M12. Wak a-kcje

M12. Wak a-kcje

 

Wakacje A.D. 1992 miałem zaplanowane doskonale. Doświadczenie, nabyte rok wcześniej na pierwszej samodzielnej letniej wyprawie, procentowało: rodzice ufali mi prawie bezgranicznie, więc pojechałem z małą klasową załogą pod namiot, nad piękne polskie morze. To miała być wyprawa dotychczasowego życia. I taką została, ciągnąc się nieprzerwanie przez kilkanaście następnych wakacyjnych lat. Co roku w tych samych okolicach.

Mielno wybieraliśmy, nie wiem dzisiaj dlaczego – ale okazał się to wybór ze wszech miar trafny i tak oto najpierw Mielno, a potem Unieście, stało się naszą wakacyjną przystanią. Najpierw moją i kolegów a potem i mojej  najbliższej komórki rodzinnej. Letnim drugim domem. Ta „pierwsza ekipa” była również żelazną ekipą klasową, która najczęściej organizowała się w roku szkolnym do wszelkich wypraw: Czesiek, Mat i Filip. No i oczywiście ja.

Przez całą Polskę przebiliśmy się tak szybko, jak na to pozwalała ówczesna sprawność PKP. Pod koniec XX wieku podróż nad morze trwała kilkanaście godzin. Jeśli nie doszło do nieplanowanych, ale często występujących niestety opóźnień. Klimatyzacja w lecie, czy w zimie ogrzewanie nie były warte jakiegoś szczególnego roztrząsania. Pierwszej nie było w naszym systemie, druga często nie działała. Albo działała, wbrew porom roku, na przykład w lecie. Ważne, że do Koszalina było bezprzesiadkowo, więc więcej wtedy nie wypadało wymagać. Nawet po drodze za bardzo nie broiliśmy, bo wyłączenia ruchomych schodów na stołecznym Centralnym o drugiej w nocy nie da się chyba zakwalifikować w kategorii złego zachowania. Ot, przypadkowy przypadek. Taki prztyczek dla stolicy od Krakowa. Po prostu jechaliśmy, piliśmy, głośno słuchaliśmy muzyki i do tego czasem wyliśmy pod to co leciało z magneciaka. Nowohuckie samo dobro.

Na koszalińskim dworcu zameldowaliśmy się – z godzinnym albo i dwu opóźnieniem, ale żaden z nas nie zwracał na to uwagi. Autobusy w okresie wakacyjnym kursowały do Mielna non stop, mniej więcej co godzinę, może i jej pół, więc przebiliśmy się na miejsce błyskawicznie. Woń morza unosiła się na kilometry od wybrzeża, a na miejscu uderzyła do młodzieńczych głów niczym nowohuckie powietrze w okolicy kombinatu metalurgicznego. Objuczeni jak wielbłądy pobiegliśmy na plażę. Radość i ukojenie, mogę nawet rzec: błogostan, jaki na mnie spłynął tamtej chwili, był nieporównywalny z niczym. Bliscy koledzy, wakacje i czająca się za rogiem przygoda wzruszyły mnie do łez, słonych jak nasz przepiękny Bałtyk.

Widok morza chyba nigdy nie trzepnął mnie tak jak wtedy. Pewnie, że za każdym razem są włosy na sztorc na przedramionach i lekkie gilgotki w żołądku – ale te pierwsze i jedyne wzruszenia odeszły precz wraz z wiekiem. Szkoda.

Miejsca na nocleg nie szukaliśmy długo. Rozbiliśmy się na polu namiotowym, porośniętym wielkimi sosnami, których zapach zmieszany z zapachem morskiej bryzy zauroczył mnie błyskawicznie i wprawił w rozanielenie. Szybko też dostrzegłem, że obok nas rozbiły namioty trzy panny. Na moje nieszczęście – jak się miało później okazać, do czego jeszcze wrócę.

Do morza mieliśmy bardzo blisko: 150 kroków bocianich i 35 tiptopków. Rozłożywszy namiot, nie myśleliśmy za wiele nad kolejnymi ruchami. Skrzynia browarów została zakupiona niczym bułki na śniadanie i rozpoczęliśmy proste, wakacyjne życie, wolne od domowych łańcuchów. Po kilku piwach nasze sąsiadki nam się spodobały, więc zaprosiliśmy je do wspólnej biesiady. Nawet ilościowo się to mniej więcej zgadzało: ich trzy, nas czterech, prawie remis. Impreza zaczęła się kręcić pomalutku. Skąd, po co, do kiedy, pierwsze grzeczności, wreszcie: ważne pytania.

– A czego słuchasz? – zapytała ona.

– A Kultu. A ty? – odparłem ja.

– A ja Ramonesów. – tak rzekła ona.

– Aha, Ramonesów. Nie znam. Ale Czesiek słucha Ganzes Rouzes? Znasz? – podtrzymywałem rozmowę.

– Jasne że znam. A ty Ramonsów nie znasz? – zdziwiła się ona.

– No nie znam. Dorsów znam i te babę co tak wyje znam, no te jak jej tam, Dżenis Dżoplin, o! – kontynuowałem ja.

I takżeśmy się licytowali, kto kogo zna, a we łbach szumiało jak w sosnowym, nadmorskim lesie przed burzą. Aż szum nagle i raczej spodziewanie zagłuszył wszystko i obudziłem się skoro świt. Nic już od tej pory nie było takie samo, niestety. Tak się czasem dzieje, kiedy budzisz się jako młody chłopiec obok nowej koleżanki, a znajomość z nią zamiesza ci w głowie na kilka kolejnych lat. Konsekwencje tej znajomości odbiły się czkawką (a nawet i zgagą) po latach, a wszystko to stało się niestety na moje zawołanie. Początek był mało obiecujący z mojej winy, ale dwa tygodnie i okoliczności przyrody spowodowały, że na ugorze mego serca zaczęło coś kiełkować. Zamiast pielęgnować róże pod blokiem szukałem kaktusów na piasku. Tak to jest z młodością, która szuka po świecie tego co ma na wyciągnięcie ręki. Matołku.

Morze, piękna pogoda, browary w ilościach hurtowych, ryby smażone, morze spienione, słońce palące i my. Chwilo trwaj! Nie brakowało nam niczego. Pogoda tego lata była wyborna. Mieliśmy prawo czuć się jak nad Morzem Śródziemnym. Przez dwa tygodnie nie spadła kropla deszczu, temperatury były tropikalne. Czy można lepiej trafić podczas tak dalekiej wyprawy krajowej? Było cudownie.

Aż tu nagle i zupełnie niespodziewanie (dla nas) kasa skończyła się już po tygodniu. Z królewskiego życia zostało nam tylko na cygańskie przetrwanie. Ale i po tych siedmiu dniach, los nam sprzyjał i szczęśliwie zazębiliśmy się z naszymi kolegami z technicznej klasy, którzy dotarli nad morze. Zarzucili oni kotwicę nieopodal, bo w Unieściu – na polu namiotowym, które mieliśmy w przyszłości ochrzcić mianem „Patelni”( brak drzew, a więc i brak możliwości skrycia się przed słońcem, stąd ta wielce wyszukana nazwa pola). Tam też właśnie mieliśmy zapuścić korzenie na najbliższe lata, zaprzyjaźniając się z miłymi właścicielami. Przyjazd kolegów przyniósł, oprócz oczywistej radości, lekkie wsparcie finansowe i znowu można było żyć jakby pełniej.

Rozpoznanie zostało poczynione, miejsce pokochane. Można było wracać.

Z pierwszego wyjazdu pozostała mi na długo choroba zwana miłością. Kilkuletnia do dziewczyny, dożywotnia do Unieścia, naszego Morza Bałtyckiego i piaszczystych, złotych plaż.

 

 

Rok później wróciłem do Unieścia z ekipą dużo słabszą, właściwie: tylko z Ogonem i jego znajomymi. Ogi był uczniem XI LO, mieszkał na Bohaterce, i poprzez moich kolegów z klasy budowlanej, został naszym dożywotnim kompanen i przyjacielem. Znajomi kolegi wakacjami za bardzo się nie przejmowali, bo dopiero co dostali się na wymarzone studia – prawo i medycynę – i właściwie od razu zaczęli się uczyć, nie zwracając uwagi na morza szum, ptaków śpiew i tym podobne pierdoły. Jako że ja się na prawo i medycynę nie dostałem, a do matury miałem jeszcze rok bez mała, to zostałem wyautowany poza nawias wypadowej ekipy. Pozostało mi więc zabijanie wszechogarniającej nudy. Było z tym ciężko. Próbowałem ze współlokatorem podnamiotowym zabić czas, ale ten pochłaniał w przeciągu trzech dni na oko dwie trzystustronicowe książki i na pewno jedno piwo, więc nie za bardzo nas ku sobie ciągnęło. Samotne włóczenie się po nadbałtyckiej krainie zaczynało mnie mocno męczyć.

Ale tylko do czasu. Któregoś popołudnia konsumowałem sobie w ciszy namiotu jakowąś lekturę wakacyjną i wtedy do moich urlopowo wyczulonych uszu napłynął, wraz z powiewem wiatru, dialog:

– Ja już mam dosyć piwa!

– No to co, jutro wódka?

– Jasne, że tak.

Akcent osobników rozmawiających za materiałową ścianką mojego namiotu pozwalał zgrubnie określić miejsce ich zamieszkania. Gdzieś na zachód od Krakowa. Zagranica, ale bliska. Bliska, ale zagranica. Lektury mi się kończyły, towarzystwo z wakacyjnych kursów naukowych było hermetyczne, wobec czego postanowiłem się z zagraniczniakami zakolegować. Wyskoczyłem czym prędzej z namiotu i w ostatniej chwili dostrzegłem wielkiego człowieka wchodzącego do telewizyjnego kontenera.

Raz kozie śmierć – pomyślałem – teraz zaatakuję albo zgnuśnieję na amen. Wkroczyłem energicznie, jak meduza na płyciznę.

– Dzień dobry! Podsłuchałem właśnie, że koledzy jutro będą konsumować. Mógłbym się przyłączyć?

– Co konsumować? Pić znaczy? – największy starał się złapać, o co mnie kaman.

– No tak. Znaczy pić. To można?

– Jasne że tak! Esu z Jastrzębia! – przedstawił się kolos.

– O. A czemu tak dziwnie, Esu?

– No bo po ojcu Kuta dajesz (e)s. No i masz. Więc  Es. Esu, nie?

– Noooo.

I tak to poznałem chłopaków z krainy węglem płynącej – Jastrzębia-Zdroju. Bartosz, Wacek i ich koledzy. Niezwykle miło było posłuchać, jak się żyje gdzie indziej. Co się czyta, czego się słucha i co i jak się pija. Chociaż to ostatnie – jak wszędzie: dużo i często. Znaczy: po polsku. Znaczy: nie taka znowu zagranica ten Śląsk.

Chłopcy interesowali się głównie sportem, muzyką i konsumpcją. To wystarczyło, żeby nawiązać bliższą znajomość. Do tego Wacek potrafił grać na gitarze – a dla mnie to było coś! Tym bardziej, że nauczył się grać samodzielnie – ot, kiedyś i gdzieś w głowie urodziła mu się myśl, żeby na gitarze grać. No i Wacek poszedł na koncert Elektrycznych Gitar, stanął w pierwszym rzędzie i popatrzył, jak Pan Doktor Sienkiewicz gra. Potem w domu zaczął po Panu Doktorze powtarzać i powtarzać – w koło Macieju (nota bene: tak miał Wacek na drugie). Wacek-Maciek. Jak chuj i koń – tak on twierdził, moim zdaniem bezpodstawnie. Prawie. Bo przecież Wackiem chłopcy penisa nazywali zdrobniale, ale o co mu z tym koniem chodziło? Nie wiem. Wiem za to, że jak nasz Wacuś popił, to składał zażalenie do rodziców o kiepskie imiona.

Ćwiczył chłopak zawzięcie to granie, że aż krew z opuszków sikała, ale jego to nie zrażało. W końcu skóra na palcach stwardniała, a Wacek nauczył się grać. Gitarzystą akustycznym stał się przednim, przynajmniej jak na moje ówczesne „znam się”. Instrument nie wypadał mu z rąk, a palce chwytów nie gubiły, nawet w stanach przechodzenia w inny wymiar. Talent to był prawdziwy. Kult mu zanuciłem i już, trach! – chwyty połapane i dajemy „Baranka”, „Arahję” i inne różności… Wacław miał chyba nawet kilka własnych utworów – ale co to było?  Nie pamiętam.

Wiem za to, że odkąd trafiłem na przedstawicieli nadmorskiej kopalni węgla kamiennego z Jastrzębia-Zdroju, każdy następny wyjazd wakacyjny był przerażająco niesamowity.

 

„Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś” – ta zasada sprawdzała się w doborze towarzystwa znakomicie, nie tylko w trakcie wakacji. Muzyka zbliżała ludzi do siebie, pozwalała nawiązać pierwszy kontakt – a potem to już leciało. Zbliżanie najmocniej odczuwałem przy „Tacie Kazika” – ależ to się śpiewało!

Kazik ze swoim tatą nie miał łatwo – kto wie, ten wie, kto nie wie, może doczytać. Na długo przed tym, jak sobie te relacje poprostował w głowie, zaczął doceniać jego piosenki i postanowił je nagrać. Zespół Kult zrozumiał zamysł i w efekcie światło dzienne ujrzała płyta „Tata Kazika”. Stanisław Staszewski tym sposobem trafił pod strzechy. Kult na dobre wszedł do obiegu masowego – płytę kupowali i zachwycali się nią ci starsi, ci młodsi oraz ci w średnim wieku. A ja zostałem PIEŚNIAŻEM pól namiotowych. Była pierwsza połowa lat 90.

Ale to się śpiewało! Na gitarze nie grałem, ale Pan Bóg głosu mi nie pożałował. Mogłem wyć na całego, klaszcząc w dłonie:

 

Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek”*

*(Kult, fragment utowu”Baranek”)

 

Do wakacji całą płytę – a wyszła chyba w kwietniu – znałem na pamięć. Na polu namiotowym wyśpiewywałem a capella większość piosenek już po kilku piwach, a po kolejnych kilku wódkach na bis leciałem repertuar z wcześniejszych płyt. No i śpiewało się i piło, piło się i śpiewało, dziewczyny były i się śpiewało i się piło. Powstał rytuał wypadów wakacyjnych: od piosenki do piosenki, od zgonu do zgonu. Od piwa w ilości kraty, poprzez wina, szampany, wódkę ze sklepu, do królewskiego Royala a nawet spirytusu lotniczego.

Spirytus lotniczy smakowaliśmy któregoś wyjazdu całkiem niespodziewanie. Tak nas zmęczyło biesiadowanie, że nie mieliśmy kompletnie siły budzić o czwartej rano pracowników sklepów alkoholowych, co nagminnie nam się zdarzało. Postanowiliśmy więc powęszyć na naszym polu i trafiliśmy na żołnierzy służby zasadniczej, jakichś lotniczych jednostek, którzy to cudo, służące do wspomagania samolotów, pili hurtowo! Wypiliśmy więc z nimi, mieszając z wodą z kranu. Zapytacie jak wrażenia? Znakomite. Po pierwszej pięćdziesiątce rzygałem jak kot, po kolejnych wchodziłem na odpowiedni poziom upojenia.

Do „Taty 2” włącznie znałem wszystkie teksty Kultu i Kazika Na Żywo, Kazika saute i Kazika gościnnego – na pamięć, na wyrywki, razem z tekstami po angielsku, nie znając angielskiego. Z piosenkami Kultu było jak z mszą świętą. Słuchane tysiące razy, zapisywały się w głowie na zawsze. Dzień w dzień, płyta po płycie, przeplatane Dezerterami, Armiami, Farben Lehrami, Defektami, Muzgami, T. Lovami, Sedesami, Kolaborantami, Heyami, Bieliznami, Aptekami, Sztywnymi Palami, Różami. I Shakim Stevensem. I Oddziałem Zamkniętym. I Lady Pankiem. Te trzy ostatnie to tylko w weekendy, gdy następowała kumulacja stężenia alko w organizmie przepotężna albo trzeba było zagrać coś do tańca. A taka „La Bamba”, królowa imprez? Też była. A tych, których nie wymieniłem, serdecznie przepraszam, nie chcę nikomu sprawiać przykrości.

Teksty Kazika, a szczególnie te pisane dla Kultu, wchodziły mi do łba jak nóż w masło. Jeszcze się wtedy nie znaliśmy, ale Kazik swoim siódmym zmysłem coś chyba poczuł i od „Salonu Recreativo” zaczął tak pisać, żeby mój mózg już nie był w stanie tego spamiętać. Oczywiście pewnie lekko przesadzam, ale przyznam, że zapamiętywanie szło mi ciężej. Bo przecież miałem jeszcze Kazika solo, KNŻ oraz setki innych tekstów polskich zespołów do zapamiętania.

A szare komórki z każdym toastem umierały nieodwracalnie, i miejsce na twardym mózgu kończyło się błyskawicznie. Ale kto wtedy na to zwracał uwagę? Ja na pewno nie.

 

M11. Kiss-moll

M11. Kiss-moll

 

„Ja wiem że czasem są upadki i wzloty

Dziewczyny to nic więcej jak tylko kłopoty”*

*(Kazik, fragment utworu „Dziewczyny”)

 

Na wysokości podstawówki hormony mocno podkręciły gałkę VOLUME, a motyle jęły się obijać się o ścianki żołądka.

W pierwszej już klasie podkochiwałem się w Edzi. Wyglądało to tak, jak podkochiwanie się w pierwszej klasie podstawówy powinno wyglądać: gonitwy po szkolnych zaułkach, wpadanie na wybraną przez siebie koleżankę niby to przypadkiem, ale tak, żeby było wiadomo, że to za nią się biega z jakiegoś powodu. Edzia w klasie czwartej przeprowadziła się na drugi koniec miasta. Niestety – bo zostawiła po sobie puste miejsce w klasie. Na szczęście – bo miałem dzięki temu chwilę spokoju od podkochiwań. Dziecięce amory zabrała ze sobą.

Kinia była następna. Bujało się w niej pół klasy, to znaczy: z całą pewnością jej męska część. Wystartowałem więc w przetargu do serca Kini bez nadmiernej spiny. Jarałem się jednak chwilami ulotnymi jak szczeniak – bo i szczeniakiem byłem – kiedy niby przypadkiem zamieniliśmy słowo gdzieś na osiedlu. Znalazło się o niej trochę w moim pamiętniku, który w tych czasach prowadziłem,  a to już stanowiło znak, że się do tematu podchodziło jednak w miarę poważnie.

Kinia chodziła na anglika do osiedlowego domu kultury – czyli tam, gdzie ja na lekcje akordeonu. Instrument nie był jednak atutem, rzecz cała tłukła się o kant dupy, nie był to żaden lep na baby. Jasna sprawa, zamienialiśmy czasem słówko ale nic poza tym. Nie odpuszczałem specjalnie nie naciskając, ale gdzieś w okolicy siódmej klasy Kinia złamała mi zmysły. Ściślej: zrobił to jej tornister. Jeszcze ściślej: chodziło o zmysł powonienia.

Było to, mniej więcej, tak: coś tam chciałem od koleżanki, która była obiektem westchnień moich, najprawdopodobniej pożyczyć długopis. Ładnie poprosiłem, na pewno robiąc maślane oczy i niemal na pewno śliniąc się lekko w kącikach ust. Księżniczka zgodziła się przepiękną polszczyzną:

– Weźże sobie z teczki i daj mi spokój.

Niczym surówka uwolniona z martenowskiego pieca, która wlewa się do formy – wlałem się do teczki bez chwili zastanowienia. Rozszarpałem drżącymi palcami zamek, wsadziłem łeb do środka i nagle… BUCH! Odrzuciło mnie na metr z okładem. Trup. Tam musi być trup – tak mi się przynajmniej wydawało. Ale skąd zapach trupa w dziewczęcym tornistrze? I to jeszcze w tornistrze uczennicy najlepszej, Kini ślicznej, mądrej i jedynej w swoim rodzaju?

Grzebnąłem ręką i prawda wyszła jak na dłoni. Dziewczę – zakładam, że w celu utrzymania odpowiedniej figury – albo nie zjadało kanapek przyrządzanych przez mamusię, albo o nich zapominało. Uskładało się tego sztuk, jak sądzę, kilka. Pewnie w środku po parę deka polędwiczki albo boczku napchane było – bo gdyby było mniej, to by tak okrutnie nie śmierdziało.

Ale śmierdziało i czar prysł. Na zawsze.

 

 

*

 

 

Jedyna wycieczka, jaką zorganizowano nam w VII klasie szkoły podstawowej, była dla mnie prawdziwą szkołą życia. Dla kurażu zabrałem na nią dwa litry wina swojskiego, wieloowocowego, utoczonego w tajemnicy z tatowego gąsiora. Tak przygotowany mogłem podjąć wyzwanie i czerpać garściami z bukłaka życia, „patrząc przy tym na chmury w kolorze białym, natomiast niebo miało być przy tym niebieskie”.

Domek w Zawoi był typowym wykwitem góralskiej myśli budowlanej: kryty gontem, trzypiętrowy, a  im wyższe piętro, tym pokoi było mniej (dach musiał być bardzo stromy, żeby śniegi się zimą zsuwały miast zalegać).

Pani wychowawczyni podzieliła nas według sobie znanego klucza.

– Na górę dwie panny i trzech chłopaków.

Podniosłem rękę i wskazałem na nie dwie i na nich dwóch. Na ostatnim piętrze zastaliśmy dwa przytulne pokoiki: dwójeczkę i trójeczkę. W trójeczce zainstalowaliśmy się my, to znaczy: ja i dwa Sławki. A obok nas – o bicie serca! – Ona i Ona. Taki układ kwaterunkowy budował aurę tajemniczości ze szczyptą podniecenia. Czując wiszące w powietrzu napięcie, wieczorkiem podlaliśmy się delikatnie, tak na odwagę. W końcu byliśmy zaproszeni do koleżanek, a nie wiedząc co taka wizyta może przynieść, luzowaliśmy napięcie winem. Nasza miejscówka odizolowała nas nieco od reszty klasy, i co najważniejsze, od wszelkiej wychowawczej opieki. Nikt nas nie nawiedzał, nie niepokoił – więc już na początku postanowiliśmy tej swobody pokosztować. Chłopacy w pokoju dziewczyn! Tego jeszcze w moim życiu nie grali.

Wieczór u nich był dziwny i elektryczny. Próbowaliśmy rozmawiać, żartować, szukać wspólnych tematów. Ciężko było się w tym odnaleźć, nawet po małym winie. Jakaś nieznana nam aura wiła się wokół. Byliśmy jeszcze na nią za krótcy i kompletnie w niej nieobyci. Nie to co one. W końcu dziewczynki, a szczególnie te dwie, były „chop do przodu” z życiowym rozpoznaniem pewnych sytuacji w stosunku do chłopaków-rówieśników. A już na pewno do nas. I to rozpoznanie, poczynione gdzieś z kimś, wcześniej, postanowiły na nas kontynuować. W mojej parze, która wyklarowała się dość świadomie, sprawy poszły do przodu zaskakująco sprawnie. Przewodniczka życia wiedziała na jakie szlaki skierować chłopięce zainteresowanie. Tym bardziej, że leżałem obok niej niczym kłoda. Niespodziewanie więc stało się to co miało się stać. Robótki ręczne w które zostałem wplątany, niczym uczeń na ZPT, przyniosły nowe doświadczenia. A nawet lekki szok, na który nie byłem do końca gotowy. Mleko się więc rozlało a ja ulotniłem się jak Dżin. Do swojego pokoju.

Kontaktów z dziewczynami miałem chwilowo dość.

To wydarzenie było pod koniec kwietnia. W drugiej połowie maja sprawy zaczęły się dziwnie plątać. We wrześniu sytuacja była już totalnie zagmatwana. Ale pierwszy fetor uniósł się zaraz po powrocie z wycieczki do domu.

Najpierw do szkoły przyszła Ona. Oko miała takie, jakby poprzedniego dnia zniesiono ją z ringu po nokaucie. Śliwa była dowodem niedawnego bliskiego spotkania z pięścią i podejrzewałem, że raczej nie chodziło o to, że zupa była za słona.

Kiedy wracałem z jakieś majówki kościelnej, w oddali pojawił się ON. On – czyli chłopak jej. Na rowerze podjechał, na dystans stu może metrów. Obserwował. ONEGO nie znałem, ale wściekłość do siebie czułem nawet z tej odległości bardzo wyraźnie.

U, u, u, u, u, u, umarłem? 

Gdyby to były Stany Ameryki Zjednoczone, to pewnikiem ON łeb by mi odstrzelił. A gdyby nasze losy splotły się 30 lat później, potraktowałby mnie małopolskim zwyczajem maczetą. Na bank. Wtedy zaś, czując zagrożenie i chcąc uniknąć kompromitacji w oczach kolegów, zacząłem dyskretnie spierdalać w kierunku domu. Długie nogi niosły mnie przyzwoicie, mimo strachu który je paraliżował. Nie biegłem co prawda, ale szedłem nienaturalnie szybko – coś jak Korzeniowski przed dyskwalifikacją na olimpiadzie za kilka lat. Jego rower unosił się prawie nad chodnikiem, tak ze 30 centymetrów, jak w piosence hip-hop, za kilkanaście lat. A że koła w rowerze miał wielkie, zajechał mi drogę na wysokości lodziarni, za moim blokiem. Lodziarnia była na uboczu, nie działał jeszcze, miejsce na atak było więc idealne. Tam też rzucił się na mnie z piąchami.

– Co ty sobie kurwa myślisz? Moją dziewczynę podrywasz? – wrzeszczał. – Ja ci pokażę, gnoju! Ty frajerze jeden, ZA-JE-BE-CIE!

Odparłem pierwszy atak swoimi chudymi kończynami i skończyło się, chwała Matce Umajonej Opiekunce Napastowanych, tylko na szarpaninie. Dokładniej, na szarpaniu mnie. Obyło się bez klasycznego „strzała w ryj”, za to jego plwociny wylądowały na mojej opryszczonej twarzy, czemu towarzyszyły słowa o potężnym ciężarze gatunkowym. Poznałem dzięki temu masę nowych przekleństw i dowiedziałem się, „co się ze mną stanie, jak on mi ufać przestanie”. I żebym jak na spowiedzi gadał, co się wydarzyło na wycieczce pomiędzy mną a nią.

Wystraszyłem się nie na żarty. Skoro dziewczyna miała podbite oko za nic, to co mogło czekać mnie? Wyobraźnia zaczęła mielić sceny z filmów i książek. Wypalanie oczu, wyrywanie języka, pozbawienie paznokci, przypalanie, krzyżowanie, biczowanie i cementowe buty – tego wszystkiego obawiałem się doświadczyć w najbliższej przyszłości. Szkoda, że nie było w okolicy konfesjonału, bo zacząłem się bezwiednie spowiadać z całej wycieczki – oczywiście dyskretnie pomijając pikantne detale, których i tak było jak na lekarstwo. Z powodu braku kratki, która normalnie zapewniałaby odrobinę dystansu od spowiednika, zacząłem się jąkać. Natomiast agresor buchał mi z odległości centymetrów w twarz dymem z carmena.

– My-my-myśmy nic nie-nie-nie robili! Naprawdę! – skuczałem, a oczka zachodziły mi strachem, kiedy zaczął mnie ściskać za tę część ciała, która w przyszłości miała być bicepsem.

– Kłamiesz! Spaliście razem! – sugerował coś, o czym nie wiedziałem.

– Nie spaliśmy, no co-co-co co ty! Ja z dziewczyną? Ni-ni-ni nigdy! Z kolegami spałem. W innym pokoju. Na serio. Mogą to po po potwierdzić – terkotałem szybko, nie zdając sobie w sumie sprawy, o co naprawdę chodzi w „spaniu z kobietą”.

Czeski film trwał w najlepsze. Na szczęście spowiedź została wysłuchana, zaakceptowana a w ramach pokuty miałem donosić ONEMU, z kim ona się spotyka i kiedy. Pierwszy raport miałem złożyć za dwa tygodnie o godzinie 19.00.

– W tym samym miejscu. A teraz zdupcaj – Typ nakazał, po czym splunął mi pod nogi i odjechał.

Skończyło się na jednym spotkaniu, chociaż ON chyba mnie polubił. Nie miałem nic ciekawego do przekazania, więc to ON sprzedał mi parę swoich bandyckich opowieści i nigdy go już nie spotkałem. Na szczęście. Ona też długo nie pochodziła do ósmej klasy. Okazało się, że będzie mamą. Dzięki takiemu „wprowadzeniu” w świat relacji damsko-męskich na następne kilka lat dałem sobie spokój z dziewczynami.

No bo po co miałem mieć  kłopoty? Dziewczyny to częściej upadki niż wzloty.

 

 

 

*

 

 

 

Przed moim osiemnastkowym party, Koleżanka z pobliskiego XI Liceum, z którą chodziłem do podstawówki i nawet się w niej podkochiwałem do czasu afery tornistrowej, dostała bojowe zadanie zorganizowania jakichś dziewcząt na imprezę. Amory do Kini przeminęły z wiatrem, ale solidne stosunki koleżeńskie pozostała forever.

W naszej klasie w technikum były same chłopaki. W całej szkole – dziewczęca posucha. Do tego mało kto wtedy miał dziewczynę na stałe, poza Sową oczywiście, a i z dziewczynami nikt na tyle blisko nie bywał, żeby skłonić damskie towarzystwo do przybycia na tę czy inną imprezę. Raz, że byliśmy wstydliwi. Dwa, że za bardzo podkochiwaliśmy się w alkoholu i przez to wychodziła nam nie raz słoma z butów i mózgów, a to w oczach dziewcząt dyskwalifikowało nas szybko. Trzeba się więc było ratować znajomościami w liceach i liczyć na szczęśliwy los.

Na mojej imprezie wszystko zagrało: Kinia przyprowadziła kilka koleżanek ze swojej klasy. Wśród nich była mała dziewczynka w sukience w grochy. Z mojej strony zaiskrzyło od razu. W końcu od czasów podstawówki założyłem sobie bana na dziewczyny i prowadziłem się niczym kleryk w klasztorze. Tego dnia jednak lody życia w celibacie zaczęły topnieć, lejce się poluzowały – i od początku imprezy myślałem, jak tę młodą damę poderwać.

Osiemnastka była obfita. Rodzice zostawili lokal do dyspozycji i jedzonko najróżniejsze mamusia przygotowała – w zamian za obietnicę, że będzie porządeczek, a jak alkohol się pokaże, to tylko symbolicznie… Tyle było kształtowania wizerunku, bo skończyło się podręcznikowo, czyli : „zastaw się a najeb się”.

Wódeczka lała się strumieniami, jak woda z Wodogrzmotów Mickiewicza. Gramofon wyrzucał z siebie piosenki jak karabin maszynowy. Było przemiło, głośno i uroczyście. Zaszczycili mnie obecnością koledzy z klasy, koledzy-starszaki, wreszcie: licealistki, które miały podnieść level imprezy do takiego levelu, któregośmy wcześniej nie spotykali, bo wcześniej zawsze brakowało tzw. pierwiastka kobiecego.

Prezenty, jakie wtedy dostałem, mam do dzisiaj. Od chłopaków – The Doors i Republikę w analogach ( STOP. Kto mi Republikę zajebał?), trochę alko i inne drobiazgi. Gramofon grał prezentami, do tego ukochane płyty Kultu szły jedna za drugą i zabawa kręciła się jak trzeba.

Do momentu, w którym Kinia zaczęła młócić wódeczkę z kolegami-starszakami na szklanki. To były prawdziwe mistrzostwa globu, a panna była przygotowana perfekcyjnie. Po latach miało się okazać, że w domu spożyła kostkę masła, a część wódki, na pozór przyjmowanej do wnętrza organizmu, wlewała do maminych kwiatów. Tym sposobem jednemu z mistrzów odebrała koronę, rozłożywszy go na łopatki trzecią pitą szklanką. Następnie  sama z nudów i braku zajęcia godnego gwiazdy zaczęła didżejować. Zimny pot mnie oblał, gdy tylko dotarł do mnie dźwięk igły szorującej po płytach. Raz, drugi, piąty.

– Zostaw, pomogę! – błagałem.

– Sama potrafię, puść! – szczebiotała, nie wypuszczając z ręki gramofonowego ramienia. Ale odpuściła, bo się chyba zorientowała, że od dłuższej chwili nie wydobywa się z głośników żadna muzyka, a wyłącznie zgrzyt, męczący nawet pijanych.

Nad ranem towarzystwo poległo i zaczęło ewakuację. Ostatkiem sił wymieniłem numery telefonów – dodam, że stacjonarnych, bo innych nie było – z grochową panienką i oczyściłem lokal z wódczanych opakowań. Hop, przez balkon, w lewą stronę, za żywopłot. Hop, hop, z piętnaście flaszek. W mieszkaniu zostały trzy – jako świadectwo umiarkowanego spożycia i kulturalnej, na całe osiedle, zabawy.

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie sąsiadka, która zaraportowała o magazynie pod blokiem. Ale dowodów potwierdzających donos szczęśliwie nie było – butelki stanowiły realny pieniądz, więc bezdomni wyzbierali je skoro świt, a mnie się upiekło. Gdyby wszak rodzice zobaczyli, jak wiele możemy, byłbym winien zawału lub zawałów nawet.

Te rekordy spożycia biliśmy z osiemnastki na osiemnastkę. Po pierwszej wspólnej gloryfikacji osiemnastki u Sowy szampan nam został i do niego butelka wódki. Szampana opróżniliśmy jakoś niechcący kilka dni później w szkole – i o piczy włos, a wylecielibyśmy ze szkoły, bo któryś nieroztropnie zostawił pustą butelczynę w kiblu, zamiast wynieść z budynku. I zrobiła się afera jak ta lala, że ktoś spożywa w szkole. Na szczęście nieroztropny pozostał niezidentyfikowany i po raz kolejny upiekło się nam grupowo i mnie osobiście… Kolejnych przypadków picia w szkole raczej nie było, bo po imprezach zazwyczaj nic nie zostawało.

Czesiek swoją osiemnastkę zorganizował w niedokończonym domu pod Krakowem. Miejscowość zwała się i zwie Słomniki. Leżała i leży na trasie Kraków–Warszawa. Zaopatrzeni byliśmy odpowiednio, w laboratoryjnie wymieszanego Royala z przegotowaną perfekcyjnie wodą. Docieraliśmy autobusami na lokalny dworzec, a stamtąd tata Czesława, nauczyciel w nowohuckim elektryku, przerzucał nas na miejsce akcji właściwej samochodem. A może nawet wartburgiem?

Wszystko wyglądało znakomicie jak jeszcze nigdy. Dom był w stanie półsurowym, a niecałe dwieście metrów kwadratowych było tylko dla nas. Były koleżanki Kini, była grochowa panienka, było też kilka świeżynek (właściwie to dwie). Przy znakomitej jak zawsze muzyce party rozwijało się wspaniale. Być może wpływ na to miało także czystsze pozamiejskie powietrze, ale może nam się tylko zdawało, że było czystsze. Kto się wtedy przyjmował smogiem? Woleliśmy żyć pełnią picia. Życia, znaczy. Życia.

Tak czy inaczej kombinacja podmiejskości, stanu surowego i damskiego towarzystwa pozbawiła nas jakiejkolwiek kontroli nad tempem konsumpcji. Niektórych poniosło na tym etapie okrutnie. Na mnie Grochowa strzeliła focha, ja popuściłem lejce jak Kmicic w Rozłogach, a Staszek Stachowicz zaproponował grę dla rozrywki i odwrócenia uwagi od napinającej się niepotrzebnie sytuacji. Gra była prosta jak matura z rosyjskiego, dla średnio ogarniętego znawcy bukw, a zasady klarowne: należało w szybkim tempie pokonać półlitrową butelkę roztworu royalowego – a na zwycięzcę miał czekać taniec z nowo poznaną koleżanką. Taniec z tych wolnych oczywiście.

I poszliśmy ostro. Z braku soku do zapijania, popychaliśmy zajzajer wodą spod ogórków. Jedynym płynem który poza wodą z kranu pozostał na imprezie. Lokalne powietrze rzeźwiło młode organizmy, więc te długo nie chciały się poddać strasznej sile przyjmowanej trucizny. Pojedynek się przeciągał, pojawiło się nawet coś w rodzaju kibicowskiego wsparcia. Nikt jeszcze tak idiotycznych zawodów nie widział, wiec z braku ciekawszego zajęcia, konkurencja przyciągnęła widownię. Do czasu. W końcu jednak szóste prawo Alkoholidesa zadziałało i padliśmy.

Osunąłem się do poziomu z otwartymi na oścież oczami. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że inaczej nie mogłem. Przestały bowiem funkcjonować nie tylko członki, ale także powieki. W takiej pozycji byłem, kiedy pojawił się nade mną niespodziewanie tata Cześka. Nie mógł nijak uwierzyć w to, co zobaczył. Jak się wyjaśniło po chwili, nie opuścił lokalu, ale dla bezpieczeństwa czuwał nad nami ukryty w garażu – a kiedy już byliśmy bliscy przekroczenia granic innego wymiaru, pojawił się niczym anioł stróż. On: nauczyciel Technikum Elektrycznego, znakomity wychowawca i przyjaciel młodzieży.

A z głośników usłyszałem bardzo wyraźnie słowa Kazika:

 

Produkują wódkę, tak dużo, dużo wódki
Bo im tylko, tylko o to chodzi, abyś sam sobie szkodził
Abyś sam nie mógł myśleć, abyś sam nie mógł chodzić”

 

W młodości życia brałem teksty ulubieńców za dosłownie. Co nie zawsze było wskazane i rozsądne jak można przeczytać wyżej.

M10. Orkiestrowy Punk-dur

M10. Orkiestrowy Punk-dur

 

Ważną pozycją koncertową na mapie mojego muzycznego życia były kolejne edycje Punkowej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jak się w pewnym momencie okazało, robił je niejaki Janusz Krzeczowski – już wówczas prężnie działający organizator koncertów, głównie punk rockowych. Pierwsza POŚP, w której brałem udział, była jednocześnie drugą robioną przez Krzecza.

Odbyła się ona na Alei Piłsudskiego w hali Sokoła, Roku Punkowskiego 1994. Dotarłem tam – po sylwestrowych, przeciągniętych do granic możliwości balach za miastem – z wielkim trudem. Mało co nie zginąłem pod kołami samochodu, próbując uciec koleżance, która spotkała mnie, i  stwierdziła że nie żyję i powinienem z tego powodu umierać w domu a nie na koncercie . Ale ja czułem inaczej. Alkohol ledwo uwolnił moją świadomość, gdy ledwie żywy, dotarłem na miejsce wydarzenia. Normalnie w takich stanach człowiek nie powinien żyć, ale tak jak orkiestra jest dla życia, tak i ja postanowiłem wtedy żyć dla orkiestry.

Kocioł przed halą był potężny. Pomiędzy całe mnóstwo punków desantowałem się niezgrabnie ja: wielki, szczupły chłop w dziwnej czerwonej, wzorzystej koszuli, podróbce ramoneski oraz z jeszcze dziwniejszym afro na głowie, które powstało z jej niemycia i odkładanej w nieskończoność wizyty u fryzjera. Stopień mojej degradacji wskazywał na mocną przynależność do środowiska punkowego. Musiałem się już tylko dostać się do środka.

– Po ile bilety? – zapytałem lekko bełkotliwie.

– Po dychu.

– To trzy dla mnie!

– A dla kogo? Z kim pan jest? – bileter zdziwił się lekko.

– A sam ze sobą!

– To trzy pieczątki się należą!

– To wal pan! – powiedziałem. I przywalili. Na jednej ręce, na drugiej i – za moją zgodą, a ku uciesze wszystkich – na czole.

Oznakowany wlazłem do środka. Tańczyć, kurwa, tańczyć mi się chce! Punkowe dźwięki ruszyły w żyłach krew, nogi zaczęły drobić kroki pogo, rozpędziłem się, żeby wskoczyć w środek tłumu i nagle… JEB! Salto mortale wykonałem niemal bezbłędnie – leżałem jak długi. Głowa i dupa, siostry dwie, bolały strasznie, bo przywaliłem w parkiet z całej siły. Punki podniosły mnie dość sprawnie, zgodnie z niepisanym zwyczajem, a kiedy stanąłem ponownie w pionie, wyrwałem się do tańca po raz drugi. I znowu to samo – JEB, salto mortale! Cholera, chyba jeszcze nie wytrzeźwiałem po czterodniowych baletach na tyle, aby królować na parkiecie…

Aha, no i nie jadłem od dnia poprzedzającego Orkiestrę. Postanowiłem się więc wycofać żeby zasięgnąć języka w kwestiach kulinarnych.

– Gdzie jest jakaś knajpa?! – szarpałem bramkarza przy wejściu, gdyż głód i kac osłabiały kontakt z realnym światem.

– Tam za rogiem, uspokój się! – pokazał mi drogę do restauracji ruchem zdecydowanym i jednocześnie niezwykle grzecznie zasugerował, że zachowuję się nagannie, co zagraża mi klasycznym wpierdolem.

– Przepraszam i dziękuję – szybko odrobiłem lekcję i zatoczyłem się we wskazanym kierunku. Lazłem po schodach: raz, dwa, trzy – tylko się nie wyjebać – pięć, sześć… Pić!

W wypełnionej po brzegi sali był jeden samotny wolny stolik – jakby na mnie czekał. Usiadłem, ująłem kartę w dłoń i na koń. Niestety, nie mogłem niczego odczytać, litery pływały mi przed oczami. Ale to nic nie znaczyło, bo mogłem jeszcze mówić. W oddali zamajaczyła kelnerka.

– Piwo i dwie setki poproszę, piękna pani!

– Co się pan tak drze? Nie ma alkoholu, prohibicja dzisiaj. Tylko jedzenie podajemy – wysyczała kulturalnie.

– Schabowy i wódka, błagam! – potrzebowałem paliwa, bo zapowiadała się długa noc.

– Nie ma, pijaku, wódki! To co, podać coś? – traciła cierpliwość ona.

– Schabowy i colę. Nie ma wódki! Skandal! – jeszcze łudziłem się ja.

– Też byśmy się napili – uśmiechali się ku mnie kolesie z pobliskiego stolika, wznoszący colę jak do toastu. Liczyli zapewne na mój dar przekonywania, który miał doprowadzić do podania napojów alkoholowych mimo zakazu.

– Zaraz umrę. Nawet piwa nie ma! – wyrzucałem w przestrzeń, a stolik obok śmiał się setnie, ubawiony całym mną. Jak się potem okazało na scenie, były to chłopaki z Sajgonu, które szukały czegoś na odwagę przed występem.

Posilony wróciłem tańczyć. Ale jak miałem tańczyć, skoro niepodlany szybko opadłem z sił? Zacząłem się więc w poszukiwaniu chwili spokoju szwendać tu i tam – i wlazłem na bekstejdż do zespołów, sam nie wiem jak. Chyba przez te trzy pieczątki (dzisiaj tak łatwo już nie ma). Za kulisami zasiadłem obok jakichś punków muzykantów jakbym był u siebie i zacząłem marudzenie. Było bardzo wiarygodne, bo podparte nieestetycznym wyglądem i wybitnie niekulturalnym zachowaniem.

– Ale bym się wódki napił! Nie macie co? No weźcie, poratujcie. Chło-pa-ki…

– Nie ma sprawy, masz! – butelka pojawiła się w moich rękach tak samo nagle jak niespodziewanie.

– O! – tylko tyle mogłem powiedzieć przed pierwszym i drugim łykiem. Coraz bardziej wdzięczny i napity kontynuowałem: – Uratowaliście mnie! Gracie tutaj? Jak się nazywacie?

– Ga-Ga, znasz?

– Jasne, Ga-Ga, Smalec i te sprawy. A Smalec gdzie?

– Gdzieś tu łazi. Podoba ci się dzisiaj? Dobra impreza, nie?

I zacząłem opowiadać, że wspaniała, tylko że parkiet śliski; że cztery dni mocno się bawiłem; że gram w siatkówkę i muszę w końcu wracać do treningów, bo mam dwa dni opóźnienia; że w ogóle to nie wiem, jaki dzisiaj jest dzień. I jeszcze że widziałem ich w Jarocinie, pół roku wcześniej, że w ogóle jest git.

Przy zespołach, jak to przy zespołach, kręcą się fani. I fanki. Jedna z się kręcących podeszła do mnie, bo jej się splątały lejce kumacji, a koniecznie chciała otrzeć się o jakąkolwiek gwiazdę. Patrząc przymilnie w moje zapijaczone oczy, zapytała:

– A ty? W jakim zespole grasz?

– Ja? – zdziwiłem się aż za poważnie, bo od wykonawców jednak odbiegałem wyglądem. – Sam jeszcze nie wiem.

To było ostatnie, co zapamiętałem z tej nocy.

 

 

 

***

 

 

 

Kolejne Punkowe Orkiestry Świątecznej Pomocy pan Janusz robił na hali Korony. To były wydarzenia wielkie – święta muzyki punkowej, a i samo miejsce świetnie się na te okazje nadawało. Na parkiecie można było potańczyć, a kiedy pogowicza morzyło zmęczenie, czekały na niego wygodne trybuny. Czas leciał szybko, mimo iż koncerty trwały po sześć-osiem godzin. Janusz ściągał kapele nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. Zaproszenie dostawał każdy, kto się liczył albo kto się liczyć miał. Z jednym zastrzeżeniem, poza zespołami z zachodu, reszta grała za zwrot kosztów. Dzięki zaangażowaniu Janusza otrzymywaliśmy w Krakowie prawie regularny, aktualny raport o stanie i kondycji krajowego punka.

Z zagranicznymi gwiazdami zdarzały się jaja niewąskie. Przemieszczanie się po Europie Środkowo-Wschodniej w  połowie lat 90. nie było sprawą tak prostą jak dzisiaj. Kłopoty z komunikacją, słaba siatka połączeń lądowych i lotniczych, wszystko to powodowało dla organizatorów kłopoty nie lada.

Na taki G.B.H., podczas POŚP, czekaliśmy gdzieś ze trzy godziny, bo utknęli na naszej południowej granicy, na dodatek stracili swój sprzęt koncertując w Czechach. Nie dość, że ich okradziono, to jeszcze zespół został zatrzymany, bo czeska policja stwierdziła, że kapela sfingowała kradzież. Wydawało się, że z ich koncertu nic nie będzie. Do tego inny zespół z zachodu, Toxoplazma, odwołał przyjazd i atmosfera zgęstniała strasznie. Jakimś cudem udało się G.B.H dojechać i na pożyczonym sprzęcie zagrać super koncert.

To chyba gdzieś wtedy miałem przyjemność poznać jednego z największych i najfajniejszych punków parających się muzyką w naszym dziwnym kraju. Oczywiście największy jeszcze wtedy nie był, w sensie gabarytów, bardziej taki konusowaty, ale lata potem, jak sobie sprawił siłownię w piwnicy, porzucił precz picie i zaczął się zdrowo odżywiać – stał się faktycznie wielki.

Pierwsza kaseta jego zespołu, która wpadła w szpony mojego sprzętu grającego, rozkładała na łopatki. Zaczynało się tak:

 

„Popatrzcie szpanerzy!

Jesteśmy mali i wstrętni

A jednak piękni

Bo mamy własne twarze!

jesteś niczym, jesteś zerem
komformistą i szpanerem
grzywkę ładną masz kolego
w szkole plusy w życiu start
w dyskotece bywasz często
głupie kurwy lubią cię
jesteś grzeczny i układny
forsą sypiesz, robisz szpan

lecz dla mnie gnoju jesteś gównem
pieniędzmi twoimi podetrę sobie dupę
splunę ci pod nogi i wytrę sobie tobą nogi”

( Psy Wojny, fragment utworu „Szpaner”)

 

Kolejny artysta wykrzykiwał mi w twarz, że trzeba być sobą. Że nie wszystkich da się wtłoczyć w okowy systemu, bo tak sobie ktoś wymyślił. Że trzeba mieć zasady, a każdy jest inny ale nie gorszy. Nastąpiła pełna identyfikacja z przekazem. Punk rock w najczystszej postaci.

Punk Rock made in Falon.

Wpadłem na niego podczas Orkiestry gdzieś na korytarzu. Przedstawiłem się jako wschodzący fan Psów Wojny i zaczęliśmy rozmawiać – trochę o muzyce, trochę o szarej codzienności. Falon obdarzył mnie sporym kredytem zaufania i szybko zorganizował wejściówkę do garderoby w której mogliśmy spokojnie pogadać. Zapamiętałem jego opowieści o skinach z Rybnika, którzy go notorycznie prześladowali. Falon nie był jednak w ciemię bity i stawiał im czoła dzielnie. A czasy były wtedy dla subkultur niełatwe. Bójki pomiędzy skinheadami i punkami były częste i krwawe. Trzeba było mieć charakter, żeby to wszystko przetrwać. I przeżyć.

Ani Falon, ani ja nie spodziewaliśmy się, że za kilkanaście lat później będziemy na trasie Galicja Productions pracować wspólnie nad wskrzeszaniem punk rocka w Polsce. Ja – jako współorganizator. On – jako lider Psów Wojny i szanowany artysta. I już jako starsi panowie polubimy się nawet bardzo. Jak pank z prawie pankiem.

 

 

***

 

 

 

Koncerty z opóźnieniem zdarzały się też krajowym wykonawcom. Rekord XX wieku dzierży w mojej pamięci zespół Armia – na jego koncert w kinie, zdaje się że Związkowiec, czekaliśmy ponad cztery godziny. Wcześniej jakieś supporty dwoiły się i troiły, żeby przeciągnąć czas, ale Armii ciągle nie było widać na horyzoncie. Coś jednak w powietrzu wisiało i kazało cierpliwie czekać. Może po prostu brak możliwości zwrotu kasy za bilety był tym magnesem, który nie pozwalał się oderwać od sali koncertowej? Całkiem możliwe.

W końcu nadciągnęli – i poszło! Energia zgromadzona przez godziny czekania wybuchła, kiedy tylko zabrzmiała Bananowa waltornia. Tańczyliśmy jak szaleni – po fotelach, po scenie, po sobie. Były nawet loty ze sceny. Niestety, ogólna liczba startów nie zgodziła się ostatecznie z liczbą bezpiecznych lądowań.

Zdecydował o tym koleś naalkoholizowany jak nieboskie stworzenie (zresztą zapewne dzięki temu wpadł na scenę tak zdecydowanie i pewnie). Na lataniu koncertowym może i się znał, ale… duży był. Dużo za duży. A przy tym wydawał się o wiele za ciężki jak na możliwości tłumu pod sceną. Ale to się okazało już po tym, jak wziął solidny rozbieg i wystartował.

Tłum wiedział lepiej co dla niego dobre. Nie chcąc ryzykować sobą, rozstąpił się, niczym Morze Czerwone, tym razem przed lotnikiem, a ten nawet nie zdążył usłyszeć komunikatu terrain ahead. Pozostał parkiet, lotnik i grawitacja. Łeb trzasnął o parkiet aż huknęło. Krew poleciała z nosa i uszu, przytomność z lotnika uszła. Ale wtedy tłum się zreflektował, wyciągnął ku niemu pomocne ręce i – w pośpiechu, bo przecież do tańca grano a miejsca było potrzeba – sprawdził rannemu tętno, usadził go w kinowym fotelu i powrócił do zabawy.

Kiedy wychodziłem, lotnik uziemiony jeszcze w tym fotelu siedział. Nieprzytomny, ale tak mi się wydawało, że spełniony do głębi.

 

M9. Wyjaz(d) d-ur

M9. Wyjaz(d) d-ur

 

Pierwszy wyjazd za miasto na koncert zrobiłem sobie w 1992 roku. Zaraz, zaraz – za kim ja wtedy pojechałem? Aha, za Kultem. Matko Boska Kolejoska, jaka to była wtedy eskapada: z kanapkami na drogę, trzema piwami na odwagę i dwoma przesiadkami , dotarłem wreszcie do Kielc. Po ośmiu godzinach. Dzisiaj w takim czasie można się dostać trochę dalej, np. na Teneryfę.

Zmysł organizacyjny już wtedy u mnie kiełkował, więc aby uniknąć niepotrzebnego zaskoczenia (nazajutrz miałem zakończenie roku szkolnego), ogarnąłem temat powrotny na Dworcu Scyzoryków i ruszyłem szukać hali sportowo-koncertowej. Nie miałem Google Maps w telefonie (zwłaszcza że i telefonu nie miałem), ale halę odnalazłem sprawnie. Już z daleka dobiegały mnie odgłosy próby zespołu, który mnie tu przyciągnął. Przed Kultem grać miał T.Love – a więc zestaw wykonawców był dobrany wzorowo jak na moje ówczesne potrzeby. Taka kumulacja dobra za pierwszym wyjazdowym razem to było coś.

Na początek Muniek z kolegami wprawili ludność miejscową oraz mnie, przyjezdnego fana muzyki polskiej rockowej, w miły nastrój.  Po godzinie z okładem na scenie zaczął instalować się Kult, główni bohaterowie i prawdziwy cel mojej wyprawy. Zmiana nastąpiła szybko i sprawnie.

Przemieściłem się pod barierki, zajmując strategiczną pozycję na samym środku, w pierwszym rzędzie. Na wprost samego Kazika. Kult rozpoczął i …

…długo nie pograł, bo zaraz po rozpoczęciu ich występu weszli na salę widowiskowo-sportową, równym żołnierskim krokiem – skinheadzi. Zgodnie ze sztuką tej subkultury: łysi, częściowo najebani, w większości agresywni,  w liczbie ponad 50 osób płci męskiej. Zespół zawinął się w przerażeniu za kulisy, publika – częściowo na trybuny, częściowo pod ściany, a ja niemalże szczałem po nogach ze strachu pod barierkami. Teraz już, kurwa, zginę – tak sobie myślałem – na bank. Ale summa summarum: umrzeć na koncercie, i to jeszcze Kultu – czemu by nie? Bohaterstwo jak diabli. (A kraj potrzebuje bohaterów, szczególnie bohaterów rocka, bo tu jest wieczny niedobór). Mało tego: jak zginę, to nie będę musiał – tak sobie myślałem – iść jutro na zakończenie IV klasy technikum, bo zmarli nie kończą szkół, a technicznych w szczególności.

Przesadzasz z fantazją, bracie – tak sobie też pomyślałem po chwili – bo po przecież zaraz ci po prostu najebią jak złoto i spędzisz wakacje w szpitalu, a dla mamy skończy się to już na pewno zawałem – o który otarła się w osiemdziesiątym siódmym.

(W osiemdziesiątym siódmym pojechałeś do Dębicy na wyjazd Hutnika i w drodze powrotnej dojebali ci szalikowcy Cracovii. Złamali ci nos, buta na lewej stronie twarzy odbili, mama zemdlała. A w ogóle to wcześniej powiedziałeś rodzicom, że to będzie Ojców, a nie Dębica. I że to wycieczka z kolegami, a nie wpierdol od kiboli. Chuj z tego, że obroniłeś barwy – jak bierzmowanie miałeś za tydzień, a ty, właśnie ty, miałeś czytać Pismo Święte na celebracyjnej mszy).

Osiemdziesiąty siódmy stanął mi ze strachu przed oczami, ale teraz byłem bogatszy o tamte doświadczenia. Pięć lat, życia szmat – wspiąłem sie więc szybko na barierki i chciałem wskoczyć na scenę. Wydawała się to idealna droga ucieczki. Niestety – wskok uniemożliwiali bramkarze wielcy jak niedźwiedzie. Szybko więc oceniłem sytuację i już wiedziałem, co zrobić. Przecież większa będzie chwała dać się sprać skinom niż bezmózgom w służbach porządkowych. Kij wam w oko, karki, nie dla was moja krew! – ryknąłem w myślach wybierając złe z gorszego.

Skini rozpanoszyli się, jakby byli u siebie. Coś tam wyli złowrogo, grozili pięściami, niejednego skopali po tyłku, gdy nagle ludzie z trybun ryknęli wspólnie, jakby ich jakiś Duch Święty natchnął: „Zabić skina, skurwysyna, zabić skina…”.

Wspaniale! – nie byłem sam, szanse przeżycia rosły. W sytuacji zagrożenia wyostrzyły się też zmysły i zobaczyłem, że skini, którzy tak tłumnie przyszli na sztukę, byli skinami w wersji mocno kieleckiej. Już wyjaśniam poprzez porównanie: znany mi z hali Wisły skin był monstrum nieokiełznanym, oglanowanym przepisowo w cieżkie buty, wielkim jak Smok Wawelski – a ci tutejsi to były jakieś wyroby skinopodobne, maksymalnie przedziwna podróbka skina klasycznego polskiego. Glany miało może z pięciu, inni byli nie tylko w trampkach, ale i w klapkach! Tłum na nich bluzgał,  a oni kręcili się po parkiecie coraz bardziej zmieszani i w końcu, zaskoczeni oporem werbalnym, poszli w pizdu. Dla mnie był to niezwykle szczęśliwy happy-end. Pozostało już tylko nacieszyć się koncertem Kultu i wiać w podskokach do domu przez ćwierć Polski.

 

Na promocję do następnej klasy ledwo zdążyłem. Ale warto było się zmaterializować żeby odebrać świadectwo, bo niespodziewanie dla wszystkich, wychowawczyni klasy, magister rusycystyki pani Maria, wybrała przewodniczącym tejże klasy, naszej klasy, na rok kolejny właśnie mnie. Była to zmiana nagła i niespodziewana: mojego poprzednika, Adama Filipka, przyłapano na buncie przeciw systemowi i odwołano go w trybie natychmiastowym. Bunt wyrażał się poprzez ubiór nie licujący z godnością podniosłej chwili, jaką było zakończenie roku szkolnego w klasie IV – kolega Filipek przyszedł na rozdanie świadectw ubrany, co najmniej niestosownie. Zresztą nie tylko on. Ale jego jako „funkcjonariusza” można było i wypadało ukarać.

Kiedy ja bawiłem w Kielcach na pierwszym wyjeździe za Kultem, koledzy na znak protestu przeciwko nie otrzymaniu promocji przez Staszka Stachowicza, postanowili przyjść ubrani w ostatni dzień nie klasycznie, na galowo, ale na bojowo. I zamiast garniaków i białych wyprasowanych koszul, założyli dżinsy i czerwone podkoszulki. Ponieważ wszystkie ustalenia odbyły się na dzień przed, w ostatniej niemalże chwili, nie byłem niczego świadomy, bo komunikacja na początku lat dziewięćdziesiątych nie była tak sprawna jak dzisiaj, wiec byłem ubrany, niestety-stety, odświętnie. To wystarczyło, żeby mnie jako wzór, mianować na szefa klasy.

Już wtedy wiedziałem, że „w życiu piękne są tylko chwile” i nimi trzeba się delektować dogłębnie. Tylko czy bycie przewodniczącym klasy to jakaś forma piękna? Nie sądzę. I nie sądziłem wtedy, że moja „kariera” potrwa tylko przez wakacyjny, wolny od szkoły czas.

Dnia pierwszego września roku szkolnego następnego odwołano mnie z funkcji i to także była zmiana nagła i niespodziewana. Tym razem to mnie przyłapano na buncie przeciw systemowym ustaleniom dotyczącym dress code’u – pojawiłem się na rozpoczęciu roku szkolnego w krótkich spodenkach. Gorąco było tego wrześniowego dnia, po wakacjach nie ochłonąłem jeszcze i tak jakoś wyszło. To był dla Pani Psor wstrząs. I takim oto sposobem karierę klasową zakończyłem błyskawicznie. Ambitnym pilotem nie zostałem.

 

„Ty chcesz wyżej, wyżej, wyżej, wyżej
Masz wielkie ambicje
Nie strach, nie błąd, nie krzyk
Pracujesz bez usterek
O, taki bezbłędny
Czysty i elokwentny
I, myślę, się nie obrazisz
Że nie ma nic trudniejszego
Niż znaleźć kogoś takiego
Jak wyżej, wyżej, wyżej, wyżej
Masz wielkie ambicje
Nie strach, nie błąd, nie krzyk
Pracujesz bez usterek”*

*(Kult, fragment utworu „Ambitni Piloci”)

 

 

P.S.

Góra z górą się nie zejdzie itd. Po latach od wydarzeń w Kielcach przyjechał do nas brat ówczesnej dziewczyny mojego brata. Opowiedziałem mu moją kielecką przygodę, a on lekko zdębiał. W 1992 roku był szefem  kieleckich skinów i to on ich na koncert Kultu przyprowadził. Rodziną ostatecznie nie zostaliśmy.

 

 

 

***

 

 

 

W którymś tam roku jedna z formacji Staszewskiego Kazimierza, raczek KNŻ, miała nagrywać materiał koncertowy dla telewizji w krakowskim studio telewizyjnym w Łęgu. Była to prawdziwa gratka dla fanów, ale jeszcze większa dla tych spośród nich, którzy koniecznie chcieli zobaczyć się w telewizorze. Bilety były skandalicznie niedrogie, więc zakupiłem ich 10. Zebranie na koncert kolegów w takiej liczbie nie stanowiło żadnego problemu.

Budynki studia TVP zamajaczyły nam na horyzoncie i od razu dokonało się pierwsze niemiłe zaskoczenie: tabuny małolatów piszczały, krzyczały i wyły wniebogłosy – podejrzewam, że taki amok wywołała właśnie możliwość uczestnictwa w rejestrowanym koncercie. (Większość młodzieży nie dysponowała jednakowoż wejściówkami, co potęgowało chaos).

Patrzyliśmy na siebie zaskoczeni i oszołomieni, bo takich scen się nie spodziewaliśmy. Kurde, coś mi się pomyliło chyba – tak pomyślałem. I poszedłem się na wszelki wypadek rozpytać, kto gra. Ruszyłem przez piknikowy tłum, w którym koszulki okołokazikowe migały z rzadka. Wejście było szczelnie zaryglowane, za nim stała poważna ochrona, a na drzwiach wisiała kartka: „W dniu dzisiejszym odbywa się rejestracja materiału zespołu KNŻ. Wejście tylko z biletami”.

Jednak się nie pomyliłem. Wróciłem szybko do kolegów i już wiedziałem, że coś mi nie pasuje bardzo i że nie chcę tam być. Tłum mnie w tym jakby utwierdzał, wydając okrzyki: „Kupię bilety!”, „Potrójną stawkę płacę!”, „Pięć biletów muszę mieć!”.

– Panowie, ja wysiadam – powiedziałem do kolegów – nie bardzo się w tym widzę.

– To co robimy? – towarzystwo było zaskoczone.

Plan skonkretyzował się natychmiast: rodzice byli na działce, więc zamiast kisić się w tłumie uczniów, można było wycofać się zgrabnie w pielesze wolnej chaty i wysłuchać materiału z płyt, popijając „caipirinhę w Porto Alegre”. Truskawką na tym torcie mógł być mecz Polaków, którzy kopali akurat z kimś tam w eliminacjach do czegoś tam. Kluczowy był jednak jeszcze inny element tego planu: bilety zamierzyliśmy oddać… no dobra: odsprzedać. Za bajońskie, ma się rozumieć, sumy.

– Jak sprzedamy z przebiciem razy dziesięć, to ja bym stąd pryskał – zakończyłem prezentację pomysłu.

Koledzy przyjęli przez aklamację i ruszyliśmy w tłum, nie spuszczając z ceny nic a nic. Po pięciu minutach byliśmy bogaci. Jeszcze raz rzuciliśmy okiem na wariactwo pod budynkiem. Sumienia uspokajała świadomość, że następny „normalny” koncert już za miesiąc i że nadrobimy. I tak uspokojeni na duszy poszliśmy spożywać alko.

 

 

 

***

 

 

 

Innym razem wyjazd rodziców na działkę znowu zbiegł się z przygotowaniami do koncertu. Zgrupowanie rozpoczęło się więc od kilkudniowej degustacji trunków różnorakich, a jego finałem miało być wielkie punkowe wydarzenie: wizyta The Exploited na hali Wisły. Ogon, Bocian, może Talent – taki był trzon naszej kadry.

Zgrupowanie trwało dobre trzy dni i kosztowało nas wiele sił. Im bliżej było pierwszego koncertowego gwizdka, tym sprawniej zaczęliśmy szukać wymówek, aby na koncert nie iść.

– Nie mam siły. Nie dotrę na Wisłę – mówił jeden.

– Zaraz się przewrócę, łeb mi pęka. Napijmy się lepiej – mówił drugi.

– Może chodźmy pod halę, sprzedamy bilety i wrócimy? Szkoda kasy w końcu – zauważył trzeci, najbardziej przytomny.

Bilety trochę jednak kosztowały. Gdybyśmy zdołali je sprzedać, można by było wypić w domowych warunkach jeszcze z kilkadziesiąt piw, resztę przestrzeni wypełniając muzyką z płyt. Z trudem pozbieraliśmy się do pionu i poszliśmy na przystanek, żeby za pomocą miejskiej komunikacji teleportować się do celu. Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce, udzieliła się nam aura wielkiego wydarzenia – i jednak postanowiliśmy udać się na sztukę.

Dobry to był pomysł. Hala Wisły posiadała przecież trybuny i można było się delektować punk rockiem także na siedząco. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie trybun i zanim zaczął grać pierwszy support, już spaliśmy snem mocnym. Przespalibyśmy pewnie i gwiazdy wieczoru, gdyby nie przypadek. A może to Archanioł Gabriel celowo zesłał nam tego chuja złodzieja?

W trakcie drzemki ktoś postanowił mi, nie wiedzieć czemu, wyszarpać spod głowy katanę. A przecież katana Levisa to nie było byle co – bez mała pół wypłaty albo lepiej kosztowała, zdobyć ją było niełatwo, więc pilnowałem jej jak wątroby. Nawet śpiąc. No i właśnie w trakcie snu głębokiego a pijackiego, kiedy to organizm więcej poza spaniem nie potrafi, mój łeb na niej złożony zaczął energicznie podskakiwać, a ręka, do której przywiązana była kurtała, zapragnęła mi odpaść. Trwało to wszystko dobrych kilkanaście sekund. Potem skojarzyłem związek skutku z przyczyną i wróciłem do świata jako tako przytomnych.

– Co ty, kurwa, robisz? – zapytałem grzecznie, zaraz po otwarciu oczu, widząc przed sobą gnoja szarpiącego moją własność z poziomu płyty. – Zostaw moją katanę!

Reakcja musiała być błyskawiczna i była. Podniosłem dupę, trzymając kurtkę jedną ręką, wychyliłem się z trybuny i drugą zacząłem okładać niedoszłego złodzieja po łbie. Ten się nie poddawał, ciągnął okrycie ile sił, a z mordy nie schodził mu cwaniacki uśmieszek. W końcu moje ciosy zaczęły robić na złodzieju wrażenie, a że koledzy stopniowo budzili się w trakcie zamieszania, to typ, czując naszą przewagę,  zaczął uciekać. Miał farta, że byliśmy mocno zmęczeni, bo tak łatwo byśmy mu nie odpuścili. Na szczęście katana została obroniona, siły zaczęły wracać, a na scenie zaczął się występ gwiazdy wieczoru. Budzik w postaci złodzieja zadzwonił punktualnie.

S10. Konsultacje na reprezentacyjnym po-ziomie.

S10. Konsultacje na reprezentacyjnym po-ziomie.

 

Zanim pojechaliśmy z Hutnikiem na Mistrzostwa Polski do Jastrzębia Zdroju, dzisiaj jakże ważnej miejscowości na mojej osobistej mapie Polski, dostałem powołanie na konsultacje Kadry Polski Juniorów!

Nie do wiary! Po prostu nie do wiary. Kmiot z Nowej Huty, chudini pierwszej klasy, beztalencie siatkarskie dostało powołanie na kadrę!

No dobra, na konsultację. Ale kadry Polski. Ciekawe jakie było kryterium ? Może doszły wyniki grubości tkanki tłuszczowej? W tym byłem mistrzem prawdziwym. Takie badania, za pomocą specjalnych szczypców wykonywano na zgrupowaniach kadry makroregionu. Byłem najchudszym zawodnikiem wśród powoływanych, ale tkankę tłuszczową miałem największą. Cud? Nie koniecznie.

Regularne karmienie organizmu przetworzoną na kiełbasy, boczki, pasztetowe i kotlety świnią od dziadka Mariana z Leszczyny musiało zostawić ślad. Ślad w postaci tłuszczowej oponki. Do tego popijanie piwa w ilościach prawie hurtowych i proszę, mamy lidera. Przy swojej chudej budowie ciała tkanka tłuszczowa była u mnie na poziomie ponadprzeciętnym. Jak bym się w piecu wytopił to by mnie mogło nie być.

 

Ale żeby nie było, że przez to jakiś dramat ze mnie był. W latach juniorskich i wczesno seniorskich miałem najlepszą wytrzymałość biegową. Na 1500 metrów niejednego potrafiłem zdublować, a i pod oponką mięśnie były sprytnie ukryte, dzięki czemu zawsze byłem w czołówce podczas robienia brzuszków na dystansie 30 sekund. Szkoda że wtedy maratony nie były takie modne bo mogłem się sprawdzić.

 

Na olsztyńską konsultację udałem się z Zakopanego. Termin był wielce nieatrakcyjny, ale czego się dla repry nie robi? Święta Bożego Narodzenia odprawialiśmy godnie i po katolicku w Zakopcu. Nasza familia gościła u cioci Marysi i brata taty mojego, wujka Jaśka. Wszystko co piękne jednak się kończy i musiałem dla chwały polskiej siatkówki w drugi dzień świąt wyruszyć na zgrupowanie. Zapakowano mnie więc w pociąg do Olsztyna, na zakopiańskim mikro dworcu i rozpocząłem szesnastogodzinną tułaczkę przez całą, bez mała, Polskę.

 

Polska cię potrzebuje dzieciaku, Polska chce cię przetestować. Na koń, na koń siadaj!

Znaczy w pociąg, w tym konkretnym przypadku.

W Olsztynie zameldowałem się jako jeden z pierwszych. Większość zaproszonych chłopaków była pierwszy raz i trzeba było się jakoś podobierać w dwójeczki, bo tyle osób mieścił wygodny, miły hotelowy pokój.

Na pierwszy strzał poszedł kolega z Wałbrzycha, Krzysiek Janczak bo na niego natknąłem się przy recepcji. Rok młodszy, wielki jak dąb i wystraszony nie mniej ode mnie.

Po godzinie okazało się, że ktoś mnie szuka. Przemek Michalczyk. No tak, jego nie mogło zabraknąć. Wybitnie utalentowany skocznościowo i ruchowo, zawodnik z Łańcuta, a wtedy może już pukający do seniorskiej drużyny Resovii Rzeszów. Całkowite przeciwieństwo fizyczno motoryczne względem mojej osoby. Ale wzrostowo i mentalnie jakbyśmy z jednej matki byli. W takiej sytuacji kolegę młodszego musiałem opuścić, bo Przemek uwił nam gniazdko trzy pokoje dalej.

Kadra, w jakiejkolwiek postaci by nie była, rządziła się swoimi prawami. Porządek musiał być. Na parkiecie, na jadalni i w pokojach. Pełna profeska. Śniadania zaczynaliśmy punktualnie. Obowiązkowo razem. Obiady i kolacje też. Żadnych spóźnień na treningi, posiłki, odprawy.

Na szczęście hala Uranii, wtedy wydająca się wielką jak jakiś stadion piłkarski budowlą, była nie daleko.

Pierwszy trening zapamiętałem dobrze, bo próbowaliśmy nogą dokopać piłkę do sufitu. Komuś się nawet udało, ale żeby wystrzelić gałę w górę, to musiał się kopiący osobnik zdrowo spiąć. I znalazł się taki mistrzunio, a kiedy piłka dotknęła sufitu, a raczej ledwo się o niego otarła, zaczęliśmy wiwatować. Po sekundach dwóch wiwaty przerodziły się w zdziwienie bo piłka po wykonaniu zadania, spadła na wody mineralne, stojące sobie słodko koło linii bocznej. I pewnie nikogo by to nie obeszło gdyby nie to, że butelki były szklane.

I poszły niczym kręgle po hali, trafione idealnie w punkt. Kilka niestety nie wytrzymało uderzenia i poszło w drobny mak. Trener na ten widok dostał szajby i zjebał nas po reprezentacyjnemu. Ostro i wulgarnie. Na dokładkę po posprzątaniu, w ramach nagrody za zabawę kazał nam zaliczyć kilka okrążeń na koronie hali Urania. Uwierzcie, góry przy tym to rozkosz dla ciała i ducha. Setki schodów w górę i w dół, i w górę i w dół. Chwała Panu Najwyższemu, że kondycji mi nie pożałował i lekko niczym sarenka tuptałem up i down, góra i dół, tam i nazad. A za mną reszta kopaczy sufitowych.

 

Potem to już trening typowo siatkarski nastał i było miło i nawet milej, bo i nie brzydkie siatkarki z nami konsultowały swoje umiejętności. Było na czym oko zawiesić a i po pupkach się podczas gierek wzajemnie można było poklepać. Prawdziwa kadra narodowa, sekcja koedukacyjna.

Żeby na takiej kadrze nie wyglądać jak dziad ze starej Huty, przed wyjazdem musiałem ogarnąć ważny temat.

O B U W I E.

Moje szajsowate czechosłowackie trampki kompletnie nie pasowały by do sytuacji i powagi reprezentacyjnej, więc musiałem uruchomić znajomości w celu zaopatrzenia się w godny kadrowicza sprzęt. Hutnik miał puste magazyny, a ja nie miałem pomysłu, gdzie i jak się obuć w miarę efektownie. W tych zamierzchłych czasach nie szło się do sklepu po buty jak dzisiaj, bo sklepy były albo puste albo ich asortyment nie nadawał się do niczego.

Wtedy z pomocą przyszedł nauczyciel WF z budowlanki, Leszek Januszczak i jego koledzy. Załatwili oni spod lady na Tomexie, piękne, niebieskie, podrobione maksymalnie zawodowo adidasy. Prawdziwa elegancja francja! Trzy srebrne paski lśniły po wewnętrznej i zewnętrznej stronie obutej w nie stopy i aż raziły swoją elegancją, szykiem i nowoczesnością. Do tego posiadały one kauczukowe podeszwy, które miały utrzymywać mnie na parkiecie w jak najlepszym położeniu. Przed wyjazdem, świeżo nabyte buty tykane były tylko w domu. Na odkurzonym dywanie dokonywałem rozchodzenia, żeby nie ubrudzić  ich przypadkiem, bo na kadrze miały mnie nieść ku przygodzie, karierze i olimpijskim sukcesom.

Niestety nie wszystko było w adaśkach dopracowane do niemieckiej perfekcji i po drugim treningu, w drugi dzień po Świętach Bożego Narodzenia, któregoś tam roku XX wieku, albo nawet dokładnie 1991 roku, miała miejsce moja mała katastrofa życiowa.

Po solidnym treningu, umęczeni bez mała jak Jezus na Golgocie, po złapaniu jako takiego oddechu, zaczęliśmy przygotowywać się do kąpieli. Warunki były wymarzone. Wielkie szatnie, czyste i przestronne prysznice. Kafelki, terakota, płytki, flizy. Błyszczące, lśniące, piękne. Byłem zachwycony.

Wyselekcjonowani zawodnicy z Polski, odznaczali się bardzo wysoką kulturą osobistą i dawali temu świadectwo na każdym kroku. Kolega z Beldonu Katowice, Rafał Musielak, który już był stypendystą swojego klubu i dzięki rodzinie w RFN-ie miał cudne, oryginalne trampki adidas, kulturalnie pochwalił mój obów, chociaż w klasie tego co mieliśmy na nogach dzieliły nas lata świetlne. Teoretycznie nie było się do czego przyczepić, pomyślałem patrząc na swoje trampki, uśmiechnąłem się pod nosem i rozpocząłem rozsznurowywanie swojego buta. Stopa moja, odziana w piękną, nową i białą skarpetkę, może i frottę, wyskoczyła sprawnie z buta i nagle stało się złe :

– O kurwa ! A co to? – syknąłem pod nosem i natychmiast przykryłem stopę ręcznikiem, żeby nikt nie zauważyli o co kaman koledzy.

Jak już chłopcy w zdecydowanej większości, a szczególnie ci w mojej najbliższej bliskości poszli się kąpać, uchyliłem przed samym sobą rąbek tajemnicy bolesnej.

Jezusie Nazareński, skarpetka był granatowa! Szybko ściągnąłem drugiego buta i … To samo!

– Nieeeeeeeeeeeeeee może być! – tłukło się w głowie – Nie może być. Nie na kadrze!

Całe skarpetki były zafarbowane. Ale najlepsze miało nastąpić za sekund pięć. Po ściągnięciu skarpet ukazały się moim przerażonym oczom stopy. Stopy w kolorze niebieskim! Błękitna krew zeszła ze mnie? Eeee no, chyba nie aż tak, krew miałem raczej czerwoną.

Pomyślałem podłamany o tym co się wydarzyło na moich nogach i okazało się, że podrabiane trampki firmy adidas sprowadzone zza wschodniej granicy puściły kolor i połączyły się z moim ciałem.  I jak tu teraz iść pod prysznic? Przecież do końca zgrupowania będę pośmiewiskiem, Hutnika sławę skalam swoją nierozwagą i biedą. Szybko myślałem jak się nie wypucować przed kolegami. Na stopy położyłem co miałem pod ręką. Koszulka, ręcznik, spodenki. Skarpety wrzuciłem szybko do torby, na samo jej dno.

– Tomek, nie kąpiesz się? – chłopaki okupowali prysznice , a ja obmyślam co zrobić dalej.

– Zaraz, zaraz, coś mnie dłoń boli. – odpowiedziałem i zacząłem udawać byle kontuzję, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy. Koledzy skończyli sprawnie i chcieli na mnie zaczekać, ale ja nie mogąc wypuścić niebieskich stóp na światło szatni i wzrok kolegów , poganiałem ich żeby już sobie poszli. Chciałem zostać sam na sam z błękitem, klęską i życiowym dramatem.

– No idźcie już, idźcie. A po drodze dla mnie dwa piwka poproszę. Koniecznie! Płyny trzeba uzupełnić! Jak to nie pijecie? Chorzy czy co? No dwa dla mnie, dobra, lećcie. Nie! Żadnego soku. Piwo, kurwa mać. – bajerowałem towarzyszy chcąc się ich pozbyć.

Kiedy już wyszli, napięcie ze mnie zeszło, ale łzy rozpaczy zaczęły cisnąć się do oczu.

– Co ja teraz zrobię? Co ja teraz kurwa zrobię?

Trampki czechosłowackie miałem w głębokiej rezerwie, mocno schowane pod łóżkiem i przywalone gazetami. To była by już ostateczna ostateczność i katastrofalny upadek mojego imidżu. Siatkarsko byłem taki sobie, ale koleżeńsko i towarzysko szacunek miałem spory. W końcu byłem z Hutnika Kraków, mistrzowskiej kamandy polskawo wolejbala.

Spojrzałem chłodnym okiem na buty. Nie ma śladu na zewnątrz, poza małymi dwoma, trzema zaciekami. Jeden zero dla mnie. Skarpety? Chyba nie do uratowania. Strata poważna, bo kryzys przecież był, ale do przełknięcia. Stopy? Trzeba będzie się dobrze maskować.

Podsumowanie ogólnie wyszło na tak. Sytuacja wyglądała na opanowaną. Full control. Poszedłem moczyć stopy.  Po 15 minutach stały się lekko błękitne i wyglądały niezwykle pięknie. Może jakaś siatkareczka albo badmintonistka na to doceni?

Kto wie?

 

Zgrupowanie kadry aspirantów do reprezentacji nie różniło się jakoś wybitnie od tego co skosztowałem do tej pory, ale poziom organizacyjno sportowy stał klasę wyżej od dotychczasowych zlotów. Przede wszystkim mogłem się naocznie przekonać w jakim miejscu sportowo jestem na siatkarskiej mapie Polski w rocznikach 73 i 74. Chłopacy wybrani na konsultację byli naprawdę utalentowani. Jak nie utalentowani to przynajmniej perspektywiczni albo wielcy jak King Kong. Ja ani do jednego ani drugiego wzoru nie pasowałem. Ale jak się zasuwa, to kto wie? Może i ja coś, gdzieś tam, kiedyś pogram. Na razie pozostało mi podglądanie, nauka i wyciąganie wniosków na przyszłość.

Jeden z treningów który zapamiętałem na zawsze, był wyjątkowo arcyciekawy. Wzorem najlepszych światowych trendów, my, polska siatkarska młodzież, mieliśmy zmierzyć się z treningowymi nowinkami światowymi. A nowinki te miały twarz trenera badmintonistów, Chińczyka z samych Chin.

Chłopina chyba nie poczytał sobie, że nas Polaków tak dużo nie ma jak ich i postanowił wprowadzić trening selektywny. W myśl zasady słaba kość pęka, postanowił za pomocą sztangi odsiać ziarno od plew. Dopóki odnosiło się to do reprezentacji badmintonistów, wszystko było ok i mogliśmy przychodzić na zajęcia ze spokojną głową. Nie nasz cyrk, nie nasze małpy, jak mówi staro azjatyckie przysłowie,  ale jak i u nas coach Kowalski postanowił to wprowadzić na naszych organizmach,  to ok już nie było. Nie dla mnie. Zrobiło się kijowo.

Co bardziej rozgarnięty selekcjoner wie, że takie młodziaki za wiele dźwigać nie powinny, bo kościec nie ustabilizowany jest jeszcze i można się uszkodzić. Ale kogo na takim poziomie to interesowało?  Selekcja wymagała poświeceń. Popołudniowy trening rozpoczęliśmy na małej sali. Na środku leżała sztanga, w roli gwiazdy wieczoru a dookoła niej karnie postawiono nas. Obok sztangi, na której powieszono dwa razy po 15 kilo + sztacheta 12 kilo, co razem dawało 42 kilo, stał nasz trener. Jako prowadzący, wodzirej, kat, eksperymentator.

–  Słuchajcie uważnie! Dwa razy nie będę powtarzał! Sztangę należy poderwać nad głowę i markując skok do bloku wykonać dziesięć powtórzeń!

– Błuahahaha! – zainteresowany rebelią zakomenderowałem gotowość do odwrotu.

– Coś ci się Gomółka nie podoba? – trener podjął dialog na forum ogólnym.

– Panie trenerze, ale nie damy rady. – starałem się mu wybić głupoty z głowy. – Nie ma szans. Za Chiny Ludowe tego nad łeb nie dźwigniemy. A jeszcze skakać? Nie uda się.

– Co się nie uda?! Nawet dziewczyny u badmintonistów taki ciężar dźwigają! Wzmacnia to stawy, kształtuje odpowiednio wykonywane technikę bloku – wchodził nam na ambicję a mnie przed oczami stanęły badmintonistki. Niczego sobie dziewczęta.

– Psze pana, ale to waży tyle co ja minus 30 kilo. Ja nie dam rady. – walczyłem już o swoje tylko zdrowie, bo inni mimo, że nie potrafili podciągnąć się na drążku nawet raz, nie byli  w stanie nic wydukać.

– Nie przesadzaj, chodź!

– Nie idę – nogi zaczęły mi się trząść ze strachu. W Hutniku nie przerzucaliśmy jeszcze żelastwa. – Niech idzie Tomek z Warszawy, bo jest najsilniejszy.

Tomek z MDK Warszawa, faktycznie kawał chłopa, jak na Warszawiaka cwaniaka przystało, przeczesał blond włosy i z szelmowskim uśmiechem podszedł do gwiazdy wieczoru.

– Zarzuć nad głowę i skacz! – padła komenda. – Jak do bloku skacz!

Tom zarzucił, zarzuciło też Toma. Na razie na boki.

– Ja cie dynie…. Łożesz ty…….! – zawyła tłuszcza pełna podziwu.

– Raz, dwa, trzyyyyy, czt..eeeee..ry, piiiiiiięęęę …. – Tomasz walczył ze sobą, sztangą i matematyką na poziomie klasy pierwszej szkoły podstawowej.

Nie wiadomo czy nie wiedział co było po pięć, czy zwyczajnie, tak po ludzku osłabł. Wiadomo za to, że sztacheta z ciężarami wymsknęła mu się z rąk i po plecach lecąc, jebnęła z hukiem o parkiet.

Cisza jaka wtedy zapanowała była najcichszą ciszą jaką słyszałem ostatnimi czasy. Trenera zamurowało.

– Nic ci nie jest? – szept selekcjonera wydał się krzykiem w tej ciszy.

– Nie, chyba nie. Trenerze, kurwa, mogłem sobie kręgosłup złamać – przez zaciśnięte zęby nadawał nasz atleta.

– Dobra, dobra. Idziemy na halę, to bez sensu – zarządził kołcz.

Ulżyło wszystkim a ulga zatańczyła w całym Olsztynie.

 

Wszystko szło według reprezentacyjnego wzoru. Śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja, gierki. Aż do dnia 31.12. Bo to w końcu koniec roku był i Sylwester  i Nowy Rok. Trening popołudniowy był skrócony, bo przygotowano uroczystą kolację i mały bankiet. A i na drugi dzień miało być lżej, spokojniej luźniej.

 

Miało.

 

Początek był prawidłowy. Wszyscy wystrojeni jak na bal. Ja na balu nigdy wcześniej nie byłem, więc postawiłem na luz. Spodnie z kościelnych darów czy może z Tomexu, ale leżące nawet, nawet, kończące się być może nad kostkami. Marmurki, piramidy? To nie był co prawda żaden styl, ale potrzeba chwili posiadania na dupie tego co było dostępne. Bo nie szata podobno zdobi i tak dalej i tak dalej.

Chłopcy konsultowani od alkoholu stronili, albo tak tylko mówili, żeby się nie wysypać w trakcie godziny W. Ja się nie krygowałem i na imprezę lekko podlany zaszedłem. Nawet przykrótkie spodnie mi nie przeszkadzały, nic mi nie przeszkadzało. Było git.

 

Zgodnie z zasadą pić trza umić, na tle niepijących wyglądałem bardzo dobrze. To oni, podobno nie pijąc alko, byli lekko napruci. Niesamowite. Takie to oszczędne i z klasą. Państwo trenerostwo, umoczone było przed godziną 00,00 solidnie. I solidnie udręczone promilami. Po tradycyjnym toaście o północy zaczęło więc dowództwo bąkać o powrocie do pokoi. Ale nikomu to nie było w smak. Zaczęły się bowiem podchody damsko męskie.

Ja żadnej bombowej panny nie wypatrzyłem i mając wolny czas i serce, przysiadłem się do trenerów. I nawet na jakiś symboliczny kieliszek się załapałem, i na lampkę niedopitego szampana i wino jakieś. Wybredny nie byłem. Kołcz nasz poganiał chłopaków do snu, a ze mną prowadził dyskusję o sporcie i życiu.

 

– Trenerze, ta sztanga to było przegięcie. My na Hutniku jeszcze na siłownię nie chodzimy, bo mówią, że to za wcześnie w tym wieku – tłumaczyłem swoją padakę na zajęciach.

 

– Wiem młody, wiem. Ale to jest kadra. Przedsionek kadry. Was tu jest trzydziestu chłopaków. I jak my jednego damy do reprezentacji z rocznika, trzech do ligi, to będziemy zadowoleni.

– Ale co z resztą?

– Reszta? A kogo reszta obchodzi. Nie tutaj. Ty głupi nie jesteś widzę i zrozumiesz to.

 

Widziałem. Widziałem i rozumiałem, że ani głupi, ani na tyle obiecujący nie byłem, żeby liczyć na kolejne powołania. Dzięki temu trener mógł się wygadać co mu w duszy grało. Szanowałem to.

Na parkiecie dogorywały twisty, czacze i może nawet Lambada. Każdy chciał się poocierać i zapewnić sobie towarzystwo na resztę nocy.

 

– Robert! Do pokoju! Na tych miast!!! – wył mi trnejro nad uszami, aż do ostatniego balangowicza.

 

Jak już wszystkich pogonił, strzeliliśmy rozchodniaczka i poszedłem ciąć w spokoju komara. Regeneracja to podstawa!

 

Znaczy chciałem spać, ale Przemek współlokator się podkochał w jakiejś lasencji badmintonistce, a że nic mu nie wyszło, musiałem go wysłuchać. Rano głowa bolała bardziej z niewyspania niż z ilości przyjętych procentów. Na śniadaniu wyszło szydło z wora. Inni, ci podobno nie pijący, wyglądali tragicznie. Widocznie ktoś im wlewał alko i to wiadrem. Młodziaki namieszali jakichś koktajli, sangrii, cincinów, czy Bóg wie czego i ich poskładało. Trenerzy też nie pili mineralnej i odpowiednio skacowani rozpoczęli Nowy Rok od postraszenia nas porannym treningiem. Słowni byli.

Nie było przebacz i zamiast odsypiania zarządzili rozruch. Tak nas w nagrodę przegonili po hali, że niejeden płakał jak szedł, niejeden popuścił zwrotnie z organizmu, niejeden prawie tracił przytomność.

Polska złota sportowa młodzież uczyła się życia. Z fasonem, łzami i potem poalkoholowym. A ja to już miałem we krwi: piwo z rana jak śmietana! Rutyna i zapasy mnie uratowały.

 

Po obiedzie uzupełniono z naszej grupy skład reprezentacji Polski juniorów o trzy lub cztery osoby. Nagrodą dla najlepszych był wyjazd na turniej do Bułgarii.

Dla reszty zostały podziękowania i życzenia sukcesów. Dla mnie było to wystarczające. Znałem swoje miejsce w szeregu. Nie czułem żalu czy rozczarowania. Czułem radość i spełnienie. Jako człowiek i jako sportowiec wyniosłem z tego zgrupowania wiele. I wspomnień i nauki.

 

Po zgrupowaniu przyhotelowe kubły wypełniły sflaczałe baloniki, przebite serca, zdeptane serpentyny i konfetti, puste butelki po mdławych alkoholach i nikomu niepotrzebne karteczki z adresami.

 

A mnie szczęśliwie buty przestały farbować. Nareszcie!

S9. Juniorzenie

S9. Juniorzenie

 

Podczas kolejnego sezonu w juniorach miałem być liderem naszej siatkarskiej kapeli. Do czasu finałowych rozgrywek  wszystko szło jak po maśle. Prawie szło, bo na ostatni mecz przed półfinałami w Olsztynie, drużynę opuścił nasz młody i podstawowy rozgrywający Paweł. No i zostaliśmy z ręką w nocniku, bo drugim rozgrywaczem był kolega Marcin, co to piłkę ręczną zamienił na siatkówkę kilka miesięcy wcześniej i był na etapie przyuczania do zawodu. Wyboru więc nie było. Rozbici psychicznie jak schabowy w barze mlecznym, chętnie wystawilibyśmy swoje chude pupy i poprosili o bezbolesne klapsy. Ale nie było na to możliwe, bo honor nie pozwalał się ugiąć.

Za przeciwnika mieliśmy Okocimskiego Brzesko, drużynę pewną awansu do dalszego etapu rozgrywek, która pewna była też sukcesu w mających się odbyć zawodach. Sytuacja w tabeli wyglądała dla nas nieciekawie. Tylko zwycięstwo dawało nam promocję do półfinałów. Na szczęście graliśmy decydujący dla nas, o być albo nie być, mecz na swojej sali w XI liceum, na osiedlu Teatralnym. Zapowiadała się prawdziwa, siatkarska wojna.

Pierwsze dwa sety, co prawda po walce ale zgarnął fawory z Brzeska. Kurwica w moim organizmie sięgała zenitu. Graliśmy nieźle, ale brakowało tego czegoś co pozwoliło by nam zostać zwycięzcami. Postanowiliśmy całkowicie zmienić taktykę. Ponieważ wszystko czego się nie dotknąłem zamieniało się w punkt, z taktyki na raz, dwa, trzy walisz ty, zaczęliśmy grać raz i dwa walę ja. Ułatwiło to też zadanie rozgrywającemu, bo ściągnęło z niego całą odpowiedzialność i uprościło grę do minimum. Po raz pierwszy w życiu miałem wcielić się w rolę siatkarskiego konia.

W trzecim secie Brzesko puchło a nam skrzydła rosły. Niemożliwe akcje do wygrania wygrywaliśmy, blok siedział jak nigdy. Czego się nie dotknąłem wchodziło. Swoje zrobił Żuchol i Darek i mogliśmy ryknąć po piętnastym punkcie w piątym secie :

– JEEEEEEEEEEEEEEEEEEEST!

Wyrwane z korzeniami łez , potu i krwi zwycięstwo smakowało szczególnie. Jedno z najfajniejszych zwycięstw w mojej sportowej przygodzie. Taki mecz, gdzie każdy z nas wyrobił 200 procent normy i wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności.

Nawet pomeczowe półuśmieszki trenera przeciwników Józka Gawędy, gratulacje w stylu „dali my wam”, nie mogły tego zepsuć. Można było rezerwować hotel w Olsztynie. Półfinał czekał na nas. I Paweł się odobraził i wrócił grać. Mogliśmy więc marzyć nawet o finałach.

Olsztyn to piękne miasto. I fajny turniej się tam trafił. Były cztery drużyny. My, AZS Olsztyn jako gospodarz i faworyt do złota na Mistrzostwach Polski Juniorów Starszych, oraz ONI zbliżeni klasą do nas i jeszcze inni ONI najsłabsi.

Najsłabszych przetrzepaliśmy w piąteczek. Jakby nie stres i emocje, to byłoby lekko i przyjemnie. Ale stres zrobił swoje i poszło jak po grudzie. Na szczęście skończyło się naszym zwycięstwem 3-2. Dzień drugi graliśmy z faworytem całych rozgrywek  AZS -em Olsztyn. Lubiłem takie mecze. Nie jesteś faworytem, skóra na niedźwiedziu podzielona, o szaty nawet kości nie rzucają, bo już ci zabrali, a ty wychodzisz i kąsasz. Żresz, szarpiesz po łydkach, szczypiesz przez siatkę, żeby pokazać, że nie jesteś miękkim czymś tam robionym chłopakiem.

Na początek był set niespodziewanie wyrównany, ale niestety przegrany. Trener Andrzej postanowił posadzić mnie na ławce.

– Jak to? – pytam trenera zaskoczony, bo grałem nienajgorzej. – Dlaczego?

– Odpoczywaj. – Andrzej miał już w głowie plan na jutro.

W końcu to jutro ma być mecz decydujący o tym, kto zamelduje się w pięciogwiazdkowym hotelu Diament w Jastrzębiu Zdroju.

Chłopaki beze mnie walczyli dzielnie, ale nie mieliśmy większych szans. Mecz skończył się wynikiem 0-3, zgodnie z przypuszczeniami, ale po fajnej walce. Kibice, którzy szczelnie wypełnili halę na Kortowie, brawami docenili zawody.

Niedzielne mecze kończyły turniej półfinałowy i miały decydować o tym kto zakwalifikuje się do turnieju głównego. Nasz rywal był z jakiegoś małego miasteczka. Dzisiaj nawet pół nazwy rywala nie pamiętam, nie wiem nawet na jaką  literę się zaczynał ani na jaką kończył. Nazwa, miejscowość? Czarna pustka. Ale mecz był niezwykle wyrównany, szedł cios za cios. Ostatni na szczęście zadaliśmy my i to my mogliśmy zrobić na środku boiska kółko radości. Godnie kontynuowaliśmy Hutniczą tradycję. Byliśmy w wielkim finale Mistrzostw Polski Juniorów Starszych. Wśród ośmiu najlepszych zespołów w kraju.

Przygotowani do jastrzębskich finałów sezonu 1991/92 byliśmy dobrze. Nie jechaliśmy walczyć o medale, ale o jak najlepszą pozycję. Nie mieliśmy typowego konia, a ja co najwyżej mogłem robić za kucyka. No i już na dzień dobry moja kucowatość wyszła jak owies z worka.

Na początek graliśmy z gospodarzem młodzieżowych igrzysk, Jastrzębiem Borynia. W Jastrzębiu miałem kolegów przemiłych, poznanych ze zgrupowania kadry narodowej: Willi Milbrant, Jasiu Papszun. Z innymi zawodnikami gospodarzy przed zawodami bardzo szybko się polubiłem. Fajne, solidne, śląskie chłopaki. Oni mieli walczyć o medale a my mieliśmy im w tym przeszkodzić.

W pierwszym secie Jastrzębianie byli spięci jak gumka w majtkach. Nam nawet nie przeszkadzało to, że gramy na hali z dziesięć razy większej od naszej salki w XI LO.  Jeszcze nie przeszkadzało. Od początku partii niespodziewanie prowadziliśmy, a grało się do zdobycia 15 punktów, lub po osiągnięciu piętnastu, do dwóch punktów przewagi. Pod koniec seta było niespodziewane 14-13 dla nas. Jeszcze jeden punkt i sensacja mogła stać się faktem, bo nawet wygranie jednego seta byłoby wielką sensacją. A kto wie jak dalej sprawy by się potoczyły w kolejnych odsłonach meczu? No i wtedy to jaśnie gwiazda pod postacią mojej osoby stanęła na zagrywce. Mogłem zrobić wszystko co zrobić należało, byle efektem końcowym było przerzucenie piłki na stronę ślązaków. Żeby dać im szansę spierdolić. No i sobie wymyśliłem, że jednak zakończę seta asem. Skróta mi się zachciało. Bohaterem chciałem zostać. W pojedynkę marzyłem Jastrzębie rozwalić i wprowadzić naszą drużynę na białym koniu do wielkiej czwórki.

Nic z tego wyszło. Mój skrót wymarzony wylądował w połowie siatki a mi ze wstydu krew odpłynęła do pięt. Rywale byli zmiękczeni na cacy, a ja im taki prezent zgotowałem. Ech, łajza ja. Łajza.

Potem poszło raz, dwa, trzy z ich strony i było po secie, a za chwil kilka po dwóch następnych, bo już się nie podnieśliśmy. Chłopaki z drużyny pretensji nie mieli, trener też nie miał. Widzieliśmy, że rywal jest kilka siatkarskich długości przed nami. Pozostałe drużyny raczej też. Ale z tym „raczej” to różnie bywa. Zwłaszcza w sporcie.

Następne dni rywalizacji mijały bardzo miło. Stres i emocje zostały wyparte przez ciekawą świata głupotę. Z zawodów już nawet nie pamiętam z kim, ile i dlaczego. Pewnie dlatego, że nie ma czym się chwalić. Dopiero koniec mistrzostw zapamiętałem. Z powodów bankietowo meczowych wrył się w pamięć na zawsze.

Hotel Diament to był wypas jak cholera. Top topów. Nawet winda miała swojego operatora odstrzelonego w służbowy uniform. Taką obsługę dogłębną spotykało się w hotelach z najwyższej półki.  Dla zdecydowanej większości z nas, pobyt w takim miejscu mógł być pierwszym i jednocześnie ostatnim. W środku restauracja, pub i inne cuda, do których nawet się nie zbliżaliśmy, bo nie było z czym. Nasz status finansowy i brak kapuchy nie pozwalał nawet patrzeć przez szybę. Szybko więc znaleźliśmy coś dla siebie. Coś na naszym poziomie finansowym i mentalnym. Tuż za hotelem była bowiem mordownia dla górników, a w niej piwo. Bardzo tanie piwo. Mając taką wiedzę, zaraz po zawodach, cichaczem wyskakiwałem sobie na jedno, dwa lane bronki.

Pod koniec tygodnia okazało się, że będziemy grać o siódme miejsce w Polsce z moim największym wtedy wrogiem, ale szanowanym i lubianym bardzo, Okocimskim Brzesko. Z łaskawcami, którzy się nam podłożyli podobno i dzięki temu graliśmy w olsztyńskim półfinale. Pierdu, pierdu.

A że w Okocimskim też byli fajni chłopcy, no to i dzień przed zawodami o honor i mistrzostwo Małopolski, część z nas poniosło w tan. Tak ostro, że Żuchol musiał mnie holować do pokoju. Windowy nie za bardzo chciał mnie wieźć, kiedy zobaczył mój stan, bo nie mógł uwierzyć, że sport juniorski może być tak brutalny. Byłem nawalony jak stodoła. Rano wstałem na kacu gigantycznym. Nigdy jeszcze takiego nie doświadczyłem.  Ale jedyne o czym myślałem od pobudki, poza wodą mineralna gazowaną i tabletkami na ból głowy, to stanąć trzeźwo na nogi i wygrać z Okocimskim. Wygrać i zmazać haniebne zachowanie wczorajszego dnia i ogólnie średni wynik na mistrzostwach. Ale jak to, kurwa, uczynić? No jak? Kiedy poza kacem w ciele, na moim lewym policzku zaczął kiełkować mi CZYRAK!

Wszystkie klątwy świata miałem doświadczyć w jeden dzień? Zmęczenie turniejem, kac jak diabli i CZYRAK. Próbowałem z nim powalczyć, ale widziałem kilka policzków w lustrze i tylko pogarszałem sprawę. Nie wiedziałem z którego mam sobie wycisnąć czyraka.

Rany boskie. Skoro widzę kilka policzków, to ciekawe ile piłek zobaczę na boisku? I jak poznać tę prawidłową? No nic, do meczu pozostało z pięć godzin a organizm był młody. Dojdziemy, dojdziemy. Spokojna Wasza Okocimska. Na początek poszedłem szukać pomocy do trenera Andrzeja. Oczywiście w sprawie czyrakowej. Niech ratuje. W końcu jak tu się na parkiecie pokazać z zapuchniętym ryjem, na którym wisienką na torcie jest biały gigantyczny syf? A jak mi Ignac w niego przyłoży, to mi głowa pęknie białością. Kto to potem posprząta? Andrzej zareagował antybiotykiem. Jak go łykałem to wyobrażałem sobie, że alkohol który mam w sobie, rozprawia się z antybiotykiem na raz. Ale siłą woli uruchomiłem pokłady tolerancji organicznej i wmówiłem sobie, że tabletka działa. Bo działała. Z tym piciem i antybiotykami to jest ściema.

Same zawody też odpowiednio pobudziły organizm. Resztki testosteronu poruszyły ukatowane dzień wcześniej ciało. Nie wszyscy jednak mogli stanąć do walki. Młody utalentowany bardzo zawodnik z Brzeska, który dzień wcześniej niestety nie powiedział sobie w odpowiednim momencie pas, teraz zamiast na parkiecie przybijać solidnymi atakami powołanie do kadry narodowej, siedział na trybunach sponiewierany, nawalony jak messerschmitt i patrzył w pustkę swojego boiskowego miejsca. Patrzył i pewnie dostrzegał, że przegrał tym jednym kieliszkiem za dużo wszystko. Trener Gawęda był wściekły. Wypadło mu ważne ogniwo, a tu mecz niezwykle istotny się rozgrywał, głównie w kwestiach ambicjonalnych. Po w miarę wyrównanych zawodach, pojechaliśmy kolegów z miasteczka piwa. Wygraliśmy mecz na zakończenie naszych juniorskich przygód. Piwosze udawali, że im nie zależało na wyniku, ale ja tam wiem swoje. W końcu ktoś coś tam nie raz mówił o tym, że ważne jest jak się kończy. Prawda?

Mecz  meczem, a wrzód rósł sobie radośnie na policzku. Po kacu zostało mdłe wspomnienie, a my byliśmy siódmą drużyną w Polsce. Bez talentów, bez gwiazd, bez warunków jakichś szczególnych. Po prostu ciężka praca się opłaciła. I było to wtedy bardzo, bardzo miłe uczucie. Lata treningów dały poczucie spełnienia i pozwalały z ciekawością spojrzeć do przodu.

Żeby jednak równowaga w transformującej rzeczywistości została zachowana, następował niezwykle dynamiczny upadek seniorskiej siatkówki i innych dyscyplin w naszym Hutniku. Podmiana systemu rozpierdoliła w pył dotychczasowe zasady panujące w naszym polskim i przy tym nowohuckim światku sportowym. Dodatkowo w Hucie zaczęto stawiać na futbol, bo to miała być sól ziemi naszej i ta sól potrafiła zeżreć wszystko wokoło i jeszcze było mało. Przez to kasa za sprzedanych siatkarzy nie trafiała na konto sekcji siatkówki, tylko do wymyślonego naprędce przez mądre głowy zarządzające klubem, wspólnego kotła. Wspólny kocioł to było prawdziwe perpetum debile. Zasad działania była niezwykle prosta. Wszystkie pieniądze wypracowane przez sekcje sportowe wpadały lejem szerokim do tego kotła, a potem z tego kotła zagarniało się wielką chochlą. W stronę sekcji piłki nożnej. A reszcie pozostawały ochłapy, z których to sobie można było co najwyżej wróżyć ile czasu zostanie do upadku. Zegar kolektywnej zagłady ruszył nieubłaganie.

 

S8. Klepania kolejny level.

S8. Klepania kolejny level.

 

Po Mistrzostwach Polski juniorów młodszych przyszedł czas na kolejny krok. A może był to skok?

Siatkówkę polubiłem. Na sali ciepło, na łeb nie padało, a ja na dodatek rosłem sobie i rosłem. Jakby mało tego było, to rozpocząłem treningi z juniorami tak zwanymi starszymi, czyli moimi serdecznymi kolegami, których zdecydowaną większość znałem z technikum. A przecież byli to niejednokrotni mistrzowie kraju naszego.

Ci bardziej rozwinięci siatkarsko i fizycznie zasilili już szeregi pierwszoligowego Hutnika i doznawali pierwszej inicjacji ligowej. Pozostali pykali wraz ze mną i oddawali się rozkoszy gry w III lidze. Grubba, Potas, Kobza, Łysy, Krzysiek, Teski, i młodzież czyli ja, Żuchol i Daro.

Z  Teskim stanowiliśmy parę odbijającą podczas rozgrzewek i treningów. Przygarnął mnie pod swoje skrzydła i uczył techniki. Potrafiliśmy sobie odbijać, plasować, po kilkanaście minut i piłka nam nie upadała na parkiet. Dużo mi to dało w przyszłości. Siły, skoczności czy szybkości nie posiadałem jakiejś specjalnej, i nigdy już mieć nie miałem, ale technikę wypracowałem sobie całkiem przyzwoitą. Na obijanie bloku przez lata wystarczyło. Jak to mówili seniorzy, uprawiałem „czeską siatkówkę”.

W przemiłej atmosferze pogrywaliśmy sobie w niższej lidze, oraz rozgrywkach juniorskich. Tych juniorskich to aż do półfinału stanowiliśmy podstawę, bo dalej mieli nas pociągnąć do złotego medalu nasi maestro, Jaro, Kowal i Dupcia.

W międzyczasie udzielałem się w szkolnych rozgrywkach w baskietboł i piłkę ręczną. Koszykówka to był nasz sport narodowy w szkole. Wspaniała rozrywka po siatkarskiej codzienności. Nawet zdobyliśmy vice-mistrzostwo Krakowa, czy nawet województwa małopolskiego. Leszkowi, nauczycielowi wf, udało się zebrać fajną paczkę chłopaków którzy coś tam kiedyś kozłowali, do tego dołożył koszykarsko ogarniętych siatkarzy i ekipa była na medal.

Kosze w szkole były z pięć centymetrów niżej niż nakazywał przepis, to i turnieje wsadów robiliśmy na dniach szkoły i konkursy rzutów za trzy punkty. Normalnie NBA w wersji szkolnej. Z całą oprawą i anturażem godnym naszych umiejętności. A to przecież czasy debeściarza Michaela Jordana były i kosmicznej koszykówki z USA.

Finały ligi amerykańskiej oglądało się  w TV późną nocą i robiło: ach i ech i jacie dynie, albo po prostu: oż kurwa mać, to niemożliwe. Bo sporo ich zagrań było niemożliwe do wykonania. Szybkość, skoczność, dynamit w czarnoskórych kosmitach wprowadzał w osłupienie. To co wyprawiali wtedy Jordan, Pippen, Magic Jonson i inni, było dla nas przeniesieniem w świat fantazji i jakichś niewyobrażalnych możliwości ludzkich organizmów. Do tego cała oprawa telewizyjna i show na parkiecie sprawiało, że na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dostaliśmy coś niebywałego. Zobaczyliśmy jak wygląda świat gdzieś tam bardzo daleko i nie mogliśmy w to wszystko uwierzyć. Po prostu szał pał. Co trzeba było żreć żeby tak grać? Hamburgery od Mac Donalda? Tych u nas jeszcze nie było.

Piękny to był sportowo czas. Młody organizm dawał energię do wszystkiego. A jak jeszcze miało się super sportowych kolegów i wspaniałą kadrę, jak wspomniany wyżej Andrzej Sobieraj czy maestro budowlanego sportu Leszek Januszczak, to inaczej być nie mogło.

Każda przerwa między lekcjami w budowlance to rzuty do kosza za jeden, za dwa, za trzy. Plasy, ataki, zagrywki. Leszek zawsze pozwalał na kontakt z piłkami. A słynne zwalnianie reprezentantów na zawody?

Sport miał priorytet ponad wszystkim. Nie będę udawał, że tego nie wykorzystywałem, zdarzało się wpisać sobie zwolniony ołóweczkiem w chwili zwątpienia, jak weny do nauki nie było, oj zdarzało. Ale nauka polska i ja na tym zbytnio nie cierpieliśmy. Czaiłem bazę kiedy można pozwolić sobie na więcej i na wielkim luzie łączyłem naukę ze sportową zabawą. Trochę tego lajtu zabrakło kiedy porzuciła nas w czwartej klasie pani od matematyki, bodajże o nazwisku Szymczyk. Wymagająca i surowa, ale tak prowadząca lekcje, że już w domu nie musiałem trwonić czasu na dodatkowe godziny kucia i rozkminiania piękna matematycznych zagadnień. Wystarczyło regularnie bywać na lekcjach i zadania odrabiać. Niestety, któregoś słonecznego dnia, na jedno z jej podchwytliwych pytań, jak nazywa się parabola odwrócona na bok, odpowiedziałem zgodnie z wyobrażeniem i matematyczną fantazją, na całą salę:

– Bokobola !

Klasa eksplodowała śmiechem, pani się obraziła i nas porzuciła precz. Nie wiedzieć czemu miała nas dość, skoro raczej lubiliśmy się wzajemnie. Może miała słabszą formę w tym sezonie? Możliwe. A ja naprawdę nie chciałem i mam nadzieję, że to tylko przechyliło szalę goryczy podczas niedyspozycji ogólnożyciowej a nie było gwoździem do trumny. Bo nie taki zamiar miałem.

Kolejna ,średnio miła pani od majcy, nie była tak błyskotliwa. Ja nie miałem czasu na dodatkowe nauki w domu ze względu na codzienne treningi i zrobił się matematikus klopsus. Oczywiście dla mnie. Większość kolegów poświęcała trochę więcej czasu na matmą w domu i było git. U mnie git nie było.

Zrobiłem się słabo trójkowcem i nawet musiałem prosić o pomoc profesora Leszka, bo mi ta cała ta matematyka zaczęła bruździć w życiu codziennym. W domowym ognisku zaczęło iskrzyć. Rodziciele nie byli zachwyceni. Trzeba było działać ponadstandardowo. Dzięki temu sport znowu zwyciężył.

 

 

*

 

 

Moi starsi siatkarscy guru byli na koniec swojej juniorskiej przygody faworytami w Mistrzostwach Polski Juniorów Starszych. A więc ja, jak ten rzep na psim ogonie, wraz z nimi. Byłem przecież lata świetlne od ich umiejętności i talentu, ale na finały do Warszawy pojechałem, bo miałem za rok walczyć o medale jako ich następca.

Warszawą się nawet zbytnio nie jaraliśmy, ani fajnym hotelem ani nawet potężnym lachonarium, które zjechało z całego kraju przygotowywać się do występów na Miss Polonia. Nic nas nie dekoncentrowało, bo przyjechaliśmy wygrać. Przybić wielkie pięć na poprzednich Mistrzostwach Polski zdobytych przez szkołę nr 87 i Hutnika Kraków.

Do finału było miło i przyjemnie, nawet raz powąchałem parkiet. Ale ponieważ to jeszcze nie było moje miejsce, zająłem przynależną mi miejscówkę na ławce rezerwowych, w strefie modlitewnej, gdzie Teski miał obrazek święty i modlił się co mecz o złoto. A ja jako katolik praktykujący, pomagałem mu w tym z całych sił, wierząc jednak bardziej w umiejętności siatkarskie kolegów niż w reglamentowaną boską pomoc. Bo co mógł mieć Pan Bóg do siatkówki, skoro do mojego futbolu się nie wmieszał i nie pomógł mi kilka lat wcześniej? A futbol przecież wyżej w boskiej hierarchii stać powinien. Tak sądziłem.

Pan Bóg miał jednak tego finałowego dnia inne sprawy na głowie i nie dał rady pomóc. AZS Olsztyn miał naszych koni rozpracowanych na cacuś glancuś i prosta siatkówka jaką uprawialiśmy wzięła i dostała w dupę. Koledzy nie byli zadowoleni. Ja miałem to raczej w dupie, bo na szyi dyndał piękny, wielki, srebrny medal ! Byłem Vice Mistrzem Polski Juniorów Starszych w Siatkówce!  I na początkowym etapie regionalnym maczałem w tym swe paluchy bardzo mocno.  Znowu dostałem więcej od siatkówki niż się spodziewałem.

Ponieważ pomoc na boisku nie nadeszła i mistrza nie zdobyliśmy, opatrzność postanowiła wynagrodzić mi porażkę w inny sposób. Po powrocie z Warszawy, późną nocą dotarliśmy z Kobzą na nasze osiedle Kościuszkowskie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy na jednej z ławek zobaczyliśmy pół litra czystej, nieodbitej jeszcze butelki wódki, coś do popicia i kieliszek. Znak z niebiosiech był jasny i czytelny. Do góry fujary! Oblać sukces i do spania.

Tak też uczyniliśmy. Zmęczeni ale jednak szczęsliwi.

 

 

*

 

Latem pojechałem wraz z seniorami klubu naszego wielkiego, Hutnika Kraków, na siatkarski obóz letni do Makowa Podhalańskiego.
Wielkość Hutnika zbliżała się co prawda ku końcowi, wraz z upływem starej, rutynowanej krwi na zachód, który wtedy jeszcze był bardzo w mleko i miód opływającą krainą . Golec, Martyniuk, Jurek, Szerszeń wieczny rezerwowy, powiedzieli papa, bo system wreszcie pozwolił im udać się grać za poważne pieniądze, tak zwaną twardą walutę, na zachód Europy. Hiszpania, Belgia, Francja. Tam płacono w dolarach a dolar stał mocno i można było ustawić się na po sportowy czas.

Za krew upuszczoną sekcji seniorów, dokładano zdolnych juniorów. Opach, Leniek, Kowalski, Żuchowski Waldek. Talenty niewątpliwe na poziomie juniora, teraz miały podpierać kręgosłup sekcji siatkówki, stanowiony przez Jabłońskiego Zdzisława, Ratajczaka Roberta, Marka Topora oraz Grześka Bogusza.

Obóz był cudny. Pogoda, góry, wspólne treningi, no i w moim przypadku wspólne ze starszyzną popijanie browarów. Oczywiście nic nie było za darmo, ale bycie panem nianiem córki reprezentanta Polski to chyba nie wstyd?
Rataj zabrał na obóz córkę, bo coś tam coś tam, więc musiał i już. Mała, czteroletnia, a może pięcioletnia dziewczynka, spędzała swoje wakacje z tatą siatkarzem i jego kolegami. Stare dziady polubiły mnie bardzo, a wpływ na to miała moja wrodzona bezpośredniość, gadulstwo oraz … dobre umiejętności piłkarskie. A także wspomniana funkcja opiekuna córki Bobiego. Nianiek był więc szanowany.

Piłka nożna była grą uzupełniającą wśród siatkarzy. Nie koszykówka czy piłka ręczna. Nożna. Kto umiał kopnąć prosto, przyjąć czy też celnie podać, zyskiwał szacunek starszyzny. Dodam tylko dla uzupełnienia, że Bobi, przed poświęceniem się siatkówce, grał w trzeciej lidze piłkarskiej, gdzieś na północy kraju polskiego i jako forstoper strzelał bramki w ilościach hurtowych. A ponieważ był też siatkarsko uzdolniony niesamowicie, stwierdził pewnego dnia, że lepiej być wielkim siatkarzem niż jednym z wielu piłkarzem. I jak postanowił tak zrobił. Wylądował w Hutniku, w złotej drużynie i robił co chciał na parkiecie.

Golec, Martyniuk, Jurek, Jabłoński, Topór, Szerszeń. Mając mistrzowski zespół, nowohuccy siatkarze lali w kraju i za granicą wszystkich. Ale pewnego razu zamiast wygrać Ligę Mistrzów w piłce plasowanej, chłopaki postanowili się nie wygłupiać i po okrutnym zbiciu Panini Modena na hali w Nowej Hucie, we Włoszek zrobili coś niebywałego, niewiarygodnego i przegrali mecz nie do przegrania.
Kto interesuje się siatkówką pamięta zapewne, jak wielka potęga klubowa z Włoch została rozbita w pył w naszej hali na Suchych Stawach? W rewanżu wystarczyło udziabać kilkanaście punktów i byłoby po sprawie.

Co, jak, dlaczego? Kto wie to i tak nic nie powie. Do dzisiaj słyszy się wiele teorii na temat tego spotkania. Ja wiem jedno: piłki były zachodnie, światło nie takie jak trzeba a i kucharz włoski dosypał pewnie to, co miał dosypać do zupy i poszło wszystko w pizdu.
Może być? To niech tak będzie. Inaczej nie wypada.

 

Nasz hotel obozowy był przy boisku ligowym Halniaka Maków Podhalański. Po przyjeździe i rozlokowaniu się, staruchy zarządziły na rozruszanie kości mecz na ligówie. Starzy na młodych. Czyli seniorzy na nas juniorów. Załatwiliśmy siatki i mogliśmy się poczuć prawie jak Zbyszek Boniek na Estadio Masaja czy jakimś innym stadionie świata.
Po 15 minutach musieliśmy jednak dokonać szybkiej korekty w składach. Potas, po kolejnym złym przyjęciu, tak wkurwił Jabcoka, że ten zaczął go gonić po całym obiekcie w celu spuszczenia mu klasycznego wpierdolu. Zażegnałem dramat wiszący w powietrzu i zaproponowałem, dla świętego spokoju, wymianę. Mnie za Potasa. Starzy spojrzeli na siebie wymownie.
– Tego jak będzie chujowy na pewno złapiemy – stwierdzili, patrząc na moje chude witki i się im wydawało, że tak się stanie.

Nie wyczuli jeszcze, że futbol wyssałem z mlekiem matki i po pagonach nie dam sobie skakać.
Dlatego też gonić mnie nie musieli. Oczywiście nie pochwalili, bo im nie wypadało gnoja chwalić, ale to mnie zdarzyło się parę razy kurwami rzucić w ich kierunku, pomstując na ich braki techniczne i taktyczne.
Ale co tam. Wygrali, pozamiatali i poszli na piwo.

 

 

Po tygodniu takiej zabawy byłem już goły i wesoły. To co mama i tata dali na dożywianie poszło na płyny regeneracyjne. Szczęśliwie, w zamian za wzorowe niańczenie dziecka, drugi tydzień mogłem przeżyć na kratach z browarami seniorów. Drzwi stały przede mną otworem. Mogłem uzupełniać płyny do woli, o dowolnej porze oraz na ich konto.

Chyba się polubiliśmy bo ostatniej nocy dostałem zadanie wymagające niezwykłej odwagi i świadczące o niebywałym zaufaniu jakim mnie obdarzono.

– Młody chodź tu! Migiem! – zaprosili mnie do pokoju prawie po koleżeńsku.

– Cześć, co potrzeba?

– Wiesz gdzie jest rynek?

–  No jasne że wiem – nie kłamałem bez potrzeby.

– To masz tu kasę i uważaj. Na rynku jest taki dom, porośnięty chaszczami, drewniany dom. Po lewej stronie u góry. Kojarzysz?

– Nie, ale znajdę. – czułem w łydkach przygodę a i godzina była tajemnicza ,bo grubo po 22 drugiej, więc czułem ją mocniej niż zwykle.

– To zapierdalaj na jednej nodze. Tam jest meta, kup dwie flaszki. Piwo w nagrodę czeka! – w żołnierskich słowach sprecyzowali moje zadanie i przedstawili nagrodę godną moich działań.

– No to biegnę! Minuta osiem i jestem z powrotem!– wypaliłem w progu i poleciałem przed siebie.

Pierwszy raz w życiu na melinę pobiegłem, po wódkę dla swoich bohaterów!

Szkoła życia rozpoczęła się na całego.

Potem jeszcze kilka razy trenowałem z seniorami, taka forma nagrody za zaangażowanie i marchewka na przyszłość. Podczas jednego z treningów, jeden ze starszych kolegów zabrał mnie na bok i pokazał syrop na kaszel. I zdradził mi wielka tajemnicę. Wielką, wielką.

– Jak wypijesz to godzinę przed meczem to na pewno nie będziesz kaszlał! – uśmiechnął się tajemniczo.

Gul, gul, gul. Ciekawy to był przekaz. Jak pokaże przyszłość, nie gadał dziad do obrazu bo i obraz nie lubił grać z kaszlem. Bo i po co, skoro można nie kaszleć.

Nazwę syropu tussipec, za kilka lat przypomnę sobie wiedziony ciekawością do nowego. I oczywiście przetestuję! Bo co jest prawdą a co nie, tylko ten co łyka wie.

S7. Do dwóch razy sztuka

S7. Do dwóch razy sztuka

 

Wakacje po zakończeniu szkoły podstawowej były bardzo udane. Zdane egzaminy do szkoły średniej zakończyły okres niepokoju wewnętrznego i można było odetchnąć.

Z kolegami z osiedla pojechałem na obóz pod Kraków. Spanie w namiotach wojskowych, sklep z browarami obok, a ja jako starszyzna miałem prawo do niewielkiej, codziennej, zdrowotnej konsumpcji, z zastrzeżeniem przez wychowawców, żeby tylko nie wpaść w oko kierownikowi obozu, który nie tolerował mojej pasji. Tolerowali za to pozostali wychowawcy i zostałem zaopatrzeniowcem.

Zamiast chodzić na głupawe wycieczki, czaiłem się na dostawę jasnego pełnego i zaopatrywałem wychowawców, kolegów starszych i przede wszystkim siebie. Kupowałem pełen plecak, z 50 butelek. Ciężar był tak wielki, że aż mi się stelaż w plecaku pokrzywił. Robota w hurcie wymagała poświęceń.

Niestety, pod koniec obozu doznałem też poważnej kontuzji. Grając w piłkę po paru piwkach, w trakcie wślizgu, złamałem rękę. I to miało być boskim potwierdzeniem teorii o tym, że siatkówka nie jest dla mnie. Jakby kózka wślizgiem nie zagrała, to by rączki nie złamała. Tak mówili.

Teoria teorią a życie życiem. Nowy rok rozpocząłem w wymarzonym Technikum Budowlanym nr 2, na pięknym, starym jak stara Huta, osiedlu Szkolnym.

Ja i złamana ręka na dzień dobry wpadliśmy wszystkim w oko. W końcu mało kto idzie do budy połamany. W klasie ławkę dzieliłem z moim rywalem z siatkarskich boisk, a w klasie przyjacielem serdecznym,  Żucholem.

Tomek naturalnie przepłynął do sekcji siatkówki juniorów Hutnika ze szkoły sportowej nr 87 i któregoś dnia przyniósł wieści, że pytają o mnie, czy nie mam ochoty potrenować w Hutniku. No super. Ja właśnie z połamaną ręką żyję a tu taka okazja się nadarza. Polazłem więc na trening zameldować kontuzję i zgłosić chęć powrotu po wyleczeniu się. Prowadzący wtedy zajęcia, trener Andrzej Sobieraj, powiedział:

– Fajnie że się pokazałeś. Wylecz się i zapraszam jak tylko będziesz zdrowy. Budujemy zespół juniorów i widzielibyśmy ciebie w Hutniku.

O rany, chcą żebym ćwiczył i grał w Hutniku. Tym Hutniku który święcił tryumfy na ligowych i europejskich parkietach. Nie do wiary. Miałem dostać szansę na zostanie siatkarzem wielkiego klubu! To było to.

Już zimą samodzielnie zacząłem ćwiczyć. Mogłem tylko biegać, wiec biegałem. Z osiedla Kościuszkowskiego na AWF. Tam po bieżni albo po parku, kilka, kilkanaście kilometrów przemierzałem co drugi dzień. W deszczu, śniegu, chlapie czy ciapie. Zasuwałem jak etiopski maratończyk. Nie mogłem się zapuścić. Nie chciałem skończyć na ławce pod blokiem jak niektórzy koledzy ze szkolnej drużyny, którzy obrażeni na cały świat mieli sport w głębokim poważaniu.

Wiosną wczesną, po paru zajęciach na SKS-ie, u Leszka Januszczaka, wielkiego przyjaciela sportowców, nauczyciela WF w technikum, czułem całym sobą i świeżo zrośniętą kończyną, że już czas spróbować siatkówki.

W technikum uczyli się mistrzowie Polski w siatkówce, rok starsi ode mnie, Opciach, Potas, Kobza, Mikołaj. Prawdziwe wzory do naśladowania. Zakolegowaliśmy się szybko i wtedy postanowiłem, że będę jak oni. Że będę mistrzem. Bo oni już mistrzami byli. I to Polski, w kategorii szkoły podstawowe w siatkówce. Droga do tego była długa i wyboista, okupiona krwią i potem. Ale było warto popróbować.

Bo zabawy było co nie miara! Pierwsze treningi po moim powrocie były fajne, niemalże od podstaw uczyliśmy się techniki, pracowaliśmy nad siłą i dynamiką. Odstawałem wyraźnie, ale praca za dwóch, z treningu na trening forsowała mnie do czołówki juniorów młodszych w Krakowie. Samodzielnie też pracowałem nad sobą w każdej wolnej chwili. Ponieważ byłem strasznie chudy postanowiłem popracować nad masą. Pracę rozpocząłem od zakupienie jakiegoś suplementu białkowego. Pierwszy napój przygotowałem sobie będąc na wsi u dziadków, gdzie każdą wolną chwile wykorzystywałem na ćwiczenia. Żeby moc napoju była większa użyłem do tego mleka od krowy, świeżo upuszczonego z wymion. Smak pamiętam do dzisiaj, bo do dzisiaj niewiele rzeczy było równie paskudnych. Ale piłem to twardo. A mięśnie nie rosły. Za to od czasu do czasu mnie przeczyściło zdrowo dołem i wagę chuderlaka utrzymywałem bez problemowo. Po spożyciu eliksiru, zmulony jak skacowany alkoholik biegałem pagórkami do sadu, gdzie skakałem i przypominałem sobie siatkarskie pozycje. W bloku, ataku i obronie.

Niestety, po jakimś czasie wspólnej pracy, trener Andrzej zachorował i na prawie rok musiał zawiesić trenerkę. Za niego obowiązki trenera przejął czynny siatkarz Hutnika, ligowy wyjadacz, wieczny rezerwowy, Jacek Szerszeń. Chłopcy przyzwyczajeni do metod Andrzeja, raczej średnio przyjęli nowego trenera. Ja za to nie miałem z tym problemów i zostałem przypadkowo pupilem Jacentego.

W ramach rewanżu za moją postawę, Jacek snuł mi przed oczyma wizję wspaniałej kariery siatkarskiej, a w najgorszym wypadku co najmniej gry w drugiej lidze we Francji czy gdzieś tam na zachodzie i za dolary. No i był to kolejny bodziec do pracy. Tyle tylko, że warsztat nowego szkoleniowca nie był za dobry i nastąpiła stagnacja i lekka degrengolada. W przypadku moim wiązało się to z kolejnymi eksperymentami alkoholowymi na żywym, młodym organizmie.

Na szczęście, po okresie karencji chorobowej Andrzej powrócił. Powróciły też chęci i ochota. Z każdym atakiem było lepiej, co przyjęcie celniej a i z zagrywki się często udawało trafić tam gdzie się chciało.

No i zaczęła się ligowa, juniorska rywalizacja.

Naszym największym rywalem był Okocimski Brzesko, osiągający w naszym rejonie sukcesy w rozgrywkach juniorskich, mający w szeregach swoich talent prawdziwy, mojego przeciwnika największego na ten czas, Pawła. Jebnięcie koleś miał jak stary chłop, technikę i zmysł do ogarnięcia dyscypliny o magicznej nazwie voleyball, ponadprzeciętną.

Po roku ponad ludzkiej pracy, wyforsowałem się w czołówce graczy naszej kapeli. Nie opuściłem żadnego treningu i dostałem nagrodę. Otwieracz z herbem Hutnika. O zgrozo, początkujący smakosz alkoholu z predyspozycjami do nadużycia i taka nagroda. Już wtedy czułem, że alkohol i siatkówka chodzą ze sobą parami. Przynajmniej do czasu.

Rozgrywki tego roku, chyba 90 tego, szły planowo i wszystko miało się rozegrać w meczu Hutnik Kraków -Okocimski Brzesko. Polegliśmy jednak i na mundial, czyli Ogólnopolską Spartakiadę Młodzieży jechało Brzesko. Byłem za słaby żeby walczyć z Igłą i jego ekipą. Nie ta liga, nie ta siła, nie ten poziom. Oczywiście siatkówka to sport zespołowy, chyba najbardziej ze wszystkich uprawianych przeze mnie sportów, ale bez przysłowiowego konia ciężko coś poważnego ugrać.

Ale, ale. Przepisy pozwalały na dobranie trzech zawodników z makroregionu do drużyny która grała z danego regionu w finałach. Jednym z nich, obok Przemka, późniejszego reprezentanta Polski oraz kolegi z Tarnowa, Pawła, byłem ja! Ale jajca. Nie do wiary! Po tak krótkim okresie trenowania wybrano mnie jako wzmocnienie obcej drużyny. Miałem reprezentować Małopolskę w barwach Okocimskiego Brzesko. Miałem jechać na finały Mistrzostw Polski!

Turniej finałowy odbył się w Szczecinku. Ładne było to miasteczko, nie powiem, ale takie jakieś smutne i pełne okupanta sowieckiego. Puste ulice, mało ludzi w ślicznej miejscowości przytłaczało z lekka. A przygnębiały dzielnice w których plątali się mundurowi. I do tego ich mundury były radzieckie. Okupant przypominał nam, że jest i czuwa. Strasznie to wkurwiało i dołowało.

Ale przyjechaliśmy grać a nie dumać nad losem szczecinkowian. Grać i wygrać. Tak twierdził Paweł, bo jakieś rozeznanie miał, będąc członkiem szerokiej kadry repry juniorskiej. Dla mnie był to wypad na inna planetę. I niestety wyszło to w decydującym meczu, którego stawką był pół czy ćwierć finał. Tak to w siatkówce bywa, że pojedyncze akcje mimo mnogości innych pojedynczych akcji, stanowią o być albo nie być.

Moja akcja turnieju była fajną kombinacją zwaną podwójną krótką, w której ja wyszedłem zza pleców naszego środkowego ataku i bez bloku trzepnąłem metr w aut. Podobno ta akcja pogrzebała jedyną w życiu szansę Okocimskiego na medal w rozgrywkach ogólnopolskich. Tak sądził i pewnie do dzisiaj sądzi Paweł. Dla niego był to mecz prestiżowy bardzo bo naprzeciw stał kolos utalentowany, niejaki Karol Hachuła, młody siatko i alko wschodzący holik. Niesamowity talent, jak mówił Jerzy Hubert Wagner, na miarę mistrza olimpijskiego Tomasza Wójtowicza. Potężne chłopisko z siłą przekraczającą podręcznikowe możliwości chłopców w tym wieku i wzroście przy tym ponad dwu metrowym. I to on, przez tę jedną, jedyną, nieudaną kompletnie moją cudowną nie do końca akcję, został winnerem. Potem zdobył ze Stilonem medal, nie pamiętam jaki, ale zdobył. A na mnie Pawełek psy wieszał jeszcze kilka lat za fatalne zagranie. W pełni słusznie.

Emocje jakie wyzwalały się przy okazji mistrzostw kazały mi traktować mecz siatkarski jak wojnę a nie dziecięcą rozrywkę. W końcu brak walki ciało w ciało, nie oznacza, że nie można komuś dojebać po całości w imię zasad, punktów czy wkrótce premii finansowej.

Na mistrzostwach zajęliśmy chyba siódme czy piąte miejsce. Nie miało to znaczenia bo zostaliśmy bez medalu. Wymarzonego przez Okocimian krążka metalu jakiejkolwiek barwy. Do dzisiaj jest mi przykro jak diabli.

Z anegdot tego wyjazdu zapamiętałem nasze wyjście do kina. Jako sportowcy mieliśmy wjazd do placówek kulturalnych za free. Wolego czasu było sporo i trzeba było go jakoś rozsądnie zagospodarować. Na lokale rozrywkowe byliśmy za młodzi, a poza tym mieliśmy ochotę pograć o medal, więc nawet o złym prowadzeniu nie pomyśleliśmy. Poza tym czy w Szczecinku, mieście dziwnie wymarłym, jakieś lokale istniały? Nie wiem ale za to poszliśmy przez wymarłe miasto do kina. Ponieważ było nas sześciu, a film puszczano dla ośmiu minimum osób, mieliśmy obejść się smakiem. Lokalsi jednak stanęli na wysokości zadania.

– Trochę was mało, chłopcy. – kierownik miejscowego kina drapał się po głowie – Ale coś poradzimy. Chodźcie za mną.

No to poszliśmy korytarzem wzdłuż sali kinowej pod drzwi znacznej wielkości. Za nimi kryła się sala na kilkanaście osób a głównym jej punktem był telewizor i magnetowid.

Magnetowid na kasety VHS, dzisiaj dinozaur odtwarzania obrazu, wtedy pozwalał na oglądanie tego na co miało się ochotę i kiedy się ją miało. Znaczy ochotę na oglądanie. Jeśli posiadało się coś takiego w domu to miało się kino w dużym pokoju. Jakość za zwyczaj była taka sobie, ale co tam mogliśmy wtedy wiedzieć o dobrej jakości? Oczywiście była to u nas nowinka technologiczna lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i oczywiście był to towar drogi i trudno dostępny w naszym kraju.

Jeden z pierwszych magnetowidów w Krakowie znalazł się w domu Grześka Żaby, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. To było coś niesamowitego. W TV były wszystkiego ze trzy programy, gówniane za zwyczaj filmy, w kinach co prawda było już trochę lepiej, ale to posiadanie odtwarzacza video przenosiło w inny wymiar. Cała masa filmów którymi podniecano się na zachodzie a szczególnie w USA, stawała się dostępna dla lepiej ustawionego życiowo zjadacza chleba w Polsce.  Za zgodą ojca Grzesiek zapraszał nas kolegów z parkietu i osiedla do siebie, i tam przechodziliśmy inicjację magnetowidową i przenosiliśmy się w inny wymiar.

Wszystko miało swój porządek i odpowiednie, zwłaszcza za pierwszym razem wprowadzenie.

– Słuchaj, zaraz puszczę ci Rambo. Akcja jest tak dynamiczna, że lepiej idź teraz do kibla bo potem nie będzie czasu – Żaba przestrzegał i pouczał.

Ładnych kilka lat potem okazało się, że w magnetowidzie jest przycisk o nazwie pauza i można sobie film zatrzymać. Ale wtedy nie wypadało. Kto to widział żeby szczać w trakcie Rambo?!

Wysikany na siłę, a może tylko po grzecznościowej wizycie w kiblu na sucho,  siedziałem przed TV z niepokojem i w wielkim napięciu. Na wstępie poszło kilka reklam prosto z jUeSejA. No magia wtedy. Magia jak diabli. I po tym wszystkim film o NIM, o Johnie Rambo. Coś cudownego. Akcja szybka, wciągająca fabuła i on. Rambo John bohater jak się patrzy. Krew, pot, łzy. Medycyna konwencjonalna, ba, sala operacyjna ukryta w małym scyzoryku, ponadprzeciętne zdolności fizyczne i uroda taka jakaś niespotykana. To był mój pierwszy film z vhs-u obejrzany w życiu. Podjarałem się strasznie na to video, ale ponieważ był to towar luksusowy, jeszcze przez kilka lat nasze gospodarstwo domowe musiało uzbroić się w cierpliwość.

Oczywiście jak to ja, popełniłem wtedy straszne fo pa, przy kolejnej odtwarzanej produkcji, tydzień później, dokładnie przy „Commando”, bo po czterdziestu minutach przypomniałem sobie, że się umówiłem z tatą, że będę punktualnie na obiad, żeby ziemniaki nie wystygły, a moje spóźnienie pokazywało minus sześćdziesiąt minut i strach przed ojcowskim gniewem jednak oderwał mnie od walczącego Commanda i z płaczem niemal biegłem do domu, nie wiedząc czemu ronię łzy. Czy ze strachu czy z tęsknoty. Grzesiek był wielce wyrozumiały i już na dzień następny dokończyliśmy przygody dzielnego komandosa i na dokładkę jeszcze coś tam poszło. Tydzień nie spałem z wrażenia.

 

Jak widać z powyższej anegdoty magnetowid w Szczecinku na sali nie kinowej już nie miał prawa mnie powalić, ale chęć dogodzenia spragnionych relaksu młodym sportowcom jak najbardziej. Gościnność godna Mistrzostw Polski Juniorów Młodszych w Siatkówce.

Po chwili konsultacji z kierownikiem kina, z ekranu popłynął film o młodocianych gangsterach z Nowego Jorku. Robili co mogli ale Rambowi to mogli co najwyżej buty czyścić.

M8. Koncertowy-moll

M8. Koncertowy-moll

 

Kult wydał kolejny album, a ja natychmiast wydałem kasę na kasetę. Po miesiącu dokupiłem płytę czarną. Za jakiś czas – srebrną. Wszystko pod tytułem „Your Eyes”.

Z kasetą było o tyle fajniej, że – uzbrojony w walkmana – jeszcze w sklepie mogłem załadować to, co miało być grane, do tego, co miało grać znaczy odtwarzać. Potem, otumaniony dźwiękami, bezwiednie wskoczyłem do tramwaju nr 20 i jeździłem sobie po Nowej Hucie. Kaseta była nagrana przedziwnie. Tak, że strona B nie dość, że była nagrana mono, to jeszcze na tejże stronie B przebijała się, kurwa, swoimi dźwiękami strona A.

Nic to, bowiem zawartość rozpierdalała muzyką i tekstami. „6 lat później”, „Tata w gestapo”, „Chodź z nami” – Kazik był w mistrzowskiej formie. Nawet automat perkusyjny i fatalna jakość nośnika nie były w stanie odebrać mi radości jaką sprawiła mi ta kaseta. Ale o tym, że perkusja idzie z automatu, przeczytałem czy usłyszałem parę lat później. Tak tylko mówię, żeby nie wyszło, że już wtedy sam z siebie to słyszałem.

 

„Ja wiem, że nastąpi to niedługo
Wytrzymałość tak wystawiona na próbę
Ona pęknie w świetle starej latarni
Stoją ludzie, ludzie – głodni, a koszmarni
A z oddali w dole głosy już słychać
Mój Boże, przed tym nie ma ukrycia
I nie ma przeciw temu żadnej ludzkiej mądrości
A ja ciągle czuję, że ktoś mnie okłamuje

Chodź z nami, nie zwracaj uwagi
Na szalone wyścigi
Chodź z nami i nie zwracaj uwagi
Na szalone wyścigi”*

*(Kult, fragment utworu „Chodź z nami”)

 

No chodzę, chodzę. Do dzisiaj.

Wcześniej  była jeszcze „Kaseta” – styl odmienny lekko, ale mnie to nie przeszkadzało. Na charakter tego albumu spory wpływ miał Rafał Kwaśniewski, nadał jej zdecydowanie gitarowego sznytu. Do dzisiaj „Kaseta” jest jedną z najbardziej lubianych przeze mnie płyt Kultu. Perełek kilka ma – no bo czy na przykład „Czekając na królestwo j.h.w.h.” to nie jest prawdziwa perełka w swojej prostocie?

 

„I ja mówię ci, że ci, co władzę mają,
Robią syf i w tym syfie się tarzają.
I mówię ci, że ten, kto ma władzę,
Niech zawsze, zawsze budzi w tobie odrazę.
I ja mówię ci, że ci, co władzę mają,
Robią syf i w tym syfie się tarzają.
I mówię ci, że ten, kto ma władzę,
Niech zawsze, zawsze budzi w tobie odrazę.
Niezależnie, kto to będzie.
I niezależnie, skąd on będzie.

To po pierwsze..
I najważniejsze.
A to po drugie..
I ja tego nie lubię.”*

*(Kult, fragment utworu ”Czekając na królestwo j .h.w.h”)

 

A ukochana przeze mnie, na zawsze, „Wolność” czy „Oni chcą Ciebie”

„Nie rozumiem tego, co w pobliżu
Czemu jedni wyżej, drudzy niżej
Nauczony tego, że kto mnie przegoni
Tego ja już nigdy nie dogonię

Tu na targowisku, widzę, wrzeszczą głupcy
Tu kupują i sprzedają tylko oznaczeni
W południowym słońcu pieniądz się mieni
Uważaj na siebie, to nie są głupcy

Oni chcą ciebie!
Oni chcą ciebie!
Oni chcą ciebie!
Oni chcą ciebie!

Nie rozumiem tego, co ty mówisz, że widzisz
Czemu jedni głodni, drudzy syci
Ta żądza nie ma zrozumienia
Kłamliwy język zadaje cierpienia”*

*(Kult, fragment utworu „Oni chcą Ciebie”)

 

Kazik nagrywał wtedy płyty z Kultem jak szalony. Dobrze jeszcze nie ochłonąłem po „Kasecie”, a już na adapterze kręciło się „45-89”.

 

Towarzysze, obywatele, ludu pracujący stolicy

 

I znowu teledysk w Teleexpressie – ale tym razem, zamiast zamurowania, zdziwienie. Co to, kurde, jest? Utwór tytułowy mnie rozczarował z lekka – jakby sobie Kult pogrywał i granice mojej miłości testował., chociaż dało się w tym wyczuć coś nowego i dotąd niespotkanego. Jeszcze do tego przekaz lengłydżem – a więc z mojego punktu widzenia zaszyfrowany, a ja się identyfikowałem wtedy w pełni, kiedy tekst rozumiałem od razu. Byli za to „Studenci”, była „Totalna militaryzacja”, nie było dramatu, było nieźle.

Zresztą Kult to nie koniec horyzontu wtedy. Był Dezerter, były „Ustrzyki” KSU, moskiewska „Moskwa” i armijna „Legenda” (po tej ostatniej nic nie będzie takie jak wcześniej), jest Brygada Kryzys i wiele, wiele innych.

Wszystko zostawia ślad. Mniejszy, większy, ale zostawia. Jeszcze wtedy nie wiem, że napakowany nieco za mocno przekazem punkowym trochę w życiu pogubię priorytety, niestety – ale okaże się też później, że dzięki muzyce i co bardziej inspirującym tekstom wrócę na właściwe tory.

 

 

 

***

 

 

W Hutniku byłem nie tylko zawodnikiem I-ligowej sekcji piłki siatkowej. Odpowiadałem też za przygotowanie piosenek na rozgrzewkę przed naszymi meczami. Byliśmy młodzieńcami 18-19-letnimi, którzy podnosili sobie poziom przedmeczowego testosteronu ukochaną muzyką. „Pasażer”, „Piosenka młodych wioślarzy”, „Mój wydawca” – dupy z szatni nie ruszyłem, jak nie wysłuchałem tych kawałków do końca.

Tylko to było w stanie naładować mnie do walki, więc kiedy wyczerpywały się baterie albo walkman wciągał kasetę, przeciwnicy mogli oddychać z ulgą, bo dla mnie było pozamiatane i po przedmeczowej mobilizacji. Na szczęście technika szła do przodu i w pewnym momencie walkmana zastąpił discman. Było sprawniej, dźwiękowo czyściej, chciało się grać.

Obok Kultowych kawałków, na finał rozgrzewki wybraliśmy z chłopakami Proletaryat.

 

„To my ziemi naszej sól
Z brudnych dzielnic i zapadłych dziur
To ulica naszą matką złą
Sami w sobie mamy własny dom

Ref.: Hej my nie damy nigdy się
Hej nie złapiecie nas za łeb
Hej nie zniszczycie marzeń, nie
Hej chcemy żyć jak nam się chce”*

*(Proletaryat, fragment utworu „Ziemi sól”)

 

We własnej hali do walki mobilizowała nas cała set lista moich ulubionych numerów. Koledzy chyba też to czuli. Między innymi także dzięki muzyce zrobiliśmy swoje i utrzymaliśmy się w serii B.

 

 

***

 

Koncertów nie opuszczałem. Gdzieś musiałem odreagować szkołę, sport, dom, pierwsze miłości i pozbyć się „nadmiaru” kasy, która pojawiła się w momencie przejścia na seniorski poziom sportu.

Jedną z pierwszych koncertowych miejscówek, którą odwiedzałem w miarę regularnie, był klub Pod Przewiązką. Mieszczący się w podziemiu studenckich akademików na ulicy Bydgoskiej, proponował słuchaczom między innymi koncerty punkowe, na co przystawałem z radością, dając w tańcu upust młodzieńczej energii. Kilka koncertów lubianych wtedy zespołów zaliczyłem. Może nawet z młodzieńczymi wypiekami na twarzy. Do tego było mnie wszędzie pełno. W garderobie, na próbach i przy barze. Jeśli była tylko okazja porozmawiać z artystami, zazwyczaj mnie nie mogło zabraknąć.

Któregoś dnia z koncertem do Krakowa przyjechali Kolaboranci. Miałem ich w swojej kasetotece, pasowali mi muzycznie i tekstowo, więc z radością ruszyłem posłuchać ich na żywo. Już po drodze czułem, nucąc pod nosem ich piosenki, że będzie niebanalnie.

 

 

„Polska – ojczyzną wszystkich Polaków”
To hasło zwala Cię z nóg
Niepokój jakiś w Tobie się budzi
Czyżby we Francji mieszkali Francuzi?
„Kolarze niosą flagę pokoju”
Od dawna wiesz o tym dobrze
Bo jak taką flagę wieźć do cholery
Gdy wciąż nawalają rowery

Transparenty

Czytasz plakacik w kolejce po flaszkę:
„Alkohol zabija powoli”
I morda jakoś sama Ci się cieszy
Bo Tobie się przecież nie spieszy

(Kolaboranci, „Transparenty)

 

Na miejscu okazało się, że zmienił się w zespole skład: przyszedł nowy basista, bo poprzedni przeszedł do Hey. Wokalista Przemek zapowiedział, że zagrają tylko godzinę z małym okładem bo tyle materiału się nauczyli do dnia występu w Krakowie.

Nie tracąc czasu, ostre pogo ruszyło już od pierwszego dźwięku, a ja w nim chciałem odgrywać wiodącą rolę. Ale jeszcze nie zdążyłem się dobrze „roztańczyć”, rozgrzać mięśni, rozpoznać terenu,  kiedy nagle poczułem ostre JEB! – w napięty mięsień czworogłowy otrzymałem potężną pytę z glana. „No to se, kurwa, potańcowałem” – pomyślałem przez łzy. Ból był cholerny, ledwo stałem, do domu było daleko, a perspektywa powrotu taksówką ze względów finansowych jawiła się jako science-fiction. Ale kto by się takimi szczegółami przejmował w trakcie zabawy? Kulejąc, z zaciśniętymi z bólu zębami darłem się w niebogłosy: Transparenty!

Sztuka, zgodnie zresztą z zapowiedziami, skończyła się szybko. Dużo za szybko. Resztkami strun głosowych krzyczeliśmy o bis – ale zespół nie wychodził. Kontuzjowany, ale z morale wzmocnionym browarami, pokulałem za scenę poprosić Przemka o spełnienie słusznych żądań publiczności.

– Panowie, zagrajcie jeszcze!

– Wiesz, głupio wyszło, ale Chrzanowski poszedł do Heya i więcej nie potrafimy dzisiaj zagrać. Tylko tyle przećwiczyliśmy. Głupio mi – wokalista był lekko podłamany.

– Stary, kurwa, w czym problem? Zagrajcie jeszcze raz to, co umiecie – i będzie git! Chociaż ze dwa kawałki.

– Serio? – Przemka zamurowało.

– Serio – konsekwentnie naciskałem.

– Pogadam z chłopakami. Jak tylko się zgodzą… – nie dokończył i zniknął w głębi zaplecza.

Udało się. Przemek ogarnął muzyków, ja ogarnąłem publikę. Kolejna godzina z okładem była nasza. Ciało wyło z bólu, bo noga napierdalała strasznie. Dusza wyła – z radości. Punk and roll!

 

Pod Przewiązką, pamiętam jeszcze dosyć wyraźnie, oczywiście koncert Kultu, być może to był mój pierwszy koncert zespołu Kult na żywo, oraz jakiś czas później De Pressu.

Kult wypełnił klub szczelnie. Ludzie stali nawet na korytarzu, żeby nawet stamtąd posłuchać młodych warszawiaków. Wydaje mi się, że ten koncert był nagrywany dla Telewizji Kraków, a jego fragmenty mam jeszcze w zakamarkach swojej świadomości. Pamiętam Kazika ubranego w jeansową katanę, ledwo widocznego na niskiej scenie. I duży ścisk, który nie pozwalał tańczyć pogo, a jedyną formą ruchu były energiczne i rytmiczne ruchy głową. Po koncercie próbowałem przebić się do zespołu, żeby poznać swoich nowych ulubieńców, ale jakimś dziwnym trafem, nie udało mi się tego dokonać.

 

Za to szybko, sprawnie i mocno przypadkowo, poznałem Andrzeja Dziubka. Na koncercie Pod Przewiązką. Ale zanim to nastąpiło,  z nie lada ignorancją podszedłem do twórczości De Press. Z jednej strony zachwyciłem się punkowym podejściem Dziubka do góralszczyzny, wyrażając natychmiastową chęć zapoznania się z twórczością kapeli, a z drugiej wszystkie początkowe znaki na niebie i ziemi, dotyczące De Pressu odczytywałem w sposób wręcz niewiarygodny.

Dzięki temu opuściłem, pod nosem mając, prawie pod oknem, ich koncert, który odbył się w kinie Światowid. Tym większy żal targał moją pół góralską duszą, im pełniej działał wyobraźnia na opowieści kolegi Śmiesznego z tego koncertu, jak to na początku koncertu, w oparach dymu Dziubek wylazł do publiczności prosto z trumny! I że było „Bo jo cie Kochom”, a reszta której nie znali wcześniej była równie fajowska jak obsłuchany wcześniej przebój. Do dzisiaj nie mogę tego przeżałować.

Dlaczego nie zauważyłem ich koncertu? Czemu nie miałem płyty w swoim zbiorze? A to temu, że źle odczytałem tytuł pierwszej płyty De Press. Nie skojarzyłem plakatu na mieście. A były one zatytułowane tak: 3 POTOCKI. Mijałem płytę w sklepach nie raz i nie dwa, widziałem plakat z trasy, ale wszystko kojarzyło mi się, nie pytajcie dlaczego, z jakimś hrabią Potockim, a nie z „cema potockami”, co to se z samiuśieńkiej góry płynom. A jak hrabia, to i pewnie jakieś bździny ponagrywane być musiały. Tak myślałem. Nie wiarygodne, prawda?

Kiedy już wszystko połapałem prawidłowo, De Press polubiłem, dokonałem zakupów kasetowych, wyruszyłem na odsłuch live.

Pierwsze zderzenie z góralskim punk rockiem miałem w Mieście Krakoff. Po koncercie supportu usiadłem na scenie, żeby złapać oddech po tańcu, do nie pamiętam czyjej muzyki i uzupełnić płyny w oczekiwaniu na Dziubkowy bend. Kiedy koncert gwiazdy się rozpoczął, postanowiłem nie ruszać się z przed sceny, tym bardzie, że miałem miejsce przed samym wokalistą. Nie znając zasad jakie obowiązują na koncercie De Press czujności mojej nie wzmogły nawet pustki przed sceną. I kiedy tak sobie siedziałem tyłem do wokalisty, obserwując z zażenowaniem publiczność która stała kilka metrów od sceny, niespodziewanie nastąpił Armagedon. Dziubek nie potrafił rozpoczynać koncertów nijak. Poczułem to na plecach i we włosach, kiedy artysta zaczął grać pilarką kątową na beczce, wywalając snopy iskier prosto na mnie. Wiałem w podskokach.

Pod Przewiązką umówiłem się z  Michałem, góralem z Naprawy. Kapela Dziubka miała grać jako trzecia, miała być gwiazdą. Czas mijał pierwszym zespołom  na scenie szybko, a Michała jak nie było tak nie było. W połowie drugiego zespołu koncertowego, na korytarzu wpadłem przypadkiem w jakiegoś starego, brodatego dziada. Dziad do tego był w ciemnych okularach i chyba nie widział za dobrze, bo wylazł mi pod nogi i nastąpiło zderzenie. Już miałem wypuścić wiązankę słów używanych za niecenzuralne, kiedy stary człowiek podniósł lewą rękę i góralską gwarą zaczął mnie przepraszać. Po niepełnym upalczeniu poznałem  bohatera wieczoru. Sam Andrzej Dziubek stanął mi na drodze. Nie skończyło się na szybkich uprzejmościach. Tak miło nam się gaworzyło na góralskie tematy, że spotkanie oparliśmy o bar, przeciągając rozpoczęcie sztuki zespołu De Press do granic możliwości. Czekaliśmy na Michała. Górala z Naprawy.

 

 

***

 

Kluby powstawały, znikały, zmieniały nazwy. Odradzały się i padały na ryj. Były koncerty, które zapamiętałem bardzo dobrze, mimo iż nie kojarzę, gdzie były grane.

Czas był taki, że komórek i netu nie było (a z kolei pod telefonem stacjonarnym notorycznie nie było mnie) – więc kto miał sprawę i chciał mnie znaleźć, szedł na Kult, bo wiedział, że na koncercie mnie złapie. Bo jak Kult był w mieście, to i Gomółka musiał tam być.

Ten koncert biegł niezwykle energetycznie. Browar napływał i wpływał – koledzy wstawieni byli mocno, ja nie gorzej. Jakaś telewizja, z fajną redaktorką na szpicy, kręciła materiał o wydarzeniu. I nagle, nie wiedzieć dlaczego, poniosło mnie strasznie. Kiedy na bis poszło „Przemówienie z dnia siódmego”, oszalałem jak nigdy dotąd. 85 kilogramów obutego w glany, wyrośniętego i najebanego młodego człowieka ruszyło w pląsy. Operator z kamerą wylądował na ścianie, redaktorka zatrzymała się na barze, okoliczna ludność uciekła, ja tańczyłem sam i wyłem:

„Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież telewizję
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież Interwizję, Eurowizję
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież tyle pieniędzy
Wolność. Po co wam wolność?
I będziecie ich mieć coraz więcej

Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego
Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego

Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny!!! ….”

(Kult, fragment „Po co wolność”)

Bo na tym świecie każdy był zachłanny i pazerny. Każdy kurwa. A ja tak nie chciałem.

 

Innym razem sytuacja była bardziej dramatyczna, ale koncert, który na hali Wisły organizował Owsiak, był ważniejszy niż zdrowie. Tak, zdrowie. Weekend spędzaliśmy z rodzicami na działce, nadeszła już wiosna, ale wieczory bywały jeszcze poważnie chłodne. Ale co to był za problem dla taty? Brak ogrzewania nie był dla niego przeszkodą, jeśli w rachubę wchodził kolejny dzień na działce.

Chcąc zapewnić wszystkim komfort snu w cieple, tata nabrał do wiaderka niedopalone drwa z ogniska, wsadził je do wiadra a wiadro umieścił w kuchni. My spaliśmy nad kuchnią, w pokojach. Spało nam się wspaniale. Tak wspaniale, że gdyby nie Boska opieka, byłby to sen wiekuisty.

 

Przebudziliśmy się z wielkim trudem, koło południa – był to, jak się potem okazało, ostatni dzwonek, żeby wrócić do świata żywych. Z tlących się drew, które tata zainstalował w wiadrze, dobywał się tlenek węgla, który następnie przeciskał się na pokoje. Wstaliśmy z okropnym bólem głowy, z mdłościami, w stanie kompletnego otumanienia.

Na powrót w świecie żywych najszybciej połapałem się ja – w końcu wieczorem miałem iść na koncert! Tego nawet półżywy przepuścić nie chciałem. Ale problem był poważny bo trzeba było dostać się do Krakowa. Daleko nie było – raptem 25 kilometrów – ale ni ja, ni tata nie powinniśmy byli w naszym stanie prowadzić auta. Czas jednak naglił, a rodzina nadawała się do natychmiastowej hospitalizacji i w końcu ojciec zdecydował, że powolutku pojedzie. Szczęśliwie dotarliśmy do szpitala Żeromskiego. Tam nasze drogi się rozeszły, chociaż nie powinny.

Rodzice z bratem wylądowali na oddziale pod kroplówką. Ja egzorcyzmowałem CO z organizmu w trakcie pogo na hali Wisły. Po raz kolejny muzyka pokazała swoją moc. Co cię nie zatruje, to się wypoguje. Na zdrowie!

M7. Franc-dur

M7. Franc-dur

 

W 1991 roku wokalista Kultu zaczął flirtować z hip-hopem. Też mi siadło – zresztą covery tego strasznego Limahla mógłby wtedy śpiewać, a i tak by mi siadło.

 

Starszy człowiek w barze mlecznym je kartofle z ogórkami,
Całe życie tyrał w hucie, a do huty dokładali.
Cała jego ciężka praca, wszystko było chuja warte,
Gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę
.*

*(Kazik, fragment utworu”Jeszcze Polska…)

 

Czego więcej mógł chcieć chłopak z Nowej Huty? Wreszcie ktoś wyśpiewał to, co widzieliśmy dookoła. Ciężka praca była ciężką pracą a efektu nie było. Kolos na glinianych nogach, jakim stawała się huta, zaczynał się sypać, wyssany w czasach komuny przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich a w czasach przemian pozbawiony wschodniego rynku zbytu.  Większość tatów naszych pracowała „na hucie”, świątek, piątek i niedziela, na trzy zmiany. Trzeźwi i najebani. Smutni i weseli. Bandziory i prawi ludzie. Cyganie i Słowianie. Jezu, jak się cieszę, że i ja mogłem tam przez półtora roku pracować – dzięki, tato. Po prawdzie była to trochę kara za przerywane notorycznie studia, ale co tam.

Co drugi dzień – 0,7 litra zgłoś się było robione, na czterech. Telewizor sobie przywiozłem – ile można spać? – i do tego wszystkich gazet z gołymi paniami nauczyłem się niemal na pamięć. Ale najistotniejszą sprawą była możliwość obserwacji tego, co w środku takiego organizmu się dzieje. Państwo w państwie, w którym nie wszyscy zauważali, że za płotem wszystko się zmienia.

A „Spalam się”? Też mieliście tak jak w piosence? Kazik potrafił pięknie pisać i śpiewać o miłości i jej przeróżnych obliczach. Kto z nas nie marzył o pięknej Pani profesor z piosenki, której głównym podmiotem miałby zostać sam? Do której mógłby wzdychać wieczorami z rękami niekoniecznie na kołdrze. Zanim jednak miłość miała nadciągnąć niczym letnia burza, to po drodze miałem szczęście stać się jak bohater piosenki  „Spalam się”.

 

Znów w mojej klasie uczysz języka angielskiego
I gdy idziesz korytarzem, chłopaki w milczeniu
Oni patrzą za tobą, lecz nigdy tobie w oczy
Oprócz mnie jednego – najbardziej nagrzanego.*

*(Kazik, fragment utworu „Spalam się”)

Całe zamieszanie zaczęło się w drugiej klasie. Technikum Budowlane, ruski w pakiecie obowiązkowym i jakiś tam jeszcze jeden język obcy miał być na dokładkę. Na pierwszy strzał, jako język dodatkowy, już w pierwszej klasie, był niemiecki, ale germanistka dosyć szybko i skutecznie zaciążyła i zapanował językowy bezład i bezhołowie.  Znajetie szto eto? Da?

Ale któregoś pięknego, słonecznego dnia, drugiego roku nauki, pachnącego świeżo skoszoną trawą, do naszego szkolnego molocha wpadła jak powiew wiosny ONA. Taka dorosła, ale jakby nie za bardzo. Zaraz po studiach, pewnie pierwsza jej robota. Jak z filmu romantycznego z lekko popuszczonymi lejcami albo z bajki dla dużych chłopców. Takich kilkunastoletnich, co im od buzujących hormonów gały ze łba wystrzeliwują na widok kobiety i zarysu piersi pod jej bluzką.

W powietrzu wisiało od dawna, i tak też się nastawiliśmy, że to jakiś angielski będzie jako język dodatkowy. Może i norweski? No nie, przesadzam. Angielski? Orajt men, może się wreszcie nauczę – cieszyłem się nawet, co tam punki wyspiarskie wyśpiewują za głupoty w tych swoich piosenkach, bo co wyśpiewują nasze, to już wiedziałem.

Ta pierwsza lekcja nadeszła jak złodziej w nocy. Zaskoczenie było ogromne, gdy pewnego dnia drzwi otwarły się na oścież i weszła ONA. I wypaliła prosto z mostu, niczym żołnierz nie biorący jeńców: „Bon żur!”.

Kurwa! Bon że co? Kogoś pogięło? Zaraz, zaraz – sorry, bejbe, ale noł, nie ta klasa. My chotim gawarjat w angielskom jazykie. No powiedzże, że to pomyłka, przyślij siostrę bliźniaczkę, świat który się przed nami otwierał mówił po angielsku. Daj nam szansę. No, śliczna, plizz. Nic z tego. Prośby, groźby, modły i zaklęcia nie pomogły. Młoda pani profesor dostała za zadanie nauczyć nas francuskiego i to zadanie chciała wykonać jak najlepiej. Tym bardziej, że francuski znała, bo go przestudiowała.  No i ta jej uroda. Uroda która męską klasę rozłożyła na łopatki na raz, na dwa i na trzy.

Ehhh, wulewu kuszet awek mła czy coś. Każdy sobie przypominał cokolwiek  około francuskiego, żeby zaimponować jej, kolegom, Bogu. Komukolwiek i cokolwiek, byle by było to równanie z cyklu:

(32 – 31) : ½  x 2 = Ty i Ja.

Ciekawe ilu brało ją nocami pod kołdrami? Bardzo ciekawe.

Chcąc nie chcąc zaczęliśmy się tego francuskiego uczyć, co dla bardziej kochliwych stało się także praktyką z podrywania ślicznej pani nauczycielki.

Dumałem nieustająco, jak się z nią umówić. Żeby sobie dodać animuszu i zmobilizować się na maksa, wymyśliłem zakład o to, któremu z nas, chłopaków z klasy, Panna Psor pozwoli poprowadzić swoją pomarańczową zastavę, wiecie, auto takie pochodzenia jugosłowiańskiego. Razu pewnego, kiedy koledzy wychodzili ze szkoły, a ja czekałem przed budynkiem na jakieś zawody sportowe, zrządzeniem losu zajechała zastava. To jest ten moment – pomyślałem sobie. Teraz albo nigdy.

– Dzień dobry, pani psor! Ale samochodzik chodzi! – zacząłem spokojnie, znając już swoje możliwości improwizacyjne.

– Dzień dobry, no nie za bardzo. Coś mi stuka – odpowiedziała.

Tak. Wiedziałem, że to był ten moment. Ten jeden na milion, żeby wygrać zakład.

– Naprawdę? Mogę posłuchać? – cały drżałem z emocji.

– Jasne – powiedziała i odpaliła maszynę, abym mógł się wsłuchać w pracę silnika. Kurde przecież ja się na tym kompletnie nie znam, przeszło mi przez głowę,  ale co tam, postanowiłem pójść po całości.

– No tak, ale to trzeba podczas jazdy posłuchać – oceniłem okiem 17-letniego fachowca.

– Ale zaraz lekcja. Może innym razem?

– Eee tam, jeszcze piętnaście minut do dzwonka. Teraz długa przerwa przecież. Tylko za przystanek podjedziemy, a ja podsłucham, co to może być.

– No to wsiadaj.

Nie po to robiłem prawo jazdy jako 17-latek, żeby w takim momencie zmarnować szansę siadaniem po stronie pasażera. U panny psor zobaczyłem zawahanie, ale rzekła zaraz:

– No dobra, wskakuj!

Yes, yes, yes! Wystartowałem powoli. Cofanko i naprzód. Nie za szybko, żeby auto nie zgasło, by wyjdzie, że nie potrafię jeździć za dobrze. Okno otwarłem na maksa, żeby mnie było lepiej widać. Do tego efekt „zimny łokieć” miał być. Pełna profeska. Z całą powagą udawałem, że czegoś tam słucham, co niby stuka, ale patrzyłem tylko, czy kumple nadal stoją na przystanku. Byli! W ilości zadowalającej.

Pomarańczowy rydwan Cezara-zwycięzcy przetoczył się przed plebejuszami – patrzeć mi tu, patrzeć, ćwoki malinowe! Do kolegów, ludzi małej wiary, nie od razu dotarło to co się właśnie wyprawiało – ale zaraz szczęki przeturlały im się po chodniku.

Z mojej strony sprawa była załatwiona – zakład był wygrany. Wykonałem szybki nawrót i cały w skowronkach zaparkowałem pod szkołą.

– I co myślisz, Tomek? – obudził mnie z letargu słodki głos.

– Chodźmy do mnie – już prawie odpowiedziałem. W końcu pytała, co myślę. Zamiast tego, co chciałem, rzekłem to, co potrafiłem: – Chyba zawory, trzeba do mechanika. Lecę na mecz. Do widzenia.

Tak blisko z panną psor nie byliśmy już nigdy potem. Chociaż nasze wzrokowe potyczki, podczas całolekcyjnych odsłuchów Jacquesa Brela, wspominam do dzisiaj z gęsią skórką na przedramionach. Potrafiliśmy patrzeć sobie głęboko w oczy przez cały utwór. A Jacques zawodził piękną francuszczyzną o miłości. Tak mi się wydaje, że o miłości. Bo inaczej byśmy się tak nie zachowywali. Może pora wrócić do piosenek Brela? Bo wspomnienia tych uroczych chwil, kiedy spalałem się, zostały we mnie na zawsze.

 

 

 

***

 

 

– Uwaga, komunikat dyrekcji! Poszukiwana jest osoba, która na drugim piętrze uruchomiła gaśnicę pianową i dokonała zniszczeń na dużą skalę. To niedopuszczalne! Prosimy winnego o ujawnienie się, a świadków o spełnienie obywatelskiego obowiązku! – zawyły głośniki. Technikum Budowlane było okablowane od piwnic po ostatnie piętro i dzięki temu informacje mogły przebiegać lotem błyskawicy – przez radiowęzeł.

Rety, mają mnie – pomyślałem. Byłem wtedy w I klasie i nie chciałem zrobić nic złego. Złe stało się przez przypadek, samo właściwie: gaśnica mi spadła, jak mi Bóg miły. No tak, wyciągnąłem ją ze stojaka, żeby się trochę popisać – i mi się uruchomiła. Sama. A że zżarło parkiet? Widać do dupy był albo ów parkiet, albo piana z gaśnicy. Na szczęście nikt nie doniósł na mnie i znowu mi się upiekło. W dodatku w głowie zapaliła się lampka: o, jest radiowęzeł. I zaraz druga lampka: jak radiowęzeł, to i muzyka może przez jego kable lecieć.

W którejś tam klasie zaproponowałem dyrekcji, aby z radiowęzłowych głośników na długiej przerwie leciały piosenki. Zbiór kaset miałem bogaty, więc postanowiłem nim pokatować i uczniów, i nauczycieli. Nagłośnienie nie spełniało żadnych norm przyzwoitości, ale czy to była przeszkoda? Chciałem otwierać ludziom uszy i dzielić się swoimi muzycznymi odkryciami.

Dyrekcja wydała zgodę. Dopadł mnie entuzjazm – ale opadł niebawem, za to nadciągnęła refleksja podszyta strachem: przecież spora część moich zbiorów nie nadawała się do publicznej prezentacji. Po chwili wręcz przyznałem przed samym sobą, że zgoła mikra część się do takiego celu nadaje. Poleciałbym za ostro i cała rzecz skończyłaby się szybciej niż się zaczęła. Selekcjonowałem z wyczuciem, wyczuwając np. że znajomość angielskiego w murach budowlanki jest na ogólnym poziomie minus pincet – i tak oto przemyciłem do radiowęzła Sex Pistols, którzy zawyli na całą szkołę:

Fuck this and fuck that fuck it all and
Fuck the fucking brat
She don’t wanna baby that looks like that
I don’t wanna baby that looks like that
Body I’m not an animal
Body I’m not an abortion
Body I’m not an animal
An animal
I’m not an animal…
I’m not an abortion…
Mummy! Ugh!*

*(Sex Pistols, fragment utworu „Bodies”)

 

Ludzie przytupywali i bujali się radośnie, nie zdając sobie sprawy, o co w istocie kaman. Grono było zadowolone, zadowolony byłem ja. Dzisiaj sobie myślę tylko: szkoda, że jeszcze wtedy nie było Leningradu (zespołu, nie miasta) – bo prawdziwym mógłby być rarytasem. Przyjaźń polsko-radziecka w nowohuckich szkołach była przecież zakorzeniana przez lata mocno. No i nasza wychowawczyni, rusycystka, byłaby wniebowzięta. Na pewno do momentu kiedy Siergiej Sznurow nie zaczął by śpiewać. Wot takaja chujnia na przykład.

Rodzime zespoły – z wyraźną nadreprezentacją Kultu – przeplatałem The Doors, The Clash, Dead Kennedys czy Sex Pistols. Były również jakieś wynalazki na zamówienie, jeśli ktoś sobie własną kasetę przyniósł i zażyczył publicznej prezentacji. Zdarzały się również prośby od przedstawicieli najcięższego gatunku.

– Gomóła, dajże coś mocniejszego – naciskał Kuba Karamon, metalowiec z mojej klasy.

– Nie ma szans. Nie mogę za ostro, bo się skończy muzykowanie – odpowiadałem, bo musiałem pilnować granic zdrowego rozsądku, szukając jednocześnie kompromisu (za taki uchodziły co bardziej melodyjne utwory Metallicy).

Z drugiej jednak strony metal większego kalibru czy jego mroczniejsze odmiany, puszczone przez ten gówniany sprzęt, mogłyby pozostawać nierozpoznane – niejednokrotnie przecież działo się tak z prezentowanymi przeze mnie piosenkami dużo lżejszymi.

Radiowęzeł hulał z pół roku, wnosząc trochę kolorytu w szare szkolne życie. Kiedy i jaki był jego koniec? Nie pamiętam. Może była to awaria? Może koniec roku szkolnego? Może zmienił się dyrektor? Albo ktoś zaczął teksty tłumaczyć z angielskiego i włos się gronu na głowie zjeżył? Kto to dziś wie.