. – uporządkował mnie Seba.

Do fosy wylazłem jako pierwszy. Radosny i szczęśliwy, w końcu już dwie sztuki mi przepadły. Stanęliśmy jak zawsze, od lewej strony publiki patrząc: Guma, ja, Bartek, Cytryn, Kozi, Daro a po sali kręcił się jako tajny agent Wafel, który miał ewentualne  negatywne emocje gasić w zarodniku, oraz osobą podejrzanym mierzyć temperaturę i robić wymazy z uszu. Chcieliśmy mieć dane odnośnie skuteczności podjętych działań.

Po wejściu na scenę wśród publiki zapanowała dzika euforia, co zapewne było też wynikiem przechodzenia przez zraszacz, w którym większość się specjalnie blokowała, bo piwo sprzedawane było chrzczone i trzeba je było pić przez specjalne rurki, które wyłapywały ewentualne wirusy. Zespół stanął wzruszony owacją i Mistrz przemówił.

– Witaj ukochany Poznaniu! W podzięce za trzy punkty zostawione na Łazienkowskiej i w ramach premiery trzech płyt analogowych z Polandrocka, zagramy wam wszystkie trzy płyty! Zaczynamy od czarnej!

I poszło jak tajfun falą przecudnych dźwięków ze sceny. Było bombastycznie, tylko pod koniec koncertu miałem wrażenie, jakby niektóre kawałki się dublowały, albo nawet troiły mi w uszach. Ale ja to się nie znam i mogłem coś pomieszać. Publika zafascynowana wydarzeniem latała mało, głównie koncentrując się na przeżywaniu w pozycji ziemi ziemia. Kult Turyści dopisali bardzo, ale zauważyłem, że częściej latali pod zraszacz, niż pod scenę. Poza Hubertem Szperną, który podczas ósmego przelotu wziął i zginął. Naprawdę! Leciał ósmy raz, prosto na Esa, kiedy pięć rzędów przed sceną powstała dziura, Hubert zapikował, Esu i Cytryn wskoczyli na stopnie barierek, żeby pokazać, że czuwają i nic. Zaczęli krzyczeć do ludzi, żeby Hubcia szukali, a Hubcia nie było. Przepadł jak kamień w trójkąt bermudzki. I nie ma od niego do teraz, a jest czwartek, koło południa, żadnego kontaktu. Tylko komórka odzywa się po niemiecku, że coś tam coś tam. Ciekawe!

Przed bisami, na życzenie zespołu wlazłem na scenę i ogłosiłem promocję płyty na mieście:

– Towarzysze! Obywatelki! Ludu mój ludu Poznania! To nie wszystko na dziś! Zaraz po koncercie będzie można zobaczyć przez szybę w Kultowej, Arcy Premierę najnowszej płyty! Zapraszamy bardzo, a ciebie Jeżu proszę o rozpoczęcie bisów!

Publiczność wyła z zachwytu i zaskoczenia propozycją zespołu.

Po sztuce pojechaliśmy do Kultowej, w której miała odbyć się promocja płyty z wyżej wymienionego festiwalu. Zespół posadzono w witrynie, a na półce nad ich głowami stał Rysio i żonglował płytami analogowymi. Rysio był kiedyś cyrkowcem, więc żonglował jak ta lala, stojąc raz na prawej, a raz na lewej nodze. Wyglądało to niezwykle efektownie.

Kto był w Kultowej, ten wie, że posiada ona piwnice, a piwnice okien nie mają, i tam to zrobiono potajemną imprezę dla Kult Turystów i zaprzyjaźnionych z nimi ludzi. Żeby dostać się na taką imprezę, trzeba było wiedzieć, który właz kanalizacyjny trzeba podnieść, żeby wyleźć w toalecie klubu. Oczywiście włazu pilnował przebrany za żula bramkarz, który na hasło: „Powstanie Poznańskie” odpowiadał „ A imię jego czterdzieści i cztery” i wpuszczał swoich. Podobno przyszło ponad pięćdziesiąt osób, ale ja już tego nie widziałem. Patrząc na żonglującego Ricardo, zostałem  zahipnotyzowany i zwaliłem się jak kłoda podczas zmiany przyzb Rycha lewej nogi na prawą. Dziwne zjawisko ale nie niemożliwe, o czym dowiedziałem się już rano przy śniadaniu. Teraz jadę z technikom na Wrocław, już jesteśmy spóźnieni, bo Sebastian z Romanem weszli nie do tego kanału i trzeba było ich rano odbierać z Piły. Dobrze, że mogłem prowadzić, bo oni się do niczego nie nadają jeszcze. I do tego coś strasznie cuchnie, coś jakby się  pies w truchle wytarzał. Obiecałem im już, że im witaminy C na miejscu urobię jak coś, wtedy będą chodzić jak Terminator w zegarku!

Pa!   

Jedna odpowiedź do “6. 11.11.20 Poznań Trasa Pomarańczowa Covid 6”

Pozostaw odpowiedź Maciej Kazana Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *